Znaleziono 191 wyników

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

Coś znowu zawyło. Jak za pierwszym razem nie zwróciła na to uwagi, tak teraz gdy Sawyer dość ostentacyjnie zaczął się wsłuchiwać. Ona nic z tego nie rozumiała, ale on zdawał się wychwytywać jakąś wiadomość, albo też wyczuwać... Albo może przesadzała. Nie miała jak tego sprawdzić. Kończyła właśnie zapinać płaszcz.
Wychodziło jednak na to, że to wszystko co mogła uzyskać od Lou. Zresztą - chyba też od kogokolwiek innego. Zadłużanie się już u jednego spokrewnionego o takiej sile było dość ryzykowne. U paru z nich, w dodatku u Nosferatu było wręcz niebezpieczne. Tak, jakby tutaj nie miała się czego obawiać - wyczuła groźbę błyskawicznie, i dało się to zobaczyć w jej oczach które na moment błysnęły odbitym światłem księżyca, gdy je uniosła.
-T-tak... Wiem...-Opuściła jednak je dość szybko. Była u niego w kieszeni tak samo, jak on miał kawałek jej swetra. Ale... Czy było to warte? Prawdopodobnie okaże się to na dniach, jednak chciała podkreślić jedną, bardzo ważną rzecz-...I nie zamierzam o tym zapominać
Ta noc dobiegała końca, i obydwoje bardzo dobrze o tym wiedzieli. Michelle wybąkała jedynie krótkie "Dziękuję" i "Dobrej nocy". Ukłoniła się przed Lou, by pospiesznym krokiem skierować się do miejsca w którym zostawiła swoje auto. To chyba nie była pora by mogła zrobić coś więcej. Miała niewiele czasu, ale powinna zdążyć nim wróci do swojego mieszkania... Już niedługo nie-swojego. Już niedługo...

z/tPrzywrócony post z 29.10.2018

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

Napięcie dało się kroić nożem. Może dla... Nie, dla niego też nie było to niczym lekkim. Był łowca, i każdy atak był wykonywany w określonym celu. Tylko jego jeszcze istniejąca ludzka świadomość pozwalała jej żyć, i z każdym momentem coraz bardziej zbliżali się do tej granicy, która dzieliła ich od opanowania do zwierzęcia. Może on był ku temu bliżej, ale ich bestie były tak samo dzikie. Wiedziała, że musiała wziąć to całkowicie na poważnie. I tak też zrobiła, podejmując wszelkie kroki by wyjść z tego cało.
W spowolnionym świecie wszystko było jakby piękniejsze. Ten krajobraz kojarzył jej się ze śniegową kula, co z kolej przywodziło na myśl inne skojarzenia. Święta. Dzieciństwo. Beztroska. A wszystko to wykrzywione dźwiękiem i obrazem, który nakazywał jej podjąć próbę przeżycia. Nie ruszy się - gorzko tego pożałuje. Coś jakby nią samą pokierowało w bok, uchylając się ledwo przed ostrymi jak żyletki pazurami.
I koniec. W prawdziwej walce byłoby ku temu daleko. Sama Michelle była w szoku, że pomimo włożonych wysiłków tylko ledwo udało jej się uskoczyć. A z drugiej strony czuła ulgę, że w ogóle jej się udało. Nie mogła nie podziwiać... A z drugiej strony obawiać się jak ognia siły jaką reprezentował ten Gangrel, oraz zdolności panowania nad sobą jeżeli było to konieczne. Szacunek oddawany przez Hooka był w pełni uzasadniony...
...Ale lubiła ten sweter...
-Um... Szczęście... Tak...-Sam fakt, że Michelle zgodziła się na to był wyrazem dość dużego wysiłku psychicznego. Normalnie unikająca jakiejkolwiek konfrontacji dziewczyna dawała z siebie wszystko, by wyciągnąć jak najwięcej z tego spotkania. Wahała się, owszem, ale... To robiła całe życie. Ale fakt, tutaj się liczyły chwile. Gdyby nie to wahanie możliwe, że uratowałaby sweter. A co, jeśli w miejscu swetra będzie żywa istota?
...Zachował jego kawałek. Kto wie, może po to, by w razie czego ją wytropić? Nie było takiej potrzeby... Według niej była naprawdę słowna. Ale... Czy miała dość siły woli? Musiała mieć. Jak inaczej uchroni siebie i innych? Musiała... Nie było innego wyjścia. Ale jak przy tym zachować to, co jeszcze kiedyś czyniło ją człowiekiem? W tej brutalnej rzeczywistości, gdzie każdy błąd był najsurowiej karany przez nią samą?
Michelle zapięła płaszcz. Kiwnęła głowa na znak, że zrozumiała co się do niej mówiło. Ostatecznie ją pochwalił. To chyba dobrze wróżyło na przyszłość? Nie była może idealna, ale dlatego właśnie tu była...
-Mam tyle do zrobienia... Ale to jest ten czas...-Musiała być przydatna. W jakiś sposób... Musiała mieć jakieś zaplecze. Musiała COŚ sobą reprezentować. Już nie miała ochronnego klosza swojej sire. Teraz... Była zdana na siebie. Na wieczną walkę pomiędzy przetrwaniem, a zachowaniem siebie.
...Co podsunęło jej myśl.
-Na tę noc... Um... Czy... Chyba na tę noc wystarczy...-Dziewczyna spróbowała się uśmiechnąć, ale i jej był dość dziwny. Jak w przypadku Lou był wykrzywiony w zwierzęcym grymasie, tak u niej z miejsca był przepraszający. Nie chciała nikogo urazić. Nie chciała sprawiać problemów. Nie chciała-Jeszcze tylko... Tak pomyślałam... Czy... Zna się Pan może... Um, w Chicago miałam znajomego... Całkiem dobrze otwierał zamki... Um...-Chciała coś jeszcze dodać, ale nie było potrzeby. Poza tym bała się, czy czasem o za dużo nie prosi. Jednak zaraz potem się właśnie z tego powodu wycofała-Albo nie, przepraszam, już Pan wystarczająco dużo dla mnie zrobił, jestem wdzięczna! I... Um... Oczywiście... gotowa to... okazać-Ta mniej przyjemna część. Czek inblanco. O cokolwiek ją poprosi, będzie zobligowana by to zrobić. I będzie mogła mieć tylko nadzieję, że nie będzie to coś absolutnie okrutnego...
Przywrócony post z 29.10.2018

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

Działały tu zwyczajne odruchy. Drugi łowca, znacznie potężniejszy od niej pokazał pazury - dosłownie. Takie coś mogło nawet ją zmasakrować, i to w bardzo bolesny sposób. Była to broń wampira, nie miała pojęcia jakie właściwości mogła mieć. Wystarczyłoby jedno uderzenie - następne byłyby już znacznie łatwiejsze do wyprowadzenia, a jej pozostałaby jedynie ślepa ucieczka. Nawet auto mogłoby jej nie pomóc. A praktyka... Nie była przydatna. Była niezbędna, cały czas by utrzymać odpowiednią formę, o szansie rozwoju nawet nie wspominając. Przy tym wszystkim nie zauważała, jak płatki również na niej zaczynały się zbierać.
Usunięcie pazurów tylko trochę uspokoiło albinoskę. Ona dalej wiedziała, że tam są. Sama ta świadomość była dość przerażająca, a fakt, że mogły się one po raz kolejny pojawić - tym bardziej. On o tym wiedział, i podziałał na jej wyobraźnię w wystarczający sposób, by spotęgować poczucie zagrożenia. Ona naprawdę znała swoje miejsce i słuchała go uważnie. Chyba nawet w pewnych momentach za bardzo. Ale to ostatnie słowo sprawiło, że w środku przez moment chciała zrobić dokładnie to, co chyba powinna - uciec. Jak on ją trafi to zostanie zmasakrowana - wiedziała o tym. Zwykłego człowieka by to zabiło, ale i na niej by się to odbiło bardzo nieprzyjemnie - o garderobie nie wspominając... Skąd w ogóle taka głupia myśl!
Ale pomimo zastygnięcia wiedziała też, że jak stąd odejdzie to również nie będzie miała taryfy ulgowej, chociaż przez moment miała nadzieję, że jednak je ukradkiem wycofał za plecami... Ale nie. Może właśnie w ten sposób przychylał się do jej prośby - chciał pokazać co robić z innymi spokrewnionymi. Sam mówił, by korzystać z krwi, z przekleństwa które w niej płynie. Poza tym... Jak teraz stchórzy... Czy nie stchórzy również gdy będzie to naprawdę ważne?
Nie oddychała. Albo ten oddech, charakterystyczny dla niej był tak płytki, że nie było go widać. Przyjęła pozycję którą ćwiczyli - może nie była idealna w tej sytuacji, ale powinna chyba z takiej wychodzić. Widać było w jej oczach, że czaiła się tam obawa - ale miała na tyle dużo motywacji, by z nią walczyć... Z bestią, której przede wszystkim chodziło o przetrwanie również. A to była jedna z tych sytuacji narażającej ją na niebezpieczeństwo. Całkiem duże zresztą.
Z pewnym ociąganiem ale kiwnęła głową na tą propozycję. Od razu potem skupiła się na przyspieszeniu swojego ciała. Akceleracja - zwykłe wzmocnienie się krwią mogłoby nie wystarczyć, zresztą, nie umiała tak sprawnie nią operować by w tak krótkim czasie zrobić jedno i drugie. Chociaż jeśli będzie miała czas...
...Była przeklętą bestią. Ale do cholery, niech chociaż coś pożytecznego z tego wyniknie! Nie wiedziała w jaki sposób zaatakuje, ale nawet jeśli był naturalnie od niej szybszy, to jej dyscyplina, nawet tak nierozwinięta jak jej powinna wyrównać trochę pola. Nie chciała robić niczego nadzwyczajnego czy specjalnego - ot, wycofać się spod ataku Gangrela, jak najdalej od niego. Zwiększyć dystans, by ten musiał wręcz do niej podbiec by wykonać następny, o ile to planował. Nie mogła tego wykluczyć.
Tak naprawdę wszystko co potem się działo to kwestia reakcji - jeżeli będzie chciał pchnąć, to najlepiej będzie chyba... uskoczyć w stronę do zewnętrznej części pazurów? Wtedy nie pociągnie ich, a nawet jeśli się odmachnie na odlew - to szkody będą mniejsze. Jeżeli się zamachnie, to będzie musiała się uchylić - jeżeli będzie za blisko, albo wycofać do tyłu, jeśli będzie szansa uniknięcia tego w ten sposób. Musiała naprawdę uważnie przyglądać się jego ruchom by w jakiś sposób wcześniej przewidzieć co zamierza zrobić - w jaki sposób się porusza... Ale to Gangrel. Doświadczony. Może... Może czegoś próbować.
Wszystko po to, by dać jej lekcje. Co by się jednak nie działo - zamierzała po uniku, albo jako część uniku wycofać się od niego. By ewentualny następny atak nie był taki prosty.

