Znaleziono 252 wyniki

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Oto właśnie Hunter kończył swoje pierwsze większe spotkanie z własnym Klanem w Seattle. Pierwsze oczywiście od jego Przedstawienia się Zarządowi, które było wyjątkową sytuacją i przebiegało według od dawna skodyfikowanego ceremoniału. Od tamtego czasu miał przyjemność spotykać się z innymi Arystokratami na spotkaniach w cztery oczy, które przebiegały spokojnie jednym torem wspólnych problemów i interesów. Dzisiejszy dyskurs zaś zebrał piątkę Arystokratów w jednym pomieszczeniu i Joshua swoją uwagę musiał dzielić pomiędzy czterema osobami. Chloe rzucona tak nagle na scenę pod światło reflektorów wymagała opieki, ale jak się okazało, była wystarczająco silna by nie złamać się pod spojrzeniami trzech starszych nieumarłych. „Adopcja” młodej wampirzycy była dla Huntera niekoniecznie przyjemną niespodzianką, ale Chloe po raz kolejny tej nocy przyjemnie go zaskoczyła. Choć będzie musiał młodą podopieczną jeszcze wiele nauczyć, żeby już nigdy nie odpowiadać za nią na pytania obcych, ale dziewczyna udowodniła mu już, że sprosta tej nauce.

Pozostała trójka nie obserwowała jednak tylko jego wychowanki, ale też i samego Huntera. Harpia Shaw była zaciekawiona i rozbawiona, jego nowy „szef” Walker był zdystansowany a markiza pozostawała wciąż nieodgadniona. Nie trzeba było jednak być geniuszem społecznym, żeby zauważyć, że energia roztaczana przez Huntera nie pasowała w pełni do atmosfery w pokoju. Zabierał głos w niewłaściwych momentach, nie okazywał ani cichej dostojności posiadanej przez starszych Spokrewnionych ani właściwie uniżonego oddania Ventrue niższego statusu. Można to było w pewnym stopniu wytłumaczyć jego pochodzeniem z Chicago, wychowaniem się w innym mieście i innej gałęzi ich Klanu, ale dla perfekcjonistycznych Arystokratów nie istniało nigdy odpowiednie wytłumaczenie dla takiego zachowania.-Zresztą, nawet w domu byłeś ewenementem-przypomniał sobie, czując już lekkie ukłucia frustracji w duszy. Nawet w swoim Wietrznym Mieście nigdy nie czuł się jak prawdziwy Arystokrata, prędzej jak parweniusz, który wkradł się do wyższych sfer. -Tym razem pewnie też straciłem parę punktów w ich oczach-podsumował, myśląc o trójce Brygadzistów. -Ale to może i lepiej, bo nic tak szefostwa nie denerwuje, jak nadto skuteczna i ambitna siła robocza. Jakby wszędzie mnie było pełno i byłbym nieżywym obrazem idealnego Ventrue, to na pewno narobiłbym sobie tłum wrogów w Klanie-podsumował, po czym wrócił myślami do spotkania.

Gdy Danielle poruszyła temat redakcji Timesa Hunter jedynie ukłonił się z delikatnym uśmiechem,mówiącym „ależ oczywiście, że nie mam nic przeciwo.” Temat działań Nosferatu i wzmianka o Burroughsie i Brujahku zaciekawiły go, bo oto pojawiały się kolejne pionki na mapie i plan działań Camarilli na Wyspie zaczynał już nabierać dla niego konturów. Wspólnie działające Klany, każde korzystając ze swojej siły wpływów w mieście, działające zgodnie ze swoimi największymi siłami. W pełni zjednoczona Camarilla była siłą, z którą Sabat na pewno by sobie nie poradził, a do tego jeszcze mieli przecież sojusz z Anarchistami! Ale nie mógł sobie pozwolić na takie rozważania, przecież to nie do niego należało zajęcie się tą sprawą, tylko do Księcia i Primogenatu. On już miał swoją rolę w nadchodzących nocach i dopóki nie zrealizuje swojej części, nie będzie mógł bardziej pomóc.

Gdy markiza poprosiła o numer kontaktowy Josh odpowiedział krótkim -Ależ oczywiście-po czym podanym piórem wpisał numer swojej komórki do notesu. Następnie, gdy już notes powrócił do Brygadzistki Ainsworth i ta pożegnała się z pokojem, wstał i z drobnym ukłonem życzył jej miłej nocy. Tradycyjnie już pokazał Chloe, że ma pójść w jego ślady. Gdy zaś markiza opuściła salę i znów usiadł na krześle, odważył się pójść w ślady Walkera. -Proszę wybaczyć Brygadzistko Shaw, ja też chciałbym zająć chwilkę Waszego cennego czasu. Chodzi o tą sprawę, o której wcześnie pisałem do Pani-przypomniał się starszej wampirzycy. Biorąc pod uwagę powagę tego problemu, jak też i jego nowy dług u Harpii, Hunter był bardziej niż pewien, że ta rozmowa się odbędzie.

Niezależnie jednak od tego, czy ta rozmowa będzie miała miejsce i ile ona ma zająć, dalszy plan młodego Wspólnika był banalnie prosty. Załatwić zameldowanie dla swojej wychowanki, odprowadzić dziewczynę do jej nowego "domu", gdzie będzie w pełni bezpieczna i powrócić do własnego Schronienia przed nastaniem znienawidzonego świtu...było co prawda jeszcze jedno miejsce, które chciał odwiedzić, ale tylko od zegara zależało, czy sprawdzi je jeszcze tej nocy czy też jutrzejszej.

Koniec nocy 15 II 1999

Do Ventrue Penthouse >>>

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Gdy wysłuchiwał, co jego „córka” sądziła o całej sytuacji, uśmiechnął się szerokim uśmiechem dumnego ojca. Wiedział oczywiście, że Chloe była zdecydowanie inteligentną młodą kobietą, na pewno bardziej oczytaną i wykształconą od niego. Martwił się jednak, czy najmłodsza Ventrue zdoła odnaleźć się w obecnej sytuacji. Wolna od praktycznie godzin, zabrana na niespodziewane zebranie starszych od siebie wampirów, które nieustannie oceniały ją w każdej sekundzie tegoż spotkania. Zwykła osoba mogłaby się złamać w takiej sytuacji, a wśród Ventrue najzwyczajniej na świecie dla zwykłych osobników po prostu nie było miejsca. Na szczęście Chloe potwierdziła właśnie wszystkim zgromadzonym, a w szczególności Hunterowi, że była zdecydowanie niezwykła. Josh nie mógł sobie w tej chwil przypomnieć ostatniego razu, kiedy tak bardzo by się ucieszył, że jego podejrzenia się sprawdziły.

Uśmiech ten, choć był całkiem szczery, pełnił też rolę maski dla wampira. Gdy tak promieniał „ojcowską” dumą, delikatnie rozglądał się po pomieszczeniu, jakby doszukiwał się aprobaty ze strony Brygadzistów. Ta aprobata zresztą byłaby oczywiście szalenie mile widziana, ale zimne oczy Huntera chciały tak naprawdę zajrzeć na moment za noszone przez nich maski. Moment, w którym Chloe zaczęła opowiadać już nie o potrzebie sojusz, ale o wojnie cybernetycznej była chyba najlepszym momentem na to. Oto ci starsi nieumarli zostali skonfrontowani z nowinką technologiczną, której nie można było zbagatelizować, bo zaczynała zmieniać drastycznie świat. Sam Hunter co prawda nie był żadnym ekspertem, mógł co najwyżej wysłać wiadomość elektroniczną, a jedynym rozwiązaniem problemów komputerowych dla niego było klasyczne „wyłącz i włącz ponownie.” Szczerze jednak wątpił, żeby siedzący przed nim dumni Arystokraci nawet do tego stopnia zainteresowali się „nową zabawką trzody.”

Starsi Arystokraci zaczęli zabierać głos, a Hunter cały czas analizował sytuację. Nawet, jeśli Brygadziści znaleźli się na niepewnym dla nich gruncie, to w żaden sposób tego nie okazali. Byli przecież Ventrue i nie mogli w żaden sposób okazać słabości. Harpia Shaw wydawała się być naprawdę zachwycona protegowaną Huntera, choć oczywiście cała jej radość mogła też płynąć z tego, że podczas tego spotkania Hunter zdążył się już u niej poważnie zadłużyć. Szef Walker wydawał się być lekko zainteresowany tym tematem, większą uwagę jednak poświęcał słowom Harpii. To było zresztą zrozumiałe, w końcu słowa szanowanej Brygadzistki miały przecież o wiele większe znaczenie, niż to co Dziecię wciąż pod opieką rodzica miało do powiedzenia. Coś jednak w wypowiedzi Shaw nie dawało też Joshowi spokoju. Nie powiedziała jednak nic takiego, co by mu nie pasowało..... -Ja pierdolę!-zakrzyknął w myślach, gdy wreszcie zrozumiał dręczący go niepokój. Uśmiech na jego twarzy zdążył już dawno zgasnąć, odkąd Shaw zabrała znów głos, a mięśnie twarzy zdążyły już zastygnąć w wyrazie zasłuchanej powagi. I żaden mięsień nawet nie drgnął, gdy w myślach Huntera zawrzało. -Nie chodzi o to, co powiedziała, ale czego nie powiedziała! Nosz kurwa mać! Ona się boi, że Chloe jest Sabatowym szpiegiem!-gdyby spojrzenia potrafiły zabijać, to Danielle Shaw byłaby zupełnie bezpieczna, bo Hunter nie pozwoliłby sobie na bezczelne łypanie na starszą Ventrue. Ale gdyby zabijać potrafiłyby za to myśli, to Shaw już dawno przekroczyłaby granicę Ostatecznej Śmierci. -No zaraz mnie chyba chuj strzeli! To ma być Harpia? Jak jej nie ufasz Danielle, to mogłaś kurde ją „poprosić”, żeby coś w Internecie sprawdziła i założyła słuchawki! Albo skoro jest najmłodsza, to mogłaś ją posłać po służącą ghoulicę, bo akurat zachciało ci się pić! Można to było załatwić na sto albo i nawet na tysiąc sposobów, bez wzbudzania podejrzeń u pozostałych.- Jeśli on zauważył tą przerwę i przemilczenie słów, to pozostali tym bardziej to zauważyli. Gniew zmienił się w niedowierzanie, że Harpia mogła przypadkiem popełnić taką-w oczach wtajemniczonego w prawdę Huntera-gafę. O ile oczywiście to była gafa, a nie celowe działanie. Bo taka myśl też przemknęła przez głowę Josha, ale ponieważ nie widział celu, jakiemu mogłoby takie zagranie służyć to postanowił te myśli odłożyć na bok. - Może to ma być ostrzeżenie dla mnie, że Harpia ma swoje wątpliwości i jeśli tylko je z Chloe jakoś potwierdzimy, to od razu zostaniemy pociągnięci do odpowiedzialności?-ten jeden powód zalśnił w jego głowie, zanim razem z resztą „zapakowanych' obaw trafił na wciąż rosnącą półkę „później.”

Markiza Helena Ainsworth przyjęła słowa Chloe z pełną uwagą, a po jej słowach było widać, że w myślach miała już mapę Harbor Island, jeśli nie całego Seattle i już rozstawiała pionki. Wyglądało na to, że miała już niejeden pomysł przygotowany i dzieliła z Brygadzistką Shaw-o ile nie przejęła większość-strategicznego impetu tej rozmowy. Nikt się do niego nie odezwał, więc też nie otrzymał pozwolenia na zebranie głosu i przez chwilę Hunter zamierzał pozwolić zgromadzonym kobietom na nieprzerwaną rozmowę. Pewne rzeczy jednak nie dawały mu spokoju, dlatego też delikatnym gestem zasygnalizował, że chciałby coś powiedzieć i gdy nikt mu nie odmówił odezwał się.

-Proszę wybaczyć, że wtrącam się z być może naiwnym i niedoinformowanym pytaniem, ale czy posiadamy jakąkolwiek wiedzę o stanie Wyspy odkąd Sabat postanowili tam zrobić swoją twierdzę? Bo odkąd uwinęli sobie gniazdo minęło wystarczająco wiele czasu, żeby nie tylko przygotować sobie schronienia zabezpieczone przed atakiem, ale też i wprowadzić system o którym teraz mówimy. Zerknął na moment w stronę Chloe po czym znów podjął wątek-Choć zdecydowana większość Sabatu składa się z prymitywnych potworów, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę ich tendencję do tworzenia mięsa armatniego, tak nie każdy z z nich zalicza się do tej kategorii. Gdyby tak było, dawno już byśmy starli ich z powierzchni ziemi, czyż nie?-zadał retoryczne pytanie, po czym złożył ręce w piramidkę. -Zamontowanie kamer, nawet ukrytych, będzie wymagało czasu. Nawet, jeśli będziemy posługiwać się ludźmi, którzy będą pracować za dnia. Sabat, przy całej swojej pogardzie do ludzi i ich dokonań, nie przejmują się hipokryzją i wykorzystują każde dostępne dla nich narzędzie. Takie kamery, czy ukryte czy nie, mogły już zostać na Wyspie założone i wykorzystane przez naszego wroga. Jeśli jednak istnieją, można zawsze spróbować je przejąć i wykorzystać je przeciwko właścicielom-znów spojrzał w stronę Chloe, jakby szukając potwierdzenia dla swoich słów. Czy to dlatego właśnie ją przemienili? Bo była wybitnym informatykiem i mogła w tej dziedzinie im służyć? No i przecież nie można było zapomnieć o tych odszczepieńcach z Nosferatu, którzy postanowili Sabatowi służyć. -Jeśli oczywiście te systemy istnieją, a nie możemy w pełni ich wykluczyć, bez posiadania konkretnej wiedzy. Co do kasków i kamizelek, to już zależy od tego, jakiej konkretnie ochrony będziemy potrzebować-przeszedł płynnie do kolejnego tematu. -Z kaskami kuloodpornymi i wszelkiego rodzaju hełmami zbyt wiele szans na ich ukrycie nie mamy-pokręcił delikatnie głową-ale za to kamizelki oferują nam więcej opcji. Zwykłe, noszone chociażby przez policję, są całkiem łatwo dostępne i tanie, a przy okazji można je ukryć pod odzieżą. Nocą zwłaszcza, śmiertelni i nawet Sabatnicy bez odpowiedniego przeszkolenia czy właściwej Dyscypliny nie zauważyliby ich nawet na krótkim dystansie. Tania i łatwo dostępna ochrona, moglibyśmy cały oddział w nie odziać. Lepsza ochrona-kamizelki oddziałów SWAT czy wojskowe, te już będą za grube do ukrycia i będą wymagały odpowiednich...znajomości. Czy to w policji i wojsku czy też w marginesie społecznym-tu zerknął na moment w stronę Walkera. Josh sam nie znał w Seattle żadnych gości od broni, ale może jego „szef” posiadał odpowiednie kontakty? Lub chociaż wiedział, z kim trzeba było porozmawiać, żeby taki kontakt nawiązać. Szalony Primogen Malkavów też miał kontakty w półświatku, więc jeśli udałoby im się nawiązać jakieś porozumienie czy nawet sojusz, to pewnie mógłby im w tym pomóc. -Wszystko zależy od tego, ile czasu i środków chcemy poświęcić na przygotowanie się do ataku i jak bardzo...dyskretny ma ten atak być. Ciche eliminowanie Sabatu zaczynając od przywódców będzie wymagało oczywiście innych środków, niż zgromadzony atak na ich największe siedziby....w drugim wariancie, jeśli czas oczywiście pozwoli, możemy spróbować zaopatrzyć oddziały zaufanych ludzi czy ghouli bronią z amunicją zapalającą-dodał lekkim tonem, jakby nagle przypomniał sobie jakiś drobny szczegół anegdotki, a nie proponował użycia najgorszej dla wampirów broni.Przywrócony post z 21.10.2018

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Hunter nie był ślepy na emocje targające Chloe. Reszta zgromadzonych Ventrue też na pewno zauważyła targające dziewczynami emocje, przecież szalejąca w niej burza rysowała się tak wyraźnie, że nawet osoba całkowicie ślepa wyczułaby zmianę „energii” w jej postawie. Choć trudno było cokolwiek odczytać z pięknych masek, jakimi były ich twarze, to Josh szczerze podejrzewał, że widzieli w dziewczynie słabość. Słabość, która nie przystoi Arystokratce, a która bardziej pasowała do sług i trzody, których można było łatwo zmanipulować. Jeśli Seattle miało teraz posłużyć za szachownicę, a klan Ventrue rozstawiał swoje figury na planszy, to Chloe na pewno była w ich oczach pionkiem. Niezwykle przydatna, jeśli tylko znajdzie się na właściwej pozycji, ale też na tyle słaba, że ją pierwszą się poświęca. Hunter w tej metaforze widział siebie jako skoczka, który „porusza się” najbardziej chaotycznie ze wszystkich figur i potrafi przeciwnika zaskoczyć. Ale dość tej dygresji, bo teraz nie chodziło o niego. Hunter mógł się tylko kopać w myślach, że wciągnął swoją „córę” w sam środek spisków i planów Ventrue. Wrzucił dziewczynę, jeszcze przed metaforyczną chwilą żywą i szczęśliwą, wprost w sieć, którą Arystokraci roztaczają przez miasto. Ona jeszcze nie doszła do porządku z myślą, że jest wampirzycą, a teraz musiała w biegu nauczyć się być Ventrue. To było okrutne z jego strony. Mógł pomyśleć zawczasu, wysłać ją po jakieś wymyślone sprawunki lub też pozwolić jej ponownie zanurzyć się tej całej cyberprzestrzeni, żeby nie musiała być świadkiem tej rozmowy. Jakoś zdołałby chyba wytłumaczyć odłączenie się Dziecka od rozmowy dorosłych wampirów, nawet markiza Ainsworth chyba poczułaby się swobodniej, nie musząc mówić o rzeczach ważnych i poważnych przy nieznanej jej młodej. Gdy tak jednak czynił sobie wyrzuty, Hunter zauważył kątem oka, że w postawie Chloe coś się zmieniło. Trochę się rozluźniła...a może wręcz przeciwnie, zebrała się nagle w sobie? Mógł teraz tylko zgadywać, co takiego się działo za oczami jego wychowanki, to co widział jednak budziło w nim nieśmiały optymizm. Wyglądało jednak na to, że odkryła w sobie te podkłady siły, które znajdowały się w głębi jej duszy. Niech Starsze wampiry widzą w niej słabość, niech myślą sobie, że zdominują ją nawet bez używania Dyscyplin. Chloe mogła sobie być pionkiem, owszem, ale tylko głupiec by ją nie doceniał. Bo ewidentnie była ona pionkiem, który dojdzie do końca planszy i stanie się...nawet królową.

Danielle uśmiechała się, tym swoim pięknym i olśniewającym uśmiechem, który potrafił roztopić najzimniejsze nawet serce. Nawet Hunter, który wiedział z kim ma do czynienia, musiał się pilnować, żeby nie ulec narastającej fali sympatii. Nie mógł sobie pozwolić na zachwyty czy zadurzenia, nie gdy był na spotkaniu ze starszymi Ventrue, nie gdy mowa była o losie ich Klanu i ich przyszłości. Musiał się skupić na sednie całego spotkania i na treści, a nie formie słów Harpii. A było czego słuchać, bo w parę krótkich chwil Brygadzistka Shaw wydała dyspozycje, które miały ich popchnąć do działania. Oto Ventrue, Arystokraci Nocy, a przynajmniej najmłodsi ich przedstawiciele mieli ruszać do przysłowiowego boju. Wizja wyruszenia z „szefem” Walkerem i markizą nie była przykra Hunterowi, zwłaszcza jeśli miało ono pozwolić mu na ponowne spotkanie się z Sugar. Z drugiej jednak strony...miał dwie rzeczy do załatwienia dla Brygadzisty Thomasa, jedną dużą i jedną naprawdę wielką. Miał sprawę do załatwienia dla Sinclaira, miał pytania do zadania i miejsca do odwiedzenia. No i oczywiście, nie mógł zapomnieć o Chloe i zapewnieniu jej dachu nad głową.To było sprawą priorytetową, którą musiał załatwić, zanim poświęci się reszcie obowiązków. Dlatego też, choć chciał zajrzeć do „Bobra” miał też nadzieję, że nie zostanie powołany do- kolejnego tej nocy-działania. Liczba dostępnych godzin tej nocy z każdą chwilą stopniowo malała.

Pomysł z dywersją, odwróceniem uwagi śmiertelnych od Harbor Island, był prosty lecz genialny. Walki wampirów i tak miały raczej charakter pojedynków rodem z gatunku płaszcza i szpady czy też szpiegowskich thrillerów, ale lepiej było przed każdą akcję zapewnić Trzodzie igrzyska, które odwrócą ich uwagę od prawdy. Gdy zaś padło kolejne pytanie, czy też pytania ze strony Harpii do Chloe, Hunter nie drgnął tylko delikatnie poprawił się na fotelu. Nie do końca rozumiał, dlaczego Brygadzistka Shaw chciała sprawdzić najmłodszą Arystokratkę, zrobić jej taki test na charakter, gdy razem w trójkę trzymali tajemnicę przed pozostałymi Brygadzistami. Nie panikował jednak, bo po pierwsze był przekonany, że Chloe nie złamie się pod tymi pytaniami. No i oczywiście, sam też był zainteresowany tym, co jego podopieczna ma do powiedzenia w tej sytuacji.

Gdy Walker zabrał głos jako kolejny, Hunter nie do końca wiedział, jak powinien to przyjąć. Z jednej strony, oto padła propozycja, żeby zabrał się z nimi do Angry Beavera” czyli znów trzeba było jeździć, gadać i załatwiać. Znów trzeba by było żonglować telefonami, ludźmi i wycisnąć wszystkie „soki” z każdej sekundy. Z drugiej jednak strony nowy parter Josha, czy też raczej Szef jak go tytułował, nie tylko nie miał problemów z odchyleniem rąbka ich planów, ale sam też chętnie rozwinął temat. Czyli przynajmniej jeśli chodziło o tego Spokrewnionego i o te plany, nie zrobił nic, co mogłoby Thomasa obrazić i przekreślić ich wizję. Cały czas uważnie słuchając, Hunter potakiwał od czasu do czasu głową, nie ważąc się przerywać Brygadziście. Jedyne, co dodał do rozmowy , to były dwa krótkie zdania. -Jedno Wasze słowo, szlachetni Brygadziści i ruszam z Wami-zapewnił, gdy Walker biorąc przykład z Shaw, zaproponował zabranie go. -Ależ oczywiście-gdy Thomas wspomniał o pozostawieniu młodej Snow w schronieniu. Dziewczyna dość przeżyła z Arystokratami, spotkanie z Krzykaczami tej nocy chyba do cna wyczerpałoby jej pokłady cierpliwości. Teraz jednak, mając Brygadzistę Shaw przed sobą, Hunter mógł być wreszcie o Chloe spokojny. Jedna szybka decyzja Harpii i najmłodsza Ventrue wreszcie będzie miała bezpieczny kąt, żeby schować się przed tym mrocznym światem.

