Znaleziono 269 wyników

Re: Port of Seattle, nabrzeże

Hunter pokiwał głową, gdy Steve mu podał informacje. Brzmiało to jak dobra okazja, żeby zadać Trzynastce poważny cios lub też poprowadzić z nimi pertraktacje...o ile oczywiście nie była to zasadzka. Więzień wampira był zbyt zastraszony, żeby stosować takie fortele, ale nie on teraz był problemem. Po ostatnim ataku ze strony Łez Trzynastka powinna teraz działać w trybie alarmowym: zebrać siły, ocenić zagrożenie i zaplanować dalsze posunięcia. Mogli teraz właśnie zbierać ludzi w jednym ze sprawdzonych miejsc, gdzie czuli się w miarę bezpiecznie, zamiast próbować ogarnąć nową miejscówkę. Co jeśli jednak gość z którym rozmawiał Deshpande miał wątpliwości co do tego ogona, który on rzekomo miał zgubić? Może uznali już, że Steve jest spalony, czy to pojmany czy też wciąż śledzony i podali mu fałszywy adres. Lub też spodziewali się kolejnego ataku i przygotowali zasadzkę dla Łez czy innych napastników. Tak jak wcześniej Steve tak teraz Hunter znalazł się na ostatniej prostej w sprawie Trzynastki. Mógł wraz z Lágrimas zadać im tak dotkliwy cios, że się nigdy z niego nie podniosą...lub też ponieść straty, na które nie mógł sobie pozwolić przy obecnej wojnie.

Hunter przyjął propozycję Rodrigo z uśmiechem na twarzy, po czym podszedł do drzwi magazynu i je otworzył na oścież. Przywitał Jorge krótkim kiwnięciem głowy i pokazał obu Latynosom, żeby weszli do środka. -Zapakujcie go z powrotem do bagażnika, jeszcze nam się przyda. Widząc strach i brak zrozumienia w oczach Steve'a Josh skwitował krótko-Dałem słowo, że zachowasz życie. O wolności nic nie mówiłem, no bo przecież zawsze jest ryzyko, że swoich kumpli ostrzeżesz. Podszedł do mężczyzny, którego właśnie Rodrigo uwalniał od krzesła, ale który wciąż miał spętane i ręce i nogi. -Jak już pogadamy z resztą twojego gangu, wyjaśnimy sobie co i jak, to nie będziemy cię już dalej więzić-dodał pocieszającym tonem, choć widać było, że wcale a wcale nie uspokoiło to ich więźnia.

Hunter wyszedł z magazynu pierwszy, żeby upewnić się, że nikt się po okolicy nie kręcił. Nikogo nie zauważył w pobliżu, więc chłopaki szybko zapakowali skrępowanego i zakneblowanego Deshpande do bagażnika wozu Estebana, który klął pod nosem na myśl o plamach szczyn na materiale. -Jedziemy do Acero-Hunter powiadomił Rodrigo i Jorge po czym wsiadł do wozu Estebana i oba samochody ruszyły w noc. Mając wreszcie chwilę, Hunter wyciągnął telefon i sprawdził otrzymanego SMSa. Tak jak podejrzewał, pisała do niego Chloe. Dziewczyna zaskoczyła go w pierwszej chwili pytaniami i Joshua miał przez moment problem, co jej odpisać. Jego myśli teraz krążyły dookoła strategii i manewrów, więc nie mógł z pamięci wydobyć potrzebnych jej informacji. Ostatecznie jednak Josh sklecił odpowiedź dla swojej podopiecznej, a następnie wysłał wiadomości do swojego ghoula i do swojego partnera/szefa w zbrodni. Następna godzina miała zadecydować o dalszych losach ich wojny.

Do Acero >>>

Re: Port of Seattle, nabrzeże

Hunter nawet na moment nie stracił koncentracji i z palcem na przycisku telefonu był gotów przerwać rozmowę w każdej chwili. Czy byłby gotów postrzelić bezbronnego i spętanego człowieka, gdyby on mu się jednak sprzeciwił? Tego nie wiedział i wolał jednak tego nie próbować. Jest przecież świat różnicy pomiędzy zabiciem w samoobronie czy też w szale dotykającym Spokrewnionych-było to przecież w końcu nieświadome działanie-a w zimnym morderstwie z premedytacją. Do tej nocy nigdy jeszcze nikogo nie zabił, czy to za życia czy po Przemianie i nie chciał, żeby siedzący przed nim Steven był jego „pierwszym.” W kręgach, w których obracał się Hunter było jednak kwestią czasu, zanim się tą granicę przekroczy. Jego ludzie, Lágrimas, w większości już dawno temu to zrobili. Joshua jednak nie spieszył się, żeby do nich dołączyć...czy to z powodu resztek moralności, jaką mu matka zaszczepiła czy też z obaw przed śledztwem, jakie mogłoby się pojawić w tej sprawie, tego już nie wiedział.

Ta krótka rozmowa jaka się odbyła przez trzymany przez Huntera telefon chyba potoczyła się w sposób, który wampirowi się spodoba, patrząc na spojrzenie jakim żyjący go obdarzył. Ganger ewidentnie uczepił się nadziei na wybrnięcie z tej sytuacji i sądził, że ma informacje, które spełnią oczekiwania jego oprawcy. Sam Arystokrata zaś osobiście by wolał, gdyby mógł usłyszeć drugą połowę rozmowy, żeby mieć pewność, że rozmówca z Trzynastki nie miał nawet cienia podejrzenia w swoim głosie. Niestety, Hunter nie wiedział czy i jak można w tym telefonie ustawić opcję głośnomówiącą, więc w tej sytuacji, którą miał podobno pod pełną kontrolą była wciąż ta jedna niewiadoma. W oczach wampira, było to o jedną za dużo.

Pomimo tego, Hunter uśmiechnął się pod nosem i bezgłośnie ułożył swoje usta do słów -”Ok, dzięki” i powtórzył to dwa razy, zanim Steve zrozumiał o co chodzi i powtórzył je na głos. Następnie Josh wyłączył telefon, zabezpieczył rewolwer i schował go do kieszeni. -Bardzo dobrze Steve, cieszę się, że postanowiłeś nie zawieść mojego zaufania. W końcu, nasze zaufanie jest najcenniejszą rzeczą, jaką możemy dać drugiej osobie, co nie?-spytał retorycznie po czym odwrócił się w stronę Rodrigo i kiwnął głową na znak, żeby podszedł. -Schowaj to, dobra?-poprosił Torresa, który z krótkim przytaknięciem schował telefon do swojej kieszeni-a teraz pomóż mi postawić go do pionu. Deshpande nie był ani potężnie zbudowanym ani grubym człowiekiem, więc wampir dałby sobie radę sam, ale dwie osoby zrobią to i szybciej i wygodniej. Uważając na to, żeby nie wdepnąć w pozostawioną przez spętanego na podłodze kałużę obaj mężczyźni-i żywy i martwy-postawili go na nogi. Co prawda, były to wciąż nogi krzesła do którego był przywiązany, ale sytuacja Steve'a wyraźnie się poprawiła.

-No to teraz jesteś o ten jeden krok bliżej wyjścia z tej całej sytuacji Steve, jesteś już na ostatniej prostej do linii mety-powiedział Hunter, cofając się o parę kroków od krzesła, żeby mógł spojrzeć mężczyźnie prosto w twarz bez konieczności schylania się. -Czego się dowiedziałeś? Co masz teraz zrobić?-spytał go, nawet na moment nie spuszczając jego twarzy z oczu. Chciał widzieć każde najmniejsze drgnięcie, które mogłoby mu zdradzić, czy jego więzień w ostatniej chwili nie postanowi nagle kłamać. Telefon w kieszeni Arystokraty, jego własny telefon, zawibrował delikatnie w kieszeni. Wampir dostał właśnie jakiegoś SMSa, którego oczywiście nie mógł teraz sprawdzić. Musiało to poczekać do końca przesłuchania.

Re: Port of Seattle, nabrzeże

Patrząc na rozrastającą się kałużę moczu, Hunter już wiedział, że wola Steve'a była całkowicie złamana. Nie był już w stanie kłamać czy zachować milczenie, żeby ratować resztę gangu. Niestety, ewidentnie nie posiadał już żadnych odpowiedzi, które zadowoliłyby wampira, inaczej już by je wypaplał, żeby móc tylko przeżyć tę noc. Niewiele już mógł się przydać Arystokracie i chyba domyślał się tego, bo strach plątał mu język i zaczynał beblać niezrozumiale.

-To nie są odpowiedzi, które chciałem usłyszeć-powiedział grobowym tonem, a leżący na podłodze człowiek wyraźnie się skulił. -Ale nie będę cię karał za niewiedzę Steve, bo wciąż możesz mi się przydać. Wciąż możesz stąd wyjść w jednym kawałku-powiedział już nieco łagodniejszym tonem, żeby dać gangerowi iskierkę nadziei. Poczekał chwilę, aż żyjący uspokoi się trochę i wyrówna oddech, a także żeby nadzieja zdążyła się zatlić w jego sercu. Uważając na kałużę, Josh obrócił spętanego człowieka tak, żeby znalazł się na boku.

Następnie Hunter wyciągnął telefon zabrany od Deshpande i położył na podłodze obok gościa. Nachylając się nad twarzą człowieka Josh powiedział cichym, ale nieznoszącym sprzeciwu głosem-Spójrz na mnie. Spójrz mi w oczy, żebyś wiedział, że nie kłamię-wydał polecenie, które skrępowany mężczyzna wykonał, choć miał problem z poruszaniem poobijanej głowy. -Wyjdziesz stąd żywy, dopóki wykonasz to jedno polecenie. Wola człowieka była już skruszona, więc użycie Dominacji było tutaj zbyteczne....ale Ventrue i tak wolał zmaksymalizować swoje szanse. Zadzwonisz na ten nieodebrany numer. Jeśli spytają o zasadzkę wyjaśnisz im, że udało ci się ledwo zwiać z życiem, a następnie spytasz ich co masz dalej robić. Hunter zakończył swój hipnotyczny urok po czym dodał jeszcze-Jeśli spróbujesz ich ostrzec, to cię zabiję, bez wahania. Ale jeśli zrobisz jak mówię, to nie tknę cię nawet palcem-obiecał Stevenowi, po czym wziął znów telefon i kliknął nieodebrane połączenie. Ręka z telefonem zawisła nad twarzą człowieka, rewolwer wciąż był wymierzony pomiędzy jego oczy, a wzrok Josha był zimny i bezwzględny. Jeśli tylko Deshpande powie jedno słowo, które nie będzie Spokrewnionemu pasować, zamierzał bezzwłocznie zerwać połączenie....a następnie ukarać leżącego przed nim człowieka.

Re: Port of Seattle, nabrzeże

Słysząc słowa dziewczyny Hunter odegrał zaskoczenie, choć spodziewał się takich słów już przy pierwszych oznakach zauroczenia u żyjącej. Prezencja była potężną Dyscypliną. Niechęć i nieufność potrafiły zamienić w sympatię, a jeśli osoba na której ją użyto odczuwała najlżejszy nawet afekt dla wampira, nagle pojawiały się uczucia przyjaźni, fascynacji czy miłości. Nawet jeśli było to sztuczne uczucie i nawet jeśli potrafiło bardzo szybko przeminąć, jeśli wie się wystarczająco wiele o naturze ludzi, można zwojować cały świat dzięki takiemu nadnaturalnemu urokowi. Josh, jako jeszcze młody i niedoświadczony Spokrewniony, póki co ograniczał swoje ambicje do Seattle. Zanim dziecko może nauczyć się biegać, powinno wpierw nauczyć się chodzić, czyż nie?

Człowiek, którego Hunter postanowił udawać, był przyjemnie zaskoczony ale też i zawstydzony. Nic nie powiedział, gdy Azjata opuścił ich towarzystwo, choć widać było, że próbował coś z siebie wykrzesać. Dopiero, gdy kobieta oddaliła się na parę dłuższych kroków zawstydzony urzędas zdołał wykrztusić z siebie-Ja, ja też na to liczę. Jakaś kawa czy dobry drink...-zawiesił głos, jakby próbował przezwyciężyć nieśmiałość, cały czas patrząc na plecy kobiety. Przez moment wydawało się, że zatrzyma się ona w pół kroku, lub chociaż zwolni żeby go w pełni wysłuchać. Niemniej jednak jej towarzysz-a może jednak szef?- cały czas na nią czekał i nie mogła sobie pozwolić na chwilę zwłoki. -Również dobrej nocy państwu życzę i oby udało nam się spotkać wkrótce ponownie, niekoniecznie w dokach-zawołał jeszcze za żyjącą kobietą, po czym gdy ta parka zniknęła mu z oczu, pozwolił sobie na nieśmiały uśmiech.

Gdy został wreszcie sam, Hunter wyciągnął telefon i powiadomił swoich ludzi o postępach w planie i wydał kolejne rozporządzenia. Następnie rozejrzał się raz jeszcze po okolicy, żeby upewnić się, że nikogo nie ma w pobliżu. Gdy już upewnił się, że jest bezpiecznie, Arystokrata ponownie wślizgnął się do środka starego magazynu. Gdy już znalazł się w środku pokazał Estebanowi, że ma do niego podejść. -Powinno być teraz ok-wyszeptał do chłopaka, po czym dodał-miej jednak oczy otwarte. Rodrigo ma zaraz podejść i zajrzeć tutaj, a Jorge też będzie na czatach stał-zapewnił chłopaka, po czym nie tracąc już czasu podszedł do ich zakładnika. Drzwi zatrzasnęły się za młodym Latynosem, a Josh podszedł do leżącego na podłodze Steve'a. Gość z Trzynastki był ledwo przytomny, ale wydawał się wciąż mieć kontakt ze światem.

-Nikt cię nie uratuje-powiedział Hunter cichym, ale wyraźnym głosem, po czym wyciągnął z kieszeni telefon chłopaka i położył go na podłodze jakieś trzy czy cztery kroki od właściciela. Następnie przyłożył rewolwer do pleców Steve'a na wysokości odcinka lędźwiowego kręgosłupa i dodał-Postrzelenie kręgosłupa może się zakończyć paraliżem ciała. W tym odcinku, kula mogłaby cię sparaliżować na całe życie od pasa w dół-powiedział lekkim tonem i dał żyjącemu sekundę czy dwie na przetrawienie tego faktu. -Będziesz kaleką, ale przeżyjesz...o ile oczywiście nie dojdzie do rykoszetu. Nie jestem ekspertem i akurat nie jest to coś, co filmy akcji pokazują. Kula jest w stanie łatwo przejść przez miękkie tkanki-skóra, mięśnie, organy-ale jak nie ma się zajebistego kalibru to pocisk nie przejdzie przez kość. Odbije się od niej-tutaj zaczął dociskać lufę rewolweru i przesuwać nią po ciele Deshpande, jakby starał się przewidzieć trasę kuli. -Jednemu facetowi w Illinois kula wpadła w pachwinę zaraz obok jaj, po czym odbiła się od obojczyka i poszła w górę, masakrując mu serce i płuco zanim wyszła przez tył jego pleców. Koronerom zajęło to w chuj czasu, zanim odnaleźli wreszcie dziurę wlotową-znów zawiesił głos i dał chłopakowi czas do przemyślenia swojej sytuacji.

-Kto do ciebie dzwonił, Steve?-Hunter kliknął telefon, żeby jego ofiara mogła zobaczyć nieodebrany numer. -Ktoś z gangu zapewne? Po ataku Lagrimas pewnie znowu macie mieć spotkanie, dobrze mówię? Popraw mnie jeśli się mylę-poprosił i docisnął rewolwer znów do pleców człowieka , tym razem bliżej wątroby. -Chcę wiedzieć, kiedy i gdzie macie kolejne spotkanie Steve. Od twoich odpowiedzi zależy to, czy wyjdziesz stąd żywy, więc lepiej żebyś miał coś ciekawego do powiedzenia... i lepiej, żebyś nie kłamał. Brzydzę się kłamstwem i kłamcami, a będę wiedział, jeśli mi spróbujesz kit wcisnąć-zagroził czy też raczej enigmatycznie obiecał człowiekowi, jaki los go będzie czekał

Re: Port of Seattle, nabrzeże

Nie można było powiedzieć, żeby Hunter w pełni panował nad obecną sytuacją. Mężczyzna, który wydawał mu się dowodzić w tej parze był uspokojony, lecz ponieważ nie uległ mocy jego Dyscypliny, wciąż posiadał trzeźwy osąd sytuacji i w pełni zrozumiałą w tym miejscu i o tym czasie podejrzliwość. Co więcej, Josh wciąż nie wiedział, czy miał do czynienia z dwójką złodziei, wysunięta na przód forpocztą większej bandy czy też-mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe-po prostu ze zwykłymi ludźmi, którzy po prostu mieli w ten wieczór interesy do załatwienia. Niewiedza zawsze miała tą upierdliwą właściwość, że mogła w najgorszym momencie po prostu wybuchnąć człowiekowi-lub też wampirowi-prosto w twarz.

Niemniej jednak, w tej chwili to właśnie Hunter miał silniejsze karty w ręku. Tak jak on nie znał tych ludzi, tak też i oni nie znali jego. Teraz zaś, gdy im wcisnął pierwszej świeżości kit, mieli całkowicie niewinny i fałszywy obraz stojącego przed nimi mężczyzny. Hunter miał już rolę do odegrania, naładowany pistolet w kieszeni i jak to ogłosił mu telefon krótkim sygnałem, miał już wsparcie w okolicy.Młody Ventrue miał na ten moment tyle asów w rękawie, że może karetę by nie ułożył, ale za to miał szansę na mocnego fula.

Wcielając się w rolę zmęczonego i nie pasującego do tego miejsca urzędasa Hunter sięgnął po telefon, po czym puścił poły płaszcza, gdy dla wszystkich wiadomym było, że po pierwszym sygnale nie będzie już dalszego dzwonienia. Z przepraszającym uśmiechem na twarzy, z mową ciała wyrażającą jedynie zakłopotanie, Josh szybko przeprosił stojącą przed nim parę. -Przepraszam najmocniej, od paru godzin jestem pod ciągłym telefonem-przeprosił miłym tonem, choć jego głos był dodatkowo zabarwiony zmęczeniem i znużeniem. -Gdyby tak tylko można było się rozdwoić, lub chociaż wydłużyć dobę-zażyczył sobie udawany urzędnik, po czym obdarzył oboje ludzi nieśmiałym uśmiechem, jakby szukał u nich akceptacji.

-Ale tak, wiem doskonale, o czym pani mówi-wrócił nagle do słów kobiety i sedna tej rozmowy. -Cały dzień od świtu do zmierzchu ma się rozplanowane co do minuty, więc żeby można było cokolwiek dodatkowo jeszcze zrobić, to trzeba to opłacić ostatnimi wolnymi chwilami-pokiwał smutno głową, jakby właśnie w myślach liczył, kiedy to ostatni raz wziął jakiś urlop czy też zwolnienie chorobowe. -I choć muszę przyznać, że najchętniej bym państwa jeszcze do rozmowy zatrzymał, bo będę musiał pewnie jeszcze czekać co najmniej pół godziny na chłopaków, to nie śmiem jednak państwa zatrzymywać już dłużej. Im szybciej państwo załatwicie swoje sprawy, tym szybciej powrócicie do domu, czego Wam serdecznie zazdroszczę. Na moment zawahał się, jakby nie wiedział jak zakończyć tą rozmowę, po czym z miłym uśmiechem na twarzy dodał -Jakby mieli państwo jeszcze chwilkę tej nocy by się czegoś napić, to mam nadzieję, że wypijecie za szansę naszego ponownego spotkania. W lepszej, nie tak pracowitej chwili. Ja na pewno będę o tym pamiętać po powrocie do domu-z tymi słowami mrugnął do dziewczyny, jakby nagle poczuł się ośmielony jej urodą. Do mężczyzny zaś ukłonił się, z szacunkiem, lecz nie przesadnie. -No już, zmykajcie stąd i idźcie do swojego magazynu- dodał w myślach, mentalnie popychając ludzi do dalszej drogi.

Re: Port of Seattle, nabrzeże

Hunter raz jeszcze ukłonił się, widząc zginającego się w pas mężczyznę. Szacunek powinno się przecież odpłacać szacunkiem, czyż nie? Następnie jednak poczuł wibracje telefonu, który otrzymał wiadomość i z lekkim, przepraszającym uśmiechem szybko odczytał wiadomość. Treść tej wiadomości nie wywarła na nim pionującego wrażenia, raczej potwierdziła jego domysły, dlatego też uśmiech niezmiennie gościł na twarzy wampira. Ot, z nieśmiałego i przepraszającego stał się radosny i nawet rozbawiony, jakby nagle dostał jakąś śmieszną odpowiedź lub urocze zdjęcie. Starając się zachować tą rozbawioną nonszalancję, wampir szybko wybrał numer ze swojej listy kontaktów i wysłał skróconego SMSa do swojego dobrego kumpla. Dłuższe pisanie byłoby stanowczo niegrzeczne, zwłaszcza teraz, gdy usłyszał potok słów dobiegających od Azjaty. Brak znajomości języka nie było wystarczającym uzasadnieniem, żeby mógł sobie pozwolić na chamstwo, nieprawdaż?