Jeden punkt krwi wydany na akcelerację na przyspieszenie prędkości ruchu. Jeżeli starczy czasu przed atakiem - drugi punkt krwi na zwiększenie zręczności o 1
Przywrócony post z 29.10.2018

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

Czy to naprawdę było... Um, takie kłopotliwe? Przynajmniej kwestia jej klanu... Sama wiedziała, że jedna rzecz którą umiała mogła być naprawdę śmiercionośna. Potrafiła poruszać się w naprawdę niezwykle sprawny i szybki sposób. Nie mogła tego za często używać - było to naprawdę niebezpieczne dla maskarady - ale wiedziała, że potrafi. Mogła się przyjrzeć przy tym Lou trochę bliżej. Bardziej - był niespokojny. Był półdziki. Coś było w tym jednak... Pewien rodzaj godności. Czy to była ta kwestia, um... Ta aura starszych? Poza tym... Te rany chyba niedawno się pojawiły. Dziwne, że nie mógł ich zaleczyć od razu... Co też mogło je spowodować? Wiedziała, że swoich drobnych blizn na ciele z czasów, gdy jeszcze była żywa nie mogła zaleczyć w żaden sposób, więc te musiały się pojawić jakiś czas temu...
Opisywał jej sytuacje. Rzeczy o których wiedziała, ale bardzo rzadko korzystała. Nie było takiej potrzeby... za często. Bała się tego co mogłoby się stać gdyby przesadziła. Gdyby cała krew jaką ukradła innym nagle odpłynęła z niej, a ona poczułaby okropny głód. Bała się siebie zobaczyć w takim stanie, jako potwora którym była - ale jej skorupa pozwalała o tym chociaż na chwilę zapomnieć. Nawet przyglądanie się temu co ten Gangrel tworzył na śniegu, chociaż nie widziała w tym większego sensu. Chciała zapomnieć, ale jedyne, co jej na to pozwalało było częścią tego od czego najchętniej by uciekła.
Ale nie może też ciągle uciekać. Chociaż czasami to jedyne rozwiązanie... Kiwnęła głową. Rozumiała. Nie chciała do tego sięgać, ale jeżeli będzie trzeba...
Miała cały czas przed oczami sytuację gdzie ją poniosło. Nie chciała tego zrobić - ale zrobiła. Miała krew na rękach. I tej nocy miałaby ją znowu gdyby się w porę nie opanowała...
Na moment jednak przerwała rozmyślania. Zobaczyła coś i trudno było jej uwierzyć w to co widziała. Wielkie pazury, ot tak, wyrosły zamiast palców tego spokrewnionego. Jeszcze ten uśmiech... Lekko wybałuszyła oczy. Nie... Nie chciałaby mieć możliwości używać czegoś takiego. Użycia tego w momencie gdy nie panowała nad sobą zupełnie... Ale perspektywa tego, co można tym zrobić...
-Ja... Rozumiem... T-tak myślę...-Leciutko się odchyliła do tyłu. Nie chciałaby czymś takim dostać, tyle wiedziała. Tym bardziej ją to motywowało, by w żadnym wypadku nie odmówić temu spokrewnionemu przysługi gdyby tylko o nią poprosił. Pomijając samą przyzwoitość... I honor jej mistrzyni...
-Um... Ja myślę... Ja... Może to przećwiczę... Chyba tak będzie dobrze... Um... W razie czego... Mogę pisać?-Zdawało się, że lekcja była krótka ale treściwa. Zresztą, chyba jej wystarczy. Co więcej może jej powiedzieć czy pokazać? Na razie musiała sama popracować... Chyba... Miała dużo pracy przed sobą.
Przywrócony post z 28.10.2018

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

Aż dziwne, że przy tym co jej potem powiedział nie przerwał jej w żadnym momencie. Może jednak nie wszystkie plotki o Gangrel były prawdziwe? Albo też nie dorobiłby się takiego szacunku... I nie byłby polecony jako nauczyciel gdyby był po prostu nieco bardziej inteligentną bestią. Był stosunkowo cierpliwy jak na to czego mogła się po nim spodziewać, acz dalej miał pewne zachowania... Trochę dalekie od tego co słyszała o etykiecie. Ale nie było źle. Tylko trochę jej wzrok opadł gdy tak dosadnie został ujęty jej status. Była bardzo daleko od obrażanie się o taką oczywistą prawdę - po prostu sposób ujęcia działał na nią jak zacięcie papierem.
Zgraja nie zgrają, dalej są nieśmiertelnymi. Ale może udałoby jej się i tak jakoś chociaż ewakuować... Ale dopóki nie będzie się aż tak wychylać, to może faktycznie będzie bezpieczna? Może miał rzeczywiście racje gdy mówił, że należałoby się skupić na śmiertelnikach? Z nimi w końcu, jeżdżąc nocami z Selmą będzie miała największy kontakt. Musiał wiedzieć o czym mówi, czuła to w jego głosie. Był naprawdę znacznie bardziej doświadczony od niej samej, i w jej spojrzeniu, które w końcu się podniosło nie było żadnego powątpiewania. Słuchała go uważnie i z szacunkiem na jaki zasługiwał jako starszy już łowca.
Tym razem to on zadał pytanie, w sumie zasadne. Nie mówiła mu przecież z jakiego klanu pochodzi, a Hooka o takie rzeczy mógł poprosić właściwie każdy, kto znajdował się w Elizjum. Nie wahała się - zbyt długo, znaczy się.
-Toreador... Klan Toreador... Znam podstawy dyscyplin...-I podstawy były dobrym słowem. Zostało jej to zaprezentowane, ale w swoim nie-życiu do tej pory w zupełności to wystarczało. Ale wtedy nie była sama, była w koterii. Miała pewna role którą lepiej albo gorzej wykonywała. Teraz była zdana na siebie. Musiała nadrobić zaległości
-Jeszcze... Widziałam Pana spojrzenie... Jak Pan dotykał krtani... Jak, um... Poprawić siłę?-Zadała to pytanie z pewnym przestrachem. Wiedziała aż za dobrze jak słabą fizycznie była osobą za życia, i tak naprawdę niewiele się to zmieniło gdy została martwą. D tej pory było to jakimś pocieszeniem - że może jak straci nad sobą kontrole to nie wyrządzi zbyt dużych szkód - ale w sytuacji obronnej mogło to być ważne-Jestem... martwa. Nie przybędzie mi, uh, mięśni... masy...
Juz i tak było ustalone, że tak naprawdę była tylko minimalnie lepsza od żółtodzioba, który jeszcze nie został wypuszczony z gniazda. Więc nie krępowała się z tego rodzaju pytaniami... Bardziej niż zwykle.
Przywrócony post z 28.10.2018

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

Była w tym jakaś sztuka. Koordynacja, która przecież również występowała w trakcie gry na instrumencie. Tam też czuła to właściwie całym ciałem i sobą, chociaż tak naprawdę działały tylko pewne partie mięśni. Tu jednak musiała dać z siebie wszystko. Przemoc fizyczna była pełna energii. Psychiczna... Psychiczna natomiast ją zabierała. Można było się zastanowić - do jakiego stopnia ona się jej dopuściła w swoim żywocie? Planowała rzeczy, które... Które uważała za złe. Ale były niezbędne. Mimo to czuła się źle z tego powodu, i chciała... Zrekompensować te nieprzyjemności. Tylko jak bardzo będzie musiała sama się przy tym zdegradować, albo przynajmniej... Jak bardzo będzie to uciążliwe?
I przede wszystkim... Jak Phillip zareaguje na wieść, że ona tak naprawdę od dawna nie żyje? Kiedyś to w końcu wyjdzie na jaw. Takie miała przeświadczenie... A co, jeśli Selma się dowie? I to w sposób który bezpośrednio jej zaszkodzi?
Na razie była parę razy poprawiana, czyli nie wykonywała tych rzeczy perfekcyjnie, ale była do takich poprawek trochę przyzwyczajona. Jak zaczęła traktować ten dotyk jak coś podobnego przy jej pierwszych lekcjach gry na skrzypcach - przestały ją tak krępować. Acz wtedy była znacznie młodsza. Dostała potem rady, które może i były prawdziwe... Ale raz - były skrajnie makabryczne. Po drugie - nie pomogą w ochronie tego, co ona chciała chronić... O czym on nie wiedział. Ale też nie mogła mu się bezpośrednio przyznać. Po trzecie... No właśnie... Najpierw jednak wysłuchała go do końca. Już sam fakt, jakie to było dla niego normalne i naturalne mogło przyprawiać o ciarki, i gdyby ona miała takie subtelne odruchy jak śmiertelnik to by je pewnie miała. Raz musiała na niego spojrzeć dość... Wymownie.
Ale przyszedł ten moment. Teraz to była jej kolej na powiedzenie tego, co myślała. Nie wszystkiego - samych najważniejszych rzeczy. I było to ważne, może nawet najważniejsze...
-Cały czas Pan mówił o... Śmiertelnych-Minimalnie jej wzrok nabrał wyrazu, zdecydowania. Można było odnieść wrażenie, że dopiero teraz przechodziła do meritum. Jakkolwiek te rady były ważne, nie obejmowały tego czego się najbardziej obawiała-A co z... Innymi spokrewnionymi... Z Sabatem. Zaczyna się konflikt. Nikt nie wie co się będzie działo. Do czego może dojść. Jakie będą ofiary... To wszystko jest ważne, i jestem wdzięczna, ale na nic to się zda wobec kogoś, kto wie o naszym... stanie-Szybko jednak to zdecydowanie straciła. Mogła jednak mówić składnie, poprawnie, z jakąś pewnością siebie. Tylko w takich momentach, gdy naprawdę jej na czymś zależało i to było ważniejsze niż to, co ktoś o niej pomyśli. Ale tylko na moment.
-...ucieczka... Jest wyjściem... Ale... Chodzi mi o czas... O zyskanie czasu... Bym mogła... COŚ uratować...-To wrażenie. Nawet w jej ustach brzmiała nadzwyczaj naiwnie. Jeżeli Sabat będzie chciał zaatakować, to albo będzie to zdezorganizowane, albo tak precyzyjne że żadna obrona nie da rady. Ale... Może się myli, może jest szansa?
Przywrócony post z 27.10.2018

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

Była, owszem. Przede wszystkim, na pierwszym miejscu - jeszcze - była skrzypaczką. Potem zaczynał się konflikt, na którym czasami coś wychodziło na wierzch. Jak i teraz. Miała opory przed wyrządzeniem krzywdy, nawet w takiej sytuacji - wiedziała, że nie mogła na pewno zrobić mu takowej. Nawet nie sobie, nie swoim palcom - wiedziała, że cokolwiek teraz się stanie będzie mogła to wyleczyć tak, że nie będzie nawet śladu. Ale czy tak samo będzie mogła zrobić z tym, co stanie się na jej umyśle i sumieniu gdy będzie chciała zrobić wszystko, by uchronić tych na których jej zależy? Czy też może... Co gorsza... W pewnym momencie stchórzy i będzie ratować swoją skórę?
W tym wszystkim fakt kim była i co robiła przez większość swojego życia... Nie miało to takiego znaczenia. To było jej życie, ale ono nie miało aż takiego znaczenia. Tak chciała myśleć...
Intensywne myśli zalały jej głowę, podczas gdy była zachęcana na różne sposoby. Słowem i gestami - działał na nią jeszcze inny czynnik. Powinna to zrobić. Tego od niej oczekiwano. Nie chciała zawieść, zawalić, dać plamy - on sam chciał by ona to zrobiła! Jak tego nie zrobi... To po co właściwie tutaj przyszła? By marnować jego i swój czas? Nie powinna... Powinna... Nie powinna...
W końcu chyba coś w niej pękło. Wykonała cios, nie wiedząc nawet do końca jak - i od razu jak jej dłoń zaczęła się zagłębiać w szyi Lou zaczęła tego żałować. Nie musiała tego widzieć, wystarczał sam dźwięk. Skrzywiła się. Wycofała się też od razu gdy usłyszała warknięcie, na dwa albo nawet trzy kroki. Coś się pojawiło. Michelle domyślała się - wściekłość. A od niej do bestii była naprawdę krótka droga, zwłaszcza w przypadku tak dzikiego klanu jak Gangrel. Ale... Opanował się, co też widziała po ruchach. Nie wyglądał na zadowolonego, co od razu speszyło wampirzycę. Poczuła metaliczny zapach... Coś, co powinno się pojawić u śmiertelnika, ale nie u niej. Krew. Zerknęła na poharataną dłoń... Nie wyglądało to źle, ale i tak szybko to zagoiła.
Czuła się źle... Naprawdę źle się czuła z tym co zrobiła... Nie powinno to być konieczne, nie powinna w ogóle tego robić! Dlaczego w ogóle tutaj przyjechała... Musiała, wiedziała o tym, ale może... Może... Może...