Brygadzistka czy też markiza Ainsworth cały czas przyglądał mu się, zimnym i chyba oceniającym spojrzeniem. Równie dobrze jednak ten „osąd” w jej oczach mógł być po prostu przejawem kompleksów Huntera, reakcją rynsztokowca, któremu nadano szlachectwo na obecność prawdziwej Arystokratki. Niemniej jednak Joshua nie mógł pozbyć się myśli, że dla pięknej markizy był albo ciekawostką albo niegodnym nuworyszem. Brygadzistka Helena szybko dała znać, że nie oponuje zabrania Huntera na akcję. Czyli krótko mówiąc, klamka zapadła, a decyzja była de facto już podjęta. Josh znów miał zajrzeć do Bobra. W myślach zaczął żonglować zobowiązaniami i planami, cały czas jednak uważnie słuchając, co starsza wampirzyca miała do powiedzenia. Plan wykorzystania Primogena Malkavów, zaproponowany przez Walkera i potwierdzony przez Ainsworth miał swoje zalety oczywiście. Jednak poleganie na jednym z najbardziej nieprzewidywalnym z Malkavian Seattle miało oczywiście swoje problemy. Nie zabierał jednak głosu w tej sprawie, bo wszystko co miał do powiedzenia, Brygadziści na pewno mieli na uwadze. Najlepszy nawet plan mógł podobno jedynie przetrwać do spotkania z wrogiem, ale jeśli chodzi o spiski Ventrue, nawet czynnik chaosu miał miejsce w ich układance.

Jeśli istniało coś takiego jak nieśmiertelna dusza i jeśli wampiry mogły mieć choć skrawek tego Jestestwa pozostawał w nieumarłych, to ten fragment w ciele Huntera na pewno się cieszył i radował. Nie śmiał wypowiadać tych słów na głos, ba, nawet nie odważył się ich wypowiedzieć w duszy. Ale gdzieś w zakamarkach podświadomości młodego Ventrue słówko „Koteria” jaśniało z mocą tysięcy jarzeniówek.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Siedzący najbliżej Chloe Hunter poczuł jakieś dziwne mrowienie na szyi, co go oczywiście zaskoczyło, bo jego ciało już dawno temu wystygło i obumarło. Coś w tej całej sytuacji, w tym pomieszczeniu i w tych zgromadzonych Spokrewnionych trąciło strunę w jego nieumarłej naturze. Nie mógł wiedzieć oczywiście, że szybko odmówiona w myślach modlitwa Chloe szturchnęła jego uśpioną Bestię, która leniwie otworzyła jedno oko. Na szczęście na tym jednym szturchnięciu się to skończyło i gorsza połówka młodego Ventrue znów skryła się w najdalszych zakamarkach jego duszy. Hunter miał już wystarczająco dużo na głowie bez walczenia ze swoimi instynktami, oto przecież miał rozmowę z trzema znaczniejszymi od siebie Arystokratami, a u swojego boku miał Chloe, którą próbował osłonić najdłużej jak się da przed Wielką Grą Ventrue. Sam fakt, że jego młoda protegowana tak „żywo” zareagowała na jego słowa był wyraźnym dowodem na to, że dziewczyna miała daleką drogę do pokonania jeśli miała przetrwać na salonach.

Gdy Harpia postanowiła skierować rozmowę na inny tor, skupić zgromadzonych Ventrue na konkretnych zadaniach, Hunter w myślach odetchnął z ulgą. Oto miał ciche zapewnienie ze strony Shaw, że jego kłamstwo i prawda o Chloe zostaną zachowane w tajemnicy, przynajmniej na tą chwilę. Oczywiście, Josh nie był na tyle głupi, żeby się łudzić, że Harpia uczyniła to z dobrego serca czy odruchu współczucia wobec młodej wampirzycy. Milczenie gadatliwej i plotkarskiej Harpii nie będzie na pewno tanie, a trzymany przez nią sekret będzie wisiał nad głową Huntera jak miecz gotowy do ścięcia niepokornej głowy. Hunter jednak nie przejął się tym zbytnio, bo choć wciąż był ledwie neonatą, zdążył już poznać prawdę o swoim Klanie i o swoim miejscu w nim. Nawet gdyby nie miała ona haczyka na niego, Josh i tak musiałby wypełniać jej polecenia lub liczyć się z surowymi konsekwencjami. Teraz po prostu Danielle miała dodatkowego asa w rękawie, dzięki któremu mogła czuć się jeszcze pewniej w kontaktach z podległym jej Wspólnikiem. -No i bardzo dobrze się składa, wolę już, żeby Starsi byli spokojni i pewni siebie. Jak się denerwują to mogą zacząć popełniać błędy lub podejmować ryzykowne decyzje, za które młodsi od nich muszą najczęściej zapłacić-pomyślał sobie niewesoło, po czym w pełni skupił się na prowadzonej dalej rozmowie.

Słysząc pytania Shaw, Hunter odczekał na swoją kolej do zabrania głosu i następnie przeczesał dłonią włosy, jakby starał sobie przypomnieć kluczowe dla odpowiedzi szczegóły i detale. Tak naprawdę zastanawiał się, czy nie zaproponować Brygadzistom, że może wyruszyć wraz z nimi. Choć rozmowa z Sugar nie poszła tak łatwo, jakby Hunter chciał, to jednak chyba przyjemnie zaskoczył wampirzycę, która spodziewała się rozmowy ze stereotypowym Arystokratą. Brygadzista Walker i Markiza Ainsworth na pewno posiadali wiele zalet i mieli o większy autorytet, ale ponieważ byli Ventrue do szpiku gości, Hunter podejrzewał, że spotkają się z o wiele chłodniejszym od niego przyjęciem...co biorąc pod uwagę śnieżkę, którą został pożegnany, wydało się młodemu Ventrue jakoś przedziwnie zabawne.

-Anarchiści w pełni pasują do Angry Beavera; zarówno śmiertelni jak i nieumarli w tym miejscu mają słabość do motocyklowych skór, głośnej muzyki i szukania pretekstu do bójki. Zdecydowanie nie przepadają za nami i nie mówię tu tylko o Camarilli, ale przede wszystkim o naszym Klanie, który jest sercem całej naszej wielkiej Rodzinie. W większości są oni...bezpośrednimi Spokrewnionymi-powiedział po chwili lekkiego zawahania, która wyraźnie świadczyła o tym, jakiego rodzaju słowa tak naprawdę chciał zastosować. -Nie lubią przesadnie bogatych opisów czy kwiecistego wysławiania się, chcą z całą prostotą wystrzelonej strzały dążyć do meritum sprawy. Nie raz miałem styczność z tego rodzaju jednostkami i wiem, jak należy z nimi rozmawiać, ale ich niechęć wobec naszego Klanu sprawiła, że podczas tej rozmowy musiałem walczyć o każdy skrawek informacji. Być może teraz, gdy został nawiązany sojusz pomiędzy naszymi dwoma „Domami”, to będą oni bardziej skorzy do współpracy-nie miał niestety konkretniejszych informacji, w końcu nawet ostatecznie nie zajrzał do środka baru, tylko całą rozmowę odbył na parkingu przed lokalem. Była to jednak kolejna rzecz, o której Brygadziści nie musieli wiedzieć, bo nie tylko nie przyniosłaby ona im żadnych korzyści, ale dodatkowo jeszcze osłabiła pozycję Huntera w tej rozmowie. Będąc najmłodszym i najbardziej niedoświadczonym wampirem w tej grupie, który nie był już Dziecięciem pod Opieką, to na pewno nie chciał dawać zgromadzonej Arystokracji kolejnych powodów do pogardzania go. -Jeśli chodzi o jakieś konkretne osoby, które mogłyby okazać się skore do rozmowy i przydatne, to jedna wampirzyca przychodzi mi na myśl. Nie licząc oczywiście samego pana Thorburna i jego najbardziej zaufanych „ludzi”, którym też zależy na tym całym sojuszu-dodał jeszcze, po czym przeszedł do konkretów. -Kobieta, o której myślę, każe się nazywać Sugar. Była ona kluczową osobą w moich poszukiwaniach Sabatnika Migliora i choć muszę przyznać, że nie wiem w pełni jak wysoką pozycję zajmuje wśród Anarchów, to jest ona na pewno dobrze poinformowana o wydarzeniach w Seattle i cieszy się niemałym poważaniem i zaufaniem pana Thorburna-z tymi słowami uśmiechnął się delikatnie, choć ten uśmiech nie był kierowany do siedzących w tym pomieszczeniu wampirów. Bardziej uśmiechał się do swoich wspomnień o niezwykłej Brujah, która zawróciła mu w głowie. Z niekłamaną chęcią ujrzałby ją ponownie, jeszcze tej nocy...ale wciąż jeszcze trzeba było zająć się tyloma sprawami. -Nie jest wolna od uprzedzeń żywionych przez ich grupę wobec naszego Klanu, ale też nie pozwala na to, by ta bezsensowna awersja stała na drodze rozwiązaniu problemu Sabatu-już miał dodać, że Sugar miała pewną słabość do pomagania biednym w potrzebie, jednak koniec końców przemilczał ten detal. Bo nie mógł mieć po jednym spotkaniu pewności, że rozszyfrował tą Spokrewnioną. Równie dobrze przecież, zamiast ulitować się nad jego historią o Dziecięciu bez swojej Sire, mogła go skierować w stronę Sabatu by doprowadzić do konfrontacji tych dwóch wielkich Sekt. W końcu, gdyby Sabat lub Camarilla straciła chociaż jednego członka podczas tamtej akcji, to dla niesprzymierzonych jeszcze z żadną ze stron Anarchów byłby to czysty zysk. Oczywiście, równie dobrze Sugar mogła wiedzieć o szykującym się przymierzu i mógł to być gest „przyjaźni”, aby współpraca obu Sekt zaczęła się od jak najlepszego startu. Hunter wątpił, żeby kiedykolwiek poznał całą prawdę o tamtej chwili na parkingu, nawet jeśli lepiej pozna Sugar.

Wzmianka ze strony jego nowego szefa, Walkera, o braciach Richmond żywo zainteresowała Huntera. Miał przyjemność poznać pewnych Richmondów, też braci, już w starym dobrym Chicago i nazwisko to też usłyszał ponownie po przybyciu do Szmaragdowego Miasta. Podejrzewał, że mogli to być ci sami Spokrewnieni, z którymi nieraz prowadził dobre interesy i z którymi chętnie znów by nawiązał współpracę. Jeśli jednak znaleźli się oni obaj w samym środku afery w Fix, o którym Joshua słyszał jedynie plotki i informacje dostępne szarym ludziom z ulicy, ale które rysowało bardzo ponury obraz...młody Ventrue był rozdarty między troską o dawnych kumplach i łudzeniem się, że Thomas mówił o zupełnie innych wampirach. Zanotował sobie w myślach, że była to kolejna rzez, którą warto będzie sprawdzić w wolnej chwili...jeśli taka zdarzy się jeszcze podczas nadchodzących nocy.

Hunter mógł pozazdrościć swojemu nowemu wspólnikowi w interesach, lub też szefowi i (być może) przyszłemu mentorowi Walkerowi. Mógł sobie pozwolić podczas tego spotkania na luksus „wycofania się” z głównej sceny i przyjąć rolę obserwatora. Przynajmniej tak to Hunter odbierał, gdy czuł na sobie spojrzenia zgromadzonych Ventrue i przyglądał się formującym się wątkom w tej dyskusji. Był młody, nowy i niesprawdzony, czyli teraz znalazł się pod szkłem mikroskopu i musiał znosić palące spojrzenia pozostałych nieumarłych. Zwłaszcza markizy, która przepytywała go i pouczała, starając się chyba określić jego granice lub popchnąć go w korzystny dla siebie kierunek. Jeśli Walker mógł łatwo stworzyć dystans dookoła siebie, zbudować emocjonalny mur za którym mógłby schować swoje motywacje, to markiza Ainsworth znajdowała się na Księżycu i obserwowała świat przez lunetę. Obserwując ją Hunter nie mógł nie myśleć o takich deskrypcjach jak: „kamienna'”, „posągowa” czy też „zimna i obca.” Była dla niego nieodgadnioną tajemnicą, co dla ceniącego sobie kontrolę Arystokraty było co najmniej niepokojącym uczuciem. Niemniej jednak, nie mógł się zdradzić z dyskomfortem przy starszych wampirach i musiał po prostu mocniej się złapać za tarczę obyczaju i właściwego zachowania. Gdy markiza go pouczyła o srokach i posyłkach, Hunter gorliwie przytaknął głową i powiedział-Będę to miał na uwadze, dziękuję. Brygadzistka Helena nie zwróciła mu uwagi na nic, na co sam by nie miał zważania, ale nawet zapewnienie o swojej ostrożności mogłoby zostać odebrane za bezczelne. Lepiej było trzymać się ostrożnej grzeczności i wykorzystać nauki, które Hunter próbował przekazać swojej uczennicy; odzywać się jak najmniej, słuchać za to z całych sił i z pełną uwagą. Gratulacje w sprawie swojej „córki” przyjął z ukłonem wdzięczności, a następnie zareagował na kolejne pouczenie, tym razem w sprawie braku głosu ze strony Chloe. -Tak też będzie Brygadzistko Ainsworth, Chloe musi się po prostu odnaleźć w nowym świecie. Powstrzymał się od opisów i superlatywów swojej protegowanej, bo z tego co zdążył poznać o Chloe, przyjęłaby ona takie pochwały skrępowaniem i może nawet strachem. Dziewczyna dość już przeszła, już była wystarczająco roztrzęsiona, bez kolejnych ciężarów-nawet tych wynikających z oczekiwania-na jej plecy.

Fakt, że Hunter znalazł się przypadkiem na obradach (młodych) Ventrue w kwestii Sabatu było dla niego zaskoczeniem. Choć oczywiście cały czas miał nadzieję, że nie był jedynym Arystokratą, który starał się aktywnie działać na terenie Seattle, to jednak otrzymanie potwierdzenia tych podejrzeń podniosło go na duchu. Dołączenie go do tych rozmów zaś sprawiło, że poczuł się wyróżniony i w pewnym stopniu doceniony, bo oto miał okazję przydać się swojemu Klanowi i miastu. Gdy jednak markiza wyjawiła swój plan co do Harbor Island, Josh nie mógł się powstrzymać od narastających wątpliwości. Wykorzystanie prasy czy skorzystanie z usług Nosferatu zawsze były solidnym planem, co do tego Hunter nie mógł mieć zastrzeżeń. Ale wykorzystanie siły gangów, żeby 'wypchnąć” jak to ujęła markiza ludzi z tej wyspy było co najmniej problematyczne. Zwłaszcza gdy brało się pod uwagę wojnę gangów, która zaraz miała wybuchnąć w Seattle. Gdy markiza przedstawiła w pełni swoją propozycję działania, Josh delikatnie zasygnalizował, że chciałby coś dodać. Gdy miał pewność, że nikt nie powstrzymuje go od zabrania głosu, Hunter wyraził swoje niepokoje.

-Brygadzistko Ainsworth, Wasz plan jest błyskotliwy i zachwycający, ale jest problem z wykorzystaniem śmiertelnych gangów-zaczął powoli, z pełnią szacunku w głosie. -Być może Sabat przewidział taką możliwość, a może sytuacja rozwinęła się w sposób organiczny, ale przez działania tych szubrawców musimy się liczyć z niepokojami niemalże w sercu miasta. Po tym, jak jeden gang został w pełni wytrzebiony, w mieście powstała nagle dziura w strukturze wpływów, którą przestępcy próbują jak najszybciej wypełnić. Na naszych ziemiach wkrótce wybuchnie wojna gangów, która poważnie zaburzy swobodę naszych nocnych działań i pobudzi ludzkich stróży prawa do większej aktywności. Krótko mówiąc, na terenach naszych, a nie Sabatu dojdzie do chaosu i zamieszania, na których Sabat uwielbia żerować. Co więcej, nie mogę wykluczyć na tę chwilę tego, że co najmniej jeden z walczących gangów nie jest pod wpływem naszych wrogów. Zerknął w stronę Walkera, chcąc mu w pierwszej chwili przekazać zasługi czy zaszczyty za plan, po czym zrewidował swoje dalsze słowa. Jego nowy wspólnik nie przyjąłby raczej tego dobrą myślą, mógłby mieć wręcz pretensje do Huntera, że ten przemawiał w jego imieniu. -Z wykorzystaniem tak zwanego marginesu społecznego zalecałbym poczekać parę nocy, aż obecnie szykującą się wojnę nie uda się spacyfikować...choć oczywiście w mieście jest więcej niż jeden gang, których można by było wykorzystać dla zaproponowanej przez Was strategii-przyznał, kłaniając się z uszanowaniem. -Niemniej jednak, zarówno Brygadzisty Walkera jak też i moi ludzie powinni najpierw ustabilizować sytuację w naszym wspaniałym mieście, zanim sytuacja wymknie się nam spod kontroli. Jest to jednak jedynie nieśmiała propozycja z mojej strony, oczywiście postąpimy tak, jak Wy zadecydujecie. Mówiąc „Wy” nie miał na myśli wyłącznie markizy, ale wszystkich zgromadzonych w pokoju Brygadzistów, którzy mieli bardziej lub mniej równą pozycję i mogli w tej sytuacji zadecydować o dalszych działaniach zgromadzonej w tym miejscu siły. Będąc zaledwie Wspólnikiem, Hunter mógł jedynie zaproponować nieśmiałe słowa porady, ale nie do niego należała decyzja tej nocy.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Kolejna Brygadzistka, kolejna osoba przewyższająca go pozycją w Klanie. Po raz kolejny poderwał się z krzesła, ciesząc się w duszy z tego, że jego nieumarłe ciało nie odczuwało już ani zmęczenia ani „protestów” stawów. Ukłonił się z należytym szacunkiem i sekundę po pozostałych Brygadzistach przywitał nowo-przybyłą serdecznym „-Brygadzistko Ainsworth.” Zerknął na moment w stronę Chloe, ale nie po to, żeby dopilnować jej zachowania. Dziewczyna była przecież bardzo bystra i choć została wciągnięta w obcą dla niej społeczność, to podstawy wymaganego od niej zachowania zdążyła już błyskawicznie sobie przyswoić. Hunter po prostu chciał złapać kontakt wzrokowy z dziewczyną, żeby kiwnięciem głowy wskazać jej stojące dalej wolne krzesło, a potem gestem pokazać jej miejsce obok siebie. Gdy niewypowiedziana na głos wiadomość została wysłana i gdy tylko wszyscy Brygadziści zajęli miejsce, dopiero wtedy Hunter pozwolił sobie znów usiąść.

Helena Ainsworth, czy też raczej, markiza Helena Ainsworth. Joshua niestety nie mógł się pochwalić większą znajomością Spokrewnionej, swoją wiedzę musiał opierać dotychczas tylko i wyłącznie na zasłyszanych wcześniej opiniach i plotkach. Tej nocy, w tej konkretnej chwili, miał wreszcie okazję skonfrontować je z prawdziwym obrazem markizy. Na tyle prawdziwym, na ile sama Brygadzistka pozwalała zgromadzonym zobaczyć, oczywiście. W końcu była Ventrue, którzy pośród wszystkich Spokrewnionych należeli do wampirów najbardziej dbających o prezentowany przez siebie wizerunek. Nie w taki sposób jak Torreadorzy, oczywiście, pusta próżność była dla Arystokratów zbędnym balastem. Siła lub słabość, przyjaźń lub wrogość, czy nawet zainteresowania i pasje...wszystkie one były elementem maski, które Ventrue tworzyli w konkretnych zawsze celach. Maski, które w każdej chwili mogli zmienić czy zmodyfikować, żeby uzyskać jak najlepsze efekty.

Z tego, co Hunter mógł na razie zaobserować, opinie o Helenie pokrywały się z prezentowanym przez nią obliczem. Chłodna, elegancka i opanowana, Brygadzistka ta roztaczała dookoła siebie aurę perfekcjonistki, która trzymała resztę świata na dystans. Dystans, który miał jej pozwolić zauważyć każdy szczegół i przeanalizować każde, najmniejsze nawet drgnięcie zgromadzonych dookoła niej osób. Krótko mówiąc, była idealnym, archetypicznym wręcz przykładem Ventrue. Osobą, z którą Hunter mógł dobrze współpracować, ale z którą na pewno nigdy się nie zaprzyjaźni. -Kolejne zalety naszego Klanu-pomyślał sobie sarkastycznie, z lekką nutą rozgoryczenia. -Nawet, jeśli dochrapię się Brygadzisty, a ona nie awansuje na Kierownika, to i tak w jej oczach nie będę nigdy równym. Zbyt wielka różnica w doświadczeniu, w pochodzeniu, a i pewnie w Pokoleniu. Dla niższych stanów pozostawia się jedynie sympatię i współczucie, nigdy prawdziwą przyjaźń-snuł ponure myśli, wspominając z ukłuciem tęsknoty swoje lata w gangu. Był wtedy nic nie znaczącym śmieciem kręcącym się pomiędzy śmieciami, ale wtedy mógł się cieszyć prawdziwymi więziami. -Znowu popadasz w sentymentalizm. Co to, z wiekiem zacząłeś się robić miękki i słaby?-zbeształ się ostro w duszy i przywołał się do porządku. Otaczali go teraz przecież Ventrue, drapieżnicy, którzy byli wyczuleni na każdy przejaw słabości. Zwłaszcza Ainsworth ze swoim palącym spojrzeniem mogłaby go przejrzeć na wylot i wykorzystać słabe punkty, jeśli nawet na moment opuści on swoją gardę. Uśmiech Huntera, który przy chmurze ponurych myśli trochę przygasł, teraz znów rozbłysł serdecznym blaskiem. Wysłuchiwał, co Brygadziści mieli do powiedzenia z pełnym zainteresowaniem, od czasu do czasu pozwalając sobie na delikatne przytaknięcie głową.

Gdy Danielle go pochwaliła i spojrzała w jego stronę, Hunter ukłonił się z wdzięcznością, a jego wyraz twarzy wyrażał mieszaninę szczęścia i zakłopotania. Gdyby tylko potrafił lepiej przyjąć pozory ciała, gdyby tylko potrafił zasymulować rumieniec, to chyba w tym momencie zaczerwieniłby się lekko na twarzy. Pozory przecież były ważne i każda zmiana w postawie mogła mieć olbrzymie strategiczne znaczenie. Rumieniec podkreśliłby młodość Josha, jego brak doświadczenia w byciu nieumarłym potworem, przez co jego starsi współrozmówcy zaczęliby go nie doceniać. Chociaż może i lepiej, że Hunter jednak nie odstawił takiej szopki. Zarówno Shaw jak i Ainsworth były wystarczająco bystre, że mogły go przejrzeć. Walker, który zdążył już zauważyć ambicję kłębiącą się pod skórą Josha na pewno miałby zbyt wielkie wątpliwości, żeby taką sztuczkę kupić. Choć czasem warto było zaryzykować bardziej ryzykowny gambit, to jednak skromność i minimalizm w posunięciach był lepszą strategią, gdy grało się z bardziej doświadczonym graczem..lub graczami, jak to było w tym przypadku.

