Znaleziono 33 wyniki

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Blanchard pozornie bezmyślnie przyglądała się scenom w Elizjum. Odezwała się po dłuższym milczeniu.

— Nie chcę Pani oszukiwać, nie jestem detektywem. Jednak nie jestem też skończoną kretynką. Ludzie zostawiają ślady, więc Paul Reimer też. Craigslist, książka telefoniczna... — spojrzała na zegarek. — Chyba czas na mnie, noc nie trwa wiecznie. — Wzięła torebkę do ręki, wstała. Od upragnionego papierosa dzieliło ją tylko kilka minut.

— Dziękuję za pouczającą rozmowę. Dobrej nocy. — Dygnęła na pożegnanie i uśmiechnęła się, rozluźniona. Poczekała chwilę na pozwolenie odejścia.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Pstrykniecie kciuka od wewnętrznej strony palców środkowego i wskazującego by strzepnąć resztkę nieistniejącego popiołu, nieruchomy wzrok utkwiony w blacie stolika, powolne skinienie głowy. Avery starała się maskować swój nastrój. Z kamienną twarzą powiedziała dwa słowa.
Ostrzeżenie. — Chwila pauzy. — Rozumiem.

Właściwie tu można było zakończyć rozmowę, wstać, pożegnać się i wyjść. I zapalić, jak po każdym wyczerpującym psychicznie działaniu. Zmieniła pozycję, w której dotychczas siedziała, lekko pochylając tułów do przodu, podciągając nogi pod siebie, sygnalizując, że jest gotowa by wstać. Czekała tylko na pozwolenie, które nie nadchodziło.

Midnight Vix? To jakiś... dziwny klub... dla osób o... nietypowych upodobaniach? — W momencie gdy alkohol zaczął smakować jak płynny popiół, Avery przestała chodzić do knajp. — Przepraszam, zdecydowanie częściej biegam po parkach niż klubach. To miejsce należy do kogoś z nas skoro zostało zaatakowane przez Sabat? Dlaczego osoba, która... nie zajmie się… — Wyraz zrozumienia pojawił się na jej twarzy. Zbladła. — Och. Tak.
Avery, zorientowawszy się, znów mówi o rzeczach oczywistych i przykrych dla rozmówczyni, umilkła opadając na fotel ze spuszczoną głową. Nie, to nie była jej kompetencja. Tak, na pewno ktoś już o tym pomyślał. Ugryzła się w język zanim zadała kolejne pytanie.
Jednakowoż przed pewnymi rzeczami nie było ucieczki. Trzeba zatem było je zrobić jak najlepiej, jak najmniejszym kosztem. A stara zasada dobrze wychowanych panien z Południa głosi - gdy nie wiesz jak wybrnąć, powołaj się na tatusia.

Mój Sire zawsze mawiał, że gorsze od złamania Maskarady jest tylko móc owemu złamaniu zaradzić i nic nie zrobić. — Avery powiedziała bardzo cicho i bez cienia ciepłych uczuć. Sire mawiał też inne rzeczy, niekoniecznie warte cytowania w Elizjum. Pustym, nieobecnym spojrzeniem omiotła stolik. — Jedyne co mi przychodzi do głowy to najzwyczajniej w świecie kupić od tego człowieka negatywy. I odbitki. To profesjonalny fotograf czy amator? — Podniosła wzrok i przyglądała się z uwagą Elsie Page, najwyraźniej starając się zgadnąć czemu ta nagle straciła humor. Powodów mogło być kilka, lecz co gorsza ten nastrój robił się zaraźliwy.
Czy… Czy Róże straciły któryś ze swych pędów podczas tego zajścia?

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Reakcję Mosesa przyjęła z wyraźną ulgą. W porządku, to był żart. Gangrel najwyraźniej nudził się, potrzebował rozrywki, ona miała dostarczyć rozrywki choćby samym swoim poczuciem nieadekwatności. Nieszczególnie ją to dziwiło, zresztą Elsie Page wspomniała o tym aspekcie chwile wcześniej. Jeśli funkcjonuje się ze sto lat, to w pewnym momencie pojawia się znużenie codziennością. Polowanie było proste i miało określoną funkcję.

Co innego sprawy Page. Avery nie odpowiedziała od razu, w milczeniu przyglądając się siedzącej przed nią starszej Spokrewnionej. Młoda wampirzyca, wygladała jakby chciała wstać i wyjść. Tak też było w istocie.

Blanchard miała wielką ochotę przeprosić swoich rozmówców na chwilę, stanąć w jakimś osłoniętym od wiatru kącie przed teatrem, wyciągnąć zapalniczkę i paczkę Virginia Slims, wyciągnąć jednego, lekko zmiąć papierosa w palcach, potem odpalić wciągając w usta dym. Może ktoś by do niej dołączył, poprosił o ogień. Może porozmawialiby o pogodzie, dyktaturze zdrowego stylu życia. Może wymieniliby najważniejsze informacje, zapamiętali swoje twarze, ale nie imiona. Nie chodziło wcale o nikotynę, chodziło o pewien rytuał, uspakajającą sekwencję ruchów. Stanąć z papierosem w dłoni, popatrzeć na nic w szczególności, pomyśleć i po pięciu minutach tej celebry móc podjąć decyzję. Jakże jej tego brakowało.
Nie mogła sobie pozwolić na luksus pięciominutowej przerwy w rozmowie. Wyobraziła sobie zatem, że pali. Szczelniej otuliła się płaszczem i uniosła dłoń do ust charakterystycznym gestem znanym każdemu z plemienia nikotynistów. Nie było w tym ruchu teatralności czy sztuczności, nie. Czysta automatyka.
Mrużąc oczy, uśmiechnęła się mimowolnie. Dłoń z wyimaginowanym papierosem odsłoniła usta. Kciukiem trąciła niewidzialną końcówkę filtra, pozwalając widmowemu popiołowi spaść na podłogę. Określona kolejność drobnych ruchów, która poprzedzała przemyślaną wypowiedź.


Nie ma chyba… Proszę mi wybaczyć… Ale… — Spuściła wzrok w podłogę i kontynuowała wypowiedź znacznie ciszej, spokojnym i chrapliwym głosem. Południowy, leniwy akcent pasował do takiego sposobu mówienia jak żaden inny. — Nie ma czegoś takiego jak „bezpieczny Spokrewniony”. Albo „niegroźny” czy „nieszkodliwy.” Jestem świadoma, że mój wczorajszy nieproszony gość z pewnością do wymienionych kategorii nie należy. Nie zapraszałam go. Po prostu przyszedł i już wie gdzie mnie znaleźć. Ale… — Zawahała się wyraźnie. Spojrzała na Mosesa ukradkiem, jakby szukając wsparcia albo aprobaty. Czuła się głupio, mówiąc takie oczywistości i uczucie to można było wyczytać z jej twarzy jak z książki.
Użyła Pani słowa „możliwe.” Czy mając przypuszczenie, nie warto byłoby gdyby… Zamienić je w pewność? Skoro jest niebezpieczny dla Społeczności, to czy nie warto by było… wiedzieć na pewno i w jakiś sposób… to niebezpieczeństwo zniwelować? Jak w przypadku tych zdjęć?
Avery zawiesiła głos, w oczekiwaniu na odpowiedź. Przyglądała się uważnie siedzącej przed nią aktorce, która ze swoja urodą nigdy nie będzie mogła wiarygodnie zagrać Lady Makbet.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Zdarzają takie momenty w istnieniu każdej osoby, w których nagle w przypływie jasności umysłu podmiot orientuje się w swojej sytuacji taktycznej. Odkrywa nagle, że jest aktorem na scenie i wygłasza w świetle reflektorów monolog o swoich wewnętrznych przeżyciach w kontekście uwarunkowań społecznych i kulturowych, bardzo nudny zresztą. I w momencie gdy Moses położył jej rękę na ramieniu, Avery doznała olśnienia oraz całkiem sporego uczucia dyskomfortu.

Była już kiedyś w takiej sytuacji, jeszcze za życia. Umiała rozpoznać najzwyklejszy w świecie grooming. Gdyby wiedziała wtedy... pewnie nie miałaby problemu ze spacerowaniem za dnia po mieście.

Zawsze jednak mogło być gorzej. Tych dwoje wydawało się choć zachowywać pozory. Wysłuchała co Elsie ma do powiedzenia na temat jej trybu funkcjonowania i klienteli. Nie podejmowała próby obrony, może nie zauważyła od razu zmiany nastroju rozmowy, ale… Wiedziała, że składanie protestu było bezcelowe jak dyskutowanie z własną matką. Każda miała swoje racje, ale tylko jedna strona dyskusji miała środki by owe racje narzucić drugiej stronie. I nie była to Avery. Wysłuchała więc potulnie co Primogen ma do powiedzenia. Poddała się. Sięgnęła do torebki w poszukiwaniu kawałka papieru i długopisu. Jeśli już ma ucieczki przed prowadzeniem życia towarzyskiego, to niech chociaż toczy się ono na świeżym powietrzu. Kto wie, może będzie zawierało elementy przebieżki. W końcu wampirzyca wygrzebała z portfela świstek z pralni, a z dna torebki kredkę do oczu.
Najlepiej będzie zatelefonować, choć wczesnym wieczorem mogę mieć zajęte ręce i nie odebrać od razu. Pracuję ile się da. Zazwyczaj koło północy jestem wolna. — Skomentowała, nakreślając na rachunku ciąg cyfr i kładąc kawałek papieru na blacie.

Ma Pani naturalnie rację popartą doświadczeniem. — Skwitowała, nie zagłębiając się zanadto w temat. — A co do owego klienta… to… Sprawa jest o tyle prosta, że… że to zlecenie na kicz. Ale nie taki w założeniach kampu — popatrzyła na Mosesa i szybko wytłumaczyła. — Czyli sztuki udającej sztukę. Tak złej, aż dobrej.— Przerwała tłumaczenie, zamyśliła się patrząc na Gangrela. — A może jednak? Hm... — Mruknęła coś pod nosem i ucichła na dłuższą chwilę, zastanawiając się nad czymś z wielką intensywnością, wprost malującą się na twarzy.
Wszystko było w tym nietypowe… — Młoda wampirzyca urwała w pół zdania, popatrzyła na swoich rozmówców, to na poważną twarz Gangrela, to na zaciśnięte usta Toreadorki. W tle słyszała szmer rozmów, gdzieś z tyłu głowy mały cichy głosik zachęcał ja by oddaliła się czym prędzej, więc wiedziała, że ten stolik jest dyskretnie obserwowany. Nie wiedziała dlaczego nagle atmosfera stała się napięta. Może nie była to rozmowa na pierwsze spotkanie?— Ale nie chcę Państwa zanudzać tu i teraz swoimi zawodowymi dylematami. W końcu to miejsce odpoczynku.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Czasem zastanawiała się jak na jej wybory życiowe zareagowałby jej Sire i jego przyjaciele.
Podejrzewała, że gdyby mógł być świadkiem tej sceny, zasłabłby, teatralnie chwytając się jedną dłonią za serce, a drugą wskazując na drzwi. Pewnie niektórzy członkowie tamtej grupki byliby serdecznie ubawieni obserwując jej nieporadne poczynania na scenie Elizjum. Szczęśliwie, dzielące ich Apallachy skutecznie zasłaniały widok.