Myślałem, że tego nie zrobisz. Że stchórzysz i się poddasz. Miło mnie rozczarowałaś, Michelle, a zatem zasłużyłaś na kolejną lekcję

To... To było miłe rozczarowanie? Że dopuściła się aktu przemocy? Że rzeczywistość wymaga od niej, by dopuszczała się takich czynów? Może dla niego, jako spokrewnionego i kogoś, kto miał tego nauczyć owszem, ale dla niej... Skup się! Potem będziesz płakać dziewczyno! Z Z biodra. Z ruchu ramienia i barku, byle nie za sztywno. Prosto.
Był nawet na tyle miły, że jej to pokazał. Jako artystka, której fach wymagał od niej naprawdę dobrego skoordynowania pracy swojego ciała... Mogła to docenić. On naprawdę wiedział co robi. Umiał walczyć. Jego ciało działało w dziwnej, ale naprawdę wydajnej synchronizacji. Jakby czymś takim oberwała... Ona... Wiedziała, że jest słaba. Dlatego tu była. Musiała być silniejsza, by w razie konieczności... Ostateczności...
Gdyby była śmiertelną - możliwe, że by się rozpłakała. Ale już widziała różne rzeczy. Różne rzeczy robiła. I jej dusza nosiła na sobie grzechy, które nawiedzałyby ją w koszmarach gdyby miała jakiekolwiek sny. Była młoda, ale i tak doświadczyła więcej niż przeciętny śmiertelnik. Co będzie za lat dziesięć, dwadzieścia, sto?
Musiała jednak na razie pracować, by do tego wieku dożyć. Odtworzyła sobie w myślach ruchy jakie wykonywał. Przyjęła pozycję taką, jaką ją ustawiał. Póki obraz był świeży, póki tutaj była - postarała się powtórzyć to co zrobił. Zastosować się do tego co mówił. Nic nie mówiła, bo chyba nawet nie o to chodziło tutaj. Ona była uczennicą, to nie ona miała mówić, chyba, że zapytana. Zresztą... czuła do siebie pewną odrazę. Nie chciała siebie teraz słyszeć.
Przywrócony post z 27.10.2018

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

Może w duchu chciała, by się nie zgodził. Żeby ją odesłał z kwitkiem, i wtedy byłaby w pełni usprawiedliwiona, że miała za słabą ofertę i nie miała szansy się przebić. Stało się jednak inaczej, a grymas na jego twarzy zdawał się być zapowiedzią tego, że na pewno skorzysta z jej oferty. Kiedyś. A przy jego usposobieniu może jej się to nie spodobać... Mogła mieć jedynie nadzieję na coś bardziej finezyjnego, co... Przy całym szacunku dla niego, co on akurat mógłby mieć problemu z załatwieniem. Znaczy, coś bardziej... ucywilizowanego... Uh, może lepiej to zostawić.
Tak jak mówiła - byłą dobrą słuchaczką. Słuchała go bardzo uważnie. Zapamiętując i odnotowując rzeczy których wcześniej nie wiedziała. Bo trochę jednak znała, i to ze swojego doświadczenia... Faktycznie, broń palna na wampira działała jak strzał z procy - trochę bolało, ale tylko jak coś rzeczywiście było solidne i trafiło niefortunnie. Zrobiła za to wielkie oczy na historię z wilkołakiem. Jedynie o nich słyszała, ale to co do niej dotarło wystarczało w zupełności, by unikać ich jak ognia. Albo i bardziej.
-Na lupina? To szaleńs... Um... Mało rozsądne...-Tyle chociaż, że się powstrzymała przed bardziej dosadnym określeniem takiego zachowania. W każdym razie wróciła do słuchania. I obserwowania, bo ją ustawiał. Z jakiegoś powodu nie było to tak kłopotliwe jak myślała. I tak miała wrażenie, że rozmawiała nie z kimś kto kiedyś był człowiekiem, a bestią w ludzkiej skórze. Jak to się dzieje, że oba klany tak blisko niej... Um... W pewnym sensie... Różnych... Um, skupić się!
O wzmocnieniu dłoni nie wiedziała. O tym, gdzie celować... Um, coś tam kiedyś było, ale kojarzyła bardzo mgliście. Na pewno nie było o pozycji ciała, a przynajmniej nie takiej jakby to ona miała być agresorem, bo trochę to tak wyglądało. Zaatakuj zanim zostaniesz w ogóle zaatakowana. Obiektywnie miało to sens, wewnętrznie...
Wewnętrznie to teraz, jak stanęła przed zadaniem wykonania uderzenia to i tak mimo jej całej wiedzy i świadomości, że nie miała absolutnie szans zrobić mu krzywdy miała opory. Po prostu... Nie, dalej widziała w nim człowieka. I perspektywa zadania mu bólu, nawet jak była tak odległa... On równie dobrze mógłby być zrobiony z cegieł, prędzej sama sobie krzywdę zrobi! A może to było... Stała tak w każdym razie, wahając się.
Jak to sobie wyobrażała... Tak, że sięgnęła by po klucze prawą dłonią, chwyciła je, i spróbowała po podejściu uderzyć go tam, gdzie jej polecał - w krtań. A ile może rzeczy pójść nie tak - przede wszystkim, bojąc się tego aktu przemocy, mogła zamknąć oczy. Już nie wspominając o tym, że mogła nie pokonać swoich obaw i tego w ogóle nie zrobić... Było w tym coś tak pierwotnie... Niedobrego...
Przywrócony post z 27.10.2018

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

Była na zdecydowanie niższej pozycji niż on. Różnicę widać było od razu, ale przede wszystkim było ją czuć w powietrzu. Ona stała w miejscu niczym sarna przed wilkiem, nie wiedząc co zrobić, i czy gwałtowny ruch nie odsłoni jej pozycji. Czy też może... Bardziej jak inny drapieżnik, który nie chciał rozdrażnić znacznie silniejszego łowcę.
Mogła go ocenić od razu. Jego ruchy były nienaturalnie płynne i pragmatyczne - żadnego zbędnego ruchu. Na swój sposób było to tak imponujące i fascynujące jak przerażające. A jak jeszcze odsłonił twarz... Przez moment zastanawiała się, czy aby na pewno nie bezpieczniejszym wyborem byłby tamten Nosferatu. Ten wyglądał rzeczywiście, jakby za marnowanie jego czasu miała ją spotkać jakaś surowa i mało wyszukana kara. A była taka szansa, gdyż zadał pytania najbardziej logiczne w tej sytuacji, ale z drugiej strony chyba najtrudniejsze jakie tylko mógł.
Zawahała się po raz kolejny. Tym razem nawet nie wyłapała tego aktu.
-...z-znam same podstawy s-samoobrony... Ja... Um, uh, jestem skrzypaczką... I, um... Jestem dość spostrzegawcza... Zwłaszcza... Zwłaszcza, uh... Jeżeli chodzi o uczucia... um, innych... I... Ale nie tylko, ogólnie też! I... Jestem... Um, mam dobrą k-koordynację...-Zacinała się co chwila, dawno nie będąc pod wpływem kogoś tak dzikiego. Chociaż bardziej od tego faktu bała się tego co właśnie widziała. Brakowało jakiejkolwiek linii porozumienia emocjonalnego. To był zupełnie inny umysł od jej własnego, i nawet nie miała jak się oprzeć na pozorach. Z jednej strony, w normalnej sytuacji, uznawałaby to za zaletę ale tutaj... Miała potwora. Ona też nim była, ale tak jak kawałek jego czaszki bielał koło jego oka, tak samo jego natura robiła to za niego...
-...Nie wiem jak się bronić... Jak, uh... W razie potrzeby... Użyć tego... Znaczy się... Tak... Ja... Chcę wiedzieć, jak... Jak walczyć...-Nawet wymówienie tego słowa sprawiało jej wyraźny dyskomfort, ale przecież po to tutaj przyszła! Brzmiało to pioruńsko naiwnie, ale brakowało jej nawet tych podstawowych słów. Ale teraz przychodziło najtrudniejsze. Jak wcześniej unikała wzroku, tak teraz tylko reagowała na jego ruch, wbijając oczy w śnieg.
-...Mogę zaoferować to, co umiem... I s-siebie, jeśli tylko będzie taka potrzeba... Bym c-coś dla Pana zrobiła...-A chyba najkrócej o tym mówiła. Bo i co więcej mogła? Nie wiedziała czego ten spokrewniony może potrzebować, zresztą, Gangrel nie należeli ponoć do bardzo... Uh... Ale... Ta świadomość... Może poprosić o cokolwiek... Kiedykolwiek...
Przywrócony post z 26.10.2018

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

Trudno było po niej oczekiwać, po przejściu takiej a nie innej edukacji, by była w stanie rozpoznawać rośliny znajdujące się w tym miejscu - zwłaszcza o tej porze roku - ale i tak kojarzyły jej się w dużym stopniu bardziej z azjatyckimi klimatami niż stanem Waszyngton. Widziała też czemu to miejsce było idealnym miejscem dla przedstawiciela klanu Gangrel - dużo drzew, zachowane w znacznym stopniu naturalnie, a jednocześnie na tyle urokliwie by przyciągać ludzi. Jednak ani urok, ani struktura tego miejsca nie miała znaczenia w tym momencie. A jeśli już, to w kontekście pomocy w zlokalizowaniu Gangrel... Śmiesznie to brzmiało. Tak jakby miało jej się to udać.
Dlatego zwiedzała, oddalając się od tych potencjalnie bardziej uczęszczanych uliczek. Czekała. Na pewno się w końcu pokaże... Tak... I tego się obawiała. W środku siebie jednak bała się tego spotkania i potencjalnych konsekwencji, nawet jeśli... Uch, mogła o tym myśleć i myśleć na okrągło, a i tak jej to nic nie pomoże. Ale chyba dzisiaj nikogo nie będzie, albo bardzo mało osób. Musiało być zimno, na pewno było wietrznie. Nie były to dobre warunki do spacerów.
Stanęła momentalnie w miejscu gdy usłyszała swoje imię. Tak jak nagle pojawiło się to stwierdzenie, tak niespodziewanie chrapliwy głos odezwał się do niej z boku. On wiedział. Ona wiedziała. Wszystko było wiadome, więc czemu mimowolnie złapała się za lewe przedramię? Popatrzyła z pewnym wahaniem w prawo, nie mogąc zidentyfikować wychodzącej zza krzewu. Ale wiedziała. Któż inny mógł to być?
-Z-zgadza się-Było słychać pewne zawahanie w jej głosie. Akurat teraz! Znała reputację Gangrel i to była naprawdę jedna z ostatnich rzeczy, które powinna robić. Potrząsnęła lekko głową, ukłoniła się-Pan Sawyer, tak?
Mógł tego nie docenić... Pewnie tego nie zrobi, ale skoro według Hooka był godny szacunku, to ona zamierzała mu go okazać. Zwłaszcza, że rzeczywiście już od pierwszych chwil go budził i bez swojej reputacji.
Przywrócony post z 23.10.2018

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

Zaparkowała w miarę możliwości w bezpośredniej okolicy ogrodu. Parku. Nieistotne... Nie widziała co prawda za dużo, ale wydawało się, że to było całkiem urokliwe miejsce. I pomyśleć, że to było schronienie spokrewnionego... Na obrzeżach miasta, przedmieściach. Ogród. Spokojny, zdradziecki... Mogła się tego spodziewać. A mimo to - dalej odczuwała niepokój. Zapewne słusznie.
Wysiadła z samochodu. Poprawiła beret. Mogłaby próbować go szukać, ale tak jak jej powiedział Hook - to on prędzej znajdzie ją. Najlepsze to mogła zrobić to nie utrudniać mu spotkania, i wybrać jakieś odosobnione miejsce w parku gdzie nikt nie będzie się kręcił. Z daleka od ścieżek. Już wystarczająco dobrze, że dostała od niego zaproszenie, i że zgodził się z nią spotkać.
Stawiając swoje pierwsze kroki w parku nie mogła odmówić mu uroku. Piękne miejsce, w dodatku wzbogacone wszechobecnym śniegiem... Budziło skojarzenia. I ona w tym wszystkim, w czarnym płaszczu i berecie, ze skórą tak białą jak to wszystko. Tak. Skojarzenia. Wszystko przykryte maskaradą, taką samą, jaką ona reprezentowała.
Skupić się. Znaleźć odpowiednie miejsce. Poczekać - na pewno była obserwowana. Mogła próbować wyczuć, czy gdzieś się znajdował, owszem, ale mogło być to jedynie ćwiczeniem. Miejsce odosobnienia... Na pewno tu jakieś było. To w końcu czyjeś schronienie.
Przywrócony post z 22.10.2018