A propos Walkera, Hunter nie mógł się nie zgodzić z jego trafną obserwacją sytuacji, jak też i zaproponowanym przez niego rozwiązaniem. Indywidualnie, każdy z osobna lub w małych grupkach, Ventrue mogli budować mosty do każdego z klanów należących do ich sekty. Mogli nawet wyciągnąć rękę do Anarchistów, którzy ich przyjaźń z pewnością by wyśmiali, ale pomocą i współpracą na pewno by nie wzgardzili. Bo Ventrue mogli sobie być uosobieniem Camarilli, despotycznym i faszystowskim-w oczach Anarchów-reżimem tłamszącym świat wampirzy. Każdy ruch rewolucjonistyczny i kontrkulturowy potrzebował przecież Wielkiego Brata, któremu mógłby się przeciwstawiać i wbrew któremu by się definiowali. Ale nawet Anarchiści wiedzieli, ile rzeczy Ventrue potrafili błyskawicznie załatwić i jakie środki mogli oni swoim „przyjaciołom” zaoferować. Takie relacje jednak najłatwiej było budować indywidualnie: indywidualni Arystokraci, indywidualni Anarchowie, indywidualni Nosferatu, Toreadorzy i inni. Jako całość, monolityczna struktura i górująca nad miastem piramida, klan Ventrue nie mógł sobie pozwolić na łapanie wszystkich srok za ogony. Byłoby to zbyt mozolne i czasochłonne, a także rozciągnęłoby ich sieć zbyt szeroko i zbyt płytko zarazem. Skoncentrowanie pełni sił na jednym, góra dwóch celów naraz pozwoli im poprawić swoją pozycję w mieście i o wiele szybciej i o wiele skuteczniej. „Największy nawet las można łatwo ściąć, gdy się idzie drzewo po drzewie”-przypomniał sobie jedno z powiedzonek dawnego przyjaciela, który żył w aroganckim przeświadczeniu, że był filozofem na miarę wielkich ojców tej dyscypliny. Tak właśnie Ventrue w Seattle mogli nie tylko odbudować dawną pozycję, ale nawet osiągnąć nowe pułapy: stając się stopniowo, klan po klanie klejem łączącym całe nieumarłe Seattle. To był jednak plan długoterminowy, jeśli w ogóle osiągalny, a na chwilę obecną nawet pojedynczy sprzymierzony klan byłby dla Arystokratów cenniejszy od złota.

Gdy markiza Ainsworth zabrała głos, Joshua pilnie wysłuchiwał każdego jej słówka, żeby poznać nie tylko sytuację panującą w mieście, ale dowiedzieć się więcej o siedzącej obok niego wampirzycy. Krótkim komentarzem w kwestii wyboru Primogena dała wyraźnie znać, że obecny podział Klanu spowodowany przez obu kandydatów był jej nie w smak. Hunter jak najbardziej podzielał ten sentyment. Ventrue mieli wystarczająco kiepską pozycję bez paraliżującego ich wewnętrznie impasu politycznego. Im dłużej obaj Kierownicy będą ze sobą walczyć, tym dłużej cały Klan Arystokratów będzie pozbawiony niezbędnego do funkcjonowania w mieście stanowiska i tym dłużej ich pozycja będzie erodowana, jak skała płynącą wodą. Kwestię wojny z Sabatem i kwestię zjednoczenia Camarilli przyjął bez mrugnięcia okiem, w końcu informacje te były najświeższymi wieściami w ich społeczeństwie. Za to jej ocena stanu panującego wśród Brujah wywołała u niego zaciekawione podniesienie się brwi, przyzwyczajenia zza życia.

Hunter oczywiście podejrzewał, że Krzykacze mają do nich pretensje za śmierć Hammonda, wiedział też jak bardzo...kolorową hałastrą potrafili oni być. Jednak opisana przez markizę sytuacja szczerze go zaskoczyła. Do tej chwili był święcie przekonany, że Brujah przeżywali podobne do Ventrue problemy wewnętrzne, być może pogłębione większą ilością kandydatów na Primogena. Teraz jednak musiał zrewidować swoje poglądy, bo zgodnie ze słowami Brygadzistki, brzmiało to tak jakby klan Brujah przestał w Seattle istnieć, rozbijając się na masę frakcji i grupek, które same o sobie decydują. Jeśli stan klanu Krzykaczy naprawdę był aż tak poważny, to pojawiało się oczywiście pytanie, kto mógłby te frakcje znów w jedną wspólnotę zjednoczyć? Gdyby pojawił się taki kandydat, który jeszcze byłby dobrym przyjacielem naszego Klanu...to moglibyśmy naszym bardziej chaotycznym braciom i siostrom pomóc odbudować dawną wspólnotę, co na pewno spodoba się też Księżnej-pomyślał sobie Hunter, dając się ponieść wyobraźni. W tej wizji było stanowczo za dużo „gdybania”, za dużo optymizmu, żeby się powiodło w prawdziwym świecie. Nie bez poświęcenia czasu i środków, które Starsi Arystokraci uznaliby pewnie za zbyt wielkie, by można było na nich zyskać. Hunter postanowił zachować ten optymizm dla siebie, robiąc tylko w myślach notatkę, że może powinien jednak spotkać się znów z Cameronem i poznać nowych znajomych wśród Brujah. Ot, nieśmiały zalążek planu na przyszłość.

Gdy Brygadzistka wreszcie skierowała swoje spojrzenie na niego, gdy zadała mu pytanie, Hunter ukłonił się grzecznie i pod nieśmiałym uśmiechem skrył swoje niezadowolenie. Poczuł się jak uczniak wywołany do odpowiedzi przy tablicy, lub jak dziecko, któremu czyniło się wyrzut. „Czemu zrobiłeś tak mało? Czemu bardziej nie wspierasz Klanu?”-takie to niewypowiedziane na głos pytania wydawały się skrywać w tonie markizy. Mogło to być oczywiście tylko i wyłącznie nadinterpretacją ze strony Huntera, ale nie mógł nie zauważyć, że Brygadzistka Ainsworth oceniała go w tej chwili wzrokiem. Po krótkiej jak mrugnięcie okiem chwili zastanowienia, Hunter ukłonił się w stronę Harpii i zaczął przemawiać. -Tak jak Brygadzistka Shaw już wspomniała, pomogłem Toreadorom-między innymi Primogen Page-przy paru ważnych zagadnieniach. Zagadnieniach, które zakończyły się śledzeniem siepaczy Sabatu. Pomogłem Szeryfowi jego Ogarom działać bez obaw o uwagę śmiertelnych stróżów prawa, zająłem się jedną sprawą dla Primogena Mosesa, a wraz z Chloe zajmujemy się obecnie problemem kolejnego Starszego Gangrela-wymieniał, patrząc na markizę spokojnym, nie konfrontacyjnym wzrokiem. -Wyciągnąłem rękę do Anarchistów i choć przyjaciół pośród nich nie znalazłem, to jednak nasza współpraca była całkiem owocna. No i oczywiście, jak to przystało na Wspólnika, staram się pomagać przy każdym problemie, który zakłóca spokój bardziej znaczących przedstawicieli naszego Klanu-z tymi słowami ukłonił się w stronę Danielle i Thomasa, ale w żaden sposób nie zdradził, o kogo mu konkretnie chodziło. -Krótko mówiąc, Brygadzistko Ainsworth, pomagam każdemu z naszego Klanu i innych Klanów Camarilli, którzy potrzebują pomocy. Robię to nie tylko dlatego, żeby poprawić swoją pozycję w mieście, choć jest to oczywiście zawsze mile widziany bonus-przyznał bez skrępowania, bo ten konkretny pogląd był bliski każdemu Arystokracie zapewne-ale przede wszystkim dla wzmocnienia pozycji naszego Klanu. Opuścił na moment wzrok w geście frustracji, po czym dodał-Nie mogłem już tego wytrzymać. Gdy słuchałem, jak inne klany nas oceniają, jak doszukują się w nas przerażenia i słabości, której po prostu nie ma...-podniósł znowu głowę i spojrzał na Helenę z pasją w oczach. -Według nich, klan Ventrue schował się w swojej pozłacanej wieży i ukrywał się przed światem. Nie mogłem pozwolić, żeby taki despekt dotknął nas wszystkich, dlatego wyszedłem im wszystkim naprzeciw. Pokazać im, że Ventrue są pośród nich, a nie schowani po kątach. I że klan Ventrue działa, z jak zawsze perfekcyjną skutecznością, a nie pasywnie czeka na lepsze noce w Seattle. Chciałem im wszystkim zatkać ich kłamliwe, szydercze usta prostym przypomnieniem, jak bardzo skuteczni są Arystokraci. I dlaczego jesteśmy niezbędni, żeby nasza cała społeczność mogła przetrwać te i nadchodzące kolejne noce-zakończył mocnym, pełnym pasji głosem. Wątpił, żeby markiza przyjęła jego młodzieńczą żarliwość i jego robienie za chłopca na posyłki z zadowoleniem. Pewnie właśnie stracił punkty w jej oczach. Mimo wszystko, dobrze było wreszcie wyrazić swoje uczucia na głos, w towarzystwie swoich „Krewniaków.” Hunter nie miał sobie nic do zarzucenia.

Gdy przyszła kolej na pytanie skierowane do Chloe, czas dla Josha wydawał się zatrzymać. Oto stanął przed wyborem: czy odważy się okłamać Brygadzistkę w obecności Harpii Shaw, która znała całą prawdę? Czy też wyjaśni, w najogólniejszych nawet szczegółach, kim dla niego była Chloe? Mógł przecież powiedzieć, że była-na przykład-Dzieckiem Ventrue spoza Seattle, której Rodzic został zabity przez Sabat. Wtedy jednak pojawiało się oczywiście pytanie: kim był jej Rodzic? Dlaczego Zarząd nie wiedział nic o tym wampirze bądź wampirzycy? Czemu Chloe trafiła właśnie do Huntera i z czyjej decyzji? Hunter i tak musiałby kłamać dla młodej nieumarłej, pytanie brzmiało, czy był on na to gotów?

Podjąwszy decyzję Hunter uśmiechnął się i pokręcił głową. -Proszę wybaczyć nieporozumienie, Brygadzistko Ainsworth. Musiałem przy kimś posłużyć się podopieczną lub protegowaną, jako synonimem dla Dziecięcia. Chloe jest mojej krwi i należy do naszego Klanu. Otrzymałem niedawno od Księcia przyzwolenie na wprowadzenie jej do naszej społeczności i nie zdążyłem ją zaprezentować wszystkim naszym Klanbraciom i Klansiostrom. Jak każdy samotnie wychowujący ojciec, nie doceniłem, ile Dziecko tak naprawdę wymaga trudu i poświęcenia-zażartował, po czym dodał z pełną powagę-Pomimo sytuacji panującej w mieście i ciążącej na mnie odpowiedzialności wobec Klanu nie zamierzam oczywiście zaniedbać edukacji przyszłej Arystokratki. Za parę miesięcy Chloe stanie jako moja córka naprzeciwko Zarządowi i w pełni wywiąże się z obowiązków, jakie spoczywają na Przedstawiającej się Zarządowi Spokrewnionej-zapewnił, spoglądając z uśmiechem w stronę Chloe, a w jego oczach było krótkie przesłanie „Nie zaprzeczaj.” Nie odważył się nawet na moment zerknąć w stronę Danielle Shaw i miał tylko nadzieję, że Harpia wpierw z nim porozmawia, zanim zacznie podważać jego wersję wydarzeń.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Hunter kątem oka zauważył, jak Chloe spoglądała w jego stronę z niekłamaną konsternacją, pod którą przebłyskiwały iskierki przerażenia. Oto została ona wrzucona w sam środek polityki i narastającego konfliktu w mieście, czyli w tematy, które były wciąż dla niej obce i nieznane. Josh mógł sobie tylko wyobrażać, jakie myśli musiały teraz szaleć po głowie jego uczennicy, jakie czarne wizje przyszłości już sobie rysowała. W planach miał Chloe powoli do tego wprowadzać, w tempie dostosowanym do potrzeb świeżo przemienionej wampirzycy, tak by mogła z tych zbieranych fragmentów wiedzy zbudować jasny obraz sytuacji w nieumarłym Seattle. Plan ten zakładał rozmowę z Harpią w sześć oczu, nie więcej, i skupieniu się na problemie zameldowania najmłodszej Ventrue. Niestety, tym właśnie różnił się świat od szachów i gier, że nie można nigdy w pełni przewidzieć ruchów innych graczy. Można było tylko nauczyć się dobrej improwizacji. Na tą chwilę zaś Hunter mógł jedynie uśmiechnąć się pokrzepiająco do swojej podopiecznej i drobnym gestem pokazać jej, że wszystko później wytłumaczy.

-Przy tak ważnej dla pozycji naszego Klanu decyzji, bycie neutralnym jest równoznaczne z byciem niezaangażowanym. Tylko głupiec nie angażowałby się w takie sprawy, a głupiec w szeregach Ventrue nie przetrwałby nawet jednej nocy-zabrał głos po Walkerze, dorzucając swoje dwa grosze do przedstawionego tematu. Nie mógł przecież wziąć przykładu z Chloe i zachować milczenia, bo brak odpowiedzi samo w sobie jest odpowiedzią, zwłaszcza w rozmowach Arystokratów. Mogłoby to chociażby zasugerować, że Hunter miał inne zdanie co tego, kim miałby być ten „mądry” wybór. Takie odsłanianie kart bardzo szybko mogłoby się skończyć wrogością ze strony Harpii, która nowo przybyłemu do miasta neonacie zniszczyłaby reputację w trzy sekundy. Hunter był co prawda brunetem, ale na pewno nie ciemnym, jak to zawsze żartował jego mentor.

Josh mógł się jedynie domyślać, którego kandydata Danielle popierała...lub którego popierał Thomas. Wybór nie był zbyt wielki, bo zaledwie dwóch Spokrewnionych stanęło w szranki. Kierownicy Sinclair i Stevenson. Młodszy i ambitniejszy rywalizujący ze starszym, bardziej poważanym przez Zarząd. Wydawałoby się, że w tak ceniących sobie wiek i doświadczenie Ventrue nie był to wcale trudny wybór. Niestety jednak, nie mogło oczywiście być aż tak łatwo. Obaj panowie byli przecież Kierownikami i w pełni zasłużyli na tą pozycję. Obaj mieli-delikatnie mówiąc-niemałe wpływy w Seattle. Niestety, obaj też cieszyli się niezbyt sympatyczną opinią wśród pozostałych Klanów, więc jako reprezentanci czy dyplomaci z miejsca startowaliby na gorszej pozycji. Nie, żeby któryś z nich tym się przejął. Sinclair przekładał interesy nad ustalenia, a Stevenson miał być równie ugodowy, jak stalowa kolumna. Gdyby chodziło o wybór szefa Huntera, to Josh z miejsca wybrałby Sinclaira, bez chwili zawahania. Miał już przecież okazję dla niego pracować i był z ich ostatnich interesów całkiem zadowolony. Tutaj jednak chodziło o Primogena, który będzie reprezentował cały ich Klan i zajmował miejsce w Radzie. W takiej sytuacji wybór pomiędzy Kierownikami było w oczach Huntera wyborem mniejszego zła...a także wyborem pomiędzy własnymi interesami, a dobrem Klanu.

Przemyślenia Ventrue przerwał stukot szpilek na korytarzu i krótkie pukanie do drzwi. Czyżby znowu służąca tu ghoulica do nich przyszła? W jakiej niby sprawie? Czy też może Brygadziści spodziewali się jeszcze większego towarzystwa tej nocy? Słysząc skierowane do Chloe polecenie Brygadzistki Hunter spojrzał na swoją wychowankę i nieznacznie skinął głową.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Przy spotkaniu Ventrue hierarchia i właściwa kindersztuba musi zawsze być zachowana. Zdarzały się od tego wyjątki oczywiście: szczerzy przyjaciele, krewni wywodzący się od jednego „przodka” czy też partnerzy prowadzący wspólną działalność. W takich relacjach poziom dekorum był ograniczony do minimum, które jeszcze pozwalało wyrazić właściwy szacunek d pozostałych Arystokratów. Takie związki jednak pojawiały się spontanicznie, organicznie wręcz i potrzebowały odpowiednio długiego czasu do wykrystalizowania się. W tej sali komputerowej, wśród zgromadzonej czwórki, atmosfera była przyjazna lecz napięta. Hunter mógł jedynie zgadywać, jak długo Harpia z Brygadzistą się znali, ale on sam był wciąż niesprawdzoną twarzą w Klanie. Nie zdążył jeszcze zgromadzić wystarczająco dużo dobrej woli ze strony reszty Ventrue, aby wybaczono mu jakiekolwiek odstępstwa od godnego Arystokraty postępowania. Chloe byłaby oczywiście w dużo gorszej od niego pozycji, biorąc pod uwagę jej brak wprawy w tych grach i przedstawieniach, ale jako Dziecię wciąż pod Protekcją Josha mogła liczyć na odrobinę pobłażliwości ze strony Starszych.

Danielle usiadła pierwsza, a po niej Thomas. Hunter odczekał chwilę, po czym sam usiadł na zajętym wcześniej miejscu, dając Chloe dyskretny sygnał, żeby też usiadła. Wysłuchał z pełną powagą słów Harpii, od czasu do czasu potakując powoli, aby pokazać jak bardzo zaangażował się w jej słowa. Ugryzł się w język, żeby nie wyskoczyć z „ależ nie ma czego wybaczać”, gdy Shaw wyjaśniała swoje ograniczenia czasowe. Danielle posługiwała się przecież w tej chwili formułką grzecznościową, jak przystało na Brygadzistkę, nie zamierzała zaniżać swojego statusu przepraszając Wspólnika za byle błahostkę...lub w ogóle przepraszając. Nowiny, które Harpia ze sobą przyniosła, potwierdziły usłyszane przez niego wieści. Nie licząc oczywiście fragmentu o sukience, bo to było dla niego całkowitą nowinką, która zdecydowanie nie pasowała do panującego w Seattle stanu. Ot, drobny element prozaiki „życia”, kontrastujący z monumentalną proklamacją wojny. Słysząc to Hunter uśmiechnął się delikatnie, szczerze rozbawiony, ale nie chcąc obrażać towarzystwa suszeniem wyszczerzonych zębów. Uśmiech ten znów ustąpił powadze, gdy głos zabrał Walker.

Gdy Brygadzista spojrzał na niego, gdy przestrzegał zgromadzonych przed wpływem wojny na interesy, Hunter odpowiedział mu stalowym spojrzeniem i zdecydowanym przytaknięciem głową. Choć nigdy nie brał udziału w walkach o takiej skali, w Chicago zdążył już niewiele przeżyć, w tym i szeroko zakrojone Krwawe Łowy. Gdy nieumarli ścierali się ze sobą, żyjący instynktownie uciekali przed cieniami na ulicy, jakby wyczuwali krążących nocą drapieżników. Zaangażowani w wojnę gangów przestępcy byli wystarczająco paranoiczni, bez kolejnych tajemniczych starciach w tle. Zaś Thomas i Joshua mieli już dość problemów na głowie, bez szukania zdrajców i wypatrywaniu wrogów każdej nocy. Nadchodzące noce, tygodnie i miesiące, a może nawet i lata będą wymagały mistrzowskiej żonglerki z ich strony. Co do pytania starszego Klanbrata o zmiany w wyścigu o stołek Primogena, Hunter wyprostowałby się bardziej w fotelu, gdyby już jego kręgosłup nie był w pełni napiętą struną. -Wystarczająco długo cierpieliśmy bez reprezentacji w Radzie, więc wszelkie zmiany w obecnym impasie będą wspaniałą wiadomością-powiedział, gdy pytanie Walkera zdążyło już przebiec się w spokoju po całym pomieszczeniu. Choć część jego chciała, żeby ten konflikt o stołek trwał jak najdłużej, żeby mógł coś jeszcze na tym zyskać to jednak znacznie bardziej zależało mu na jak najszybszym obraniu Primogena i odbudowywaniu utraconej pozycji ich Klanu. Co wcale nie będzie łatwiejsze nawet po zwycięstwie którego z kandydatów, bo obaj cieszyli się reputacją osób, którzy będą stosowali twardą dyplomację wobec reszty Spokrewnionych. Nie było to może najlepsze posunięcie w oczach Huntera, ale o ile nie pojawi się kolejna kandydatura, to nie miał prawa narzekać i musiał wybrać mniejsze-według niego-zło. Nie śmiał jednak dalej komentować, nie mogąc się już doczekać odpowiedzi, jaką Shaw udzieli na zadane pytanie. Zerknął też w stronę Chloe, by zobaczyć, jak sobie jego podopieczna radziła.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Hunter delikatnie przytakiwał głową, gdy stojący naprzeciwko niego Brygadzista zmierzał do zakończenia rozmów. Młody Ventrue powinien być szczęśliwy, bo oto miał okazję jednak współpracować z Walkerem i wspólnymi siłami wyciąć sobie większy kawałek półświatka dla wspólnego zysku. Jednak duma młodego nieumarłego została zraniona. Choć nie śmiałby tego okazać, choć sam był bardziej lub mniej gotów na przyjęcie pośledniejszej funkcji w tym partnerstwie, to i tak wyszedł z tego spotkania nieco zadziwiony. Obok Dominacji Ventrue byli też mistrzami Prezencji, czyli nie tylko potrafili naciskać na rozmówcę przy negocjacjach, ale też charyzmatycznie „uwodzić” drugą osobę do zaakceptowania swoich warunków. Sam fakt, że podczas całej ich rozmowy Walker nie obdarzył Huntera nawet jednym sztucznym uśmiechem nie dawała mu spokoju. Walker z miejsca pokazał mu, gdzie według niego było jego miejsce, bez złagodzenia oceny nawet jednym nieszczerym słówkiem. [K]-Wygląda na to, że będę musiał nawet na udawaną sympatię zapracować, ale bez dostarczania zbyt dobrych wyników. Jeśli okażę się zbyt komplementy, to z niesprawdzonego narzędzia od razu przeskoczę do potencjalnego upierdliwego ciernia-pomyślał sobie niewesoło, starając się przewidzieć przyszłość jego współpracy z Thomasem.

Walker przemawiał, Chloe dalej klikała myszką, a Hunter starał się uważnie słuchać...dopóki jego słuch nie wyłapał dźwięku zbliżających się obcasów. W pierwszej chwili było to odległe postukiwanie, rozbrzmiewające na granicy słyszalności, na tyle cicho by podejrzewać się o przesłyszenie. Każde kolejne stuknięcie obcasa było jednak coraz bardziej wyraźne, przez co łatwo można było się domyślić, że słyszana kobieta coraz bardziej zbliżała się do sali komputerowej. Hunter już się spodziewał, że jak drzwi do zajmowanego przez nich pokoju się otworzą, to ujrzy służącą, która zaprowadziła go wraz z Chloe do tej pracowni. W końcu prosił ją o powiadomienie, gdy tylko Harpia Shaw zajrzy do Elizjum. Gdy jednak drzwi się otworzyły i do sali wkroczyła sama Danielle, Joshua na moment zamarł z zaskoczenia. Oto cała jego wizja, że zostanie przez zghoulowaną służącą zaproszony do prywatnej sali na spotkanie z Brygadzistką poszła z dymem. Szybko jednak przywrócił się do porządku i poderwał z fotela, a następnie ukłonił się wampirzycy. Odpowiednio głęboko, by wyrazić swój szacunek, jednak bez popadania w przesadę. W końcu był zubożałym Arystokratą, szaraczkiem kłaniającym się bardziej znaczącej szlachciance, a nie chłopem na polu. Przesadne uniżenie nie tylko ośmieszyłoby Huntera, ale nawet wydawałoby się nieszczere i kpiące samej Harpii. Stąd właśnie reszta klanów Spokrewnionych przewracała oczami nad uwielbieniem Ventrue do etykiety. Wśród tego Klanu różnica jednego stopni przy ukłonie mogła diametralnie zmienić całe przesłanie.

