Znaleziono 691 wyników

Clive, Tzimisce

Image

Odrażający potwór Sabatu, który pojawił się w Seattle w tajemniczych okolicznościach, odznaczając teren krwią śmiertelników i co najmniej paru Spokrewnionych. O jego obecności i działaniach wiedzieli tylko nieliczni, jednak mimo to, w krótkim czasie został wytropiony i wyeliminowany przez wampiry Camarilli.

15th Avenue NW, Blok mieszkalny

Kompleks mieszkalny znajdujący się w tej okolicy zdaje się potrzebować jakiegoś drobnego remontu, jednak nie jest on jeszcze w stanie bardzo uprzykrzającym życie osobom wynajmującym tam pokoje. Z zewnątrz ściany utrzymane są w szarej bądź ciemnobrązowej kolorystyce. Pewien konkretny budynek zalicza się do tych drugich, i posiada on pięć pięter. Opisywane mieszkanie znajduje się na czwartym i jest praktycznie identyczne, jak pozostałe. Zmienną są tylko lokatorzy - Joan Andre i Katherine Meadows. Will Snyder. Lance Prior. Charles i Gina Garfield. Michelle Mould. Beulah Amy Ellison. I z pół tuzina innych kobiet i mężczyzn, żyjących samotnie, w związkach mniej i bardziej formalnych, zgodnie z literą prawa, wbrew prawu...
Jest to jednoizbowe mieszkanie z kuchnią wydzieloną kontuarem, oraz z niewielką łazienką z prysznicem. Stary telewizor i radio są głównym źródłem informacji o świecie mieszkańców, którzy w ramach snu mogą skorzystać albo z trochę już skrzypiącego łóżka, albo rozkładanej leżanki. Ściany są wyściełane niebieską, spłowiałą ze starości tapetą z kropkowanymi wzorkami, a rzeczy mogą być co najwyżej poupychane w dużej dwudrzwiowej szafie, kredensie, oraz stoliku. Zdecydowanie jest to mieszkanie jednoosobowe, co z pewnością odbija się pozytywnie na cenie. W przypływie dobrego humoru właściciel położył na podłodze zielono-żółty dywan częściowo przykrywający skrzypiące deski. Nie brakuje też lodówki i podstawowego wyposażenia kuchennego oraz jednego okna, z roletami i grubą firanką blokującymi dostęp słońca do pomieszczenia.

1413 NE 45th St, Burke Museum of Natural History and Culture

Muzeum historii naturalnej Burke'a istnieje w Seattle przeszło sto lat. Założone pod koniec dziewiętnastego wieku, początkowo znane jako Stowarzyszenie Młodych Naturalistów bardzo szybko przerodziło się w miejsce wyjątkowe, szczególne nie tylko dla miłośników historii i otaczającego świata, ale przede wszystkim dla zwyczajnych mieszkańców dopiero co rozwijającego się miasta.
Przez te wszystkie lata muzeum Burke'a znajdowało się w wielu różnych miejscach, pod wieloma adresami - transport coraz to większej liczby eksponatów zaczynał jednak męczyć i przysparzać niepotrzebnego ryzyka uszkodzenia tych bezcennych przedmiotów. Po niemalże półwieczu zdecydowano się na ostateczne przeniesienie wszystkiego na róg ulic 17th oraz 45th, na terenie kampusu. I choć minęło niemal kolejne pół wieku, a muzealna kolekcja się tylko rozrasta, to nie ma żadnych planów związanych z kolejną przeprowadzką.
Obecny budynek jest masywnym, dwupiętrowym kwadratem z czerwonej i szarej cegły, o bokach długości pięćdziesięciu metrów każdy. Dodatkowo Burke Museum znajduje się na kilkukrotnie większym placu zalanym betonem i wyłożonym drobniutką kostką brukową, gdzie bez trudu mogą parkować samochody pracowników i odwiedzających. Całość jest też otoczona szpalerami niezbyt wysokich, ale za to gęsto rosnących dębów, sosen i olch, tworzących bardzo przyjemną, zieloną ścianę oddzielającą teren muzeum od nieco hałaśliwego uniwersytetu oraz wielkomiejskiego zgiełku.
Front budynku nie jest w żaden sposób imponujący, ot, zwyczajny gmach o płaskim dachu, z wąskimi i wysokimi oknami, sięgającymi od podłogi aż do sufitu. Przed dwuskrzydłowymi, przeszklonymi drzwiami znajdują się dwa spore, indiańskie totemy, obok których rosną rozłożyste topole, wyższe od samego muzeum, na których bardzo często studenci przyklejają swoje własne ogłoszenia. W tej chwili wiszą tam tylko trzy, przemoczone kartki, z rozmazanym tuszem; mimo to ciągle można odczytać zapisane tam, ku rozpaczy muzealnych pracowników, treści.
"Student neurochirurgii poszukuje współlokatora! Mieszkanie blisko kampusu studenckiego, dobre jedzenie od współlokatorki i przystępna cena!" to pierwsze i, sądząc po oderwanych już kawałkach papieru z numerami, przedawnione ogłoszenie. Drugie znacznie bardziej przypomina próbę wyłudzenia lub też oszustwa, "Jesteś matematykiem lub ekonomistą? Lubisz pieniądze? Dołącz do klubu Trzy Monety, a nauczymy Cię jak zarabiać pieniądze!", a trzecie i ostatnie to rozpaczliwy krzyk o pomoc.
"W południe 14 lutego zaginął mój żółw, Teodor. Wszędzie go szukałam, ale nie mogę znaleźć! Gdyby ktoś go gdzieś zauważył, byłabym wdzięczna o przekazanie mi go. Przyjmę też wszelka pomoc finansową."
Średnio parę razy w tygodniu ktoś z Burke Museum zrywa te wszystkie ogłoszenia, ale nie minie nawet i dzień, a już pojawiają się kolejne. Cóż, z pewnymi rzeczami się nie da wygrać, dlatego pracownicy skupiają się przede wszystkim na swej pracy i eksponatach. A tych, wbrew pozorom, jest bardzo dużo - niemal piętnaście milionów eksponatów! - podzielonych na trzy, cztery części. Pierwsza z nich, zajmująca niemal połowę parteru, to skrzydło poświęcone kulturze indiańskiej z obu Ameryk oraz kulturze ludów pierwotnych z Oceanii i Azji. Druga część, zajmująca resztę parteru, to skrzydło biologiczne poświęcone arachnologii, botanice, herpetologii, ichtiologii, ornitologii i niemal każdej innej -logii jaka tylko istnieje.
Wnętrze nie jest zatem szczególnie przestronne, bo ogrom eksponatów, zarówno tych niewielkich, które mieszczą się w dłoni jak i tych zdecydowanie większych, sięgających sufitów po prostu zajmuje miejsce. Nie licząc wykafelkowanego holu wejściowego, będącego obklejonym plakatami korytarzem z malutkimi pokoikami pełniącymi rolę punktu informacyjnego, rejestracji wycieczek oraz odwiedzających, sklepiku z pamiątkami i gabinetów pracowników, to parter Burke Museum jest zdominowany przez drewno, szkło i kamień.
Podłogi są pokryte ciemnymi panelami, oddzielonymi wąziutkimi paseczkami z jaśniejszego kamienia. Ściany są tylko pociągnięte jasną, neutralną farbą, na tle której znajdują się szklane gabloty skrywające eksponaty; z rzadka za nimi widać jakieś dekoracje, chyba, że w grę wchodzą znacznie większe skamieliny, czy też zakonserwowane i odpowiednio spreparowane obiekty. Pod sufitem, w regularnych odstępach, znajdują się lampy dające mocne, ale zarazem miękkie i neutralne światło, chroniące wzrok oraz skarby muzeum.
Są tutaj także kamery bezpieczeństwa, niemal w każdym kącie.
W północno-zachodnim krańcu budynku znajduje się masywna, towarowa winda zamykana na klucz i służąca do transportu, zabezpieczona kłódką i zamkiem rampą umożliwiającą wnoszenie bądź wynoszenie unikatów oraz schody prowadzące w dół, do muzealnych piwnic i magazynów (gdzie znajdują się także kolejne biura i gabinety i gdzie wstęp mają tylko pracownicy) oraz na piętro, do części poświęconej paleontologii i geologii.
To tutaj znaleźć można skały, głazy i ich fragmenty, a także kości dawno wymarłych zwierząt, zarówno jeśli chodzi o niekompletne szczątki, jak i pełne szkielety. Wszystko jest podzielone wiekiem - najnowsze, najbliższe czasom współczesnym eksponaty znajdują się więc najdalej, a najbliższej schodów są obiekty najstarsze. Od prekambru i ordowiku, poprzez trias, jurę i kredę aż po czwartorzęd Burke Museum pokazuje, jak zmieniała się fauna naszego świata. Część znajdujących się tutaj skamielin jest wypożyczona, część zaś stanowi prawdziwe unikaty, których próżno szukać w innych rejonach kraju czy świata!
Nic więc dziwnego, że do Seattle zjeżdżają się ludzie złaknieni wiedzą. Jedną z nich jest Faustine Deveroux, pełniąca obowiązki kustosza i słynąca z tego, że całymi nocami przesiaduje w muzealnych piwnicach, warcząc na każdego, kto do niej podejdzie.
Podobnie jest w przypadku Christiana Harrisa, aczkolwiek on jest teoretykiem i rzadko kiedy opuszcza swe biura, zaczytany w kolejne listy, dokumenty oraz wpatrzony w setki fotografii. Jedynie Polly Olsen i Jack John Olmstead, świeżo upieczeni absolwenci Harvardu i Yale, są otwarci na ludzi i chętnie zamienią z nimi więcej, niż kilka słów...