A propos znajomości języka, Hunter odruchowo już, wręcz instynktownie postanowił zwracać uwagę na reakcje mężczyzny. To, że towarzysząca mu kobieta wydawała się służyć za tłumacza nie znaczyło wcale, że nie znał on zupełnie angielskiego. Może posługiwał się perfekcyjną angielszczyzną, ale ukrywał tą swoją znajomość, żeby obcy ludzie czuli się swobodniej w jego towarzystwie i pozwalali sobie na większą swobodę przy gadaniu. A może miał twardy akcent i męczył się przy składaniu zdań po angielsku, ale za to rozumiał praktycznie wszystko co anglojęzyczni ludzie dookoła niego mówili. Joshua nie miał powodów, żeby odrzucać którąkolwiek z tych opcji, dlatego też postanowił się pilnować przy stojącej przed nim parze.

Hunter skwitował słowa kobiety wpierw przytaknięciem i krótkim „-Dobry wieczór”- a następnie włączył swoją Prezencją i uśmiechnął się do ludzi. O ile oczywiście stojące przed nim osoby były zwykłymi śmiertelnikami, a nie ghoulami czy nawet Spokrewnionymi symulującymi Pozory Życia. Choć Arystokrata skłaniał się do pierwszej z podanych opcji, nie miał żadnych dowodów, które pozwoliłyby mu wykluczyć pozostałe wariaty. -To ja proszę o wybaczenie, ale równie dobrze mógłbym Państwo spytać o to samo. Z tego co zdążyłem zaobserwować, okoliczna ochrona nigdy nie zatrudnia ani tak pięknych kobiet, ani tak dystyngowanych mężczyzn-uśmiech Huntera lśnił czystą sympatią, z mocą tysiąc-wattowej żarówki. Następnie jednak trochę spoważniał, choć wciąż kąciki jego ust drżały w oczekiwaniu na kolejny okaz radości. -Niemniej jednak, niegrzecznie jest odpowiadać pytaniem na pytanie, stąd też śpieszę już z odpowiedzią. Otóż proszę sobie wyobrazić, że pojawił się wreszcie jakiś pomysł na zagospodarowanie tego magazynu, po tylu latach braku użytkowania-zaczął snuć swoją opowieść, kiwając głową w stronę drzwi, za którymi chował się Esteban z ich ofiarą. Cała postawa wampira wyrażała czystą nonszalancję i lekką niechęć do budynku, zupełnie jakby był człowiekiem, którego wezwano późnym wieczorem do roboty. -Oczywiście, jak można się łatwo domyślić, przez ten cały okres nieużytku magazyn był wystawiony na działanie żywiołów i zaczął gnić i kruszyć się, Mieliśmy wraz z chłopakami ustalić stan budynku już na wczoraj rano, ale jak pewnie się państwo domyślacie, nic w tym cholernym mieście nie można załatwić bez znaczących poślizgów-pozwolił sobie na okazanie odrobiny gniewu i frustracji, całkowicie ludzka reakcja na komplikacje w planach. - A biorąc pod uwagę to, że od siódmej rano jutro mamy kolejne zlecenia, to razem z chłopakami musimy to już dzisiaj załatwić....-zawiesił na moment głos, jakby przez chwilę sam ze sobą walczył, po czym znów uśmiechnął się niepewnym uśmiechem. -Tak naprawdę to chłopaki to ogarniają, ja jestem tutaj tylko po to, żeby potem przybić stempel i złożyć podpis-z tymi słowami wzruszył ramionami, jakby się trochę nabijał z bezsensowności swojego pobytu tutaj. Ot, urzędas, który miał dopilnować ludzi prawdziwie pracujących.

-Państwo za to idziecie coś do swojego magazynu odnieść, dobrze zgaduję?-powiedział niewinnym tonem człowieka podtrzymującego rozmowę, po czym dodał-Albo też coś z magazynu zabrać. Bo w sumie to są jedyne dwie opcje, jakie mamy przy użytkowaniu tych „składnic.”-rzucił żartobliwie i nawet w jego oczach nie można było się dopatrzeć podejrzenia, które ukrywało się w jego duszy.

Spoiler | 
Rzut na Zachwyt[Prezencja]

Re: Port of Seattle, nabrzeże

To nie byli niestety Szeryf ze swoją Ogar. Hunter naturalnie nie przykładał większej wagi do swoich dziwnych myśli, ot dawno nie widział ani Parkera ani Sierry i być może chciał po prostu się z nimi zobaczyć. Nie było to wcale tak niespotykane zjawisko, jeszcze za życia Josh nieraz widział w obcych ludziach swoich znajomych, nagle spotykając na zadupiu swoich starych znajomych. Gdy nagle z zakamarków pamięci wyłaniał się obraz dawno niewidzianych przyjaciół, człowiek potrafił ujrzanych kątem oka ludzi nieznacznie podobnych do tych znajomych ubrać w nagle przypomnianą twarz. „Tak dawno nie widziałem Johna.....o Boże, czy to John?!” Ile razy ten konkretny scenariusz, może jedynie ze zmienioną osobą, rozgrywał się w myślach Josha? Zwłaszcza teraz, gdy Eunika i jej niezastąpiony ghoul spotkali się nagłym końcem, Hunter odczuwał tęsknotę za Szeryfem i Sierrą.-Może powinienem się z nimi spotkać?-spytał sam siebie Ventrue, gdy kątem oka spoglądał na zbliżających się ludzi. Na moment odłożył na bok wszelkie myśli o nieodebranym numerze na telefonie Steve'a. To musiało niestety poczekać na koniec zbliżających się do wampira potencjalnych problemów.

Czy na pewno byli oni ludźmi, śmiertelnymi przedstawicielami Trzody, na którą Spokrewnienie polowali? Tego Hunter nie mógł jednoznacznie określić na pierwszy rzut oka. Mogli równie dobrze być ghoulami, a może nawet wampirami, którzy użyli częściowej mocy by idealnie naśladować żyjących. Zerkający cały czas kątem oka Arystokrata nie mógł znaleźć odpowiedzi na to pytanie z takiej odległości, musiał czekać na to, aż ta dwójka podejdzie bliżej. Pomimo odbezpieczonego rewolweru w kieszeni Hunter wciąż czuł się bardzo niepewnie.

Udając, że nie widzi zbliżającą się niespiesznie parę, Joshua wyciągnął swój telefon i napisał krótką wiadomość do swojego najnowszego ghoula. Nie mógł on oczywiście sprawić, żeby potrzebne wampirowi siły wyczarowały się nagle z powietrza, ale przynajmniej mógł dać nieumarłemu nadzieję na przybycie posiłków. Chowając z powrotem telefon do kieszeni i widząc nadchodzącą jego stronę dwójkę, Hunter jedynie kiwnął lekko głową. Jeśli ci”ludzie” zwracali na niego uwagę, to na pewno odebrali grzeczne i nienachalne pozdrowienie w tym geście. Jeśli jednak ignorowali oni Josha, to z pewnością nie zarejestrowaliby najmniejszego ruchu z jego strony. Choć torba niesiona przez dziewczynę trochę go zaniepokoiła, bo można było w niej łatwo broń większego kalibru przenosić-Hunter cały czas utrzymywał pozę nienachalnej nonszalancji...ale ręka wampira cały czas była na gotowej do strzałów broni.

Gdy para ta zbliżyła się na wystarczającą odległość, żeby Ventrue nie musiał krzyczeć, to Hunter normalnym tonem głosu rzucił krótkie -Dobry wieczór. Ukłonił lekko głową i obdarzył ludzi delikatnym uśmiechem, ale cały czas miał nieśmiałą nadzieję, że usłyszy od nich krótkie i urwane pozdrowienie i ominą ich magazyn. Trzymając w myślach kciuki, Hunter znów wyciągnął telefon i udawał człowieka, który był pochłonięty przez wiadomości na telefonie. Z wciąż wycelowanym w obcych rewolwerem Ventrue miał nadzieję, że przynajmniej tej nocy nie będzie musiał się użerać z czyjąś wrogością.

Re: Port of Seattle, nabrzeże

Słuchając wyjaśnień swojego więźnia Hunter miał mieszane uczucia. Z jednej strony miał powód do zadowolenia, bo oto otrzymał wreszcie odpowiedź na palące go od niejednej nocy pytanie. Trzynastka była zdecydowanie zbyt dobrze zorganizowana jak na bandę „zwykłych rabusiów”, ktokolwiek nimi przewodził miał dobrą głowę na karku. Teraz jednak Josh znał mniej więcej teren ich spotkań i wiedział już, w jaki sposób decydują o konkretnej lokacji. Hunter niewiele myśląc wyłowił telefon Steve'a z jego kieszeni i na razie schował go do kieszeni swojej kurtki. Oto otworzyły się przed wampirem kolejne opcje.

Z drugiej jednak strony, te opcje właśnie komplikowały całą sytuację. Telefon spętanego na krześle człowieka był na tyle przydatny, na ile kumple Steve'a nie wiedzieli, że ten numer jest już spalony. Czy reszta gangu wiedziała już o porwaniu, czy chociaż zaginięciu Deshpande? Czy spisali go już na straty i zablokowali jego numer telefonu czy też wyślą mu SMSa z lokacją następnego spotkania? Może do następnego spotkania minie parę dni, podczas których prawda wyjdzie na jaw, więc Hunter powinien pierwszy wysłać wiadomość ze skradzionego telefonu. Jeśli jednak adresat wiadomości będzie chciał przedzwonić, żeby usłyszeć głos Steve'a i upewnić się, że rozmawia z właściwą osobą? Czy Hunter miał zabić tego człowieka, żeby Trzynastka nie dowiedziała się, ile Ventrue zdążył już od gościa usłyszeć? Może powinien go zachować przy życiu, ale przekazać Łzom, żeby go gdzieś zamknęli i mieli na oku? Zawsze mógł też puścić tego gangera żywcem, uprzednio Dominując go, żeby przesyłał mu potrzebne Arystokracie informacje. Tylko czy Dominacja Huntera była już na tyle silna, żeby mogła działać dłużej niż jedną chwilę, jedną dobę?

Zanim Ventrue zdołał podjąć decyzję, odłożyć na moment wątpliwości czy też po prostu zadać przesłuchiwanemu kolejne pytanie, Esteban powiadomił go o zbliżającym się w ich stronę towarzystwie. -Zawsze coś musi się spierdzielić-pomyślał Hunter niechętnym tonem, po czym zwrócił uwagę na zmianę w postawie swojego więźnia. Strach i ból ustąpiły nagle miejsca dla nadziei, że oto przyszła kawaleria z odsieczą. Czyżby Desphande rozpoznał w tym opisie jakiś swoich znajomych? Czy też po prostu liczył na to, że jacyś przypadkowi „cywile” mogli go uratować, chociażby dzwoniąc na policję? To akurat nie było teraz ważne, o wiele ważniejszym było stłamszenie siedzącego przed Hunterem faceta, zanim wpadnie na jakiś głupi pomysł. -Co, spodziewasz się przyjaciół?-spytał po hiszpańsku po czym znów uderzył Steva'a w głowę, tym razem z drugiej strony i prosto w skroń. Jego ofiara zdążyła jeszcze zajęczeć z bólu zanim głowa osunęła mu się bezwiednie w dół. Czy stracił przytomność czy też po prostu zamroczyła go fala bólu, tego Hunter na szybko nie mógł ocenić. Upewnił się jeszcze, że człowiek wciąż oddycha, po czym zawołał do Estebana- Ja wyjdę do nich, ty za to chodź towar przypilnować. Mijając się z Latynosem przy drzwiach Hunter zatrzymał go na moment i dodał cicho-Postaram się ich spławić, ale miej spluwę w gotowości. Jak usłyszysz strzały to zrób wszystko, żeby się do auta przebić-doradził chłopakowi, który jedynie ponuro skinął głową, nieraz już przecież był w podobnej sytuacji.

Gdy Hunter wychodził na zewnątrz, z odbezpieczonym rewolwerem schowanym w kieszeni swojego płaszcza, uśmiechnął się delikatnie do swoich myśli. Nie wiedzieć czemu, opis podany przez Estebana przywołał mu przed oczy obraz Szeryfa i Sierry. Sam Josh nigdy nie odważyłby się nazwać Parkera pierdolcem nawet w myślach, ale dla jego młodego towarzysza każdy obcy facet zasługiwał na takie miano. -Ta, to by była akurat miła niespodzianka-pomyślał sobie wampir, opierając się o ścianę zaraz przy drzwiach i wypatrując upatrzonej przez Estebana pary. - Biorąc pod uwagę to, co się ostatnio dzieje w mieście, jaka jest szansa na to, żeby jakakolwiek niespodzianka była akurat miła?-zapytał sam siebie w myślach i z uśmiechem na twarzy-oraz spluwą w kieszeni-wypatrzył dwie zbliżające się postaci.

Re: Port of Seattle, nabrzeże

Siedzący przed Hunterem człowiek był zbyt przerażony, żeby coś przed nim ukrywać. Na tym świecie byli ludzie, którzy mogliby siłą własnego charakteru przeciwstawić się mocy jego Dyscypliny. Tak samo nie brakowało też osób, które mogłyby idealnie odegrać skrajną panikę i zachować zimną krew, zwłaszcza w tak niebezpiecznej sytuacji. Za to człowiek, który posiadałby obie te cechy...Joshua nie wątpił w jego istnienie, nie wierzył jednak w to, że takiej klasy człowiek zostałby zwykłym „żołnierzem” upierdliwego-lecz ostatecznie małego-gangu. Dlatego też, choć był naturalnie podejrzliwy, Ventrue uwierzył w to, co mu przesłuchiwany człowiek sprzedał.

-Facet na pewno wierzy w te swoje zapewnienia o niezależności Trzynastki, na pewno tak mu szefowie przedstawili tą sytuację-pomyślał sobie Hunter, patrząc na człowieka zimnym i złowrogim wzrokiem. [K]-Albo jego szefowie wcisnęli mu taki kit albo też bossowie sami wierzą w takie bajki, ale ktoś ich dyskretnie popchnął do takiego działania. Jeśli już ktoś w Trzynastce znał prawdę na ten temat, to musiał to być co najmniej porucznik, jak nie lider gangu. Zwykli żołnierze, tacy jak spętany na krześle Steven byli dobrym początkiem dla śledztwa, ale nie byli niestety wtajemniczeni w najważniejsze sekrety. Josh od razu zapisał sobie w myślach wszystkie zasłyszane nazwiska i przydomki, które z pewnością przydadzą mu się w dalszym śledztwie. Największym zainteresowaniem obdarzył oczywiście Carlosa Larrę, wytypowanego przez Deshpande na lidera gangu. Wiedział już, o kogo trzeba było pytać w półświatku i czyją chatę szukać.

-Albo Monte Flores sami uznali, że będzie to najlepszy moment na atak, albo też ktoś ich podpuścił do tego. Kto wie, może Carlos został przekupiony przez Nortenos lub inny gang i tylko sam szef wie, że Trzynastka nie jest w pełni niezależna? Wampir nie dowie się prawdy, dopóki nie wypyta o to najwyższych szczebli gangu.

Hunter uśmiechnął się do człowieka złym, mściwym uśmiechem i powiedział na głos-Dziękuję za współpracę, jesteś naprawdę pomocny Steve, więc nie musisz się martwić na razie strzelaniem-z tymi słowami Hunter zabezpieczył swój rewolwer. Nie pozwolił jednak człowiekowi zbytnio się tym nacieszyć zanim nie spytał-Wszędzie i nigdzie? Brzmi zajebiście, jestem pewien, że niejedną dupę wyrwałeś na takie enigmatyczne hasło-Hunter uśmiechnął się, po czym poprawił chwyt na rewolwerze i uderzył nim Steve'a mocno w twarz. Trafienie w skroń mogłoby zamroczyć gościa, a cios w szczękę mógłby ją zwichnąć i utrudnić przesłuchanie. Dlatego też Ventrue celował w kość policzkową, bo choć bolały jak diabli, to jednak kości te były jednym z najtwardszych elementów twarzoczaszki. -Ja nie jestem jedną dupą i nie kupuję takie bajeczki. Gdzieś musicie się spotykać, przynajmniej raz na jakiś czas, żeby szefowie mogli rozdać rozkazy. Dlatego spytam teraz grzecznie, ale po raz ostatni-znów odbezpieczył broń i spytał-Jak kurwa nie macie bazy wypadowej, to gdzie się za to kurwa zbieracie? U któregoś z poruczników, a może u samego Carlosa? Dasz mi adres, to ja z kolei zapewnię ci ochronę przed dalszym bólem. Jeśli jednak nie masz żadnych odpowiedzi-z tymi słowami lufa rewolweru wampira zjechała z twarzy przesłuchiwanego człowieka w dół, aż do jego krocza-Zacznę strzelać i ostatnie co zobaczysz za życia, to krwawe dziury w swoim ciele!-Hunter wręcz warknął, pokazując zastygłe w
grymasie zęby Deshpande, który w pierwszej chwili zupełnie się nie odzywał .

Re: Port of Seattle, nabrzeże

5 V 1999

Z King's Cross<<<

Podróż do doków nie zajęła im zbyt wiele czasu, no bo przecież lokal Huntera był o (mocny) rzut kamieniem od linii brzegowej. O tej godzinie i przy takiej pogodzie, doki wyglądały na opuszczone, bo wszyscy ludzie albo pochowali się w okolicznych „tawernach” albo też po prostu zrobili sobie spacer do serca Downtown i znajdujących się tam pubów. Wciąż jednak, porty zawsze rządziły się swoimi prawami, czyli ani Hunter ani Esteban nie mogli sobie pozwolić na nacieszenie się nocą. Fakt, że nikogo nie widzieli nie znaczyło od razu, że nikt ICH z kolei nie widział. Co więcej, jeśli tej nocy w tym miejscu kręcili się Malkavianie-już o Nosferatu w ogóle nie wspominając-Josh nie miał szans innych wampirów zobaczyć. Dlatego też wraz z gangerem z Lagrimas zaparkowali w jednej z licznych bocznych uliczek i po prostu czekali. Esteban upewnił się, że jego pasażer ani nie ma ochoty palić ani nie przeszkadza mu dym nikotynowy, po czym uchylił swoje okno minimalnie i zapalił sobie papierosa. Hunter zaczął go wypytać o najnowsze akcje Łez, dyskretnie i po hiszpańsku, a Esteban zdawkowo udzielał odpowiedzi, na wypadek gdyby byli podsłuchiwani. Potencjalni świadkowie pewnie uznaliby ich za podejrzanych-samochód, który zatrzymał się na zadupiu i nikt z niego nie wychodzi-ale pewnie „zbagatelizowaliby” to jako umowę narkotykową. W końcu sprzedaż dragów miała też i taką formę: omówienie interesów w samochodzie, z dala od wścibskich spojrzeń.

Miejsce, w którym Esteban postanowił się zatrzymać, nie było przypadkowe. Magazyn, przy którym się zatrzymali był już od dawna opuszczony i już nieraz służył Lagrimas jako tymczasowe schronienie czy skrytka. Z pożyczonym od Estebana dorobionym kluczem Hunter wyszedł z samochodu- gdy już oczywiście upewnił się, że nikt ich nie obserwuje-po czym otworzył główne drzwi grubym kluczem. Następnie, razem ze śmiertelnym, wnieśli szybko skrępowanego człowieka z workiem na głowie do środka i zamknęli za sobą drzwi. Pusta, przestronna przestrzeń magazynu była skąpana w łagodnym półmroku, który na szczęście był rozbijany przez słabe, ale ciepłe żółte światło okolicznej latarni. Bez problemu znaleźli krzesło-tak jak w tych Estebanowych filmach!-po czym przywiązali do niego gościa tak, żeby nie mógł się nawet palcem ruszyć. Następnie Hunter poprosił Estebana, żeby ten poczekał przy drzwiach, albo lepiej nawet w samochodzie. Chłopak nie był z tego powodu zbytnio zadowolony, ale przytaknął i wyszedł z magazynu.

Josh szybko obmacał kieszenie skrępowanego gościa i szybko znalazł portfel w jego kieszeni, którego wyłowił i zaczął przeglądać. Nie słuchał oczywiście stłumionych jęków i odgłosów protestów, na to jeszcze przyjdzie czas. Otworzywszy portfel Hunter od razu znalazł prawo jazdy, które było wystawione na niejakiego „ Stevena Deshpande.” Gdy następnie wampir ściągnął temu Steve'owi worek z głowy, zobaczył zakneblowanego brązowo-skórego chłopaka, który nie mógł mieć więcej jak dwadzieścia lat. Etniczność(dla wampira) nieznana: Grek, Hindus, Indianin, mieszanego pochodzenia? Nie było to jednak na ten moment ważne. Dla Josha najważniejszym było to, że chłopak był młody i zgnębiony przez życie, a przy tym pochodził z gangu na którego wampir właśnie polował. Nic innego nie było ważne.

Telefon zabrzęczał i Hunter zerknął na odpowiedź Chloe, po czym uśmiechnął się i już nie odpisywał. Nie było potrzeby. Za to, czując na sobie wzrok człowieka, Hunter wyjął rewolwer zza pazuchy i go odbezpieczył. - No to możemy zaczynać-oznajmił człowiekowi, a następnie odbezpieczył broń i przystawił ją do jego lewego kolana. -Krótka piłka Steve-zaczął lodowato mroźnym tonem- odpowiesz na moje pytania i wrócisz cały do domu...albo dam ci kasę na bilet, żebyś mógł miasto opuścić. To już zależy od tego, która opcja Ci bardziej pasuje-rzucił z nadmiernie, wręcz szaleńczo szerokim uśmiechem. -Jeśli jednak będziesz milczeć, albo co gorsza spróbujesz mnie okłamać, to zacznę do ciebie strzelać. W stawy, kości, sploty nerwów-dopóki to zadaje ból, ale od razu cię nie zabije, tam właśnie będę strzelał-w jego głosie czuć było obietnicę, a nagłe użycie Dyscypliny tylko potęgowało to wrażenie. Odkneblował gościa i od razu zaczął go zalewać obietnicami i pytaniami. -Będę wiedział, kiedy kłamiesz, więc daruj to sobie. Kto was napuścił na Kingz? Gdzie macie bazę wypadową? Kto wami przewodzi?-rzucił trzy szybkie pytania, po czym dodał grobowym głosem-gadaj, bo już nigdy kurwa chodzić nie będziesz.