-Brygadzistko Shaw-powitał wampirzyce przy ukłonie, a następnie podszedł do Chloe i ją delikatnie poklepał po ramieniu. Zatopiona w swojej pracy młoda wampirzyca mogła łatwo przegapić pojawienie się nowej „starszej” na sali. -To zaszczyt móc się z panią dzisiejszej nocy spotkać-dodał, wtrącając się w przerwę pomiędzy wypowiedziami Walkera, ale trudno było ocenić reakcję Brygadzistki. Jej uśmiech rozlewał się po całej sali, ale wzrok wydawał się być skierowany w stronę Walkera, jako najwyższego stopniem wampira na sali. -Będzie tak, jak pan sobie tego życzy, Brygadzisto Walker-skwitował słowa starszego klanbrata, choć dla wszystkich zgromadzonych na sali-być może z wyłączeniem Chloe-jasnym i oczywistym było to, że prośba Thomasa była tak naprawdę poleceniem. Niemniej jednak obecna sytuacja wymagała komentarza, bo przemilczenie tego apelu mogłoby być odebrane jako lekceważące. Po tych kilku słowach Hunter zamilkł i poczekał na reakcję starszej wampirzycy. W końcu, w towarzystwie dwójki Brygadzistów, rolą Wspólnika było słuchać nie gadać, przynajmniej dopóki "starsi" nie domagali się odpowiedzi.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Gdy tylko Walker skończył mówić o podziale terenu, Hunter jedynie kiwnął głową, bardziej w geście ucznia przyjmującego ochrzan ze strony nauczyciela niż na znak zgody. Nadludzki spokój Walkera wreszcie się zachwiał, w prawie niezauważalny sposób, ale dla dla obserwującego go Ventrue nie do przegapienia. Josh nieznacznie przygarbił się, ramiona trochę się podniosły, jakby nieumarły chciał się ze wstydu w sobie schować. Za to wzrok Huntera złagodniał, nie był już oceniający, ale nawet radosny, zadając kłam pokornej postawie. Oto pojawiła się kolejna wskazówka, kolejna kropla farby na płótnie, dzięki której mógł stworzyć lepszy obraz swojego rozmówcy. -Czy ty kiedykolwiek sam byłeś częścią jakiegoś gangu i bycie Ventrue zdążyło już po prostu wejść ci do krwi? Czy po prostu biedny pryncypał nie miał w tym mieście biznesu, do którego mógłby wejść bez wchodzenia Starszym na pięty i musiał się zadowolić prowadzeniem mętów?-spytał się w duszy, gdy Walker łaskawie pozwolił mu kontynuować. Niezależnie od tego, jaka była prawda, Walker nie był liderem gang,u tylko Brygadzistą. W ten sposób pewnie myślał o sobie, to jedno słowo zabarwiało wszystkie jego myśli i było centralnym punktem jego „życia.” Hunter mógł to zrozumieć, nawet uszanować i docenić, ale mimo wszystko poczuł się rozczarowany. Już miał nadzieję, że pośród Ventrue w Seattle znalazł kogoś, który miałby podobne do niego korzenie i mógłby mu być dobrym kumplem. Niestety, dostał po prostu kolejnego, wyciętego z tej samej masy tą samą foremką Ventrue. -Od tej gry nie ma ani chwili odpoczynku, przed tym właśnie ostrzegałeś Chloe-pouczył się w myślach, po czym zakończył swoją propozycję ataku i wysłuchał pomysłów Brygadzisty.

-No to mamy dwa natychmiastowe cele-skwitował wreszcie, opierając brodę na złączonych dłoniach. -Co do Trzynastki, na pewno już ich Brygadzisto szukacie, sam też ludzi popytam o jakieś konkrety.Mógłbym wtedy też puścić plotkę lub dwie, żeby ludzie z naszymi chłopakami niezrzeszeni puścili ją dalej w miasto-mówił z lekkim akcentem, jakby biedny chłopak z ulicy próbował naśladować Arystokratę.-Coś o ataku Króli na Łzy, lub vice versa, żeby ukryć prawdę o sojuszu. No i oczywiście coś o ataku Moba na Nortenos, ale to już pójdzie w świat po dokonanym ataku-ściągnął brodę z rąk, po czym oparł je niedbale o stół. -Auto się znajdzie, moi ludzie już mają oko na West Side, to szybko znajdzie się odpowiedni cel...ktoś wystarczająco znany w Mobie-dodał po minimalnej przerwie, gdy w głowie pojawiły mu się odpowiednie nazwiska. -Jak je już załatwimy to podrzucimy je na miejsce, możemy je ustalić już teraz lub przez telefon. Już miał zaproponować wymianę telefonów najbardziej zaufanych ludzi obu nieumarłych, żeby przepływ informacji w obu gangach nie ograniczał się jedynie do „wąskiego gardła” rozmowy dwóch wampirów. Natychmiast rozmyślił się jednak i ugryzł w język, z dwóch powodów. Po pierwsze, to był przecież banalny pomysł, na który Brygadzista też wpadł. Skoro Walker nic o tym nie mówił, to pewnie sam to uznał za zły pomysł i warto było brać z niego przykład. Po drugie, ważniejsze jednak, starszy Ventrue będzie pewnie tolerował Huntera, dopóki ten będzie mu potrzebny. Mając prostą linię do Jose i jego poruczników mógłby Josha po prostu wygryźć i odciąć od tego gangu, wtedy nie musiałby niczym się dzielić. - Gdybyśmy byli kurna partnerami, to moglibyśmy wszystkim się podzielić-pomyślał sobie w duszy, powstrzymując się przed westchnięciem. -Skoro jednak mam być zaledwie pomocnikiem, no to będziemy musieli ze wszystkiego się rozliczać. -No to mamy już plan działania, teraz tylko trzeba go wprowadzić w życie-podsumował wreszcie całą dyskusję, po czym zerknął szybko w stronę Chloe, która jeszcze wyraźnie pracowała. - Jak tylko Chloe zakończy swoje poszukiwania i odbędę jeszcze jedną rozmowę z Brygadzistką Shaw, na którą mam tu w Elizjum czekać to zbieram już ludzi i ich porozsyłam-zapewnił starszego wampira, wspominając o Harpii, żeby ten zrozumiał jego powód zwłoki. W końcu jako niższy stopniem, powinien już biec natychmiast wszystko ogarnąć, oczywiście po otrzymaniu od Brygadzisty pozwolenia na opuszczenie jego towarzystwa. Jeśli jednak Hunter czekał na nieumarłą równą Walkerowi stopniem, to starszy klanbrat pewnie to zrozumie. O tym, że musiał jeszcze Chloe bezpiecznie zakwaterować w Penthousie, o tym już Walker nie musiał wiedzieć. -Czy jest coś jeszcze, o czym chcielibyście porozmawiać, panie Walker?-spytał grzecznym tonem,starając się oddać w głosie szacunek, którego Brygadzista ewidentnie od niego oczekiwał.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Walker był dla Huntera niemałą zagwozdką. Choć Thomasowi wiele lat jeszcze brakowało do statusu Starszego, to już prawie w pełni osiągnął posągową postawę, z którą słynęli przywódcy Spokrewnionych. Młodsi nieumarli wciąż odruchowo naśladowali pewne reakcje i refleksyjne zachowania, które towarzyszyły im za życia. Z biegiem lat nawet wspomnienia tych odruchów zanikały i Starsi potrafili zamierać w takim bezruchu, że nawet prawdziwe trupy wydawały się być bardziej ekspresyjne. Jak widać było tą lekcję Walker przyswoił sobie grubo przed czasem, chyba że udało mu się ukryć przed całym Seattle, jaki był jego prawdziwy wiek. To całkowite podporządkowanie swojej mowy ciała rzucało cień na szczerość reakcji Brygadzisty, bo każdy drgnięcie powieki czy najlżejsza nawet zmiana wyrazu twarzy była pewnie w pełni zaplanowana. Wciąż, Walker postanowił całą swoją osobą wyrazić nieśmiałe poparcie dla sojuszu z Hunterem i młodszy Ventrue nie mógł się powstrzymać przed szczerym uśmiechem triumfu na twarzy. W końcu, jeden z najważniejszych punktów jego planu co do Seattle właśnie został zrealizowany, choć trzeba było jeszcze doszlifować szczegóły.

Wysłuchał do końca warunki współpracy, które zaproponował mu starszy Ventrue, co jakiś czas potakując delikatnie. Gdy Walker wyłożył wszystkie karty na stół, Hunter odczekał chwilę, zanim wreszcie zabrał głos. -Gdyby chodziło tylko o nas, szefie, to podział sześć do czterech byłby zajebiście dobry. Sam kurna zadowoliłbym się nawet trzecią częścią do waszych trzech, w końcu to ja jestem gościem z zewnątrz wpierdalającym się nieproszenie na scenę-zaczął powoli tłumaczyć, a przy każdym słowie jego rynsztokowy akcent wzrastał o kolejny procent. -Ale moje chłopaki chcą być dla Króli partnerami w interesach, a nie przydupasami, czyli wszystko poniżej pięćdziesięciu procent potraktują jako kurewski despekt. Podrapał się po brodzie z zamysłem, gestem który pasował bardziej do parobka niż szlachcica, zanim wreszcie dodał- no ale obaj dobrze wiemy, że ulica ulicy nierówna. Jeśli moi Łezki dostaną mniej terenu, ale zarobki z nich będą mieli równe waszym Królom, to przełkną to bez napierdalania Dyscyplinami z mojej strony. Ale konkretny podział może poczekać szefie, w końcu jeszcze kurna nie mamy tych ziem, więc nie ma co rozpisywać granic na mapie. Choć dobrze było mieć konkretną umowę przed rozpoczęciem działań, to jednak Hunter wolał mieć wrogów swojego gangu spacyfikowanych, zanim przejdą do kwestii podziału ziem. W końcu, jak to mówiła (żyjąca) matka Huntera, „nie ma sensu dzielić skórę na niedźwiedziu.”

-Przyznam, że o Trzynastce ni chu chu nie słyszałem, przynajmniej jeśli chodzi o ten atak-wyraźnie sposępniał na twarzy, bo nowa niewiadoma pojawiła się w jego planach. -Albo jest tak jak mówicie i są oni razem z Mobem w kieszeni Nortenos, albo ktoś rozpuszczał ploty, żeby Moba wrobić w atak na twoich ludzi szefie-z tymi słowami zmrużył oczy i zaczął wpatrywać się w ścianę, jakby chciał ją przepalić wzrokiem na wylot i ujrzeć wreszcie całą prawdę. -Może sami Północni rozpuścili takie wieści? Nie byłby to pierwszy podchód z ich strony. W końcu, z tego co słyszałem, wiele ludzi z marginesu wierzy, że to oni zmasakrowali Woodpeckerz. To dobre dla Maskarady, bo przynajmniej nikt nie zadaje niewygodnych pytań w tej sprawie, ale też nikt się teraz nie odważy im podskoczyć, żeby też nie zniknąć z powierzchni miasta-zastanawiał się na głos, dzieląc się teoriami ze swoim wspólnikiem. - No i pojawia się kolejne pytanie: czy Nortenos wzięli na siebie zasługi, bo otrzymali odpowiedni przykaz od jakiegoś nieumarłego? To jest opcja, której nie można w tym momencie wykluczyć-myślał w tym momencie głównie o udziale Sabatu, choć nawet obecność Spokrewnionego z ich Sekty by skomplikowała tylko całą tą sytuację.

-Wracając do warunków umowy szefie, dopóki Lagrimas nie poczują się pokrzywdzeni podziałem, to będzie nie tylko pokój, ale nawet przyjaźń pomiędzy naszymi dwoma domami-rzucił żartobliwie, ale szczerze. -Tak jak mówisz szefie, będziemy działać razem i przy każdej kwestii dotyczącej Roosevelt będziemy się dzielić informacjami-zgodził się na przedstawione przez Walkera warunki. -I z tymi słowami powiedziałbym teraz, że powinniśmy opić sukces naszego nowego układu, ale skoro już Was tej nocy zaatakowano, to musimy omówić nasze kolejne posunięcia. Uśmiech do tej pory nieustannie goszczący na jego twarzy zniknął, zastąpiony śmiertelną powagą. -Aby móc skutecznie rozprawić się z naszymi wrogami, będziemy potrzebować konkretnych informacji o ich siłach i posunięciach, żeby wiedzieć gdzie ich powinniśmy uderzyć. Plotki krążące w marginesie społecznym są dobrym początkiem, ale przydadzą nam się też szpiedzy lub zdrajcy po drugiej stronie. Ekspertyza klanu Nosferatu też będzie w tej kwestii nieodzowna-gdy tak snuł propozycje i plany, uliczny „akcent” zaczął znikać z jego głosu i znów nabrał tonów odpowiednich dla Arystokraty. -Zalecałbym też jednak poprowadzić atak dzisiejszej nocy, póki nasi wrogowie nie wychodzą z kolejną ofensywą. Jeśli to właśnie Trzynastka, a nie Mob są odpowiedzialni za dzisiejszą agresję, to powinniśmy im się zrewanżować, zwłaszcza że zdążyli już stracić parę ludzi. Dwa oddziały, jeden Króli i jeden Łez atakujący Pechowców w dwóch miejscach naraz zadadzą im poważny cios-złączone dłonie Huntera utworzyły piramidkę, a broda młodszego wampira oparła się na wyprostowanych kciukach. -Moglibyśmy też, zamiast uderzać razem, podzielić nasze siły. Oddział jednego gangu uderzyłby w Trzynastkę, a drugi w Moba. Wtedy będziemy mogli osłabić więcej niż jednego nieprzyjaciela i nie potwierdzać jeszcze żadnych domysłów co do współpracy obu naszych grup. No i oczywiście, jeśli dzisiejszy rajd miał wprowadzić zamieszanie przy wyborze celu naszego kontrataku, opcja „zaatakujmy obu” jest ironicznie genialna w swojej prostocie. Ręce Huntera znów się rozłączyły i wyłowił z kieszeni monetę, którą zaczął się bawić. -To już zależy tylko od tego, jaki pokaz sił chcemy urządzić tej nocy. Indywidualny czy też wspólny. Osobiście sugerowałbym szybki, wspólny rajd, a następnie urządzenie drobnej kampanii dezinformacyjnej w środowisku przestępczym. Będziemy mogli wtedy zmaksymalizować straty wroga i dopóki większość miasta nie będzie miała pewności co do naszego sojuszu, nie będziemy popychać naszych wrogów do wspólnej mobilizacji sił. Co w efekcie powinno kupić nam jeszcze parę nocy wojny podjazdowej, zanim zacznie się prawdziwy cyrk-zakończył swój wywód i zamilkł, czekając na opinię swojego starszego Klanbrata.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Hunter z miejsca zamilkł, gdy Walker mu przerwał, skrywając oznaki irytacji ukłonem głowy. Brygadzista Walker jako Ventrue posiadający wyższy status w Klanie w pełni decydował o tym, jak ta rozmowa miała przebiegać i Josh miał to ciągle na uwadze. Mimo wszystko jednak młodszy wampir przyszedł z poważną propozycją do niego i gdy tak mu przerywał, czuł się lekceważony i bagatelizowany. Cierpliwości-pouczył w myślach sam siebie, przywołując znów uśmiech na twarzy- musisz się dostosować do rytmu starszego, jeśli chcesz cokolwiek od niego uzyskać. To była lekcja, z którą miał najwięcej chyba problemu w Chicago, choć tam na szczęście głównie spędzał czas ze swoją Stworzycielką. -To nie jest śmiertelny, ani młodziak taki jak ty. Jeśli chcesz mieć jego zaufanie i współpracę, musisz mu udowodnić, że znasz swoje miejsce i będziesz grał drugie skrzypce w tym sojuszu-pokiwał głową, zgadzając się i ze słowami Walkera i z własnymi przemyśleniami. Dumne określenia „koteria” przewinęło się gdzieś w jego myślach, ale jak sam Josh już to wcześniej zauważył i jego rozmówca potwierdził, za wcześnie jeszcze na tak długoterminowe plany.

-Rozumiem twoje obawy szefie, jestem nowy i niesprawdzony, to ten okres próbny pomoże rozwiać wszelkie wątpliwości między nami-mając werbalne przyzwolenie Walkera, Hunter zrezygnował tytułów i grzeczności, jakie powinny przenikać rozmowę młodszego Ventrue z lepszym od siebie wampirem. Z tą większą swobodą wkradł się w jego głos lekki „akcent” ulicznika, który zawsze ukrywał pod zakupioną przez jego Stworzycielkę edukację. - Lágrimas w swojej obecnej formie mogą działać dzięki mojej Sire, która wykorzystywała ich jako haczyk wbity w Seattle. Gdy przyjechałem tutaj parę tygodni temu szef Latynosów już na mnie czekał i zdążyliśmy się całkiem nieźle dogadać. Na tyle, że poznałem już wszystkich jego poruczników i większość rodzinki. Uśmiech na jego twarzy nie znikał, mówił cały czas z nonszalancją w głosie, ale w jego oczach widać było coś twardego i zimnego. -W sumie, Cruz jest na tyle dobrym dla mnie przyjacielem, że właśnie z jego i jego chłopaków powodu wmieszałem się w tą całą wojnę. Są dla mnie nie tylko użytecznym narzędziem czy źródłem zarobków, ale istnieje między nami lojalność, która mocno zakotwicza mnie w Człowieczeństwie-wiele teraz zdradzał Thomasowi, odsłaniał potencjalny słaby punkt, który można było wykorzystać przeciwko niemu. Postanowił jednak od razu zagrać ryzykownym gambitem; albo Thomas doceni jego lojalność do „swoich” albo postanowi ją wykorzystać. To przynajmniej skróci niecierpliwemu Hunterowi cały taniec dookoła tematu, czy z Walkerem mają być partnerami czy wrogami. No i oczywiście, gdy się eksponuje słabość potencjalnemu wrogowi, przynajmniej wiesz, gdzie on spróbuje cię zaatakować.

-Czyli krótko mówiąc, jeśli chodzi o „Łzy”, to jestem częścią wewnętrznego kręgu. Do tego stopnia, że ich szef zgodził się z miejsca na zaproponowany przeze mnie sojusz z The Kingz, zgodził się na rajd na Moba i jeszcze zgodził się czekać na mój telefon, zanim podejmie pierwszy atak w tej wojnie. Nie mogę mówić za każdego żołnierza i przydupasa w gangu, za nich ręczą porucznicy. Mogę jednak zagwarantować, że jeśli któryś z fagasów spróbuje ruszyć przeciwko mnie lub szefostwu, to reszta gangu ich po prostuje rozsmaruje po całej ulicy. I oni o tym doskonale, kurwa, wiedzą-zakończył myśl ponurym uśmiechem, który wyraźnie wyrażał jego opinię na temat potencjalnych zdrajców. -Zastanawiałem się nieraz nad zghoulowaniem Cruza, bo to by zapewniało całkowitą kontrolę nad gangiem, no nie?-przyznał niefrasobliwie, choć jego oczy pozostały badawcze-ale póki tak dobrze nam się współpracuje, to po co odchylać Maskaradę dla kolejnej osoby? Póki można działać w cieniach, jako ta cała szara eminencja i dobry przyjaciel, to po co wpierdalać się na szczyt?-pytał tonem ucznia, który starał się poznać opinię swojego nauczyciela. Jego wzrok jednak cały czas pozostawał badawczy, szukający najdrobniejszego nawet drgnięcia, który zdradziłby mu intencje Walkera. Czy starszy Ventrue weźmie go jednak na „uczniaka” i będą działać razem czy też widząc słabość będzie działał przeciwko niemu? -Krótko mówiąc szefie, za mój gang ręczę i jedną i drugą ręką. Jak zawiodą, to sam w pierwszej kolejności idę do piachu -skwitował swoje słowa kolejnym, pełnym powagi potaknięciem głową. -Czy jest coś o co chciałbyś jeszcze spytać?

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Hunter mógł jedynie pokiwać głową ze zrozumieniem, słuchając przestrogi starszego Ventrue. Choć rada, jaką otrzymał była na pewno mądra, to jednak wypowiadana przez jednego z jego klanbraci nabierała nowego znaczenia. Starsi nienawidzili tego, gdy młodsi byli zbyt ambitni, bo to zawsze zagrażało ich interesom. W jakim stopniu przez Thomasa przemawiała teraz troska i doświadczenie, a w jakim zwykła interesowność. Zważywszy na to, że Brygadzista Walker był nie tylko Ventrue, ale jeszcze prowadził gang przestępczy, to Josh mógł z miejsca skreślić sentymentalizm z listy cech swojego rozmówcy.

Pychę najwyraźniej też mógł skreślić, biorąc pod uwagę jego reakcję na skomplementowanie, choć równie dobrze mogła to być po prostu udawana skromność. Jedynym, co mógł być pewnym patrząc na Walkera było to, że w pełni panował nad najdrobniejszym nawet gestem czy mrugnięciem. Hunter mógł podczas tej rozmowy bawić się w zgadywanie prawdziwych odczuć swojego rozmówcy, ale byłaby to po prostu niepraktyczna zabawa, na którą tej nocy nie było już po prostu czasu.

Ukłonił się z uśmiechem, przyjmując i pochwały i gratulacje Walkera, który wyciągnął właściwe-dla Huntera-wnioski. Nie zamierzał starszego wyprowadzać z błędu, na pewno nie na tym etapie ich znajomości, bo im mniej osób znało prawdę o pochodzeniu Chloe tym łatwiej będzie dziewczynie odnaleźć się w tym świecie. Gdyby zaś wyjawił, że Chloe tylko mentoruje to pojawiłoby się od razu pytanie, czyim w takim razie Dziecięciem była. To musiało pozostać w tajemnicy. Na szczęście, będąc jednym ze Spokrewnionych, Hunter wiedział jak należy dochowywać sekretu. Tak jak z istnieniem nieumarłych dla ludzi, Josh musiał otoczyć prawdę o Chloe mniejszą wersją Maskarady. Zerknął jeszcze raz w stronę swojej uczennicy, pogrążonej teraz w świecie cyberprzestrzeni, po czym skupił się na temacie zaaranżowanego przez siebie spotkania.