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Czy to była sytuacja do śmiechu? Dla Michelle nie, ale wynikało to z braku doświadczenia - jak bowiem przewidzieć to, co się będzie działo na przestrzeni najbliższych kilku miesięcy? Może jedynie wtedy, kiedy jest się jest jedną ze stron pociągającą za sznurki. Oczywiście albinoska taką osobą nie była, i chyba nawet nie chciałaby być.
Wewnętrznie tego rodzaju opisy działały na Michelle trochę zniechęcająco, ale wiedziała, że nie może być aż tak wybredna. Jeżeli miała faktycznie poprawić swoje szanse w razie ewentualnego konfliktu... Ewentualnego... Phi, z pewnością kiedyś dojdzie do takowego! I jeżeli będzie to oznaczało kontakt z którymś ze spokrewnionych, który jakby chciał to mógłby ją całkowicie zniszczyć... Tak...
Michelle skrzętnie zapisała oba numery. Jeszcze miała trochę czasu by się zastanowić, kogo poprosić o wyciągnięcie ręki. Nie było pośpiechu - jeszcze. I przynajmniej nie musiała jechać w kolejną paszczę lwa, gdzie mogła zostać potraktowana mniej gościnnie niż tutaj. Tutaj parę osób wiedziało kim jest. Kim była jej sire, a tam to wszystko mogłoby się w najlepszym przypadku nie przydać, albo nawet obrócić przeciwko niej.
-Dziękuję-Wdzięcznie kiwnęła głową, gdy zapisała już drugi, ostatni numer na swojej komórce. Cena usług Nosferatu mogła być wysoka, ale kto powiedział, że Gangrel będzie dla niej wyrozumiały? I obydwa klany były niebezpieczne... Ale też nikogo przecież nie chciała oszukać...
-...muszę to jeszcze przemyśleć... Ale oby następne noce były dla nas łaskawe...-Zmierzała do jednego. Zrobiła pół kroku w tył i ukłoniła się spokrewnionemu, który już wykazał się wobec niej dobrą wolą. Czy już zaciągnęła sobie wobec niego dług? I tak jeżeli by ją o coś poprosił nie miałaby śmiałości odmówić, o ile by... Właśnie... Ugh...-...D-dobrej nocy...
Tak też się pożegnała. Obydwoje spokrewnionych raczej nie będą chcieli wykorzystywać terenów Elizjum do załatwiania takich spraw. Ale nawet nie była pewna, czy jeszcze dzisiaj będzie chciała nawiązać z którymkolwiek kontakt. Dlatego tego rodzaju pożegnanie było zasadne. Tej nocy już nic jej tutaj nie trzymało.

z/t

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

The Beaver pub... Już wiedziała, czemu Książe nie pozwalała Selmie tam iść samej. Właściwie... To gdziekolwiek... Aż się wzdrygnęła na samą nazwę, nie wiedzieć czemu. Anarchiści... Jej opinia na temat anarchistów była... Dość mglista. Jej sire mówiła, że anarchiści obecnie nie są tak groźni jak sabat, ale i tak powinna mieć się na baczności w kontaktach z nimi. Nic więcej nie mówiła. Również tutaj mówiono jej, że co prawda nie zostanie wyrzucona, ale i tak to była grupa niesprzyjająca Camarilla... Jednak jeżeli będzie to konieczne...
Trochę jej było szkoda, że Hook nie miał czasu. Byłby idealny - z klanu, umiejący się bronić... Jak innych umiał to siebie tym bardziej! Ale był zajęty... Rozumiała to... I tak była wdzięczna, że starał się ją jakoś pokierować. Zapamiętywała imiona- Lou, Mits... Joshue znała. Ale przez to miała też wrażenie, że to osoby z różnych klanów, co ją trochę... Ale jaki miała tak naprawdę wybór? Może i tak się czegoś nauczy... Musiała... A resztę może sama jakoś opanuje...
-Anarchiści... Wiem, że teraz sytuacja... Um, między nimi jest lepsza, ale... I tak chyba... Przepraszam, um, trudno przewidzieć ich działania...-Michelle wyraźnie nie ufała im. Było to widać jak na dłoni, czego nie można powiedzieć o jej pobudkach. Może to przez to, że nie miała o nich bladego pojęcia, albo przez to co o nich słyszała.
-Lou, Mits... Mówi Pan o nich z szacunkiem... Kim oni są? Jak... Jak mogłabym ich znaleźć?-Ale te dwie osoby podłapała całkiem szybko. Musieli być z Camarilla, co dawało im minimalnie więcej wiarygodności. Tylko trochę, bo dalej byli potworami... Tak jak ona... Ale po tej samej stronie. Tak bardzo porozrzucanej, z osobistymi vendettami i interesami, ale jednak.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Mimo to, Michelle była z natury dość surowa... Dla siebie. Albo może wynikało to ze strachu o własną skórę - jeżeli kogoś nie znała, mogło to oznaczać zagrożenie. Gdyby tylko miała świadomość, jak bardzo nie różni się tym od innych krwiopijców... Mogła to wiedzieć. Ale nie zdawała sobie z tego sprawy w takim stopniu, jakim powinna.
Parę prostych pytań, a mimo to trudno jej było na nie odpowiedzieć bez wpadania w lekka panikę. Była w stanie jedynie pokiwać głową, co i tak wystarczało. Przecież na tyle jakoś to poruszyło opiekuna, że na moment to ona ponownie znalazła się w centrum jego uwagi. Mogło to oznaczać dla niej różne rzeczy, ale nie została przynajmniej od razu odesłana z kwitkiem. Czy dobrze ją zrozumiał... Po części... Podstawy rozumiała, przynajmniej tak jej się wydawało. To co widziała zdecydowanie pomogło jej zrozumieć, ale by się z tym pogodzić - to już był znacznie większy problem.
-...Ma Pan rację, ale... Tu chodzi o coś więcej-Ona nie mogła natomiast na niego patrzeć gdy to mówiła. Perspektywa tego co mógł pomyśleć była dość krępująca. Nie widziała sama w tym niczego złego, ale z drugiej strony...-Nie wiedziałam, przyjeżdżając tu... Że będzie konflikt... Ja... Musze nauczyć się, jak lepiej bronić... Siebie i innych... Wiem, że nie wszystkiego można się nauczyć samemu, a przynajmniej nie w takim czasie... Trudno powiedzieć, co się będzie działo...-Michelle przedstawiła swój punkt widzenia, ale nie napierała ani nie błagała. Jeżeli nie otrzyma pomocy tutaj, to będzie musiała faktycznie samej spróbować coś osiągnąć. Może jej się uda...

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Dalej nie znała naprawdę wielu spokrewnionych z tego miasta, i do tego miała jednak pewne braki, ot wynikające z braku pilnej potrzeby ich uzupełnienia. Tym właśnie był klan Ravnos, o którego istnieniu właśnie się dowiedziała. Kojarzyła jedynie, że poza klanami będącymi w Camarilla, istniały te, które są wyłącznie częścią sabatu oraz parę niezależnych, które jednak nie wchodzą ich sekcie bezpośrednio w drogę. I chyba rzeczywiście musiała się popatrzeć z wyrzutem za takie określenie, bo aż Hooks się wytłumaczył. Naprawdę tak popatrzyła? Fakt, to było nieprzyjemne określenie dla jej uszu... Ważniejszym jednak było to, co ten klan sobą reprezentuje. Stereotypy stereotypami, ale to akurat był fakt, że pewne z nich były prawdziwe z powodów czysto selekcyjnych. Nie widziała jeszcze żadnego Toreadora, który by nie był przynajmniej w delikatny sposób związany ze sztuką, w dowolnej formie czy wydaniu.
...Ale naprawdę... Um... Ponoć takie potrzeby znikają zupełnie... Mogła potwierdzić... Nie to, by kiedykolwiek miała je jakoś specjalnie wielkie, oczywiście! Uhhh... Zmieszała się troszkę tematem. Poprawiła włosy...
I miała coś powiedzieć, ale ta przerwa zwróciła jej uwagę. Hook się dopiero rozkręcał, ale coś przykuło jego uwagę, a Michelle była dość dobra w śledzeniu czyjegoś spojrzenia. Celem obserwacji padł spokrewniony... Który normalnie aż tak by się nie wyróżniał, ale był szczególnie pochłonięty tym, co się działo na ekranie jego telefonu. Kielich stał pusty... Faktycznie dziwne. Ale z drugiej strony, jeżeli tak zamierzał spędzić wieczór? Może na kogoś czekał?
-Uh... Za bardzo...-Powtórzyła po naprawdę słusznej chwili. Nie zrobiła dobrego wrażenia na albinosce, ale też nie chciała jej antagonizować. Sama dziewczyna zresztą wyczuła, że to może być dobre wyjście do jej własnej sprawy-...Nie słyszałam o tym klanie... Um, moja mistrzyni przekazała mi niezbędne podstawy, ale... W innych kwestiach jest mniej, um... Pewnymi sprawami nie chciała mnie martwić... Teraz jednak, gdy jestem tu sama... Z nowymi obowiązkami...-Rozwijając temat zastanawiała się - co to może go obchodzić. Jej motywacje, jej powody do tego, że się do niego z tym zwraca, to wszystko nie miało znaczenia. Ten wstęp nie był jemu potrzebny... Oh. Był potrzebny JEJ, by zebrać w sobie te drobinki pewności siebie. By to z siebie wyrzucić.
Ale może najpierw upewniła się, że ją w ogóle słucha. Może dalej obserwował tego biedaka, a może coś planował zrobić. Już pokazywał, że potrafi być przyjazny, by zaraz potem pokazać pazur, by nie powiedzieć kły.
-...szukam nauczyciela-Powiedziała to z wahaniem. Już tez otwierała usta by dodać do tego coś jeszcze, ale na ten moment i tak wyczerpała pokłady swojej odwagi. Chciała, a nawet musiała poczekać na to co zostanie powiedziane. Albo nawet nie... Do kogo jednak innego mogła się tutaj zwrócić? Primogen Page była zajęta, a czas Williama... Zdawało się, że dla siebie już go dzisiaj wykorzystała całkowicie.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

To wystarczyło aż nadto, by już wycofana spokrewniona natychmiast wróciła na wcześniej zajmowaną pozycję - cichego przyglądania się sytuacji, metaforycznie zwijając się w kłębek. Opiekun starał się pokazać, że to jednak on jest tutaj jedna z głównych sił, i że nie pozwoli sobie wchodzić na głowę. Musiało to przynajmniej częściowo zadziałać, bo nie eskalowała tematu... Co nie znaczyło, że chciała dać za wygraną. To mógł być dopiero początek kłopotów...
Na moment coś innego zaprzątało jej głowę, którą zresztą trochę uniosła na wieść, że jeszcze przed przedstawieniem swojego dziecięcia księciu Tim został wprowadzony do Elizjum. To dla nie wydawało się co najmniej nie na miejscu, ba, wręcz sprzeczne z założeniami tradycji, że to dopiero przedstawienie było momentem wprowadzenia spokrewnionego do społeczności. Ta jego sire miała naprawdę... okrutne metody nauki. Albo to jej mistrzyni była nad wyraz troskliwa...
Ale zdecydowanie nie podobał jej się ton, w którym ta cała Beverly się wypowiadała. W jak otwarty sposób nie okazywała szacunku opiekunowi, i jakie miała do tego wszystkiego podejście. Trudno jej było znaleźć inne wytłumaczenie poza takim, że z jakiegoś powodu była jednak uprzywilejowana, albo też wiedziała, że i tak nic poważnego jej nie mogą zrobić. Znają się, więc to było prawdopodobne.
Michelle miała dość napięty wyraz twarzy, ale zadziałał odruch i lekko skinęła głową w geście pożegnania. Popatrzyła potem z troską na ewidentnie próbującego się uspokoić Hooka... Nie, nie powinna mu przeszkadzać! Takie chwile... Tak, powinien się uspokoić... Nie powinna ingerować...
Do momentu, aż je otworzy. Albo czegoś nie powie. Nie potrzebował jej współczucia, wsparcia, słowa, chociaż ona była bardziej niż chętna by je zaoferować. Od takich rzeczy zależało, jaki będzie oddawany mu szacunek. Jakkolwiek... Nie podobało jej się to... Jej działania mogły to jedynie popsuć... Tak myślała... Ale była.
-...kim ona jest?-Musiała zapytać choćby o tyle. Już wiedziała, że na tą osobę należało uważać, ale coś więcej niż imię i wygląd mogłoby się przydać. Popsuła... trochę rzeczy. Teraz się faktycznie bała zapytać o drugą z rzeczy...