Spoiler | 
Rzut na Przerażające Spojrzenie[Prezencja]

Re: 524 2nd Ave, King's Cross

Hunter zastanowił się na moment nad propozycją Estebana, po czym zaśmiał się krótko, ale pokiwał głową na znak aprobaty. -Filmy zazwyczaj mijają się z prawdziwym światem i to w dość drastyczny sposób. Co nie zmienia jednak faktu, że czasami dany reżyser wstawi jakiś realistyczny element, zamiast wymyślać coś zupełnie z dupy-Hunter dodał swoje dwa grosze, po czym upewnił się, że ma przy sobie swój zestaw wytrychów. Biorąc pod uwagę wszystkie swoje „przygody”, jakich zaznał w Szmaragdowym Mieście od prawie pierwszych nocy swojego pobytu, Josh zdążył już poznać granice swoich możliwości. Nie mógł już polegać na tym, że każdy napotkany przez niego zamek będzie na tyle stary czy kiepski, że sforsuje go śrubokrętem zamiast łomem. Czując znajomy kształt futerału, który wypychał mu jedną z wewnętrznych kieszeni płaszcza, Hunter uśmiechnął się delikatnym, pogodnym uśmiechem. Tej nocy był gotów na każde zamknięte drzwi, które mogłyby mu stanąć na drodze.

Pistolet też był na swoim miejscu. Zdobyty od wychudzonego ćpuna nóż też był bezpiecznie schowany, w taki sposób, żeby Hunter mógł go dyskretnie dobyć. W pierwszej chwili poczuł ukłucie...gniewu, a może lęku? Trudno było to jednoznacznie określić. Na pewno jednak wizja zamordowania człowieka nie uśmiechała się wampirowi, który do tej pory jeszcze nigdy nikomu nie odebrał życia. Kłamał, oszukiwał, okradał i krzywdził...ale nigdy jeszcze nie zabił. Czy był gotów dzisiaj przekroczyć tą granicę? Czy też może pozostawi to Estebanowi, który zdążył już zapewne popełnić ten konkretny grzech? -Gdybym tylko mógł modyfikować wspomnienia...-pomyślał sobie niewesoło Ventrue, przypominając sobie o jednej z bardziej zaawansowanych mocy Dyscypliny Arystokratów. Jak to już nieraz w jego (nie)życiu bywało, Joshua dosyć boleśnie odczuł brak zalety czy też cechy, którą każdy stereotypowy Arystokrata powinien posiadać.

-Weź nie gadaj, dobra Esteban? Jakbyś miał być tylko i wyłącznie szoferem i nic więcej, to nie pytałbym cię o zdanie-rzucił z lekkim uśmiechem, ale też z powagą w głosie. -Jesteś jeszcze młody i „niesprawdzony” w gangu, zdążyłeś już udowodnić swoją lojalność, ale wciąż jeszcze nie pokazałeś dosyć, żeby szefowie uznali cię za materiał na porucznika. Nie bój się nigdy zabierać głosu, żeby coś zaproponować, ale oczywiście nigdy nie podważaj decyzji szefów. Jeśli tylko znajdziesz tą równowagę pomiędzy przedstawieniem swoich dobrych pomysłów, a trzymaniem języka za zębami, gdy szefostwo chce tylko usłyszeć od ciebie „Tak, już, natychmiast”...jak opanujesz tą sztukę to od razu znajdziesz się na ekspresowej ścieżce na szczyt-Hunter poradził lekkim głosem chłopakowi, po czym kiwnął głową na zachód, w stronę doków. -Niech będą więc doki-zarządził, a wóz powoli ruszył w ciemność i opuścił Downtown.

Do Alaskan Way>>>

Re: 524 2nd Ave, King's Cross

Brandy, jeśli tak się dziewczyna naprawdę nazywała, w pełni zasługiwała na swe imię. Jeśli zaś było to zaledwie jej przezwisko to i tak zostało ono trafnie dobrane. Jej krew zawierała zadziwiająco głębię smaków: słodycz przeżytych radości, lekką goryczkę smutków i żali, a także niezwykle odświeżający posmak najbardziej przypominający Joshowi świeże owoce..a przynajmniej mgliste wspomnienie tych owoców, których Hunter od lat już nie mógł skosztować. No i oczywiście nie można było zapomnieć o znaczącej ilości promili, które pływały sobie w krwiobiegu młodej dziewczyny. Dodawały ten żar, którego młody Ventrue potrzebował, żeby na tę parę cennych chwil po pożywieniu się czuć się ciepłym, szczęśliwym i (pozornie)żywym. -Brandy powinno się pić małymi łykami, żeby móc docenić głębie bukietu-przypomniał sobie o poradach pewnego klienta baru co do tego konkretnego trunku i uśmiechnął się pod nosem, po czym znów przyjrzał się żyjącej.

Odurzenie płynące z Pocałunku pozbawiło ją przytomności, a zmęczenie alkoholem dokończyło dzieła i dziewczyna spała teraz twardym snem pijanej. Już najedzony-przynajmniej dla swoich potrzeb, Bestia oczywiście miała inne zdanie-Hunter podszedł do dziewczyny i zapiął jej zamek od spodni. W końcu, jakby Brandy się obudziła z rozpiętymi spodniami, mogłaby źle odebrać całą sytuację. Właściciel King's Crossa-czyli wizerunek, jaki Hunter budował w kontaktach z odwiedzającymi jego bar ludźmi-z pewnością chciałby spędzić noc z piękną kobietą, ale nigdy nie zrobiłby tego, gdy była ona zalana w trupa i nieprzytomna. Hunter jak właściciel lokalu starał się być miły, życzliwy, troskliwy, czasami po prostu trochę nieporadny lub nawet pierdołowaty. Była to banalnie prosta zasada, którą stosowali nawet ludzcy psychopaci i mordercy, więc tym bardziej przydawała się ona wampirom: „Twarz, którą prezentujesz ludziom, powinna być jak najbardziej pozbawiona drapieżności i zagrożenia. Tak jak sąsiedzi seryjnych morderców najczęściej opisują ich jako „cichych, spokojnych i niepozornych”, tak samo klienci Huntera-czy nawet większość znanych mu żyjących-nigdy nie powinna poznać prawdy o czyhającej za jego oczami Bestii.

Hunter przyniósł poduszkę i koc, po czym położył Brandy wygodnie, żeby nie obudziła się połamana. Biorąc pod uwagę jej pijaństwo, dziewczyna i tak wstanie wciąż potężnie zalana, ale przynajmniej jej ciało nie będzie narzekać, że spała z brodą wciśniętą w mostek i z narożnikiem wbitym w żebra. Sam wampir zaś usiadł na fotelu i wyciągnął telefon, który podskoczył mu w kieszeni w trakcie „picia.” Jak się okazało, znów napisała do niego Chloe, tym razem z dość niepokojącym pytaniem. Chciała wiedzieć, kto poza Ventrue może zmusić innych do wykonywania poleceń, a także sprawić, że dana osoba miała nagle „głosy w głowie.” To mogło być oczywiście niewinne pytanie, ciekawość pobudzona nagłą myślą lub wzmianką, usłyszaną od innych wampirów....Hunter jednak zupełnie w to nie wierzył. O wiele bardziej prawdopodobnym było to, że jego „córka” znalazła w swoich poszukiwaniach i śledztwach coś, co nie dawało jej spokoju. Po dłuższej chwili namysłu Hunter wreszcie skomponował SMSa do Chloe i dodał jeszcze pytanie, czy potrzebuje ona pomocy. Następnie zaś postanowił czekać na odpowiedź.

Minęło parę minut i Chloe nie odpisywała. To trochę uspokoiło Josha, bo znał już swoją protegowaną na tyle dobrze, że brak natychmiastowej odpowiedzi traktował jako sygnał „jest ok...przynajmniej póki co.” Hunter już myślał o tym, czy chciał jeszcze wściubiać nosa w sprawy Chloe, gdy dostał krótką wiadomość: -Tu Esteban. Czekam na parkingu z „kolegą.” Przeczytawszy to wampir uśmiechnął się pod nosem, po czym wysłał krótkie „Już idę”, a potem jeszcze jedną wiadomość.do Chloe i następnie zaczął delikatnie lecz zdecydowanie budzić Brandy. Dziewczyna otworzyła wreszcie oczy i skupiając wzrok na Hunterze, spytała zaspanym głosem-”So szię ciheje?” Josh spojrzał na nią z uśmiechem na twarzy i wyjaśnił, że zasnęła mu na kanapie, po czym zaproponował, że ją zabierze na dół i wezwie jej taksówkę. Brandy miała ostre problemy z kontaktowaniem, ale po kilku MHM z jej strony wreszcie zaczęła się podnosić do wyjścia. Hunter od razu rzucił się z asekurowaniem dziewczyny na dół. Przy schodach po prostu wziął ją na ręce, ignorując jej głaskanie po jego szyi, po czym otworzył drzwi i zamknął je za sobą na klucz. W końcu na górze czekał jeszcze prawie nie ruszany Bourbon, więc głupio by było, gdyby ktoś wszedł na górę i się poczęstował.

Widok właściciela lokalu z kobietą na rękach wzbudził oczywiście zainteresowanie, ale też nie było to żadną sensacją. Ot, pijana dziewczyna była jeszcze pijańsza i potrzebowała pomocy, czyli znów ktoś przecenił swoją tolerancję na alkohol. Hunter zostawił dziewczynę przy stoliku zaraz przy barze, po czym poprosił rozbawioną Sam, żeby zamówiła jej taxi i miała na nią oko. Następnie wyłowił zza baru karteczkę i długopis, po czym napisał szybko-”Mam nadzieję, że nasze następne spotkanie nie skończy się na całowaniu. Wiesz zawsze, gdzie mnie szukać”-po czym opatrzył wiadomość mrugającą buźką i wsunął karteczkę Brandy do kieszeni. Gdy próbował odejść dziewczyna złapała go jeszcze za ramię i nie chciała go puścić, więc uśmiechnął się do niej i pocałował ją-tym razem jak człowiek. W przeciwieństwie do swojej nowej znajomej Hunter nie musiał oddychać, więc dziewczyna pierwsza przerwała pocałunek i odprowadziła go maślanym-a może bardziej whiskaczowym?-spojrzeniem.

Młody Ventrue ubrał się w błyskawicznym tempie i wyszedł na zewnątrz. Ledwie wyszedł z zaułka prowadzącego do swojego baru już usłyszał trąbnięcie samochodu i spojrzał w stronę, z której rozległ się dźwięk. Esteban, jeden z Lagrimas, czekał już na niego w zaparkowanym na krawężniku Kombi. Gdy Hunter podszedł do miejsca pasażera i zobaczył, że wóz poza kierowcą jest pusty w środku, spojrzał na Estebana po czym pytająco rzucił okiem w stronę bagażnika. Młody Latynos nieznacznie kiwnął głową, potwierdzając jego przypuszczenia: jeden z gangerów Trzynastki był zapakowany w wozie. Hunter wskoczył szybko na miejsce pasażera, po czym przywitał się szybko z kierowcą i zarządził-U mnie jest multum ludzi i jeszcze trochę czasu zleci, zanim się lokal zwolni. Wiesz może, gdzie moglibyśmy gościa na rozmowę zabrać? Na skrzyżowaniu East Howell Street i Summit Avenue jest ten stary budynek, co niedawno oddali do rozbiórki i czekają teraz na oferty deweloperów. Zbyt mało czasu minęło, żeby jakieś ćpuny i menele zrobili sobie z tego squat, więc miejsce będzie opuszczone i wolne...ale oczywiście, jak masz lepszą propozycję, to mów śmiało.

Re: 524 2nd Ave, King's Cross

Słysząc słowa dziewczyny, uśmiech Huntera zabłysł z mocą dziesiątek reflektorów. Dla osób postronnych, wyglądał na faceta, który miał nadzieję „bliżej poznać” dziewczynę, z którą rozmawiał. Tylko inne wampiry mogły znać jego prawdziwe zamiary i pragnienia i też tylko te, które mogłyby w nim rozpoznać jednego ze swojego rodzaju. -Odrobina rumu zabija smutki, ale wystarczy parę kropel więcej, żeby zabił dodatkowo szczęście i zdrowie-powiedział przesadnie odgrywanym tonem eksperta, mrugając żartobliwie do dziewczyny. -Akurat rum znajduje się na dole mojej listy, więc nie musisz się o to martwić. Co do doświadczeń z Jerrym-podniósł obie ręce w geście „nie pytam”-mam nadzieję, że tej nocy uda mi się sprawić, żebyś o nich zapomniała. Dziewczyna- która przedstawiła mu się jako Brandy, choć niekoniecznie miała tej nocy ochotę na ten trunek-przewróciła tylko oczami jakby słyszała ten tekst ze sto razy, choć cały czas na jej ustach rysował się zaciekawiony uśmiech.

Hunter przeprosił Brandy na moment i szybko wskoczył na zaplecze, żeby wyłowić butelkę „Maker's Mark Bourbon.” To było akurat whisky amerykańskie, a nie szkockie, ale miało za sobą długą historię i w pełni zasługiwało na renomę, którą podrabiane w Stanach „whiskey” nigdy nie mogło osiągnąć. Cherry w tym czasie płukała szkła i nie zwracała większej uwagi na szefa, za to Samantha zauważyła butelkę i czekającą na Josha kobietę i uśmiechnęła się pod nosem. Hunter jedynie mrugnął okiem do niej, po czym pokazał butelkę Brandy, która ją po cichu zaaprobowała, po czym wziął jeszcze dwa kieliszki i poprowadził dziewczynę do schodów prowadzących na pierwsze piętro. Jeśli nawet Brandy przyszła do lokalu ze znajomymi, to nikt ich po drodze nie zaczepiał.

Już na górze, Hunter rozstawił butelkę i szkło, nalał Brandy lufkę, po czym przeprosił ją na moment, żeby odpisać na odebranego SMSa. Hunter zszedł schodami do drzwi wejściowych sali, niby nie chcąc bezczelnie gapić się na telefon, gdy miał damę do zabawiania. Tak naprawdę, Hunter dyskretnie zamknął drzwi na klucz, po czym przeczytał wiadomość od Jose i z uśmiechem na twarzy odpisał mu.

Gdy dołączył do swojej nowej „przyjaciółki” Brandy była na tym etapie upicia, podczas którego słowa wylewały się potokiem w żaden sposób nie cenzurowanym. Młody Arystokrata na początku jedynie przytakiwał, dodawał słów otuchy bądź opierniczał ludzi, którzy narazili się jego towarzyszce. Gdy pijana dziewczyna nie miała już nic do dodania-a może po prostu alkohol ją tak zmęczył, że aż musiała walczyć z sennością-wtedy właśnie Josh zaczął opowiadać o swoich planach i marzeniach, które na razie musiały ustąpić prozaice prowadzenia baru. Mając już zawczasu przygotowaną i testowaną historię, Hunter zaczął się przedstawiać w kategoriach ambitnego i niepoprawnego marzyciela, który chciał zmienić świat, lecz póki co musiał się ograniczyć do zarządzania barem. Ta historia w sumie nie odbiegała od prawdziwego stanu, choć oczywiście wiele fragmentów starego życia i nowego stanu Huntera trzeba było ominąć. Niemniej jednak podstawowy plan Huntera: uczynić się na tyle atrakcyjnym tej pijanej kobiecie, żeby zupełnie przy nim opuściła „gardę” zadziałał wyśmienicie. Walcząca z rozmywającym się wzrokiem Brandy uśmiechnęła się szczerze, gdy Hunter nachylił się i zaczął ją całować. Najpierw krótko, niewinnie i nieśmiało, prosto w usta. Po czym z coraz większą pasją pocałował ją po kolei: w lewy policzek, zaraz za lewym uchem i w szyję zaraz przy żyle. Jego nieświadoma niczego ofiara zaczęła coraz szybciej oddychać, Hunter już poczuł bijące od jej skóry ciepło, a biegnąca do głowy tętnica silnie pulsowała w rytm bijącego serca. Josh odwlekał jak tylko mógł moment wgryzienia się, żeby zaostrzyć apetyt i wzmocnić słodycz zbliżającego się posilenia, po czym wreszcie uległ swojemu pożądaniu i wbił kły w szyję Brandy. Ponieważ nie odczuwał prawdziwego głodu, ale apetyt pragnący smaku krwi, Hunter nie obawiał się Bestii i był gotów oderwać się od śmiertelnej przy pierwszej oznace „nasycenia” swojego głodu.

Re: 524 2nd Ave, King's Cross

Hunter był praktycznie przywiązany do swojego telefonu. Stare wampiry, tak samo pewnie jak starzy ludzie, mieliby niemało do pogadania na ten temat. Tradycyjne pierdzielenie o upadku czasów, że kiedyś było lepiej, a teraz młodzi zachowywali się chamsko i nie odrywali się od swoich zabawek. Najśmieszniejsze dla Huntera było to, że możliwość porozumiewania się błyskawicznie na wielki dystans wśród wampirzych Dyscyplin byłoby niezwykle potężną Dyscypliną, którą każdy by pożądał. Ponieważ jednak używał w tym celu ludzkiej technologii, było to dla wielu Starszych przelotnym trendem, którym ludzie się szybko znudzą, a wampiry nie powinny się w ogóle tym interesować. No cóż, przystosowanie się do czasów było przecież domeną młodych Spokrewnionych, a także bardzo szczególnych Starych. Gdyby każdy wampir, niezależnie od wieku, łapczywie chwytał się nowinek technologicznych kolejną z nielicznych zalet młodego wieku szlag by trafił.

Telefon, o którym była mowa, znów zawibrował. Hunter kątem oka zarejestrował przybycie nowego klienta, który szybko zawędrował do swoich przyjaciół, po czym skupił się na nowej wiadomości od Jose. Plan spotkania się z ghoulem twarzą w twarz właśnie poszedł w las, przynajmniej aż do momentu, gdy Cruz ogarnie zaplanowane akcje. Hunter szybko napisał odpowiedź śmiertelnemu przywódcy Lagrimas, po czym oparł się o ścianę i czekał na zwierzynę.

Widząc urodziwą dziewczynę, Hunter mimochodem uśmiechnął się pod nosem, choć po prawdzie łatwiej by było upolować faceta. W końcu, mężczyzna by nawet nie mrugnął okiem, że jakiś inny facet też zagląda do kibla. Za to kobieta, widząc nawet właściciela lokalu wchodzącego do damskiej ubikacji, zareagowałaby zrozumiałym niepokojem lub oburzeniem. Na korzyść Ventrue na pewno przemawiał fakt, że drzwi do obu ubikacji były osłonięte przed resztą lokalu ścianą, którą trzeba było ominąć by wejść do toalet. Nie słysząc charakterystycznego szczęku zamka, Hunter wiedział, że drzwi nie były zamknięte. Mógł wejść do środka, zamknąć drzwi i napić się w spokoju. To jednak nie zmieniało faktu, że widząc mężczyznę w damskim WC, ta dziewczyna może narobić protestów.

Zastanawiając się nad rozwiązaniem, Josh uśmiechnął się pod nosem, po czym poszedł do toalety-męskiej. Zamknął za sobą drzwi, sprawdził czystość-jak na męskie WC, wciąż dobrze-po czym skupił się na nasłuchiwaniu dźwięków. Głównie słyszał dźwięki „Want To Be With You” zespołu Moody Blues, sączące się łagodnie zza drzwi, ale po chwili zza ściany usłyszał odgłos spłukiwanej wody. Po chwili można było usłyszeć szum wody lecącej z kranu, czyli jego ofiara właśnie myła ręce. Hunter zaczaił się przy drzwiach, uchylił je nawet delikatnie, po czym poczekał aż dziewczyna wyjdzie i gwałtownie otworzył drzwi. Drzwi do damskiej ubikacji były ustawione dalej od wejścia niż męska, czego niefortunnym skutkiem było to, że mężczyźni mogli swoimi drzwiami zablokować wejście i wyjście z damskiej. Hunter wykorzystał to teraz, żeby lekko nastraszyć swoją ofiarę, co wyszło ze znakomitym skutkiem. Dziewczyna na wpół pisnęła zaskoczona, na wpół krzyknęła zdenerwowana, a Hunter szybko zamknął za sobą drzwi i zaczął się kajać. „-O Boże, przepraszam, mam nadzieję że pani nie uderzyłem?”-zaczął z niepokojem w głosie przepraszać, choć oczywiście doskonale wiedział, że drzwi nawet nie dotknęły butów jego upatrzonej ofiary. Młoda dziewczyna ochrzaniła go za zastraszanie, a Josh dwoił się i troił w przeprosinach, aż widać było że dziewczynę ta sytuacja zaczynała bawić. Widząc okazję, Hunter użył mocy swojej Prezencji i zaprosił dziewczynę na zaplecze. -Nie wybaczyłbym sobie, gdybyś wyszła z mojego lokalu przeświadczona, że właściciel próbował Cię drzwiami znokautować”-zaproponował żartobliwie, po czym dodał-”Pozwól mi proszę zatrzeć złe wrażenie i poczęstować Cię czymś z zapasów, które trzymamy na wyjątkową okazję. Choć niefortunnie się zaczęło, uważam, że powinniśmy uczcić nasze spotkanie” obdarzył dziewczynę pięknym uśmiechem, a w jego oczach błyszczało pożądanie...choć raczej nie te, którego dziewczyna się spodziewała. -"Jeśli mam nadal Cię prosić, to będę to robił tak długo jak tego sobie zażyczysz...choć może powinniśmy zmienić miejsce, żeby ludziom toalet nie blokować”-rzucił znów żartobliwym tonem, choć w pełni się spodziewał, że ktoś zaraz może się tutaj skierować. Cały czas roztaczał wokół siebie aurę Prezencji, żeby dziewczyna chciała z nim pójść.