O ile z wdzięcznością przyjęła reakcję Primogena Toreadorów, tę nitkę porozumienia jaka zadzierzgnęła się wokół dwóch jakże różnych kobiet, Avery wydawała się być nieporuszona propozycją Gangrela. Nie była ślepa ani głupia, aurę jaką roztaczał wokół siebie Revees przy odrobinie skupienia można było czytać nawet bez użycia dyscyplin. I... Było w niej coś znajomego i bliskiego, pociągającego wręcz. Przywołującego na myśl pewne wspomnienia i skojarzenia. Powoli skinęła twierdząco głową, przerywając w końcu ten festiwal spojrzeń w oczy godny spotkania Klanu Królów.
Breughel, Zimowy krajobraz z pułapką na ptaki. — powiedziała nieco nieobecnym głosem, skierowanym do nikogo w szczególności, gdyż wzrok wlepiony miała w blat stolika. Zmarszczyła brwi. A potem się zarumieniła, najwyraźniej coś sobie uświadamiając.
— Och. — Avery rozszerzyły się jak w panice, ale młoda Spokrewniona wyraźnie ugryzła się w język. Blanchard spojrzała gdzieś w bok, prawą dłonią objęła lewy łokieć, druga dłoń zwinęła się w pięść, mnąc materiał czarnej spódnicy.

— Tak. Ja… Przepraszam. — Spłoszona rozejrzała się ponad głowami siedzących przy stoliku Primogenów w nadziei, że ktoś inny będzie miał pilną sprawę i choć na chwilę podejdzie bliżej. Wtedy mogłaby być zwolniona i zachowując pozory grzecznie odejść. A w tej chwili miała wielką potrzebę wykonać nagły odwrót, wrócić do domu, spakować się i wyjechać do Kanady. Niestety, wszyscy byli albo zajęci sobą, albo zbyt dobrze wychowani by przerwać tę jakże uroczą konwersację, której Avery była uczestniczką. Zrezygnowana, powróciła na pole walki.
— Wiem, że to z mojej strony nieeleganckie zachowanie, bo siedzę w mieście dziesięć lat, nic nie wnoszę do społeczności, a tu nagle przychodzę, zajmuję Państwu czas… Uczono mnie, i w domu, i w procesie wychowania prze Sire… Że należy być ostrożnym w nawiązywaniu nowych znajomości i… I nie zawsze z każdym, kto jest nam podobny, należy wchodzić w zażyłość czy nawet… współpracować. Bo można więcej stracić niż zyskać. — Twarz Avery wyrażała zakłopotanie, tym głębsze, że właśnie wampirzyca zdała sobie sprawę, że najprawdopodobniej tymi słowy obraziła nie tylko swoich rozmówców, ale i całą społeczność Seattle. Poczuła bezsilną złość, głównie na samą siebie, a jej wierna Bestia właśnie zastrzygła czujnie uszami wyczuwając, że oto zbliżamy się do momentu w którym Pani się zbłaźni.
— Właściwie to… wstyd mi o to pytać, ale zapytać muszę i… — Spróbowała jeszcze raz. — Tak jak Państwo wiedzą, tatuuję. Ludzie do mnie lubią przychodzić, polecają mnie i tak dalej. Ale mam ściśle rozdzielone życie prywatne od zawodowego, bo… Wiadomo. I… muszę na czymś budować markę Mademoiselle Blanchard. Wyróżniać się. Wykorzystać ograniczenia, więc... Tylko w nocy, tylko w ciszy, medytacja, kontemplacja, takie tam, sztuka i kultura, rytuał, tysiące lat tradycji, nie zaczepiaj jej na ulicy. A poza studiem to mam jeszcze swoje drugie, czasochłonne hobby i… — Mówiła coraz szybciej, wyraźnie zdenerwowana. — I to grało latami, aż do wczoraj. Bo wczoraj… Przyszedł do mnie do domu potencjalny klient ze zleceniem. Ale taki… Z naszego rodzaju, choć nie wiem czy… Słowem mam wątpliwości czy powinnam przyjmować to zlecenie, bo… — Zorientowała się że zaciska zęby i pięści. Opanowała mimikę, zmusiła się do rozluźnienia martwych mięśni.
— Przepraszam. Przedstawił się jako Jonas. Ale nic więcej. Mimo iż prosiłam.— Powiedziała cicho, ale już spokojnie, powoli. — Zdarzenie wytraciło mnie z równowagi, bo… nie zapraszałam tej osoby, a jednak wiedziała gdzie mieszkam. Na zewnątrz czekały dwie kolejne osoby… I chciałam tylko zapytać czy może ktoś tego mężczyznę zna. Bo… Nie wiem co, ale coś było… z braku innego określenia, „nie tak.” Przeczucie.
Avery zgarbiła się jeszcze bardziej i skuliła w sobie, jakby usiłowała schować się we własnym płaszczu.
— Mogę narysować twarz na kartce, jakby to miało pomóc. Dodała cicho.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Chuda, lekko przygarbiona dziewczyna siedząca przy stoliku z primogenami patrzyła z wielką intensywnością w blat rzeczonego mebla, kontemplując najwyraźniej układ drobnych rys i spękań jakie pojawiają się zawsze w wyniku użytkowania. Coraz to nowe osoby wchodziły do Elizjum, ale Avery nie zwracała uwagi na otoczenie, skupiona na poszukiwaniach właściwej odpowiedzi na zadane jej pytania. Widocznie udało się jej coś wyczytać ze słojów i lakieru, gdyż podniosła głowę i nieśmiało spojrzała na Elsie Page. Była w tym spojrzeniu desperacja kogoś, kto bardzo chce wytłumaczyć drugiej osobie istotę problemu, nie spodziewa się osiągnięcia sukcesu w tej materii, ale mimo to uparcie próbuje.
— Nie powiedziałabym, że bycie ofiarą plagiatu jest tym, czego boją się tatuażyści najbardziej, choć podejrzewam, że jest to jeden z głównych powodów frustracji. Są gorsze rzeczy niż bycie naśladowanym. To jakby komplement. Świadczący o tym, że… to co się robi jest interesujące? Oczywiście jeśli chodzi o oryginalne pomysły, bo przecież nie będziemy wzdragać się przed wytatuowaniem prostego serca, gwiazdki czy innej jaskółki. To znaczy – w duszy będziemy, ale jakoś trzeba zarabiać. Jak w każdym zawodzie.
Odwróciła twarz w stronę Mosesa i z poważną miną przyjrzała mu się dłuższą chwilę, milcząc. Było widać jak na dłoni, że studiowała rysy twarz i kształt dłoni Gangrela, notując w pamięci położenie blizny, stan paznokci, ubiór, fryzurę, sposób siedzenia.
— Projektując wzór raczej opierałabym się na charakterze osoby tatuowanej, jej poczuciu estetyki, a nie na sprawowanej funkcji czy przynależności. A o Panu, sir, wiem tyle ile widzę i słyszę. Znam Pańskie imię, przynależność klanową. Ze sposobu mówienia mogę tylko zgadywać, że nie wychował się Pan w tym mieście, a raczej na wschodnim wybrzeżu. Po statusie jaki Pan ma w tym mieście, sir, mogę wnioskować, że jest Pan jego mieszkańcem dłuższy czas bądź zrobił Pan wystarczająco dużo by członkowie Pańskiego klanu uznawali Pańską wyższość. Więc… Proszę wybaczyć, ale… Na tak zadane pytanie o symbol, odpowiedź brzmiałaby… „Taki sam jak zwykłego członka Klanu Bestii, tylko większy.” — Uśmiechnęła się niepewnie, wiedząc, że balansuje na cienkiej granicy oddzielającej akceptowalną śmiałość od nieuprzejmości i arogancji, ale słowa zostały już wypowiedziane. — Domyślam się, że nie o to Panu chodziło, sir. Bazując na tym co mój Sire mi przekazał na temat klanów… — Avery powróciła do patrzenia w blat stolika. Jej dłonie o długich, szczupłych palcach, które spoczywały dotychczas spokojnie na aksamitnej spódnicy zaczęły miąć mankiety płaszcza. Gdy odezwała się ponownie, mówiła powoli, ostrożnie i z namysłem dobierając słowa, a jej głos brzmiał dość cicho. I bardzo, bardzo południowo.
— Mając na uwadze to, ile wiem, czego nie wiem, a czego mogę się jedynie domyślać… Wybrałabym wzór związany z naturą i z zamiłowaniem do opowieści. Prosty, ale nie prostacki, niepozbawiony wdzięku, dynamiczny. Kojarzący się niekoniecznie z brutalną siłą, a ze sprytem. Pewnie byłaby to jakaś wariacja na temat lisów. Gangrelowi niepełniącemu funkcji Primogena zaproponowałabym jednak wilka, klasycznie. Ale Primogen… — Neonatka zrobiła krótką pauzę i przelotnie spojrzała na Elsie Page. — Primogen musi wiedzieć, kiedy trzeba być lisem. Musi być sprytniejszy niż ci, którym przewodzi. Tak to sobie w każdym razie imaginuję, sir. — Nie tak wyobrażała sobie przebieg tej wizyty w Elizjum, ale rzadko kiedy konwersacje przebiegały tak, jak Avery by sobie życzyła. Riposty przychodziły kilka dni za późno, zgadzała się na robienie rzeczy, które były dla niej niewygodne bądź niekorzystne, ale nie umiała inaczej. Nadal ją to frustrowało, wielokrotnie wymawiała sobie, że powinna być bardziej asertywna, ale za każdym kolejnym razem wpadała w pułapkę. No cóż, mogła starać się to zmienić, albo też pogodzić z losem.
Młoda wampirzyca z pewną rezygnacją splotła dłonie i spokojnie spojrzała w oczy Reevesa, starając się wysondować z jaką notą zdała egzamin.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Gdyby do Elizjum wszedł w tej chwili sam Ed Hardy i powiedział „Avery Blanchard, przyjmę cię do terminu, zbieraj się, jedziemy do San Francisco.” młoda spokrewniona nawet by go nie zauważyła, skupiona całkowicie na Elsie i Mosesie. Była najzwyczajniej w świecie przeszczęśliwa mogąc z nimi rozmawiać o swojej ukochanej pracy i pasji. Może nie było to uczucie porównywalne do wgryzienia się w ciepłą i odkażoną skórę dwudziestoparolatka, ale zdecydowanie znajdowało się w pierwszej dziesiątce miłych doświadczeń jakie mogą się przydarzyć neonatce. W tej chwili żałowała wręcz, że nie spotkała tej dwójki wcześniej. Usłyszawszy komentarz Mosesa pokiwała energicznie głową.
Niesforny kosmyk uwolnił się z luźnego upięcia, kobieta szybkim ruchem założyła pasmo włosów za ucho i już, już miała zacząć mówić, ale wstrzymała się by nie stawiać pary Ventrue w niezręcznej sytuacji. Gdy Hunter kolejny raz jej się ukłonił, odkłoniła się lekko, po czym szybko spuściła wzrok i zaczęła przyglądać się podłodze w okolicy własnych butów. W zasadzie to było korzystne zrządzenie losu – dzięki tej krótkiej przerwie mogła zastanowić się nad tym, co i jak chce przekazać. Po spektaklu uprzejmych formalności powróciła do przerwanego wątku.