-Tego właśnie się obawiałem-skomentował słowa Walkera, a konkretnie komentarz o wojnie-choć oczywiście cieszę się, że atak ten się nie powiódł. Pierwszy cios wymierzony w tej wojnie nie powiódł się i, jak podejrzewam, napastnicy musieli za niego drogo zapłacić-oczy Huntera na moment nabrały rozbłysku obnażonej stali, zanim został on przegnany mrugnięciem. -Z tego, co mówiły mi moje źródła, atak na Kingz planowało...bydło z West Side Street Mob-na moment zawahał się, podmieniając cisnący się bluzg na bardziej cenzuralne słowo. Zarówno on jak i Walker babrali się w najgorszych odmętach ludzkiego świata, ale dopóki Brygadzista nie da mu sygnału przyzwolenia, nie mógł sobie pozwolić na swobodniejszą rozmowę. -To było dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo ze wszystkich frakcji zainteresowanych terenami dawnych Woodpeckerz, to Norteños są uważani za największą siłę-zaczął się dzielić posiadanymi informacjami, otrzymanymi jeszcze tej nocy. -Mob jest pełna idiotów, więc jestem w stanie uwierzyć, że postanowili pierwsi zaatakować w chwili, gdy mają trójkę wrogów przeciwko sobie. Z drugiej jednak strony, Norteños z kolei mają nie tylko bezwzględnych, ale też i sprytnych ludzi w swoich szeregach. Nie mogę wykluczyć wariantu, że oba te gangi połączyły siły i West Side służą Latynosom za dodatkowy oddział siepaczy-podzielił się swoimi obawami, po czym nachylił się nieznacznie w stronę Spokrewnionego. -Zaszlachtowanie Woodpeckerz wyrwało w istniejącym podziale miasta dziurę, którą ludzie z półświatka próbują właśnie zapełnić. Wasi Kingz, moi Lágrimas, Mob i Norteños-wyliczył szybko palcami-to jedyni aktywni gracze w tej wojnie, jedyni gotowi przelewać krew za te ziemie. Reszta półświatka jeśli nawet coś planuje, to na razie pilnują swoich granic i czekają na zakończenie tej wojny. Jeśli mają zaatakować, to zwycięzce tego całego konfliktu, i to tylko wtedy gdy będzie się wykrwawiał. Przynajmniej taki obraz rysuje się z zebranych przeze mnie informacji- z tymi słowami oparł się wygodniej o oparcie krzesła.

-Gdy po raz pierwszy usłyszałem, czym się zajmujecie Brygadzisto, przyznam Wam że się mimowolnie skrzywiłem-zmienił nagle temat. -Zajmowałem się oczywiście innymi nielegalnymi interesami i innym terenem niż Wy, więc żadnego konfliktu oczywiście nie było, ale mógł on się zawsze pojawić z czasem. Gdyby zaś doszło do jakiejś kłótni między nami-choć oczywiście nie śmiałbym dopuścić do takiej sytuacji-to musiałbym albo sam zmienić interesy albo Zarząd by taką zmianę zarządził-uśmiechnął się, drobnym i krzywym uśmiechem. -Teraz jednak pojawiła się wyjątkowa okazja. Ta wojna gangów dotyczy też naszych ludzi, więc zanim śmiertelni podejmą jakieś pochopne działania, chciałem się zobaczyć z Wami z przygotowaną propozycją. Znów się nachylił w stronę Thomasa, błyskając zębami w uśmiechu-połączmy siły, i to nie tylko na tą wojnę. Wy jesteście starsi, macie wyższą pozycję w Klanie i o wiele lepiej ode mnie znacie to miasto. Ja jestem nieopierzonym pisklakiem, które dopiero buduje swoją pozycję w Seattle, a który wiele by skorzystał na współpracy ze starszym Spokrewnionym. No i oczywiście, nie będę ukrywał, zależy mi też na wzmocnieniu pozycji całej Arystokracji w mieście. Po ostatnich naszych stratach, musimy działać razem, żeby odzyskać utraconą pozycję i szacunek w mieście. Półświatek w rękach Ventrue byłby dobrym tego początkiem-rozłożył szeroko ręce, jakby już chciał coś zagarnąć.

Co do tej wojny-znów wyprostował się w krześle-Lágrimas i Kingz przetoczą się po pozostałej dwójce, niezależnie od tego czy działają oni razem czy nie. Teren Woodpeckerz podzielimy między nimi po połowie, żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony. W dalszej naszej współpracy, jeśli oczywiście będziecie nią zainteresowani, zaczęlibyśmy stopniowo przejmować resztę elementu przestępczego, dzieląc się nim sześć na cztery dla Was-nie był na tyle głupi, ani bezczelny, żeby proponować podział pół na pół. -Oczywiście, to już jest kwestia przyszłości, ale wracając do teraźniejszości: Czy chcecie wraz ze mną i moimi ludźmi wygrać tą wojnę?-zapytał, wreszcie przechodząc do konkretów. Patrzył przy tym Walkerowi głęboko w oczy i próbował nie okazać napięcia w swoim głosie. Ze wszystkich jego planów na tę noc, tych oryginalnych przynajmniej, ta część była dla niego najważniejsza. Zależnie od odpowiedzi Walkera, przyszłość młodego Ventrue w mieście miała się diametralnie zmienić.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Hunter wstał z fotela jednym płynnym ruchem, po czym podszedł do drzwi od sali i je otworzył. Za nimi mogła stać jedna z tylko dwóch osób: albo Thomas Walker, z którym miał umówione spotkanie albo ghoulica, która miała go powiadomić o przybyciu Danielle Shaw. Widząc Walkera, Hunter uśmiechnął się i przywitał go krótkim -Brygadzisto Walker. Uścisk dłoni jaki wymienił z mężczyzną był przyjazny, ale zadziwiająco mocny. Kolejny element niezwykłej pewności siebie, jaką roztaczał wokół siebie jego starszy klanbrat. Dla ludzi biznesu, zarówno legalnego jak i zabronionego przez prawo, uścisk dłoni mówił więcej, niż najlepsza wizytówka czy referencje. Nie można zatem było się dziwić, że był to kolejny element wizerunku, który Walker dopracował do perfekcji.

-Wie pan, jak to jest z interesami, Brygadzisto Walker-odpowiedział z uśmiechem na kurtuazję starszego wampira-nie mogę narzekać, bo przecież narzekanie nic nie zmienia. Ale zawsze mogłoby być lepiej, bo apetyt przecież rośnie w miarę jedzenia, czyż nie?-rzucił lekkim tonem frazes, którym zakrył cisnące się na usta słowa o sednie ich spotkania. Choć po takim wyczekiwaniu wolałby od razu przejść do konkretów, to jednak rozmowa pomiędzy dwoma Arystokratami musiała się kierować odpowiednimi zasady. Walenie prosto z mostu było posunięciem godnym nuworysza, czy też nie daj Boże, skończonego parweniusza!

Walker nie tracił czasu i przejął inicjatywę w tym spotkaniu. Zanim Hunter zdołał coś powiedzieć, starszy Ventrue już ruszył przywitać się z jego podopieczną, która jednak nie zawiodła go. Wymieniła pozdrowienia jak przystało na przedstawicielkę Najszlachetniejszego Klanu, nie spuszczając wzroku i-choć na ten krótki moment-godnie i dumnie się witając. -Ależ w niczym pan Brygadzista nie przeszkadza, wasza obecność nadaje tylko i wyłącznie dostojnej godności tej sali-odpowiedział z uśmiechem, choć pytanie Walkera ewidentnie nie wymagało odpowiedzi.-Pozwólcie, że przedstawię. Oto Chloe Snow, moja wychowanka i promyk światła, rozświetlające te zimowe noce-powiedział z czułością w głosie, choć jego oczy badawczo przyglądały się drugiemu Spokrewnionemu. Ponieważ jego wychowanka spadła mu niemalże z nieba, to Hunter wolał reagować przesadnie ostrożnie, niż ignorować zachowania innych nieumarłych. -Chloe, masz przed sobą Brygadzistę Thomasa Walkera, wschodzącą gwiazdę w hierarchii naszego znakomitego klanu-przedstawił bardziej znamienitego Ventrue, bez cienia przesady. Jeśli wierzyć pogłoskom to Walker ciężką pracą wywalczył sobie stabilną pozycję wśród Arystokratów Seattle i ostatnimi czasy głównie dbał o to, żeby nie utracić wywalczonej pozycji. Hunter podejrzewał, zresztą nie jako jedyny, że Walker mógł trzymać jeszcze niejednego asa w rękawie i tylko czekał na odpowiedni moment, na tą ostatnią kartę potrzebną do zwycięskiej ręki. Być może dzisiejsza noc przyniesie wreszcie właściwe rozdanie?

-Wraz z Chloe zobowiązaliśmy się pomóc jednemu z bardziej znamienitych przedstawicieli klanu Gangrel w pewnej przykrej sprawie, stąd nasza obecność w tej sali-zaczął opowiadać, choć na razie przemilczał imię i nazwisko Hardinga, bo zbyt długi język nie przynosił żadnych zaszczytów na salonach. -Za waszym pozwoleniem-ukłonił się delikatnie starszemu Ventrue, po czym spojrzał na swoją podopieczną-Nie krępuj się moja droga, wracaj śmiało do komputera. Gdy tak dobrze ci idzie, to nie ma sensu, żebyś przerywała-powiedział z uśmiechem, a jego otwarta dłoń wskazywała sprzęt przy którym młoda wampirzyca pracowała.

Wciąż z uśmiechem na twarzy, Hunter odwrócił się ponownie w stronę Thomasa i spojrzał mu głęboko w oczy. -Żadne słowa nie są w stanie oddać mojej wdzięczności za to spotkanie, Brygadzisto Walker. Ukłonił się ponownie, tym razem odrobinę głębiej, z jeszcze większym szacunkiem. -Nadchodzące noce mogą przynieść wielki zmiany dla naszych interesów. Zmiany, o których powinniśmy porozmawiać- z tymi słowami podszedł do Chloe i pokazał jej leżące nieopodal komputera słuchawki. -Będziemy teraz rozmawiać o moich interesach-zaczął tłumaczyć szeptem młodej Spokrewnionej-i to na pewno nie jest temat, który chciałabyś wysłuchać. Stąd też moja prośba: załóż słuchawki i nie słuchaj tego-doradził dziewczynie po czym odwrócił się do Brygadzisty. -Proszę wybaczyć te szeptanie, musieliśmy z Chloe wyjaśnić kilka spraw natury technicznej-zaczął się tłumaczyć i ponownie się ukłonił.

Następnie dał swojej protegowanej chwilę, by się zastosowała do jego słów...lub nie. Następnie wskazał Walkerowi wolne miejsce do siadania, a sam wziął sobie krzesło do zajęci, na którym usiadł dopiero gdy starszy wampir zajął swoje miejsce. -Skoro już udało nam się spotkać-za co, po raz kolejny, dziękuję-musimy porozmawiać o szykującej się wojnie, która zagraża ludziom. Zaczął tą dyskusję dumnie, po czym oparł się wygodnie o oparcie swojego krzesła, by swoją postawą nie „napierać” na Thomasa. -Słyszałem już niestety plotki, które poważnie mnie zasmuciły-wyjawił z poważnym wyrazem wymalowanym na twarzy-czy prawdą jest, że ktoś planował atak na Kingz?

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Hunter pokiwał głową, widząc determinację, z którą Chloe wpatrywała się w ekran. Z miejsca, w którym siedział nie mógł co prawda dojrzeć ekranu komputera, ale widać było, że młoda wampirzyca wyraźnie się wciągnęła w swoje poszukiwania. Zresztą, gdyby nawet widział ekran, to wiele by mu to nie powiedziało. Ot, zauważyłby, że zamiast w wyszukiwarce dziewczyna przeglądała właśnie jakiś folder, którego nawet by nie umiał odnaleźć. Dlatego też nie ingerował w pracę swojej podopiecznej i po prostu czekał na rezultaty i na dalsze pytania, które mogła do niego kierować.

-Gdybyś miała wysokie Pokolenie, moja droga, to twój Sire niestety nie byłby jedynym problemem-odpowiedział na zadane wcześniej pytanie z lekkim napięciem w głosie. Zawsze czuł pewną...irytację, gdy temat rozmowy schodził na kwestię Pokolenia. Uderzało to wprost w samo sedno jego ambitnego, łasego na bogactwa i przywileje serca. To, że jako młody neonata znajdował się na dnie wampirzego społeczeństwa, to akurat nie było dla niego problemem. Podstawową zasadą każdej organizacji jest to, że nowi i niedoświadczeni członkowie muszą się naharować, żeby móc awansować. Tak to działa wśród ludzi, dlaczego więc nie miałoby działać wśród Spokrewnionych, którzy walczą o zachowanie swojego Człowieczeństwa? Nie przejmował się też tym drobnym faktem, że starsi nieumarli nie odchodzili na emeryturę czy nie umierali ze starości. Nawet starszych Spokrewnionych można było wymanewrować z ich pozycji w mieście i nawet Klanie, w końcu nawet oni nie byli nietykalni w wielkiej grze intryg. Ale Pokolenie...ono nie zmieniało się z czasem, było na trwałe przypisane do wampira od chwili Przemiany aż do Ostatecznej Śmierci, na stałe ograniczając wyżyny mocy do jakich wampir może sięgnąć. Jedynymi rozwiązaniami, jakie pozostawały dla wampirów wysokiego Pokolenia była akceptacja ich stanu...lub uciekanie się do naprawdę nieludzkich praktyk. - Z wysokim Pokoleniem byłabyś o wiele bardziej atrakcyjnym pionkiem do politycznych rozgrywek Starszych, zwłaszcza gdy sparujemy to z twoim brakiem doświadczenia w byciu Spokrewnioną. Mogłabyś też mieć całe stadko wrogów spiskujących przeciwko tobie tylko dlatego, że zagrażałabyś ich pozycję w mieście-pokręcił głową, jakby był zniesmaczony przepychankami swoich pobratymców, choć sam potrafił mieć równie niecne plany. -Niezależnie od tego, jakie byś miała naprawdę Pokolenie, najlepiej będzie, gdy pozostali będą cię brać za moje Dziecię. Dopóki będą cię uważać za mało znaczącą płotkę, dopóty będą cię nie doceniać i nie śledzić każdego twojego ruchu. W niepozorności i udawanej słabości tkwi niemała siła-sparafrazował słowa, które otrzymał od swojego mentora. Stary Malcolm był ghoulem z długim stażem, więc doskonale wiedział o czym mówił, gdy starał się Huntera nauczyć subtelności. Działając w cieniu rzucanym przez ich Panią, Malcolm zawsze był we właściwy miejscu i we właściwym czasie, żeby podkopać interesy jej rywali w taki sposób, żeby nikt tego nie mógł z nią powiązać. Takiego poziomu subtelności Hunter na pewno nigdy nie osiągnie, a zwłaszcza nie teraz, gdy tak zażarcie walczył o pozycję wśród Spokrewnionych Seattle. Chloe jednak mogła na lekcjach mentora jej mentora wiele zyskać.

Hunter jeszcze chwilę powspominał w duszy stare dobre czasy w Chicago, zanim wyjął telefon. Widząc brak wiadomości zwrotnej pokręcił tylko głową i schował komórkę z powrotem na jej miejsce. Choć cały czas walczył sam ze sobą, żeby tego nie okazywać, to jednak powoli zniecierpliwienie zaczynało go doganiać.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

-No to przynajmniej na ten moment mamy jeden problem na głowie mniej-skomentował słowa Chloe o Źle. Zmysły młodej wampirzycy tak wyczulonej na „zepsucie”-czymkolwiek by ono nie było, bo w tej kwestii Hunter mógł mieć jedynie podejrzenia i domysły-miały ograniczony zasięg. Ot, wystarczająco daleki, żeby dziewczyna mogła jakoś zareagować, przygotować się na spotkanie ze „Złym”...o ile tylko zdoła przezwyciężyć swój strach i lęk, oczywiście. Patrząc na dzisiejszą reakcję Chloe, nie było to na pewno uczucie, z którym chciałaby się oswoić. -Ciekawe, czy te uczucie byłoby silniejsze od Niewidoczności?-pomyślał przelotnie, po czym uśmiechnął się pod nosem. Przecież do tego między innymi służyła Nadwrażliwość, która dodatkowo działała nie tylko na „Złych.” To pytanie, które zjawiło się w głowie Huntera było więc tylko ciekawostką, którą można by kiedyś w nadchodzących dekadach przetestować...chociażby z tym Spokrewnionym, który tak wybił jego protegowaną z rytmu dzisiaj. -Skoro jednak mowa już o Nadwrażliwości i Niewidoczności, to akurat są na pewno dwie Dyscypliny, które bardziej by pasowały do Chloe-zastanowił się nad tym, po czym zrobił w myślach notatkę, żeby jeszcze do tego tematu wrócić. Znalezienie odpowiedniego nauczyciela, który by wprowadził ją choćby i w podstawy tych mocy byłoby kosztowne, ale nie niemożliwe.

-Szacowna Pani Danielle Shaw jest Harpią, tak jak pan Laurent, którego wskazałem ci na głównej sali-zaczął odpowiadać swojej uczennicy, przerzucając powoli monetę z ręki do ręki-a przy okazji nieumarłą kilka pokoleń ode mnie starszą i znajdującą się cały szczebel wyżej w hierarchii naszego klanu. W sumie, jedno wiążę się z drugim, bo im niższe pokolenie dawnego Arystokraty, tym większym szacunkiem i statusem się cieszy-zawiesił na moment głos, łapiąc monetę prawą ręką-choć oczywiście, są wyjątki od tej reguły. Można poprzez swoje dokonania i zasługi trafić na szczebel drabinki wyższy, niż sugerowałoby to nasze pokolenie. Ale trzeba naprawdę się postarać-kontynuował dalej dygresję, bo to był odpowiedni moment, by dać młodszej Ventrue kolejny skrawek wiedzy. -Musisz się nauczyć w przyszłości tej gry, nawet jeśli nie chcesz w nią grać-dodał, przeczuwając reakcję Chloe i jej niechęć do „politykowania”-tylko znając zasady gry będziesz wiedziała, kiedy ktoś będzie próbował ciebie w nią wkręcić. Dał młodszej nieumarłej chwilę na przetrawienie jego słów. -Wracając zaś do pani Shaw-zakończył dygresję i powrócił do pytania swojej uczennicy-to od niej dowiedziałem się po raz pierwszy o tobie i o naszym zaplanowanym przez Najjaśniejszą spotkaniu. Dzięki niej załatwimy ci już tej nocy pokój w siedzibie Klanu, bez czekania na wolny termin, o ile oczywiście umiejętnie z nią porozmawiam-wyjawił wreszcie sedno spotkania w teatrze. A przynajmniej jednego z dwóch, zaplanowanych na tę noc.

Gdy Chloe opisywała teren, Hunter mógł jedynie pokiwać głową. Ta cała okolica-Inverness Park, jeśli dobrze pamiętał- była jedną z licznych białych plam na znajdującej się w głowie wampira mapy Seattle. Nie miał wcześniej żadnego interesu w tym, aby tam zajrzeć, więc zupełnie nie interesował się tą okolicą. -Park, który miał być robiony a nie jest-podsumował w myślach słowa swojej podopiecznej i sposępniał. Na pewno można było znaleźć niejedną plotkę o tym miejscu, ale pewnie dotyczyły one głównie powodów ciągłego zamknięcia terenów i domysłów o malwersacji pieniędzy. Szansa na to, że Chloe mogłaby znaleźć coś ich interesującego w tym strumieniu pogłosek zmalała nagle w oczach Huntera.

Przed odpowiedzią na kolejne pytania młodej Snow powstrzymał go dźwięk błędu, który zawył z głośników. Drgnął aż z nagłego zaskoczenia i trzymana moneta na pewno wyleciałaby mu z ręki, gdyby nie instynktowne zaciśnięcie pięści. Kakofoniczny sygnał był na szczęście tak krótki, jak i przykry do słuchania, więc zanim Hunter zdążył w jakikolwiek sposób zareagować to głośniki błyskawicznie zamilkły grobową ciszą. Podejrzewał oczywiście, że Chloe kliknęła coś niewłaściwego, bo nawet z jego śmiesznie ograniczoną znajomością wiedział, że komputer nie powinien wydawać takich dźwięków. Postanowił jednak powstrzymać się od komentarzy, w końcu dziewczyna była dumna ze swej ekspertyzy, więc nie potrzebowała żadnych porad czy wtrętów ze strony całkowitego amatora. -Wampirza sieć w sieci?-spytał dla sprecyzowania, po czym pokręcił głową. - Na pewno nie taka, która byłaby dostępna dla wszystkich nieumarłych. Poza ryzykiem, że jakiś wystarczająco sprawny śmiertelnik by to odnalazł i naruszył Maskaradę, to byłoby to sprzeczne z jednym z podstawowych interesów w naszej społeczności. Odchylił się wygodniej w krześle i schował trzymaną monetę do kieszeni marynarki-Informacje są po to, żeby je sprzedawać. Każdy klan, każda linia krwi, każdy pojedynczy krwiopijca: wszyscy mają sekrety i chcą poznać sekrety innych. Dodajmy do tego jeszcze zdrową dawkę uzasadnionej paranoi, że jakiś ukryty pośród Rodziny wróg mógłby wykorzystać te informacje przeciwko nam i wizja swobodnej wymiany danych brzmi dla większości Spokrewnionych jak głupi żart lub szalony koszmar. Dla większości, ale nie wszystkich-dodał i zawiesił na moment głos-klan Nosferatu słynie z tego, że wiedzą wszystko o wszystkim. A jak nie wiedzą, to się od razu dowiedzą. Mają coś, co ma się nazywać Schrecknetem, dzięki któremu mogą być ze sobą w kontakcie. Ale nie wpuszczają tam nikogo, kto nie byłby z ich krwi i pilnują usilnie dostępu do niego-skończył gadać i zerknął z ciekawością na dziewczynę. Jak ona zareaguje na te wieści? Czy przyjmie jego słowa i odpuści ten temat czy też potraktuje to jako wyzwanie dla swoich zdolności?