Spoiler | 
Rzut na [Prezencja] Zachwyt

Re: 524 2nd Ave, King's Cross

Hunter miał już zareagować, widząc jakie bydło wlazło mu do pubu, gdy nagle jego telefon znów na moment zatańczył w jego kieszeni. Przeczytał odpowiedź Chloe i skomponował od razu wiadomość zwrotną , trochę dłuższą niż miał w planach. Jakoś nie potrafił się powstrzymywać od traktowania SMS-ów jak elektronicznej poczty:każdy skrawek informacji, każda myśl musiała zostać natychmiast przekazana. Wiedział oczywiście, że mógł wysyłać krótsze wiadomości, jak odpisy na jakimś czacie, ale jakoś nigdy nie przykładał do tej wiedzy większej uwagi.

Gdy Cherry wróciła ze szkłem Hunter zatrzymał ją na moment po czy kiwając głową w stronę gościa, który ją zaczepiał rzucił krótko-Nie musisz podchodzić do tamtego towarzystwa. Kusi mnie już, żeby ich stąd wypierdolić za kolegę, ale są na tyle zalani że niedługo będą się stąd zbierać. Następnie spojrzał też na Samanthę po czym powiedział do obu dziewczyn-Jeden jeszcze numer z ich strony, jedno zachowanie, które wam się nie podoba i dzwonimy po ochronę. To ma być przecież przyzwoity lokal; fajny nie tylko dla klienteli, ale też dla pracowników-z tymi słowami zabrał od Cherry tacę i poszedł umyć szkło. Potrzebował chwili na zapleczu, żeby ochłonąć i nie zrobić nic głupiego, zwłaszcza teraz gdy miał ochotę wbić kły w tamtego buca. Nie był tutaj jednak niestety sam, czyli jego towarzysze-nawet tak pijani!-zauważyliby jego brak. Hunter nie mógł sobie pozwolić na to, żeby uczucia nim kierowały. Nie w sytuacji, gdy te emocje łatwo zostałyby przejęte przez Bestię.

Josh postanowił choć na moment odłożyć te myśli i skupić się na swoich planach na tę noc. Jego obecna sytuacja była o tyle uciążliwa, że miał tyle opcji do działania, że nie wiedział w co powinien włożyć swoje ręce. Znów postanowił się posiłkować swoim telefonem i wysłał szybką-jak na niego wiadomość do Jose. Sprawy wampirze były oczywiście priorytetem, ale nie mógł przecież zaniedbać swoich zobowiązań wobec gangu. W końcu to właśnie dzięki nim miał coś więcej, niż minimum finansowej stabilności w mieście. Lagrimas byli inwestycją, w którą trzeba było włożyć wiele czasu i energii, czasem też pieniędzy. Inwestycja ta jednak na pewno nie tylko zwróci Hunterowi jego koszta, ale też przyniesie ze sobą olbrzymie profity.

Czekając na odpowiedź od przyjaciela, Hunter starał się rozładować dziewczyny trochę przy barze, cały czas czekając na właściwą okazję. Jeśli, na ten moment nie mógł złowić jakiegoś singla do pożarcia, to mógł chociaż poczekać aż natura potoczy się odpowiednim torem. Po tylu piwach, każdy musi prędzej lub później zajrzeć do toalety, gdzie Hunter mógłby ich zaatakować i pozostawić znokautowanych w szalecie. Wystarczyło poczekać na faceta, zakraść się do WC i spić z niego krew, a potem pozwolić by ludzie odnaleźli go śpiącego w kabinie, żeby zrzucili tą senność na urwanie się filmu z przepicia.

Re: 524 2nd Ave, King's Cross

5 V 1999

Z Ventrue Penthouse<<<

Hunter obudził się tej nocy tak samo jak każdej poprzedniej, nagle z mroku nieświadomości i letargu przypominającego śmierć obudził się „ot tak”, błyskawicznie i bez cienia zmęczenia czy rozespania. Przed chwilą jeszcze był martwy ale teraz, niczym lampa po pstryknięciu włącznika, jego oczy otworzyły się z przenikliwym blaskiem. Ubrał się szybko, na pamięć odnajdując wszystkie swoje rzeczy, które porozkładał po pokoju kładąc się o poranku, następnie wyłonił się ze swojego Schronienia w piwnicy i zamknął za sobą drzwi. Labirynt starych mebli i szrotu pokonał w błyskawicznym tempie, upewniając się oczywiście, że trasą za sobą ponownie zamaskował. Może zachowywał się paranoicznie, ale biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich nocy, nie można było być zbyt ostrożnym.

Gdy Ventrue wyłonił się z piwnicy i znalazł się na zapleczu swojego baru, swoje pierwsze kroki skierował do łazienki dla pracowników pubu. Od razu podwinął sobie rękawy koszuli, bo przecież nie mógł sobie pozwolić na zamoczenie tak dobrej koszuli. Następnie przejrzał się w lustrze, po czym opłukał sobie twarz, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Ale jeśli jakiś kurz osiadł na niej, to po energicznym szorowaniu na pewno się go pozbył. Jeszcze tylko zamoczył sobie włosy na głowie, a potem uczesał je ręką, żeby schnąca woda mogła zachować jego fryzurę. Hunter co prawda od lat już się nie pocił, nawet „śpiąc” w dusznym pomieszczeniu i nie było ryzyka, że się w ciągu dnia spoci i włosy mu polecą na wszystkie strony. Za każdym razem jednak, gdy wstawał, to powracał swoim wyglądem do chwili swojej Przemiany. Jego Pani przemieniła go za jego zgodą i była bardzo delikatna, co nie zmienia jednak faktu, że i tak go zabiła. Wbrew zaś temu, co niektórzy poeci czy piosenkarze mogli mówić, bardzo trudno jest pozostawić po sobie idealnego trupa. Gdy Hunter już był zadowolony z efektów, poprawił jeszcze swój strój i wyszedł zza zaplecza.

Dzisiejsze nocy za barem siedziała Samantha. Jennifer, niezastąpiona ghoulica Huntera, miała jakieś zbliżające się egzaminy na kursie w najbliższym czasie. Była oczywiście gotowa na to, żeby stać za barem i uczyć się w wolnych chwilach, ale Josh nie chciał jej wyzyskiwać i kazał jej się uczyć w domu. W końcu miała ona zadatki na to, żeby zrobić wielką karierę poza barem i Josh nie chciał jej przed tym powstrzymywać. Sam za to nie miała problemów z wzięciem za przyjaciółkę zmiany, w końcu Jenny już tyle razy ją zastępowała, że z przyjemnością chciała się choć trochę odwdzięczyć. Dodatkowo tej nocy pracowała jeszcze Cherry, młoda tleniona blondynka, która jak wiele pracowników King's Cross dorabiała na pół etatu. Widząc swoją wieloletnią przyjaciółkę samą, bo Cherry akurat poszła puste szkła zbierać ze stolików, Hunter niewiele myśląc pocałował Sam w policzek i żartobliwie spytał-Na pewno chcesz się tak marnować za barem? Nawet obaj Richmondowie mówią, że powinnaś iść w aktorstwo, bo masz zadatki na bycie wielką gwiazdą! Dziewczyna na to uśmiała się jedynie i stwierdziła, że jeszcze jest młoda i zastanowi się nad tym, ale póki co była zadowolona ze swojego miejsca w życiu. Hunter uśmiał się na to, nie kpiąco, ale z czystej radości i tylko dodał-”Jak już coś postanowisz to daj mi proszę znać, będę chodził na każdą prapremierę.” Teraz, gdy młody Arystokrata zdążył już otrzeć się trochę o świat artystyczny, mógłby w razie czego młodą Cole komuś polecić. Na to jednak, jak sama zainteresowana zwróciła uwagę, może jeszcze przyjdzie czas.

Dzisiejszej nocy King's Cross było wypełnione grupkami. Pary, czwórki, siódemki czy nawet jedna jedenastka. Niby nie było dzisiaj jakiejś wyjątkowej okazji, ale jednak jakoś nikt nie chciał pić w samotności. Gdy tak Joshua rozglądał się po swoim lokalu, jego telefon zawibrował w kieszeni, zwiastując przyjście wiadomości. Był to SMS od Chloe, która chciała mu żartobliwie zrobić „pobudkę.” Hunter uśmiechnął się jedynie pod nosem, a następnie napisał szybką odpowiedź , po czym wrócił do rozglądania się po lokalu. Jak zwykle, obudził się lekko głodny po nocy i wolałby jednak wyjść na miasto w pełni nasycony. Dobrze już przecież wiedział i nawet nauczał Chloe tego, że im bardziej głód doskwierał, tym trudniej było poskromić Bestię. Na tym etapie, przy tak słabych ukłuciach apetytu, Ventrue wystarczyłby jeden większy łyk z człowieka i bez problemu pozostawiłby swojego „Dawcę” przy życiu. Gdyby jednak był naprawdę głodny, o czym by zadecydowała Bestia a nie on sam, to musiałby przeraźliwie walczyć z chęcią wyssania człowieka do cna. Już nie raz toczył takie walki i wychodził z nich zwycięską ręką, ale za każdym razem było równie trudno, więc Josh wolał nie ryzykować niepotrzebnie. Odłączyć kogoś od grupy było o wiele bardziej ryzykownym wariantem, niż upolowanie samotnej osoby, dlatego Hunter dyskretnie ale uparcie rozglądał się po swoim lokalu. Jeden stały bywalec lub też jedna osoba, która miała dzisiaj ciężki dzień i pije dla zapomnienia. Takich właśnie ludzi Hunter teraz potrzebował.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Oto właśnie Hunter kończył swoje pierwsze większe spotkanie z własnym Klanem w Seattle. Pierwsze oczywiście od jego Przedstawienia się Zarządowi, które było wyjątkową sytuacją i przebiegało według od dawna skodyfikowanego ceremoniału. Od tamtego czasu miał przyjemność spotykać się z innymi Arystokratami na spotkaniach w cztery oczy, które przebiegały spokojnie jednym torem wspólnych problemów i interesów. Dzisiejszy dyskurs zaś zebrał piątkę Arystokratów w jednym pomieszczeniu i Joshua swoją uwagę musiał dzielić pomiędzy czterema osobami. Chloe rzucona tak nagle na scenę pod światło reflektorów wymagała opieki, ale jak się okazało, była wystarczająco silna by nie złamać się pod spojrzeniami trzech starszych nieumarłych. „Adopcja” młodej wampirzycy była dla Huntera niekoniecznie przyjemną niespodzianką, ale Chloe po raz kolejny tej nocy przyjemnie go zaskoczyła. Choć będzie musiał młodą podopieczną jeszcze wiele nauczyć, żeby już nigdy nie odpowiadać za nią na pytania obcych, ale dziewczyna udowodniła mu już, że sprosta tej nauce.

Pozostała trójka nie obserwowała jednak tylko jego wychowanki, ale też i samego Huntera. Harpia Shaw była zaciekawiona i rozbawiona, jego nowy „szef” Walker był zdystansowany a markiza pozostawała wciąż nieodgadniona. Nie trzeba było jednak być geniuszem społecznym, żeby zauważyć, że energia roztaczana przez Huntera nie pasowała w pełni do atmosfery w pokoju. Zabierał głos w niewłaściwych momentach, nie okazywał ani cichej dostojności posiadanej przez starszych Spokrewnionych ani właściwie uniżonego oddania Ventrue niższego statusu. Można to było w pewnym stopniu wytłumaczyć jego pochodzeniem z Chicago, wychowaniem się w innym mieście i innej gałęzi ich Klanu, ale dla perfekcjonistycznych Arystokratów nie istniało nigdy odpowiednie wytłumaczenie dla takiego zachowania.-Zresztą, nawet w domu byłeś ewenementem-przypomniał sobie, czując już lekkie ukłucia frustracji w duszy. Nawet w swoim Wietrznym Mieście nigdy nie czuł się jak prawdziwy Arystokrata, prędzej jak parweniusz, który wkradł się do wyższych sfer. -Tym razem pewnie też straciłem parę punktów w ich oczach-podsumował, myśląc o trójce Brygadzistów. -Ale to może i lepiej, bo nic tak szefostwa nie denerwuje, jak nadto skuteczna i ambitna siła robocza. Jakby wszędzie mnie było pełno i byłbym nieżywym obrazem idealnego Ventrue, to na pewno narobiłbym sobie tłum wrogów w Klanie-podsumował, po czym wrócił myślami do spotkania.

Gdy Danielle poruszyła temat redakcji Timesa Hunter jedynie ukłonił się z delikatnym uśmiechem,mówiącym „ależ oczywiście, że nie mam nic przeciwo.” Temat działań Nosferatu i wzmianka o Burroughsie i Brujahku zaciekawiły go, bo oto pojawiały się kolejne pionki na mapie i plan działań Camarilli na Wyspie zaczynał już nabierać dla niego konturów. Wspólnie działające Klany, każde korzystając ze swojej siły wpływów w mieście, działające zgodnie ze swoimi największymi siłami. W pełni zjednoczona Camarilla była siłą, z którą Sabat na pewno by sobie nie poradził, a do tego jeszcze mieli przecież sojusz z Anarchistami! Ale nie mógł sobie pozwolić na takie rozważania, przecież to nie do niego należało zajęcie się tą sprawą, tylko do Księcia i Primogenatu. On już miał swoją rolę w nadchodzących nocach i dopóki nie zrealizuje swojej części, nie będzie mógł bardziej pomóc.

Gdy markiza poprosiła o numer kontaktowy Josh odpowiedział krótkim -Ależ oczywiście-po czym podanym piórem wpisał numer swojej komórki do notesu. Następnie, gdy już notes powrócił do Brygadzistki Ainsworth i ta pożegnała się z pokojem, wstał i z drobnym ukłonem życzył jej miłej nocy. Tradycyjnie już pokazał Chloe, że ma pójść w jego ślady. Gdy zaś markiza opuściła salę i znów usiadł na krześle, odważył się pójść w ślady Walkera. -Proszę wybaczyć Brygadzistko Shaw, ja też chciałbym zająć chwilkę Waszego cennego czasu. Chodzi o tą sprawę, o której wcześnie pisałem do Pani-przypomniał się starszej wampirzycy. Biorąc pod uwagę powagę tego problemu, jak też i jego nowy dług u Harpii, Hunter był bardziej niż pewien, że ta rozmowa się odbędzie.

Niezależnie jednak od tego, czy ta rozmowa będzie miała miejsce i ile ona ma zająć, dalszy plan młodego Wspólnika był banalnie prosty. Załatwić zameldowanie dla swojej wychowanki, odprowadzić dziewczynę do jej nowego "domu", gdzie będzie w pełni bezpieczna i powrócić do własnego Schronienia przed nastaniem znienawidzonego świtu...było co prawda jeszcze jedno miejsce, które chciał odwiedzić, ale tylko od zegara zależało, czy sprawdzi je jeszcze tej nocy czy też jutrzejszej.

Koniec nocy 15 II 1999

Do Ventrue Penthouse >>>

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Gdy wysłuchiwał, co jego „córka” sądziła o całej sytuacji, uśmiechnął się szerokim uśmiechem dumnego ojca. Wiedział oczywiście, że Chloe była zdecydowanie inteligentną młodą kobietą, na pewno bardziej oczytaną i wykształconą od niego. Martwił się jednak, czy najmłodsza Ventrue zdoła odnaleźć się w obecnej sytuacji. Wolna od praktycznie godzin, zabrana na niespodziewane zebranie starszych od siebie wampirów, które nieustannie oceniały ją w każdej sekundzie tegoż spotkania. Zwykła osoba mogłaby się złamać w takiej sytuacji, a wśród Ventrue najzwyczajniej na świecie dla zwykłych osobników po prostu nie było miejsca. Na szczęście Chloe potwierdziła właśnie wszystkim zgromadzonym, a w szczególności Hunterowi, że była zdecydowanie niezwykła. Josh nie mógł sobie w tej chwil przypomnieć ostatniego razu, kiedy tak bardzo by się ucieszył, że jego podejrzenia się sprawdziły.

Uśmiech ten, choć był całkiem szczery, pełnił też rolę maski dla wampira. Gdy tak promieniał „ojcowską” dumą, delikatnie rozglądał się po pomieszczeniu, jakby doszukiwał się aprobaty ze strony Brygadzistów. Ta aprobata zresztą byłaby oczywiście szalenie mile widziana, ale zimne oczy Huntera chciały tak naprawdę zajrzeć na moment za noszone przez nich maski. Moment, w którym Chloe zaczęła opowiadać już nie o potrzebie sojusz, ale o wojnie cybernetycznej była chyba najlepszym momentem na to. Oto ci starsi nieumarli zostali skonfrontowani z nowinką technologiczną, której nie można było zbagatelizować, bo zaczynała zmieniać drastycznie świat. Sam Hunter co prawda nie był żadnym ekspertem, mógł co najwyżej wysłać wiadomość elektroniczną, a jedynym rozwiązaniem problemów komputerowych dla niego było klasyczne „wyłącz i włącz ponownie.” Szczerze jednak wątpił, żeby siedzący przed nim dumni Arystokraci nawet do tego stopnia zainteresowali się „nową zabawką trzody.”

Starsi Arystokraci zaczęli zabierać głos, a Hunter cały czas analizował sytuację. Nawet, jeśli Brygadziści znaleźli się na niepewnym dla nich gruncie, to w żaden sposób tego nie okazali. Byli przecież Ventrue i nie mogli w żaden sposób okazać słabości. Harpia Shaw wydawała się być naprawdę zachwycona protegowaną Huntera, choć oczywiście cała jej radość mogła też płynąć z tego, że podczas tego spotkania Hunter zdążył się już u niej poważnie zadłużyć. Szef Walker wydawał się być lekko zainteresowany tym tematem, większą uwagę jednak poświęcał słowom Harpii. To było zresztą zrozumiałe, w końcu słowa szanowanej Brygadzistki miały przecież o wiele większe znaczenie, niż to co Dziecię wciąż pod opieką rodzica miało do powiedzenia. Coś jednak w wypowiedzi Shaw nie dawało też Joshowi spokoju. Nie powiedziała jednak nic takiego, co by mu nie pasowało..... -Ja pierdolę!-zakrzyknął w myślach, gdy wreszcie zrozumiał dręczący go niepokój. Uśmiech na jego twarzy zdążył już dawno zgasnąć, odkąd Shaw zabrała znów głos, a mięśnie twarzy zdążyły już zastygnąć w wyrazie zasłuchanej powagi. I żaden mięsień nawet nie drgnął, gdy w myślach Huntera zawrzało. -Nie chodzi o to, co powiedziała, ale czego nie powiedziała! Nosz kurwa mać! Ona się boi, że Chloe jest Sabatowym szpiegiem!-gdyby spojrzenia potrafiły zabijać, to Danielle Shaw byłaby zupełnie bezpieczna, bo Hunter nie pozwoliłby sobie na bezczelne łypanie na starszą Ventrue. Ale gdyby zabijać potrafiłyby za to myśli, to Shaw już dawno przekroczyłaby granicę Ostatecznej Śmierci. -No zaraz mnie chyba chuj strzeli! To ma być Harpia? Jak jej nie ufasz Danielle, to mogłaś kurde ją „poprosić”, żeby coś w Internecie sprawdziła i założyła słuchawki! Albo skoro jest najmłodsza, to mogłaś ją posłać po służącą ghoulicę, bo akurat zachciało ci się pić! Można to było załatwić na sto albo i nawet na tysiąc sposobów, bez wzbudzania podejrzeń u pozostałych.- Jeśli on zauważył tą przerwę i przemilczenie słów, to pozostali tym bardziej to zauważyli. Gniew zmienił się w niedowierzanie, że Harpia mogła przypadkiem popełnić taką-w oczach wtajemniczonego w prawdę Huntera-gafę. O ile oczywiście to była gafa, a nie celowe działanie. Bo taka myśl też przemknęła przez głowę Josha, ale ponieważ nie widział celu, jakiemu mogłoby takie zagranie służyć to postanowił te myśli odłożyć na bok. - Może to ma być ostrzeżenie dla mnie, że Harpia ma swoje wątpliwości i jeśli tylko je z Chloe jakoś potwierdzimy, to od razu zostaniemy pociągnięci do odpowiedzialności?-ten jeden powód zalśnił w jego głowie, zanim razem z resztą „zapakowanych' obaw trafił na wciąż rosnącą półkę „później.”

Markiza Helena Ainsworth przyjęła słowa Chloe z pełną uwagą, a po jej słowach było widać, że w myślach miała już mapę Harbor Island, jeśli nie całego Seattle i już rozstawiała pionki. Wyglądało na to, że miała już niejeden pomysł przygotowany i dzieliła z Brygadzistką Shaw-o ile nie przejęła większość-strategicznego impetu tej rozmowy. Nikt się do niego nie odezwał, więc też nie otrzymał pozwolenia na zebranie głosu i przez chwilę Hunter zamierzał pozwolić zgromadzonym kobietom na nieprzerwaną rozmowę. Pewne rzeczy jednak nie dawały mu spokoju, dlatego też delikatnym gestem zasygnalizował, że chciałby coś powiedzieć i gdy nikt mu nie odmówił odezwał się.

