Znaleziono 164 wyniki

Re: 2125 Terry Ave, Pan Pacific Seattle Hotel [02.15.1999]

W sytuacji, w jakiej został postawiony Wiktor, niewielu zachowałoby tak zimną krew. Niewielu byłoby tak spokojnych, jak on. A przecież nie dało się po nim poznać jakiegokolwiek zmartwienia, przerażenia ani niepokoju. Wyczuwalna napięta aura w otoczeniu mężczyzn wynikała z nieprzyjemnych okoliczności i ich konsekwencji. Ochroniarze nie mieli pojęcia kim są osoby przed nimi, nie byli świadomi istot nadnaturalnych, z którymi się właśnie zmierzyli. Paradoksalnie w takiej sytuacji to oni mieli przewagę, nie zaś Lasombra i towarzyszący mu Ghule. I to była jedna z tych sytuacji, w której Spokrewnieni musieli dostosować się do ludzi, nie zaś oni do nich. Jedna z niewielu. Jedna z tych, w których istota o wiele potężniejsza od nich musiała się ukorzyć. Dla Lasombry i wojskowego to było nie do pomyślenia.
W tej chwili ważyły się jego losy, ale i nie tylko.
Także cierpliwość.
Panowie wysłuchali pierwszych słów Wiktora, ale ich mimika nie zmieniła się. Nic nie wskazywało na to, by ich nastawienie jakkolwiek zostało zmiękczone w stosunku do Smiertina.
— Zgodnie z regulaminem hotelu będą musieli Państwo pokryć koszty uszkodzenia mienia. To, czy stało się coś poważnego, zostanie ocenione przez policję. Wszyscy z Państwa złożą zeznania. — Odpowiedział mężczyzna nie ruszając się ani trochę. Jego głos i to, jak mówił, wskazywały na wypowiadanie wyuczonej formułki. Zdawał się nie mieć żadnych emocji. Wampir wiedział, że stojący przed nim człowiek może być byłym wojskowym, a Ci, pod względem podporządkowywania się zasadom i rozkazom, są skrupulatni. Mężczyzna wyglądał właśnie na kogoś, kto nigdy nie sprzeciwił się swojemu dowódcy. Stał sztywno, ze złożonymi rękami, z głową lekko odchyloną ku górze, jakby nie patrzył na Smiertina, ale całe otoczenie. Spokrewniony usunął się w bok, by przepuścić Ruslana i Leonarda; pierwej wyszedł Rosjanin z przewieszonym na ramieniu Jose. Stanął pod ścianą naprzeciwko tak, by móc teraz obserwować nie tylko Wiktora, ale i całą resztę zgromadzonych osób. Leonard wyszedł zaraz za nim, a drugi ochroniarz gestem ręki wskazał mu miejsce obok Ruslana. Ten zaś, jakby wyczuwając okazję, odezwał się. Głośno, tak by wszyscy na zewnątrz go słyszeli.
— Emerytowanych żołnierzy!? Ani ja, ani mój towarzysz, którego ten facet obezwładnił kolbą pistoletu, nie jesteśmy żołnierzami. Ani tym bardziej emerytami! Zostaliśmy wciągnięci w pułapkę! Nie jesteśmy żadnymi kumplami! Ten facet próbował mnie zabić! — Ochroniarze nie zareagowali na te słowa, a przynajmniej nie w sposób siłowy. To jeszcze nie był ten moment, w którym należało użyć siły. Ruslan poczuł się bezpiecznie i wykorzystał sytuację na swoją korzyść.
— Jak już wspomniałem, złożą Państwo zeznania. To nie mi będą się Państwo tłumaczyli, lecz policji i dowódcy ochrony. — Dodał ze zniecierpliwieniem. Być może wiedział, że Wiktor kłamał w kwestii postrzału i mężczyzny, który wybiegł na zewnątrz, a być może wyczuł desperację i zastraszenie w głosie Ruslana. — Jeszcze raz proszę Pana o wyjście na korytarz. — Dodał po kolejnych wyjaśnieniach Smiertina. Kątem oka spojrzał na mundur galowy, który wampir rozsunął, ale nie wydawał się poruszony opowieścią gościa. Niezależnie od tego czy kłamał czy mówił prawdę, Wiktor wyczuwał, że jego to po prostu nie obchodzi, a cierpliwość powoli zaczyna się kończyć. Jego zadaniem było odprowadzenie wszystkich zebranych do pokoju ochrony, w którym mieli poczekać na przyjazd policji i zostać przesłuchani. Próba przekonania ochroniarzy była o tyle trudniejsza, że na zewnątrz stali niektórzy goście i obserwowali całe zdarzenie. Jedna z kobiet niemal krzyknęła z poruszenia łapiąc się za klatkę; dwaj stojący panowie, którzy dotychczas tylko szeptali, teraz zdawali się mówić znacznie głośniej, jakby chcąc wyrazić swoje niezadowolenie z zaistniałej sytuacji. Na końcu korytarza jeszcze stał pewien mężczyzna, wyjątkowo elegancko ubrany, który w ciszy wszystko obserwował. Ważył się nie tylko wizerunek hotelu, ale i jego wiarygodność w stosunku do klienta. Stojący za swoim przełożonym mężczyzna uśmiechnął się ironicznie gdy wampir wyciągnął z portfela pieniądze. Być może wszystko poszłoby zgoła inaczej gdyby nie było żadnych świadków, a w hotelu nie doszłoby do pościgu ani nie padłby strzał słyszalny na całym piętrze. Być może nawet by mu się powiodło gdyby nie musiał zakrywać swoich oczu okularami przeciwsłonecznymi i miałby zdolności dorównujące Ventrue.
— Proszę Pana. Raz jeszcze proszę o wyjście na korytarz. Proszę ostatni raz. — I odsunął się na bok stając z boku, by tym samym pokazać, że nie ustąpi. Wyciągnął też rękę wskazując korytarz, by spotęgować swoje słowa.
Jakby tego było mało, rana postrzałowa wciąż się goiła. Byłoby zupełnie inaczej gdyby kula nie przeszła na wylot... Vitae w ciele Smiertina działała wolno, w tych trudnych chwilach zdecydowanie za wolno. Nie potrzebował już pompować więcej krwi, ale musiał poczekać aż ta w pełni zregeneruje jego martwe tkanki. Wszystko wewnątrz już prawie-prawie się zagoiło, ale zostały jeszcze te rany, które mogły mu utrudnić dzisiejszą noc. Dwie zewnętrzne dziury.

Re: 4401 15th Avenue Bridge

Czegokolwiek David się dowiedział… Wszystko mogło być tropem. Lub wręcz przeciwnie, nie być wcale. Lasombra doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że każdą wskazówkę należy zbadać, lecz wiedział również, że nie zawsze muszą one coś znaczyć. Niekiedy detektywi bardzo upierali się przy jakiejś tezie nie dostrzegając innych dowodów czy materiałów. Knightleya nic nie goniło, choć im szybciej zbada wszystkie powiązane z Johnem Doe — a może właśnie Stephenem? — ślady, tym lepiej dla śledztwa. Musiał mieć pełen obraz sytuacji, a bezdomni właśnie dostarczyli mu kilka informacji. Czy ważnych — to się dopiero okaże.
Ani Beatrice ani obejmujący ją mężczyzna nie odpowiedzieli na słowa Davida. Najwyraźniej oboje czuli, że spotkanie z nim chyli się ku końcowi, a milczenie miało to tylko potwierdzić. Na twarzy malarki pojawiło się obrzydzenie po wypowiedzianych przezeń słowach. Z kolei mężczyzna… Został zdominowany i nie mógł nic na to poradzić. Choć wyraźnie się temu wewnętrznie sprzeciwiał, choć nie podzielał zdania Davida, choć nie widział w tym wszystkim sensu — tak moc dyscypliny zadziałała zgodnie z życzeniem Lasombry.
— Patrick, nie! — Beatrice zerwała się, by powstrzymać chłopaka. Pijaczyna najpewniej był w stanie nietrzeźwości, bo niesprawnie odparowywał ciosy Patricka. Malarka natomiast nie miała większych szans… Cóż. Gdy David odchodził, słyszał dźwięki bójki. Nie musiał jej widzieć, by wiedzieć, że kara została wykonana.

| z/t dla Davida Knightleya

Re: 2125 Terry Ave, Pan Pacific Seattle Hotel [02.15.1999]

Jedyna zła decyzja Wiktora, tej nocy, to kazanie Martinowi stawienie się w hotelu w dzień po tym, jak ten wykonał dla niego zadanie. Niefortunne, trzeba dodać, choć bardziej niefortunnym wydawał się tutaj odstęp czasu. Gdyby nie to, Smiertinów nie spotkałaby przykra niespodzianka, a plany z pewnością zostałyby zrealizowane. W tych okolicznościach jednakże należało je diametralnie zmienić, a każdą kolejną decyzję dwukrotnie przemyśleć. Mogłaby ona zaważyć nawet na samej egzystencji Wiktora. Maskarada została już naruszona. Wystarczyło, by Javier zdołał uciec i powiedzieć swoim ziomkom o tym, co zobaczył. Czego był świadkiem. Od słowa do słowa… O złamaniu tejże, o dziwo, najpewniej dowiedziałby się Sabat, nie zaś Camarilla. A można było to wywnioskować po osobie Ruslana. Dla kogokolwiek pracował wątpliwym było, iż tą osobą okazałby się Lasombra Antritribu. Prawdopodobieństwo wydawało się niemalże zerowe. Jedyny były Sabatnik, o jakim Wiktor mógł zasłyszeć, to Keara Cross. Choć kto wie? Nikt nic o niej nie wiedział, nikt nie znał jej planów czy posunięć, nikt nie wiedział gdzie przebywa ani z kim. Równie dobrze mogła z ukrycia wprawnie manipulować jakąś częścią przestępczego półświatka i nikt nie musiał o tym wiedzieć. Rosjanin doskonale przecież wiedział jakie metody i sposoby mają Sabatnicy. Maskarada mogła też zostać naruszona raz jeszcze, w obecności większej ilości świadków… I tutaj już niestety nie Sabat, ale Camarilla miałaby coś do powiedzenia. Wiktor znalazł się w impasie, a najdrobniejszy błąd mógł go słono kosztować. I on o tym doskonale wiedział.
Istotnie, Wiktor nie posiadał w tym momencie zbyt wiele możliwości. Nie miał ani magii ani helikoptera, który zabrałby go stąd, by mógł w ostatniej chwili uciec przed wzrokiem wścibskich ludzi. Musiał podjąć teraz niezwykle trudną decyzję biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się w pokoju i w jakim tenże był stanie.
Leonard posłusznie stanął za ojcem — i, rzecz jasna, swoim Panem — przewieszając sobie przez ramię mundur Wiktora i trzymając w ręku kilka innych rzeczy. Nieważne jak bardzo chowałby się za swoim ojcem, wciąż byłby widoczny. Dlatego też, choć był z tyłu, to jednak w takiej pozycji, by mieć dogodny obraz na widok wszystkich osób. Ruslan zachował się podobnie do Leonarda; nie ruszył się z miejsca, a nawet poprawił sobie bezwładnie wiszącego kompana na ramieniu. Jakby nic go nie ruszało, wpatrywał się przed siebie. Trudno zgadnąć o czym myślał, ale pierwszy rzut na niego i możnaby wysnuć konkluzję, że jest wojskowym. Lub byłym wojskowym. Tak… Oni miewali czasem tak puste, bezosobowe spojrzenie, po którym wiedziało się, że to żołnierz.
Gdy Wiktor otworzył drzwi, jego oku ukazał się widok dwóch mężczyzn. Oboje stali w lekkim rozkroku trzymając ręce na wysokości krocza. Czarne marynarki, krawaty i spodnie oraz białe koszule. Charakterystyczne słuchawki w uszach. Jeśli mieli jakąś broń, to nie była widoczna. Ranne oko i dziura w czaszce z tyłu wciąż się regenerowały; Smiertin czuł jak vitae krąży w jego ciele spełniając swoje zadanie. Sekunda po sekundzie, minuta po minucie. Czuł także napiętą atmosferę jaka panowała na korytarzu. Kilka osób wyszło ze swoich pokoi, przerażeni i jednocześnie zaciekawieni całą sytuacją. Sytuacja Lasombry z każdą chwilą stawała się coraz bardziej niekorzystna. A wszystko to po to, by mieć swoich wrogów żywych…
— Klienci hotelu donoszą o niepokojących wydarzeniach rozgrywających się w Pańskim apartamencie. Na kamerach udokumentowano ucieczkę i pościg, który zaczął się stąd. Słyszano również wystrzał z broni palnej. Używanie broni w Pan Pacific Hotel jest zabronione. — Stojący na przedzie mężczyzna nie bawił się w podchody. Od razu przeszedł do rzeczy. Jego głos nie był nieprzyjemny; był po prostu pewny siebie, nieznoszący sprzeciwu; postawa i spojrzenie wyraźnie ukazywały jednostkę charyzmatyczną i silną. Drugi z ochroniarzy z kolei skupił się na otoczeniu wokół Wiktora. Zaobserwował Leonarda i Ruslana z kolegą na ramieniu. — Proszę wyjść na korytarz. — Powiedział pierwszy i odsunął się na bok, by zrobić im miejsce. Jednocześnie obaj panowie uważnie im się przyglądali.