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Z Moore Theatre, foyer, piętro,przy oknach <<<


15 II 1999

Idąc za ghoulicą, dwoje Spokrewnionych opuściło główną salę Elizjum i weszli w głąb teatru. Nie musieli iść długo, zanim prowadząca ich kobieta zatrzymała się przy zamkniętych drzwiach i wyciągnęła z kieszeni pęk kluczy. Znalezienie właściwego klucza zajęło jej co najwyżej sekundę, efekt wielu godzin pracy i zgromadzonego doświadczenia. Zamek cicho strzelał, gdy rygle wsuwały się na swoje miejsce, a klamka lekko zazgrzytała przy otwieraniu drzwi. W środku na Chloe i Huntera czekały już dwa stanowiska komputerowe z całym sprzętem, które byłyby niezbędne w nowoczesnym biurze. Z krótkim -Dziękujemy, to na razie wszystko- Hunter odprawił służącą, po czym zatrzymał ją jeszcze na chwilę. -Prawie bym zapomniał, gdyby do Foyer zajrzała pani Danielle Shaw, to proszę dać mi znać-dziewczyna skinęła głową i ruszyła do sali, a Josh zamknął za nią drzwi. Następnie usiadł na krześle postawionym przy ścianie i wyjął z kieszeni telefon. -Pierwszym, co powinniśmy sprawdzić, to ten adres podany przez pana Hardinga. Szczerze wątpię, żeby informacje o tych śmierciach trafiły do mediów, bo to byłoby zagrożeniem dla Maskarady, a pan Harding na to by nie pozwolił. Ale za to jakieś doniesienia o podejrzanych hałasach, dziwnych typkach kręcących się po okolicy czy aktach wandalizmu, to już ciężej ukryć- powiedział Chloe, pisząc szybką wiadomość do Thomasa Walkera, w której prosił go o spotkanie w pracowni komputerowej teatru. Następnie rozejrzał się po biurkach w poszukiwaniu słuchawek, które Chloe mogłaby założyć. Najlepiej by było, gdyby dziewczyna nie musiała słuchać planów swojego mentora, to by tylko obciążyło jej sumienie. - W razie czego, zawsze możemy z Walkerem poknuć na korytarzu-pomyślał sobie, bawiąc się wyciągniętą z kieszeni monetą.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, przy oknach

Jeśli nawet zauważył, że Chloe była zaniepokojona i zniesmaczona jego słowami, to Hunter nie dawał po sobie tego w żaden sposób poznać. Zastanawiał się właśnie nad pokojami gościnnymi znajdującymi się na tym piętrze. Z tego co pamiętał, w co najmniej jednym z nich znajdowały się stanowiska komputerowe, które z pewnością będą miały tak niezbędny dla jego podopiecznej dostęp do Internetu. Logiczny problem polegał na tym, że jeśli tam się schowają, to Josh nie będzie miał oka na foyer. Z Walkerem nie byłoby problemu, zawsze mógł mu przecież wysłać smsa, jak równy z równym. Ale z Shaw nie mógł sobie na taką bezpośredniość pozwolić, zwłaszcza tej nocy, gdy już wyczerpał limit cierpliwości starszej wampirzycy prosząc o to spotkanie. Kolejna wiadomość, kolejne zawracanie jej głowy skończyłoby się zapewne wpisaniem Huntera na czarną listę Harpii i na ostrej reakcji ze strony Klanu. [K] To będzie wymagało trochę żonglowania- pomyślał sobie, gdy tak zastanawiał się nad swoimi obowiązkami.

-Wszystko dzięki naszej „miłościwie” panującej-warknął w głębi duszy, bardziej już ze zmęczenia i niechęci, niż z jakiś bardziej żywiołowych uczuć. Akurat wtedy, gdy Hunter miał już idealnie rozplanowaną tą noc, wielmożna Doe raczyła obarczyć go Dziecięciem. Akurat jemu, wampirowi z może i właściwego klanu, ale za to stanowczo zbyt młodego by przyjąć na siebie odpowiedzialność za inne nieżycie. - Jakbym sam chciał kogoś przemienić, to pozwolenie na to pewnie dostałbym za minimum pięćdziesiąt lat-narzekał dalej-ale gdy szuka się frajera do ciężkich robót, to oczywiście jestem na szczycie każdej listy! Spojrzał na Chloe zagadkowym spojrzeniem. - Nie dość, że jest ona zupełnie zielona i nie dość, że ma Sabackiego Sire'a, który ją szuka. Jeszcze kurwa mać musi mieć Wiarę, która w najlepszym wypadku wywołuje szczękościsk, po którym wypluwa się zęby!-te widmowe ostrza, które poczuł przy jej modłach w swoich trzewiach wciąż odbijały się pod jego czaszką.

- Za młody, za niski status, za małe zaplecze-skwitował najważniejsze wady, które powinny były go skreślić jako kandydata na opiekuna. Czy Jane Doe wybrała go ze względu na przysługę, którą był jej winny? Czy też Chloe celowo trafiła pod skrzydła słabszego nieumarłego, żeby sprowokować Sabat do lekkomyślnego działania? Może dziewczyna miała służyć za przynętę, a opieka Huntera miała być tym słabym systemem zabezpieczeń, który podjudzał złodzieja do kradzieży? - A może po prostu jest szalona?-taka to myśl, tak często pojawiająca się przy Malkavianach wychyliła się z czeluści jego umysłu. Każda z tych opcji mogła być prawdziwa, być częścią prawdy lub być całkowicie fałszywa. Po raz kolejny tej nocy, Josh miał setki pytań co do motywacji Doe i żadnej, najdrobniejszej nawet wskazówki.

Nie było jednak sensu w tym, żeby ten temat drążyć, przynajmniej nie bez jakichś dowodów lub chociaż poszlak. Stąd też Hunter przegnał te myśli, pokiwał głową na znak zrozumienia do Chloe, po czym rozejrzał się po sali. Primogen Page wciąż była pogrążona w rozmowie, jej zresztą Hunter na pewno nie chciał kłopotać błahymi sprawami. Nie mógł nigdzie zauważyć Hooka, który pewnie zniknął na moment za kulisy, aby zająć się jakimiś sprawami organizacyjnymi. Lub chociaż zmienić muzykę, która była co prawda znakomicie dobrana, jednak ewidentnie nie pasowała części zgromadzonych Spokrewnionych. Rozglądając się parę razy po sali Hunter upatrzył wreszcie jakąś ghoulicę, która akurat też rozglądała się po zajętych stolikach. Widząc, że Ventrue łapie ją wzrokiem, dziewczyna szybko podeszła do nich i ukłoniła się. -Dobry wieczór-Hunter przywitał ją ciepłym głosem i szybko wyjaśnił sprawę. -Wraz z moją podopieczną chcielibyśmy skorzystać z pracowni komputerowej. Czy mogłaby nam pani ją otworzyć?-poprosił, choć oczywiście wiadomo było, że ghoulica nie miała takiej opcji, by mu odmówić. Wciąż, trzeba zawsze przestrzegać zasad dobrego wychowania, zwłaszcza podczas pobytu w Elizjum. Młoda służka ukłoniła się z miłym uśmiechem, a potem poprosiła dwójkę nieumarłych, aby poszli za nią. Klucze do pokoi gościnnych miała, jak to można było łatwo się domyślić, cały czas przy sobie. Hunter ruszył za kobietą, niemal odruchowo już pokazując Chloe, żeby poszła za nim.

Do Moore Theatre, pokoje gościnne >>>

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, przy oknach

Hunter nie kontynuował dalej tematu modlitwy. Po reakcji Chloe widać było, że zrozumiała w pełni ciężar i powagę otrzymanej lekcji. Jej Wiara wśród Spokrewnionych działała jak naładowany pistolet- lekkomyślne wymachiwanie nią w tłumie mogło się skończyć wielką krzywdą, a nawet czyjąś śmiercią. W nadchodzące noce młoda wampirzyca będzie musiała jakoś pogodzić swoją Wiarę i jej wymogi z brutalną codziennością (conocnością?) bycia nieumarłym drapieżnikiem. Być może uda się jej zachować tą jakże rzadką pobożność, niespotykaną nawet zbyt często wśród duchownych. Może ją utraci, gdy podszepty Bestii i naciski społeczeństwa Spokrewnionych popchną ją do zimnego pragmatyzmu praktykowanego przez resztę krwiopijców. Kto wie, może nawet odnajdzie ona własną ścieżkę przez świat, jakąś filozofię lub własny odłam wyznania, który pozwoli jej jakoś pogodzić obie te skrajności jej natury. Choć większość tej trasy będzie musiała pokonać sama, Hunter będzie mógł jej choć na początku pomóc, złagodzić jakoś ten okres oswajania się z nieżyciem.

Tylko co to za mentor, którego uczennica może go przegonić nawet wewnętrzną kontemplacją-pomyślał sobie niewesoło. Rzadko kiedy zdarzało mu się, żeby tracił nad sobą kontrolę i pozwalał Bestii wygrać. Każda z nielicznych przegranych, jakie przeżył na tym polu zapadły mu boleśnie w pamięć, jak wrośnięte w ciało ostre ciernie, które co rusz wywoływały kolejny stan zapalny. Choć modły Chloe nie dodały kolejnego takiego „ciernia” do jego kolekcji, to sam fakt, że ryzyko potencjalnego szału wzrastało w obecności jego podopiecznej ciężko leżało na jego od dawna nie bijącym sercu. Może jak będę obok niej, gdy się będzie modliła, to z czasem się zahartuję?- taki to pomysł mu nagle wpadł do głowy. Najpierw pół minuty, potem minutę lub dwie, a przez cały ten czas będę stał blisko drzwi. Z każdą kolejną sesją ten czas będę wydłużać, aż wreszcie wykształcę jakąś odporność na jej moc?-pomysł ten, bardziej pasujący do używek lub toksyn, a nie metafizycznych zdolności pewnie nie miał nawet cienia szansy, żeby się udać. Hunter jednak nie mydlił Chloe oczu, gdy jej opowiadał, że siła woli i jej umiejętnie narzucanie światu były dla niego esencją ich Klanu. Naprawdę w to wierzył i zamierzał tą wewnętrzną siłę w sobie szlifować, aż stanie się ona niezniszczalnym diamentem.

Takie to myśli buzowały na granicy świadomości Ventrue, gdy Chloe pytała go o sens ich włączenia się w problemy Hardinga. Choć Hunter nie przejmował się losem obcych mu kobiet, trzody starszego wampira, to jednak postanowił nie poruszać tej kwestii w obecności swojej uczennicy. Ona ewidentnie miała większe poszanowanie dla ludzkiego życia i pewnie źle by to odebrała, gdyby się dowiedziała jak bardzo jej mentor się tym nie przejmował. -Jestem w tym mieście nową twarzą, prawie tak świeżą jak ty, obcym wampirem w obcym mieście-zaczął tłumaczyć jej swoją sytuację, przemawiając spokojnym i pełnym nonszalancji głosem. -Choć mam nad tobą przewagę, jeśli idzie o liczbę lat od Przemiany, to na scenie politycznej Seattle dopiero buduję swoją renomę. To jest dopiero trzecia noc, podczas której aktywnie mieszam się do polityki i choć już moje nazwisko zostało wymienione w oświadczeniu Księcia, to wciąż dla wielu Spokrewnionych Szmaragdowego Miasta jestem tylko imieniem, które nie mogą przypisać do twarzy. Z każdym wykonanym zadaniem, z każdą wyświadczoną przysługą buduję swoją reputację, która w naszym społeczeństwie jest najważniejszym „dobrem”-wytłumaczył dziewczynie swoją motywację. -Nie zamierzam jednak narażać cię na żadne ryzyko-zapewnił od razu Chloe. -Ten, który dopuścił się tak bestialskiego mordu jest na pewno szaleńczym potworem, u którego te szaleństwo może przeważać jego siłę. Posępnym tonem wyjaśnił dokładniej swoje słowa-Zabijane ludzi, gdy pozwalasz by Bestia cię prowadziła, nie jest wcale trudne. Jest wręcz przerażająco łatwe i tego właśnie musimy się wystrzegać. Ktokolwiek tego się dopuścił nie musi być wcale potężny, ale na pewno jest nieludzki. Co wcale nie musi się równać z NIM-podchwycił subtelny eufemizm Chloe i wykorzystał go, żeby jej uświadomić, że Sabat nie jest jedynym podejrzanym.

-Samym śledztwem, bezpośrednim łażeniem i tropieniem zajmę się sam, albo zlecę to komuś innemu-wyjawił swoje zamiary. -Ciebie moja droga będę trzymał tak daleko od tego szamba, jak to jest tylko możliwe bez opuszczenia miasta. Może w Internecie znajdziesz gdzieś jakąś wzmiankę, która popchnie to śledztwo we właściwym kierunku? A to akurat możesz zrobić w miejscu, gdzie ON cię nie dorwie, czy to tutaj w Elizjum czy nawet w bezpiecznym schronieniu swojego przyszłego lokum-starał się uspokoić obawy młode wampirzycy. -Co prawda dobrze zgadujesz, że są problemy, którymi mam się zająć. Już się miałem nimi zająć, gdy nagle los postanowił nasze ścieżki spleść tej nocy-rzucił poetycznie, uśmiechając się przez chwilę do Chloe, zanim znów spoważniał- i to są akurat te sprawy, którymi chciałbym jeszcze zająć się tej nocy. Co do śledztwa u Hardinga, obiecałem mu pomoc w postaci informacji, ale nie efekty-przyznał. -Jeśli starczy czasu tej nocy, poszukam świadków i popytam w półświatku, czy ktoś czegoś nie wie. Jak nie, to zajmę się tym jutrzejszej nocy-już chciał dodać „albo jeszcze kolejnej” po czym ugryzł się w język. Chloe mogłaby w tym odczytać całkowite lekceważenie albo śmierci kobiet albo osoby starego Gangrela. Tak czy siak, na pewno nie zareagowałaby na to pozytywnie. -Najważniejsze, to znać podstawy sprawy, żeby wiedzieć gdzie zacząć i jak najszybciej wykluczyć możliwe ślepe zaułki. W tym na pewno pomoże nam Internet...czego konkretnie potrzebujesz, żeby zacząć nasze poszukiwania?-spytał dziewczynę, bo choć sam miał okazję poszperać w sieci, to było akurat u bardziej obeznanych znajomych, którzy mieli już wszystko ustawione i prowadzili go „za rękę” w tej pajęczynie.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, przy oknach

Hunter mógł jedynie westchnąć, słysząc odpowiedź Chloe, która potwierdziła jego obawy. Nie mógł już się dziwić, jakim cudem słowa modlitwy dziewczyny mogły odpędzić wampira z Sabatu, skoro nawet jej cicha kontemplacja działała na Bestię jak smagnięcie bata. Co gorsza, jego szczerze wierząca podopieczna w taki właśnie sposób radziła sobie ze stresem, a jeśli można się było czegokolwiek spodziewać po wampirzym nieżyciu, to na pewno były to ogromne dawki stresu. Nie mógł i nie chciał zabronić dziewczynie jej Wiary-w końcu mowa o potężnej mocy, która nieraz mogłaby uratować skórę i jej i Joshowi-ale Chloe będzie musiała się nauczyć ją odpowiednio stosować.

-Rozumiem, że w ten sposób radzisz sobie z negatywnymi emocjami. I jestem naprawdę pod wrażeniem tego, jak zachowałaś zimną krew w takiej sytuacji-pochwalił dziewczynę, po czym raz jeszcze dyskretnie rozejrzał się po sali. Marcus Harding wciąż był na swoim miejscu przy stoliku, choć widać było, że już rozglądał się w poszukiwaniu kolejnej rozmowy. Grająca muzyka ewidentnie nie pasowała do jego gustu i musiał czymś zająć swoje myśli, gdy tak czekał na rozmowę z Primogenem. Nie licząc Gangrela, reszta zgromadzonych w Foyer wampirów była pogrążona w swoich prywatnych spiskach, intrygach i interesach. Stojący na uboczu Josh i Chloe przyciągali parę spojrzeń, ale poza tym nie wzbudzali większego zainteresowania w Elizjum.

Hunter uznał, że nikt nie podsłucha ich rozmowy i przeszedł do konkretów. -Cieszę się, że wiara przynosi ci ukojenie, ale nie możesz się modlić tutaj, czy też w obecności innych Spokrewnionych. Chyba, że będziesz musiała się bronić-przestrzegł ją śmiertelnie poważnym tonem. -Wiedziałem bez słów, że się modliłaś, bo to poczułem...w najgorszy możliwy sposób. Zupełnie jakby ktoś obdrapywał mi kości od środka-starał się najlepiej jak mógł oddać w słowach te obce i przerażające wrażenie, jakie narastało w jego ciele. -Harding też to poczuł, stąd te dziwne spojrzenie, jakim cię obdarzył. Z kolei tamten brunet siedzący nieopodal nas-kiwnął głową w lewo, w stronę omawianego wampira, do którego wciąż stał obrócony tyłem-był już gotów stół rozwalić. Twoja Wiara, Prawdziwa Wiara, atakuje Bestie nieumarłych i doprowadza je do szału. Do wyłączenia świadomego rozumu i włączenia instynktów drapieżnego zwierzęcia-powiedział bardziej dla zwiększenia powagi swoich słów, niż dla przypomnienia Chloe ich poprzedniego wykładu. Spojrzał na nią zmartwionym wzrokiem i dodał-w najlepszym wypadku, jakbyś kontynuowała dalej swoje modły, wraz z Hardingiem i tamtym gościem zaczęlibyśmy uciekać i zrobili skandal w Elizjum. W najgorszym zaś, przestraszone Bestie zaczęłyby atakować, jeśli nie ciebie, to innych tutaj zgromadzonych nieumarłych. A to na pewno skoczyłoby się czyjąś Ostateczną Śmiercią-powiedział grobowym tonem głosu, nie ukrywając przed młodą Ventrue okrutnej prawdy. Choć jego pierwszą myślą było złagodzenie swoich słów, żeby nie dodawać swojej podopiecznej kolejnych zmartwień w tą szaloną noc. Jednak modlitwa ta musiała naprawdę przynieść dziewczynie spokój i komfort ducha, bo choć znów zaczynała się niepokoić, to jednak dawne przerażenie zostało przegnane w siną dal.W ocenie Josha, Chloe była na tyle silna, by znieść jeszcze niejedną prawdę tej nocy.

Pośród dwójki wampirów zapadła chwila pełnej napięcia ciszy, którą Hunter jako starszy postanowił przerwać pierwszy.- Chciałaś o czymś porozmawiać, prawda? O tym problemie Hardinga?-zgadywał, choć był pewien, że dobrze trafił. W końcu, mogło chodzić tylko o to lub o naturę Bestii, bo o niczym innym w obecności starszego nieumarłego nie rozmawiali.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, przy oknach

Hunter mógł łatwo określić moment, w którym Chloe zaprzestała modłów. Momentalnie,błyskawicznie, ta narastająca fala dyskomfortu i frustracji zniknęła bez śladu, tak jakby ktoś nagle zmienił kanał. Martwy mózg Ventrue od lat nie produkował żadnych hormonów, nie mógł wysłać żadnych endorfin, aby „uczcić” koniec cierpienia. Wciąż, nieumarły odczuł coś przypominającego ulgę i nie licząc cichego pomrukiwania Bestii gdzieś w tyle umysłu, mógł się cieszyć świetnym humorem. Sama Bestia, ignorowana i dalej nie drażniona, z pewnością ucichnie i ponownie zapadnie w letarg. -Uczysz Chloe, że Bestia jest częścią każdego wampira, elementem nieumarłej psychiki, a nie czymś obcym-pomyślał sobie żartobliwie, widząc pewną hipokryzję w swoich naukach. Sam przecież cały czas myślał o gorszej części swojej natury jakby była autentycznym zwierzęciem, które nie da się udomowić, ale można je do współpracy przymusić. -To tylko wizualizacja, która ma mi pomóc w radzeniu sobie z nią-zapewnił sam siebie, nie widząc w animizacji Bestii nic zdrożnego. -A Chloe tego nie uczyłem, żeby nie zaśmiecać jej głowy zbędnymi informacjami. Dziewczyna wciąż potrzebuje czasu, aby oswoić się ze swoim nieżyciem-zakończył ten wątek, racjonalizując sprzeczność, jaką odnalazł w sobie.

-Stare sposoby wciąż działają-zapewnił starego Gangrela, próbując poprawić mu humor-z nową technologią przyszły po prostu kolejne źródła, z których można skorzystać. Sam się na tych Internetach nie znam za bardzo i osobiście preferuję metodę podpatrzoną w komiksach z Dickiem Tracym-uśmiechnął się wesoło-chodzić od baru do baru i zadawać niewygodne pytania. Gdy ktoś wreszcie wyjdzie z zamiarem uciszenia nas za te pytania, spuszcza mu się łomot i wyciska z niego wszystko, co on wie-Hunter oczywiście żartował. Nie był przecież Brujah, którzy ze swoją Potencją i Akceleracją mogli się wesoło napierdalać z wrogiem. Jak przystało na Arystokratę, preferował rozmowę od przemocy, zwłaszcza że od dziecka miał talent do kłamania. Ale o tym oczywiście Harding nie musiał wiedzieć...mógł sobie podejrzewać, w końcu rozmawiał Ventrue. Nie mógł jednak nigdy otrzymać potwierdzenia swoich podejrzeń.

To był właściwy moment na przerwanie tej rozmowy. Mógł jeszcze ze starym Gangrelem pogadać o obecnej sytuacji w mieście, o Sabacie i zdrajcach, na których ogłoszono Krwawe Łowy. Musiał jednak najpierw wytłumaczyć swojej uczennicy, do jakiej sytuacji niemalże doprowadziła jej cicha kontemplacja. Zresztą, sama Chloe patrzyła na niego wzrokiem wyraźnie proszącym o rozmowę, więc nie warto było dalej zwlekać. -Skoro potrzebne jest dojście, to zaraz go poszukamy-zarządził, kierując te słowa niby do Chloe, a tak naprawdę miały być one sygnałem dla Marcusa. -Primogen Reeves będzie jeszcze pewnie chwilę zajęty, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy zaczęli już zarzucać sieci-posłużył się metaforą starszego Spokrewnionego. -Za pana przyzwoleniem, zaczniemy już nasze poszukiwania informacji-powiedział, choć w jego głosie kryło się pytanie, a w zasadzie prośba o pozwolenie odejścia. Harding nie był co prawda ani Ventrue ani Toreadorem i nie miał wspólnej dla obu klanów obsesji na punkcie etykiety, niegrzecznym jednak byłoby opuścić rozmowę bez przyzwolenia drugiej strony. Zwłaszcza, gdy tą drugą stroną był znacznie starszy wampir.

Gdy tylko otrzymał przyzwolenie od Marcusa na odejście, pożegnał go krótkim -Zjawię się jak tylko czegoś się dowiemy. Ukłonił się Gangrelowi i skinął Chloe, żeby poszła za nim. Gdy tylko oddalili się na odpowiednią odległość, żeby nikt ich nie podsłuchał, Hunter zatrzymał się przy ścianie i spojrzał na swoją podopieczną. -Modliłaś się, prawda?-spytał ją, choć już podejrzewał, jaką odpowiedź otrzyma.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, przy oknach

Hunter kątem oka zauważył, że Chloe znów nabierała kolorów, które powinny być całkowicie obce u nieumarłej. Gdyby miał dłuższą chwilę na przeanalizowanie sytuacji, pewnie by wpadł na to, że dziewczyna mogła tak zareagować na wieści o śmierci wspomnianych kobiet. Trzeba było być jednak całkowicie ślepym, żeby nie zauważyć, że ta młoda Ventrue była na skraju załamania. Już chciał ją jakoś delikatnie wesprzeć, uścisnąć za dłoń czy poklepać po ramieniu, dodać w dyskretny sposób otuchy. Zanim jednak zdążył zareagować, zamknęła się w sobie i wyraźnie oddzieliła się od reszty świata. Choć niegrzeczne, było to w pełni zrozumiałe zachowanie, na pewno lepsze od jakichkolwiek przejawów histerii czy paniki. Stąd też w pierwszej chwili Hunter poczuł ulgę, że jego wychowanka była na tyle dojrzała i rozsądna, żeby uniknąć jakichkolwiek gaf czy skandali. To trwało jednak zaledwie moment, zanim Bestia uniosła swoją głowę.