-Proszę wybaczyć, że wtrącam się z być może naiwnym i niedoinformowanym pytaniem, ale czy posiadamy jakąkolwiek wiedzę o stanie Wyspy odkąd Sabat postanowili tam zrobić swoją twierdzę? Bo odkąd uwinęli sobie gniazdo minęło wystarczająco wiele czasu, żeby nie tylko przygotować sobie schronienia zabezpieczone przed atakiem, ale też i wprowadzić system o którym teraz mówimy. Zerknął na moment w stronę Chloe po czym znów podjął wątek-Choć zdecydowana większość Sabatu składa się z prymitywnych potworów, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę ich tendencję do tworzenia mięsa armatniego, tak nie każdy z z nich zalicza się do tej kategorii. Gdyby tak było, dawno już byśmy starli ich z powierzchni ziemi, czyż nie?-zadał retoryczne pytanie, po czym złożył ręce w piramidkę. -Zamontowanie kamer, nawet ukrytych, będzie wymagało czasu. Nawet, jeśli będziemy posługiwać się ludźmi, którzy będą pracować za dnia. Sabat, przy całej swojej pogardzie do ludzi i ich dokonań, nie przejmują się hipokryzją i wykorzystują każde dostępne dla nich narzędzie. Takie kamery, czy ukryte czy nie, mogły już zostać na Wyspie założone i wykorzystane przez naszego wroga. Jeśli jednak istnieją, można zawsze spróbować je przejąć i wykorzystać je przeciwko właścicielom-znów spojrzał w stronę Chloe, jakby szukając potwierdzenia dla swoich słów. Czy to dlatego właśnie ją przemienili? Bo była wybitnym informatykiem i mogła w tej dziedzinie im służyć? No i przecież nie można było zapomnieć o tych odszczepieńcach z Nosferatu, którzy postanowili Sabatowi służyć. -Jeśli oczywiście te systemy istnieją, a nie możemy w pełni ich wykluczyć, bez posiadania konkretnej wiedzy. Co do kasków i kamizelek, to już zależy od tego, jakiej konkretnie ochrony będziemy potrzebować-przeszedł płynnie do kolejnego tematu. -Z kaskami kuloodpornymi i wszelkiego rodzaju hełmami zbyt wiele szans na ich ukrycie nie mamy-pokręcił delikatnie głową-ale za to kamizelki oferują nam więcej opcji. Zwykłe, noszone chociażby przez policję, są całkiem łatwo dostępne i tanie, a przy okazji można je ukryć pod odzieżą. Nocą zwłaszcza, śmiertelni i nawet Sabatnicy bez odpowiedniego przeszkolenia czy właściwej Dyscypliny nie zauważyliby ich nawet na krótkim dystansie. Tania i łatwo dostępna ochrona, moglibyśmy cały oddział w nie odziać. Lepsza ochrona-kamizelki oddziałów SWAT czy wojskowe, te już będą za grube do ukrycia i będą wymagały odpowiednich...znajomości. Czy to w policji i wojsku czy też w marginesie społecznym-tu zerknął na moment w stronę Walkera. Josh sam nie znał w Seattle żadnych gości od broni, ale może jego „szef” posiadał odpowiednie kontakty? Lub chociaż wiedział, z kim trzeba było porozmawiać, żeby taki kontakt nawiązać. Szalony Primogen Malkavów też miał kontakty w półświatku, więc jeśli udałoby im się nawiązać jakieś porozumienie czy nawet sojusz, to pewnie mógłby im w tym pomóc. -Wszystko zależy od tego, ile czasu i środków chcemy poświęcić na przygotowanie się do ataku i jak bardzo...dyskretny ma ten atak być. Ciche eliminowanie Sabatu zaczynając od przywódców będzie wymagało oczywiście innych środków, niż zgromadzony atak na ich największe siedziby....w drugim wariancie, jeśli czas oczywiście pozwoli, możemy spróbować zaopatrzyć oddziały zaufanych ludzi czy ghouli bronią z amunicją zapalającą-dodał lekkim tonem, jakby nagle przypomniał sobie jakiś drobny szczegół anegdotki, a nie proponował użycia najgorszej dla wampirów broni.Przywrócony post z 21.10.2018

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Hunter nie był ślepy na emocje targające Chloe. Reszta zgromadzonych Ventrue też na pewno zauważyła targające dziewczynami emocje, przecież szalejąca w niej burza rysowała się tak wyraźnie, że nawet osoba całkowicie ślepa wyczułaby zmianę „energii” w jej postawie. Choć trudno było cokolwiek odczytać z pięknych masek, jakimi były ich twarze, to Josh szczerze podejrzewał, że widzieli w dziewczynie słabość. Słabość, która nie przystoi Arystokratce, a która bardziej pasowała do sług i trzody, których można było łatwo zmanipulować. Jeśli Seattle miało teraz posłużyć za szachownicę, a klan Ventrue rozstawiał swoje figury na planszy, to Chloe na pewno była w ich oczach pionkiem. Niezwykle przydatna, jeśli tylko znajdzie się na właściwej pozycji, ale też na tyle słaba, że ją pierwszą się poświęca. Hunter w tej metaforze widział siebie jako skoczka, który „porusza się” najbardziej chaotycznie ze wszystkich figur i potrafi przeciwnika zaskoczyć. Ale dość tej dygresji, bo teraz nie chodziło o niego. Hunter mógł się tylko kopać w myślach, że wciągnął swoją „córę” w sam środek spisków i planów Ventrue. Wrzucił dziewczynę, jeszcze przed metaforyczną chwilą żywą i szczęśliwą, wprost w sieć, którą Arystokraci roztaczają przez miasto. Ona jeszcze nie doszła do porządku z myślą, że jest wampirzycą, a teraz musiała w biegu nauczyć się być Ventrue. To było okrutne z jego strony. Mógł pomyśleć zawczasu, wysłać ją po jakieś wymyślone sprawunki lub też pozwolić jej ponownie zanurzyć się tej całej cyberprzestrzeni, żeby nie musiała być świadkiem tej rozmowy. Jakoś zdołałby chyba wytłumaczyć odłączenie się Dziecka od rozmowy dorosłych wampirów, nawet markiza Ainsworth chyba poczułaby się swobodniej, nie musząc mówić o rzeczach ważnych i poważnych przy nieznanej jej młodej. Gdy tak jednak czynił sobie wyrzuty, Hunter zauważył kątem oka, że w postawie Chloe coś się zmieniło. Trochę się rozluźniła...a może wręcz przeciwnie, zebrała się nagle w sobie? Mógł teraz tylko zgadywać, co takiego się działo za oczami jego wychowanki, to co widział jednak budziło w nim nieśmiały optymizm. Wyglądało jednak na to, że odkryła w sobie te podkłady siły, które znajdowały się w głębi jej duszy. Niech Starsze wampiry widzą w niej słabość, niech myślą sobie, że zdominują ją nawet bez używania Dyscyplin. Chloe mogła sobie być pionkiem, owszem, ale tylko głupiec by ją nie doceniał. Bo ewidentnie była ona pionkiem, który dojdzie do końca planszy i stanie się...nawet królową.

Danielle uśmiechała się, tym swoim pięknym i olśniewającym uśmiechem, który potrafił roztopić najzimniejsze nawet serce. Nawet Hunter, który wiedział z kim ma do czynienia, musiał się pilnować, żeby nie ulec narastającej fali sympatii. Nie mógł sobie pozwolić na zachwyty czy zadurzenia, nie gdy był na spotkaniu ze starszymi Ventrue, nie gdy mowa była o losie ich Klanu i ich przyszłości. Musiał się skupić na sednie całego spotkania i na treści, a nie formie słów Harpii. A było czego słuchać, bo w parę krótkich chwil Brygadzistka Shaw wydała dyspozycje, które miały ich popchnąć do działania. Oto Ventrue, Arystokraci Nocy, a przynajmniej najmłodsi ich przedstawiciele mieli ruszać do przysłowiowego boju. Wizja wyruszenia z „szefem” Walkerem i markizą nie była przykra Hunterowi, zwłaszcza jeśli miało ono pozwolić mu na ponowne spotkanie się z Sugar. Z drugiej jednak strony...miał dwie rzeczy do załatwienia dla Brygadzisty Thomasa, jedną dużą i jedną naprawdę wielką. Miał sprawę do załatwienia dla Sinclaira, miał pytania do zadania i miejsca do odwiedzenia. No i oczywiście, nie mógł zapomnieć o Chloe i zapewnieniu jej dachu nad głową.To było sprawą priorytetową, którą musiał załatwić, zanim poświęci się reszcie obowiązków. Dlatego też, choć chciał zajrzeć do „Bobra” miał też nadzieję, że nie zostanie powołany do- kolejnego tej nocy-działania. Liczba dostępnych godzin tej nocy z każdą chwilą stopniowo malała.

Pomysł z dywersją, odwróceniem uwagi śmiertelnych od Harbor Island, był prosty lecz genialny. Walki wampirów i tak miały raczej charakter pojedynków rodem z gatunku płaszcza i szpady czy też szpiegowskich thrillerów, ale lepiej było przed każdą akcję zapewnić Trzodzie igrzyska, które odwrócą ich uwagę od prawdy. Gdy zaś padło kolejne pytanie, czy też pytania ze strony Harpii do Chloe, Hunter nie drgnął tylko delikatnie poprawił się na fotelu. Nie do końca rozumiał, dlaczego Brygadzistka Shaw chciała sprawdzić najmłodszą Arystokratkę, zrobić jej taki test na charakter, gdy razem w trójkę trzymali tajemnicę przed pozostałymi Brygadzistami. Nie panikował jednak, bo po pierwsze był przekonany, że Chloe nie złamie się pod tymi pytaniami. No i oczywiście, sam też był zainteresowany tym, co jego podopieczna ma do powiedzenia w tej sytuacji.

Gdy Walker zabrał głos jako kolejny, Hunter nie do końca wiedział, jak powinien to przyjąć. Z jednej strony, oto padła propozycja, żeby zabrał się z nimi do Angry Beavera” czyli znów trzeba było jeździć, gadać i załatwiać. Znów trzeba by było żonglować telefonami, ludźmi i wycisnąć wszystkie „soki” z każdej sekundy. Z drugiej jednak strony nowy parter Josha, czy też raczej Szef jak go tytułował, nie tylko nie miał problemów z odchyleniem rąbka ich planów, ale sam też chętnie rozwinął temat. Czyli przynajmniej jeśli chodziło o tego Spokrewnionego i o te plany, nie zrobił nic, co mogłoby Thomasa obrazić i przekreślić ich wizję. Cały czas uważnie słuchając, Hunter potakiwał od czasu do czasu głową, nie ważąc się przerywać Brygadziście. Jedyne, co dodał do rozmowy , to były dwa krótkie zdania. -Jedno Wasze słowo, szlachetni Brygadziści i ruszam z Wami-zapewnił, gdy Walker biorąc przykład z Shaw, zaproponował zabranie go. -Ależ oczywiście-gdy Thomas wspomniał o pozostawieniu młodej Snow w schronieniu. Dziewczyna dość przeżyła z Arystokratami, spotkanie z Krzykaczami tej nocy chyba do cna wyczerpałoby jej pokłady cierpliwości. Teraz jednak, mając Brygadzistę Shaw przed sobą, Hunter mógł być wreszcie o Chloe spokojny. Jedna szybka decyzja Harpii i najmłodsza Ventrue wreszcie będzie miała bezpieczny kąt, żeby schować się przed tym mrocznym światem.

Brygadzistka czy też markiza Ainsworth cały czas przyglądał mu się, zimnym i chyba oceniającym spojrzeniem. Równie dobrze jednak ten „osąd” w jej oczach mógł być po prostu przejawem kompleksów Huntera, reakcją rynsztokowca, któremu nadano szlachectwo na obecność prawdziwej Arystokratki. Niemniej jednak Joshua nie mógł pozbyć się myśli, że dla pięknej markizy był albo ciekawostką albo niegodnym nuworyszem. Brygadzistka Helena szybko dała znać, że nie oponuje zabrania Huntera na akcję. Czyli krótko mówiąc, klamka zapadła, a decyzja była de facto już podjęta. Josh znów miał zajrzeć do Bobra. W myślach zaczął żonglować zobowiązaniami i planami, cały czas jednak uważnie słuchając, co starsza wampirzyca miała do powiedzenia. Plan wykorzystania Primogena Malkavów, zaproponowany przez Walkera i potwierdzony przez Ainsworth miał swoje zalety oczywiście. Jednak poleganie na jednym z najbardziej nieprzewidywalnym z Malkavian Seattle miało oczywiście swoje problemy. Nie zabierał jednak głosu w tej sprawie, bo wszystko co miał do powiedzenia, Brygadziści na pewno mieli na uwadze. Najlepszy nawet plan mógł podobno jedynie przetrwać do spotkania z wrogiem, ale jeśli chodzi o spiski Ventrue, nawet czynnik chaosu miał miejsce w ich układance.

Jeśli istniało coś takiego jak nieśmiertelna dusza i jeśli wampiry mogły mieć choć skrawek tego Jestestwa pozostawał w nieumarłych, to ten fragment w ciele Huntera na pewno się cieszył i radował. Nie śmiał wypowiadać tych słów na głos, ba, nawet nie odważył się ich wypowiedzieć w duszy. Ale gdzieś w zakamarkach podświadomości młodego Ventrue słówko „Koteria” jaśniało z mocą tysięcy jarzeniówek.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Siedzący najbliżej Chloe Hunter poczuł jakieś dziwne mrowienie na szyi, co go oczywiście zaskoczyło, bo jego ciało już dawno temu wystygło i obumarło. Coś w tej całej sytuacji, w tym pomieszczeniu i w tych zgromadzonych Spokrewnionych trąciło strunę w jego nieumarłej naturze. Nie mógł wiedzieć oczywiście, że szybko odmówiona w myślach modlitwa Chloe szturchnęła jego uśpioną Bestię, która leniwie otworzyła jedno oko. Na szczęście na tym jednym szturchnięciu się to skończyło i gorsza połówka młodego Ventrue znów skryła się w najdalszych zakamarkach jego duszy. Hunter miał już wystarczająco dużo na głowie bez walczenia ze swoimi instynktami, oto przecież miał rozmowę z trzema znaczniejszymi od siebie Arystokratami, a u swojego boku miał Chloe, którą próbował osłonić najdłużej jak się da przed Wielką Grą Ventrue. Sam fakt, że jego młoda protegowana tak „żywo” zareagowała na jego słowa był wyraźnym dowodem na to, że dziewczyna miała daleką drogę do pokonania jeśli miała przetrwać na salonach.

Gdy Harpia postanowiła skierować rozmowę na inny tor, skupić zgromadzonych Ventrue na konkretnych zadaniach, Hunter w myślach odetchnął z ulgą. Oto miał ciche zapewnienie ze strony Shaw, że jego kłamstwo i prawda o Chloe zostaną zachowane w tajemnicy, przynajmniej na tą chwilę. Oczywiście, Josh nie był na tyle głupi, żeby się łudzić, że Harpia uczyniła to z dobrego serca czy odruchu współczucia wobec młodej wampirzycy. Milczenie gadatliwej i plotkarskiej Harpii nie będzie na pewno tanie, a trzymany przez nią sekret będzie wisiał nad głową Huntera jak miecz gotowy do ścięcia niepokornej głowy. Hunter jednak nie przejął się tym zbytnio, bo choć wciąż był ledwie neonatą, zdążył już poznać prawdę o swoim Klanie i o swoim miejscu w nim. Nawet gdyby nie miała ona haczyka na niego, Josh i tak musiałby wypełniać jej polecenia lub liczyć się z surowymi konsekwencjami. Teraz po prostu Danielle miała dodatkowego asa w rękawie, dzięki któremu mogła czuć się jeszcze pewniej w kontaktach z podległym jej Wspólnikiem. -No i bardzo dobrze się składa, wolę już, żeby Starsi byli spokojni i pewni siebie. Jak się denerwują to mogą zacząć popełniać błędy lub podejmować ryzykowne decyzje, za które młodsi od nich muszą najczęściej zapłacić-pomyślał sobie niewesoło, po czym w pełni skupił się na prowadzonej dalej rozmowie.

Słysząc pytania Shaw, Hunter odczekał na swoją kolej do zabrania głosu i następnie przeczesał dłonią włosy, jakby starał sobie przypomnieć kluczowe dla odpowiedzi szczegóły i detale. Tak naprawdę zastanawiał się, czy nie zaproponować Brygadzistom, że może wyruszyć wraz z nimi. Choć rozmowa z Sugar nie poszła tak łatwo, jakby Hunter chciał, to jednak chyba przyjemnie zaskoczył wampirzycę, która spodziewała się rozmowy ze stereotypowym Arystokratą. Brygadzista Walker i Markiza Ainsworth na pewno posiadali wiele zalet i mieli o większy autorytet, ale ponieważ byli Ventrue do szpiku gości, Hunter podejrzewał, że spotkają się z o wiele chłodniejszym od niego przyjęciem...co biorąc pod uwagę śnieżkę, którą został pożegnany, wydało się młodemu Ventrue jakoś przedziwnie zabawne.

-Anarchiści w pełni pasują do Angry Beavera; zarówno śmiertelni jak i nieumarli w tym miejscu mają słabość do motocyklowych skór, głośnej muzyki i szukania pretekstu do bójki. Zdecydowanie nie przepadają za nami i nie mówię tu tylko o Camarilli, ale przede wszystkim o naszym Klanie, który jest sercem całej naszej wielkiej Rodzinie. W większości są oni...bezpośrednimi Spokrewnionymi-powiedział po chwili lekkiego zawahania, która wyraźnie świadczyła o tym, jakiego rodzaju słowa tak naprawdę chciał zastosować. -Nie lubią przesadnie bogatych opisów czy kwiecistego wysławiania się, chcą z całą prostotą wystrzelonej strzały dążyć do meritum sprawy. Nie raz miałem styczność z tego rodzaju jednostkami i wiem, jak należy z nimi rozmawiać, ale ich niechęć wobec naszego Klanu sprawiła, że podczas tej rozmowy musiałem walczyć o każdy skrawek informacji. Być może teraz, gdy został nawiązany sojusz pomiędzy naszymi dwoma „Domami”, to będą oni bardziej skorzy do współpracy-nie miał niestety konkretniejszych informacji, w końcu nawet ostatecznie nie zajrzał do środka baru, tylko całą rozmowę odbył na parkingu przed lokalem. Była to jednak kolejna rzecz, o której Brygadziści nie musieli wiedzieć, bo nie tylko nie przyniosłaby ona im żadnych korzyści, ale dodatkowo jeszcze osłabiła pozycję Huntera w tej rozmowie. Będąc najmłodszym i najbardziej niedoświadczonym wampirem w tej grupie, który nie był już Dziecięciem pod Opieką, to na pewno nie chciał dawać zgromadzonej Arystokracji kolejnych powodów do pogardzania go. -Jeśli chodzi o jakieś konkretne osoby, które mogłyby okazać się skore do rozmowy i przydatne, to jedna wampirzyca przychodzi mi na myśl. Nie licząc oczywiście samego pana Thorburna i jego najbardziej zaufanych „ludzi”, którym też zależy na tym całym sojuszu-dodał jeszcze, po czym przeszedł do konkretów. -Kobieta, o której myślę, każe się nazywać Sugar. Była ona kluczową osobą w moich poszukiwaniach Sabatnika Migliora i choć muszę przyznać, że nie wiem w pełni jak wysoką pozycję zajmuje wśród Anarchów, to jest ona na pewno dobrze poinformowana o wydarzeniach w Seattle i cieszy się niemałym poważaniem i zaufaniem pana Thorburna-z tymi słowami uśmiechnął się delikatnie, choć ten uśmiech nie był kierowany do siedzących w tym pomieszczeniu wampirów. Bardziej uśmiechał się do swoich wspomnień o niezwykłej Brujah, która zawróciła mu w głowie. Z niekłamaną chęcią ujrzałby ją ponownie, jeszcze tej nocy...ale wciąż jeszcze trzeba było zająć się tyloma sprawami. -Nie jest wolna od uprzedzeń żywionych przez ich grupę wobec naszego Klanu, ale też nie pozwala na to, by ta bezsensowna awersja stała na drodze rozwiązaniu problemu Sabatu-już miał dodać, że Sugar miała pewną słabość do pomagania biednym w potrzebie, jednak koniec końców przemilczał ten detal. Bo nie mógł mieć po jednym spotkaniu pewności, że rozszyfrował tą Spokrewnioną. Równie dobrze przecież, zamiast ulitować się nad jego historią o Dziecięciu bez swojej Sire, mogła go skierować w stronę Sabatu by doprowadzić do konfrontacji tych dwóch wielkich Sekt. W końcu, gdyby Sabat lub Camarilla straciła chociaż jednego członka podczas tamtej akcji, to dla niesprzymierzonych jeszcze z żadną ze stron Anarchów byłby to czysty zysk. Oczywiście, równie dobrze Sugar mogła wiedzieć o szykującym się przymierzu i mógł to być gest „przyjaźni”, aby współpraca obu Sekt zaczęła się od jak najlepszego startu. Hunter wątpił, żeby kiedykolwiek poznał całą prawdę o tamtej chwili na parkingu, nawet jeśli lepiej pozna Sugar.