Wieści i plotki

Temat ten ma dwie funkcje. Pierwsza: gracze mogą dzielić się tutaj nowinkami i plotkami na temat swoich postaci, tego co zrobiły, w co są lub mogą być zamieszane, w jaki sposób zabłysnęły, z kim rozmawiały i tak dalej. Druga: Narratorzy mogą robić to samo, opisując rozsiewane przez wampiry informacje oraz plotki na temat postaci graczy oraz npc, a ponadto opisywać inne wydarzenia z udziałem bohaterów niezależnych, zarówno tych nieumarłych jak i śmiertelnych.
Publikowane przez graczy posty na temat swoich bohaterów mogą opisywać zarówno ważne lub skandaliczne wydarzenia, jak i drobnostki, takie jak np. z kim bohater rozmawiał, na jaki temat, co zyskał, co stracił, jakie opinie na jego temat krążą. Oczywiście nie mogą to być wyssane z palca przez graczy informacje o niesamowitym bohaterstwie, zabijaniu wilkołaków ani nic z tych rzeczy. Chodzi o nowinki i plotki, będące konsekwencją działań fabularnych postaci. Np. dyskusja z postacią gracza lub bohaterem niezależnym na te czy inne tematy, różne knowania, wzloty i upadki, obraza czyjegoś majestatu, udział w jakimś wydarzeniu itp. Temat ten po prostu służy nagłośnieniu tego, co już się zdarzyło, w formie szeptów w tle i tym podobnych, służących jako zahaczka fabularno-socjalna, tematy rozmów, za pośrednictwem których bohaterowie mogą zostać wciągnięci w kolejne wątki fabularne.
Narratorzy z kolei mogą publikować wybrane przez siebie, trafiające od ust do ust bohaterów niezależnych informacje na temat postaci graczy oraz bohaterów niezależnych. Mogą także opisywać wydarzenia ze świata śmiertelników, które w jakiś sposób dotykają społeczność Spokrewnionych, również służąc jako swoiste zahaczki fabularne.
Posty w tym temacie mają przede wszystkim ułatwić zdobycie pewnych informacji przez postacie graczy, którym pozwoli to na zaczepienie się o dany wątek fabularny dzięki właśnie tym szeptom w tle. Skierowane do różnych kręgów, mniejszych lub większych, pozwolą graczom podłapać wątek i dać się porwać przygodzie. Gracz może przykładowo zdecydować, że dana informacja dotarła głównie do bywalców Elizjum, całego klanu lub do mniejszego kręgu, na przykład pojedynczej koterii. Stamtąd oczywiście, informacje mogą powędrować dalej, podłapane przez postacie graczy oraz bohaterów niezależnych. W ten sposób gracze sami zadbają o rozwój zdarzeń, a nawet będą generować wątki dla innych postaci bez potrzeby bezpośredniego kontaktu bohaterów i rozmowy w 'cztery oczy', by w ogóle dowiedzieć się, że coś się stało.
Pisząc w tym temacie należy napisać krótki opis, a poniżej konkretną lub przybliżoną datę wydarzenia, a także informację w jakich kręgach krąży dana informacja. Jak wspomniano wyżej, może to być mniejszy lub większy krąg. Mała koteria lub cały klan. Może to również być wydarzenie, o którym wiedzą służby mundurowe lub/oraz reporterzy. Może to być informacja, o której będzie można się dowiedzieć wyłącznie poprzez wizytację w jednym z barów lub moteli. To jak powszechna będzie dana informacja zależy głównie od decyzji gracza. Oczywistym jest, że efekty nie zawsze będą pozytywne dla postaci, ale z pewnością dadzą graczom szansę na wzięcie udziału w nowym wątku.

Poniżej znajdują się przykładowe 'raporty' z wydarzeń, które miały miejsce w świecie gry Bloodlines. Prosimy aby gracze publikowali posty w podobnej, czytelnej formie.