Re: 4401 15th Avenue Bridge [02.15.1999]

— Z Beatrice? Mówi się, że widuje swojego zmarłego męża. To po jego śmierci zwariowała. — Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w ogień znad blaszanej puszki. — Pod postacią ducha. — Podniósł wzrok na Davida. — Tak poza tym jest bardzo w porządku. Cicha. Spokojna. Tylko ten niby duch… Trochę jej to siadło na psychice. Nawet nie trochę. Aż za bardzo... — Knightley, jako dawny członek Sabatu wiedział, że istnieją takie istoty nadprzyrodzone jak duchy. Dla śmiertelnika to było coś niemożliwego, coś, co nie miało prawa istnieć, co było zabobonem. Jednakże, dla Davida ta informacja rzucało światło na personę malarki. Wyjaśniała dużo rzeczy; jej zachowanie przede wszystkim. Facet spojrzał na kobietę ze smutkiem w oczach. Zalała go fala współczucia wobec niej. Przeniósł wzrok na Knightleya, zacisnął zęby i powoli podszedł do Beatrice kładąc jej rękę na ramieniu. Ta jednak nie uniosła głowy, nie wstała, nie wykonała żadnego gwałtownego ruchu. Tylko siedziała z głową w ramionach, w nogach, pochylając się to w przód, to w tył. Gdy jednak kolega przykucnął obok niej, drugą rękę kładąc na jej dłoni, ona powoli, niepewnie, uniosła ku niemu głowę. Na początku miała mocno zaciśnięte oczy jakby nie chciała przyjąć do wiadomości, że już jest bezpieczna, że już nikt jej nie napastuje. Aż wreszcie rozwarła powieki wpierw spoglądając w ślepia mężczyzny z niezrozumieniem, lecz z upływem czasu stawała się pewniejsza siebie, spokojniejsza.
— Ten pan pyta czy posiadasz jakieś informacje o Stephenie. Chciałby znaleźć jego mordercę.
— Wiem, o co pyta. — Odparła nieco gniewnie, jakby z brakiem zaufania do Davida. Nic dziwnego; pojawił się tu znienacka, nikt go nie znał… Dalsze słowa wypowiedziała jednak powoli i bez antypatii. Uniosła głowę patrząc na wampira. I to całkiem trzeźwo. — W noc tego brutalnego zabójstwa — bo nie mogę powiedzieć, by była to łaskawa śmierć, skoro stracił całą krew — Stephena znaleziono na terenie Blue Ridge… Najpewniej odwiedzał więc jedną z bibliotek. Ballard Carnegie Library lub Seattle Metaphysical Library. Miał tam schronienie, w Blue Ridge Circle. Nie było go kilka dni, więc nie wiem czy wracał do nas czy szedł do biblioteki. — O dziwo, to od malarki David dowiedział się najwięcej. To ona okazała się być tu najbardziej użyteczną. Jeszcze nie tak dawno obejmujący się facet spojrzał ciepłymi oczami na kobietę i sam uniósł głowę ku Lasombra.
— Stephen chciał pomóc Beatrice. Szukał informacji o jej stanie psychicznym. — Dodał niepewnie, jakby nie wiedział czy jej to nie będzie przeszkadzało. Wszystko wskazywało jednak na to, że denata i malarkę łączyła silna więź.
— Powiedzieliśmy Ci wszystko, co wiemy. A teraz odejdź. — To słowa Beatrice. Silne, pewne siebie, wręcz nieznoszące sprzeciwu. Aż dziw, że było ją na coś takiego stać…

Re: 4401 15th Avenue Bridge [02.15.1999]

Beatrice żyła swoim własnym życiem. Skulona, z głową w ramionach, miarowo poruszając się to w przód, to w tył. Jakby złapała jakiś trans. “Pijaczek” — jak to go David określił — natomiast wybałuszył oczy i już chciał powiedzieć coś jeszcze, ale tylko zamknął usta. Za to z rękami zwieszonymi wzdłuż ciała, i z butelką w jednej ręce, zaczął przechadzać się to w jedną, to w drugą stronę.
Jakby David trafił do domu wariatów, a jego rozmówca był tu jedynym zdrowym na umyśle.
— Co? — Spytał odruchowo, jakby pytanie o schronienie było co najmniej idiotyczne. Najwyraźniej się jednak uspokoił. Wciąż nie patrzył na Davida, ale jego oddech zaczynał się wyrównywać. — Nie wiem. Wszyscy mieliśmy schronienie tutaj. — Poruszył głową wskazując wnętrze pod Avenue Bridge. — Był… Swoim gościem, ale żeby od razu przyjaciół? — Spojrzał na Beatrice. Zamilkł na dłuższą chwilę. — Ona. Stephen ją rozumiał. — Nerwowo wskazał ręką na malarkę. — Jeśli gadał o czymś dziwnym to tylko o wojnie Wietnamskiej i w Zatoce Perskiej.
Przywrócony post z 20.10.2018

Re: 2125 Terry Ave, Pan Pacific Seattle Hotel [02.15.1999]

Nie tylko Spokrewnieni i inne, nadnaturalne istoty zagrażały wolności i egzystencji ludzi. To również władza — zarówno ta sterowana przez potwory nocy, jak i nie… “Chcę iść do piekła, nie do nieba. W piekle będę miał towarzystwo papieży, królów i książąt, a w niebie sami żebracy, mnisi, pustelnicy i apostołowie”, jak to przed kilkunastoma laty napisał Machiavelli. Władza dyktowała warunki. Prawa i obowiązki. Podejmowała decyzje, których szary obywatel nie zauważał sądząc, że nie ma to na niego wpływu. Władza dawała siłę. Potęgę, o jakiej nie śniło się maluczkim. Nie każdy maluczki jej jednak pragnął, a co więcej — wiedział, jak po nią sięgnąć.
Wolność słowa? Ależ oczywiście. Nikt nie karał za wypowiedzenie kilku niestosownych słów. Wystarczyło jednak, by usłyszała je publiczność, a od tego już niedaleko do zlinczowania. Tak samo, jak i wykonanie jakiejś rzeczy, nie do końca zgodnej z moralizmem… Wystarczyła jedna pochyła, by ludzie pomyśleli i zrobili swoje. Może i byli wolni, lecz wciąż ograniczeni. Przez zasady moralne. Zwyczaje, obyczaje, stosowne zachowanie się. Uznanie hierarchii. Wartości. Spokrewnieni po prostu nimi kierowali; niczym kukiełki, które prowadzą na rzeź absolutnie nie przejmując się ich losem. Sztuczna miłość zakazywała sprzeciwienia się. Czasem jednak tę walkę można było wygrać. Niesamowicie silną wolną i charyzmą. Niewielu miało jednak na tyle silną osobowość, by obudzić się ze snu. By oswobodzić się z kajdan niewidzialnego niewolnictwa.
Przecież nikt nie jest w klatce. Nie można nikomu niczego zabronić.
José był w ekstazie. Ruslan doskonale wiedział w jakiej sytuacji znajduje się jego podwładny. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, kim jest Wiktor. Nie patrzył jednak na pożywiającego się Smiertina; jego wzrok został skierowany na Leonarda. Obserwował go. Być może chciał zapamiętać jego twarz w swoich myślach, a być może tylko szacował jego bojową wartość. Zimne spojrzenie Ruslana nie wskazywało na nic, co mogłoby zdradzić jego wrogowi to, o czym myślał. Był wściekły, zły i przerażony, ale wiedział, że musi opanować swoje emocje. Nie poddawać się przed Lasombra.
Gdy tylko Leonard nawiązał połączenie z Jurijem, jego wyraz twarzy nieznacznie się zmienił. Nic jednak nie powiedział. Spojrzał za to na Ruslana, a następnie Wiktora. Podszedł do niego, by szeptem przekazać mu, co powiedział Dobronov. “Słyszał strzał. Kazał dziewczynom zjechać na dół i wrócić do innych zajęć. Czuwa i czeka za drzwiami na schodach.
Gdy Wiktor wycelował broń w głowę Ruslana, ten uniósł lekko brodę i hardo spojrzał mu w oczy. Nic nie odpowiedział na jego słowne zaczepki; nawet nie zaśmiał się jak to miało miejsce jeszcze chwilę temu. Za to bez krztyny sprzeciwu wziął na ramię ciało José`a. Cokolwiek zaobserwował, cokolwiek wyczuł, niczego nie dał po sobie poznać. Swoją postawą i obliczem prezentował to, co Wiktor chciał zobaczyć: posłusznego żołnierza.
Leonard zabrał pistolet José`a, zniszczony Ruslana i ten, który wypuścił Javier zanim uciekł. Wziął także w rękę mundur Wiktora i pozostałe rzeczy do niego należące. Pistolety schował pod wierzchnim okryciem. Podał swemu ojcu okulary, by ten nie musiał spuszczać z muszki Rosjanina. Mimo iż Wiktor zaczął regenerację to jednak rana postrzałowa wciąż była widoczna.
Panowie mogli już wychodzić. Mogli, lecz coś im przeszkodziło. Wiktor, wykorzystując swoją czujność, wyczuł, że coś jest nie tak. Słyszał dźwięki poruszenia na korytarzu, ale nie był w stanie ich konkretnie sprecyzować. Jego obawy ziściły się w momencie gdy już, już mieli wychodzić. Rozległo się bardzo głośne i kilkukrotne pukanie do drzwi, po czym padły następujące słowa:
— Służba ochrony hotelu! Proszę natychmiast otworzyć drzwi!
Przywrócony post z 30.10.2018

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście [02.15.1999]

Image Image
Elsie na dłuższą chwilę utkwiła swoje spojrzenie w jakimś martwym punkcie. Wydawało się, że pogrążyły ją własne rozmyślania, ale gdy tylko z ust Avery padły słowa, momentalnie podniosła głowę ku górze. I wlepiła w nią zieleń swoich oczu racząc młodą patrycjuszkę poważnym wzrokiem. Trwało to jednak zaledwie kilka sekund, po których uśmiechnęła się pogodnie.
— Wierzę, że sobie poradzisz. Kto wie, być może nauczysz się czegoś nowego. — Page zdawała się odzyskać dobry humor. Jej oczy jednak wyjątkowo zdradzały smutek, za którym chowała tę teatralną pogodę ducha. Moses to zauważył i położył jej rękę na ramieniu. Zbiegiem okoliczności Panna Blanchard wybrała dobry moment na wstanie i wyrażenie chęci oddalenia się.
— Bądź ostrożna. — Powiedziała Elsie schylając nieco głowę. — My także dziękujemy. Cieszymy się, że dotrzymałaś nam towarzystwa. — Gangrel skinął głową i spojrzeniem dał znać Spokrewnionej, że może odejść. A gdy już Avery się oddaliła, dwójka Primogenów pogrążyła się w rozmowie; Reeves najpewniej pocieszał przybitą Page.

| z/t dla Avery Blanchard

Re: 4401 15th Avenue Bridge [02.15.1999]

Każdy brał Beatrice za szaloną. Nikt jej nie rozumiał ani nawet nie próbował tego zrobić. Jakakolwiek by jednak nie była — dopóki nie stanowiła realnego zagrożenia, dopóty mało kto zwracał na nią uwagę. Z kolei facet trzymający pustą butelkę zaśmiał się w głos. Wciąż był sceptycznie nastawiony do Davida, a jego kolejne słowa tylko go rozbawiły. Nie pozyskał sobie nawet odrobiny uznania w tym człowieku.
— Chcesz więc zgrywać bohatera? — Gość energicznie machnął rękami i cofnął się w tył nieomal upadając, gdy stopy mu się zaplątały. — Ja Ci w tym nie pomogę. — Zakrzyknął, pokręcił głową z cwaniackim i pogardliwym uśmieszkiem na twarzy. Widząc, że Knigthley podchodzi do kolegi, znów się pogardliwie zaśmiał machając ręką trzymającą butelkę. — Co, myślisz, że on Ci coś powie? Trzęsie się jak galareta, więc chcesz wykorzystać słabszego? Śmiało! Śmiało! — Na szczęście nie podszedł do nich i nie próbował im przerywać. Za to stał nieopodal jakby bardzo rwał się do jakiejś bitki albo tylko czekał na okazję, by rzucać się z łapami na Lasombrę. Typek z pewnością nie zaskarbił sobie sympatii Spokrewnionego. Za bardzo cwaniakował i chciał zwrócić na siebie uwagę. Co innego jego kolega, który stał cicho i tylko raz po raz spoglądał na wampira tak, jakby ten miał mu zaraz srogo przywalić.
Gość autentycznie się bał. Tego nie dało się nie wyczuć.
— Stephenbyłbyłymwojskowym. Strzelcem. Miałzespółstresupourazowego. — Obejmujący się facet mówił szybko. Nakładał słowo na słowo, jakby jak najszybciej chciał zrobić swoje i uciec. — Niepił. Byłjakmy,alemiałsiłęwłapach. Odwagę. — Kolejne szybko wypowiedziane słowa. W końcu przerwał i spojrzał smutno w ogień. Rozluźnił się odrobinę. Ściszył głos do szeptu tym razem mówiąc bardzo wolno. — Jeśli ktoś go pokonał, to nie bez walki.