- Dziękuję Sir, ale czy jest pan pewien? To jest przeszło sześć tysięcy lat historii… Fascynującej, pełnej jasnych i ciemniejszych kart… – Oczy Avery zdawały się błyszczeć, przepełnione mieszaniną radości i wdzięczności, gdy popatrzyła na Elsie. – Myślę, Pani Primogen, że wzorowanie się na innym tatuażyście w kontekście wzoru, brak oryginalności, byłby źle przyjęty w społeczności. Podejrzewam, że miała Pani na myśli technikę wykonania. Zgaduję, że nawet ten sam wzór, powielony przez tak samo sprawnych warsztatowo rzemieślników, oczywiście po przekroczeniu pewnego progu biegłości, niczym by się nie różnił, gdyby postawiono przed owymi hipotetycznymi rzemieślnikami zadanie zrobienia wiernych kopii. Zupełnie inną kwestią jest znalezienie dwóch takich rzemieślników. W moim zawodzie wykonywanym dąży się do oryginalności.
Zorientowawszy się, że właśnie zarzuciła primogenowi swojego klanu brak klarowności wypowiedzi, Avery zrobiła krótką pauzę i powróciła do kontemplowania podłogi w Elizjum. Kontynuowała trochę ciszej i mniej pewnie.
– Może moje podejście nie jest szczególnie… korzystne ekonomicznie, ale… skłaniam się ku temu by nie powielać banału. Niewiele osób tak to postrzega, ale tatuowanie jest jedną z najbardziej pierwotnych form artystycznego wyrazu, jak rzeźba, rysunek, ceramika czy sztuka opowiadania. Było… jak wszystkie te owoce artyzmu, początkowo nierozerwalnie związane z duchowością. Nie tyle aktem zdobienia ciała a czymś… Na kształt rytuału. Tatuaże miały chronić przed złem, nadawać siłę, zwinność, spryt – szczególnie te czerpiące z symboliki zwierzęcej – ale także prezentowały przynależność do danej kultury, społeczności… Ale nie możemy być tego całkowicie pewni, tak jak nie możemy być pewni czy Wenus z Willendorfu była stworzona jako artefakt religijny, amulet, portret czy neolityczna pornografia. Nie mamy źródeł pisanych, tylko tradycję ustną. – Podniosła wzrok i dodała spokojnie. – Wszystko podlega interpretacji, a ta nie może być obiektywna.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Avery przyjęła komentarze primogenów dotyczące swojej mistrzyni i zawodu ulgą oraz wdzięcznością. Wydawały się zachęcającym wstępem, a temat był bezpieczny. Musiała tylko uważać by ich nie zanudzić wykładem o historii tatuażu w Ameryce.
– Cieszę się, że trafiłam pod skrzydła Vyvyn. Jest odważną, przedsiębiorczą i oryginalną artystką. Wymagającą, przede wszystkim od siebie. Sprawia, że chce się być coraz lepszym. Przy czym… nie jest… Jakby to ująć… – Avery przerwała na chwilę, zastanawiając się jakiego słowa użyć i rozluźniła się nieco. – Nie jest samolubna. Tak, to dobre określenie. – Spojrzała na Reevesa, na chwilę odwracając wzrok od ślicznej Elsie Page. – Wielu mistrzów zazdrośnie strzeże swoich sekretów, tak było od wieków w dowolnym zawodzie wymagającym sprawności manualnej i znajomości techniki. Ale to nie jest ona, nie. Nauczyła mnie wszystkiego, co umiem. Jeśli ktoś przychodzi do zakładu, bo słyszał o mnie, to jej to nie przeszkadza. A w każdym razie – nie daje tego po sobie poznać.

Para, które weszła właśnie do Elizjum stanowiła bodziec, który skutecznie przykuł uwagę starszych Spokrewnionych, pozwalając Avery na zebranie myśli i ocenę sytuacji w taktycznej. Wygłoszony chwilę wcześniej komentarz Reevesa, coś jej przypominał. Neutralny w swojej treści, był niczym więcej jak niezobowiązującą uwagą jakie wymienia się w grzecznej konwersacji o niczym. Jednakowoż sposób, w jaki była ta uwaga wypowiedziana, przywoływał pewne skojarzenia. Połączenie tonu głosu, intonacji, postawy ciała, sprawiały, że Avery gdzieś z tyłu głowy nabrała przekonania, że wie, kto jest najbardziej niebezpieczną osobą w okolicy. Wiedziała, też że Gangrel właśnie szacował jej wartość – sprawność, szanse na przeżycie, ogólną przydatność. Być może starał się dla zabawy zgadnąć kto tak naprawdę jest w środku, pod maską i kostiumem włożonymi na dzisiejszą okoliczność. Intensywna milcząca obecność Reevesa sprawiała, że panna Blanchard czuła się… W sumie jak w domu. Była w analogicznej sytuacji nie raz i nie dwa razy. Paradoksalnie, ta świadomość nie ułatwiała zadania.

Nie dało się nie zauważyć, że rozmowa nowoprzybyłych toczyła się przy stoliku w pewnej odległości i Avery dyskretnie zerknęła kątem oka na ową parę. Krótka i zdawkowa obserwacja pozwoliła śmiało założyć, że mężczyzna w jeansach najprawdopodobniej robi dla swej młodej towarzyszki to, co przed chwilą dla Avery zrobił Hook. Jednakowoż, w ocenie Blanchard bazowanej na pewnych szczegółach zachowania, ta kawaleria, choć z pewnością nie przybywa z Południa, jest swego rodzaju nieoczekiwanym ratunkiem. Młoda wampirzyca strzepnęła niewidoczny pyłek z rękawa płaszcza, pogładziwszy mimowolnie kaszmirową wełnę, następnie skupiając uwagę na Reevesie i Elsie Page.
– Ma pan słuszność, sir. – Nie wiedziała dlaczego wyrwało się jej to "sir", ale z jakiegoś powodu pasowało do ciemnoskórego Gangrela, uśmiechnęła się przepraszająco i kontynuowała, ignorując domniemanych przedstawicieli klanu Królów. – Kontekst się zmienia, a od niego zależy sposób odczytania symbolu czy motywu przewodniego. To, co dla współczesnych jest tylko dziełem sztuki... – Wyglądała jakby miała zamiar rozpocząć dłuższy wywód, ale zrezygnowała. – Przepraszam, sir. Najwyraźniej zostawiłam dobre wychowanie razem z SIGiem w drugiej torebce. Ja wiem do kogo się zwracam, a pan, sir, nie wie, kto go usiłuje nie zanudzić na śmierć. Nazywam się Avery Blanchard.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Usłyszawszy śmiech rozbawionej sytuacją wampirzycy Avery pochyliła głowę starając się ukryć twarz i wbijając swój wzrok w dywan oraz buty Hooka. Oczywiście, zastanawiała się wcześniej nad możliwymi scenariuszami, ale nie spodziewała się, że akurat trafi na dwoje Primogenów i Harpię… Może nie spędziła wiele czasu ze swoim Sire, może nie opowiedział jej wszystkiego co wie, ale nie była idiotką pozbawioną umiejętności obserwacji. Widziała jak się zachowywał w Towarzystwie, jak reagował na drobne potknięcia młodszych od siebie spokrewnionych i jaki był w stosunku do tych nielicznych Starszych. To, że wszyscy tu wydawali się sympatyczni i przyjaźni było prawdą. Wydawali się. Musieli, bo tego wymagała konwencja społeczna i ich osobisty interes. Niezależnie od sytuacji jednak trzeba było grać swoją rolę, bądź co bądź byli w teatrze. Wyprostowała się, poprawiając posturę. Teraz tylko musiała się skoncentrować na zadaniu jakim było przeżycie w piekle.

– Dziękuję proszę pana, uczynił mi pan wielką uprzejmość. – Avery powiedziała cicho, spojrzała na Hooka z wdzięcznością. – Nie będę niszczyć sztuki. Ani mebli. Uniwersalne zasady zachowania w takim miejscu znam, ale… Każde miasto ma swoją specyfikę i… - Sięgnęła do kopertówki, otworzyła ją, zajrzała do środka i zaraz zamknęła, a na twarzy młodej wampirzycy odmalowała się nagła ulga. – I szczęśliwie zostawiłam broń w innej torebce. Więc pierwsze pytanie jest jakby… nieaktualne. Przepraszam. I tak było głupie.
Na entuzjastyczne słowa Primogen Toreadorów panna Blanchard uśmiechnęła się delikatnie skonsternowana. Choć nie spieszno jej było stawać przed pięknym obliczem pani Page, zbyt długie ociąganie się nie mogło być dobrze widziane.