To było obce, całkowicie nieznane wrażenie, które niemalże wycisnęło z Huntera wściekłe warknięcie. To nie był głód, który tworzył we wnętrzu nieumarłego ssącą dziurę, która groziła mu pochłonięciem o ile ją nie zalepi świeżą krwią. To nie była zimna fala czystego lęku, spływająca po całym ciele jak lodowata woda morska, ani gorejąca jak żar płomieni czysta furia gniewu. Całe ciało Huntera spinało się i rozluźniało w przedziwnym tańcu, jakby nagle ożywione mięśnie martwego ciała próbowały utworzyć spiralę, wciągając głowę wampira w sam środek wiru. Bestia nie czuła się atakowana czy zagrożona, ale na pewno była prowokowana i teraz obstukiwała wnętrze Josha, szukając szczeliny przez którą mogłaby wyjrzeć i zlokalizować źródło swojego niepokoju. Tak musiało czuć się jajko opukiwane od środka przez pisklę przez tą krótką chwilę, gdy nie zaczynają się pojawiać pęknięcia. Hunter z każdą chwilę coraz bardziej nienawidził tego uczucia, tego szarpania po nerwach, jakby ktoś postanowił dawno nieżywe neurony potraktować tarką.

-To jest ta cała jebana modlitwa?- Hunter zabluźnił w myślach, spoglądając na Chloe. Pogrążana w cichej kontemplacji dziewczyna byłaby dla średniowiecznego malarza idealnym obrazem żarliwej, cierpiącej świątobliwości. Dla siedzącego obok i przyjmującego cały impet jej mocy Huntera była jednak znienawidzonym obrazem tępego oprawcy, która nie zdawała sobie sprawy z zadawanego cierpienia. -Proszę cię, przestań-skierował myśli w stronę Chloe, ledwo rejestrując podejrzliwe uwagi Gangrela. Natychmiast przestań-przeszedł do żądań, a następnie zakrzyknął we własnej głowie -Kurwa mać, przestań natychmiast, ty głupia...-zanim dokończył tą myśl, złapał dziewczynę za rękę i uścisnął ją, trochę mocniej niż zamierzał, ale wciąż jeszcze panując nad sobą. -Tak jak już wspominałem, Chloe dopiero od niedawna jest częścią naszej Rodziny, więc jeszcze nie odnalazła się w nowym dla niej świecie-powiedział z nonszalancją, starając się nie zaciskać zębów. Starał się nie okazywać odczuwanego bólu, żeby Harding nie otrzymał potwierdzenia swoich podejrzeń. Hunter następnie poklepał ojcowsko po ramieniu Chloe, cały czas walcząc z tym wewnętrznym głosem, który kazał mu trząść ją aż jej głowa odpadnie. -Park Ravine przy Czterdziestej Piątej-powtórzył za starszym Spokrewnionym, starając się skupić na otrzymanych informacjach. -Zadawanie pytań, choć może nie przynosi takich efektów jak ciąganie końmi, to przynajmniej nie wymaga wcześniejszego przyzwolenia-powiedział z krzywym uśmiechem na twarzy, wciąż czując Bestię wiercącą mu się pod mostkiem. -Ale zgoda Księcia lub kogoś z Rady jest oczywiście niezbędna, bo w końcu nigdy nie wiadomo, kiedy pytania przestaną działać i trzeba będzie sięgnąć po drastyczniejsze środki-przyznał, a potem odwrócił się w stronę Chloe, znów łapiąc ją za ręka, pozornie ojcowskim gestem. -Kto wie, może coś już trafiło do Internetu. Sam o prawda nie odnajduję się w tej nowej technologii, ale Chloe za to jest w stanie tak nam nawigować, że nawet Nosferatu byliby pod wrażeniem-zapewnił ciepłym głosem, choć te słowa były kierowane do samej Snow, a nie starego Hardinga. Próbując ją przywołać z modlitewnego transu, Hunter znów uścisnął ją za rękę, starając się ją przywołać do obecnej chwili i do obecnego miejsca.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, przy oknach

Hunter był zaskoczony odpowiedzią starszego Kainity, ale nie jego podejrzeniami co do sprawcy, tylko jego reakcją na pomysł z posłaniem sługi. Czy Harding miał problemy ze słuchem czy też Ventrue niejasno się wyraził? Chodziło mu tylko o umówienie spotkania z Primogenem Reevesem, który teraz był ewidentnie zajęty przyjacielską rozmową o niczym, a Harding przyszedł z autentycznie poważnym problemem. Ostatnim, czego Hunter by zalecał, było wysłanie posłańca, który w imieniu wampira miał za niego rozmawiać z jego szefem. To by było rozwiązanie zaledwie o pół stopnia lepsze, niż zadzwonienie z tą sprawą na telefon Primogena.

-Proszę wybaczyć, musiałem się źle wysłowić-zaczął tłumaczyć Hardingowi, choć znów zaczynał odczuwać narastającą irytację. -Sprawa, z którą pan przychodzi do Primogena Reevesa jest oczywiście zbyt poważna, by posiłkować się pośrednikami lub poprzez nowoczesną technologię. Chciałem jedynie zaproponować, że można by posłać jednego ze służących tutaj ghouli do Primogena z prośbą o rozmowę. Szkoda już co prawda została wyrządzona i nie można jej w żaden sposób niestety cofnąć, ale odpowiedzialnego za nią Kainitę trzeba odnaleźć jak najszybciej, zanim ponownie uderzy. W takiej sytuacji, choć niegrzecznym byłoby przerywać Primogenowi jego rozmowę, to jednak im dłużej czekamy tym bardziej zatrą się ślady...przynajmniej tak mnie uczono-ukłonił się delikatnie, starając się złagodzić swoją wypowiedź, żeby nie brzmiała ona jak pouczenie. Wykłady były niezbędne dla Chloe do przetrwania, dla rówieśników Huntera mogłyby być ważnym przypomnieniem, ale starszy wampir mógłby je odebrać za lekceważenie. Marcus Harding zaś był wystarczająco wzburzony bez dalszego obrażania, niezależnie od tego, czy byłoby one zamierzone czy przypadkowe.

-Osobiście nie skreślałbym z miejsca Sabat jako potencjalnych zbrodniarzy, oprócz prymitywnych zwierząt w swoich szeregach mają też niestety całkiem sprytnych „generałów”, którzy tym bydłem kierują. Ale nie mogę zaprzeczyć też, że jestem na ich punkcie wyczulony, aż do poziomu paranoi-przyznał się bez bicia. W Chicago miał okazję zobaczyć, jak Sabat potrafił działać, co nauczyło go zdrowego szacunku wobec wroga. Co więcej, znalazł już w Seattle parę „nitek” sporządzonej przez nich pajęczyny i choć był daleko od posiadania całego obrazu, sam zarys ich działania wzbudzał już w nim zasłużony lęk. Nic więc dziwnego, że Hunter każdą nową sytuację w mieście postrzegał najpierw przez pryzmat akcji Sabatu. -Nie będę się jednak kłócił z waszym osądem, panie Harding, wy przecież macie najlepszy wgląd w tą zbrodnię-przyznał, z szacunkiem kiwając głową. -Zgaduję, że nie było żadnych świadków, inaczej miałby pan większą pewność co do tożsamości mordercy. Czy na miejscu lub miejscach zbrodni były jakieś ślady, poszlaki lub po prostu dziwne znaleziska?-zaczął wypytywać, znów wślizgując się w ćwiczoną przez ostatnie noce rolą śledczego. Szybko jednak uświadomił sobie, że przecież starszy wampir o nic go nie poprosił i nic mu nie zlecił, dlatego z miejsca poprawił się. -Proszę wybaczyć, ostatnio miałem okazję posłużyć w naszym mieście za tropiciela i detektywa, jak widać wciąż jeszcze nie wyślizgnąłem się z tej roli-przyznał z lekką skruchą, po czym od razu dodał -Najmocniej przepraszam za moje wścibstwo, zdaję sobie z tego sprawę, że jest to w pierwszej kolejności pańska prywatna sprawa, a w drugiej zaś sprawa klanu Gangrel. Niemniej jednak w trzeciej kolejności jest to sprawa całej naszej Rodziny, w końcu cios przeciwko jednemu z nas jest ciosem w całą naszą społeczność, prawda? Dlatego też, jeśli moglibyśmy jakoś z Chloe pomóc-zerknął na moment na swoją uczennicę i pokiwał głową-wie pan, poszukać świadków, popytać w mieście lub poszukać jakichś wskazówek, to z chęcią pomożemy. Szeryf Parker, choć jest niezwykle skuteczny i nie do zastąpienia, jest wciąż zaledwie jednym Kainitą i nie może być wszędzie naraz-na samą myśl o tym, ile w tym mieście spraw wymagało uwagi Szeryfa, Josh poczuł ukłucie współczucia wobec o wiele starszego i silniejszego od siebie wampira. Chloe nie jest jeszcze gotowa na takie zadanie, a i lista rzeczy do zrobienia wciąż jest za duża...ale za to można by kogoś w tą robotę wciągnąć-pomyślał sobie, uśmiechając się w duszy.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, przy oknach

Widząc uśmiech Hardinga, Hunter mógł się minimalnie odprężyć...przynajmniej na tyle, na ile pozwalała obecna sytuacja. O ile rozmawiający z nimi Gangrel nie był dobrym aktorem, a absolutnie nic na to nie wskazywało, to na pewno nie widział w dwójce młodszych wampirów pionków do jakiejś intrygi. To akurat Joshowi zawsze się podobało w rozmowach z Gangrelami czy Brujah. Choć w większości wypadków nieumarli z tych klanów byli wystarczająco inteligentni, żeby zagrać w polityczne gry Kainitów, zdecydowana większość z nich miała ostrą alergię na takie podstępy. Oczywiście, ich tendencja do poruszania się z gracją buldożera w pajęczej sieci intryg i spisków potrafiła napsuć sporo krwi, ale przynajmniej rozmowa z nimi nie musiała być prowadzona jak gra trójwymiarowych szachów. Można było sobie pozwolić na odrobinę więcej szczerości, Choć oczywiście wciąż byli Spokrewnionymi, więc z tą odrobiną nie wolno było przesadzać.

Chloe nie najlepiej przyjęła tę część swojej nauki, wyraźnie było widać, że prawda o naturze Bestii bardzo ją dotknęła. Nikt by nie pomyślał, że ta biedna skołatana i przerażona dziewczyna może być nieumarłym drapieżnikiem. Niestety, w tym momencie, Hunter mógł jej jedynie pomóc dając jej chwilę spokoju na przetrawienie tych informacji. Dalsze słowa niewiele by w tym momencie pomogły, mogły co najwyżej zaszkodzić całej sytuacji. Przed dalszą rozmową o naturze Bestii, przed kolejnymi pytaniami, młoda Ventrue musiała najpierw pogodzić się ze swoją nową naturą. Josh mógł tylko zagadywać Hardinga dalej, żeby nie przeszkadzał jego podopiecznej.

Słysząc powód, dla którego starszy wampir przybył do Elizjum, Hunter mruknął z zaskoczenia, ale i współczucia. -Przykro mi to słyszeć-powiedział całkiem szczerze- i na tą chwilę mogę jedynie zaoferować moje wyrazy współczucia dla waszej straty, panie Harding. Biorąc pod uwagę fakt, że de facto znajdujemy się teraz w stanie wojennym, moje podejrzenia padają na znienawidzony Sabat. Choć oczywiście, przykrym elementem ludzkiej części naszej natury jest fakt, że nasi pobratymcy korzystają z takich momentów chaosu na rozwiązanie dawnych zatargów-nie mówił w tej chwili nic odkrywczego, na pewno nic, o czym Gangrel by sam nie pomyślał. Czasami jednak warto było nawet tak oczywiste rzeczy powiedzieć na głos. Była to ważna nauka dla młodych, przypomnienie dla starych, a także deklaracja sympatii lub antypatii wobec rozmówcy. W końcu, gdyby Josh z jakiegoś powodu nie przepadał za Hardingiem, to na pewno szukałby w jego stracie jakieś zrządzenie losu czy niefortunny zrządzenie losu. Tylko po to, żeby wkurzyć Kainitę sztuczną niedomyślnością. -Choć przyznam, że osobiście dopilnowałbym, żeby wieści o tej tragedii doszły do Księcia, nie można oczywiście zapomnieć o Primogenie swojego klanu-powiedział, celowo nie poruszając kwestii dziwnej niechęci Marcusa do Jane Doe. -Primogen Reeves aktualnie znajduje się w miłej, towarzyskiej rozmowie, którą oczywiście nie wolno nam przerywać. Niemniej jednak zawsze można byłoby jakiegoś służącego w teatrze ghoula złapać i wysłać go jako posłańca, żeby poprosić o rozmowę-zasugerował rozwiązanie Hardingowi, zastanawiając się, jak on zareaguje na taką propozycję. -I znów, chciałbym w tym momencie pana przeprosić za wścibstwo, ale nie byłbym sobą, gdybym nie zapytał. Czy ma pan już jakiegoś podejrzanego lub podejrzanych na myśli? Przyznam panu, że sam mocno się interesuję nadchodzącą w mieście wojną gangów i moją pierwszą myślą było to, że ktoś mógł się gangiem posłużyć w ataku na pańskich ludzi-po raz kolejny nie kłamał, gdyż taka myśl przewinęła mu się przez głowę. Nie szukał jednak żadnych rozwiązań dla Marcusa, przynajmniej nie w tej chwili, tylko próbował go zagadać i wyciągnąć z niego najmniejsze nawet skrawki informacji. Mógł przecież spróbować wkręcić się w tą aferę, ale tylko wtedy, gdy będzie miał pewniejszy obraz sytuacji i będzie mógł podjąć świadomą decyzję.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, przy oknach

Korzystając z rady wcześniej oferowanej Chloe, Hunter złapał narastającą w nim frustrację za gardło i wcisnął ją do bardzo małego pudełka, które następnie wrzucił do składziku znajdującego się na zapleczu jego mózgu. Te konkretne pytanie dziewczyny wymagało odpowiedniej delikatności i ostrożnego doboru słów, żeby zaoszczędzić zestresowanej wampirzycy dalszych nerwów. W końcu, dla osoby tak religijnej jak Chloe Bestia mogłaby się wydawać jakimś demonem lub złym duchem, który wtargnął do jej duszy i próbował zawładnąć jej ciałem. Poznani przez Huntera Kainici, którzy w takie rzeczy wierzyli, byli obłąkanymi szaleńcami walczącymi z każdym cieniem na ścianie. Josh chciał zaoszczędzić swojej protegowanej tego cierpienia i chciał jej bardzo ostrożnie wytłumaczyć ten konkretny element ich wspólnej klątwy. Jak to zwykle jednak bywało w tym nocnym świecie, wszystkie dobre chęci i plany musiały oczywiście zostać zniszczone przez kaprys znudzonego Starszego.

Jednak narzekanie i frustrowanie się nie tylko nie pomogłyby w tej sytuacji, ale wręcz jeszcze wszystko pogorszyły. Przywołując możliwie jak najbardziej miły uśmiech na twarzy, Hunter podniósł się z fotela i grzecznie, ale nie służalczo ukłonił się Hardingowi. -Ależ to żaden problem, panie Harding, cieszę się, że możemy panu pomóc w obliczu granej teraz muzyki-rzucił żartobliwie. -Joshua Hunter-przedstawił się, a następnie wskazał na swoją uczennicę-a to Chloe Snow, moja protegowana. Chloe należy do naszej wielkiej Rodziny od niedawna i jak można się spodziewać, ma wiele pytań, na które staram się udzielić jej wyczerpujących odpowiedzi. Choć na twarzy Ventrue wciąż gościł uśmiech, jego oczy były zimne i oceniające. Ten Gangrel miał zapewne sprawę do swojego Primogena, skoro tak na niego zerkał....a może żywił jakieś niezbyt przyjazne uczucia wobec Reevesa i te spojrzenia były wrogie w naturze? Zresztą, jak to często bywa wśród Spokrewnionych, jedno nie wyklucza od razu drugiego-pomyślał sobie, zastanawiając się, co się kryło w głowie starszego Marcusa. Starając się nie zdradzać rodzących się w jego myślach podejrzeń, Hunter znowu usiadł , w taki sposób żeby być skierowany twarzą do obojga nieumarłych.

-Tak jak pan Harding słusznie zauważył Chloe, od Bestii nie można się uwolnić. Jest częścią nas w równie wielkim stopniu, jak te wszystkie przeżycia i doświadczenia, które ukształtowały nas podczas ludzkiego życia. Nie jest to żaden zły duch, który nas opętał ani druga osobowość, która wykształciła się w naszym umyśle...choć oczywiście, niektórzy Spokrewnieni tak ją właśnie postrzegają, ale jest to objaw szaleństwa-gdy wypowiadał te słowa miał oczywiście przede wszystkim Malkavian na myśli, choć oczywiście nie mieli oni monopolu na choroby psychiczne wśród wampirów. -Gdybym coś przekręcił lub o czymś zapomniał, to proszę się nie krępować i mnie poprawić-na moment spojrzał w stronę Hardinga i swoją prośbę skwitował lekkim ukłonem głową, po czym znów spojrzał na Chloe. -Spokrewnienie uczyniło z nas drapieżników i Bestia jest niczym innym, jak zbitkiem niezbędnych do przetrwania instynktów, wzmocniono po tysiąckroć w porównaniu do tych żyjących w ludziach. Bestia jest tą zwierzęcą stroną ciebie, która dba jedynie o to, żebyś mogła przetrwać. Gdy pojawiają się bodźca na tyle silne, żeby wyłączyć twój zdrowy rozsądek i te instynkty biorą górę, mówimy wtedy że Bestia bierze górę i wampir wpada w szał. Gdy jesteś głodna, w szale zrobisz wszystko, aby móc się posilić-zaczął wyliczać. Gdy czujesz się zagrożona, na przykład przez zbliżający się świt lub rozprzestrzeniający się ogień w płonącym budynku, Bestia zacznie uciekać, przez ściany i litą stal jeśli będzie trzeba. Gdy czujesz niewyobrażalny gniew lub nienawiść wobec wroga-Sabat dla przykładu-, wtedy Bestia chce gryźć i szarpać, żeby roznieść tego wroga na strzępy. Oczywiście, wszystkie te instynkty pomagają przetrwać, ale przeszkadzają przy każdej czynności, która nie wymaga przemocy. Jak chociażby miłej rozmowie w dobrym towarzystwie-ukłonił się do obojga wampirów, zaczynając od starszego Marcusa. -Dlatego też tak ważnym jest, żebyśmy pilnowali siebie i tej Bestii drzemiącej nam pod piersią, żeby nie wpaść w szał w chwili, gdy to przyniesie więcej szkód niż pożytku- w ocenie Huntera, to była akurat każda sytuacja, bo w Szale wampir zupełnie nie myślał i otwierał się na ataki, które na trzeźwy umysł by z miejsca przejrzał. Nie chciał jednak dawać siedzącemu obok niego Gangrelowi, którzy mieli zupełnie odrębną filozofię w tym temacie kolejnych powodów, aby mu przerywać.

-Są oczywiście legendy krążące wśród naszej społeczności, według których rzekomo można uwolnić się od Bestii. Wspomniana już przez pana Hardinga Golconda ma być stanem, w którym wampir wyzbywa się szału i staje się w pełni oświecony. Albo też stanem, w którym stajemy się jednością z naszą Bestią, stając się idealnym drapieżnikiem. Albo stajemy się ponownie zwykłym człowiekiem. Jak to już niestety z legendami bywa, istnieje tyle wersji opowieści o Golcondzie, ile marzeń i potrzeb mają wampiry. Póki co, na tak wczesnym etapie nieżycia nie kłopotam się tymi mitami i radzę ci moja droga, żebyś też się tym w najbliższym czasie nie przejmowała. Jedyne, co na pewno działa, to ciągła samodyscyplina, unikanie zbędnych stresów i regularne posiłki-powiedział z krzywym uśmiechem na twarzy, w pełni zdając sobie z tego sprawę, że jego porady równie dobrze pasowałby przy diecie da człowieka.

-To w zasadzie wyczerpuje ten temat, przynajmniej na tę noc. Kolejne pewnie znów przyniosą zarówno pytania i odpowiedzi-zakończył temat, a potem odwrócił się po raz kolejny w stronę Gangrela-Nie możemy przecież zignorować pana Hardinga, skoro wspaniałomyślnie postanowił dołączyć do naszego towarzystwa. Jeśli mogę oczywiście o to spytać, to co pana sprowadza do Elizjum tej pięknej nocy? Jest pan może z kimś umówiony, czy też chciał pan po prostu nacieszyć się towarzystwem osób, przed którymi nie trzeba ukrywać swoich kłów?-spytał niezobowiązującym, przyjaznym tonem, od pytanie na przełamanie lodów. To, że wśród Spokrewnionych nawet zwykła gadka-szmatka potrafiła mieć ukryty cel, było wszystkim w Elizjum dobrze znane...wszystkim, poza najmłodszymi, tak jak Chloe. Kolejna lekcja, którą dziewczyna będzie musiała sobie przyswoić.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, przy oknach

Hunter ukłonił się Walkerowi, który posłał w ich stronę kurtuazyjny uśmiech, po czym skupił się ponownie na rozmowie ze swoją uczennicą. Obracający się w jego kręgach „zawodowych” Ventrue wdał się właśnie w rozmowę z młodą Michelle, rozmowę którą nieuprzejmie byłoby przerywać. Jak już Hunter nieraz udowadniał tej nocy, grzeczność i kultura osobista była wśród Arystokracji bardziej ceniona od moralności czy etyki. Zresztą, biorąc pod uwagę stan Chloe, ciąganie dziewczyny przez salę w stronę drzwi, przy których tamta dwójka zatrzymała się było zupełnie chorym pomysłem. Choć młoda wampirzyca zdołała się trochę rozluźnić i już nie była spetryfikowanym przez nerwy posągiem, to rzucane przez nią spojrzenia na salę wyraźnie świadczyły o tym, że spodziewała się niebezpieczeństwa z każdej strony sali. Przeprowadzenie ją przez salę pełną nieumarłych, czy to do wyjścia teatru czy do prywatnych pokoi byłoby wyzwaniem, na które Chloe jeszcze nie była gotowa. Musiała jeszcze bardziej się wyluzować, czy też chociaż zebrać więcej ponurego zdeterminowania, zanim Hunter byłby gotów ją z tych krzeseł zebrać. [K] Przynajmniej siedząc tutaj ma plecy kryte, to na pewno choć trochę pomaga-pomyślał sobie niewesoło, współczując swojej podopiecznej.