Re: 5844 NE 75th St, Condominiums Sand Piper [02.15.1999]

Ktoś zwyczajny być może przejąłby się losem Daniela, lecz nie na tyle, by wyruszyć w podróż poszukiwawczą. Szary człowiek nie miałby na to ani odwagi ani czasu. Walter jednakże nie był człowiekiem. Ani szarą jednostką, bo pośród tych odcieni rysował się bardzo wyraźnie. Dla kogoś z zewnątrz doktor Wilkes to po prostu ktoś, kto z jakiegoś powodu bardzo przejął się losem swojego pacjenta. Rzadko spotykało się zaangażowanych lekarzy, ale nie jest to coś niespotykanego. Niektórzy mogliby nawet Arnightowi pozazdrościć, że ma psychologa, który nie patrzy na spędzany z nim czas wyłącznie przez pryzmat pieniędzy. Jak to, niestety, bywało w większości przypadków.
W duszy Waltera odezwało się człowieczeństwo. Coś, o co wielu Spokrewnionych wręcz walczyło. Coś, co pozwalało egzystować z dala od Bestii. Coś, co czyniło wampira w pełni świadomego swych działań. Fakt, że uczynił to odruchowo, bardzo dobrze o nim świadczył.
Valerie skinęła głową i posłusznie wróciła tam, skąd wyszła. Staruszka z kolei mu nie odpowiedziała. Nawet nie dlatego, że nie chciała. Była zbyt otępiała emocjonalnie; słowa Waltera dotarły do niej z długim opóźnieniem. Bezmyślnie patrzyła przed siebie, pozwoliła doktorowi poprowadzić się w stronę salonu. Do nozdrzy Malkaviana dopiero teraz wyraźnie doleciał zapach starości. To tutaj musiała zazwyczaj przebywać staruszka. Samo wnętrze było… Nijakie. Szafy o wyblakłym, startym już jasnobrązowym kolorze, stały wzdłuż przeciwległej do wejścia ściany. Na półkach jednej z nich poustawiano piękne, różnego rodzaju szklane kieliszki, kubki, kufle. Na półce obok miarowo tykał zegar obok rodzinnych zdjęć: jedno z mężem, inne z córką i zapewne synem, kolejne z synem i jego żoną. Wokół nich rozłożono również kilka pamiątek, zapewne podróżnych, bo jedną z nich była stalowa wieża Eiffla. Po prawej, nieopodal wejścia, znajdował się ogromny stół jadalny, na którym stały nie najświeższe już kwiaty i ozdobna salaterka z cukierkami. Wokół niego ustawiono sześć wysokich krzeseł: dwa u szczytów, pozostałe cztery po bokach. Za stołem umiejscowiono komodę, a na niej ogromny telewizor kineskopowy, w którym leciała jakaś reklama na wyciszeniu. Przed nim zaś stał bardzo głęboki, skórzany fotel w kolorze wiśniowym. W rogu siedziska znajdował się zmięty koc, pod którym kobieta zapewne siadywała.
Valerie uśmiechnęła się smutno. Chyba zaczynała się uspokajać, bo jej myśli zaprzątała teraz sprawa Daniela. Najpewniej zastanawiała się co takiego mogło mu się stać… Nie dała jednak poznać po sobie, że ma tak zajmujące myśli i radośnie przywitała pukającego gościa, którym okazał się być starszy pan. Głos miał stary, zachrypnięty nie tylko od wieku, ale i papierosów, poruszał się całkiem żwawo jak na swój wiek, a postawa wskazywała na zatroskanego, ale nie chcącego się wpraszać w czyjeś życie sąsiada. Choć, zgodnie z poleceniem Waltera, zaprosiła go do środka, to ten zarzekał się, że przyszedł tylko na chwilę, że chciał się upewnić, iż wszystko jest w porządku, że nie chce przeszkadzać i ogólnie to woli wrócić do siebie. Można to uznać za plus jeśli wziąć pod uwagę fakt, że kolejna interwencja ze strony doktora nie będzie potrzebna. Ani w kwestii zachowania Canari ani w przypadku dyscyplin. W każdym razie podopieczna z sympatycznym tonem głosu pożegnała niedoszłego intruza, zamknęła za sobą drzwi i skierowała się do salonu.
Poprowadzona do salonu kobieta usiadła na jednym z krzeseł przy stole. Valerie założyła ręce na piersiach i jęła się wszystkiemu przyglądać. To Walter tutaj rządził. Gdy już staruszka się uspokoiła, zaczęła mówić bardzo powoli, ale nie spojrzała na swoich oprawców. Albo nie chciała albo się po prostu bała.
— Niewiele wiem o Danielu. To młody, trochę dziwny chłopak… Czasem słyszę jak coś do kogoś gada, ale nie widzę tej osoby… Może coś tam sobie mamrocze pod nosem, nie wiem... Nie słucha głośno muzyki, jak to robi dzisiejsza młodzież. Nie ma żadnego zwierzęcia ani chyba znajomych. Nie widziałam, by kogokolwiek zapraszał… A przecież młodzi ludzie nie mogą wytrzymać bez swojego towarzystwa… Jego życie chyba kręci się wokół studiów… Wychodzi rano, wraca wieczorem, często z jakimiś książkami pod ręką… Ot, zwyczajny, spokojny dzieciak…

Re: 4401 15th Avenue Bridge

Facet, który miał w ręce pustą butelkę wódki popatrzył się na Knightleya jak na niespełna rozumu kolesia.
— Myślisz, że jesteś pierwszym, który tu przychodzi i chce przykozaczyć? Że jak odegrasz scenkę współczucia, to nagle zaczniemy śpiewać? — Zaśmiał się chrapliwie. Na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmieszek. Spojrzenie i postawa wskazywały na nieufność i nieco pogardliwości. Pewnie nie raz i nie dwa był świadkiem sytuacji, w której ważniacy albo przypadkowi ludzie chcieli wyciągnąć od nich informacje przeświadczeni, że im się to po prostu należy.
— Stephen nie chciał umrzeć. No i co z tego? Nie jest pierwszym i nie ostatnim, który zdechł. — Po chwili odezwał się obejmujący mężczyzna. Patrzył na Davida nieco z przestrachem, ale nie takim, który mówił, że się go boi. On coś wiedział, być może nawet w tej sprawie, ale to nie David wzbudzał w nim przerażenie.
To był ktoś inny. Albo coś innego.
— Odejdź. Odejdź! — To była Beatrice. Na początku patrzyła na Davida dziwnym, przerażającym spojrzeniem. Teraz, gdy na nią spojrzał, zauważył, że patrzy się w nieco inne miejsce. Na coś, co znajdowało się z tyłu, nieco ponad nim. — Odejdź! — Krzyknęła kolejny raz po czym złapała się za głowę i zatkała sobie uszy jakby chciała pozbyć się jakiegoś dźwięku… I opadła na kolana dygocząc.
Dwoje mężczyzn tylko pokręciło głowami. Nie było to dla nich nic nowego i wiedzieli, że malarka już taka jest.

Re: 5844 NE 75th St, Condominiums Sand Piper [02.15.1999]

Nic nie wskazywało na to, by podopieczna Waltera jakkolwiek miała się teraz uspokoić. Z jej postawy, spojrzenia i mimiki twarzy wynikało, że daleko jej do spokoju. Valerie była wściekła nastawieniem starej, głupiej jędzy, która zamiast im pomóc, to sprawiała trudności w oparciu o jakieś wyimaginowane utrudnienia i bezpodstawne wymówki. Canari wiedziała — bo gdyby nie telefon Waltera, z pewnością by jej tu nie było — że sprawa nieobecności Daniela jest poważna. Co więcej, wierzyła w to. Być może nie zżyła się z Arnightem tak, jak doktor Wilkes, z pewnością jednak w jakiś sposób jej na nim zależało. Czy to ze względu na spokój ducha Waltera czy może przez to, że dla niej również był w jakimś sensie ważny, tego jak na razie nie wiadomo. Jednakże, jednego wampir mógł być pewny: Valerie ani myślała odpuścić. Zaangażowała się w sprawę i nie zamierzała tego tak porzucać. Nie wspominając już o tym, że stare babsko swoim idiotycznym zachowaniem ją w tym przekonaniu tylko utwierdziło.
Gdy tylko Walter pobudził swoją vitae, niemal natychmiast poczuł jak ta dodaje mu siły. Kłębiące się w nim emocje związane z niepotrzebnie przedłużającą się sprawą, babą, która nawet nie próbowała ich zrozumieć i tylko rzucała fałszywe oskarżenia, swoista troska nie o Daniela, lecz o specyficznego pacjenta, którego nie mógł stracić… To wszystko sprawiło, że Spokrewniony chwilowo poddał się słabości i pozwolił sobie na utratę vitae w celu zwiększenia siły.
Być może świadomie, być może nie, lecz Walter łapiąc kobietę i zamykając jej usta swoim przedramieniem sprawił, że było to dlań wyjątkowo bolesne, a ona wręcz wybałuszyła oczy i na chwilę straciła dech. Gdyby miała zęby, z pewnością by go ugryzła. Albo, co gorsza, straciła je wszystkie pod wpływem tak silnego ucisku. Nawet nie miała szans, by się wyrwać. Wsparcie Valerie nie było potrzebne, a mimo to Canari z niebywałą siłą złapała staruchę za przedramię i wręcz wepchnęła ją do mieszkania. Babina nieomal wleciała do środka potykając się o własne nogi i gdyby nie silnie przytrzymująca ją Malkaviańska ręka, z pewnością by upadła, i, o zgrozo, zrobiła sobie krzywdę. No cóż, czego spodziewali się po starszej osobie, na której użyto siły? Oczywiście, mimo próby zastraszenia w ten sposób wciąż mogła się pruć i odmawiać pomocy, ale najwyraźniej to na nią podziałało, bo jej oczy już nie zionęły jadem, ale strachem i obawą o własne życie. Nie mogła przecież wiedzieć z kim zadarła. Doktor Wilkes z kolei był jeszcze w pełni świadomy swoich poczynań. Wiedział, że Bestii podoba się to, co robił, ale ona tylko cichutko mruczała. Nie miała nad nim władzy. Nie teraz, kiedy ani nie był głodny ani nic nie sprawiało, że miałby się w jakiś sposób czuć zagrożony. To nie on, lecz starucha powinna czuć się zagrożona.
W gruncie rzeczy przestała się wiercić i wyrywać w momencie gdy Wilkes zakneblował jej usta drugą ręką przytrzymując głowę. Już wtedy przestała stawiać opór. Już nie było wściekłego spojrzenia. Gdy ją puścił, by mogła na niego spojrzeć, pierwej wciągnęła powietrze z głośnym haustem łapiąc się za gardło. Dopiero później spojrzała w jego oczy. W jej tęczówkach nie było ani trochę złości. Tylko strach, przerażenie, spokój…
I poddanie się. Nie powiedziała ani jednego słowa. Nawet nie zakwiliła.
Kątem oka spojrzała na wychodzącą z jednego z pokoi Valerie, która niosła w ręku jeden z jej szalików. Pytanie tylko czy związywanie staruchy było konieczne.
Cała sytuacja trwała niecałe kilkanaście sekund, ale krzyki na korytarzu, zgodnie z przewidywaniami Waltera, zaalarmowały sąsiadów. Jednego, tak właściwie. Bo oto ktoś zapukał do drzwi. Otwarte, trzeba nadmienić, bo nikt nie pomyślał, by je zamknąć.

Re: 4401 15th Avenue Bridge

Właściwie to nietrudno stwierdzić czy stojąca kobieta była opisaną malarką. Wystarczyło bowiem spojrzeć na jej poplamione przez różnego koloru farby palce, które już od długiego czasu raczej nie spotkały się z pumeksem. Beatrice podniosła śmiało wzrok na twarz przybysza. Już teraz David mógł się domyślić, że z całą pewnością nie jest normalna: patrzyła na niego tak, jakby doznała olśnienia, jakby Knightley jej kogoś przypominał. Nie odezwała się jednak. Tylko to świdrujące spojrzenie… Ono było przerażające.
— Niczego nie wiem. — Burknął obejmujący się facet. Miał spuszczoną głowę i nie patrzył bezpośrednio na Davida, ale ten czuł jego wzrok na sobie. Mocniej objął się ramionami i lekko zgarbił. Chyba nawet celowo postąpił dwa kroki w bok dalej od Lasombry…
Pozostali milczeli. Albo nie chcieli mówić albo nie mieli nic do powiedzenia.