Pewien młody, arogancki Ventrue, niejaki Nathan Gray, chwilę po przybyciu do miasta zawitał do Elizjum w Moore Theatre i stając z pustymi rękoma przed Księżną, domagał się od niej niemałej domeny. Dziw, że po tym skandalicznym zachowaniu nie został odesłany w diabły, a zamiast tego otrzymał drugą szansę i stał się chłopcem na posyłki Księżnej.
  • Kiedy: Piątek, 02.12.1999
  • Kto wie: Bywalcy Elizjum | Przedstawiciele klanu Ventrue | Niektórzy Toreadorzy

Kilku Tremere i Malkavian współpracuje, prowadząc śledztwo mające na celu odkrycie tożsamości sprawcy niewyjaśnionych morderstw duchownych z ostatnich lat. Mówi się, że stać za tym mogą śmiertelni pseudo-okultyści lub wampiry Sabatu. Ktokolwiek jest za to odpowiedzialny, może ściągnąć na Rodzinę uwagę służb mundurowych, a nawet łowców.
  • Kiedy: W toku
  • Kto wie: Głównie Tremere, Malkavianie, a także Gangrele mający kontakt z Szeryfem

Thirteen!



THIRTEEN!
Alexander Le Roi, Blake, Calpurnia, Eunika Grimm, Eve Barton, Felix Ouellette, Frank Richmond, Harold Grey, Harry Richmond, Joshua Hunter, Kwiatuszek,Maria Schiller, Mits, Nathan Gray, Randy White, Thomas Walker, Victor Reev
i inni
Ballard Carnegie Library, Bloodbath, Church of True Path, Hitt's Hill, Laurelhurst Triangle, La Salle Building, Moore Theatre, North Beach Trailer Park, The Jungle, Washington State Patrol, ZymoGenetics
i inne



Wigilia dnia zakochanych były naprawdę gorącym tematem na językach nieumarłych, nie tylko tych przebywających w jednym w dziesiątkach, setkach barów i knajp, ale także tych siedzących w Elizjum. Od eleganckiego i pięknego Moore Theatre, gdzie szczupła i delikatna, ale zarazem twarda Elizabeth Page trzymała pieczę nad wszystkim, poprzez agresywny, dziki i krwawy klub Bloodbath, prowadzony przez charyzmatycznego, acz ciągle wyniosłego Travisa Sinclair'a, aż po skromny i, oficjalnie nie mający nawet statusu Elizjum, anarchistyczny pub dla motocyklistów pod wodzą Alexandra Thorburna, The Angry Beaver. Od Tractor Tavern, Leary Traveler, Waterwheel Longue, Caroline Tavern, The Kraken Lounge, aż po Pasty's Nightclub, Fiddler's Inn, Tavern Law, Cowgirls Inc. i tak dalej, i tak dalej.
Wszyscy, lub prawie wszyscy Spokrewnieni przebywający na terenie Seattle wiedzieli przynajmniej trochę na temat tego, co się wydarzyło minionej nocy. Spora w tym zasługa Harpii, które w typowy dla siebie sposób rozpoczęły szaleńczy rajd po mieście, dzieląc się informacjami, sugerując, kto zawinił, a kto zasłużył na pochwalę, ale nie w sposób bezpośredni, nie mówiąc tego wprost, raczej po prostu podszeptując innym wampirom co i jak. A potem wszystko poszło już z górki, mówiąc wprost.
Zanim nadszedł świt, chyba nie było w Emerald City Kainity, który by nie miał choćby ogólnego pojęcia o tym, co się wydarzyło od chwili, gdy słońce skryło się za horyzontem. Niektórzy, zwłaszcza ci, którzy byli w Seattle dopiero od niedawna, nie chcieli wierzyć, że za sprawą eksplozji na parkingu kamperów stały wampiry. Inni twierdzili, i co ciekawsze, szli w zaparte, że w istocie było to dzieło Spokrewnionych. Tylko parę osób, w tym jeden, dość paskudny Nosferatu, znali prawdę i kiwali z politowaniem głową. W końcu chodziło tutaj tylko o bydło, Rodzina zaś pozostawała bezpieczna, jako iż Tradycje nie zostały przez nikogo naruszone.
Księżna nie zwracała na to uwagi. Miała inne rzeczy na głowie.
Jak choćby dwie masakry, które w dość jasny sposób wskazywały na działania istot nadnaturalnych. Pierwsza, które rozegrała się zdecydowanie zbyt blisko Moore Theatre, skupiała się na burdelu i urzędujących tam dziwkach oraz wykorzystujących ich bandytach - świadkowie zajścia nie widzieli początkowo nic konkretnego, ale gdy polała się krew (a polała się, och, jakże się polała!) od razu podejrzenia padły na Nosferatu. Kto, jak nie oni, jest w stanie gdzieś wejść bez zwracania na siebie uwagi? Gangrel? Brujah? Przecież to śmieszne!
Ta dość żywa dyskusja, była częstym elementem całkiem brutalnych i agresywnych sporów w kilku klubach i barach. Ktoś nawet sugerował Ventrue, ponieważ podobno jeden z nich krzątał się gdzieś na południu miasta, gdzie łamał nogi, wybijał zęby oraz wyważał drzwi wszędzie, gdzie tylko się dało. Mimo wszystko to jednak wyłącznie plotki. Prawdę znały wyłącznie najważniejsze persony w mieście. W przypadku drugiej masakry, jaka zaprzątała głowę Księcia Seattle, nie było jednak tak miło. Na terenie Roosevelt życie straciło niemal tuzin osób w wyjątkowo odrażający, brutalny sposób - część Spokrewnionych rozważa rozpoczęcie własnego polowania i obławy, by dorwać sprawcę tego zamieszania.
Szeryf póki co nie zabrał głosu, ale wszystko się może jeszcze zdarzyć... noc jest młoda, a zdarzenia poprzedniej będą niewątpliwie odbijać się w mieście echem przez bardzo długi czas.