Wzmianka ze strony jego nowego szefa, Walkera, o braciach Richmond żywo zainteresowała Huntera. Miał przyjemność poznać pewnych Richmondów, też braci, już w starym dobrym Chicago i nazwisko to też usłyszał ponownie po przybyciu do Szmaragdowego Miasta. Podejrzewał, że mogli to być ci sami Spokrewnieni, z którymi nieraz prowadził dobre interesy i z którymi chętnie znów by nawiązał współpracę. Jeśli jednak znaleźli się oni obaj w samym środku afery w Fix, o którym Joshua słyszał jedynie plotki i informacje dostępne szarym ludziom z ulicy, ale które rysowało bardzo ponury obraz...młody Ventrue był rozdarty między troską o dawnych kumplach i łudzeniem się, że Thomas mówił o zupełnie innych wampirach. Zanotował sobie w myślach, że była to kolejna rzez, którą warto będzie sprawdzić w wolnej chwili...jeśli taka zdarzy się jeszcze podczas nadchodzących nocy.

Hunter mógł pozazdrościć swojemu nowemu wspólnikowi w interesach, lub też szefowi i (być może) przyszłemu mentorowi Walkerowi. Mógł sobie pozwolić podczas tego spotkania na luksus „wycofania się” z głównej sceny i przyjąć rolę obserwatora. Przynajmniej tak to Hunter odbierał, gdy czuł na sobie spojrzenia zgromadzonych Ventrue i przyglądał się formującym się wątkom w tej dyskusji. Był młody, nowy i niesprawdzony, czyli teraz znalazł się pod szkłem mikroskopu i musiał znosić palące spojrzenia pozostałych nieumarłych. Zwłaszcza markizy, która przepytywała go i pouczała, starając się chyba określić jego granice lub popchnąć go w korzystny dla siebie kierunek. Jeśli Walker mógł łatwo stworzyć dystans dookoła siebie, zbudować emocjonalny mur za którym mógłby schować swoje motywacje, to markiza Ainsworth znajdowała się na Księżycu i obserwowała świat przez lunetę. Obserwując ją Hunter nie mógł nie myśleć o takich deskrypcjach jak: „kamienna'”, „posągowa” czy też „zimna i obca.” Była dla niego nieodgadnioną tajemnicą, co dla ceniącego sobie kontrolę Arystokraty było co najmniej niepokojącym uczuciem. Niemniej jednak, nie mógł się zdradzić z dyskomfortem przy starszych wampirach i musiał po prostu mocniej się złapać za tarczę obyczaju i właściwego zachowania. Gdy markiza go pouczyła o srokach i posyłkach, Hunter gorliwie przytaknął głową i powiedział-Będę to miał na uwadze, dziękuję. Brygadzistka Helena nie zwróciła mu uwagi na nic, na co sam by nie miał zważania, ale nawet zapewnienie o swojej ostrożności mogłoby zostać odebrane za bezczelne. Lepiej było trzymać się ostrożnej grzeczności i wykorzystać nauki, które Hunter próbował przekazać swojej uczennicy; odzywać się jak najmniej, słuchać za to z całych sił i z pełną uwagą. Gratulacje w sprawie swojej „córki” przyjął z ukłonem wdzięczności, a następnie zareagował na kolejne pouczenie, tym razem w sprawie braku głosu ze strony Chloe. -Tak też będzie Brygadzistko Ainsworth, Chloe musi się po prostu odnaleźć w nowym świecie. Powstrzymał się od opisów i superlatywów swojej protegowanej, bo z tego co zdążył poznać o Chloe, przyjęłaby ona takie pochwały skrępowaniem i może nawet strachem. Dziewczyna dość już przeszła, już była wystarczająco roztrzęsiona, bez kolejnych ciężarów-nawet tych wynikających z oczekiwania-na jej plecy.

Fakt, że Hunter znalazł się przypadkiem na obradach (młodych) Ventrue w kwestii Sabatu było dla niego zaskoczeniem. Choć oczywiście cały czas miał nadzieję, że nie był jedynym Arystokratą, który starał się aktywnie działać na terenie Seattle, to jednak otrzymanie potwierdzenia tych podejrzeń podniosło go na duchu. Dołączenie go do tych rozmów zaś sprawiło, że poczuł się wyróżniony i w pewnym stopniu doceniony, bo oto miał okazję przydać się swojemu Klanowi i miastu. Gdy jednak markiza wyjawiła swój plan co do Harbor Island, Josh nie mógł się powstrzymać od narastających wątpliwości. Wykorzystanie prasy czy skorzystanie z usług Nosferatu zawsze były solidnym planem, co do tego Hunter nie mógł mieć zastrzeżeń. Ale wykorzystanie siły gangów, żeby 'wypchnąć” jak to ujęła markiza ludzi z tej wyspy było co najmniej problematyczne. Zwłaszcza gdy brało się pod uwagę wojnę gangów, która zaraz miała wybuchnąć w Seattle. Gdy markiza przedstawiła w pełni swoją propozycję działania, Josh delikatnie zasygnalizował, że chciałby coś dodać. Gdy miał pewność, że nikt nie powstrzymuje go od zabrania głosu, Hunter wyraził swoje niepokoje.

-Brygadzistko Ainsworth, Wasz plan jest błyskotliwy i zachwycający, ale jest problem z wykorzystaniem śmiertelnych gangów-zaczął powoli, z pełnią szacunku w głosie. -Być może Sabat przewidział taką możliwość, a może sytuacja rozwinęła się w sposób organiczny, ale przez działania tych szubrawców musimy się liczyć z niepokojami niemalże w sercu miasta. Po tym, jak jeden gang został w pełni wytrzebiony, w mieście powstała nagle dziura w strukturze wpływów, którą przestępcy próbują jak najszybciej wypełnić. Na naszych ziemiach wkrótce wybuchnie wojna gangów, która poważnie zaburzy swobodę naszych nocnych działań i pobudzi ludzkich stróży prawa do większej aktywności. Krótko mówiąc, na terenach naszych, a nie Sabatu dojdzie do chaosu i zamieszania, na których Sabat uwielbia żerować. Co więcej, nie mogę wykluczyć na tę chwilę tego, że co najmniej jeden z walczących gangów nie jest pod wpływem naszych wrogów. Zerknął w stronę Walkera, chcąc mu w pierwszej chwili przekazać zasługi czy zaszczyty za plan, po czym zrewidował swoje dalsze słowa. Jego nowy wspólnik nie przyjąłby raczej tego dobrą myślą, mógłby mieć wręcz pretensje do Huntera, że ten przemawiał w jego imieniu. -Z wykorzystaniem tak zwanego marginesu społecznego zalecałbym poczekać parę nocy, aż obecnie szykującą się wojnę nie uda się spacyfikować...choć oczywiście w mieście jest więcej niż jeden gang, których można by było wykorzystać dla zaproponowanej przez Was strategii-przyznał, kłaniając się z uszanowaniem. -Niemniej jednak, zarówno Brygadzisty Walkera jak też i moi ludzie powinni najpierw ustabilizować sytuację w naszym wspaniałym mieście, zanim sytuacja wymknie się nam spod kontroli. Jest to jednak jedynie nieśmiała propozycja z mojej strony, oczywiście postąpimy tak, jak Wy zadecydujecie. Mówiąc „Wy” nie miał na myśli wyłącznie markizy, ale wszystkich zgromadzonych w pokoju Brygadzistów, którzy mieli bardziej lub mniej równą pozycję i mogli w tej sytuacji zadecydować o dalszych działaniach zgromadzonej w tym miejscu siły. Będąc zaledwie Wspólnikiem, Hunter mógł jedynie zaproponować nieśmiałe słowa porady, ale nie do niego należała decyzja tej nocy.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Kolejna Brygadzistka, kolejna osoba przewyższająca go pozycją w Klanie. Po raz kolejny poderwał się z krzesła, ciesząc się w duszy z tego, że jego nieumarłe ciało nie odczuwało już ani zmęczenia ani „protestów” stawów. Ukłonił się z należytym szacunkiem i sekundę po pozostałych Brygadzistach przywitał nowo-przybyłą serdecznym „-Brygadzistko Ainsworth.” Zerknął na moment w stronę Chloe, ale nie po to, żeby dopilnować jej zachowania. Dziewczyna była przecież bardzo bystra i choć została wciągnięta w obcą dla niej społeczność, to podstawy wymaganego od niej zachowania zdążyła już błyskawicznie sobie przyswoić. Hunter po prostu chciał złapać kontakt wzrokowy z dziewczyną, żeby kiwnięciem głowy wskazać jej stojące dalej wolne krzesło, a potem gestem pokazać jej miejsce obok siebie. Gdy niewypowiedziana na głos wiadomość została wysłana i gdy tylko wszyscy Brygadziści zajęli miejsce, dopiero wtedy Hunter pozwolił sobie znów usiąść.

Helena Ainsworth, czy też raczej, markiza Helena Ainsworth. Joshua niestety nie mógł się pochwalić większą znajomością Spokrewnionej, swoją wiedzę musiał opierać dotychczas tylko i wyłącznie na zasłyszanych wcześniej opiniach i plotkach. Tej nocy, w tej konkretnej chwili, miał wreszcie okazję skonfrontować je z prawdziwym obrazem markizy. Na tyle prawdziwym, na ile sama Brygadzistka pozwalała zgromadzonym zobaczyć, oczywiście. W końcu była Ventrue, którzy pośród wszystkich Spokrewnionych należeli do wampirów najbardziej dbających o prezentowany przez siebie wizerunek. Nie w taki sposób jak Torreadorzy, oczywiście, pusta próżność była dla Arystokratów zbędnym balastem. Siła lub słabość, przyjaźń lub wrogość, czy nawet zainteresowania i pasje...wszystkie one były elementem maski, które Ventrue tworzyli w konkretnych zawsze celach. Maski, które w każdej chwili mogli zmienić czy zmodyfikować, żeby uzyskać jak najlepsze efekty.

Z tego, co Hunter mógł na razie zaobserować, opinie o Helenie pokrywały się z prezentowanym przez nią obliczem. Chłodna, elegancka i opanowana, Brygadzistka ta roztaczała dookoła siebie aurę perfekcjonistki, która trzymała resztę świata na dystans. Dystans, który miał jej pozwolić zauważyć każdy szczegół i przeanalizować każde, najmniejsze nawet drgnięcie zgromadzonych dookoła niej osób. Krótko mówiąc, była idealnym, archetypicznym wręcz przykładem Ventrue. Osobą, z którą Hunter mógł dobrze współpracować, ale z którą na pewno nigdy się nie zaprzyjaźni. -Kolejne zalety naszego Klanu-pomyślał sobie sarkastycznie, z lekką nutą rozgoryczenia. -Nawet, jeśli dochrapię się Brygadzisty, a ona nie awansuje na Kierownika, to i tak w jej oczach nie będę nigdy równym. Zbyt wielka różnica w doświadczeniu, w pochodzeniu, a i pewnie w Pokoleniu. Dla niższych stanów pozostawia się jedynie sympatię i współczucie, nigdy prawdziwą przyjaźń-snuł ponure myśli, wspominając z ukłuciem tęsknoty swoje lata w gangu. Był wtedy nic nie znaczącym śmieciem kręcącym się pomiędzy śmieciami, ale wtedy mógł się cieszyć prawdziwymi więziami. -Znowu popadasz w sentymentalizm. Co to, z wiekiem zacząłeś się robić miękki i słaby?-zbeształ się ostro w duszy i przywołał się do porządku. Otaczali go teraz przecież Ventrue, drapieżnicy, którzy byli wyczuleni na każdy przejaw słabości. Zwłaszcza Ainsworth ze swoim palącym spojrzeniem mogłaby go przejrzeć na wylot i wykorzystać słabe punkty, jeśli nawet na moment opuści on swoją gardę. Uśmiech Huntera, który przy chmurze ponurych myśli trochę przygasł, teraz znów rozbłysł serdecznym blaskiem. Wysłuchiwał, co Brygadziści mieli do powiedzenia z pełnym zainteresowaniem, od czasu do czasu pozwalając sobie na delikatne przytaknięcie głową.

Gdy Danielle go pochwaliła i spojrzała w jego stronę, Hunter ukłonił się z wdzięcznością, a jego wyraz twarzy wyrażał mieszaninę szczęścia i zakłopotania. Gdyby tylko potrafił lepiej przyjąć pozory ciała, gdyby tylko potrafił zasymulować rumieniec, to chyba w tym momencie zaczerwieniłby się lekko na twarzy. Pozory przecież były ważne i każda zmiana w postawie mogła mieć olbrzymie strategiczne znaczenie. Rumieniec podkreśliłby młodość Josha, jego brak doświadczenia w byciu nieumarłym potworem, przez co jego starsi współrozmówcy zaczęliby go nie doceniać. Chociaż może i lepiej, że Hunter jednak nie odstawił takiej szopki. Zarówno Shaw jak i Ainsworth były wystarczająco bystre, że mogły go przejrzeć. Walker, który zdążył już zauważyć ambicję kłębiącą się pod skórą Josha na pewno miałby zbyt wielkie wątpliwości, żeby taką sztuczkę kupić. Choć czasem warto było zaryzykować bardziej ryzykowny gambit, to jednak skromność i minimalizm w posunięciach był lepszą strategią, gdy grało się z bardziej doświadczonym graczem..lub graczami, jak to było w tym przypadku.

A propos Walkera, Hunter nie mógł się nie zgodzić z jego trafną obserwacją sytuacji, jak też i zaproponowanym przez niego rozwiązaniem. Indywidualnie, każdy z osobna lub w małych grupkach, Ventrue mogli budować mosty do każdego z klanów należących do ich sekty. Mogli nawet wyciągnąć rękę do Anarchistów, którzy ich przyjaźń z pewnością by wyśmiali, ale pomocą i współpracą na pewno by nie wzgardzili. Bo Ventrue mogli sobie być uosobieniem Camarilli, despotycznym i faszystowskim-w oczach Anarchów-reżimem tłamszącym świat wampirzy. Każdy ruch rewolucjonistyczny i kontrkulturowy potrzebował przecież Wielkiego Brata, któremu mógłby się przeciwstawiać i wbrew któremu by się definiowali. Ale nawet Anarchiści wiedzieli, ile rzeczy Ventrue potrafili błyskawicznie załatwić i jakie środki mogli oni swoim „przyjaciołom” zaoferować. Takie relacje jednak najłatwiej było budować indywidualnie: indywidualni Arystokraci, indywidualni Anarchowie, indywidualni Nosferatu, Toreadorzy i inni. Jako całość, monolityczna struktura i górująca nad miastem piramida, klan Ventrue nie mógł sobie pozwolić na łapanie wszystkich srok za ogony. Byłoby to zbyt mozolne i czasochłonne, a także rozciągnęłoby ich sieć zbyt szeroko i zbyt płytko zarazem. Skoncentrowanie pełni sił na jednym, góra dwóch celów naraz pozwoli im poprawić swoją pozycję w mieście i o wiele szybciej i o wiele skuteczniej. „Największy nawet las można łatwo ściąć, gdy się idzie drzewo po drzewie”-przypomniał sobie jedno z powiedzonek dawnego przyjaciela, który żył w aroganckim przeświadczeniu, że był filozofem na miarę wielkich ojców tej dyscypliny. Tak właśnie Ventrue w Seattle mogli nie tylko odbudować dawną pozycję, ale nawet osiągnąć nowe pułapy: stając się stopniowo, klan po klanie klejem łączącym całe nieumarłe Seattle. To był jednak plan długoterminowy, jeśli w ogóle osiągalny, a na chwilę obecną nawet pojedynczy sprzymierzony klan byłby dla Arystokratów cenniejszy od złota.

Gdy markiza Ainsworth zabrała głos, Joshua pilnie wysłuchiwał każdego jej słówka, żeby poznać nie tylko sytuację panującą w mieście, ale dowiedzieć się więcej o siedzącej obok niego wampirzycy. Krótkim komentarzem w kwestii wyboru Primogena dała wyraźnie znać, że obecny podział Klanu spowodowany przez obu kandydatów był jej nie w smak. Hunter jak najbardziej podzielał ten sentyment. Ventrue mieli wystarczająco kiepską pozycję bez paraliżującego ich wewnętrznie impasu politycznego. Im dłużej obaj Kierownicy będą ze sobą walczyć, tym dłużej cały Klan Arystokratów będzie pozbawiony niezbędnego do funkcjonowania w mieście stanowiska i tym dłużej ich pozycja będzie erodowana, jak skała płynącą wodą. Kwestię wojny z Sabatem i kwestię zjednoczenia Camarilli przyjął bez mrugnięcia okiem, w końcu informacje te były najświeższymi wieściami w ich społeczeństwie. Za to jej ocena stanu panującego wśród Brujah wywołała u niego zaciekawione podniesienie się brwi, przyzwyczajenia zza życia.

Hunter oczywiście podejrzewał, że Krzykacze mają do nich pretensje za śmierć Hammonda, wiedział też jak bardzo...kolorową hałastrą potrafili oni być. Jednak opisana przez markizę sytuacja szczerze go zaskoczyła. Do tej chwili był święcie przekonany, że Brujah przeżywali podobne do Ventrue problemy wewnętrzne, być może pogłębione większą ilością kandydatów na Primogena. Teraz jednak musiał zrewidować swoje poglądy, bo zgodnie ze słowami Brygadzistki, brzmiało to tak jakby klan Brujah przestał w Seattle istnieć, rozbijając się na masę frakcji i grupek, które same o sobie decydują. Jeśli stan klanu Krzykaczy naprawdę był aż tak poważny, to pojawiało się oczywiście pytanie, kto mógłby te frakcje znów w jedną wspólnotę zjednoczyć? Gdyby pojawił się taki kandydat, który jeszcze byłby dobrym przyjacielem naszego Klanu...to moglibyśmy naszym bardziej chaotycznym braciom i siostrom pomóc odbudować dawną wspólnotę, co na pewno spodoba się też Księżnej-pomyślał sobie Hunter, dając się ponieść wyobraźni. W tej wizji było stanowczo za dużo „gdybania”, za dużo optymizmu, żeby się powiodło w prawdziwym świecie. Nie bez poświęcenia czasu i środków, które Starsi Arystokraci uznaliby pewnie za zbyt wielkie, by można było na nich zyskać. Hunter postanowił zachować ten optymizm dla siebie, robiąc tylko w myślach notatkę, że może powinien jednak spotkać się znów z Cameronem i poznać nowych znajomych wśród Brujah. Ot, nieśmiały zalążek planu na przyszłość.

Gdy Brygadzistka wreszcie skierowała swoje spojrzenie na niego, gdy zadała mu pytanie, Hunter ukłonił się grzecznie i pod nieśmiałym uśmiechem skrył swoje niezadowolenie. Poczuł się jak uczniak wywołany do odpowiedzi przy tablicy, lub jak dziecko, któremu czyniło się wyrzut. „Czemu zrobiłeś tak mało? Czemu bardziej nie wspierasz Klanu?”-takie to niewypowiedziane na głos pytania wydawały się skrywać w tonie markizy. Mogło to być oczywiście tylko i wyłącznie nadinterpretacją ze strony Huntera, ale nie mógł nie zauważyć, że Brygadzistka Ainsworth oceniała go w tej chwili wzrokiem. Po krótkiej jak mrugnięcie okiem chwili zastanowienia, Hunter ukłonił się w stronę Harpii i zaczął przemawiać. -Tak jak Brygadzistka Shaw już wspomniała, pomogłem Toreadorom-między innymi Primogen Page-przy paru ważnych zagadnieniach. Zagadnieniach, które zakończyły się śledzeniem siepaczy Sabatu. Pomogłem Szeryfowi jego Ogarom działać bez obaw o uwagę śmiertelnych stróżów prawa, zająłem się jedną sprawą dla Primogena Mosesa, a wraz z Chloe zajmujemy się obecnie problemem kolejnego Starszego Gangrela-wymieniał, patrząc na markizę spokojnym, nie konfrontacyjnym wzrokiem. -Wyciągnąłem rękę do Anarchistów i choć przyjaciół pośród nich nie znalazłem, to jednak nasza współpraca była całkiem owocna. No i oczywiście, jak to przystało na Wspólnika, staram się pomagać przy każdym problemie, który zakłóca spokój bardziej znaczących przedstawicieli naszego Klanu-z tymi słowami ukłonił się w stronę Danielle i Thomasa, ale w żaden sposób nie zdradził, o kogo mu konkretnie chodziło. -Krótko mówiąc, Brygadzistko Ainsworth, pomagam każdemu z naszego Klanu i innych Klanów Camarilli, którzy potrzebują pomocy. Robię to nie tylko dlatego, żeby poprawić swoją pozycję w mieście, choć jest to oczywiście zawsze mile widziany bonus-przyznał bez skrępowania, bo ten konkretny pogląd był bliski każdemu Arystokracie zapewne-ale przede wszystkim dla wzmocnienia pozycji naszego Klanu. Opuścił na moment wzrok w geście frustracji, po czym dodał-Nie mogłem już tego wytrzymać. Gdy słuchałem, jak inne klany nas oceniają, jak doszukują się w nas przerażenia i słabości, której po prostu nie ma...-podniósł znowu głowę i spojrzał na Helenę z pasją w oczach. -Według nich, klan Ventrue schował się w swojej pozłacanej wieży i ukrywał się przed światem. Nie mogłem pozwolić, żeby taki despekt dotknął nas wszystkich, dlatego wyszedłem im wszystkim naprzeciw. Pokazać im, że Ventrue są pośród nich, a nie schowani po kątach. I że klan Ventrue działa, z jak zawsze perfekcyjną skutecznością, a nie pasywnie czeka na lepsze noce w Seattle. Chciałem im wszystkim zatkać ich kłamliwe, szydercze usta prostym przypomnieniem, jak bardzo skuteczni są Arystokraci. I dlaczego jesteśmy niezbędni, żeby nasza cała społeczność mogła przetrwać te i nadchodzące kolejne noce-zakończył mocnym, pełnym pasji głosem. Wątpił, żeby markiza przyjęła jego młodzieńczą żarliwość i jego robienie za chłopca na posyłki z zadowoleniem. Pewnie właśnie stracił punkty w jej oczach. Mimo wszystko, dobrze było wreszcie wyrazić swoje uczucia na głos, w towarzystwie swoich „Krewniaków.” Hunter nie miał sobie nic do zarzucenia.