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Może faktycznie trochę to było niegrzeczne, ale skoro się powiedziało A to należało przejść przez resztę alfabetu. To zresztą nie była taka sobie pogaduszka, tylko dość poważna sprawa, przynajmniej z jej perspektywy. Napięcia dodawało to, co Michelle widziała kątem oka. Intensywne przygryzanie wargi przez wyzywającą spokrewnioną, do momentu przerwania suchej tkanki... Było to niepokojące... Ale pozwoliła skończyć myśl, pomimo sygnalizowania na każdym kroku, że jest zupełnie poza tematem.
Tak faktycznie było, czy to tylko gra? Michelle może bywała czasem naiwna, ale do teorii naprawdę się dobrze przyłożyła. Wiedziała, że często to co się prezentuje nie jest takie jak się wydaje na pierwszy rzut oka, ale też z drugiej strony co innego jej pozostawało? Trochę mogła przeniknąć przez te maski, ale poza tym...
Co do samego Hooka, to mówił rzeczy z którymi ciężko było się nie zgodzić czy też nawet dyskutować. Kim ona bowiem była? Ledwo co wyleciała z gniazda, niedawno zrzuciła status kompletnego żółtodzioba, a i tak pewnie masa innych spokrewnionych patrzyła na nią z góry. I tak fakt, że rozmawiała w taki sposób z kimś, kto de facto mógłby robić za przybocznego primogen... Takie sprawiał wrażenie. I jeżeli to miejsce było bliskie Page, to pewnie tak było.
Odpowiedź zdawała się jednak satysfakcjonować Michelle. Uśmiechała się z pewnym napięciem, ale po pozycji jej dłoni - które splotły się przed nią przy wyprostowanych ramionach - dało się wyczuć, że zeszło z niej trochę napięcia.
-Oczywiście. Chcę tylko pomóc, a nie... wchodzić w drogę-Wypowiedziała te słowa całkiem pewnie jak na siebie. Taka była prawda, ale coś też pod tym się kryło. Chociaż powody tego drugiego dna również miała w gruncie rzeczy nieszkodliwe, a nawet można rzecz szlachetne... To jednak kombinowała, jak zajść z odpowiedniej strony, nie będąc przy tym ordynarną. Miała cały czas w pamięci tego młodzika, który przerwał jej rozmowę z Thomasem.
Tak teraz Beverly robiła to całkiem świadomie. Michelle troszkę uniosła ramiona, ponownie spłoszona przez ten rodzaj otwartości. Jeszcze użyła jej słów, co dodatkowo... Uhhh, czyżby... Oby nie, jeszcze tego brakowało, żeby ktoś się na nią uwziął w mieście! Ale... Um... Chyba... Nie czuła niczego takiego... Nawet dała jej znak, by czasem tak nie pomyślała!
Trochę zmanipulowana, ale Michelle odwzajemniła gest. Dalej jednak trochę błądziła w tego rodzaju relacjach...
-...Um... Ja... Mogę poczekać...-Dodała nieśmiało. Lepiej, żeby to było załatwione dość szybko, bo raz - dość niegrzecznie było tak ignorować tą trzecią stronę, nawet jeśli wpadła w środek czyjejś rozmowy, dwa - w ten sposób, być może, ta sprawa będzie załatwiona szybciej. I nie będzie podsłuchiwać... Jakoś... Takie zachowanie... Było kłopotliwe. Albo takie kłopoty zwiastowało.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Michelle była przepraszana z jednej i z drugiej strony w naprawdę różny sposób, ale i tak była ona tutaj jedynie tłem, przynajmniej na ten moment. Jej niezamierzona dwuznaczność została bezlitośnie wykorzystana, przez co przez moment dziewczyna nie wiedziała co powiedzieć i jedynie coś niezgrabnie bełkotała pod nosem. Dość cicho przynajmniej, bo przecież nie chciała wchodzić nikomu w słowo. Zamilkła więc pozostawiając swoją niezręczność dla siebie. Zauważyła jednak dzięki temu parę rzeczy.
Widziała osobę o której rozmawiali, i faktycznie Hook ją zatrzymał. Co się działo potem nie zaobserwowała, ale najwidoczniej nie pozwolił mu wejść do środka. Ale ten jej uśmiech naprawdę nie wróżył niczego dobrego. Zachowywała się przy tym tak otwarcie, głośno... Odstraszało to cicha skrzypaczkę, ale nie do końca zrażało. Jak zwykle próbowała usprawiedliwić tą druga osobę, , także... Nie miała do niej jakichkolwiek wyrzutów, zwyczajnie ta różnica charakterów była dla niej powalająca! Była jedynie w stanie pokiwać głową. Jakby pokręciła nie byłoby zresztą różnicy.
Tym bardziej się to zarysowało, gdy została w tak obcesowy sposób potraktowana. I to dla kogo, jakiegoś białego dziwadła! Tak też myśli Michelle biegły, i prawdę powiedziawszy bała się odezwać by czasem to, co chciała powiedzieć nie obróciło się przeciwko niej bardziej, niż mogłaby zakładać. Musiała jednak odpowiedzieć w jakiś sposób.
Popatrzyła przepraszająco na nieznajomą, głośną spokrewnioną, która nazywała się Beverly. Skąd takie osoby czerpią tyle siły charakteru... Ale tak. Chyba... Jakoś, być może rozmowa była zakończona. Trudno powiedzieć. Nie chciała rozwijać tego za bardzo, bo jeszcze mogłoby się to na niej zemścić.
-...Lecz... tak jak Pan powiedział, Primogen Page jest... Zajęta... Zwłaszcza teraz... A on potrzebuje... kogoś... By nie zrobił czegoś... Nierozsądnego-Dobrze to ujęła. Znacznie dosadniej, a zarazem uprzejmie niż początkowo jej się wydawało. Uderzyły ją wydarzenia tej nocy, jeszcze tak świeże i intensywne. Powoływanie się na nie nie było czynem lekkim, ale czuła, że niosły ze sobą pewną prawdę. Był to jednak poważny temat, i próbowała też mówić nieco silniej, co jednak przez obecność Beverly było trudniejsze niż zwykle-Wiem, że to co ja wiem nie jest tak... Bogate jak doświadczenie Starszego... Ale w czasie, gdy nikogo innego nie będzie... Pozwoliło mi to przeżyć te noce... Przyjdzie czas na spłatę długu, ale... Nie chcę, by historia się powtórzyła. Nikt nie chce-Wybuch otwartej wojny z Sabatem, zdrada jednego z klanu Toreador, zniknięcie jednej z nich, ostateczna śmierć... Chyba domyślała się, co to są za przypuszczenia. I Hook miał rację nie rozwiewając tych wątpliwości. Ta wiedza mogłaby być niebezpieczna... Tak... Jej, chyba jednak trochę chaotycznie to ujęła...
-...Pamięta Pan, kiedy mi Pan o nim powiedział... Prawda?-Nie mogła powiedzieć wprost, ale powinien wiedzieć. Podopieczna. Jej podopieczna była też pod jego skrzydłami, ale nawet jak przelotnie... Chciała mieć pewność, że nic się nie stanie i będzie tak bezpieczna, jak tylko to możliwe-To drugi z powodów...
...Zerknęła na kobietę. Czy dalej stała jak stała, czy próbowała jej przerwać? Zapewne jej sie to uda, biorąc pod uwage jak bardzo Michelle była płochliwa. Jak ona jednak mogła się bronić przed taką siłą charakteru? Mogła jedynie się wycofać... Ucieczka też jeszcze nie wchodziła w grę. Jeszcze.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Zbliżały się niespokojne czasy, i ona jako osoba bardzo wyczulona na wszelkie zmiany nastrojów była w stanie to stwierdzić nawet nie wiedząc z jakiego powodu to miałoby nastąpić. A że znała trochę kulisy ostatnich nocy, to tym bardziej się temu nie dziwiła. Coraz więcej spokrewnionych pojawiało się w Elizjum, więcej się dowiadywało o tym co się stało, co nakręcało spiralę napięcia i emocji, które nawet u bardziej powściągliwych musiały się budzić. Nikt, nawet jej klan, który akurat w tym mieście starał się nie wdawać w politykę... Zwłaszcza jej klan nie mógł być na to obojętny. Policzek wymierzony w jego reputację był bardziej niż bolesny, nawet dla kogoś z zewnątrz.
Trochę się jednak w duchu ucieszyła gdy zobaczyła w jaki sposób Hook na nią zareagował. Nie mogła powstrzymać się od uśmiechu, nawet jeżeli takie zachowanie troszkę ją onieśmielało. Jak wiele innych rzeczy. Krok po kroku jednak oswajała się z osobą tego spokrewnionego, a jak na jedną noc poczyniła naprawdę wielkie postępy. Kiwała głową przyjmując do wiadomości, że z pozoru nic się nie zmieniło. Chyba najważniejsze było to, że rozmowa primogenów się przedłużała, i że nastąpiła rotacja.
Jednak miała pewne sprawy które musiała załatwić, i wiedziała, że są one dość poważne. Nie była do końca zadowolona z informacji które usłyszała, ale było to spowodowane smutkiem i jeszcze świeżym obrazem Tima, który jeszcze chwilę i sam by wyszedł szukać swojego stwórcę, mając dość blade pojęcie o zasadach których musiałby przestrzegać.
Chciała odpowiedzieć, bo to był dla niej ważny temat. Miała naprawdę sporo do powiedzenia w tej kwestii. Los jednak chciał inaczej, bo ktoś wszedł w ich rozmowę bezkompromisowo i brutalnie. Właściwie to po prostu została ona przerwana, dla czystego chaosu. Albinoska zrobiła ćwierć kroku do tyłu, nie wiedziała gdzie podziać oczy, i jakby mogła to pewnie by się schowała sama w sobie - albo pod własną spódnicę. Nie mając takiej możliwości przyjęła mocno zakłopotany wyraz twarzy. Kompletnie to nie obeszło natomiast Pana Hooka, który to chyba nawet był rozbawiony. Pewnie się znali. Nie mogła sobie wyobrazić sytuacji, żeby nieznany spokrewniony tak się zachowywał wobec opiekuna!
Ummmm... Ah... Ja... Nie, nie... Nie szkodzi... Nie stało... Nic się nie stało...-Spłoszyła się, i było to tak widoczne i ewidentne, że nawet ślepy z aparatem słuchowym by zauważył. Chyba jedyne co ją tu jeszcze trzymało to sprawa z którą tutaj przyszła, jak i chęć dokończenia rozmowy. Zerknęła na Samuela w pierwszym odruchu, jako, że był w tym momencie jedyną osoba którą znała tutaj troszkę dłużej i mogłaby jej udzielić choćby minimum wsparcia. Było to jednak chwilowe... Przecież sama też musi radzić sobie z takimi problemami! Ale było to dla niej tak trudne... Spróbowała jednak. Jakby jednak nie próbowała, mogła jedynie patrzeć w ogólnym kierunku wyzywającej spokrewnionej, i to z lekko pochylona głową. Już od samego wejścia, gdy zobaczyła ją przy wejściu... Spodziewała się problemów. Czyżby dlatego dopiero teraz zareagowała?