Mimo wszystko jednak Hunter ucieszył się, gdy usłyszał, jaką decyzję podjęła Chloe. Był z niej nawet w pewnym stopniu dumny, co było dla niego zupełnie obcym uczuciem. Chcąc czy nie chcąc, młody Ventrue potraktował całą tą sytuację jak test, chciał ocenić siłę swojej wychowanki. Gdy tylko zaproponował jej możliwość ucieczki z teatru, poczuł się tak, jakby za plecami stała jego Sire i znad jego ramienia obserwowała niedoświadczoną Arystokratkę. Oczywiście, sprowadzanie traumy tej młodej kobiety do próby charakteru było podłe i nieczułe, czyli idealnie pasowało do zimnego dążenia do perfekcji i dominacji cenionej przez ich Klan. -Doceniam twoją siłę i hart ducha-powiedział szczerze-masz rację, chowając się po kątach niczego się nie nauczysz. W końcu, nigdy nie wiemy co takiego jesteśmy w stanie dokonać, jeśli nigdy nie sprawdzimy swoich możliwości. Pokiwał głową na znak przyzwolenia-Pójdziemy zaraz poszukać sobie jakiegoś bardziej dyskretnego miejsca, chciałbym jednak dać panu Walkerowi chwilę, żeby mógł dołączyć do nas. O ile oczywiście nie wda się w dłuższą rozmowę z Michelle-powiedział, choć wątpił, żeby akurat te dwie osoby miały wiele wspólnych tematów do omówienia. Z drugiej jednak strony, Thomas był zarazem i Ventrue i przywódcą gangu w Seattle. Kto jak kto, ale on na pewno umiał wyczuć słabość w drugiej osobie. Słabość, którą można było wykorzystać, by wciągnąć tą osobę do swoich interesów. Młoda Mould nie należała do najsilniejszych charakterów, wręcz przeciwnie, a także jako młoda wampirzyca była gotowa podjąć się zadań dla przysług ze strony innych Kainitów. Hunter widział ten taniec młodych i ambitnych Kainitów ze starymi, bardziej wpływowymi nieumarłymi tyle razy, że już mógł wyobrazić sobie cały scenariusz tej rozmowy. Jeśli się nad tym zastanowić, to w zasadzie cała ich Spokrewniona społeczność funkcjonowała od zarania dziejów głównie dzięki tej jednej, krótkiej wymianie: młodszy wampir oferuje starszemu swoje usługi w zamian za protektorat. -Po co się ograniczać do samych Kainitów, tak przecież działa cały ten świat-pomyślał sobie Hunter, precyzując najważniejszy punkt swojej (nie)życiowej filozofii.

Hunter miał już podejrzenie, że rozmowa Walkera z Mould nie ograniczy się do krótkiej, grzecznościowej rozmowy o błahostkach...no chyba, że Thomas uzna, że Michelle nie ma mu wiele do zaoferowania. Wciąż jednak chciał zwlekać z opuszczeniem foyer, nie tylko z powodu jego przyszłego „partnera w zbrodni” ale też z powodu Danielle Shaw, na którą też miał czekać w Moore Theatre. -Chcę też trochę poczekać, żebyś mogła poczuć się pewniej, lub chociaż namierzyła źródło dręczącego cię uczucia-powiedział wreszcie na głos, wyrywając się z pędzącego nurtu myśli. -Co prawda nie mamy tutaj na sali gęstych tłumów, przez które musielibyśmy się przeciskać-przyznał, zerkając na zgromadzonych nieumarłych-nie chcę jednak, żebyś odsłaniała swoje plecy w chwili, gdy twoje zmysły tak na ciebie krzyczą-dodał cichszym głosem, dyskretnie spoglądając na najbliższe ich stoliki. Zastanawiając się nad tym, jak powinien odwrócić uwagę swojej protegowanej od grozy „zła” na sali, postanowił zająć jej myśli szybkim pytaniem. -Zanim się spotkaliśmy, spędziłaś trochę czasu z Szeryfem i Sierrą, prawda? Nie mówiąc już o tym, że zamieniłaś pewnie więcej niż dwa zdania z naszą miłościwe panującą Jane Doe. Nie będę pytał o szczegóły tych rozmów, zbytnio szanuję twoją prywatność na takie bezczelne wścibstwo, chciałbym jednak wiedzieć jedno. Czego dowiedziałaś się od nich o swoim...nowym stanie i o naszej Społeczności?-spytał, składając palce w piramidkę. -Czy mówili o tym, co zdążyłem już omówić w naszym dzisiejszym wykładzie czy też jednak poruszyli jakiś temat, o którym jeszcze nie wspominałem? Chciał tym tematem zająć choć na chwilę uwagę Chloe, a także dowiedzieć się, czego nie musi dziewczynie mówić, żeby nie dublować tego co już wiedziała.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, przy oknach

Hunter bez słowa przyglądał się Chloe, oceniając stan swojej podopiecznej, która teraz zamarła jak posąg. Uścisnął raz jeszcze dłoń dziewczyny, żeby dodać jej otuchy, po czym puścił jej rękę i usadowił się wygodniej w fotelu. Pierwsze, najgorsze ukłucie lęku zdążyło już u dziewczyny minąć i teraz panowała nad sobą, choć (niewiele) starszy wampir widział ile wysiłku ją to kosztowało. -A mówiłaś, że nie pasujesz do klanu Ventrue-powiedział cichym, pogodnym głosem. -Bycie Arystokratką jest nieustającym ćwiczeniem w narzucaniu swojej woli, nie tylko na otaczający nas świat, ale przede wszystkim na samą siebie. Pomimo tego, co teraz czujesz, wciąż tutaj siedzisz i panujesz nad tym uczuciem. Jest to odważne i godne podziwu, a przy okazji jest to też jedna z najważniejszych cech dla naszego Klanu. Nigdy nie zapominaj, że masz w sobie tą siłę-powiedział jak na mentora przystało...a przynajmniej tak, jak według niego taki mentor miał gadać.

-Nie wiem czy to ci pomoże, ale jak ja mam problem z jakimś uczuciem lub ciągiem myśli, to wyobrażam sobie, że pakuję je do skrzyni i odkładam na bok. Takie paczki można potem rozpakować w lepszym miejscu i o lepszym czasie-dodał jeszcze, zerkając na dziewczynę, która walczyła teraz z nieznanym dla niego przeżyciem. -Michelle jeszcze tej nocy pomogła mi w drobnym problemie, przysługa za przysługę, więc choć nie mogę powiedzieć, żebym ją dobrze znał to mam dobre wyobrażenie kim ona jest. Walker zaś- pogładził się po brodzie, zastanawiając się przez chwilę, ile może dziewczynie powiedzieć-z nim mam większe interesy do obgadania. Nie chciał Chloe zdradzać żadnych szczegółów, bo jego świątobliwa podopieczna już dość miała problemów na głowie, bez słuchania o wojnie gangów. -W sumie, moglibyśmy z Walkerem pójść na górę porozmawiać, może wtedy będzie ci lżej. Z dala od głównej sali,z dala od największego tłumu-zaproponował, po czym pokiwał głową, przypominając sobie nagle o King's Cross. -Oczywiście, jeśli chciałbyś już po prostu opuścić to miejsce, to mój lokal jest przecież niedaleko stąd. Moglibyśmy cię tam schować do czasu, aż załatwię całą tą sprawę z Penthousem-powiedział lekkim tonem, dając Chloe możliwą drogę wyjścia z całej tej sytuacji. Rzucił ją w końcu na głęboką wodę z tą wizytą w Elizjum i to nie była jej wina, że nie była przygotowana na to miejsce. Ani Hunter ani ona nie mogli przecież wiedzieć, jak jej Wiara zareaguje na takie zgromadzenie nieumarłych. Przyglądając się jej współczującym, ale i badawczym wzrokiem.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, przy oknach

Wiadomość, że Chloe posmakowała czyjejś krwi i w niej zasmakowała była dla Huntera rewelacyjną informacją. Spotkała już faceta, na którym mogła się posilić, a więc starczyło teraz znaleźć tego gościa i prześwietlić jego historię, aby znaleźć pasujący dla podniebienia młodej wampirzycy czynnik. Niestety, cała ta sprawa musiała poczekać, bo w tej chwili pojawiła się bardziej paląca kwestia. Reakcja Chloe była szczera, przeżywała autentyczną grozę, którego źródła Josh nie mógł nawet w pełni zrozumieć. Dla niego dobro i zło były po prostu pojęciami, kategoriami do oceniania pewnych rzeczy i zachowań, które zależnie od osoby są inaczej definiowane. Wiele osób zresztą uznałoby Josha za złego, nie tylko po Przemianie ale jeszcze za życia, z czym Ventrue oczywiście by się kłócił. Jednak dla osoby wierzącej, a zwłaszcza Wierzącej, to na pewno zaliczałby się do tej drugiej kategorii. Przy nim jednak jego uczennica nie reagowała w takim stopniu, nie przeżywała takiego strachu i paniki.

Josh odwrócił się szybko w krześle i spojrzał na drzwi wejściowe do Foyer, ze śmiertelnie poważną twarzą wypatrując osoby, którą Chloe tak się bała. To musi działać w podobny sposób jak Dyscyplina Nadwrażliwości-pomyślał, starając się jakoś wytłumaczyć przedziwny zmysł Chloe. Jak bardzo zdegenerowana musi być osoba, żeby aż taką rekcję wywołać-zaczął się denerwować, wypalając wzrokiem dziurę w drzwiach. Czyżby do Elizjum miał wejść jakiś Diabolista lub szpieg Sabatu? A może nawet sam Sire Chloe?

Hunter dał się ponieść wyobraźni, kto wie jakie jeszcze scenariusze by nie wymyślił, gdyby drzwi wreszcie się nie otworzyły i do środka weszła...Michelle Mould. Śmiech jest reakcją spontaniczną, pozwala organizmowi rozładować stres i rozluźnić szykujące się do walki ciało. Ponieważ jednak byli w Elizjum, gdzie należało zachować pełną kulturę, Hunter nie mógł wybuchnąć rechotem. Dlatego też schował usta za dłonią i tłamsząc śmiech, odwrócił się z powrotem do swojej uczennicy. Potrzebował chwilę, by się uspokoić, po czym położył swoją dłoń na dłoni Chloe i delikatnie ją uścisnął na pocieszenie. -Wybacz proszę, śmiałem się do swoich myśli, bo spodziewałem się najgorszego-przyznał się dziewczynie, po czym dodał-spodziewałem się każdego, tylko nie Michelle. Kątem oka zauważył, że drzwi znów się otworzyły i ktoś wszedł do sali. Tym razem nie miał czasu na snucie domysłów, a także wciąż jeszcze chciało mu się śmiać, dlatego tym razem odwrócił się z większym spokojem. Na widok Thomasa Walkera, z którym był tej nocy umówiony, uśmiechnął się ponownie, tym razem bardziej cwanym uśmiechem. -Czy to ta osoba cię tak przeraziła?-spytał, po czym zanim dziewczyna odpowiedziała przeszedł do kolejnej myśli-Nie musisz się ich obawiać. Pamiętasz, jak ci mówiłem, że nasza wielka Rodzina jednoczy i przyzwoitych ludzi i potwory? Ani jedni ani drudzy nie podniosą na ciebie ręki, nie przy mnie i na pewno nie w tym miejscu-próbował ją uspokoić. -Zresztą, Michelle jest nieśmiałą, niepewną siebie dziewczyną, która też próbuje odnaleźć się w tym naszym świecie. A Thomas...Thomas jest z naszego klanu i nie jest na pewno gorszy ode mnie-powiedział z przekonaniem w głosie. -Nie wiem, co takiego wyczułaś, ale żadne z nich nie jest potworem-zawiesił na chwilę głos, bo się zawahał-no dobra, jako wampiry to są potworami, ale nie takimi prawdziwymi, najgorszymi z gorszych. Jesteś tutaj w pełni bezpieczna-zapewnił ją mocnym, uspokajającym głosem.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, przy oknach

Z Foyer Centrum <<<

Noc 15 II 1999

Twarz Huntera, gdy Chloe zaczynała pytać o krew, była całkowicie rozluźniona i pozbawiona większego wyrazu. Kiedy jednak spytała go o jego własne podniebienie, brwi zauważalnie mu się ściągnęły i zaczął kręcić głową. -Zrozumiałe i sensowne pytanie, ale nie wypada pytać innego Ventrue o to, czym się żywi. To jest tak, jakby kogoś spytać o jego życie intymne, o takiej właśnie skali niestosowności mówimy. Po chwili zastanowienia pokiwał nagle głową, jakby zgadzał się ze swoimi myślami. -Oczywiście, jak to często bywa na salonach, pytać o to nie wypada ale za to jakoś nikt nie ma problemów z plotkowaniem na ten temat za plecami zainteresowanych. Nie każdy Kainita z naszego Klanu, ale niestety zdecydowana większość przywiązuje do tej kwestii wielką wagę. Im bardziej wyszukany smak, im mniej potencjalnych żywicieli lub większa pozycja społeczna tych ludzi, tym dany Ventrue cieszy się większym...może niekoniecznie szacunkiem, ale na pewno sympatią pośród reszty Arystokracji. Zgodnie ze starym przysłowiem „Jesteś tym, co jesz”, Ventrue ma się żywić krwią specjalnych i wybitnych osób, a posilanie się pospólstwem jest oznaką niskiego stanu wampira. Znów zawiesił głos, tym razem na dłuższą chwilę, a następnie z lekkim poddenerwowaniem przejechał palcami po włosach -Z mojej strony, brzmi to na dorabianie ideologii do czegoś, na co się nie ma wpływu. Ale ja mam dość...pospolity język i nie mam większych problemów ze znalezieniem sobie posiłku, więc oczywiście w tym systemie źle wypadam. Plotki rzeczywiście krążyły i jego podopieczna prędzej czy później dowie się, czym Hunter się żywi. Równie dobrze mogłaby poznać prawdę od niego, ale wszystko w wampirze krzyczało, żeby już pozostawił ten temat. Wciąż pamięta tę noc, gdy się dowiedział, jakim przezwiskiem obdarzyli go jego krewniacy w Chicago. Same słowa niewiele go zapiekły, nawet rozśmieszyły w pierwszej chwili, bo od dziecka był przezywany o wiele gorszymi słowami. Gdy jednak sobie uświadomił, że smaku przecież nie może sobie zmienić i że niezależnie od swoich dokonań czy zasług, właśnie to przezwisko będzie się za nim ciągnęło przez stulecia....wtedy niemalże popadł w Szał. Nie chciał powracać do tych myśli, nie chciał znów poczuć starego gniewu, dlatego też nie mógł już Chloe powiedzieć nawet słowa więcej na ten temat.

-Wracając jednak do twojego pierwszego pytania-odezwał się wreszcie, kładąc obie dłonie na stole-na pewno rozpoznasz właściwą. Dobrze myślisz, używając słowa instynkt, ale to nie oddaje w pełni całej sytuacji. Zależnie od tego, jak bardzo głodna jesteś, to przyjemność płynąca z posilenia się może być wielka lub nawet niewyobrażalnie olbrzymia. Wielu porównuje ją do orgazmu, niektórzy do silnego doznania duchowego, a ja ci śmiało mogę powiedzieć, że jest lepsza od każdego dostępnego na rynku dragu. Odwrócił głowę na bok i zaczął patrzeć niby na salę, ale tak naprawdę jego wzrok był utkwiony gdzieś w przeszłości. -Na tą jedną chwilę, gdy czuć jak szkarłat krwi ścieka po gardle, można się poczuć żywym. NAPRAWDĘ żywym, w sposób, jaki śmiertelni ludzie nie poczują. Całe ciało, każda kość czy włókno mięśnia wydaje się drgać i śpiewać, jakby każda pojedyncza komórka zaczęła żyć własnym życiem. A potem, niesieni ciągle tą falą ekstazy, zbliżamy się do otchłani, do granicy śmierci. Nawet jeśli puścisz swoją ofiarę i pozwolisz jej nadal żyć, raz wezwana śmierć musi się o kogoś upomnieć i wtedy przychodzi ona ponownie po nas. Ten śpiew naszego ciała cichnie i zanika, mięśnie stygną, a serce które znów miało uderzyć ciągle tkwi w bezruchu. Przy każdym posileniu się, w śmiesznie krótkim czasie, przeżywamy namiastkę zmartwychwstanie i ponowną śmierć. Nic dziwnego, że niektórzy z nas szukają w tym jakiegoś doznania religijnego, a inni chodzą jak ćpuny szukające swojej kolejnej działki. Możemy mieć marzenia, plany, ambicje czy nadzieje...możemy, ale nie musimy. Za to krew? Krew jest dla nas wszystkim-wciąż zapatrzony w nieznaną dal, Hunter przemawiał głosem tak rozmarzonym i smutnym, jakby patrzył na los wszystkich swoich ofiar, przeszłych i przyszłych, podczas całego swojego nieżycia. Z lekkim westchnięciem, które było wyjątkowo szczerym odruchem, a nie teatralnym gestem spojrzał znów na swoją podopieczną.

-Złą krew też łatwo poznasz, bo w smaku będzie tak ohydna, że aż...-przerwał swój wywód, spoglądając z zaskoczeniem na młodą wampirzycę. Nie czuł tego, co ona, nie wiedział kto lub co się zbliża, ale widział wyraźnie, że coś nie gra. -Wszystko w porządku, Chloe?-spytał ją cichym, ale pełnym powagi głosem.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Czy niezamierzony, ale jednak odebrany brak szacunku ze strony Huntera został wybaczony? Czy też pod ciepłym uśmiechem Primogen Page wciąż kryła się uraza i jego błąd został zapisany w pamięci Toreadorki czerwonym tuszem? Josh mógł jedynie wzruszyć ramionami i przestać się tym przejmować, a przynajmniej zachować uprzejmy uśmiech na twarzy. Część Ventrue denerwowała się i wiła w przerażeniu, widząc już oczami duszy utratę statusu i ostracyzm społeczny, jaki może na niego czekać. Inna część wampira zaś zaczynała się coraz bardziej wściekać i mieć tą całą szopkę w dupie, w końcu jeśli po takim ryzykowaniu tyłka dla Toreadorów miałby wszystko stracić bo byle błahostce, to nie byliby oni warci nawet minuty jego czasu. Na szczęście dla Huntera, te dwa „głosy” w jego głowie były zbyt ciche, żeby zburzyć jego spokój, dzięki czemu mógł spokojnie zachować twarz przed Starszymi.

-Mogę panią w pełni zapewnić, pani Primogen, że choć Chloe musi się jeszcze wiele nauczyć, to zasady właściwego postępowania w Elizjum zdążyła już w pełni opanować-zerknął z uśmiechem na swoją podopieczną i dodał-Biorąc pod uwagę moje dzisiejsze faux pas jestem bardziej niż pewien, że mógłbym sam od niej odbierać korepetycje w tej kwestii. Starał się obrócić całą sytuację w żart, żeby zatrzeć złe wrażenie z pamięci Primogenów. Czy też raczej jednej z nich, pani Page. Moses Reeves, tak jak większość przedstawicieli swojego klanu, przykładał większą uwagę do czynów niż do słów, a przy okazji nie cierpiał uniżonego pochlebstwa. Temu, że Hunter od razu nie przybiegł do niego z wywieszonym jęzorem i młodą Chloe pod pachą przyjął pewnie z brakiem większej reakcji, a może nawet i zrozumieniem. Elizabeth Page za to była Toreadorką i jej klan przykładał olbrzymią wagę do właściwego decorum, porównywalną do, czy może nawet większą od klanu Ventrue. To właśnie ją trzeba było urabiać, żeby potem nie mieć większych przykrości w mieście...takich jak zakaz wstępu do teatru.

-Największym zaszczytem dla nas byłoby pozostanie w państwa gronie, nie chciałbym jednak przerywać państwa rozmowy z tą damą-zerknął w stronę Avery, ponownie przepraszając ją ukłonem głową za wtargnięcie do jej rozmowy Primogenami. Ventrue na pewno nie jest-pomyślał sobie patrząc na wampirzycę, choć tak naprawdę kierował się w tej chwili znajomością członków swojego klanu, a nie wyglądem dziewczyny. Nosferatu też pewnie nie jest-dodał, po czym zaprzestał prób zgadywania jej pochodzenia. Jak to już próbował przekazać Chloe, taka zabawa potrafiła sprawić niemało frajdy, ale na dłuższą metę nie miała ona większego sensu.-Pozwolimy sobie z moją podopieczną oddalić się i nie zabierać państwu więcej czasu-to nie brzmiało na pytanie, ale znak zapytania czaił się na końcu zdania, ukryty w lekkiej modulacji głosu Josha. Na szczęście dostał-wyrażoną najlżejszym możliwym gestem-zgodę na opuszczenie zebranego towarzystwa. -W razie czego, gdybyśmy mogli się państwu jakoś przydać tej nocy, proszę nam śmiało dać znać-z tymi słowami ukłonił się grzecznie i dał po raz kolejny znak Chloe, żeby wzięła z niego przykład. -Primogen Page, Primogenie Reeves-powiedział przy ukłonie, żegnając się ze Starszymi. -Opiekunie Hook-Hunter już się żegnał z Opiekunem Elizjum, ale musiał koniecznie dodać coś jeszcze od siebie-Jak zwykle, mogę jedynie pogratulować nienagannego doboru muzyki na sali. Social Disease nie było nawet w czołowej pięćdziesiątce jego ulubionych piosenek, ale ten kawałek jakoś idealnie dopasował się do Elizjum.

Pożegnawszy się ze Starszymi wampirami- i oczywiście z Avery, kłaniając się jej na odchodne- Josh znalazł dla siebie i dla Chloe odpowiedni stolik dla dalszego wykładu. Na tyle dyskretny i odosobniony, żeby nikt im w rozmowie nie przeszkadzał, ale też na tyle widoczny, żeby nikt ich nie posądził o chowanie się po kątach. Przez moment zastanawiał się nad pójściem do jednego z pokoi Moore Theatre, żeby mieć pewność, że wścibska Woods znowu nie zacznie mielić ozorem. Nie chciał jednak dawać Ravnosce satysfakcji, a także nie chciał przegapić przybycia osoby, z którą miał umówione spotkanie. Dlatego też przegnał te myśli, usiadł przy stoliku i pokazał Chloe krzesło naprzeciwko.

-No, to chyba udało nam się z tego ładnie wybrnąć-powiedział z uśmiechem do swojej uczennicy, po czym zerknął w stronę barku. -W sumie, jest to jakieś rozwiązanie dla naszego dylematu żywieniowego-zaczął powoli, gładząc się po podbródku. -Mogliśmy wziąć kieliszek każdej krwi, jaką mają za ladą i sprawdzić, czy któraś z nich pasuje do twoich wymagać. Oczywiście, najlepiej będzie, jeśli taki test przeprowadzimy w zaciszu prywatnego pokoju na górze, żeby nie wzbudzać niezdrowego zainteresowania wśród zgromadzonych. Póki co jednak pozostaniemy tu na sali, żeby przyjrzeć się kolejnym wchodzącym Spokrewnionym. Umówiłem nam spotkanie w sprawie apartamentu dla ciebie i wolałbym nie kazać naszej Starszej niepotrzebnie na siebie czekać. Zamilkł na moment i złożył dłonie jak do modlitwy, a następnie przystawił do nich twarz, zastanawiając się nad swoimi dalszymi posunięciami. Jeszcze tyle trzeba było zrobić, a czas powoli, ale nieubłaganie uciekał. Nie było jednak sensu w tym, żeby liczył mijające sekundy i niepotrzebnie się wkurwiał, dlatego też spytał Chloe-Skoro mamy jeszcze chwilę wolnego, czy jest coś, o czym chciałabyś się dowiedzieć?

Do Foyer Okna >>>

Wyszukiwanie zaawansowane

cron