Gdy przyszła kolej na pytanie skierowane do Chloe, czas dla Josha wydawał się zatrzymać. Oto stanął przed wyborem: czy odważy się okłamać Brygadzistkę w obecności Harpii Shaw, która znała całą prawdę? Czy też wyjaśni, w najogólniejszych nawet szczegółach, kim dla niego była Chloe? Mógł przecież powiedzieć, że była-na przykład-Dzieckiem Ventrue spoza Seattle, której Rodzic został zabity przez Sabat. Wtedy jednak pojawiało się oczywiście pytanie: kim był jej Rodzic? Dlaczego Zarząd nie wiedział nic o tym wampirze bądź wampirzycy? Czemu Chloe trafiła właśnie do Huntera i z czyjej decyzji? Hunter i tak musiałby kłamać dla młodej nieumarłej, pytanie brzmiało, czy był on na to gotów?

Podjąwszy decyzję Hunter uśmiechnął się i pokręcił głową. -Proszę wybaczyć nieporozumienie, Brygadzistko Ainsworth. Musiałem przy kimś posłużyć się podopieczną lub protegowaną, jako synonimem dla Dziecięcia. Chloe jest mojej krwi i należy do naszego Klanu. Otrzymałem niedawno od Księcia przyzwolenie na wprowadzenie jej do naszej społeczności i nie zdążyłem ją zaprezentować wszystkim naszym Klanbraciom i Klansiostrom. Jak każdy samotnie wychowujący ojciec, nie doceniłem, ile Dziecko tak naprawdę wymaga trudu i poświęcenia-zażartował, po czym dodał z pełną powagę-Pomimo sytuacji panującej w mieście i ciążącej na mnie odpowiedzialności wobec Klanu nie zamierzam oczywiście zaniedbać edukacji przyszłej Arystokratki. Za parę miesięcy Chloe stanie jako moja córka naprzeciwko Zarządowi i w pełni wywiąże się z obowiązków, jakie spoczywają na Przedstawiającej się Zarządowi Spokrewnionej-zapewnił, spoglądając z uśmiechem w stronę Chloe, a w jego oczach było krótkie przesłanie „Nie zaprzeczaj.” Nie odważył się nawet na moment zerknąć w stronę Danielle Shaw i miał tylko nadzieję, że Harpia wpierw z nim porozmawia, zanim zacznie podważać jego wersję wydarzeń.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Hunter kątem oka zauważył, jak Chloe spoglądała w jego stronę z niekłamaną konsternacją, pod którą przebłyskiwały iskierki przerażenia. Oto została ona wrzucona w sam środek polityki i narastającego konfliktu w mieście, czyli w tematy, które były wciąż dla niej obce i nieznane. Josh mógł sobie tylko wyobrażać, jakie myśli musiały teraz szaleć po głowie jego uczennicy, jakie czarne wizje przyszłości już sobie rysowała. W planach miał Chloe powoli do tego wprowadzać, w tempie dostosowanym do potrzeb świeżo przemienionej wampirzycy, tak by mogła z tych zbieranych fragmentów wiedzy zbudować jasny obraz sytuacji w nieumarłym Seattle. Plan ten zakładał rozmowę z Harpią w sześć oczu, nie więcej, i skupieniu się na problemie zameldowania najmłodszej Ventrue. Niestety, tym właśnie różnił się świat od szachów i gier, że nie można nigdy w pełni przewidzieć ruchów innych graczy. Można było tylko nauczyć się dobrej improwizacji. Na tą chwilę zaś Hunter mógł jedynie uśmiechnąć się pokrzepiająco do swojej podopiecznej i drobnym gestem pokazać jej, że wszystko później wytłumaczy.

-Przy tak ważnej dla pozycji naszego Klanu decyzji, bycie neutralnym jest równoznaczne z byciem niezaangażowanym. Tylko głupiec nie angażowałby się w takie sprawy, a głupiec w szeregach Ventrue nie przetrwałby nawet jednej nocy-zabrał głos po Walkerze, dorzucając swoje dwa grosze do przedstawionego tematu. Nie mógł przecież wziąć przykładu z Chloe i zachować milczenia, bo brak odpowiedzi samo w sobie jest odpowiedzią, zwłaszcza w rozmowach Arystokratów. Mogłoby to chociażby zasugerować, że Hunter miał inne zdanie co tego, kim miałby być ten „mądry” wybór. Takie odsłanianie kart bardzo szybko mogłoby się skończyć wrogością ze strony Harpii, która nowo przybyłemu do miasta neonacie zniszczyłaby reputację w trzy sekundy. Hunter był co prawda brunetem, ale na pewno nie ciemnym, jak to zawsze żartował jego mentor.

Josh mógł się jedynie domyślać, którego kandydata Danielle popierała...lub którego popierał Thomas. Wybór nie był zbyt wielki, bo zaledwie dwóch Spokrewnionych stanęło w szranki. Kierownicy Sinclair i Stevenson. Młodszy i ambitniejszy rywalizujący ze starszym, bardziej poważanym przez Zarząd. Wydawałoby się, że w tak ceniących sobie wiek i doświadczenie Ventrue nie był to wcale trudny wybór. Niestety jednak, nie mogło oczywiście być aż tak łatwo. Obaj panowie byli przecież Kierownikami i w pełni zasłużyli na tą pozycję. Obaj mieli-delikatnie mówiąc-niemałe wpływy w Seattle. Niestety, obaj też cieszyli się niezbyt sympatyczną opinią wśród pozostałych Klanów, więc jako reprezentanci czy dyplomaci z miejsca startowaliby na gorszej pozycji. Nie, żeby któryś z nich tym się przejął. Sinclair przekładał interesy nad ustalenia, a Stevenson miał być równie ugodowy, jak stalowa kolumna. Gdyby chodziło o wybór szefa Huntera, to Josh z miejsca wybrałby Sinclaira, bez chwili zawahania. Miał już przecież okazję dla niego pracować i był z ich ostatnich interesów całkiem zadowolony. Tutaj jednak chodziło o Primogena, który będzie reprezentował cały ich Klan i zajmował miejsce w Radzie. W takiej sytuacji wybór pomiędzy Kierownikami było w oczach Huntera wyborem mniejszego zła...a także wyborem pomiędzy własnymi interesami, a dobrem Klanu.

Przemyślenia Ventrue przerwał stukot szpilek na korytarzu i krótkie pukanie do drzwi. Czyżby znowu służąca tu ghoulica do nich przyszła? W jakiej niby sprawie? Czy też może Brygadziści spodziewali się jeszcze większego towarzystwa tej nocy? Słysząc skierowane do Chloe polecenie Brygadzistki Hunter spojrzał na swoją wychowankę i nieznacznie skinął głową.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Przy spotkaniu Ventrue hierarchia i właściwa kindersztuba musi zawsze być zachowana. Zdarzały się od tego wyjątki oczywiście: szczerzy przyjaciele, krewni wywodzący się od jednego „przodka” czy też partnerzy prowadzący wspólną działalność. W takich relacjach poziom dekorum był ograniczony do minimum, które jeszcze pozwalało wyrazić właściwy szacunek d pozostałych Arystokratów. Takie związki jednak pojawiały się spontanicznie, organicznie wręcz i potrzebowały odpowiednio długiego czasu do wykrystalizowania się. W tej sali komputerowej, wśród zgromadzonej czwórki, atmosfera była przyjazna lecz napięta. Hunter mógł jedynie zgadywać, jak długo Harpia z Brygadzistą się znali, ale on sam był wciąż niesprawdzoną twarzą w Klanie. Nie zdążył jeszcze zgromadzić wystarczająco dużo dobrej woli ze strony reszty Ventrue, aby wybaczono mu jakiekolwiek odstępstwa od godnego Arystokraty postępowania. Chloe byłaby oczywiście w dużo gorszej od niego pozycji, biorąc pod uwagę jej brak wprawy w tych grach i przedstawieniach, ale jako Dziecię wciąż pod Protekcją Josha mogła liczyć na odrobinę pobłażliwości ze strony Starszych.

Danielle usiadła pierwsza, a po niej Thomas. Hunter odczekał chwilę, po czym sam usiadł na zajętym wcześniej miejscu, dając Chloe dyskretny sygnał, żeby też usiadła. Wysłuchał z pełną powagą słów Harpii, od czasu do czasu potakując powoli, aby pokazać jak bardzo zaangażował się w jej słowa. Ugryzł się w język, żeby nie wyskoczyć z „ależ nie ma czego wybaczać”, gdy Shaw wyjaśniała swoje ograniczenia czasowe. Danielle posługiwała się przecież w tej chwili formułką grzecznościową, jak przystało na Brygadzistkę, nie zamierzała zaniżać swojego statusu przepraszając Wspólnika za byle błahostkę...lub w ogóle przepraszając. Nowiny, które Harpia ze sobą przyniosła, potwierdziły usłyszane przez niego wieści. Nie licząc oczywiście fragmentu o sukience, bo to było dla niego całkowitą nowinką, która zdecydowanie nie pasowała do panującego w Seattle stanu. Ot, drobny element prozaiki „życia”, kontrastujący z monumentalną proklamacją wojny. Słysząc to Hunter uśmiechnął się delikatnie, szczerze rozbawiony, ale nie chcąc obrażać towarzystwa suszeniem wyszczerzonych zębów. Uśmiech ten znów ustąpił powadze, gdy głos zabrał Walker.

Gdy Brygadzista spojrzał na niego, gdy przestrzegał zgromadzonych przed wpływem wojny na interesy, Hunter odpowiedział mu stalowym spojrzeniem i zdecydowanym przytaknięciem głową. Choć nigdy nie brał udziału w walkach o takiej skali, w Chicago zdążył już niewiele przeżyć, w tym i szeroko zakrojone Krwawe Łowy. Gdy nieumarli ścierali się ze sobą, żyjący instynktownie uciekali przed cieniami na ulicy, jakby wyczuwali krążących nocą drapieżników. Zaangażowani w wojnę gangów przestępcy byli wystarczająco paranoiczni, bez kolejnych tajemniczych starciach w tle. Zaś Thomas i Joshua mieli już dość problemów na głowie, bez szukania zdrajców i wypatrywaniu wrogów każdej nocy. Nadchodzące noce, tygodnie i miesiące, a może nawet i lata będą wymagały mistrzowskiej żonglerki z ich strony. Co do pytania starszego Klanbrata o zmiany w wyścigu o stołek Primogena, Hunter wyprostowałby się bardziej w fotelu, gdyby już jego kręgosłup nie był w pełni napiętą struną. -Wystarczająco długo cierpieliśmy bez reprezentacji w Radzie, więc wszelkie zmiany w obecnym impasie będą wspaniałą wiadomością-powiedział, gdy pytanie Walkera zdążyło już przebiec się w spokoju po całym pomieszczeniu. Choć część jego chciała, żeby ten konflikt o stołek trwał jak najdłużej, żeby mógł coś jeszcze na tym zyskać to jednak znacznie bardziej zależało mu na jak najszybszym obraniu Primogena i odbudowywaniu utraconej pozycji ich Klanu. Co wcale nie będzie łatwiejsze nawet po zwycięstwie którego z kandydatów, bo obaj cieszyli się reputacją osób, którzy będą stosowali twardą dyplomację wobec reszty Spokrewnionych. Nie było to może najlepsze posunięcie w oczach Huntera, ale o ile nie pojawi się kolejna kandydatura, to nie miał prawa narzekać i musiał wybrać mniejsze-według niego-zło. Nie śmiał jednak dalej komentować, nie mogąc się już doczekać odpowiedzi, jaką Shaw udzieli na zadane pytanie. Zerknął też w stronę Chloe, by zobaczyć, jak sobie jego podopieczna radziła.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Hunter delikatnie przytakiwał głową, gdy stojący naprzeciwko niego Brygadzista zmierzał do zakończenia rozmów. Młody Ventrue powinien być szczęśliwy, bo oto miał okazję jednak współpracować z Walkerem i wspólnymi siłami wyciąć sobie większy kawałek półświatka dla wspólnego zysku. Jednak duma młodego nieumarłego została zraniona. Choć nie śmiałby tego okazać, choć sam był bardziej lub mniej gotów na przyjęcie pośledniejszej funkcji w tym partnerstwie, to i tak wyszedł z tego spotkania nieco zadziwiony. Obok Dominacji Ventrue byli też mistrzami Prezencji, czyli nie tylko potrafili naciskać na rozmówcę przy negocjacjach, ale też charyzmatycznie „uwodzić” drugą osobę do zaakceptowania swoich warunków. Sam fakt, że podczas całej ich rozmowy Walker nie obdarzył Huntera nawet jednym sztucznym uśmiechem nie dawała mu spokoju. Walker z miejsca pokazał mu, gdzie według niego było jego miejsce, bez złagodzenia oceny nawet jednym nieszczerym słówkiem. [K]-Wygląda na to, że będę musiał nawet na udawaną sympatię zapracować, ale bez dostarczania zbyt dobrych wyników. Jeśli okażę się zbyt komplementy, to z niesprawdzonego narzędzia od razu przeskoczę do potencjalnego upierdliwego ciernia-pomyślał sobie niewesoło, starając się przewidzieć przyszłość jego współpracy z Thomasem.

Walker przemawiał, Chloe dalej klikała myszką, a Hunter starał się uważnie słuchać...dopóki jego słuch nie wyłapał dźwięku zbliżających się obcasów. W pierwszej chwili było to odległe postukiwanie, rozbrzmiewające na granicy słyszalności, na tyle cicho by podejrzewać się o przesłyszenie. Każde kolejne stuknięcie obcasa było jednak coraz bardziej wyraźne, przez co łatwo można było się domyślić, że słyszana kobieta coraz bardziej zbliżała się do sali komputerowej. Hunter już się spodziewał, że jak drzwi do zajmowanego przez nich pokoju się otworzą, to ujrzy służącą, która zaprowadziła go wraz z Chloe do tej pracowni. W końcu prosił ją o powiadomienie, gdy tylko Harpia Shaw zajrzy do Elizjum. Gdy jednak drzwi się otworzyły i do sali wkroczyła sama Danielle, Joshua na moment zamarł z zaskoczenia. Oto cała jego wizja, że zostanie przez zghoulowaną służącą zaproszony do prywatnej sali na spotkanie z Brygadzistką poszła z dymem. Szybko jednak przywrócił się do porządku i poderwał z fotela, a następnie ukłonił się wampirzycy. Odpowiednio głęboko, by wyrazić swój szacunek, jednak bez popadania w przesadę. W końcu był zubożałym Arystokratą, szaraczkiem kłaniającym się bardziej znaczącej szlachciance, a nie chłopem na polu. Przesadne uniżenie nie tylko ośmieszyłoby Huntera, ale nawet wydawałoby się nieszczere i kpiące samej Harpii. Stąd właśnie reszta klanów Spokrewnionych przewracała oczami nad uwielbieniem Ventrue do etykiety. Wśród tego Klanu różnica jednego stopni przy ukłonie mogła diametralnie zmienić całe przesłanie.

-Brygadzistko Shaw-powitał wampirzyce przy ukłonie, a następnie podszedł do Chloe i ją delikatnie poklepał po ramieniu. Zatopiona w swojej pracy młoda wampirzyca mogła łatwo przegapić pojawienie się nowej „starszej” na sali. -To zaszczyt móc się z panią dzisiejszej nocy spotkać-dodał, wtrącając się w przerwę pomiędzy wypowiedziami Walkera, ale trudno było ocenić reakcję Brygadzistki. Jej uśmiech rozlewał się po całej sali, ale wzrok wydawał się być skierowany w stronę Walkera, jako najwyższego stopniem wampira na sali. -Będzie tak, jak pan sobie tego życzy, Brygadzisto Walker-skwitował słowa starszego klanbrata, choć dla wszystkich zgromadzonych na sali-być może z wyłączeniem Chloe-jasnym i oczywistym było to, że prośba Thomasa była tak naprawdę poleceniem. Niemniej jednak obecna sytuacja wymagała komentarza, bo przemilczenie tego apelu mogłoby być odebrane jako lekceważące. Po tych kilku słowach Hunter zamilkł i poczekał na reakcję starszej wampirzycy. W końcu, w towarzystwie dwójki Brygadzistów, rolą Wspólnika było słuchać nie gadać, przynajmniej dopóki "starsi" nie domagali się odpowiedzi.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Gdy tylko Walker skończył mówić o podziale terenu, Hunter jedynie kiwnął głową, bardziej w geście ucznia przyjmującego ochrzan ze strony nauczyciela niż na znak zgody. Nadludzki spokój Walkera wreszcie się zachwiał, w prawie niezauważalny sposób, ale dla dla obserwującego go Ventrue nie do przegapienia. Josh nieznacznie przygarbił się, ramiona trochę się podniosły, jakby nieumarły chciał się ze wstydu w sobie schować. Za to wzrok Huntera złagodniał, nie był już oceniający, ale nawet radosny, zadając kłam pokornej postawie. Oto pojawiła się kolejna wskazówka, kolejna kropla farby na płótnie, dzięki której mógł stworzyć lepszy obraz swojego rozmówcy. -Czy ty kiedykolwiek sam byłeś częścią jakiegoś gangu i bycie Ventrue zdążyło już po prostu wejść ci do krwi? Czy po prostu biedny pryncypał nie miał w tym mieście biznesu, do którego mógłby wejść bez wchodzenia Starszym na pięty i musiał się zadowolić prowadzeniem mętów?-spytał się w duszy, gdy Walker łaskawie pozwolił mu kontynuować. Niezależnie od tego, jaka była prawda, Walker nie był liderem gang,u tylko Brygadzistą. W ten sposób pewnie myślał o sobie, to jedno słowo zabarwiało wszystkie jego myśli i było centralnym punktem jego „życia.” Hunter mógł to zrozumieć, nawet uszanować i docenić, ale mimo wszystko poczuł się rozczarowany. Już miał nadzieję, że pośród Ventrue w Seattle znalazł kogoś, który miałby podobne do niego korzenie i mógłby mu być dobrym kumplem. Niestety, dostał po prostu kolejnego, wyciętego z tej samej masy tą samą foremką Ventrue. -Od tej gry nie ma ani chwili odpoczynku, przed tym właśnie ostrzegałeś Chloe-pouczył się w myślach, po czym zakończył swoją propozycję ataku i wysłuchał pomysłów Brygadzisty.

-No to mamy dwa natychmiastowe cele-skwitował wreszcie, opierając brodę na złączonych dłoniach. -Co do Trzynastki, na pewno już ich Brygadzisto szukacie, sam też ludzi popytam o jakieś konkrety.Mógłbym wtedy też puścić plotkę lub dwie, żeby ludzie z naszymi chłopakami niezrzeszeni puścili ją dalej w miasto-mówił z lekkim akcentem, jakby biedny chłopak z ulicy próbował naśladować Arystokratę.-Coś o ataku Króli na Łzy, lub vice versa, żeby ukryć prawdę o sojuszu. No i oczywiście coś o ataku Moba na Nortenos, ale to już pójdzie w świat po dokonanym ataku-ściągnął brodę z rąk, po czym oparł je niedbale o stół. -Auto się znajdzie, moi ludzie już mają oko na West Side, to szybko znajdzie się odpowiedni cel...ktoś wystarczająco znany w Mobie-dodał po minimalnej przerwie, gdy w głowie pojawiły mu się odpowiednie nazwiska. -Jak je już załatwimy to podrzucimy je na miejsce, możemy je ustalić już teraz lub przez telefon. Już miał zaproponować wymianę telefonów najbardziej zaufanych ludzi obu nieumarłych, żeby przepływ informacji w obu gangach nie ograniczał się jedynie do „wąskiego gardła” rozmowy dwóch wampirów. Natychmiast rozmyślił się jednak i ugryzł w język, z dwóch powodów. Po pierwsze, to był przecież banalny pomysł, na który Brygadzista też wpadł. Skoro Walker nic o tym nie mówił, to pewnie sam to uznał za zły pomysł i warto było brać z niego przykład. Po drugie, ważniejsze jednak, starszy Ventrue będzie pewnie tolerował Huntera, dopóki ten będzie mu potrzebny. Mając prostą linię do Jose i jego poruczników mógłby Josha po prostu wygryźć i odciąć od tego gangu, wtedy nie musiałby niczym się dzielić. - Gdybyśmy byli kurna partnerami, to moglibyśmy wszystkim się podzielić-pomyślał sobie w duszy, powstrzymując się przed westchnięciem. -Skoro jednak mam być zaledwie pomocnikiem, no to będziemy musieli ze wszystkiego się rozliczać. -No to mamy już plan działania, teraz tylko trzeba go wprowadzić w życie-podsumował wreszcie całą dyskusję, po czym zerknął szybko w stronę Chloe, która jeszcze wyraźnie pracowała. - Jak tylko Chloe zakończy swoje poszukiwania i odbędę jeszcze jedną rozmowę z Brygadzistką Shaw, na którą mam tu w Elizjum czekać to zbieram już ludzi i ich porozsyłam-zapewnił starszego wampira, wspominając o Harpii, żeby ten zrozumiał jego powód zwłoki. W końcu jako niższy stopniem, powinien już biec natychmiast wszystko ogarnąć, oczywiście po otrzymaniu od Brygadzisty pozwolenia na opuszczenie jego towarzystwa. Jeśli jednak Hunter czekał na nieumarłą równą Walkerowi stopniem, to starszy klanbrat pewnie to zrozumie. O tym, że musiał jeszcze Chloe bezpiecznie zakwaterować w Penthousie, o tym już Walker nie musiał wiedzieć. -Czy jest coś jeszcze, o czym chcielibyście porozmawiać, panie Walker?-spytał grzecznym tonem,starając się oddać w głosie szacunek, którego Brygadzista ewidentnie od niego oczekiwał.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Walker był dla Huntera niemałą zagwozdką. Choć Thomasowi wiele lat jeszcze brakowało do statusu Starszego, to już prawie w pełni osiągnął posągową postawę, z którą słynęli przywódcy Spokrewnionych. Młodsi nieumarli wciąż odruchowo naśladowali pewne reakcje i refleksyjne zachowania, które towarzyszyły im za życia. Z biegiem lat nawet wspomnienia tych odruchów zanikały i Starsi potrafili zamierać w takim bezruchu, że nawet prawdziwe trupy wydawały się być bardziej ekspresyjne. Jak widać było tą lekcję Walker przyswoił sobie grubo przed czasem, chyba że udało mu się ukryć przed całym Seattle, jaki był jego prawdziwy wiek. To całkowite podporządkowanie swojej mowy ciała rzucało cień na szczerość reakcji Brygadzisty, bo każdy drgnięcie powieki czy najlżejsza nawet zmiana wyrazu twarzy była pewnie w pełni zaplanowana. Wciąż, Walker postanowił całą swoją osobą wyrazić nieśmiałe poparcie dla sojuszu z Hunterem i młodszy Ventrue nie mógł się powstrzymać przed szczerym uśmiechem triumfu na twarzy. W końcu, jeden z najważniejszych punktów jego planu co do Seattle właśnie został zrealizowany, choć trzeba było jeszcze doszlifować szczegóły.