Re: 7277 Perimeter Rd S, King County International Airport

Image

Image
Carver nie drążył tematu. Nie podjął też rozmowy chociażby po to, by poznać nowo przybyłego Tremere. To mogło sugerować, że nie czuje potrzeby zawierania z nim znajomości ani nie interesuje się polityką, nawet tą klanową. Leopold mógł wysnuć własne wnioski na temat Carvera, ale jednego był pewien: Lehrer niewiele mu powie na tematy, które go interesują. Należał do specyficznych Spokrewnionych studiujących tematykę, której większość wampirów nie znała ani o niej nie słyszała. Nawet dla Czarnoksiężników temat był odległy… Mało było Kainitów spoza Tremere wiedzących o Carverze. Ale o tym, być może, Leopold przekona się w niedalekiej przyszłości.
Dalsza podróż minęła im w ciszy przerywanej odgłosami ulicy: kilka razy dało się usłyszeć karetkę, syreny policyjne znacznie więcej, a co bardziej zniecierpliwieni kierowcy raz po raz trąbili, jakby miało to pomóc w przyspieszeniu korku. Nadaremno jednak, bo nic to nie zmieniło. Tylko pogłębiło frustrację kilku osób. Nie stało się jednak nic, co wpłynęłoby na ich jazdę.
Przez większość dalszej podróży jechali Alaskan Way Viaduct, od której Leopold przez część drogi miał widok na Dumawish Waterway oddzielającej Greater Dumawish od Harbor Island. Wyspy zajętej przez Sabat i od tamtej pory niezbyt bezpiecznej dla Camarilli. Po niedługim czasie Harbor zniknęło mu z oczu na rzecz Elliott Bay. Minęli po drodze Seattle Art Musem z pewnością w jakiejś części należące do Toreadorów i Moore Theatre, którego co prawda Leopold nie mógł dostrzec będąc w samochodzie, ale przez chwilę byli bardzo blisko jednego z miejsc, które go bardzo interesowało — Elizjum. Wkrótce skręcili w Battery St i widok na morze zamienił się na aglomerację miejską. Kolejny skręt i tunelem wjechali na Aurora Ave N przecinając Denny Way. Po kilkudziesięciu minutach przecięli jezioro Lake Union jadąc przez Aurora Bridge i wjeżdżając na Lake Union, co oznaczało, że przejechali już znaczną część trasy. Niedługo potem przy Redi-National Pest Eliminators kolejny raz skręcili, w N Phinrey Way. Nowo przybyły Spokrewniony z pewnością miał już dość przedłużającej się jazdy, z pewnością więc z ulgą przyjął przyspieszenie przez kierowcę gdy wjechali w N 46 St, a następnie Market St. tym samym będąc już w Ballard. Po minięciu siódmego z kolei skrzyżowania, Carver wyprostował się.
(...)

| do Gabinetu Regenta Weavera

Re: 5844 NE 75th St, Condominiums Sand Piper [02.15.1999]

Większość ludzi była prymitywna. Podążająca za ciemną masą — rzeszą osób, które, podobnie jak oni, niewiele rozumieli, lecz naiwnie i bez przemyślunku podążali w kierunku, który im wyznaczono. Ot, moda jednym z najlepszych przykładów. Rządziła się swoimi prawami; szła zgodnie z tym, co wytyczali wielcy właściciele domów mody. Przeciętny człowiek nie wie jednak kto wymyślił taki czy inny krój i jaka jest jego historia. Nie potrafi określić własnego gustu, lecz za to świetnie podąża za tym, co mu pokazują witryny sklepowe. Zna wartość torebki Luisa Vuittona — i nawet gdyby była paskudna, to i tak chciałby ją mieć, bo to przecież markowe, takie drogie, stawiające choć odrobinę bliżej niedostępnego świata ludzi obrzydliwie bogatych. Nawet w modzie jest jednak swojego rodzaju piękno. Yves Saint Laurent zapewne nigdy nie ubrałby kobiet w męskie smokingi, gdyby wówczas nie zaczęły się one podejmować zawodów dotychczas zarezerwowanych wyłącznie dla mężczyzn. Bezkrytyczne podejście i niechęć do podejmowania głębszych rozważań czyniły z ludzi głupców nie mających swojego zdania i nie wdających się w samodzielną polemikę. Po cóż, skoro można zrobić tak, jak każdy inny?
Wielkie umysły architektów, badaczy i myślicieli to tylko garstka spoza ciemnej masy. Garstka, lecz jakże cenna. Bez przesady, doktorku. Inny skrzywił się na twarzy jakby ten go uraził. Nie da się wszystkiego wykalkulować co do milimetra. Jeszcze tak nie zdurniałem, żeby planować wszystko od A do Z. Byłbym głupcem nie zostawiając choć odrobiny przestrzeni dla wypadków nieprzewidzianych. Ale przecież Ty to wiesz. Ja to wiem. O czym my rozmawiamy? Inny wzruszył ramionami na chwilę pozostawiając ręce w uniesionej pozycji i patrząc na Waltera. Zapadła długa cisza. Bardzo długa cisza, podczas której słychać było jedynie warkot samochodu i uderzający w szybę śnieg. To coś, co Wilkesa mogło wyprowadzić z równowagi… Na szczęście Inny znów się odezwał w jego własnym umyśle zagłuszając irytujące dla Malkaviana dźwięki. No nie wiem, doktorku. A co, jeśli akurat w tym przypadku droga jest krótka, bo dłuższej po prostu nie ma? Też będziesz na siłę szedł naokoło, byleby postawić sobie wyzwanie? Nie szkoda na to czasu?. Inny zamyślił się na chwilę. Przez kilka sekund patrzył na wampira, ale potem odwrócił wzrok ku mijającej ulicy. Wielu ludzi idzie drogą prowadzącą donikąd. Jeśli sami nie wybiorą dla siebie odpowiedniej, to nikt tego za nich nie zrobi.. Na całe szczęście, Walter Wilkes doskonale znał swoją drogę. Wiedział, co chce robić, w jakim kierunku iść, czym się zająć. Przede wszystkim jednak: widział w tym celowość. To coś, czego brakowało większości osobom.
Inny zaśmiał się frywolnie gdy Walter ocenił jego osobę. Znów popatrzył na kierowcę. Podjął się odpowiedzi. Z początku rozbawionym głosem, lecz wraz z kolejnymi słowami coraz bardziej poważniał. Niczego nie próbuję, bo i niczego nie muszę. Nawet udowadniać Ci czegokolwiek. Cokolwiek sobie myślisz, cokolwiek wnioskujesz — to nie ma znaczenia. I tak nigdy mnie nie zrozumiesz. Skupiłeś się na Bobbym, pamiętasz? Dlaczego nigdy odpowiednio mnie nie przycisnąłeś, bym powiedział Ci dlaczego chciałem popełnić samobójstwo? Być może wiedziałbyś wtedy dlaczego byłem, jaki byłem. Jestem, jaki jestem. Nie powiem Ci też niczego konkretnego, bo to nie tak działa, doktorku. Wypowiedziane przezeń słowa miały w sobie coś z tajemniczości, a jednocześnie…. Malkavian poczuł, że podświadomie Inny daje mu jakąś wskazówkę. To nie tak działa., powtórzył. Nie zapowiadało się na to, by jeszcze chciał rozmawiać ze Spokrewnionym. Jak już wcześniej więc wspomniano, zjawa zaśmiała się głośno i tubalnie, przedrzeźniając myśli psychologa,a następnie rozpłynęła się w powietrzu i zniknęła.
Wnętrze budynku mieszkalnego niewiele różniło się od przeciętnego bloku. Ściany nie wyglądały na najnowsze; gdzieniegdzie były odrapane, a jasny, beżowy kolor mający umilić widok, już wyblakł. Wraz z kolejnymi piętrami Spokrewniony zauważył, że Valerie niedokładnie podała mu miejsce zamieszkania Daniela. Owszem, numer się zgadzał… Ale było to czwarte piętro. Lokal faktycznie znajdował się na prawo od wejścia, lecz nie tego głównego, a z poziomu klatki. Arnight mieszkał pod numerem 45, 46 znajdowało się po przeciwległej ścianie, a 47 — naprzeciw. I to przed nim stała wredna jędza; drzwi były lekko uchylone. Co też nasuwało myśl, że mogła mieszkać sama.
Valerie już chciała odpyskować babie, ale słysząc głos Waltera, zamilkła i odwróciła ku niemu głowę. W przeciwieństwie do niego jednak, nie uśmiechnęła się. Była wzburzona, trudno więc oczekiwać, że nagle zacznie się cieszyć. A przecież jeszcze nie tak dawno temu z nim rozmawiała. Za to postawa i wściekły wyraz twarzy starszej jaki był, taki pozostał. Wraz z kolejnymi słowami Malkaviana zaczął się jednak zmieniać. I to wcale a wcale nie na lepsze. Nawet nie dała mu skończyć!
— Wypchajcie się tymi swoimi przeprosinami! — Babina postąpiła ku nim dwa kroki i zaczęła wymachiwać rękami jakby chciała ich odpędzić. — Przychodzicie tu, zakłócacie spokój, węszycie! Szacunku do starszych nie macie! — Te słowa brzmiały zabawnie zważywszy na starczy wiek Waltera… Ale prukwa te słowa kierowała zdecydowanie do Valerie. — Myślicie, że możecie sobie tu przyjść, wypytywać, krążyć i wciskać jakieś kity! Wynocha! Won! W… — Zapewne chciała krzyknąć kolejne “Won”, lecz Canari przerwała jej siarczystym uderzeniem wewnętrzną dłonią w policzek. Aż się kobiecina zachwiała.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Image Image
Pozwolenie… Zapewne w przypadku Ventrue czy Tremere nadeszłoby natychmiast, w imię zasady: “dostałeś zadanie. Możesz odejść". Tutaj jednak chodziło o Elsie Page i Mosesa Reevesa. Ta pierwsza miała znacznie więcej łagodności i wyrozumiałości niż jakikolwiek inny Kainita. Albo była tak wprawną aktorką, że świetnie udawała. Dla wielu Spokrewnionych miała zbyt ludzkie cechy.
— Midnight Fix. — Poprawiła ją Toreadorka, a na jej twarzy nawet pojawił się drobny uśmiech. Słowa Avery brzmiały ciut zabawnie, choć nawet w przypadku Brujah można mówić o “nietypowych upodobaniach”. Byli w końcu… Wolni. Nieskrępowani. Część z nich pragnęła zostać wysłuchanym. A nic nie zwraca uwagi tak bardzo jak szokujące rzeczy. — To klub należący do niedawno przybyłych dwóch Brujahów, braci Richmond. Zdaje mi się, że obecnie walczą o przeżycie… — Rzekła Elsie; jak złapała ponury nastrój, tak ciężko jej było ponownie odzyskać humor. Dlatego też skromny uśmiech szybko zaczął blednąć, aż w końcu zniknął. W jej oczach wciąż dało się dostrzec smutek. — Oczywiście, mógłby się tym zająć chociażby Ventrue, jednakże… — Dodał Moses. No cóż, wszyscy wiedzieli, że klan Arystokratów jest teraz na straconej pozycji, obarczonej dodatkowo ostracyzmem społecznym.
— Wiemy tylko tyle, że stał na uboczu i zdążył zrobić kilka zdjęć… — Elsie spojrzała na Mosesa takim wzrokiem jakby nie wiedziała na ile może sobie pozwolić. Reeves jednak skinął lekko głową. Wiadomo, że nie wszystko powinno się podsuwać pod nos, ale nie można też rzucić kogoś z premedytacją na głęboką wodę. — Pochwalił się kilku znajomym, że ma niecodzienne zdjęcia spod Midnight Fix… Wskazujących na informacje, których prasa nie udostępniła… I… Nazywa się Paul Reimer… — Kolejne spojrzenie na Reevesa. To, co powiedziała Elsie, niewiele mówiło o fotografie, ale i też nie można się spodziewać bogatej teczki w ciągu jednej nocy. — To, jak załatwisz tę sprawę, zależy tylko od Ciebie. Pamiętaj jednak o Pierwszej Tradycji. Wykupienie negatywów i odbitek może Cię słono kosztować. Najważniejszym jest, aby zdjęcia nie zostały rozpowszechnione. — To słowa poważnego Mosesa.
Elsie utkwiła zielone oczy w Avery na dźwięk jej pytania. Nie odpowiedziała od razu. Może dlatego, że wydało się ono niezwykle enigmatyczne?
— Tak… Myślę, że wiele z nich straciło swoje pędy.

Re: 7277 Perimeter Rd S, King County International Airport [02.15.1999]

Rozmówca również nie spoglądał w stronę Leopolda. Siedział z przodu niby to od niechcenia obserwując drogę i jadące przed nimi pojazdy. W normalnych okolicznościach dojechaliby na miejsce w niecałe pół godziny. Teraz jednak na drogach było ślisko, nieustannie padał śnieg utrudniając kierowcom i widoczność i poruszanie się. Wszystkie pojazdy były jak ciasny, długi kokon, który porusza się w ślimaczym tempie. Czarne BMW, którym jechali, było jednym z takich samochodów… I nic nie można było na to poradzić. Dzięki temu Leopold mógł na spokojnie przyjrzeć się okolicznej instalacji elektrycznej i dowiedzieć jakie lokalizacje mijają po drodze. Oba pasy jezdni aż do zjazdu na E Marginal Way S były zapełnione. Dotąd jechali cały czas prosto, w ciasnym ścisku przez Airport Way S i S Lucile St. I dopiero gdy wjechali na trzypasmową E Marginal Way S, kierowca zmienił bieg i przyspieszył.