KONG TV, 02/14/1999

W studiu tak zwanej "szesnastki", czyli KONG-TV, siedział tylko jeden prezenter. Zazwyczaj uśmiechnięty i pogodny, podstarzały Joseph Pitts co kilka chwil spoglądał na puste miejsce obok, gdzie zwykle siedziała jego koleżanka, Carrie Ross. Mężczyzna nerwowo poprawił klapy tweedowej marynarki, uśmiechnął się sztucznie do kamery i, sięgając po leżące przed nim notatki, przeprosił widzów za nieobecność prezenterki. Tłumaczył to wszystko - mówiąc bardzo ogólnie - sprawami zawodowymi i politycznymi, zapewniając przy tym, że "Ross powróci najszybciej, jak to tylko możliwe".
Nie kłamał.
Nie był człowiekiem, który kłamałby w takiej sytuacji. Tak, był dziennikarzem telewizyjnym i większość swego życia spędził na zbieraniu i redagowaniu informacji, często wedle wytycznych kogoś z góry. I nie ma znaczenia, czy chodzi tutaj o dyrekcję, o kogoś wpływowego z partii politycznej, czy nawet o jakiegoś ważniejszego sponsora. Pan każe, sługa musi i tak dalej, ale w przypadku bliskich osób, współpracowników, nie było sensu kłamać.
Pitts rozpoczął wydanie wiadomości od rzeczy najważniejszych dla każdego mieszkańca Emerald City - od informacji o coraz liczniejszych i, niestety, coraz makabryczniejszych zgonach. Opowiadał o ludziach będących w szponach demonów alkoholizmu i narkomanii, którzy stracili życie na zboczach Dżungli, padając ofiarą swych uzależnień, zimna oraz najzwyklejszej agresji. Materiał prezentowany z okolic The Jungle, w towarzystwie czerwonych i niebieskich świateł policyjnych, wyglądął upiornie i bajkowo zarazem, podobnie jak rozmazane, niewyraźne obrazy ciał wygrzebane ze śniegu.
Prezenter, po zakończeniu reportażu, zaprezentował kolejny, miotając gromy na La Salle i urzędujących tam ludzi. Śmierć Harvey'a Sterna, głowy jednego z mniejszych gangów specjalizujących się w handlu żywym towarem, przyjął z czystą radością. Materiał z miejsca zbrodni, czyli wizyta w wymienionym budynku, był jednakże prawdziwym horrorem - ponury, obskurny gmach, mnóstwo dziewczyn świadczących usługi seksualne, przytłaczająca, duszna atmosfera nijak nie pasowały do radosnego przecież święta, jakie właśnie trwało.
Joseph Pitts przerwał na chwilę. Zmarszczył czoło i brwi, słuchając głosu w malutkiej słuchawce, jaką miał założoną przy uchu.
Twarz mu się rozjaśniła, gdy przeszedł do wiadomości na temat stanu zdrowia jednego z sędziów oraz podobieństw w sprawie twarzy instytutu badawczego Zymogenetics. Najwięcej emocji budziła jednak "krwawa łaźnia w Roosevelt", jak to ujął Pitts. Na terenie blokowiska doszło do prawdziwej masakry, w wyniku której śmierć poniosło przynajmniej jedenaście osób, a stróże prawa - w osobach sierżant Kowalskiej i posterunkowego Callwooda - zostali skierowani na obserwację i badania psychiatryczne, mające na celu wykluczenie trwałego uszczerbku ich zdrowia.
Długi wywiad z komendantem głównym policji Seattle, z Richardem Bylewski, dotyczył "odrażającej zbrodni, jakiej miasto nie widziało od lat" oraz "zawiadomienia odpowiedni służb federalnych" a także "dodatkowych szkoleń dla funkcjonariuszy". Prezenter, już po powrocie do studiu, zaczął zadawać retoryczne pytania widzom na temat godziny policyjnej, zanim przeszedł do znacznie mniej ciekawych, ale i bezkrwawych wiadomości. Najważniejsze były tutaj oczywiście święto. Walentynki w Emerald City wyglądały cudownie, a krótkie wywiady z przechodniami, z zakochanymi, z turystami oraz pracownikami najróżniejszy lokali w mieście tylko to potwierdzały. To był prawdziwie magiczny czas, czas szczęścia, miłości i zabawy.
Czerwień serca i róż łączyła się jednak z czerwienią krwi, jaka spływała ulicami.
Co się zaś tyczyło pogody - bez zmian. Dalej będzie zimno, dalej będzie dużo śniegu, a potem będzie jeszcze zimniej i będzie jeszcze więcej śniegu, aż w końcu, pod koniec lutego, wszystko powinno ustać. Lub przynajmniej powinno osłabnąć na tyle, by nikogo nie męczyła zima. W końcu został tylko miesiąc do wiosny, prawda? Tym wesołym, optymistycznym akcentem pogodynka zakończyła walentynkowe wydanie wiadomości na kanale szesnastym. KONG-TV.

The Seattle Times #45, 02/14/1999

POGODA

Nieustanne opady śniegu, porywisty wiatr i wyjątkowo niskie temperatury doprowadziły do paraliżu dróg miejskich. W samochodach pomarzły silniki, a mniej uczęszczane drogi zostały zablokowane przez wysokie zaspy śniegu. Przedstawiciele komunikacji miejskiej proszą o cierpliwość — ze względu na niesprzyjającą pogodę autobusy nie zawsze są w stanie ruszyć w trasę. Komenda Główna policji SPD alarmuje o coraz częstszych wypadkach drogowych wywołanych nieostrożną jazdą i zlodowaceniem nawierzchni. Meteorolodzy ostrzegają: przez najbliższe dni opady śniegu utrzymają się na tym samym poziomie i tylko wiatr nieznacznie się załagodzi.

DŻUNGLA POCHŁANIA KOLEJNE OFIARY
Seattle, WA
by Frank A. Blethen

"Ostatnie tego typu mordy miały miejsce na przełomie roku dziewięćdziesiątego siódmego i dziewięćdziesiątego ósmego. Zamordowane zostały wtedy trzy kobiety, ale to, co miało miejsce teraz, praktycznie przed samymi Walentynkami jest po prostu przerażające.", udało się naszym dziennikarzom usłyszeć z ust władzy. Nie znaczy to jednak, że kapitan Eric Greening z SPDSP rozkłada bezradnie ręce, widząc co się dzieje na terenie tak zwanej "Dżungli", o nie! Stróże prawa zapowiadają dodatkowe patrole krążące w okolicach feralnej części naszego miasta, znanej jako The Jungle i jednocześnie przestrzegają każdego mieszkańca, by bez wyraźnego powodu nie zapuszczał się na zbocze rozciągające się w pobliżu autostrad i dróg o numerach I-90 oraz I-5. Pełna treść odezwy władz znajduje się na stronie drugiej, w kolumnie pierwszej.

QUIS CUSTODIET IPSOS CUSTODES?
Washington State
by Judy McKidd

Ta łacińska sentencja, autorstwa Juwenalisa zadaje naprawdę ważne pytanie. "Kto pilnować będzie samych strażników?", pyta ten rzymski poeta sprzed wielu, wielu wieków i jak widać na załączonym obrazku, to pytanie ma rację bytu i dzisiaj. W wigilię święta zakochanych doszło do niewytłumaczalnego zdarzenia na komendzie WSP, zakończonej nie tylko kradzieżą samochodu półciężarowego, ale także kradzieżą zawartości policyjnego magazynu, czyli dowodów przemytu broni. Wywiady i tłumaczenia funkcjonariuszy policji stanowej (w osobach Adriena Smitha, Charlesa Daniela Cardinala oraz Kaitlin Novak) są na stronie trzeciej, w kolumnie trzeciej i na stronie czwartej, w kolumnie pierwszej.

ZBRODNIA NIE POPŁACA
Seattle, WA
by Carey Butler

"Białe śmieci". "White trash". Tak najczęściej nazywani są mieszkańcy parkingu dla barakowozów, samochodów oraz przyczep kempingowych. W rzeczywistości są to naprawdę porządni ludzie, którzy po prostu wybrali takie, a nie inne miejsce swego zamieszkania. Niestety, tego typu miejsca przyciągają też tak zwany margines, czyli prawdziwych przestępców. Ostatniej nocy na terenie parkingu w North Beach doszło do eksplozji, są ofiary śmiertelne, świadkowie i ocalali wspominają o grupce bohaterów którzy z narażeniem życia ratowali kogo się tylko dało. Policja prowadzi śledztwo i na ten moment podejrzenia padają w stronę konfliktu rywalizujących grup przestępczych oraz wadliwej aparatury służącej do produkcji substancji odurzających.