Wysłuchał do końca warunki współpracy, które zaproponował mu starszy Ventrue, co jakiś czas potakując delikatnie. Gdy Walker wyłożył wszystkie karty na stół, Hunter odczekał chwilę, zanim wreszcie zabrał głos. -Gdyby chodziło tylko o nas, szefie, to podział sześć do czterech byłby zajebiście dobry. Sam kurna zadowoliłbym się nawet trzecią częścią do waszych trzech, w końcu to ja jestem gościem z zewnątrz wpierdalającym się nieproszenie na scenę-zaczął powoli tłumaczyć, a przy każdym słowie jego rynsztokowy akcent wzrastał o kolejny procent. -Ale moje chłopaki chcą być dla Króli partnerami w interesach, a nie przydupasami, czyli wszystko poniżej pięćdziesięciu procent potraktują jako kurewski despekt. Podrapał się po brodzie z zamysłem, gestem który pasował bardziej do parobka niż szlachcica, zanim wreszcie dodał- no ale obaj dobrze wiemy, że ulica ulicy nierówna. Jeśli moi Łezki dostaną mniej terenu, ale zarobki z nich będą mieli równe waszym Królom, to przełkną to bez napierdalania Dyscyplinami z mojej strony. Ale konkretny podział może poczekać szefie, w końcu jeszcze kurna nie mamy tych ziem, więc nie ma co rozpisywać granic na mapie. Choć dobrze było mieć konkretną umowę przed rozpoczęciem działań, to jednak Hunter wolał mieć wrogów swojego gangu spacyfikowanych, zanim przejdą do kwestii podziału ziem. W końcu, jak to mówiła (żyjąca) matka Huntera, „nie ma sensu dzielić skórę na niedźwiedziu.”

-Przyznam, że o Trzynastce ni chu chu nie słyszałem, przynajmniej jeśli chodzi o ten atak-wyraźnie sposępniał na twarzy, bo nowa niewiadoma pojawiła się w jego planach. -Albo jest tak jak mówicie i są oni razem z Mobem w kieszeni Nortenos, albo ktoś rozpuszczał ploty, żeby Moba wrobić w atak na twoich ludzi szefie-z tymi słowami zmrużył oczy i zaczął wpatrywać się w ścianę, jakby chciał ją przepalić wzrokiem na wylot i ujrzeć wreszcie całą prawdę. -Może sami Północni rozpuścili takie wieści? Nie byłby to pierwszy podchód z ich strony. W końcu, z tego co słyszałem, wiele ludzi z marginesu wierzy, że to oni zmasakrowali Woodpeckerz. To dobre dla Maskarady, bo przynajmniej nikt nie zadaje niewygodnych pytań w tej sprawie, ale też nikt się teraz nie odważy im podskoczyć, żeby też nie zniknąć z powierzchni miasta-zastanawiał się na głos, dzieląc się teoriami ze swoim wspólnikiem. - No i pojawia się kolejne pytanie: czy Nortenos wzięli na siebie zasługi, bo otrzymali odpowiedni przykaz od jakiegoś nieumarłego? To jest opcja, której nie można w tym momencie wykluczyć-myślał w tym momencie głównie o udziale Sabatu, choć nawet obecność Spokrewnionego z ich Sekty by skomplikowała tylko całą tą sytuację.

-Wracając do warunków umowy szefie, dopóki Lagrimas nie poczują się pokrzywdzeni podziałem, to będzie nie tylko pokój, ale nawet przyjaźń pomiędzy naszymi dwoma domami-rzucił żartobliwie, ale szczerze. -Tak jak mówisz szefie, będziemy działać razem i przy każdej kwestii dotyczącej Roosevelt będziemy się dzielić informacjami-zgodził się na przedstawione przez Walkera warunki. -I z tymi słowami powiedziałbym teraz, że powinniśmy opić sukces naszego nowego układu, ale skoro już Was tej nocy zaatakowano, to musimy omówić nasze kolejne posunięcia. Uśmiech do tej pory nieustannie goszczący na jego twarzy zniknął, zastąpiony śmiertelną powagą. -Aby móc skutecznie rozprawić się z naszymi wrogami, będziemy potrzebować konkretnych informacji o ich siłach i posunięciach, żeby wiedzieć gdzie ich powinniśmy uderzyć. Plotki krążące w marginesie społecznym są dobrym początkiem, ale przydadzą nam się też szpiedzy lub zdrajcy po drugiej stronie. Ekspertyza klanu Nosferatu też będzie w tej kwestii nieodzowna-gdy tak snuł propozycje i plany, uliczny „akcent” zaczął znikać z jego głosu i znów nabrał tonów odpowiednich dla Arystokraty. -Zalecałbym też jednak poprowadzić atak dzisiejszej nocy, póki nasi wrogowie nie wychodzą z kolejną ofensywą. Jeśli to właśnie Trzynastka, a nie Mob są odpowiedzialni za dzisiejszą agresję, to powinniśmy im się zrewanżować, zwłaszcza że zdążyli już stracić parę ludzi. Dwa oddziały, jeden Króli i jeden Łez atakujący Pechowców w dwóch miejscach naraz zadadzą im poważny cios-złączone dłonie Huntera utworzyły piramidkę, a broda młodszego wampira oparła się na wyprostowanych kciukach. -Moglibyśmy też, zamiast uderzać razem, podzielić nasze siły. Oddział jednego gangu uderzyłby w Trzynastkę, a drugi w Moba. Wtedy będziemy mogli osłabić więcej niż jednego nieprzyjaciela i nie potwierdzać jeszcze żadnych domysłów co do współpracy obu naszych grup. No i oczywiście, jeśli dzisiejszy rajd miał wprowadzić zamieszanie przy wyborze celu naszego kontrataku, opcja „zaatakujmy obu” jest ironicznie genialna w swojej prostocie. Ręce Huntera znów się rozłączyły i wyłowił z kieszeni monetę, którą zaczął się bawić. -To już zależy tylko od tego, jaki pokaz sił chcemy urządzić tej nocy. Indywidualny czy też wspólny. Osobiście sugerowałbym szybki, wspólny rajd, a następnie urządzenie drobnej kampanii dezinformacyjnej w środowisku przestępczym. Będziemy mogli wtedy zmaksymalizować straty wroga i dopóki większość miasta nie będzie miała pewności co do naszego sojuszu, nie będziemy popychać naszych wrogów do wspólnej mobilizacji sił. Co w efekcie powinno kupić nam jeszcze parę nocy wojny podjazdowej, zanim zacznie się prawdziwy cyrk-zakończył swój wywód i zamilkł, czekając na opinię swojego starszego Klanbrata.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Hunter z miejsca zamilkł, gdy Walker mu przerwał, skrywając oznaki irytacji ukłonem głowy. Brygadzista Walker jako Ventrue posiadający wyższy status w Klanie w pełni decydował o tym, jak ta rozmowa miała przebiegać i Josh miał to ciągle na uwadze. Mimo wszystko jednak młodszy wampir przyszedł z poważną propozycją do niego i gdy tak mu przerywał, czuł się lekceważony i bagatelizowany. Cierpliwości-pouczył w myślach sam siebie, przywołując znów uśmiech na twarzy- musisz się dostosować do rytmu starszego, jeśli chcesz cokolwiek od niego uzyskać. To była lekcja, z którą miał najwięcej chyba problemu w Chicago, choć tam na szczęście głównie spędzał czas ze swoją Stworzycielką. -To nie jest śmiertelny, ani młodziak taki jak ty. Jeśli chcesz mieć jego zaufanie i współpracę, musisz mu udowodnić, że znasz swoje miejsce i będziesz grał drugie skrzypce w tym sojuszu-pokiwał głową, zgadzając się i ze słowami Walkera i z własnymi przemyśleniami. Dumne określenia „koteria” przewinęło się gdzieś w jego myślach, ale jak sam Josh już to wcześniej zauważył i jego rozmówca potwierdził, za wcześnie jeszcze na tak długoterminowe plany.

-Rozumiem twoje obawy szefie, jestem nowy i niesprawdzony, to ten okres próbny pomoże rozwiać wszelkie wątpliwości między nami-mając werbalne przyzwolenie Walkera, Hunter zrezygnował tytułów i grzeczności, jakie powinny przenikać rozmowę młodszego Ventrue z lepszym od siebie wampirem. Z tą większą swobodą wkradł się w jego głos lekki „akcent” ulicznika, który zawsze ukrywał pod zakupioną przez jego Stworzycielkę edukację. - Lágrimas w swojej obecnej formie mogą działać dzięki mojej Sire, która wykorzystywała ich jako haczyk wbity w Seattle. Gdy przyjechałem tutaj parę tygodni temu szef Latynosów już na mnie czekał i zdążyliśmy się całkiem nieźle dogadać. Na tyle, że poznałem już wszystkich jego poruczników i większość rodzinki. Uśmiech na jego twarzy nie znikał, mówił cały czas z nonszalancją w głosie, ale w jego oczach widać było coś twardego i zimnego. -W sumie, Cruz jest na tyle dobrym dla mnie przyjacielem, że właśnie z jego i jego chłopaków powodu wmieszałem się w tą całą wojnę. Są dla mnie nie tylko użytecznym narzędziem czy źródłem zarobków, ale istnieje między nami lojalność, która mocno zakotwicza mnie w Człowieczeństwie-wiele teraz zdradzał Thomasowi, odsłaniał potencjalny słaby punkt, który można było wykorzystać przeciwko niemu. Postanowił jednak od razu zagrać ryzykownym gambitem; albo Thomas doceni jego lojalność do „swoich” albo postanowi ją wykorzystać. To przynajmniej skróci niecierpliwemu Hunterowi cały taniec dookoła tematu, czy z Walkerem mają być partnerami czy wrogami. No i oczywiście, gdy się eksponuje słabość potencjalnemu wrogowi, przynajmniej wiesz, gdzie on spróbuje cię zaatakować.

-Czyli krótko mówiąc, jeśli chodzi o „Łzy”, to jestem częścią wewnętrznego kręgu. Do tego stopnia, że ich szef zgodził się z miejsca na zaproponowany przeze mnie sojusz z The Kingz, zgodził się na rajd na Moba i jeszcze zgodził się czekać na mój telefon, zanim podejmie pierwszy atak w tej wojnie. Nie mogę mówić za każdego żołnierza i przydupasa w gangu, za nich ręczą porucznicy. Mogę jednak zagwarantować, że jeśli któryś z fagasów spróbuje ruszyć przeciwko mnie lub szefostwu, to reszta gangu ich po prostuje rozsmaruje po całej ulicy. I oni o tym doskonale, kurwa, wiedzą-zakończył myśl ponurym uśmiechem, który wyraźnie wyrażał jego opinię na temat potencjalnych zdrajców. -Zastanawiałem się nieraz nad zghoulowaniem Cruza, bo to by zapewniało całkowitą kontrolę nad gangiem, no nie?-przyznał niefrasobliwie, choć jego oczy pozostały badawcze-ale póki tak dobrze nam się współpracuje, to po co odchylać Maskaradę dla kolejnej osoby? Póki można działać w cieniach, jako ta cała szara eminencja i dobry przyjaciel, to po co wpierdalać się na szczyt?-pytał tonem ucznia, który starał się poznać opinię swojego nauczyciela. Jego wzrok jednak cały czas pozostawał badawczy, szukający najdrobniejszego nawet drgnięcia, który zdradziłby mu intencje Walkera. Czy starszy Ventrue weźmie go jednak na „uczniaka” i będą działać razem czy też widząc słabość będzie działał przeciwko niemu? -Krótko mówiąc szefie, za mój gang ręczę i jedną i drugą ręką. Jak zawiodą, to sam w pierwszej kolejności idę do piachu -skwitował swoje słowa kolejnym, pełnym powagi potaknięciem głową. -Czy jest coś o co chciałbyś jeszcze spytać?

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Hunter mógł jedynie pokiwać głową ze zrozumieniem, słuchając przestrogi starszego Ventrue. Choć rada, jaką otrzymał była na pewno mądra, to jednak wypowiadana przez jednego z jego klanbraci nabierała nowego znaczenia. Starsi nienawidzili tego, gdy młodsi byli zbyt ambitni, bo to zawsze zagrażało ich interesom. W jakim stopniu przez Thomasa przemawiała teraz troska i doświadczenie, a w jakim zwykła interesowność. Zważywszy na to, że Brygadzista Walker był nie tylko Ventrue, ale jeszcze prowadził gang przestępczy, to Josh mógł z miejsca skreślić sentymentalizm z listy cech swojego rozmówcy.

Pychę najwyraźniej też mógł skreślić, biorąc pod uwagę jego reakcję na skomplementowanie, choć równie dobrze mogła to być po prostu udawana skromność. Jedynym, co mógł być pewnym patrząc na Walkera było to, że w pełni panował nad najdrobniejszym nawet gestem czy mrugnięciem. Hunter mógł podczas tej rozmowy bawić się w zgadywanie prawdziwych odczuć swojego rozmówcy, ale byłaby to po prostu niepraktyczna zabawa, na którą tej nocy nie było już po prostu czasu.

Ukłonił się z uśmiechem, przyjmując i pochwały i gratulacje Walkera, który wyciągnął właściwe-dla Huntera-wnioski. Nie zamierzał starszego wyprowadzać z błędu, na pewno nie na tym etapie ich znajomości, bo im mniej osób znało prawdę o pochodzeniu Chloe tym łatwiej będzie dziewczynie odnaleźć się w tym świecie. Gdyby zaś wyjawił, że Chloe tylko mentoruje to pojawiłoby się od razu pytanie, czyim w takim razie Dziecięciem była. To musiało pozostać w tajemnicy. Na szczęście, będąc jednym ze Spokrewnionych, Hunter wiedział jak należy dochowywać sekretu. Tak jak z istnieniem nieumarłych dla ludzi, Josh musiał otoczyć prawdę o Chloe mniejszą wersją Maskarady. Zerknął jeszcze raz w stronę swojej uczennicy, pogrążonej teraz w świecie cyberprzestrzeni, po czym skupił się na temacie zaaranżowanego przez siebie spotkania.

-Tego właśnie się obawiałem-skomentował słowa Walkera, a konkretnie komentarz o wojnie-choć oczywiście cieszę się, że atak ten się nie powiódł. Pierwszy cios wymierzony w tej wojnie nie powiódł się i, jak podejrzewam, napastnicy musieli za niego drogo zapłacić-oczy Huntera na moment nabrały rozbłysku obnażonej stali, zanim został on przegnany mrugnięciem. -Z tego, co mówiły mi moje źródła, atak na Kingz planowało...bydło z West Side Street Mob-na moment zawahał się, podmieniając cisnący się bluzg na bardziej cenzuralne słowo. Zarówno on jak i Walker babrali się w najgorszych odmętach ludzkiego świata, ale dopóki Brygadzista nie da mu sygnału przyzwolenia, nie mógł sobie pozwolić na swobodniejszą rozmowę. -To było dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo ze wszystkich frakcji zainteresowanych terenami dawnych Woodpeckerz, to Norteños są uważani za największą siłę-zaczął się dzielić posiadanymi informacjami, otrzymanymi jeszcze tej nocy. -Mob jest pełna idiotów, więc jestem w stanie uwierzyć, że postanowili pierwsi zaatakować w chwili, gdy mają trójkę wrogów przeciwko sobie. Z drugiej jednak strony, Norteños z kolei mają nie tylko bezwzględnych, ale też i sprytnych ludzi w swoich szeregach. Nie mogę wykluczyć wariantu, że oba te gangi połączyły siły i West Side służą Latynosom za dodatkowy oddział siepaczy-podzielił się swoimi obawami, po czym nachylił się nieznacznie w stronę Spokrewnionego. -Zaszlachtowanie Woodpeckerz wyrwało w istniejącym podziale miasta dziurę, którą ludzie z półświatka próbują właśnie zapełnić. Wasi Kingz, moi Lágrimas, Mob i Norteños-wyliczył szybko palcami-to jedyni aktywni gracze w tej wojnie, jedyni gotowi przelewać krew za te ziemie. Reszta półświatka jeśli nawet coś planuje, to na razie pilnują swoich granic i czekają na zakończenie tej wojny. Jeśli mają zaatakować, to zwycięzce tego całego konfliktu, i to tylko wtedy gdy będzie się wykrwawiał. Przynajmniej taki obraz rysuje się z zebranych przeze mnie informacji- z tymi słowami oparł się wygodniej o oparcie krzesła.

-Gdy po raz pierwszy usłyszałem, czym się zajmujecie Brygadzisto, przyznam Wam że się mimowolnie skrzywiłem-zmienił nagle temat. -Zajmowałem się oczywiście innymi nielegalnymi interesami i innym terenem niż Wy, więc żadnego konfliktu oczywiście nie było, ale mógł on się zawsze pojawić z czasem. Gdyby zaś doszło do jakiejś kłótni między nami-choć oczywiście nie śmiałbym dopuścić do takiej sytuacji-to musiałbym albo sam zmienić interesy albo Zarząd by taką zmianę zarządził-uśmiechnął się, drobnym i krzywym uśmiechem. -Teraz jednak pojawiła się wyjątkowa okazja. Ta wojna gangów dotyczy też naszych ludzi, więc zanim śmiertelni podejmą jakieś pochopne działania, chciałem się zobaczyć z Wami z przygotowaną propozycją. Znów się nachylił w stronę Thomasa, błyskając zębami w uśmiechu-połączmy siły, i to nie tylko na tą wojnę. Wy jesteście starsi, macie wyższą pozycję w Klanie i o wiele lepiej ode mnie znacie to miasto. Ja jestem nieopierzonym pisklakiem, które dopiero buduje swoją pozycję w Seattle, a który wiele by skorzystał na współpracy ze starszym Spokrewnionym. No i oczywiście, nie będę ukrywał, zależy mi też na wzmocnieniu pozycji całej Arystokracji w mieście. Po ostatnich naszych stratach, musimy działać razem, żeby odzyskać utraconą pozycję i szacunek w mieście. Półświatek w rękach Ventrue byłby dobrym tego początkiem-rozłożył szeroko ręce, jakby już chciał coś zagarnąć.

Co do tej wojny-znów wyprostował się w krześle-Lágrimas i Kingz przetoczą się po pozostałej dwójce, niezależnie od tego czy działają oni razem czy nie. Teren Woodpeckerz podzielimy między nimi po połowie, żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony. W dalszej naszej współpracy, jeśli oczywiście będziecie nią zainteresowani, zaczęlibyśmy stopniowo przejmować resztę elementu przestępczego, dzieląc się nim sześć na cztery dla Was-nie był na tyle głupi, ani bezczelny, żeby proponować podział pół na pół. -Oczywiście, to już jest kwestia przyszłości, ale wracając do teraźniejszości: Czy chcecie wraz ze mną i moimi ludźmi wygrać tą wojnę?-zapytał, wreszcie przechodząc do konkretów. Patrzył przy tym Walkerowi głęboko w oczy i próbował nie okazać napięcia w swoim głosie. Ze wszystkich jego planów na tę noc, tych oryginalnych przynajmniej, ta część była dla niego najważniejsza. Zależnie od odpowiedzi Walkera, przyszłość młodego Ventrue w mieście miała się diametralnie zmienić.

Wyszukiwanie zaawansowane

cron