Image

Image
— Dzisiejszej nocy może to być trudne, Magistrze. Książę może chwilkę poczekać. Klan jest ważniejszy. Regent Weaver z kolei z pewnością przedstawi Panu mapę wpływów w Szmaragdowym Mieście. — Tymi słowami Carver nie tylko wskazał kogo uważa za ważniejszego względem siebie zwierzchnika, ale i też poniekąd zakończył temat. W jego głosie nie dało się wyczuć pogardy względem Doe. Być może dlatego, że Jane jeszcze nie zdążyła nadepnąć na odcisk Czarnoksiężnikom.
Samochód nie zwalniał. Minęli ulicę S Idaho St i przejechali z E Marginal Way S na Alaska Way Viaduct, cały czas jadąc prosto. Tylko tym razem byli w samym środku drogi — wjeżdżając na Alaska kilka samochodów skręciło w prawo, kilka w lewo. Większość jednak, podobnie jak ich BMW, jechało cały czas prosto. Dało się zauważyć nieznaczne wzmocnienie opadów; śnieg uderzał w szyby samochodów mocniej i częściej. Wciąż daleko byli od celu podróży, a jechali już ponad pół godziny.
— Niewiele, Magistrze. Rzadko bywam wśród innych Spokrewnionych, lecz słyszałem, że są dość… Problematyczni. Większość z nich zdaje się nie rozumieć powagi sytuacji; wojny Camarilli z Sabatem. Błądzą po omacku nie wiedząc, w którą stronę podążyć ani gdzie skierować wzrok. — Lehrer mówił bardzo powoli, spokojnie, jednostajnym tonem głosu.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście [02.15.1999]

Image Image
Nie dało się wyczuć, że obecność Primogenów wpływa na Avery pesząco. Trudno się temu dziwić młodej, nieśmiałej Spokrewnionej, która została zaciągnięta przed ich oblicze właściwie siłą perswazji — nikt nie pytał Blanchard o zdanie, a ona umiała się przecież zachować i nie mogła im tak po prostu odmówić. To znaczy, mogłaby, tylko czy kilka słów odmowy i okazania swej wyraźnej niechęci względem Starszych wartych było jej społecznego statusu “tu i teraz”? Bo to, że czuje się wyjątkowo niezręcznie i najchętniej by stąd uciekła, było widoczne gołym okiem. Mimo to, ani Elsie ani Moses nie kwapili się do wypuszczenia swojej chwilowej “zabawki”. Z drugiej strony — czyż rolą Primogena nie jest znać przeróżnych wampirów, zarówno tych mniej, jak i bardziej znanych?
Gdy młodsza zaczęła wykonywać imaginację palenia papierosa, spojrzenie obu Starszych dyskretnie śledziło jej ruchy, nieodgadnionym spojrzeniem wodząc po dłoni Avery. Jeśli któreś z nich należało do wspomnianego plemienia nikotynistów, to żadne nie dało tego po sobie poznać. Zresztą, wystarczyło spojrzeć na drobną, śliczną, niewinną Elsie: czyż ona mogła palić? A Moses? On może i za życia palił, ale nic nie wskazywało na to, by jakkolwiek za tym tęsknił. Gdy Blanchard krótką chwilę zastanawiała się nad wypowiedzią, Toreadorka na moment przeniosła spojrzenie w kierunku wejścia. Reeves podążył za jej wzrokiem. Nieznaczne ruchy głów wskazywały na to, że właśnie kogoś powitali.
Tatuażystka uspokoiła się, a to najważniejsze. Dzięki temu mogła poczuć się pewniejsza, choć wciąż biła odeń nieśmiałość. To nie było coś, co można tak po prostu stracić. Takie wewnętrzne uczucie ciągle w niej tkwiło. I pewnie — w wielu przypadkach — już zawsze będzie. Page natomiast emanowała aurą spokoju, ale i też… Swoistym lękiem. Nie była przestraszona, o nie. Jednakże wyraźnie chwilowo straciła humor i pogrążyła się rozmyślaniach. Z kolei ani facjata ani postawa Gangrela się nie zmieniły — wszak to on był tutaj tym “silniejszym” — i wciąż sprawiał wrażenie persony nieporuszonej sprawą Jonasa. Być może właśnie dlatego to on się odezwał, a nie Elsie. Położył dłoń na blacie stolika bezpośrednio patrząc jej w oczy.
— Potraktuj to jako ostrzeżenie, Avery. To wszystko. — Wypowiedział te dwa zdania ze znanym sobie stoicyzmem. Żadnych więcej słów. Żadnych wyjaśnień dotyczących jej wątpliwości. Zupełnie tak, jakby chciał dziewczynę zbyć lub uważał, że wyjawianie więcej informacji było bezcelowe. Kto wie? Być może już zostały podjęte jakieś działania, w które Reeves nie chciał wtajemniczać młodej, niedoświadczonej wampirzycy, która nie zdążyła ani wyrobić sobie opinii pośród Spokrewnionych ani dokonać czegoś, co pozwoliłoby jej dać nieco większy kredyt zaufania.

Re: 5844 NE 75th St, Condominiums Sand Piper [02.15.1999]

Odkąd Walter wsiadł do samochodu, odtąd pogrążył się we własnych rozmyślaniach. Nie było w tym niczego nadzwyczajnego. Ot, rozważania doktora Wilkesa o sprawach związanych z tym, czego był świadkiem lub o takich, które wprawiły go w zadumę. Jednakże niewielu Spokrewnionych prowadziło wewnętrzne monologi, by podjąć próbę zrozumienia niektórych elementów tego świata, tych ludzi, tych rzeczy. W szaleństwie jest logika, jak to mawiają niektórzy Malkavianie. Walter Wilkes, jeden ze Świrów, zdawał się być tym, który naprawdę rozumiał wiele aspektów osobowości i psychiki nie tylko ludzi, ale również i zwierząt oraz Spokrewnionych… Wampirów, które przecież w pewnym stopniu były zwierzętami. Istot, których głód krwi doprowadzał do uwolnienia Bestii. Ukrytego pragnienia, świadomości — zatracenia siebie w imię słodkiej vitae. W imię pożywienia. Ludzie jeszcze mieli jakiś kręgosłup moralny. Jakieś zasady. Jakieś opory. Bestia nie miała żadnych. Absolutnie żadnych.
Walter należał do tych szczególnych Spokrewnionych, którzy podejmowali próbę zrozumienia niektórych rzeczy. W przeciwieństwie do wielu innych, dla których rzeczy były i będą, są po prostu nieodłącznym elementem ich egzystencji, ale nie zastanawiają się nad tym dlaczego i w jakim celu.
Walter był odmienny.
I ta inność była tym, co sprawiało, że interesował się nim… Inny.
Doktor go jeszcze nie dostrzegał. Nie mógł. Inny mu na to nie pozwolił. Był jednak obok niego; Wilkes odczuwał nieznaną mu obecność jakiejś osoby, bytu. A jednak Inny w materialny sposób nie dawał mu jakichkolwiek oznak swojej obecności. Swojego zainteresowania.
Do czasu gdy rozmyślania wampira zostały przerwane, gdy w jego umyśle pojawiła się odpowiedź. Mówisz do mnie jakbym miał samochód. Prych! Myślisz, że ktoś taki jak ja, biedny student, który sobie strzelił w łeb, ma fundusze na coś więcej niż bilety komunikacji miejskiej? Oszalałeś? A, zapomniałem! Przecież Ty już jesteś szalony. Wybacz mi, mam lekką sklerozę. Wracając jednak do Twoich rozważań doktorku… Widzisz, ja jestem architektem. Budowniczym maszyn. Wiem, wiem, jeszcze długa droga droga przede mną, ale już niedługo! Za kilka lat zostanę inżynierem, ale cóż mogę poradzić? Czuję się tak, jakbym już je skończył. Sam przecież studiowałeś. Wiesz jak idiotyczni są czasem profesorzy. A może nie są? Może mają po prostu zacofane przekonania? Cholera ich wie. Inny jakby odsapnął na chwilę. Walter dopiero teraz mógł zobaczyć siedzącą obok niego istotę... Efemeryczny byt, którego powłoka mieniła się bielą. Miał kształty ludzkiej istoty, ale jeszcze nie były one... pełne. Inny siedział obok niego, na siedzeniu pasażera i mówił z ogromnym przejęciem żwawo gestykulując. No, ale znowu wracając do tematu… Gdybym miał wybierać między pustym indywidualizmem a pragmatyzmem… Przecież znasz na to odpowiedź, doktorku. Jestem budowniczym, zapomniałeś? Oczywiście, że wybrałbym pragmatyzm! Ideały są dla tych, którzy nie dostrzegają możliwości jakich stwarza rozmaitość tez, twierdzeń i badań. Dla tych, którzy nie dostrzegają, że ideały są zacofaną formą własnych przekonań. To tylko puste idee… Wartości, przez które twierdzący nie potrafi spojrzeć szerzej, dostrzec całości spektrum zjawiska. Ja nie mam ideałów, doktorku. I znów Inny mu przerwał. Walterowi zdawało się, że widział jak ten prycha z pogardą; najpierw patrzy na niego jak na jakiegoś idiotę, a potem odwraca wzrok ku szybie w niemym wyrazie obrazy swojej osoby. Na kolejne słowa doktora Inny zaśmiał się niby to arogancko, niby to z politowaniem. No, na te pytania Ci nie odpowiem, doktorku. Sam musisz znaleźć na nie odpowiedź. Ale dam Ci małą podpowiedź! Czy ja Ci wyglądam na kogoś, kogo ktoś chciałby porywać? Mnie? Tego, który sobie strzelił w łeb? Kto by chciał mieć takiego psychopatę za zakładnika? Ale z drugiej strony — przecież nie wiesz o mnie wszystkiego. Może się szlajałem z jakimiś bandytami i dilerzynami. Może wpadłem w jakieś chuligańskie towarzystwo. Może tak bardzo mi odbiło. Skąd możesz to wiedzieć. To, co wiesz o mnie na pewno to to, że jestem uparty i dumny. Nie pozwoliłbym sobie wejść na głowę. Przecież wiesz. Tobie nie pozwoliłem, pamiętasz? I znowu pogardliwe prychnięcie, poruszenie się w fotelu jakby z obrzydzeniem. A potem rozległ się śmiech w odpowiedzi na dalsze rozmyślania Waltera. Tak, jakby ktoś przysłuchiwał się jego rozważaniom. Jakby był obok i robił mu wybitnego pranka. Najlepszego w swoim życiu! A co najlepsze - czy też najlepsze, zależnie od punktu widzenia - Inny przypominał Daniela. Coś Walterowi podświadomie mówiło, że to on, że tak właśnie wyglądał. Tak, tak wiem. Jestem cennym przypadkiem. Jak niewielu innych pacjentów, którzy są dla Ciebie tylko umysłami do odgadnięcia. Bo tym się zajmujesz, prawda? Chcesz poznać nasze życie, sekrety, pragnienia po to, by posegregować części naszej osobowości na różne fragmenty i je potem zbadać? Tak? tym się zajmujesz? No to powiem Ci, że jestem świetnym przykładem! Wybitnym wręcz! Przecież nie wymyśliłem sobie Bobbiego. Bo skąd? Myślisz, że aż tak zwariowałem? Nie jestem Tobą, doktorku, o nie. Nigdy nie będę. Nie pozwolę się zaszufladkować. Możesz próbować, ale nie poddam się tak łatwo! Nie pozwolę! Nie dam się! Inny jakby się zdenerwował; ton jego wypowiedzi wzmocnił się o jakieś trzy tony zagłuszając myśli Wilkesa i dźwięki otoczenia. Nie wspominając już o tym, że zaczął się na krześle wiercić. Walter poczuł ekstazę i uniesienie, ale Inny tylko się tym faktem zirytował. I to poważnie! W powietrzu dało się wyczuć aurę irytacji i zdenerwowania, gniewu i uporu. Jakby specjalnie chciał sprawić, by dobry humor Spokrewnionego zniknął. By dopadły go wątpliwości. By zwątpił we własne możliwości. No coś podobnego!
Kiedy Walter wjechał na skrzyżowanie, Inny zamilkł. Uspokoił się. Jakby go tu nigdy nie było. Przez całą drogę aż do kolejnego skrzyżowania siedział w milczeniu, ale Spokrewniony miał takie dziwne przeczucie, że jest przezeń obserwowany. A mimo to Inny niczego nie powiedział. Nie skomentował nawet sposobu jazdy doktora. Przy Gardner House wrażenie bycia obserwowanym zniknęło. Przynajmniej na chwilę, bo Inny spoglądał na gmach budynku. To sobie kup ten dom. Co Ci szkodzi. Jesteś przecież wampirem, no nie? Masz zdolności, fundusze, możliwości. Skorzystaj z tego. Inny wzruszył ramionami. Dlaczego bliskość jeziora miałaby mieć lepszy wpływ na Twoich pacjentów, doktorku? Skąd pewność, że jakiś typek z depresją nie zechce się utopić? Padło pytanie, a głos tegoż brzmiał tak, jakby Inny głęboko powątpiewał w tę pozytywność. Jakby był co najmniej taką myślą Wilkesa zniesmaczony.
Wredna jędza jest wszędzie. Dodał z gorzkim uśmiechem na wargach. Zaśmiał się chrapliwie, nieprzyjemnie. Znowu zapadła między nimi grobowa cisza. Inny pozwolił Walterowi samodzielnie trafić pod wskazany adres. Nie udzielił mu żadnych wskazówek ani nie robił dalszych ironicznych uwag. Nawet na rozmyślania o architekturze krajobrazu nie odpowiedział. Gdy jednak Malkavian pomyślał o Valerie, o jej niecierpliwości i utemperowaniu charakteru, Inny zaśmiał się tubalnie. Głośno, przedrzeźniając doktorka i jego myśli. A potem zniknął. Rozpłynął się w powietrzu. Walter został sam. Bez żadnego pożegnania czy nawet gestu papa. Te dwie osoby, które Wilkes wziął za punków, nawet na niego nie spojrzały. Żul też. Nikt się nie przejął jego obecnością.
Jeszcze zanim wampir dotarł pod pierwsze drzwi na prawo od wejścia, usłyszał dwa głosy. Jeden bezsprzecznie należał do Canari. Drugi… No cóż, drugiego nie znał. Aczkolwiek mógł się domyślać do kogo należał.
— Tylko zadałam pytanie! Przecież nie próbuję wcisnąć jakiegoś żelazka czy innego gówna…
— A nic mnie to nie obchodzi! Won! Jak jeszcze raz cię tu zobaczę to wezwę policję!
— A wzywaj sobie, stara jędzo! — No, i tutaj Walter już wiedział z kim rozmawiała pani architekt. A raczej wymieniała ostrą wymianę zdań. Głosy zdecydowanie dobiegały z wyższego piętra. Co najmniej trzeciego.
Jego pewność się potwierdziła. No i zlokalizował swoją podopieczną.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście [02.15.1999]