– Pan wybaczy. – Avery przeprosiła Hooka i podeszła do stolika przy którym siedzieli spokrewnieni. Zatrzymała się około półtora metra przed nimi.
– Dziękuję proszę pani, to dla mnie zaszczyt. – Powiedziała cicho nowicjuszka, starając się bardzo by ton jej głosu nie sugerował, że ten zaszczyt jest w istocie formą tortury. Usiadła we wskazanym miejscu, wygładziła materiał spódnicy i położyła dłonie na udach, tak by były widoczne.
– Przyjechałam do Seattle dziesięć lat temu aby się uczyć. Miałam na tyle szczęścia, że przyjaciel mojego Sire polecił mnie Madame Lazonga i w zasadzie to tym się głównie zajmuję. Uczę się od niej. Zaś miasto… Miasto jest… inne niż te które dotychczas zdążyłam poznać. Bardziej… - Zabrakło jej słowa. – Pagórkowate? – Uśmiechnęła się szeroko aby zaznaczyć, że żartuje, ale cały czas uważnie przyglądała się zgromadzonym przy stoliku Spokrewnionym.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Gdy obcy mężczyzna chwycił ją za ramię, Avery zacisnęła zęby i zamarła na krótką chwilę. Nie pamiętała kim dokładnie jest filigranowa kobieta o urodzie nastolatki, ale jej ton głosu, jego brzmienie sugerowało że jego właścicielka posiada wystarczająca pozycję, siły i środki by uprzykrzyć istnienie mieszkańców tego miasta. W takiej sytuacji Avery mogła tylko zaufać nabytym wzorcom zachowania, więc skłoniła lekko głowę i dygnęła przed kobietą i jej towarzyszem jak pani matka uczyła.

— Dobry wieczór. Prawda, proszę pani. — Mówiła powoli, przeciągając samogłoski w sposób charakterystyczny dla osób wychowanych na Południu. Poczekała chwilę by upewnić się, że starsza spokrewniona nie będzie kontynuować, po czym odwróciła twarz w stronę mężczyzny, który ją zatrzymał.
— Pozwolę sobie to zinterpretować jako komplement. — Uśmiechnęła się pokazując białe, równe zęby. Nie wiedziała co zrobić z rękoma, więc obiema dłońmi chwyciła torebkę. — W sensie "dobra robota dziewczyno, nie wyglądasz na naszą". Przepraszam miałam na myśli, że radzę sobie dobrze z pierwszą zasadą klubu. W pracy też mnie nie poznali... — Dodała ciszej, speszona. — Oczywiście nie będę robić kłopotów, w zasadzie przyszłam tylko na chwilę, bo... chciałam zapytać kogoś o jedną taką głupią sprawę... Lub dwie. To... nie zajmie dużo czasu. — Ważyła każde słowo i starała się nie sprawiać wrażenia zdenerwowanej czy niepewnej siebie. Już miała przekroczyć próg Elizjum gdy coś sobie przypomniała. — Jesteś... Pan jest... — zawahała się wyraźnie szukając słowa w pamięci. — Tutejszym eeeee... Opiekunem Elizjum, prawda?

Re: Moore Theatre, hol wejściowy 02/15/1999

Próg Teatru przekroczyła najpierw trzymana w szczupłej dłoni kopertówka, a potem cała chuda reszta składająca się na Avery Blanchard. Wampirzyca przystanęła na chwilę i rozejrzała się dyskretnie po pomieszczeniu, wzrokiem szukając oznaczeń wyjść ewakuacyjnych, kamer, czujników dymu. Starała się ocenić co uległo zmianie w ciągu ostatnich 10 lat odkąd pierwszy (i jak dotąd ostatni) raz odwiedziła ten przybytek.
Cóż, to był teatr, a przedstawienie odbywało się również poza sceną. Upewniła się, że zapięcie naszyjnika jest tam gdzie powinno, dla pewności przejechała językiem po zębach, wyprostowała, ściągnęła łopatki i energicznie, lecz nie bez wdzięku ruszyła w stronę klatki schodowej prowadzącej do foyer.

Re: 302 Crockett St, Blanchard House

Avery, przeskakując po dwa stopnie schodów, ruszyła się na piętro swego domostwa i weszła do garderoby, by wśród posegregowanych według kolorów ubrań wybrać te najbardziej odpowiednie. Po krótkim zastanowieniu wybrała coś, co założyłaby na siebie jej własna matka, gdyby wybierała się z wizytą albo do teatru. Albo na pogrzeb. Ofiarą Wampirzycy padały kolejne wieszaki z ubraniami oraz pasujące do tego zestawu akcesoria w postaci pereł, zegarka, lakierowanego czerwonego paska i piekielnie niewygodnych butów na wysokim obcasie.
Czarna, dopasowana w talii spódnica o rozkloszowanym dole, układająca się pięknie dzięki szeleszczącej halce z tafty i tiulu. Gdyby była te 6 cali niższa, nie mogłaby sobie pozwolić na długość do pół łydki, za bardzo by ją skracała optycznie. Szczęśliwie w przypadku panny Blanchard, spódnica żywcem wyciągnięta z lat pięćdziesiątych maskowała tyczkowatą figurę Spokrewnionej, nadając jej bardziej kobiecego wyglądu.
Cienki lecz mięsisty czarny półgolf, perełka wykonana z kaszmirowo-jedwabnej przędzy, wygrzebana na dnie pojemnika w Goodwill na Capitol Hill, o które to dzieło sztuki dziewiarskiej Avery stoczyła prawdziwą walkę z jakimś gejem. Tak, były momenty w których bycie martwym potworem miało konkretne i wymierne korzyści. Co wrażliwsi ludzie zwyczajnie czuli przed tobą strach, wystarczyło spojrzeć.
Z pudełka z rajstopami wygrzebała parę oryginalnych nylonowych pończoch FF. Takich już praktycznie nie produkowano, może gdzieś we Francji?

Zmyła z twarzy i rąk grafit ołówka, nałożyła delikatny makijaż by nadać sobie pozory życia. Ułożyła włosy w delikatny, niski koczek z tyłu głowy. Założyła uprzednio przygotowany zestaw ubrań, a po chwili namysłu spakowała normalne ubrania do torby, wsadziła tam również szpilki, na czas podróży z Queen Anne do Centrum wybierając sprawdzone w wielu bojach martensy. Była prawie gotowa do wyjścia, gdy przypomniała sobie o jednym drobiazgu. Zeszła do piwnicy, wyciągnęła ze schowka swojego SIGa, załadowała amunicję i włożyła do torby.
Tak, jeszcze spojrzenie w lustro by skontrolować czy nie ma szminki na zębach, po czym zamknęła za sobą drzwi na klucz i wyszła do pracy.

zt

Re: 302 Crockett St, Blanchard House 02/15/1999

15 lutego 1999, poniedziałek.

Świadomość włączyła się nagle, jak za pstryknięciem przełącznika światła. Pierwszym co zobaczyła tego wieczoru był trzymany w dłoni szary ołówek marki Faber Castell wciąż dotykający papieru. Odłożyła ołówek na miejsce.
Głowa Blanchard spoczywała na blacie biurka, konkretniej na rozłożonym szkicu przedstawiającym neogotycki grobowiec z płaczącym aniołem, ciernistymi różami, parą gawronowatych ptaszysk i klasyczną śmiercią w formie szkieletu z kosą na drugim planie. Wampirzyca podniosła się, wyprostowała i przeciągnęła aż zatrzeszczały stawy. Świt musiał ją zaskoczyć przy pracy, rzadko jej się zdarzała taka ekstrawagancja, ale tamte dwa kształty najwyraźniej pilnujące bezpieczeństwa jej nowego klienta... zadziałały bardzo motywująco.
Spojrzała jeszcze raz na kartkę papieru, z którą spędziła dzień. Dawno nie widziała takiego kiczu. Zmięła rysunek w kulkę i rzuciła go do kosza, wypełnionego w połowie podobnymi owocami wczorajszej nocy. Zlecenie mogło okazać się być trudniejszym niż myślała. Nie znała wielu Spokrewnionych, unikała ich aktywnie,
ale taki stan nie mógł trwać wiecznie. Intuicja podpowiadała jej, że należałoby zainteresować się dla odmiany postacią jej nowego znajomego. Pan Felix wszak powtarzał, że towarzystwo, skoro nie da się go uniknąć, należy starannie dobierać, gdyż pomyłki... mogą być kosztowne.
Zgasiła lampę i poszła się przebrać. Jeśli ma zaznawać tortur obcowania ze Spokrewnionymi musi przynajmniej akceptowalnie wyglądać.

Re: 302 Crockett St, Blanchard House

Wampirzyca zgasiła papierosa o śnieg za oknem, wstała sprężystym ruchem ze swojego miejsca i ruszyła najpierw do kuchni. Dało się słyszeć otwieraną i zamykana szafkę, a potem szum wody, odgłos płukanych ust, splunięcie, trochę chlapania. Gospodyni wróciła wycierając dłonie w rustykalny, nie pasujący do niczego ręcznik kuchenny z nadrukowanym napisem "Home sweet home" i dohaftowanym czerwoną nitką słowem "Alabama". Złożyła go starannie i połozyła na parapecie, na którym powoli zaczynał zbierać się śnieg.
Tak prawdę mówiąc... Trochę się przestraszyłam. Trochę bardzo. Słyszy się i czyta różne historie. Mieszkam sama, jak łatwo zauważyć, a także ― nie przyjmuję gości. Po prostu... Mam talent, a nie osobowość. No dobrze, to drugie też posiadam, ale... Lepiej niż rozmawiam z ludźmi, to robię im tatuaże. ― Avery zaśmiała się nerwowo, wyłamując przy tym palce. Nadal miała na sobie zapach dymu papierosowego, który unosił się w pokoju mimo otwartego okna. ― Jeśli to jest kwestia dziar, albo po kimś widać, że jest z branży albo sympatyzuje ― W porządku. Można porozmawiać. Jeśli spoza? To o czym tu gadać? Czy Marion Jones wygra w swoich konkurencjach w Sewilli? No dobra, to ostatecznie może być ciekawe.
Avery rozejrzała się, podeszła do sofy po notatnik i ciekopis, które przyniosła wcześniej. Zanotowała na kartce numer telefonu, wydarła ją i złożyła na pół. Podała cały zestaw Jonasowi.
To jest mój numer telefonu. Czasem mam zajęte ręce, więc wolę wiadomości. To o salonach było takie ogólne, bo... Słuchaj... Nie dzwoń do studia gdzie pracuję. To jest... ― Chudym palcem zatoczyła kółko wskazując na Jonasa, zaczęła wyglądać na zdenerwowaną czymś. ― To jest mój osobisty wybór, że robię coś na boku nie za pieniądze. Nie to, że się wstydzę. Nie. Ale... Wiesz... Tam pracuję od lat, część mojego honorarium idzie na utrzymanie lokalu... ― Avery owijała w bawełnę i tak, wstydziła się czegoś, spuszczając wzrok i nieco się garbiąc. ― I to jest okej, naprawdę! Uczciwy układ. Jak korzystasz zarobkowo z czyjegoś dachu, to się dołóż do dachówek. Wiesz, po prostu... Nie chcę głupiej sytuacji, a nie wiem jak przyjęłaby to szefowa. No wiesz, czy poczułaby się dotknięta tym, że ktoś z supernietypowym zleceniem zamiast do niej, to przyszedł do mnie. Szczególnie jeśli... Wiesz, nauczyłam się wszystkiego od Madame. No nie chcę być niewdzięczną suką, okej? ― Nie dało się ukryć, że było jej głupio o tym opowiadać, ale z drugiej strony, gdy zaczęła mówić, Avery Blanchard brnęła dalej w gąszcz słów, coraz trudniej je dobierając, używajac wypełniaczy językowych bez znaczenia czy ściszając ton. Ostatnie zdanie wypowiedziała dla odmiany bardzo szybko, niemalże wyrzucając je z siebie. Brzmiała prawie niegrzecznie.
I nie to, że nagle chcę pieniędzy, Nie, nie chcę. Umówiliśmy się na coś innego, dla mnie to wiążące. ― Dodała na sam koniec, jeszcze raz wyjaśniając sprawę. Wyglądała na zmęczoną i zrezygnowaną.