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Uspokoiła się, całe szczęście. Zeszła dość sprawnie na dół, do swojego samochodu. Dobrze, że jednak to była późniejsza godzina i nikt na nią nie zwrócił szczególnej uwagi, a tak przynajmniej sądziła. W samym aucie chwilę posiedziała, porządkując myśli. Zareagowała zbyt... Emocjonalnie. Znowu. Czy mogła tym drobnym gestem zepsuć wszystko, co próbowała zbudować w trakcie tego spotkania? Dlaczego w ogóle ten detal tak bardzo nią poruszył? I wtedy jak wchodziła, i sama jego reakcja... Powinna się wziąć w garść!
W końcu jednak dotarła do Moore Theatre. Nie była to daleka droga, a i powolutku przyzwyczajała się... Ile razy tej nocy odwiedziła to miejsce? Cały czas jednak pojawiały się jakieś nowe sprawunki wymagające uwagi. Przynajmniej na razie jednak miała trochę spokoju. I czasu, by... Załatwić kolejny. O ile w ogóle było to możliwe.
Była jednak ciekawa jednej rzeczy - na jaką akurat płytę tutaj trafi? Niby linia melodyczna dopiero na samym końcu miała zaskoczyć czymś niestandardowym, jednak szczerze powiedziawszy trochę ciekawiły ją jakie mogłoby być reakcje na taki przebieg zdarzeń. W środku zaczynała żałować, że jednak była aż tak zachowawcza, ale obiektywnie to było chyba najlepsze rozwiązanie. Przy jej wieku trudno było jeszcze stwierdzić, co było detalem a co śmiertelną obrazą.
Dotarła do Foyer. Jeszcze przed wejściem czuła dość typowe dla niej skrępowanie, potęgowane przez pozbawienie się odzieży wierzchniej, ale przynajmniej kierowała się do kogoś, kogo już troszkę poznała. Ta osoba zdawała się jej aż tak nie oceniać, a przynajmniej nie dawała jej tego odczuć. Musiała tylko odpowiednio dobrać słowa, ciekawskich uszu nie brakowało i nie chciała, by jakieś dziwne plotki zaczęły krążyć. Może przesadzała, ale...
Albinoska po wejściu do Foyer podeszła właściwie od razu do opiekuna elizjum, oczywiście jeżeli nie był zajęty rozmową z kimś innym. W takim wypadku prawdopodobnie spędzi kolejnych parę chwil przy barze, oczekując na swoją kolej. Trzymając ramiączko swojej torby troszkę niwelowała swój stres, ale jednak sprawa z która przychodziła mogła się skończyć różnie. Byli na zupełnie różnych pozycjach, ale do kogo miała się zwrócić, jak nie do współklanowicza?
-Czy... Coś mnie ominęło?-To pytanie mogło znaczyć wszystko, ale jej spojrzenie uciekło - całkiem świadomie - w stronę odtwarzacza. W kontekście ich rozmowy było zatem oczywiste, co miała na myśli. Nawet pokusiła się o lekki uśmiech-Rozmawiałam z Timem... Było tak, jak Pan mówił, ale udało nam się porozumieć... To... Przykre, co mu się przytrafiło...-Ale i tak im dłużej mówiła, tym dobry humor jej przechodził. Zbliżała się bowiem do tego, co chciała powiedzieć czy zapytać.
-Jeżeli mogę zapytać... Czy coś wiadomo na temat jego sire? Wiem, że potrzebuje jeszcze opieki... Którą dostał, na szczęście... Um... Tak też chciałam... Czy... Mogłabym w tym trochę pomóc?-I jak już myślała, że już trochę udało jej się pokonać swoją nieśmiałość i strach, tak wróciło to wszystko z podwójną siłą, gdy tylko wychodziła z jakimś "interesem". Opuściła skromnie oczy, a jej sylwetka trochę się bardziej zwarła przez to, że lewa dłoń objęła jej prawy łokieć-Już... Trochę z nim rozmawiałam o tradycjach... Jeszcze musi się sporo nauczyć... Może nie jestem najbardziej... efektywnym łowcą, ale dobrze znam podstawy. Jeżeli mogłabym trochę odciążyć...
Sam Hook mówił, że chłopak potrzebuje wsparcia. Ale z drugiej strony nie chciała wchodzić w niczyje kompetencje. Nie chciała tez mówić niczego, co by może Hook albo Primogen nie chcieli by usłyszał. Miała jednak swój bagaż doświadczeń i wiedzy. Przeżyła trochę czasu, jak i troszkę widziała. I była trochę od niego wyżej w hierarchii, znaczy się, od Tima... Może jednak...

Re: 2201 4th Ave, The Shelby Apartments

...Aż tak... Jej... Teraz czuła się, jakby wyrządziła mu krzywdę. Naprawdę dużą skazę, odsłaniając mu kolejny element ży... Egzystencji spokrewnionych, który tak bardzo różnił się od tego do czego mógł być przyzwyczajony. Bo z tego co mówił to on tego doświadczył, ale nie był tego świadomy. Bóg jeden wie, co jeszcze trzeba będzie mu wytłumaczyć. Ile jeszcze miał przed sobą... Ile jeszcze nie wiedział... Jej obecność dawała mu jakąś nadzieję, że się w tym wszystkim nie pogubi. Już nie był zupełnie sam...
...Ale ona zdała sobie sprawę, że przecież ona była. Została wygnana. Pozostawiona samej sobie, bez opieki... Tej prawdziwej. Miała co prawda pieniądze, ale to nie było to samo co wiedza i świadomość. On nie wiedział takich podstaw... Z jej perspektywy. A co, jeśli ona nie wiedziała jeszcze więcej? Co, jeśli ktoś w końcu wykorzysta ją do zrobienia czegoś naprawdę paskudnego, czegoś, czego będzie się brzydziła całe swoje życie? Albo... Jeżeli nie będzie potrafiła obronić siebie i tych, na których jej zależało? Byli śmiertelni, ich życie... W końcu się kończyło samo z siebie. Ale... Dlaczego... Dlaczego ona to jeszcze czuła?! Czemu to wszystko było jeszcze takie żywe? Ponoć to przestawało mieć znaczenie, ale ona... Czuła. I nie chciała przestać czuć, wiedziała, że to jedyne co trzymało ją jeszcze od całkowitego potępienia! To... Musiała się tego trzymać...
Ten widok zasmucił dogłębnie Michelle. W połączeniu z muzyka, gdy wychodzili ze studium... Z tym, co robił Tim... Dla niego mogło to być cokolwiek. Dla Michelle to było przypomnieniem co straciła z chwilą, gdy ostatni naturalny, pełen życia oddech uszedł z jej ust.
Zmusiła się. Przestała na moment oddychać. Chciała być w pełni tego świadoma. Nie żyła. Była potworem. Czuła tak samo silnie jak on, i mimo wszystko sama zamrugała parę razy.
-Tim...-Szepnęła, nie wiedząc co zrobić. On... Potrzebował kogoś, czegoś, co da mu nadzieję. Zdawało się, że najpierw mu ją dała, ale gdy przypomniała mu czym się stał... ze stadnego wszystkożercy - samotnym, krwiożerczym łowcą... Nie mogła go tak zostawić... Po prostu nie mogła, cholera jasna! Nie teraz, nie w takim stanie! Musiała zrobić coś, choćby najdrobniejszy gest!
-...dobrze... Pamiętaj Tim... Nie jesteś sam... -Wyciągnęła dłoń, ale... Nie mogła. Nie mogła podejść bliżej, zmusić się, by zrobić cokolwiek więcej. Coś w środku jej głowy powstrzymywało ją, mówiło, że to nieodpowiednie, że nie powinna tego robić... Za kogo się uważała...
...Chciała uciec... Jak najszybciej, uciec, zostawić to. Poradzi sobie, na pewno, dość już zrobiłaś, nie przeginaj, dość, dość, dość!
-Dobranoc... Dobranoc...-Powtórzyła parę razy, nim wyszła. A w końcu to zrobiła, zamykając w końcu usta by nie powtarzać tego jak mantry. Zamknęła drzwi ostrożnie, ale pod nimi... Musiała się uspokoić. Przylgnęła do ściany, oddychając ciężko. Kolejne odruchy, które dziwnym trafem jakoś nigdy jej nie opuściły ponownie się uruchomiły. Fala nienawiści do samej siebie zalała jej ciało. Miała ochotę rozerwać swoje gardło, wydrapać oczy, sprawić, by poczuła ból... Ale to byłby jedynie cień tego, co powinna czuć. A i tak kolejnej nocy byłaby dokładnie taka sama, gdy tej ostatniej nocy przekroczyła próg gabinetu jej mistrzyni...
...Dlaczego... Dlaczego ona jej to zrobiła... Czy to wszystko było tego warte? Czy to poczucie pustki było aż tak silne?
...Chciała pojechać do Foyer... Owszem, miała sprawę. Chciała się wypytać o Tima, ustalić co powinna zrobić... Zaoferować pomoc... Ale ona była słaba. Sama jej potrzebowała. By ochronić to, co jeszcze było dla niej ważne. Margaret, Phillipa, Selmę, a teraz również Tima. Była tak słaba... Tak beznadziejna... A tyle osób tak polegało na niej. Gdyby coś jej się stało, co by zrobiły?
...Weź się w garść idiotko... Zrób w końcu coś ze swoim bezwartościowym nie-życiem! Przydaj się na coś!
Z zaciśniętą pięścią Michelle stała tuż obok drzwi wejściowych pokoju Tima. Lekko dyszała, a grzywka zasłaniała jej oczy. Coś, co mogło się przerodzić w napad bestii ostatecznie dało jej motywację do tego by działać. Tak jak wspominała harpia... Nie można ignorować Jyhadu. Musiała stać się silniejsza... Nie tracąc przy tym szansy na łaskę Pańską...
Łatwo powiedzieć. Ale mimo to w końcu odruchowo przetarła oczy. Były suche, ale od dłuższej chwili czuła jakby jej się zbierało na płacz. Poszła do windy by zjechać nią na dół, i udać się do swojego auta. Nie wiedziała ile jej zeszło, ale powinno jej starczyć na jeszcze jedną wizytę. Kto wie, czy nie najważniejszą tej nocy. Kurs - Moore Theatre

Re: 2201 4th Ave, The Shelby Apartments

Zawahał się. Nie dziwiło to Michelle, bo i ona miałaby podobny dylemat na jego miejscu. Trudno było przewidzieć jakimi ścieżkami ktoś może dotrzeć do spokrewnionego - siatka wpływów różnych osób była naprawdę duża. Ale dziewczyna nie sądziła, by to na razie miało dla niego znaczenie. On na razie nawet nie istniał, przynajmniej formalnie. Nikt nie powinien się nim zainteresować, a odebranie przesyłki nocą...
Sam to doskonale rozwiązał... Znaczy nie, nie doskonale! Ale chyba... Można było to załatwić w inny sposób, wcale nie było to konieczne! Czy naprawdę by się go pytali? Czy też może była to jedynie próba uspokojenia jego sumienia? Dobrze, że je dalej miał... Był w końcu młody... Ale... To... Był tylko jeden krok. Musiał się tego nauczyć. Nawet dla niej było to podstawą przetrwania.
-...Tak... Tych "małych kłamstw" będzie znacznie więcej...-Dziewczyna posmutniała trochę, nawet jeśli uśmiech nie schodził z jej twarzy. Taka była rzeczywistość, i dobrze, że szybko się uczył. Byle nie za szybko... Oh, jak bardzo to było ważne. Ale on wiedział, a ta nauka przyszła do niego w chyba najgorszy możliwy sposób.
-Wiem, że... Sobie z tym poradzisz. Mimo to, prawdopodobnie... Przyjadę parę razy, przynajmniej na początku. Ktoś musi wozić Selmę, jestem też ciekawa... Ile ma do zrobienia-Troszkę jej się nastrój poprawił. Miał psa... Jednak go miał! I mieszkał tutaj! Ale... Przez moment dziewczyna wydawała się być trochę zbita z tropu.
-To ciekawe... Zazwyczaj zwierzęta się nas boją... Gdy to się stanie-Tylko takim komentarzem rzuciła, patrząc się przy tym na leżący smętnie kojec. Tak naprawdę większość rzeczy tutaj załatwiła, i chociaż mogła zostać dłużej... Czas nie był z gumy.
-...Cieszę się, że tu przyjechałam. Będziemy w kontakcie... I... Będę Cię informowała... I... poduczała... W miarę możliwości-Albinoska odsunęła się trochę, nie przerywając kontaktu wzrokowego z Timem. Zaczynała... Mieć pewne... Znaczy się, dalej była młoda, ale czy takimi deklaracjami nie robiła z siebie zastępczego ojca dla niego? Ciekawe, co na to... Właśnie...
-...muszę już jechać. Mam jeszcze jedną sprawę do załatwienia...-Wampirzyca splotła dłonie wzdłuż swojego ciała. Zerknęła też w stronę drzwi... Jakby czekała na pozwolenie, by móc to zrobić? Dziwny z pozoru zwyczaj, ale jednak tym samym... Uznawała to miejsce za jego domenę. To ona mogła wychodzić do niego z różnego rodzaju przysługami, ale ten element... Prezentowała tradycje w praktyce.