MIŁOŚĆ WISI W POWIETRZU
Seattle, WA
by Sharon Chan

Burmistrz Paul E. S. Schell oficjalnie otworzy walentynkową paradę, której trasa będzie przebiegać od Union Street, poprzez 4th Avenue aż po Denny Way. Dodatkowo na terenie Pike Place Market będzie miał miejsce okolicznościowy festyn, zabawy oraz tańce, a także specjalne, walentynkowe "napoje miłosne", mające na celu rozgrzanie zziębniętych ciał. Ponadto Michael Foster oraz Jane Doe, dyrekcja sierocińca Seattle Children's Home, zapraszają na pokaz audiowizualny na terenie ośrodka - wstęp dla dzieci jest oczywiście darmowy, dorośli z kolei są proszeni o drobne datki, których suma zostanie przeznaczona najbardziej potrzebującym. Szczegółowe plany imprez są na stronie czwartej, w kolumnie trzeciej i na stronie piątej, w kolumnie pierwszej i drugiej.

TAJEMNICZY ZGON
Seattle, WA
by Colin Riley

W Seattle ostatnimi czasy mamy coraz więcej niepokojących wydarzeń. Zabójstwa księży, zaginięcia, dziwne kradzieże czy niewyjaśnione zajścia. Do SPD North Precint trafiła właśnie jedna z takich spraw: w lasach Blue Ridge, spacerujący z psem mężczyzna natrafił na wysuszone, pozbawione krwi ciało pogryzione przez zwierzynę, najprawdopodobniej wilki — policja co do tego nie jest pewna; dochodzenie ma na celu wyjaśnienie przyczyny zgonu. Ciało zostało oddane do autopsji, a detektywi podjęli już działania mające na celu próbę odnalezienia jakiejkolwiek rodziny ofiary. Z informacji jakie udało nam się uzyskać wynika, że był to bezdomny mieszkaniec północnego Seattle, blisko zaprzyjaźniony z resztą włóczęgów w tych okolicach.

NARKOTYKI - BYŁY, SĄ, BĘDĄ
Seattle, WA
by Colin Riley

Komenda Główna SPD alarmuje o pojawieniu się na rynku zmodyfikowanych narkotyków, które powodują coraz groźniejsze powikłania fizyczne: paraliż ciała i chwilowe utraty pamięci lub niedowładu kończyn. Na szczególne niebezpieczeństwo narażeni są klubowicze; to oni najczęściej trafiają do szpitali, gdzie są wysyłani na obserwację. Komendant posterunku nie podaje więcej szczegółów, gdyż śledztwo jest w toku. Pewne źródło podaje nam jednak, że może mieć to związek z niedawno przybyłym do miasta hiszpańskim milionerem, Guilherme Cardoso Goncalvesa, którego przeszłość jest związana z narkobiznesem. Mówi się, że zerwał on wszelkie kontakty ze swoją dawną grupą, jednak gang do którego należał uchodził za jeden z najniebezpieczniejszych ze względu na różne, prowadzone przez nich eksperymenty. Więcej o tej sprawie na stronie drugiej w kolumnie czwartej.
ZYMOGENETICS NICZYM FENIKS?
Seattle, WA
by Colin Riley

ZymoGenetics, jeden z najstarszych instytutów badawczych dotyczących biotechnologii oraz farmaceutyki w Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatni lat przechodzi prawdziwy kryzys - wszystko jednak wskazuje na to, iż obecny rok będzie inny i, być może, los w końcu uśmiechnie się do naukowców. Skandaliczne zachowania twarzy instytutu, Anthony'ego Wadswortha wcale nie pomagały; do naszych uszu dotarły jednak pogłoski, że wycofanie się pana Wadswortha z życia publicznego może być początkiem zmiany polityki ZG oraz próbą naprawy zniszczonej reputacji i współpracy z wiodącymi placówkami w kraju i na świecie. Na stronie drugiej, w kolumnie trzeciej znajduje się skrócony opis wszystkiego, co miało miejsce w ZG w ciągu ostatnich lat.

BEZWZGLĘDNY SANEPID
Seattle, WA
by Alan Fisco

Kilka dni temu miała głośna premiera otwarcia knajpy “Ruda Sfora” i…. Już następnego dnia została zamknięta przez Sanepid z powodu zanieczyszczonej wody. Z pewnego źródła wiemy, że na tym służby zdrowia nie poprzestaną i zamierzają ostro wziąć się za walkę z łamiącymi prawo lokalami gastronomicznymi. To wywołało poruszenie wśród właścicieli — niektórzy mówią bowiem, że “Ruda Sfora” miała jakiś zatarg z Sanepidem, a woda wcale nie była brudna. Jednakże, z innych informacji wynika, że niektóre bary i puby nagminnie wykorzystują lukę prawną pozwalającą na swobodę oferowanych usług dzięki czemu oszczędzają na nieświadomych klientach. Stanowa Inspekcja Sanitarna ma już przygotowany projekt ustawy pozwalającej na lepsze egzekwowanie ochrony konsumentów. Zostanie on przedstawiony na najbliższym posiedzeniu Kongresu Stanów Zjednoczonych.

KRWAWA NOC W LA SALLE
Seattle, WA
by Sharon Chan

La Salle Building jest znany w wielu kręgach mieszkańców Seattle - jako hotel, jako element krajobrazu, ale także jako, nie bójmy się użyć tego słowa, burdel. Ostatniej nocy stał się jednak znany jako miejsce odrażającej zbrodni. Przelano krew trzech osób, w tym jednego z pomniejszych bossów przestępczego półświatka Seattle, Harvey'a E. oraz dwóch jego współpracowników, czerpiących korzyści majątkowe z nierządu. Tożsamość klientów oraz ofiar wykorzystywanych przez Harvey'a i jego ludzi na wyraźną prośbę policji pozostanie ukryta, sam budynek zaś stanie się tymczasowo wyłączony z użytkowania (nie licząc oczywiście części hotelowej). Jednocześnie cały teren Pike Place Market będzie domem dla stałego patrolu, pilnującego porządku. Informacje dotyczące podejrzanych można przeczytać w kolumnie drugiej, na stronie drugiej.

ZAGINIĘCIE
Seattle, WA
by Carey Butler

Minęła właśnie kolejna doba od zaginięcia pani weterynarz z Bale Veterinary Service. Zaginiona, Anastasia Bale lat 28, jest średniego wzrostu (176 cm) szczupłą kobietą o długich, rudych włosach, zielonych oczach oraz twarzy pokrytej piegami. Posiada jeden znak szczególny w postaci blizny znajdującej się u podstawy szyi, po lewej stronie - jest to blizna nierówna, szarpana i duża. Ostatnio była widziana przy stacji benzynowej 76 Gas na Fremont Avenue, w towarzystwie wyrośniętego, długowłosego mężczyzny w karnawałowej masce. Przyjaciele i bliscy, a nade wszystko pacjencji są zrozpaczeni. "Opiekowała się moim Dyziem!", twierdzi Wilma S., właścicielka owczarka niemieckiego. Jeśli ktokolwiek jest w posiadaniu informacji na temat zaginionej, prosimy o kontakt z policją i/lub redakcją. Fotografia zaginionej znajduje się na ostatniej strony "The Seattle Times".