Re: 302 Crockett St, Blanchard House

Wampirzyca usiadła na podłokietniku fotela, wyciągając przed siebie długie nogi biegaczki. Spojrzała na zegarek, stłumiła ziewnięcie po czym uśmiechnęła się.
Przepraszam. Odruch. Kiedyś miałam klienta, bardzo obcesowy typ. Chciał mieć wytatuowanego lwa, ale takiego dostojnego, ryczącego króla puszczy. A wybrzydzał, awanturował się przy tym... Ogólne nie był zbyt sympatyczny. ― Avery rozłożyła ręce w geście bezsilności, na jej twarzy panowała mieszanina złości i pogardy, które słychać było również w jej głosie. ― Bardzo chciałam go wyrzucić, naprawdę, nie wyobrażasz sobie jak bardzo. Ale... Potrzebowałam pieniędzy. Więc zgodziłam się zrobić tego pieprzonego lwa. Zrobiłam projekt, lew był najdostojniejszy z dostojnych, symbol męskiej witalności tak dosłowny, że bardziej nie można, Wszystko pięknie, jestem w połowie - a wiesz - mało czerni, dużo koloru, nie jest łatwo, a ten nie dość, że się wierci, gada przez telefon, to jeszcze zaczyna mówić, że kolega mu opowiadał, że te kolorowe są łatwiejsze do zrobienia niż czerń i że przepłacił. I że kolega się zna, a on tyle na ile się zgodziliśmy to nie zapłaci.

Wyraz twarzy Avery wyraźnie wskazywał, że do tej pory wspomnienie tego zdarzenia wzbudzało to w niej wściekłość. Bladą, bo bladą, ale zawsze. Wstała, podeszła do kuchni, zdjęła z blatu paczkę Virginia Slims, po czym wróciła do salonu. Otworzyła okno wychodzące na tyły posesji, usiadła na parapecie, tak jak poprzednio wyciągając przed siebie nogi i krzyżując je w kostkach. Rozerwała folię i otworzyła paczkę. Podniosła ją do nosa i zaciągnęła się słodkim zapachem suchego tytoniu.
Chwilę później wyciągnęła z kieszeni spodni starą i wytartą zippo, odpaliła papierosa, zaciągnęła dym w martwe płuca i wydmuchnęła go kierując jego kłęby za siebie. Wiatr wpędził je z powrotem do mieszkania.
― Wiec wtedy stwierdziłam, ze dość tego, ale nic nie mówiłam. Wzięłam pieniądze - tyle ile dał. Facet był zadowolony. ― Uśmiechnęła się, bardzo brzydko, złośliwie, wrednie. ― Do końca życia, ilekroć koleś zdejmie koszulę by zaprezentować lwa na piersi będzie się spotykał ze znudzeniem, bo jego lew nie ryczy, a ziewa. ― Avery stłumiła ziewniecie jeszcze raz, uśmiechnęła się szeroko jakby na potwierdzenie tezy. ― A ziewanie, nawet międzygatunkowe, jest zaraźliwe. Ziewająca kobieta raczej deprymuje, w bardzo subtelny sposób, ale zawsze.

Wampirzyca znów nabrała dymu w usta, tylko po to by od razu go z nich wypuścić. Tworzył fantastyczne kształty, którym przyglądała się przez chwilę.
To moja ulubiona historia. Jest za długa i nie ma puenty. Nie umiem opowiadać. Ale umiem słuchać i obserwować. Jonasie, powtórzyłeś wielokrotnie dzisiejszego wieczoru, że chcesz najpierw zobaczyć projekt. Słyszałam za pierwszym razem, a po trzecim przestałam liczyć. Nie namawiam Cię do położenia się na stole i zamknięcia oczu, nie zapewnię, że wszystko będzie dobrze i że możesz mi zaufać, wiem co robię. ― Szybko się zreflektowała i dodała ― Z tym że wiem. Zatem ― pomyślę, porysuję i dam Ci znać jak się coś ukonstytuuje. Zostaw jakiś numer telefonu. I błagam, jeśli chcesz mieć tatuaż, to zadzwoń do studia, a nie znienacka pukasz do drzwi. Otwierałam z założeniem, że możesz być mordercą. Normalnie tego nie robię, ale dzisiaj czytałam gazety o tej masakrze.
Wzdrygnęła się, zaciągnęła ostatni raz papierosem.

Re: 302 Crockett St, Blanchard House 2/14/1999

To nie była "jej' estetyka, ale decyzja już została podjęta. Nie było sensu moczyć stóp w Rubikonie i oddawać się dalszym dywagacjom, tylko śmiało iść naprzód. Naprawdę, naprawdę cieszyła się na tę pracę,
Tak, jestem. ― Avery sama była zdziwiona jak spokojnie i pewnie zabrzmiało to proste stwierdzenie. ― Nie narysuję nic ad hoc, bo nie rozmawiamy o napisie informującym o uczuciu żywionym wobec matki czy innej osoby. Od ręki to jestem w stanie zrobić drobiazgi. A to... ― zrobiła nieokreślony gest ręką w stronę Jonasa po czym wstała i zdjęła miarkę z szyi. Podwinęła rękawy do łokci energicznym ruchem, a następnie potarła dłonie i chuchnęła w nie. Przyzwyczajenie zawodowe. Nikt nie lubi być dotykany zimnymi palcami. Nikt żywy w każdym razie. ― To wymaga przespania się, przemyślenia.No i... Twierdzisz, że miejsce się znajdzie. Nie wnikam. Potrzebuję jeszcze informacji, wiesz, takiego drobiazgu... Robimy co konkretnie? Rękaw? Plecy?
Trudno było ukryć radość dźwięcząca w głosie wampirzycy, choć nie wyglądało na to aby miała szczególny cel by odgrywać blazę i znudzenie. Dokonywała sprawnie i metodycznie pomiarów, schludnie notując w szkicowniku obwody ramion w kilku punktach i w różnych położeniach, rozstaw barków.

To jest dobre ciało do zdobienia, nie za kościste, nie za obszerne. Średnie w pozytywnym znaczeniu. ― Zabrzmiało to nieco uprzedmiotowiająco i Avery chyba to sobie błyskawicznie uświadomiła, bo spojrzała w podłogę i wyglądała jakby miała się zaraz zarumienić. Zamiast tego chrząknęła, wyłamała palce w stawach aż chrupnęło, po czym podniosła głowę, rozłożyła ramiona, uśmiechnęła się szeroko i... chyba szczerze. ― Mam nadzieję, że będzie się wdzięcznie zachowywać pod igłą. ― Poklepała Jonasa po łopatce. ― No, i już. Etap pierwszy za nami.

Kobieta sięgnęła po odłożoną na brzeg kanapy koszulę, strzepnęła ją i podała Jonasowi. Następnie wzięła marynarkę, bezwiednie ważąc w dłoniach jej ciężar. Mademoiselle Blanchard wyglądała zupełnie inaczej niż na początku wieczoru, jakby była inną osobą. Przede wszystkim zmianie uległa postawa ciała ― nie tylko była ona wyprostowana, ale też w jej ruchach było zdecydowanie więcej energii. Także odległość jaką zachowywała w stosunku do swojego nowego klienta została zmniejszona, a Avery odsłoniła nieco większy niż miała w zwyczaju kawałek skóry. Widocznie musiała poczuć się zdecydowanie swoboniej. Bez jakiegokolwiek zażenowania, choć nie natarczywie, przyglądała się ciału zakładającego koszulę Jonasa. Sprawiała wrażenie jakby jeszcze chciała coś koniecznie powiedzieć, ale nie wiedziała jak to ująć.
― Wiesz, mam takie marzenie zawodowe... Zrobić komuś na plecach Pollocka. Nie wariację na temat, ale kopię. Wierną kopię takiej Convergence na przykład. Nie znam niestety nikogo kto by na to poszedł. No i to musiałby być naprawdę szeroki facet. Na Twoich plecach nie wyjdzie... One są idealne pod Sąd Ostateczny Memlinga. Wiesz, środek, anioł o czarnych skrzydłach i czystej obojętności na twarzy, totalne cierpienie dookoła. Uwielbiam kompozycję tego ołtarza. To był komplement, żeby było jasne. W sumie bardzo kiepski i... Rozumiesz. ― Machnęła ręką, podała Jonasowi marynarkę. ― A nie ważne.

Re: 302 Crockett St, Blanchard House

Tak, jestem świetna, bla bla bla. Zgadnij co? Wiem. ― Avery wróciła do salonu i zamarła niczym żona Lota z miarką i cyrklem w dłoni. Po zblazowaniu i lekkim lekceważeniu nie został nawet ślad. ― Ja pierdolę.
Wampirzyca stała w przejściu i gapiła się szeroko otwartymi oczyma. Wyglądała na zaskoczoną i skonfundowaną. Nie trwało to dłużej niż paręnaście sekund.
Zamknęła usta. Wyraźnie przełknęła nieistniejącą ślinę. Powoli, jakby bała się spłoszyć nieświadome niczego zwierzę albo powiadomić hałasem przeciwnika o swojej pozycji, podniosła prawą dłoń i szczupłym palcem zatoczyła w powietrzu małe kółko, najwyraźniej chcąc by Jonas obrócił się o 360 stopni. Na chwilę oderwała się od obserwacji tatuaży by uśmiechnąć się lekko w sposób zapewne mający na celu zasugerować, że ten wykonany przed chwilą, niezbyt uprzejmy gest jest w swojej istocie prośbą i wtedy zobaczyła okruchy tej drugiej, ukrywanej strony Jonasa. Znała to uczucie. Ten szczególny rodzaj niepokoju, który nakazuje być czujnym, zastanowić się przed wykonaniem następnego kroku. Zazwyczaj wybierała dobrze.