Re: 2201 4th Ave, The Shelby Apartments

Niedoskonałości wcale nie umniejszyły wrażenia, jakie to pomieszczenie zrobiło na Michelle. Dalej to jednak było małe studio, o którym ona w tym momencie mogłaby jedynie pomarzyć! Znaczy, sama nie planowała oczywiście nagrywania czegokolwiek, a już na pewno nie na własną rękę. Potrafiła jednak docenić takie drobne akcenty i możliwości, jakie to stwarzało. Płyty się tu nie nagra, ba, nawet z singlem byłoby ciężko. Ale demówkę?
-Trzeba doceniać drobne rzeczy... I możliwości, jakie nam dają-Niebywały dla niej optymizm nie został zbytnio umniejszony przez uwagi Tima. Poza tym, jej uwagę i tak później pochłonął inny rodzaj technologii. Patrzyła jak otwierał kolejne okna, nawigując całkiem sprawnie po stronach internetowych. Na tyle, by na Michelle zrobić wrażenie. Jakie to wygodne!
-Um... Też nie wiem... Może kradzione... Oh, wygląda nieźle-Michelle tylko lekko się nachyliła, by lepiej zobaczyć zdjęcie. Jej oczy były w całkiem dobrym stanie, ale i tak nie wyciśnie nie wiadomo czego z takiego zdjęcia. Zresztą, miała wrażenie, że jakakolwiek perkusja będzie dla Selmy dużym skokiem jakościowym. Poza tym, to było jedynie przejściowe, by nauczyła się grać. Także brzmiało to nieźle... I nie będzie musiała ponosić kosztów!
-Powinno wystarczyć... Zamawiamy-Michelle ostatecznie zdecydowała... Czyżby? Może jednak tylko i wyłącznie się poddała sugestii Tima. On się na tym w końcu znał trochę lepiej od niej. Źle by jej chyba nie doradził, prawda? Nie musiała się chyba więc zbytnio martwić...
-...Nie wiem kiedy podjedziemy... Dam wcześniej znać... Jutro może nie, acz może... Zależy, jak się ze wszystkim wyrobię-Całkiem szczerze, trochę pośrednio przekazała Timowi kolejną prawdę na temat spokrewnionych. Nie powinni marnować czasu, i tak mają go wystarczająco mało, co w szczególności można było odczuć latem. Tyle do zrobienia, a tak mało czasu...

Re: 2201 4th Ave, The Shelby Apartments

Musiała na razie uwierzyć, jako, iż nie miala za bardzo innego wyjścia czy wpływu na Tima. I tak jej sie wydawało, ze osiągnęła całkiem sporo przez ten czas jak tutaj była. Jeżeli chociaż trochę pomogła mu sie odnaleźć, to już była szczęśliwa. Tylko jak dalej to sie potoczy?
Michelle skorzystała z zaproszenia całkiem chętnie. Wstając poprawiła materiał swojej sukienki i udała się do pokoju wskazanego przez współklanowicza. Pierwszą reakcją było uniesienie brwi, drugą lekkie mrugnięcie aprobaty. Może nie było to profesjonalne studio, ale i tak należało docenić tutaj czyjąś pracę i dedykacje. Tin chyba jednak mówił, że jest tutaj od niedawna, więc pewnie po prostu dostał dobry pokój... Te notatki na pewno jednak były jego.
Albinoska patrzyła na to wszystko dość intensywnie i ciekawsko. Dopiero jak Tim usiadł przy komputerze to podeszła trochę bliżej, stając przy nim. Nie było to problemem, nie męczyła sie w końcu.
-Nie szkodzi... Miło widzieć, że pracujesz... Już jutro? Jak szybko!-Zdumiona dziewczyna patrzyła się na ekran monitora jak zaczarowana. Technologia w dzisiejszych czasach naprawdę była czymś! Przyglądała sie uważnie temu, co robił Tim... Może nawet czegoś sie nauczy?

Re: 2201 4th Ave, The Shelby Apartments

Nie musiała wiele mówić, bo i sama jej postawa i to, o czym wspomniała wcześniej wystarczająco nakreśliło Selmę dla Tima. W jej oczach wcale tak bardzo się nie mylił. Byle tylko się nie zniechęciła za bardzo... Może to była jedna noc, ale za to jaka intensywna! Naprawdę się przecież narobiła, by umożliwić Selmie edukację w tym kierunku. Ba, jak dobrze pójdzie to dostanie pozycje w zespole!
Wychodzi na to, że w piątek będzie miała pełne ręce roboty. Shadowland... Tamto miejsce by sprawdzić, czy aby na pewno tamta dziewczyna dotrzymała słowa... I kto wie co jeszcze. Ale poza tym, że miała przed sobą dużo pracy to przynajmniej nie była ona nieprzyjemna czy gardłowa. Chyba bardziej się stresowała jutrzejszą wizytą w sierocińcu. Była duża szansa, że wpadnie na księcia...
Ale jej, jak on już... Czy naprawdę to wszystko stawało się aż tak popularne? Trzeba było może... Ale też jak, gdy... Nie wydawało jej się to nigdy specjalnie interesujące. Znaczy, umiała włączyć, może nawet wyłączyć... Może...
-...Nie ma, fakt... Masz tutaj możliwość, by to sprawdzić?-Michelle dopiero teraz zaczęła się rozglądać po mieszkaniu za czymś konkretnym, za komputerem czy czymkolwiek, co takowy mogło przypominać. Dla niej to była po prostu skrzynka z podłączoną klawiaturą, myszką i ekranem. Poczuła w pewnym momencie, że chyba jednak sobie za dużo pozwala nie na swoim terenie. Zerknęła na źródło muzyki, które to stała się trochę bardziej dynamiczna.
-...I tak porozmawiam z Panem Hookiem... Może się dowiem czegoś o Twojej sire... Ale co by się nie działo, nie możesz się narażać, dobrze? Obiecasz mi to?-Jak jakieś wahadełko, ze stanu przytłumienia wyszła do niego całkiem otwarcie i stanowczo, gdy tylko zaczęło chodzić o jego bezpieczeństwo. Trudno było się dziwić - miała w tym swój interes, ale również ten młodzik był do niej naprawdę podobny. I lubił jazz!

Re: 2201 4th Ave, The Shelby Apartments

Pearl, beginner albo semi-pro... Sama będzie musiała zobaczyć jak to wygląda. Znaczy się, któreś z tych dwóch wybierze, co do tego nie było wątpliwości - wiedziała już po samym guście muzycznym, że prawdopodobnie wiedział o czym mówi, a pozostałe rekomendacje jej w zupełności wystarczały. Aż przyjemnie się siedziało, chociaż... Coraz częściej zapominała, że obydwoje są potępieni. Ta atmosfera również i na nią działała zdecydowanie pozytywnie. Coraz bardziej się rozluźniała.
-Jest energiczna, więc ważne by wytrzymało jej zapędy. Chyba też powinnam wspomnieć... Interesuje się raczej dość ciężką muzyką. Acz... Podstawy raczej powinny być podobne-Owszem, wiedziała, że jest. Potrafiła jednak ocenić czy coś jest grane dobrze. Czy zarówno linia melodyczna, jak i sam sposób wykonania są poprawne, dobre, czy wręcz oszałamiające. To co na razie słyszała było zdecydowanie dobre. Aż sama była ciekawa, jak Tim gra, ale to chyba nie był dobry moment... Jak się tu zasiedzi, to już kompletnie nic nie zrobi tej nocy. Musiała jeszcze przecież wrócić.
Przy okazji zastanawiała się, jak rozwiązać kwestię aresztu domowego. Miała parę pomysłów, a każdy z nich obejmował rozmowę z którymś z ważniejszych spokrewnionych. I tak chyba powinna ją podjąć - w końcu de facto nieoficjalnie wzięła Tima pod swoje niedoświadczone skrzydła. Bardziej jako... doradca, można powiedzieć. Nikt chyba nie byłby na tyle nieodpowiedzialny, by zrzucić całość obowiązków związanych z wychowaniem na jej głowie, prawda? Hah... hahah...
-Co... Co do aresztu... Jeszcze dzisiaj postaram się poruszyć tą sprawę... Moglibyśmy pojechać razem i coś wybrać... I tak będę przywozić tutaj Selmę, więc... Będę mieć na wszystko oko... Moment...-Wciągnęła powietrze trochę ciężej. Zdradzała poddenerwowanie, gdyż to była dość poważna deklaracja, przynajmniej w jej oczach. Kolejna sprawa do załatwienia. Lepiej teraz niż później, fakt, ale... Amazon?
-Amazon, Amazon... Przepraszam, nie jestem zorientowana-Prawie to wyszeptała, zawstydzona swoją niewiedzą. Nie byłą przecież... Nie była z tych rodzajów spokrewnionych, którzy by żyli choćby jeden wiek, ale i tak za życia nie używała komputerów. Dlatego...-Jeżeli możesz to... Załatwić... W ten sposób... Może tak będzie najlepiej...

Re: 2201 4th Ave, The Shelby Apartments

Zdawało się, że cała współpraca będzie przebiegała pomyślnie. Co by jednak nie powiedzieć, obydwoje byli młodymi spokrewnionymi, więc na tym polu bardzo dobrze im się porozumiewało. Michelle dalej jednak martwiła się o bestię, która czaiła się w jego sercu i duszy... Oraz o ostrożność. Co, jeśli Selma znajdzie woreczki z krwią które są w jego lodówce? Miała pewność, że nie spanikuje, albo że się z tego wytłumaczy? Nie miała sama w sobie siły by go weryfikować oraz wyegzekwować odpowiednie zachowanie... Jedyne co mogła zrobić to zagrać dość ryzykowną kartę. Ale co, jeśli ktoś jeszcze się dowie? O ile to jakiś sekret...
...Jeszcze nie teraz. Zresztą, i tak będzie musiała tutaj zawozić Selmę, przynajmniej jeżeli droga będzie duża. Przecież jako odpowiedzialny opiekun nie pozwoli jej samej podróżować nocą po mieście! Zwłaszcza jak wie, co się w nocy tak naprawdę dzieje.
-Selma... Młoda nastolatka. Przechodzi ten okres buntu, ale... Myślę, że... W gruncie rzeczy, jak na to co przeżyła... Mogło być gorzej-Troszkę Michelle zwiesiła głowę, przekrzywiając przy tym w prawą stronę. Akurat się dobrze złożyło, bo w tej dłoni miała komórkę na którą zadzwonił Tim. Tak też go zapisała, Tim. Nazwisko... Gdyby telefon wpadł w niepowołane ręce...
-...Na razie Twoje bezpieczeństwo jest ważniejsze... Tak swoją drogą... Poleciłbyś mi jakąś firmę?-Jak już kupować, to coś porządniejszego... Zgadzała się z tym. To i tak był spory wydatek, więc jeżeli miała na to poświęcić pieniądze, to by posłużyło trochę... Może nawet na lata... Wydawała się być naprawdę przekonana o tym, że chce grać...