MASAKRA W ROOSEVELT
Seattle, WA
by Gary Smith

Kolejne tajemnicze zgony wstrząsnęły naszym miastem. Tym razem zbrodnia okazała się nad wyraz osobliwa i Seattle Police Department wzywa na pomoc Federalne Biuro Śledcze - do prawdziwej masakry doszło na terenie bloku mieszkalnego Square One Apartments, przy Sześćdziesiątej Trzeciej. Zaniepokojeni krzykami i wrzaskami sąsiedzi wezwali policję, gdy zaś sierżant Ann Kowalsky i posterunkowy Jim Callwood przybyli na miejsce, ich oczom ukazały się sceny rodem z najgorszego, koszmarnego snu. Natychmiast wezwano wsparcie a także ewakuowano cały SOA, zaś główny komendant SPD, Richard Bylewski, powiadomił służby federalne. Wywiady z ww. funkcjonariuszami na stronach od szóstej, do ósmej.

KRYZYS W GMACHU SĄDOWYM
Seattle, WA
by Carey Butler

Nie od dzisiaj chodzą plotki dotyczące trójki najsurowszych Sędziów Seattle Municipal Court. John Edward Smith — najstarszy z nich i zdawać by się mogło, że najbardziej zdrowy. Sędziowie mają prawo do decyzji zgodnych z własnymi przekonaniami o ile nie kolidują one z prawem. Smith lubi korzystać z tej luki i nie było w tym nic nadzwyczajnego. Do czasu. Nie wiadomo co przyczyniło się do zmiany poglądów Sędziego, jednak ostatnimi czasy zaczął on podejmować coraz dziwniejsze werdykty w swoich postępowaniach — nieracjonalne i oparte na niezrozumiałych, nawet dla najlepszych prawników, argumentach. Anonimowi bliscy donoszą, że Smith zmienił się również prywatnie; z jakichś względów zaczął paranoicznie obawiać się o swoje życie. Dziś na sali sądowej Sędziego Smitha już nie jest ani pewnie ani bezpiecznie.

2240 Everett Ave E

W niedalekim sąsiedztwie Interlaken Park, przy spokojnej i cichej Everett avenue stoi nie wyróżniający się niczym szczególnym budynek. Posiadłość - piętrowy, podpiwniczony dom w stylu kolonialnym o powierzchni 4,200 stóp kwadratowych, wybudowana jest na planie inwersji litery "L", zwróconej dłuższym bokiem do frontu. Okala ją zaniedbany, gęsty ogród otoczony kamiennym murkiem wysokości dorosłego człowieka. Tył działki przytulony jest natomiast do ściany roślinności parku. Przez tenże ogród wiją się, gdzieniegdzie zarośnięte, ścieżki pełznące dookoła budynku, prowadzące od bramy frontowej aż do furtki na tyłach, do parku. Tu i ówdzie rosną półdziko drzewa owocowe: jabłonie, grusze, czereśnie. Wśród innych rosną tu topole, wierzby oraz dwa dęby. Reszta pokryta jest krzakami i chwastami, od północnej strony głównie pokrzywami. Nikt nie przykłada większej uwagi do utrzymania ogrodu w przyzwoitym stanie - gęsta roślinność rzuca przyjemny, bezpieczny cień i wizualnie odcina dom od innych dokoła, co jest błogosławieństwem dla Właściciela.

Do domostwa przytulona jest przybudówka dla służby z dwoma wyjściami - jednym prowadzącym do, drugim na zewnątrz domu. Urządzona jest przyzwoicie, z niewielkim zapleczem oraz łazienką.

Zewnętrzne ściany budynku, zdobione dużymi oknami okiennicami, otulone są sidingiem z ciętego, szarego kamienia. Do środka wchodzi się przez lekkiej konstrukcji, ozdobny ganek przypominający bardziej niewielki, kamienny łuk triumfalny.

Pierwszym pomieszczeniem jest średniej wielkości hol,z wieszakami i półkami z którego można przejść do salonu, jadalni, biblioteczki lub, przestronnymi schodami z prawej strony, na piętro czy też do piwnicy. Wszystkie pomieszczenia są urządzone i udekorowane klasycznie, prosto, przy użyciu drewna, stonowanych kolorów oraz szkła, także barwionego.

W każdym pomieszczeniu znajdzie się miejsce do siedzenia, odpoczynku. Oprócz światła górnego, w każdym pomieszczeniu jest także ciemniejsze, przyjemne dla oczu światło boczne. Przejścia pomiędzy częściami publicznymi, nie licząc biblioteczki, są łukami bez skrzydeł drzwiowych. Podłogi są parkietowe; gdzieniegdzie znajdują się dywany. Na tym piętrze znajdują się także łazienka z toaletą, toaleta, pokój gościnny oraz niewielka kuchnia.

Piwnica jest przystosowana, z racji ukształtowania terenu opatrzona jest jednym oknem. Pełni funkcję klubu - przestrzeń jest półformalna, ze stołem bilardowym, stolikiem do gier, kanapą, dwoma fotelami i reprezentacyjną szafką pełną alkoholi. Znajduje się tu także oddzielna łazienka. Cała podłoga jest wyłożona ciepłą wykładziną.

Piętro jest osobistą przestrzenią Właściciela z zupełnie nieużywaną łazienką, podłużną przebieralnią z dwoma wyjściami, po brzegi zapełnioną najróżniejszymi ubraniami oraz wielkim pokojem przedzielonym dwoma misternie zdobionymi parawanami na część sypialnianą oraz gabinet. Pomieszczenie to wypełnione chaotycznie różnymi gustownymi, pięknymi, interesującymi rzeczami osobistymi Właściciela - głównie antykami. Prawie każdy z tych przedmiotów ma swoją bogatą, interesującą historię i każdy przyciąga wzrok, intryguje. Nawet najdrobniejsze z rzeczy codziennego użytku: pióro, nożyk do listów, zakładka do książki, lampka nocna - wszystko ma w sobie duszę, jest zwyczajnie piękne. Pokój wygląda jak przestrzeń wiecznej pracy; mało która rzecz zdaje się mieć swoje określone miejsce, idealnie pasując jednak do miejsca w którym została “tymczasowo” odłożona. Natomiast pomijając kurz w najbardziej zapomnianych zakamarkach nie można powiedzieć że jest tu brudno - wszystko wygląda jak stare zdjęcie przestrzeni osobistej obieżyświata, uczonego i bogacza w jednej osobie. Te cuda jednak doprawdy niewielu ma szansę zobaczyć - Właściciel dopuszcza tu tylko najbliższe sobie, zaufane osoby.

10352 13th Ave NW, Reed Home

Ballard, Blue Ridge. 13th Ave NW, zwykła asfaltowa ulica. Przy niej wysoki, równo przycięty żywopłot. W zielonym murze tylko jeden wyłom, furtka z bramą, przez który widać żółty, schludny i zadbany dom z brązową dachówką. Niewielki, jednopiętrowy, przytulny, jakby nieśmiały, a obok niego, po prawej stronie, jeszcze bardziej niepozorny garaż, do którego prowadzi wyłożony szarą kostką podjazd.