Ruszyła w stronę wytatuowanego mężczyzny powolnym, spokojnym krokiem, jednocześnie chowając miarkę i cyrkiel do tylnej kieszeni spodni. Miałaby nieco lepsze samopoczucie czując zimny ciężar SIGa na krzyżu, ale musiało jej wystarczyć co miała. Podeszła bliżej, zwracając uwagę jedynie na korpus i ręce mężczyzny. Gdyby chciał jej zrobić coś złego zauważyłaby to w mgnieniu oka, ale nie wydawało jej się by tak miał się zakończyć ten wieczór. Okrążyła Jonasa, długo i uważnie przyglądając mu się jakby oceniała posąg, rzeźbę. Początkowo starała się zachować wystudiowaną obojętność, ale z każdą kolejną chwilą maska kruszyła się i opadała, odsłaniając malującą się na twarzy mieszaninę czystej radości, fascynacji i uznania. Przysunęła się bardzo blisko aby najlepiej widzieć szczegóły najdrobniejszych tatuaży. Chłonęła tę zadziwiająco spójną kompozycję z zachwytem w oczach.
Po dłuższej chwili, wyciągnęła ciepłą dłoń, niemal natychmiast ją cofając. Przełamując wahanie i nieśmiałość, przesunęła się tak, aby wampir widział co robi i jeszcze raz wyciągnęła dłoń z wyprostowanymi palcami, tym razem powolnym ruchem. Musiała, po prostu musiała zbadać jak zachowa się tatuaż, gdy skóra będzie nieco rozciągana, jak będą wyglądały linie, jak układa się cieniowanie… Zabrała dłoń. Przez chwilę była zupełnie inną osobą, ale ta chwila minęła. Avery bezwładnie opadła na fotel, skrzywiła się, po czym wyciągnęła z kieszeni cyrkiel kreślarski.
Ale chyba nie aż tak świetna. ― Westchnęła rozdzierająco i zamilkła na chwilę. Poprawiła pozycję w fotelu. Coś się w niej delikatnie zmieniło. ― To dobra kompozycja. Może plecy bym zmieniła. I ramiona, ale… Obiektywnie to jest doskonale wykonane. Nie mój styl, jednak musiałabym być bardzo głupia i bardzo zadufana w sobie by nie przyznać, że ten kto to robił… Jest bardzo dobry. W tej technice ― lepszy ode mnie. ― W głosie wampirzycy nie było ani goryczy czy smutku, zazdrości ani zawiści, lecz zwykłe uznanie kunsztu innego artysty. ― A teraz powiedz mi Jonasie drogi, gdzie ja mam zmieścić tę walkę? Hm? Na tych ― łącznie ― czterech calach kwadratowych czystej skóry jaka Ci została do zagospodarowania na korpusie i ramionach?
Podciągnęła rękawy swetra, rozpięła mankiety koszuli i oparła lewe ramię na podłokietniku, a brodę na dłoni. Pod paskiem zegarka było widać fragment okrągłego kształtu.

Re: 302 Crockett St, Blanchard House [02/14/1999]

Avery nie komentowała wypowiedzi nietypowego klienta ani słowem; słuchała i notowała. Gdy Jonas przerwał i wyciągnął w jej stronę szkic nie zawahała się, odłożyła cienkopis i sięgnęła po płótno. Było to nietypowe dla dzisiejszych czasów medium, toteż Avery dotykała go niezwykle delikatnie. Nie wiadomo jak było stare albo... jak stara była osoba ów rysunek wykonała. Zanim rozwinęła owo dzieło, przez chwile ważyła je w dłoni. W końcu zdecydowała się spojrzeć co w sobie kryje.

Avery przyglądała się uważnie i w milczeniu, usilnie maskując rozczarowanie i starając się zachować neutralny wyraz twarzy, bezskutecznie. Wyglądała na lekko zawiedzioną.
Może jeszcze tribal do tego i jakiś napis na wysokości kości krzyżowej? ― westchnęła ciężko. ― Oczywiście jeśli to jest dokładnie to co miałoby być narysowane na plecach, bo tylko tam się zmieści... Jeśli tego właśnie chcesz... To mogę to zrobić. ― Ton głosu tatuażystki wskazywał umiarkowany entuzjazm. Wstała, wyglądała na zrezygnowaną. ― Tylko to nie jest walka. To jest... Ursula le Guin napisała kiedyś powieść "Lewa ręka ciemności jest prawą ręką światła", tytuł oddaje relację jaka zachodzi między tymi dwoma aspektami duszy czy człowieczeństwa. Bez światła nie da się zauważyć jak ciemny jest mrok. ― Wzruszyła ramionami. ― Ale to zupełnie inna sprawa. Ma być walka, będzie walka. Tylko... ― Pomachała na powrót złożonym płótnem i oddała je Jonasowi ― nie taka. To nie spętany mężczyzna rozrywa sam z siebie łańcuch, a jakiś piorun, zewnętrzna siła załatwiająca za niego cała robotę. Więc tu nie ma walki, tu światło rozrywa łańcuchy pętające bestie. A co robi bestia gdy nie jest spętana? ― uśmiechnęła się.


Idę po miarkę. Zdejmij koszulę, muszę zmierzyć moje teatrum belli. ― Blanchard znów udała się w głąb mieszkania, rzucając jeszcze na odchodnym jedno zdanie ― Wiesz, że niebo zmieniło kolor? Za czasów Homera było brązowe. Niebieski nie istniał, bo nie miał nazwy. Wszystko jest kwestią percepcji i potrzeb.

Re: 302 Crockett St, Blanchard House

Czego mogłaby chcieć? Nie zastanawiała się nad tym wcześniej. Pieniądze zawsze były miłym dodatkiem, ale ta transakcja miała charakter barteru, gdyż prawdziwą przysługą była możliwość pracy na niestandardowym materiale jaką stanowiła skóra Spokrewnionego. Oczywiście już wcześniej próbowała na sobie, ale tatuaż zawsze znikał następnego wieczoru. Było to nader praktyczne - mogła dzięki temu przećwiczyć skomplikowany wzór, dobór kolorów i ich natężenie, aby gotowy, ostateczny rysunek prezentował się jak najkorzystniej na skórze klienta. Pieniądze jednak… przeliczyła w myślach środki zgromadzone na kontach, skarbonkach i w portfelu. Nie. Nie było jeszcze palącej potrzeby, a i sama myśl oczekiwania pieniędzy za taką usługę… wydawała się jej brudna. Blanchard, stojąc już w przejściu do korytarza, skrzywiła się z niesmakiem.
― Jeszcze nie wiem jak duży, jak skomplikowany i gdzie umieszczony miałby być ten tatuaż. Ile godzin pracy będzie wymagał. Ale wiem czego chcę, choć nie wiem jeszcze kiedy będę tego potrzebować. Moja, jak twierdzisz, wyjątkowa i rzadka umiejętność, za coś, co ty potrafisz. Plus jeden dolar. ― Spojrzała na łom trzymany w ręce, skrzywiła usta. ― Za chwilę wrócę. ― odwróciła się i zniknęła w głębi domu. Po chwili dało się usłyszeć głos Kurta Cobaina śpiewającego dla MTV “Man who sold the world.”
A jeszcze później kilka niemieckich przekleństw w wykonaniu panny Blanchard.


Avery powróciła po około pięciu minutach, bez niebezpiecznych narzędzi, ale za to ze szkicownikiem, kompletem kolorowych cienkopisów w dłoniach i wyrazem silnego zakłopotania malującym się na twarzy. Stanęła nieco przygarbiona w odległości około siedmiu stóp od Jonasa i wyraźnie nie wiedziała od czego zacząć. Kurt Cobain w tle domagał się zaświatów według wizji Leonarda Cohena.
Więc… Cóż… Tak się niezręcznie składa, że… nie mam portfolio. ― pochyliła głowę by ukryć wypełzający na twarz rumieniec. Czasem krew była aż nazbyt chętna by pomagać w utrzymaniu pierwszej tradycji. ― To znaczy takiego prawdziwego, z okładką i w ogóle. Madame pewnie ma jakieś szkice. I zdjęcia. ― Skrzyżowała ramiona na piersi. ― No nie wszystko wymaga dokumentacji. Nie wszystko jest jej godne. ― dodała zdecydowanie ciszej. ― Poza tym najważniejsze jest w internecie. ― szybko uzupełniła odpowiedź i odetchnęła z ulgą.

Oczywiście, jeśli to konieczne, mogę coś uzbierać do pokazania zanim siądziemy do pracy. Najpierw muszę poznać temat, znaczenie rysunku, ewentualne inspiracje, oczekiwany efekt. Dopiero potem zrobię szkic, poproszę o komentarz do szkicu, zrobię poprawki, projekt, poprawki projektu i dopiero właściwa sesja. ― Avery wyraźnie się ożywiła mówiąc o swojej metodzie pracy. Odgarnęła włosy z czoła, rzuciła szkicownik na kanapę i związała niedbale włosy wyciągniętą z kieszeni frotką. Brązowe oczy lśniły. ― Możemy zaczynać pierwszy etap. Co to będzie? ― Usiadła na kanapie, zdecydowanie swobodniej niż poprzednio, ułożyła sobie szkicownik na podkurczonych kolanach i otworzyła skuwkę czarnego cienkopisu. ― Oczywiście jeśli przystaniesz na moją cenę...

W tle Kurt rozpoczynał kolejną piosenkę.

Re: 302 Crockett St, Blanchard House [02/14/1999]

Wraz ze zmniejszeniem odległości dzielącej oba wampiry, natężenie dyskomfortu i napięcia jakie odczuwała Avery rosło. Mimo to postanowiła nie zmieniać pozycji, zachowując neutralny wyraz twarzy. Jedynie włosy na karku nieco się podniosły, zakryte wargami kły lekko wydłużyły, końce palców zaczęły delikatnie mrowić, a krew, jakby cieplejsza niż zwykle, zgłaszała ochoczo gotowość do służby. To nie był strach, to było instynktowne przygotowanie do walki.
Mimo iż formalnie nie padła żadna groźba werbalna.
Nie musiała.