Image Image
Ani Elsie ani Moses nie kontynuowali tematu, skoro Avery nie odniosła się do słów Page. Primogen Toreadorów uznała zresztą milczenie dziewczyny za zrozumienie słów, które przekazała. Nie do końca też — w pewnym sensie — miała nad nią władzę, ale rozmawiała z Blanchard jakby faktycznie tak było. Przyglądała się młodszej, gdy wyjmowała z torebki świstek papieru będący kwitkiem z pralni i… kredkę do oczu. No cóż, przynajmniej Avery nie narzekała na brak długopisu i wykazała się kreatywnością. Page aż się uśmiechnęła lekko pod nosem i zachichotała gdy Moses sięgnął po karteczkę.
— Będę pamiętał. — Ogromna ręka czarnoskórego Gangrela wzięła zwitek w rękę i pomachała nim lekko, a następnie schowała do wewnętrznej kieszeni marynarki. Primogen uśmiechnął się szeroko, nawet puścił jej oczko. Chyba wyczuwał, że Blanchard czuje się przy nim nieco niekomfortowo i sobie w ten sposób żartował.
Blanchard dostała przestrogę — i to od obu Primogenów, którzy nie wydawali się być jakkolwiek przychylnie nastawieni do tego, że odwiedza ją ktoś — całkiem możliwe — niebezpieczny. Elsie spojrzała z lekkim ukłuciem obawy w oczach i powróciła oczami na młodą patrycjuszkę.
— Rozumiem Cię… Jesteś Artystką, a Artystę przyciąga wszystko, co nietypowe i rzadko spotykane… — Głos Elsie był cichy, a ona sama wydawała się być mniej pewna niż kilka minut temu, gdy rozmawiały o tatuażach i naśladownictwie. Przeniosła wzrok z Avery na Gangrela, powoli, jakby okazywała swoje rozdarcie. — Ponownie proszę Cię jednak, byś była ostrożna. Jonas to niebezpieczny Spokrewniony… I… Możliwe, że jest z wrogiej Sekty… — W oczach Starszej malowała się troska. Nawet jej sylwetka zdawała się być teraz jeszcze drobniejsza niż wcześniej.
— Jeśli potrzebujesz zajęcia… Chciałabym, byś przyjrzała się pewnej sprawie… Otóż, jeden ze śmiertelników sfotografował wydarzenia w Midnight Fix podczas ataku Sabatu… Wiesz jak bardzo ważna jest Maskarada. Chciałabym mieć pewność, że jego zdjęcia nie zostaną opublikowane…

Re: 5844 NE 75th St, Condominiums Sand Piper [02.15.1999]

| z Walter House

W normalnych okolicznościach Doktor Walter Wilkes dojechałby na miejsce w ciągu dwudziestu minut. Dzisiaj jednak, kiedy śnieg nieustannie sypał utrudniając zarówno poruszanie się po mieście, jak i widoczność, Spokrewniony pod Condominiums Sand Piper zajechał niecałą godzinę później. O tej porze nie dość, że dużo osób wracało do domu, to jeszcze większość kierowców jechała powoli. Nie było w tym nic dziwnego — ulice nie tylko przysypał biały puch, ale i też osiadł na nich lód. Brawurowa jazda mogła skończyć się poważnym wypadkiem. Kainita mógł się niecierpliwić, ale w takich warunkach wyprzedzanie mogło źle się skończyć. I paradoksalnie — przedłużyć go, gdyby coś się stało. Nie warto ryzykować przez pryzmat zyskania na czasie około dziesięciu minut.
Valerie już była na miejscu. Walter bez trudu poznał jej czerwonego jeepa stojącego w tylnej części parkingu, przed wejściem do drugiego z budynków. Nie dostrzegł jednak kobiety ani w samochodzie ani tuż przy nim, śmiało mógł więc założyć, że już weszła do bloku. W cieplejsze pory roku drzwi do klatki schodowej zawsze były tu otwarte, lecz teraz wszystkie zostały pozamykane. Za wyjątkiem tych do czwartej klatki, które ktoś zablokował nóżką…
Valerie. To musiała być Valerie.

Re: 711 NW 120th St, Broadview - Walter House [02.15.1999]

Doktor Wilkes — możnaby rzec — to wyjątkowo wnikliwy obserwator. Wystarczyły dwie informacje, by zaczął prowadzić wewnętrzne rozważania nad psychiką Daniela. Zbierał kolejne puzzle do układanki. Każdą informację traktował jak cenną wskazówkę dającą pełniejszy portret pacjenta, którym się zajmował. Analizował przyczyny takiego, a nie innego zachowania biorąc pod uwagę to, co widział i usłyszał od podopiecznego, a także co inni mówili o nim. Studia — one mogły dawać wskazówki co do zainteresowań, przyszłego zawodu, a nawet stanu finansowego i tego, co podświadomie kryło się za decyzją o ukierunkowaniu przyszłości. Walter nie wiedział jednak jednej istotnej rzeczy: kiedy tak właściwie Daniel rozpoczął swoje studia? Przed czy po wypadku? Zważywszy na to, jak na niego wpłynął… Możliwe, że był już w trakcie studiów, a po strzeleniu sobie w głowę zaczął poprzez tematykę tychże patrzeć na ludzi inaczej. Mogło to też nie mieć z nimi nic wspólnego. Mogło, ale nie musiało. Doktor Wilkes dostrzegł jednak jedną bardzo ważną rzecz: Arnight był typem architekta, badacza. Wiedział, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a jedno zdarzenie lub przedmiot może prowadzić do przeróżnych konsekwencji. Patrzył na ludzi jako trybiki w maszynie… Oceniając ich według pewnych, negatywnych cech. Choć niekoniecznie nieprawdziwych!
Libido z kolei… Ono nie musiało mieć nic wspólnego z wypadkiem. Mógł być przecież całe życie aseksualny albo mieć jakiś określony fetysz, którego jeszcze nie odkrył. Lub — po prostu nie spotkał dotąd kobiety, która wzbudziłaby weń pożądanie. Każdy ma przecież inny typ urody i osobowości, która go pociąga. Z drugiej strony — nie miał -nastu lat kiedy to wchodzi się w etap zainteresowania fizycznością, erotyką i seksem. Bardzo możliwe, że było tak, jak Spokrewniony sądził… Mógł przecież targnąć się na życie po utracie bliskiej mu osoby. Matki — o ile ta miała niebagatelny wpływ na jego życie. Kobiety — o ile znalazł taką, o której myślał, że to ta jedyna powierzając całe swoje serce. I duszę, w tym przypadku.
— To zależy jaki z niego typ studenta… Jeśli mu zależy, mógł się rzucić w wir nauki i zapomnieć o tym jaka jest godzina i dzień. Wiem z doświadczenia jak bardzo wymagające są kierunki ścisłe. — Odpowiedziała Valerie bardzo poważnie. Może i miała problemy z agresją, ale doskonale wiedziała jak istotna jest nauka i jak studia mogą wpłynąć na człowieka i jego psychikę. Nigdy nie zapomni swojej pierwszej sesji egzaminacyjnej. — Mógł wypić kilka kubków kawy, uczyć się przez kilkanaście godzin i zasnąć z wyczerpania… — Dodała ciszej, ale Walter już znał ten ton głosu i wiedział, że Canari zastanawia się nad tym co chce teraz — lub w najbliższej przyszłości — zrobić. Jakby na zawołanie w słuchawce rozległ się szelest sugerujący, że wstała z kanapy i zaczęła się przemieszczać. — Pomogę Ci, jeśli nie masz nic przeciwko, Braciszku. Mogę przyjechać na miejsce i rozejrzeć się razem z Tobą. To pewnie nic takiego, ale wiem, że nie dzwoniłbyś gdyby to był zwyczajny pacjent. Nie mówił niczego o rodzinie… Wiem jednak, że jeśli ktoś mieszka na kampusie lub w jego pobliżu, to raczej nie jest z Seattle i nie posiada tu własnego mieszkania… Mógł się wplątać w jakieś bagno i jacyś skurwiele go porwali. No nie ma opcji żebym teraz została w domu! Przyjadę pod adres Daniela. — Malkavian wiedział już, że Valerie sama zaczęła się niepokoić, a jej ciekawość wzrosła. Ciężko będzie mu ją przekonać, że nie powinna z nim jechać, ale ona już wiedziała swoje. Wciąż była przy telefonie, ale wampir mógł być pewien, że właśnie zaczęła szykować się do wyjścia.
— Nie, to był chujek, który kupił mieszkanie w Blue Ridge. Jakiś nowobogacki skurwiel życzący sobie odjebanego w kosmos mieszkania, które odwiedzałby raz na jakiś czas. Nie dość, że przyjeżdżał tu zbyt rzadko, bym mogła mu zaprojektować mieszkanie tak, jak chciał, to jeszcze kurwa narzeka, że mu w dupę nie weszłam. — Na samo wspomnienie o tym ton głosu Valerie podniósł się o kilka ton, a ona zaczęła mówić z coraz większym przejęciem. Gdy skończyła przystanęła na chwilę i westchnęła ciężko. Chwilę później trzasnęła drzwiami; najwyraźniej kłębiące się w niej emocje jeszcze nie zdążyły opaść. — Książka jest chujowa i nadaje się tylko na opał. Domyśl się więc, Braciszku, czy będzie cała. — Pani Architekt odpowiedziała z rozbawieniem i już schodziła po schodach. Podobnie jak jej psychiatra, wciąż miała telefon przy uchu. Lubiła głos swojego lekarza i rozmowy z nim. W jakiś dziwny sposób ją uspokajały. Bardzo możliwe, że nie miała wcześniej odpowiedniego lekarza i dopiero Walter zaczął mieć na nią wpływ. Pozytywny, rzecz jasna. Niemal w tym samym momencie oboje zaczęli odgarniać śnieg z samochodu i skrobać szyby, choć Valerie zajęło to znacznie mniej czasu — kilka godzin temu wróciła do mieszkania, więc pojazd nie był aż tak zasypany ani oszroniony. Nie przeszkadzała jednak w poczynaniach Waltera; wsiadła do samochodu, odpaliła silnik i była już w drodze gdy Doktor Wilkes ruszył z miejsca. — W takim razie upewnimy się razem. Do zobaczenia! — Powiedziawszy to, wyłączyła telefon, by skupić się na drodze i odłożyła go na bok. Nieznacznie przyspieszyła.

| do Condominiums Sand Piper

Re: 7277 Perimeter Rd S, King County International Airport [02.15.1999]

Jeden z pracowników hangaru na dźwięk muzyki spojrzał w stronę samolotu i uśmiechnął. “Ktoś ma dobry gust muzyczny”, przemknęło mu przez myśl. Na chwilę utkwił spojrzenie w przybyszach, po czym wrócił do dalszej pracy. Czujne oko Chu wychwyciło pięcioro mężczyzn ubranych w te same, szare uniformy i jednego w granatowym, który — na pierwszy rzut oka — sprawował rolę kierowniczą. Gdy zaś spojrzała w stronę samochodu i stojącego przed nim Carvera, bez problemu mogła dostrzec również siedzącego w samochodzie mężczyznę ubranego w elegancki, ciemnoszary garnitur. Na chwilę ich spojrzenia się zetknęły.
Starszy mężczyzna istotnie bez słowa przyjął polecenia Leopolda; kiwnął mu jedynie głową w geście zrozumienia i przyjęcia wszystkich zaleceń. Sięgnął po wizytówkę i schował ją w wewnętrznej kieszeni marynarki. Samym spojrzeniem pożegnał się ze swoim Panem, a następnie odwrócił na pięcie i skierował kroki ku kierownikowi. Czarny, długi płaszcz do kolan, choć ciężki, zdawał się delikatnie powiewać na wietrze.