Gość zaproszony do domu w progu powitany byłby aurą spokoju i porządku, ale i pewnego smutku. Być może ze względu na oszczędny wystrój wnętrza, a może to kontrastujące kolory - jasne ściany i ciemne meble. W malutkim przedpokoju stoi jedynie czarna szafa na ubrania, wciśnięta w kąt po prawej stronie, wysoka, od samej ziemi do sufitu, jakby przytłaczająca pomieszczenie, zdaje się spoglądać na gościa z góry. Po lewej stronie, zaraz za ścianką wydzielającą przedpokój, znajduje się aneks kuchenny. Szafki wzdłuż ściany, ustawione w literę L, zachodzące nieco na ścianę sąsiednią. Zlew, piekarnik, lodówka w słupku, nic specjalnego. Na blacie jedynie ekspres do kawy, wszystko pochowane, szafki wiszące nieprzeszklone, jak gdyby strzegące swej kuchennej prywatności.

Pośrodku aneksu kuchennego, przy półściance oddzielającej go od salonu ładnie dopasowany niewielki stolik z dwoma krzesłami. Dalej salon - na ścianie na wprost niska szafka, a na niej spory telewizor. Naprzeciwko telewizora, plecami do półścianki jasnożółta kanapa, zapraszająca swym miękkim wyglądem. Między kanapą a telewizorem jasny dywan. Uważny gość zauważyłby, że nie powinno go tam być, bo nie kładzie się jasnych dywanów w salonie z wyjściem na ogród. Po lewej stronie od kanapy są wielkie, przeszklone drzwi prowadzące do ogrodu, a za nimi tarasik wyłożony kostką. Po prawej stronie od kanapy stoi spora komoda z szufladami zwróconymi w stronę przeciwległej ściany, w której tkwi troje drzwi.

Te najdalej od wejścia do domu to drzwi do łazienki z toaletą. W maleńkim pomieszczeniu wyłożonym kremowymi płytkami jakoś udało się upchnąć kabinę prysznicową i jeszcze pralkę. Na ścianie są trzy wieszaki, ale tylko jeden ręcznik. Środkowe drzwi - kluczyk w zamku. Nikt nie śmiał go przekręcić od wielu miesięcy. Za nimi znajduje się pokój dziecięcy, w zielonym, tak ironicznym dziś kolorze nadziei. Poustawiane w nim sosnowe meble, regał z półkami, na którym znajdują się książki dziecięce i pluszaki, komoda z ubrankami, łóżeczko ze szczebelkami, tkwią jakby zagubione w porażającej pustce, zakurzone, smutne, spragnione dziecięcego śmiechu, którego już nigdy nie będzie.

Ostatnie drzwi, te najbliżej wejścia, prowadzą do pokoju Ilo. Swoim zwyczajem trzyma tam tylko niezbędne rzeczy. Jest więc łóżko, wielkie jak wspomnienie człowieka, które z nim dzieliła. Obok, od strony ściany z oknem, stolik nocny z lampką do czytania. Po drugiej stronie łóżka stoi regał na książki oraz psie zabawki i akcesoria, a na nim również stary pluszowy piesek otrzymany w dzieciństwie na urodziny od jej wówczas przyszłego męża. Obok regału, schowana za drzwiami, gdy są otwarte, znajduje się szafa na ubrania. Przy ścianie naprzeciwko łóżka stoi duże biurko Jarreda i jego komputer na nim, a przy biurku wygodny fotel, czarny, skórzany, i tak bardzo pusty.

4111 36th Ave NE, UW Housing

Rzeczony budynek to dom jednorodzinny, który prócz parteru i piętra posiada także sporych rozmiarów piwnicę. Wchodząc przez drzwi wejściowe trafia się do małej sieni, z której po zdjęciu obuwia i płaszczy przejść można na korytarz oddzielający znajdującą się na lewo kuchnie i niewielką łazienkę, oraz sporych rozmiarów salon z telewizorem. Prócz odbiornika w salonie znajduje się także sofa i kilka foteli dla wygody, stąd też po schodach można udać się na piętro, gdzie znajdują się prywatne pokoje wynajęte studentom i dodatkowa łazienka. Umieszczone są one po obu stronach centralnie ulokowanego korytarza z łazienką znajdującą się na końcu po lewej, trzy pokoje pojedyncze po prawej stronie, jeden dla pary po lewej.

Zejście do piwnicy znajduje się na końcu korytarza na parterze, ta podzielona jest na dwie równe części z których jedna służy za magazyn dla wszystkiego, co nie ma swojego miejsca w domu, druga zaś, zamknięta na klucz, zawiera kilka półek zapełnionych księgami hermetycznymi - niezbyt przydatną już pamiątką po dawnych latach właściciela.

302 Crockett St, Blanchard House

Dobrze utrzymany, piętrowy, podpiwniczony domek w Queen Anne jest obity drewnianymi deskami pomalowanymi na szaroniebiesko. Duże okna i solidne drzwi są utrzymane w kolorze ciemnej czerwieni, otoczone białymi listwami. Zadbany ogród jest otoczony od strony ulicy niskim płotkiem po którym wspinają się pnącza oraz dwie zdziczałe róże. Od strony sąsiadów rośnie nieprzyjemnie ciernisty, wieczniezielony wysoki żywopłot. Na posesji znajduje się parę drzew i krzewów, w tym niewielka jabłonka. Na tyłach ogrodu jest niewielka fontanna otoczona niskim bukszpanowym żywopłotem. Latem ogród wygląda uroczo i idyllicznie.

Wnętrze urządzone jest eklektycznie choć ze smakiem.

Kuchnia jest dobrze wyposażona i sterylnie czysta, najwyraźniej nieużywana. Ma wszystko co jest potrzebne - szafki, piecyk, ozdobne garnki, lodówkę z magnesami i zmywarkę. Nic szczególnego.

W salonie stoi obita musztardowym pluszem duża kanapa na drewnianych, prostych nóżkach, na której wygodnie może się położyć nawet bardzo wysoka osoba i jeszcze będzie sporo miejsca dla drugiej, drobniejszej. Tuż obok stoi pikowana kremowa otomana służąca za stolik kawowy, z New Yorkerem i obowiązkowymi albumami o sztuce XX wieku. Dwa fotele stoją naprzeciwko siebie - jeden to tak zwany uszak na giętych czarnych nóżkach, obity tkaniną w czarno-żółte błyszczące pasy, zaś drugi to typowy chesterfield pokryty brązową wytartą skórą. Dywan w orientalne wzory wygląda jakby coś go w pewnym momencie próbowało zjeść. Meble wyglądają jakby właścicielka znalazła je na śmietniku a potem odnowiła mając do dyspozycji ograniczone fundusze, ale za to sporo talentu. (Rzeczywiście tak było - Chestera przytargała na plecach niosąc go przez całe miasto ze śmietnika w okolicach Uniwersytetu.)