Re: 2201 4th Ave, The Shelby Apartments

Takie dokładne słuchanie nieprzyjemnie się kojarzyło Michelle. Głównie z jej przeszłością w jej rodzinnym mieście, która nie była zbyt różowa. Zazwyczaj kończyło się to kłopotami, prędzej czy później... Ale co tutaj mogło jej grozić ze strony tego niedoświadczonego spokrewnionego? Może właśnie to niedoświadczenie było tym czynnikiem, który mógłby być problematyczny? Ale też... Chyba... Na razie go kontrolowała? Nie mówiła mu niczego, co by wykraczało poza podstawową wiedzę. Prędzej czy później by się tego dowiedział, a ona tylko pilnowała, by nauczył się zanim będzie na to za późno.
Musiała się skrzywić gdy zaklął. Inaczej by się tak nie zaczął tłumaczyć. Z uwagi na swoje i jego bezpieczeństwo zaczęła mu się baczniej przyglądać, ale nie wyczuła żadnego kłamstwa z jego strony czy gry. Był tak szczery jak tylko można było być w tej sytuacji.
-Spodziewałeś się czegoś... Mniej niewinnego? W sumie... Słusznie... Ale to nie ten przypadek. Dopóki jej nic się nie stanie, i sprawa pozostanie między nami... I Panem Hookiem, bo to on mi Ciebie polecił... Gdybym mogła nie kłopotałabym Cię, ale z wykształcenia jestem skrzypaczką... Nie mam doświadczenia, a chcę, by uczył ją ktoś zorientowany-Może nieświadomie, ale był wobec niej szczery, więc mogła pokusić się o takie samo podejście do niego. Zresztą, i tak tutaj nie było co ukrywać, przynajmniej w tym gronie. Co innego, gdyby jakiś inny spokrewniony się dowiedział...
Michelle kiwnęła głową... Nie ma perkusji... Ale jest gotowy kupić, o ile znajdzie miejsce. To... Jak o tym myślała nie była takim problemem. Albinoska wyciągnęła ze swojej torebki kartkę, i po raz kolejny zapisała swój numer telefonu. W takim tempie to nawet go zapamięta... Oczywiście, musiała zerknąć do swojej komórki...
-Rozejrzę się i podam Ci adres... Muszę też kupić dla niej, by mogła ćwiczyć w wolnym czasie...-Tak więc tak zamierzała to rozwiązać. I nie ona, tylko Margaret, której to dokładała coraz więcej obowiązków. Musiała poznać w końcu to miasto, a wdzień niestety nie mogła tego zrobić... Więc... Faktycznie, różnica między nimi była niewielka, ale naprawdę zauważalna.
Dziewczyna w końcu zapisała numer telefonu na kartce. Podpisała go "Michelle" i podała Timowi. To co chciała powiedzieć... Powiedziała. Mógł mieć oczywiście pytania, ale sam uciął ten temat... Zatem... Um...

Re: 2201 4th Ave, The Shelby Apartments

Pokiwała głową. Było to takie prawdziwe "normalnie", a w ich przypadku podwójnie jak nie bardziej. Każde z nich zostało spokrewnione w jakimś celu, i chyba najgorszy przypadek jest wtedy, jeżeli jest to związane z jakąś... Fanaberią... Tak jak ona... Ale jeżeli udało jej się przeżyć tyle czasu, to chyba dobrze, prawda? To... Jakiś sukces... Chyba... I... Miała motywację by iść jakoś dalej... Przed siebie... Po co ona w ogóle o tym teraz myśli...
Mogła myśleć o czymś innym. Jej umysł tego chciał, ale nie w sposób jaki by ona tego chciała. Od razu gdy przerwał, jakby powiedział o parę słów za dużo - jej wampirza natura odezwała się. Mogła być sobie na tyle "ludzka" na ile chciała, ale pewnych rzeczy trudno było przeskoczyć. Jej osobowość poddawała się zachciankom wewnętrznego drapieżnika którym się stała z chwilą, gdy na jej usta spadła pierwsza kropla krwi jej sire.. Co też mógł mieć na myśli? Czy tylko muzykę? A może już miał jakieś plany, które mogłyby jej zaszkodzić? Było to bardzo ciekawe i intrygujące, ale nie chciała go też wystraszyć. Jeszcze będzie miała okazję.
-Też nie chciałam... Ale... Pani Page wie pewnie co robi... Tylko tak trudno w pełni się odizolować... Ale tak, nasz klan stoi na uboczu polityki... Co nie znaczy, że polityka nas nie dotyczy. Te noce są tego dobrym przykładem... Niestety-Dłoń zwinięta w pięść przesunęła się na środek jej klatki piersiowej. Popatrzyła na Tima boleśnie, potwierdzając jej obawy co do jego niedoszłych zamiarów-Jak dobrze zatem, że przyjechałam... Obawiam się, że gdybyś faktycznie trafił do miejsca, gdzie można by zajść głębiej... Mógłbyś utonąć. Jeszcze... To jeszcze nie czas, byś sam przemierzał odmęty nocy. Dla bardziej doświadczonych to ryzyko-Nie ściągając dłoni z piersi jej wyraz twarzy zelżał, i patrzyła na muzyka już bardziej zadowolona. Wyrazy wdzięczności... Jak powinna to interpretować?
-Na razie o tym nie myśl... Zależy mi, byś... Był gotowy na nadchodzącą codzienność. Zwłaszcza, byś nie narobił sobie problemów... Ale... Jeszcze wracając do przysługi od Pana Huntera... To... W sumie drobiazg-Raz powoli kiwnęła głową... Przytakując de facto sobie. To faktycznie chyba... Niewielki problem, prawda? Chyba najbardziej dla niej...-Mam... Będę mieć podopieczną. Człowieka, młodą dziewczynę, która chciałaby grać na perkusji... Nie jest wtajemniczona w żaden sposób... I tak ma pozostać... Nie może też się jej stać żadna krzywda, ani... Krew nie może na nią wpłynąć-Spoważniała. Wyjątkowo mocno. Ciężko jej się o tym mówiło, bo i wielka odpowiedzialność spoczywała na jej głowie, by tej dziewczynie nic się nie stało. A zagrożeń było dużo-Teraz rozumiesz, Tim, że... Na razie chcę, byś skupił się na sobie. Dopóki nie poznasz zasad, nie będziesz świadomie próbował panować nad bestią, możesz być zagrożeniem dla siebie i innych-Stało się coś dziwnego. Była już całkiem pewna siebie w tej rozmowie, nawet zdecydowana w pewnych momentach. Można by powiedzieć, że zachowywała się niemal jak każdy inny spokrewniony... Aż tu nagle opuściła wzrok, nieco się skuliła, i chwyciła materiał sukni między kciukiem a palcem wskazującym.
-...Gdy... Będziesz gotowy... Czy... Um... Byłaby możliwość... Przyuczenia jej po nocach?-Przerwy między słowami były przez to wyraźnie dłuższe. Znowu wróciła do swojej zwykłej "ja". Wycofanej, nie chcącej się narzucać... Na pewno nie dyrygującej i nie pouczającej kogoś innego, jak ma się zachowywać.

Re: 2201 4th Ave, The Shelby Apartments

Ten temat nie należał do najprzyjemniejszych. Jak wąż, który skusił Adama i Ewę w ogrodzie Eden, tak bestia ściągała ich na drogę grzechu i coraz większych przewinień, aż nie pozostaje nic innego jak skoczyć w kompletną otchłań zezwierzęcenia. Nie zapomni? Nie może zapomnieć. Gdyby straciło to na znaczeniu, to czy nie byłaby jedna z oznak tego, że bestia bierze nad nim górę? Dla Michelle była tylko jedna sensowna odpowiedź - musiał na zawsze zapamiętać to, co się stało, i wystrzegać się tego jak tylko mógł. Bardzo ważna lekcja, ale czy... Czy musiała być okupiona ludzkim życiem?
Jeszcze miała tyle do powiedzenia. O... "bydle", i jak niewielką wartość miało jego życie dla spokrewnionych. O intrygach, dyscyplinach, obecnej sytuacji w mieście... Jak na neonatkę miała całkiem sporo do powiedzenia. Zazwyczaj niewiele mówiła, ale dzięki temu mogła więcej czasu poświęcić na słuchanie. Ale też... Chyba Tim miał dosyć. Jego ciało mogło się już nie męczyć, ale umysł i dusza... Rozumiała...
Takie poczucie humoru również. To było dość... Odświeżające. Nie było to ani wulgarne, ani krzywdzące. Pokręciła głową, ale nie była rozgniewana w żadnym stopniu
-Może i masz rację, ale... Myślę, że taka "kotwica" jest nam potrzebniejsza niż kiedykolwiek-Jej czerwone oczy popatrzyły się w stronę odtwarzacza. Może powinna sama zakupić taki do mieszkania? Selmie pewnie by się to spodobało... Ma niby swojego walkmana, ale jednak chyba trochę przyjemniej się poruszać po domu bez słuchawek i kabli pałętających się koło twarzy. I można posłuchać razem...
...I jej nastrój się poprawił. Może nawet na chwilę, na ten drobny moment zapomniała kim jest. W końcu czuła swój oddech. Mrugała. A jednak... Wystarczyło ponownie popatrzeć na Tima by przekonać się, że jednak... Zarówno on, jak i ona są jedynie chodzącymi zwłokami udającymi to, czym kiedyś byli... Ale... Dalej była nadzieja...
...I intrygi. Może jednak jeszcze jedna lekcja? Westchnęła, co dla spokrewnionego mogło się wydawać czymś dalece nienaturalnym - albo świadomym gestem, albo... No właśnie... Ona była dość "dziwna" pod tym względem.
-Kto wie? Niestety... Musisz mieć świadomość jednego... Tym światem rządzą intrygi... I co gorsza, polityka. Może powiedziano mi o Tobie specjalnie? Może ktoś ma wobec Ciebie... I mnie jakieś plany?-Gorzki, ale też trochę pogodzony z losem uśmiech ozdobił jej całkiem urokliwą twarz. Ta świadomość w kontraście z jej aurą była czymś... Dziwnym. Ale uzupełniała to, co po chwili powiedziała.
-Możemy jedynie, a nawet powinniśmy... Próbować na tym jak najlepiej wyjść... Przeżyć... I zachować tyle z tego, co zostało z naszego człowieczeństwa, ile się da... Ummmm... Pytałeś, po co tu przyszłam?-Jej prawa dłoń objęła lewy łokieć, a sama zerknęła w zupełnie innym kierunku. Po tym wszystkim co usłyszała...
-Nie jestem pewna... Czy to dobry moment. Musisz... Przejść przez ten okres. Angażowanie Cię w cokolwiek... Byłoby niebezpieczne. Dla Ciebie i dla mnie. Ja... Udzielę Ci wsparcia. Jestem tylko Neonatką, ale... Mam trochę więcej czasu niż primogen i inni. Tylko... Nie możesz robić niczego pochopnie. Dobrze?-Michelle pochyliła się trochę w stronę Tima i spojrzała na niego wyczekująco. Nie była zbyt dobra w egzekwowaniu swojej woli - prawdę powiedziawszy wyglądała wtedy trochę jak zbity pies, który bardziej prosi o to by go dalej nie krzywdzić niż wilka który domaga się odpowiedniego szacunku - ale dawno nie poczuła się na tyle swobodnie w niczyim towarzystwie, jak teraz. Może to przez to, że był jeszcze bardziej... Słaby od niej. I ona to widziała... NAWET ona.

Wyszukiwanie zaawansowane