Image

Image
Lehrer odpowiedział na uśmiech przybysza tym samym, choć prędzej można było uznać go za grymas. Widoczna w jego oczach sympatia i aprobata zdecydowanie bardziej świadczyły o pozytywnym nastawieniu do Starszego Tremere. Z kolei uścisk Carvera był silny, wskazujący na pewność siebie i siłę. Gdy Chu została mu przedstawiona, skinął jej lekko głową. Zamknął drzwi za Leopoldem.
— Fundację również cieszy Pańska obecność. — Odpowiedział uprzejmie, gdy zasiadł na swoim miejscu. Tuż po zamknięciu drzwi, czarne BMW ruszyło z piskiem opon, a kierowca sprawnie wymanewrował i już po chwili wyjeżdżali z lotniska. — Nieciekawie, Magistrze. Wczorajszej nocy Sabat wypowiedział nam otwartą wojnę. Harbor Island i Dżungla, jak już Magister zapewne wie, są zajęte przez wrogą Sektę, choć chodzą słuchy, iż w Dżungli dominują Garou. Regent Weaver wrócił z dzisiejszego spotkania Rady Primogenu i Pana oczekuje. Pewny jestem jedynie informacji o zawiązaniu sojuszu Camarilli z Anarchistami, a także o cennym ładunku, który ma przybyć do Seattle w najbliższym czasie, na który Sabat ostrzy zęby. Regentowi Weaverowi zależy, by to Camarilla pierwsza go zdobyła, choć Książę Doe nie wykazała ku temu zainteresowania. — Carver mówił wolno, spokojnie, jednostajnie. Nigdzie mu się nie spieszyło. Jednocześnie swoimi ciemnymi oczyma spoglądał na zaśnieżony widok za oknem i nieustannie padający śnieg. Kilkanaście minut po wyjechaniu z lotniska minęli Midnight Fix. Teren był ogrodzony żółtą, policyjną taśmą, gdzieniegdzie wciąż dało się dostrzec wystające końcówki niebieskich, żółtych, czerwonych i zielonych chorągiewek wetkniętych w przeróżne miejsca. Drzwi i ściana wokół nich były częściowo zburzone, a w dachu ziała ogromna dziura. W środku walały się deski, różnorakie rzeczy, ceglane fragmenty… Miejsce wyglądało tak, jakby ktoś zrzucił tu parę bomb. I dokładnie tak było. — Midnight Fix. Budynek należący do Brujah, braci Richmond. — Lehrer nie musiał nic więcej mówić. Leopold został poinformowany o miejscu i okolicznościach, w jakich Sabat wypowiedział wojnę.

Re: 4401 15th Avenue Bridge [02.15.1999]

Zapewne podróż nie minęłaby mu tak szybko gdyby nie to, że pogrążył się we własnych rozmyślaniach. Goodman uczynił podobnie całkowicie oddając się prowadzeniu samochodu. Co innego Nicole. Ta bowiem zerkała raz po raz na Davida z troską. Bezgranicznie mu ufała, ale widziała, że coś go trapi, a jednocześnie czuła, że jest to rzecz, na którą może nie mieć wpływu. Knightley jednego mógł być pewien: dobrze, że ani Nicole ani Mark nie wiedzieli w jakie miejsce tak naprawdę jadą. Dzięki temu w świadomy sposób nie zdradzą, że należą do jednego ze Spokrewnionych. Oboje wiedzieli, że nie jest to coś, czym chwali się przed śmiertelnikami, więc tym bardziej mógł być spokojniejszy. A przecież ani Camarilla ani Sabat nie wiedzieli wszystkiego.
Istotnie, pierwsze minuty, godziny i dni są najważniejsze tuż po morderstwie. Jakiekolwiek by ono nie było. Wtedy sprawa jest świeża, a pamięć świadków i postronnych lepiej zachowana. Wówczas istnieje większe prawdopodobieństwo na zebranie istotnych dla sprawy informacji. Z biegiem czasu wszystko po prostu… Blednie.
Gdy David wysiadł z samochodu stał się jednym z wielu, wielu przechodniów. Nikt nie zwracał na niego szczególnej uwagi, a i mało kto miałby. Samochody pędziły mijając idącą osobę bez żadnego zainteresowania. Inni przechodnie byli zaabsorbowani swoimi sprawami. I mało komu przychodziło na myśl, by schodzić pod most. Knightley nikogo nie interesował. A przynajmniej na to nie wyglądało, bo żadne pary oczu nie spoglądały na jego poczynania… Nawet jeśli — to nie dało się takiej persony zauważyć.
Lasombra musiał się pierwej przedrzeć przez zaspy śniegu. Buty i spodnie powoli zaczęły mu przemakać, ale nie było to znaczącym utrudnieniem. A przynajmniej nie takim, jakim byłoby dla śmiertelnika. Z daleka nie dało się dostrzec “mieszkania” bezdomnych, ale im głębiej schodził, tym więcej dostrzegał szczegółów. Na początku Avenue Bridge jawiło się jako zwyczajny most, pod którym nic nie ma. Potem jednak, gdy David zszedł niżej i pod odpowiednim kątem, dostrzegł blask ognia znad wysokiego, blaszanego pojemnika i stojące wokół niego sylwetki, a wraz z tym widokiem zaczął słyszeć również echo cichych rozmów. Jedna z osób, kobieta o brązowych, potarganych i sklejonych włosach, grzała ręce nad ogniem w ciszy, skupiona na własnych myślach, lecz gdy tylko osoba Davida stała się widoczna dla tutejszych osób, przeniosła spojrzenie na przybysza. Podobnie zrobiła dwójka stojących mężczyzn. Jeden trzymał w ręku pustą butelkę wódki, drugi — stojący obok niego — miał ręce założone na piersi, acz bardziej pasowałoby tu określenie: owite wokół ciała. Trzeci, będący nieco na uboczu, jako jedyny nie spojrzał na Davida. Cofnął się nawet bardziej w cień, jakby bał się spojrzeć na nieznajomego, jakby był stwarzającym zagrożenie intruzem. W głębi “podziemia” mostu było jeszcze więcej osób, a korytarz zdawał się ciągnąć bez końca. Niektórzy spoglądali na Spokrewnionego z zaciekawieniem, innych to nawet nie poruszyło, jakby nie robiło na nich wrażenia.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście [02.15.1999]

Image Image
Dobrze więc, że Sire i jego znajomi byli bardzo, bardzo daleko od Avery. Jej Stwórca z pewnością teatralnie złapałby się za serce… Ale nie mógłby odmówić swemu Dziecku powodzenia w pierwszej wizycie w Elizjum. Choć Blanchard miała po prostu ogromne szczęście, to jednak nikt za nią niczego nie zrobił. Nikt nie wypowiedział takich, a nie innych słów do Primogena Gangreli. Nikt za nią nie sprawił, że najważniejsza Toreadorka w Seattle się do niej nie zraziła. Co — spojrzawszy na tą młodą Spokrewnioną — było całkiem możliwe. Avery jawiła się jako nieco inna osoba od tej, którą się sobie wyobraża pierwszy raz ją widząc. Z jednej więc strony mogła sobie pogratulować, lecz z drugiej dobrze wiedziała, że właśnie głęboko wdepnęła w Jyhad. Dlaczego to jakaś nikomu nieznana Toreadorka została zaproszona na wspólne polowanie przez samego Mosesa, a nie na przykład Neonata z jego klanu? Dlaczego Elsie, znana ze swojego niechętnego podejścia względem niechlujnych, nie umiejących się odpowiednio ubrać osób, polubiła pannę Blanchard? Znajdowała się w Elizjum i nie była tylko z nimi. Inni Spokrewnieni mieli okazję być świadkami jak wokół stolika dwójki Primogenów i nieznanej wampirzycy roztacza się aura sympatii. Z pewnością znajdzie się wielu Kainitów, zazdrosnych o tak szczególną uwagę wobec Avery.
Zarówno Page, jak i Reeves przyglądali się młodej Spokrewnionej. Na twarzy Elsie wykwitł lekki, dobroduszny uśmiech, a twarz Gangrela jakby pozostawała niezmienna, jakby nieustannie ją sobie lustrował i sprawdzał. Trudno powiedzieć czy jej współczuł czy jednak czuł się w jakiś sposób zażenowany, lecz jakkolwiek to na niego wpływało, nie dał po sobie tego poznać. Ponadto Toreadorka miała spojrzenie kogoś, komu coś mówiło nazwisko Breughel, ale nie mogła sobie przypomnieć skąd. Nic dziwnego, w końcu nie mogła wiedzieć wszystkiego, a i też nie zajmowała się sztuką malarstwa, lecz teatralną. Jednakże, to Reeves pierwszy zareagował. Położył rękę na ramieniu Avery — co zapewne znów wywołało w niej wspomnienia z przeszłości.
— Uspokój się. Nie zjemy Cię. — Nawet się zaśmiał lekko, bo wizja zjedzenia była tak zabawna, jak niedorzeczna. — Nie zrobiłaś nic złego. Każdy z nas ma inny charakter i swoje… Zachowania, to zrozumiałe. Każdy jest na swój sposób… Specyficzny. Z pewnością wiesz jak łatwo obrazić Starszego. Elsie jest jednak jedną z łagodniejszych Primogenów, trzyma się od polityki jak najdalej może. Ja… Cóż. Może nie wyglądam, ale niełatwo mnie urazić. — Na zakończenie tych słów zdjął rękę i położył ją na blacie stolika. Przez kilka kolejnych sekund przyglądał się młodej. — Jak tylko będę miał czas na naszą wspólną wycieczkę, odezwę się. Podasz mi do siebie kontakt? — Moses mógł dostać do niej adres czy telefon od kogoś innego, oczywiście. Czy wolał być po prostu bezpośredni czy jednak w ten sposób testował Blanchard, nie wiadomo. Nikt im nie przerywał w rozmowie. Tylko pewna dwójka Spokrewnionych spod okna bardzo dyskretnie zerkała na nich co jakiś czas jakby coś sprawdzając. I nawet jeśli Primogeni zdawali sobie z tego sprawę, to nie dali po sobie niczego poznać.
— Z jednej strony masz rację, ale z drugiej… Nieświadomość nie zwalnia cię z obowiązku. Dobrze jest też wiedzieć, co się dzieje w naszych kręgach i reagować, gdy faktycznie zachodzi taka potrzeba. — Słowa te padły z ust Elsie Page, która nagle spoważniała. — Bardzo doceniam to, że nie bierzesz udziału w polityce. Jakkolwiek cenię sobie naszą neutralność, to jednak musisz wiedzieć, że egzystując całkowicie w cieniu niczego nie osiągniesz. Wreszcie — znudzisz się murem, który wokół siebie zbudowałaś. Im dłużej w nim tkwisz, tym trudniej będzie ci się zaadoptować. — Każdy Artysta w Seattle wiedział, że ich Primogen nieprzychylnie patrzy na tych, którzy próbują coś ugrać w Jyhadzie. Starała się utrzymać klan na neutralnej pozycji i każdy, kto próbował się temu sprzeciwić miał co najmniej chłodne relacje z Page. — Gdybyśmy nie chcieli spędzać z tobą czasu, Avery, nie robilibyśmy tego. — Dodał Moses, a słowa te mówiły: jesteśmy jednymi z najważniejszych Spokrewnionych. Nie marnujemy czasu na rzeczy, których nie chcemy robić.
I znowuż dwójka Starszych spokojnie i uważnie wysłuchała słów młodszej. Im bardziej Blanchard zagłębiała temat, tym poważniejsza i surowsza stawała się twarz Elsie. Moses również spoważniał, nawet wyprostował się jakby wyczuł jakieś niebezpieczeństwo. Aura przy stoliku wyraźnie się zmieniła. Zielone oczy Page świdrowały Avery, a usta lekko ścisnęła. Pod stołem jej ręka złożyła się w pięść. Słowa padły dopiero po dłuższej chwili milczenia.
— Nie powinnaś przyjmować tego zlecenia. — Odezwała się wreszcie Toreadorka, a jej słowa brzmiały ostrzegawczo, złowieszczo. Odchyliła lekko głowę do tyłu. — Bądź ostrożna. — Dodała cicho. Nie powiedziała dlaczego. Gangrel nic nie dodał, ale widać było, że popierał słowa swojej towarzyszki. Ich reakcja wskazywała na to, że Blanchard trafiła na kogoś niebezpiecznego, stwarzającego poważne zagrożenie nie mogące zostać zignorowane.