Blanchard skupiła się na rytmicznym, powolnym oddychaniu, nie za głębokim, nie za płytkim. Ruch mięśni, ruch powietrza. Powtórzyć. Nawet za życia była to łatwo dostępna technika pozwalająca opanować stres. Teraz zaś, gdy oddychanie wymagało świadomego wysiłku umysłowego ― działało prawdziwe cuda. Nie spuszczała z Jonasa wzroku, skupiła się na drobnych detalach twarzy - zmarszczkach powiek, fakturze skóry i długości rzęs. Na kolorze oczu. Na kształcie nozdrzy. Trwało to chwilę, w końcu zwierzę w środku, które z niewiadomych przyczyn w wyobrażeniach Avery przybierało formę wściekłego dobermana, warknęło niezadowolone, zdezorientowane i obrażone na trzymającą je smycz.
Gdy Jonas się odwrócił i odsunął, poczuła natychmiastową ulgę. Wciągnęła głęboko powietrze i ziewnęła, odruchowo, z przyzwyczajenia.


Naprawdę zależy mi na usłyszeniu odpowiedzi na moje pytania zanim cokolwiek zrobię. Nie zadawałabym ich, gdyby było inaczej. ― Odparła zupełnie spokojnie, nie zdradzając śladu jakichkolwiek emocji innych niż znudzenie. ― Jesteś w stanie tyle zapłacić? ― Zawiesiła na chwilę głos. Cała jej mowa ciała wyrażała zwątpienie. Wreszcie machnęła ręką i wstała z kanapy. Wyciągnęła ukryty łom i idąc w głąb domu dodała tylko ― Nieważne... To kosztuje... Przysługę. Jak dużą? Sam ocenisz.

Re: 302 Crockett St, Blanchard House [02/14/1999]

Gdy Jonas podszedł bliżej zmusiła się do pozostania w poprzedniej pozycji mimo nagłego, silnego dyskomfortu spowodowanego zmniejszeniem dzielącego ich dystansu. Spięła mięśnie, zagryzła zęby na ułamek sekundy, tylko po to by zmusić się do rozluźnienia martwego ciała. Przypomniała sobie ojca i jego kolegów, wyobraziła sobie jak zachowaliby się w podobnej sytuacji. Nie, żaden z nich nie pozwoliłby na takie zachowanie w swoim domu. Fake it till you make it.

Oparła lewą dłoń luźno na podłokietniku kanapy i założyła nogę na nogę. Prawe przedramię spoczęło na udzie, a jej szczupłe palce wystukiwały leniwy rytm na kolanie. Musiała podnieść głowę aby zachować kontakt wzrokowy; kiedyś, kiedy jeszcze jej zależało na tym by pasować do otoczenia, czytała że to jest ważnym elementem udanej komunikacji. Później dowiedziała się empirycznie, że w tym szczególnym społeczeństwie to może nie być najlepszy pomysł. Niektórym członkom tej społeczności nie rzucało się wyzwań, po prostu. Niemniej jej ojciec przybierał taką postawę zawsze gdy oczekiwał wyjaśnień. Postanowiła go wiernie skopiować.
Tak, słucham muzyki przy pracy. Depeche Mode na przykład. Szczególnie lubię Enjoy the Silence. ― Mówiła spokojnym, powolnym tempem, lekko obniżając swój tembr głosu, dzięki czemu południowy, leniwy akcent stał się bardziej wyraźny. Uśmiech zniknął z twarzy Avery, jedynie jego resztki pozostały na dnie źrenic i w delikatnych zmarszczkach wokół oczu. ― Właściwsze do słuchania muzyki są kluby albo sale koncertowe, ostatecznie wielkie stadiony. Mój dom nie jest żadnym z tych miejsc, zbyt niski sufit, nieodpowiednia akustyka. ― Rozłożyła lekko dłonie w geście bezradności, akcentując tym ostatnie zdanie.
A skoro nie zebraliśmy się tutaj by doświadczać muzyki... Czego Pan właściwie tu szuka? W jakim celu skierował się Pan pod mój dach, tego akurat wieczoru? ― Zorientowała się, że to może by za wiele pytań kierowanych pod adresem mężczyzny o zdolności skupienia uwagi właściwej słodkim szczeniaczkom, ale potrzebowała odpowiedzi. Czuła, że to trzymane na krótkiej smyczy stworzenie mieszkające w środku Avery szykuje się do skoku. I nie był to przyjazny biszkoptowy labrador, który poliże cię po twarzy. Pytanie z czego była zrobiona smycz.
Zatem od początku. Kim jesteś; zaznaczam, warto przedstawić się w sposób właściwy, imię rzadko jest wystarczającą informacją gdy spotykają się obcy ludzie. Referencje, afiliacja ― pewne rzeczy ułatwiają. Następnie chcę wiedzieć skąd masz ten adres ― imiona, nazwiska są jak najbardziej na miejscu. Kolejna kwestia ― czego ode mnie chcesz ― konkretnie. ― Poruszyła lewą ręką odsłaniając męski zegarek na nieco wytartej metalowej bransolecie. Zerknęła na cyferblat, po czym wróciła spojrzeniem do twarzy Jonasa.
Możesz zacząć mówić. I nie stój tak nade mną. Po nieco wytartym obiciu można łatwo rozpoznać, że ten chesterfield nie ma jeszcze w sobie okruchów mojej duszy. Można siadać spokojnie. ― Uśmiechnęła się. To była taka piękna katastrofa!

Re: 302 Crockett St, Blanchard House [02/14/1999]

Przyglądając się zachowaniu Jonasa, Avery kolejny raz uświadomiła sobie, że to jest właśnie powód dla którego mieszka sama i stroni od spędzania swojego wolnego czasu w towarzystwie istot z działającym aparatem mowy. Siedziała bezczynnie na kanapie, przysłuchiwała się wypowiadanym słowom, starała się śledzić ciąg zdań, przyglądała uważnie ruchom i mimice Jonasa usiłując zgadnąć do czego był przyzwyczajony za życia.
W jej oczach odbijał się jako mężczyzna zdecydowanie ekspresyjny i energiczny, wesoły i odważny, a raczej śmiały. Nie był kimś, kto walczy - brakowało mu tego charakterystycznego skupienia, niewerbalnego wyzwania rzucanego światu samą postawą ciała. Nie był z jej plemienia. Tak, znowu poczuła się jak podczas ćwiczeń z rysunku, gdy najważniejsza ― oprócz koordynacji oko-ręka ― była zdolność obserwacji, by wyciągnąć to co najistotniejsze. Westchnęła, zupełnie po ludzku. Wspominała przeszłość, a a przecież mogła właśnie robić coś pożytecznego, na przykład szlifować nogi giętych krzeseł. Tak to jest, gdy łamiąc swoje zasady, zmienia się algorytm działania i niespodziewanie znajduje w sytuacji dla siebie nietypowej, a tym samym trudnej do przewidzenia. Irytowało ją to nieco, jak również irytowały ją te natrętne myśli o przemocy. Może to właśnie była manifestacja tej legendarnej Bestii? Może. Jako osoba nauczona kontrolowania swoich impulsów rzadko doznawała prawdziwego wzburzenia, zatem nie miała szansy do tej pory doświadczyć tego charakterystycznego dualizmu, o którym opowiadano jej po... Tamtym zdarzeniu. Może jej wewnętrzny drapieżnik objawiał się inaczej niż opowiadano? Wszak było tyle możliwych strategii polowania, a każda rozbudowana o warianty zależne od przystosowań danych zwierząt do środowiska, pamiętała to jeszcze z zajęć biologii w szkole średniej. Jonas wydawał się jej niegroźny, niepraktyczny, co nie oznaczało, że można sobie pozwolić na lekceważenie innego drapieżcy. W końcu oposy też są słodkie, a mimo to mają ostre zęby. I są ogólnie wredne. Dlatego zachowała czujność, mimo iż intuicja podpowiadała jej, że nie jest niebezpiecznie.
W każdym razie nie tu.

Skrzyżowała ramiona na wysokości martwego serca, które aktualnie biło, przymuszone do tego przez umysł i słodką vitae. Przy każdym kolejnym wypowiadanym zdaniu marszczyła brwi, zastanawiając się jakie też może drugie dno tej sytuacji. Gość wzgardził prezentem, mimo deklarowanego zachwytu. Może nie miał niczego, czym mógłby się odwdzięczyć. Może chodziło o coś innego. O co? Nie wiedziała, a zapytanie wprost było czynem nie do pomyślenia. Wolała czekać przygotowana.
Cząstki duszy? Pff... ― prychnęła. ― Lepiej w takim razie nie siadaj na żadnym meblu... ― spojrzała na lśniące deski podłogi. ― I tak właściwie, Panie Jonasie, podążając za tą metaforą, to całkiem literalnie depczesz Pan po mojej duszy ― dodała, starajac się by zabrzmiało to jako żart, po czym uniosła prawą dłoń do podbródka, zasłaniając nieco, choć nie całkowicie, swój piękny, szeroki uśmiech.

Re: 302 Crockett St, Blanchard House

Uśmiechnęła się mimowolnie, pokręciła głową. Zgadywała, że musiał być jednym z nich, niepraktycznych admiratorów sztuki. Prawdopodobnie sam nie potrafił nic stworzyć, ale doceniał tę umiejętność w innych. Jak Baumgarten. Nie oceniała takiej postawy negatywnie, w końcu na cóż tworzyć piękno, którego nikt nie zobaczy? Miała odpowiedź na to pytanie; całe jej istnienie było odpowiedzią, niewypowiadaną.
Schowała łom za plecami i poszła do salonu. Siadając, wcisnęła metalowy pręt w szczelinę między oparciem a poduszkami siedziska musztardowej kanapy. Z tej pozycji przyglądała się swojemu gościowi wzrokiem pozbawionym jakichkolwiek sentymentów. Mógł być każdym, dlatego najbezpieczniej założyć wariant najmniej korzystny i podjąć takie kroki, które pozwolą jak najmniej stracić.
To? ― Wskazała na obrazki zawieszone na ścianach. Przeleciała po nich kontrolnie wzrokiem. ― To tylko żarty, które nie są śmieszne. Postmodernistyczna zabawa umysłu znudzonego wycinaniem banałów. Wstyd się przyznać, ale tak, jest tego więcej. Ludzie zadziwiająco często chcą podkreślić swoją indywidualność czymś, co noszą setki innych osób. Byłoby to nawet zabawne, gdyby jednocześnie nie było tak cholernie smutne. ― Avery szybko zakryła dłonią usta, spuściła wzrok i wbiła go w podłogę, speszona. ― Przepraszam... ― wymamrotała ― Zazwyczaj nie przeklinam..
Wampirzyca skuliła się znowu w sobie. Dawno tak długo z nikim nie rozmawiała, w końcu, po jakichś czterech latach do ludzi dotarło, że sesja u Avery to nie mycie, strzyżenie i modelowanie; tam się nie gada. Jednak jej gość, mimo iż mienił się być fanem talentu i tak dalej, ignorował ten aspekt jej działania ― mówił i mówił i mówił. Szybko i dużo. I wybiórczo. Blanchard przeklinała w duchu swoja towarzyska nieporadność. Gdyby mogła jakoś sprowokować go do zdradzenia celu wizyty. Jedyne co aktualnie przychodziło jej na myśl, to przewrócenie gościa na podłogę, złapanie za gardło i tłuczenie głową o deski tak długo aż nie powie jej dlaczego naprawdę tu przyszedł. Zamiast tego jednak w desperackiej próbie bycia dobrą gospodynią zaproponowała coś innego.
Jeśli któryś z tych żartów się Panu podoba, proszę go sobie wziąć. Po prostu.