Re: 711 NW 120th St, Broadview - Walter House [02.15.1999]

Luty. Srogi. Okrutny. Nieprzyjemny. To właśnie od tych słów pochodzi etymologia lutego. Grudzień to okres, gdy ziemia jest zamarznięta, pokryta grudami, ale to luty jest miesiącem nieprzystępnym, okrutnym dla człowieka, zmuszającym go do poddania się. I to niemal dosłownie: wystarczyło jedno spojrzenie za okno, by potwierdzić tę tezę. Jedno spojrzenie, by przekonać się, że wychodząc na zewnątrz — nawet będąc Spokrewnionym dla którego nie miało to większego znaczenia — pogoda nie pozwala na jakiekolwiek ustępstwa. Zmusza wręcz do poddania się. Tym to zabawniejsze, że luty dał brzmienie słowa litość. Jakżeż tu jednak mówić o litości, kiedy stopy grzęzną w białym puchu, a wiatr bije po twarzy jakby chciał kogoś bezlitośnie ukarać..!
Okrutny jest więc owy Święty Walenty. Ludzie w istocie chcieli dostać na już, zaraz coś… Nie, to uczucie — tak silne, że aż przeszywające ciało i umysł na wskroś. Tak silne, że aż zaburzające świadomość. Będące niczym rzadko spotykany i nie dla każdego dostępny afrodyzjak. Nawet Walter, który przecież nie raz i nie dwa — jak i wielu innych Dzieci Nocy — doznawał wtenczas novum mógł kiedyś podjąć próbę zrozumienia go. Każdy inaczej je interpretuje. Każdy inaczej do niego podchodzi. Niektórzy absolutnie się mu poddają zapominając o sobie samym, jakby własne życie, własne pragnienia, nie miały już żadnego znaczenia. Inni, powściągliwi, sceptycznie nastawieni do tego, co czują… Poddawali się. Nikt nie umiał się oprzeć. Oni jednak zachowywali jakieś pozory chłodnej logiki. Często w wyniku bolesnych doświadczeń związanych z odrzuceniem czy to rozczarowaniem. Ta niezrozumiała otoczka popychała śmiertelników do rzeczy, których w normalnych okolicznościach by nie zrobili.
Miłość. Ale doktor Wilkes już wiedział. Już ją znał. Badając ludzką psychikę, poznając umysły wielu “lutowych pacjentów”, obserwując mowę ciała. I nawet on musiałby przyznać, że każdy przypadek jest inny. Zdawać by się mogło, że jeden nie różni się od drugiego. A jednak… A może wcale nie było to coś trywialnego? Może to właśnie w tym leżało źródło wielu problemów, których nie dało się wyjaśnić, a odnajdywały swoje zrozumienie w miłości? Tak samo jak w zemście i nienawiści. Wszystkie inne uczucia były po prostu miałkie, chwilowe, ledwo odczuwalne. Przemijające z czasem. A szczęście? Przecież szczęście nie zawsze równało się miłości.
Daniel Arnight. Nigdy nie powiedział dlaczego tak właściwie strzelił sobie w głowę. Albo jego umysł schował tak głęboko, głęboko powody tegoż… Albo Arnight celowo ukrywał ten fakt przed doktorem zasłaniając to utratą pamięci. Jego zachowanie, jego zmiana osobowości i iluzoryczny przyjaciel, który był dla niego jak prawdziwy — to wszystko wskazywało na coś wyjątkowo silnego. Coś, co miało niebywale ogromne znaczenie dla tego chłopaka. Miał nieco ponad dwadzieścia lat! Był młody. Nie nawykł opowiadać o swoim życiu, dzieciństwie. Wracać do przeszłości.
Jakieżby poczuł doktor Wilkes uczucie gdyby okazało się, że w tym wszystkim nie ma nic wzniosłego? Że za tym wszystkim kryje się zawód miłosny tak silny, że aż doprowadzający do zmian w osobowości? Cóż mogło być równie silnego? Wszak Daniel niewiele się uśmiechał. Często popadał w melancholię. Lubił prowadzić rozważania o teraźniejszości, o egzystencjalizmie. A sarkazm? Nie miał w sobie ani krzty ułudy. Zdawał się widzieć świat w swoich własnych barwach. Koszmary? A kto powiedział, że musiały one dotyczyć czegoś typowo dla nas strasznego? Może koszmarem Arnighta było wieczne odrzucenie przez miłość? Walter nie był nawet blisko poznania przyczyny takiego stanu rzeczy. Dotychczas zdołał jedynie poznać powierzchowność swojego pacjenta. To, kim się stał i cząstkę tego, kim był. To tylko jedne z niewielu puzzli. Brakowało mu jeszcze wielu, wielu innych, by choćby odrobinę zbliżyć się do całokształtu postaci Daniela.
Znał go już jednak na tyle, by mieć pewność, że druga nieobecność bez uprzedzenia to coś nienormalnego. Coś musiało się stać. Przecież pacjenci przychodzący tak długi czas nie znikają ot tak, bez żadnego wyjaśnienia. Ponadto Arnight nie przejawiał żadnych oznak chęci skończenia ze sobą. Było zupełnie na odwrót! A może jednak nie? Może Wilkes się pomylił? Może dzieciak gdzieś leżał w rowie z rozbryzganym mózgiem na ścianie w uliczce, do której nikt nie zaglądał? Niezależnie od przyczyny, nie mógł tego tak zostawić. Musiał poznać odpowiedź. Musiał znać zakończenie historii Daniela Arnighta i doktora Waltera Wilkesa. To nie mogło się skończyć jak książka bez epilogu.
— Dobry wieczór, Braciszku! — Wampir mógł z głosu swojej podopiecznej wyczytać, że jest w bardzo dobrym humorze i z pogodnym nastawieniem względem niego. Minęła jednak wyjątkowo długa cisza zanim Valerie odpowiedziała mu na serię pytań. Tak jakby ta porywczość została odsunięta gdzieś na bok. — Dzisiejszy dzień, hm… Wiesz, Braciszku, czasem bywają tacy klienci, którym chce się po prostu przypierdolić w głowę patelnią. I nieomal bym to zrobiła gdyby ten chujek, co do mnie przyszedł, prędko nie uciekł. Wiesz jak cenię swój zawód. Uwielbiam projektować, mieć przed oczami coś, co ma dopiero powstać. I to z mojej, niczyjej innej, głowy! A ten kurwiszon przychodzi do mnie piąty raz z kolei i narzeka, że źle, że to nie powinno być tak tylko siak i śmak! Kazałam mu sobie poszukać innego architekta. Dobrze zrobiłam, prawda Braciszku? Że wyeliminowałam ze swojego otoczenia kogoś, kto działa mi na nerwy i wywołuje we mnie tak ogromne fale złości? To nic, że to duży, ale jebnięty klient, znajdą się inni. — Canari rozgadała się o swoim dniu; jak już zaczęła opowiadać, to z taką werwą, że nawet gdyby Walter chciał, to nie zdołałby jej przerwać. Trajkotała bez przerwy, nakręcona silnymi emocjami. — Otworzyłam sobie wino. Siedzę na kanapie i czytam książkę. Nie zgadniesz jaką! O kobiecie, która kocha zwierzęta i traktuje je jak własne dzieci. Porzygać się można. Czekam na opis całowania się z psem. Jak to może być słodkie i urocze? Ja bym... — Chciała mówić dalej, chciała powiedzieć jakby potraktowała tego cholernego psa, który by ją w jakiś sposób wkurzył, ale się powstrzymała. Dało się słyszeć jedynie uderzenie, jakby ktoś rzucił książką w ścianę. Wiedział, że nie kłamała. Pytanie tylko czy czytanie takich lektur to dobry pomysł w przypadku tak specyficznego problemu pacjenta. Wszak mogło mieć to odwrotny skutek od zamierzonego. Gdy zadał jej kolejne pytania, na powrót dało się wyczuć pozytywną aurę w zachowaniu. — Pamiętam go. Młody, uroczy chłopak. Gdyby częściej się uśmiechał, to dziewczyny ustawiałyby się do niego w kolejce, prawda? Zdziwiło mnie, że nie odczuwa żadnego pociągu seksualnego. W takim wieku ma się przecież wysokie libido, a on nic, jakby mu kutas nigdy nie stawał. — Znowu się nakręciła, znowu się rozgadała. — Przepraszam, Braciszku. Nie dał mi swojego numeru telefonu, ale wiem gdzie mieszka. Mówił, że studiuje budowę maszyn. Coś z podwodnymi statkami. W każdym razie mieszka nieopodal Uniwersytetu. 5844 NE 75th St, Condominiums Sand Piper dokładniej, w drugim szeregowcu, znajdującym się na środku. Mieszkanie 45 lub 46, nie pamiętam dokładnie. To to, które jest zaraz na prawo od wejścia. Naprzeciwko mieszka jakaś stara, wredna jędza…

Spoiler | 
To chyba najdziwniejszy post jaki dotąd napisałam... Zwłaszcza pierwszy akapit. Mam jednak nadzieję, że nie aż taki zły!

Re: 7277 Perimeter Rd S, King County International Airport [02.15.1999]

| Początek nocy 15 lutego 1999 r. dla Leopolda

Opóźnienie. Seattle ledwo dało się dostrzec przez kłęby chmur i sypiący z nieba nieustannie śnieg. Pasażerowie tego nawet nie odczuli, lecz przez ponad dwie godziny latali nad Szmaragdowym Miastem zanim pilot dostał zgodę na lądowanie. Kilkanaście minut po pierwszej Leopold — i zapewne nie tylko on, lecz również towarzysząca mu elegancka Azjatka i podstarzały, milczący mężczyzna — dostali informację od Stewardessy o przygotowaniu do lądowania i prośbę o zapięcie pasów bezpieczeństwa. Spokrewniony dokonał odpowiednich przygotowań co do przylotu, więc wieża kontroli ruchu powietrznego tylko wskazała odpowiedni hangar i po ustaleniach samolot Leopolda wreszcie stanął na platformie.
Chwilę później otworzyły się tylne schody umożliwiające wyjście na zewnątrz. Dla Spokrewnionego nie miało to większego znaczenia, lecz w Seattle było cholernie zimno, co mogli odczuć towarzyszący mu Ghule i ludzie. Śnieżyca tutaj nie docierała, ale wystarczyło jedno spojrzenie w ciemność, w prawo, by dostrzec, że pogoda nie rozpieszcza. Wszystko niknęło w białych płatkach. Niektóre rzeczy nawet absolutnie pochłonął śnieżny puch.

Image
W hangarze czekali pracownicy, ale nie tylko. Ci pierwsi mieli uniformy i nie rzucali się w oczy po prostu wykonując swoją pracę, traktując przylot prywatnego samolotu jako coś najzwyczajniejszego na świecie. Zupełnie inaczej było z czarnym BMW zaparkowanym nieco na prawo od schodów wyjściowych, przed którym stał bardzo wysoki — zdawać by się mogło, że miał niemal dwa metry wzrostu! — mężczyzna w wysokim kapeluszu. Ciemne, kasztanowe włosy luźno opadały na jego plecy i ramiona. Charakterystyczną cechą jego facjaty były ciemnobrązowe, idealnie przystrzyżone wąsy wraz z brodą w stylu south path. Szare, chłodne spojrzenie, uniesiona ku górze głowa i antypatyczny — zupełnie jakby temu osobnikowi nie zależało na jakichkolwiek relacjach, nawet tych negatywnych — wyraz twarzy. Odzienie miał całe czarne, eleganckie, niemalże niczym Ventrue, dla którego zmięty choćby fragment garnituru jest niedopuszczalny. Lekko rozstawione nogi, a pomiędzy nimi długa, drewniana laska zwieńczona białą głową w kształcie chińskiego smoka. Wprawny obserwator dostrzegłby metalowy, niewygrawerowany pierścień na środkowym palcu lewej ręki. Całą sylwetkę mężczyzny zwieńczały wypastowane, lśniące buty. Bezsprzecznie górował nad Leopoldem o co najmniej dziesięć centymetrów.
— Carver Ian Lehrer. — Przedstawił się Leopoldowi, gdy ich drogi się zetknęły. W tym przypadku to androgeniczny wampir był wyższy statusem, więc ciemnowłosy nie podał mu ręki dopóki ten sam jej nie wyciągnął. Nie powiedział też jaki posiada status w klanie, gdyż byli w publicznym miejscu, gdzie nieproszone osoby mogły posłyszeć informacje nieprzeznaczone dla ich uszu. — Poinstruowano mnie, aby zawieźć Państwa do Fundacji. — Dodał, a następnie zaprowadził ich pod samochód otwierając drzwi Spokrewnionemu. Reszta musiała sobie poradzić sama.

Wyszukiwanie zaawansowane