Re: 302 Crockett St, Blanchard House

Po chwili wahania Avery otworzyła szerzej drzwi. Wciąż ściskała w dłoni łom.
Mieszkałam w centrum. Pracuję w centrum. Wystarczy. ― Uśmiechnęła się, dość niepewnie, spojrzała na trzymane narzędzie, uniosła je nieco. ― Czasy są jakie są. Morderstwa. Napady. Nigdy nie wiadomo. ― Wzruszyła ramionami. ― No dobra. Panie Jonas. Czego Pan ode mnie chce?

Skrzywiła się nieco. Wreszcie wychowanie i ciekawość wzięły górę nad rozsądkiem. Cofnęła się o krok. Zrobiła zapraszający gest dłonią, nieco zrezygnowana.
Proszę. Chyba właściwe będzie usiąść.

Re: 302 Crockett St, Blanchard House

Speszyła się słuchając potoku słów niespodziewanej pochwały przyjemnie łechcącej zawodową dumę. To było coś więcej niż komentarz “Niezła kreska” na BMEzine. Bardziej… zobowiązującego.
Eee... ja... Ja tylko... ― Pustka w głowie, totalna, czarna pustka. ― No lubię tatuaże.
W zasadzie tu powinna skończyć swoją wypowiedź, zamknąć drzwi, ale pustka wybuchła jej w głowie słowami.

Materia, na której pracuję, nie wybacza błędów i z szacunku do niej nie mogę sobie pozwolić na lekkomyślną... ― Avery mówiła cicho, panując wprawdzie nad głosem, ale jednocześnie lewą dłonią mnąc rozciągnięty ściągacz rękawa w zakłopotaniu. Wbiła wzrok w buty gościa, odnotowując mimowolnie układ dziurek wyciętych w skórze pantofli. Brogues. Powoli czuła, że zaraz się zarumieni. Nabrała przekonania, że nieznajomy był jednym z nich, mistrzów subtelnych tortur. Westchnęła. ― Niepewność.
Tak naprawdę jestem tylko rzemieślnikiem ― wzruszyła ramionami. ― Jedną z wielu osób współtworzących te sześć tysięcy lat historii. Wiem, że sporo mi brakuje do osiągnięcia mistrzostwa, nie wszyscy to widzą, ale… ja wiem. Czeka mnie jeszcze dużo, naprawdę dużo pracy.― Przyznała wyraźnie zawstydzona. Zmusiła się do podniesienia wzroku, uśmiechnęła się nawet lekko, dość bezbronnie.
Niemniej jednak… Dziękuję za słowa uznania. Musiał sobie Pan zadać sporo trudu aby mnie znaleźć, panie…
Zawiesiła głos. W idealnym świecie elizjów, to akurat wiedziała, powinien przyjść z kimś, kto mógłby ich sobie przedstawić. Udzielić referencji. Nieznajomy wiedział kim jest Blanchard, czym się zajmuje i gdzie, a także najwyraźniej czegoś chciał, więc tutaj kwestia ewentualnego, lekko zasugerowanego starszeństwa nie wchodziła w grę. Mimo iż nie znajdowali się w skodyfikowanej etykietą rzeczywistości, nadal był to jej dom. Kolczaste, bardzo stare stworzenie w środku duszy podpowiadało, że to Avery decyduje, kto może przekroczyć jego próg.

Re: 302 Crockett St, Blanchard House [14.02.1999]

Pamiętać o oddychaniu. To, co kiedyś było żartem, dzisiaj stanowiło jeden z elementów kamuflażu, o którym w jej pracy nie mogła zapominać.
Gdy nieznajomy podniósł prawą dłoń w uniwersalnym geście powitania, Blanchard natychmiast spojrzała co trzymał w lewej i równie szybko poczuła się absolutnie głupio. Wbiła wzrok w próg swojego domu. Stała oto z ciężkim, metalowym prętem w dłoni i traktowała nieznajomą, ale najprawdopodobniej przyjaźnie nastawioną osobę jako intruza, pułapkę, bezpośrednie zagrożenie istnienia.

Tata byłby naprawdę dumny. Uśmiechnęła się do siebie, lekkim, prawie niezauważalnym cieniem uśmiechu. To wszystko - miała na myśli cały ten uśmiech, postawę ciała, odzienie i ogólny szarm chłopaka - było w końcu samobieżną pułapką. Jeśli to był jeden z nich, to nie wiadomo jak stary chłopak nie ma problemu ze znalezieniem sobie śniadania. Wyglądał wszak na adresata klasycznego podrywu na tatę-architekta.
Cisza się przedłużała, sytuacja była może i malownicza, ale trzeba coś powiedzieć. Naprawdę, w tej chwili wolałaby aby to było włamanie. Miałoby przejrzystszą procedurę. Nie trzeba rozmawiać. Poprawiła łom w dłoni. Postanowiła, że będzie naprawdę miła, ale asertywna. Potraktuje to jako trening przed zawodami.
Ładne buty. ― I tyle było z pierwszego wrażenia. Brawo. Miała ochotę natychmiast zatrzasnąć drzwi, schować się do szafy i udawać, że nie istnieje. Wzięła głęboki oddech, trochę z przyzwyczajenia, trochę dla dobra sprawy. W końcu nie wiadomo kto zacz. ― Erm... Dobry wieczór? Tak? Jak... Jak mogę pomóc? ― Mówiąc przeciągała nieco słowa z wyraźnym, leniwym południowym akcentem.
Avery przywołała się do porządku. Najtrudniejszy był start, a ten, choć niezręczny, miała z głowy. Uczucie lęku minęło, to coś, co kotłowało się w środku, jak karaluchy w nagle oświetlonej kuchni, schowało się gdzieś w zakamarkach jestestwa.
Podniosła głowę, spojrzała na nieznajomego. Patrząc na tę twarz nie sposób było powstrzymać się od uśmiechu. Nawet martwe mięśnie mają coś na kształt pamięci.

Re: 302 Crockett St, Blanchard House

Avery nie spodziewała się gości w swojej samotni, ale z drugiej strony... Tego wieczoru z radością podjęłaby nawet świadków Jehowy, byleby choć o jedną noc odsunąć przykry obowiązek wstąpienia do piekła jakim są inni Spokrewnieni.
Poczuła narastający lęk, który rodził się jak zwykle w okolicach kręgosłupa. Nie była ostrożna. Ktoś przyszedł za nią ze sklepu. Popatrzyła znów na nagłówki.

Masakra w Roosevelt.
Poszła do warsztatu. Wzięła stamtąd łom.
Morderstwa w La Salle. Takie rzeczy zdarzają się wszędzie, nawet w porządnych dzielnicach.

Skupiając się na tym co robi, podeszła cicho i ostrożnie do okna, starając się być niewidoczna dla ewentualnych zewnętrznych obserwatorów. Przyjrzała się mężczyźnie notując szczegóły wyglądu. Blondyn nie wyglądał znajomo, najprawdopodobniej wcześniej nie trafił jej pod igłę. Był też ubrany inaczej niż większość znanych jej ludzi. Ludzi.
Brak płaszcza. Szalika. Nie trząsł się z zimna.
Mimo to nie miała całkowitej pewności, że to jeden z nich. Ileż to razy dla wygody zostawiała płaszcz w samochodzie? Kontrolnie rzuciła okiem czy gdzieś nie stoi przy krawężniku zaparkowane obce auto, po czym zmusiła się do nabrania kolorów. Podeszła do wejścia, łom w prawej ręce, dusza na ramieniu. Otworzyła do połowy, opierając się prawym barkiem o drzwi, tak aby dłoń z niebezpiecznym narzędziem była ukryta. Obejrzała gościa od góry do dołu i skupiła wzrok na kołnierzyku i szyi w poszukiwaniu oznak ewentualnego oddechu.

Re: 302 Crockett St, Blanchard House

14 lutego
Cóż można robić 14 lutego gdy nieszczególnie ma się plany na romantyczną kolację przy jednostajnym brzęczeniu silnika maszynki do tatuaży?
Można na przykład patrzeć jak farba schnie na drewnianym krześle.


Avery tego wieczoru zdążyła przedarzeć się przez śnieg i zaspy do najbliższego SevenEleven niczym Amudsen na biegun południowy. Z tą różnicą, że poszła po gazety i papierosy, nie po to by zatknąć flagę na środku niczego. Mimo zdradzieckiej pogody udało jej się (jak i Amudsenowi zresztą) powrócić z łupami i totalnie przemoczonym obuwiem. Nie tego spodziewała się po klimacie morskim, zdecydowanie nie tego.
Wrzuciła adidasy do suszarki bębnowej i zabrała się do rozkładania dzienników na blacie warsztatu, by uchronić go przed zabrudzeniami. Przy okazji rzuciła okiem na nagłówki newsów. Co ciekawsze słowa czy nawet stwierdzenia wycinała - mogły przydać się do kolaży, tak jak zebrane wczoraj ulotki. Jeden kolaż planowała, był rozłożony nieopodal. Can't buy me love i biżuteria. Jeszcze nie to.
Bezrefleksyjnie pomijała doniesienia o masakrach, zabójstwach i... Love is in the air? Naprawdę? Wycięła całego newsa i odłożyła na bok. Gdy wróciła wzrokiem do gazety oczy trafiły na odpowiedni bodziec. Zaklęła. "Odsunąć się z życia publicznego" w przypadku Księcia znaczyło tylko jedno.
Znowu będzie musiała iść do Teatru. Tym razem będzie inaczej. Tym razem zorientuje się, kto jest aktualnym władcą tego miasta zanim się przedstawi.
Krzesło musi poczekać.

Wyszukiwanie zaawansowane