Na pomalowanych na biało ścianach salonu wiszą ręcznie rysowane wariacje na temat znanych dzieł sztuki - na przykład autoportret Tamary Lempicki w zielonym Bugatti z tym, że za kierownicą siedzi Mona Lisa albo plakat Alphonse Muchy reklamujący papierosy Job z tym, że postać kobieca ma dłoń ułożoną tak aby kciuk zachodził na złączone palce wskazujący i środkowy, zaś napis “Job” nad modelką jest nieco pomniejszony i dodano przed nim słówko “hand”. Jest też panorama Seattle połączona z “Gwiaździstym niebem” van Gogha, szkic przedstawiający Wenus z Milo z ociekającymi krwią ranami po oderwanych ramionach oraz autoportret Avery nawiązujący do szkicu Egona Schiele “La Libertad”.

Pokój do pracy znajdujący się na parterze jest sprawnie zorganizowany - można tam znaleźć papier, sztalugi, biurko kreślarskie z dobrą lampą i wygodnym fotelem, przybory do rysowania i malowania. Duża korkowa tablica ze szkicami i projektami wisi na ścianie. Pod nią - metalowy kontener na kółkach. Na jednej ze ścian pokoju jest zawieszone tło fotograficzne, w kącie stoją lampy.

Sypialnie na górze są niemal identyczne w wystroju. W każdej jest podwójne łóżko, naprzeciwko łóżka komoda z dużym lustrem, miękki i puszysty dywan, szafki nocne po bokach, lampy. Wszystkie ściany ozdabia malowidło przedstawiające skomplikowany wzór stylizowany na art noveau i projekty Williama Morrisa - wśród wijących się liści akantu zwierzęta i rośliny.

Pomieszczenia różnią się detalami. To po prawej stronie korytarza (patrząc od strony schodów) jest dziewczęce i radosne, bardzo przytulne, pachnące delikatnie świeżością, utrzymane w rozbielonych lecz ciepłych pastelach. Kremowe, lniane zasłony i delikatne muślinowe firanki powiewają przy uchylonym oknie. Na białym łóżku jasna, pikowana narzuta i mnóstwo poduszek oraz pluszowy miś, bez którego ten pokój byłby niepełny. Akant wije się na białym tle wśród zajęcy i jeleni, motyli i pszczół, kolorowych kwiatów i owoców. Sypialnia po lewej stanowi zupełne przeciwieństwo tej pierwszej - zdecydowanie mroczna, utrzymana w głębokich, ciemnych i soczystych barwach - czernie, czerwienie, zielenie… Meble są czarne i ciężkie, użyte tkaniny są grube, mięsiste i bardzo zmysłowe. Treść malowidła ściennego jest nieco niepokojąca - przedstawia tak samo akant, jednak tu służy on jako więzy czy też wnyki, w które schwytana jest para ludzi, nagich, poranionych i z cierpieniem wypisanym na twarzy. Jeśli ktoś posunąłby łóżko, to mógłby dostrzec rozkładające się zwłoki namalowane nad listwą przypodłogową. Roślinność przedstawiona we fresku przedstawia rośliny cierniste i kolczaste, a zwierzęta mają wyszczerzone kły ociekające krwią. Gdzieniegdzie w ścianach zamontowane są dyskretnie haki i oczka.

Ta sypialnia najczęściej jest zamykana na klucz.

W garderobie jest szczególne miejsce na płaszcz oraz na kolce do biegania. Ubrania posortowane są według rodzajów i starannie ułożone bądź rozwieszone - w zależności co jest właściwe. Same ubrania w większości pochodzą z Goodwill, niemniej jednak są one dobrej jakości, choć nieco znoszone. Avery ma najwyraźniej słabość do noszenia rozciągniętych “artystycznych swetrów” i chyba część z nich samodzielnie przerabia, aby były… Bardziej artystyczne.

W piwnicy znajduje się garaż. Poprzedni właściciel był zapalonym majsterkowiczem, a zatem w garażu jest kanał, zabezpieczony od góry deskami pomalowanymi od wewnątrz w gwiazdy, do którego schodzi się po schodkach. Pokój do pracy ma wielki roboczy stół z imadłem, na stojących przy ścianie regałach są rozpuszczalniki, bejce i puszki z farbami do drewna i tkanin, różne rodzaje pędzli i wałków do malowania, próbki i kupony tkanin obiciowych. Narzędzia ułożone są w wielkim porządku i posegregowane tematycznie - młotki z młotkami, a obok gwoździe i nity, noże z nożami, wiertła obok wiertarek, śrubokręty i klucze w bliskości śrub i nakrętek posegregowanych według rozmiarów, papier ścierny posegregowany według ziarna. Aktualnie na stole schnie świeżo pomalowane gięte krzesło, pod ścianą na swoją kolej czeka drugie do kompletu. Na jednym z regałów stoi odtwarzacz muzyki.

W drugim pokoju jest biblioteka z książkami o sztuce i filozofii, telewizor oraz całkiem wygodny szezlong obity bordowym pluszem. Okna w tym pomieszczeniu są szczelnie zasłonięte roletami oraz obite dla pewności sklejką, rozwiązanie techniczne, które maskują regały.

6327 18th Ave S, Midnight Fix

Naprzeciw zakładu mechanicznego „Midnight Repair” stoi zadbany, pomalowany czarną farbą, piętrowy budynek zbudowany na planie prostokąta. Nad wzmocnionymi stalą, czarnymi drzwiami, błyszczy się purpurowym, neonowym światłem napis „Midnight Fix”. Z zewnątrz, całość przypomina parę naprawę wielkich, drewnianych kontenerów, ułożonych jeden na drugim, ale to z uwagi na fakt, iż budynek zbudowany jest z litego, kilkucentymetrowego betonu, tylko pokrytego z zewnątrz deskami, by sprawiać wrażenie przytulniejszego. Okna, wpuszczają do wewnątrz sporo światła i zrobione są ze wzmocnionego szła przystosowanego do odbijania butelek, kamienia a nawet ludzi.

Każdemu komu uda się przekroczyć ciężkie, czarne jak noc wrota, osobę wita przestronne pomieszczenie, z pełną klimatyzacją, miejscem dla tych którzy chcą tańczyć, barem ciągnącym się od jednego końca budynku aż po drugi, a także schodami na górę, prowadzącymi do loży V.I.P. Stoły, o purpurowych obrusach, stoją blisko ścian i mają przy sobie przynajmniej po cztery krzesła, chociaż górna granica to sześć. Na każdym stole są dwie informacje. Pierwsza, to menu drinków lub jedzenia, a druga to przestroga, iż niegrzeczni klienci będą wypraszani przez właściciela. Do baru zaprasza się często młode kapele, by mogły zagrać sobie na żywo przed publiką. Właściciel klubu - niejaki Harry Richmond - także od czasu do czasu, występuje na scenie. Miejsce oświetlają podłużne lampy z purpurowymi świetlówkami oraz gamą rożnego rodzaju dodatkowych filtrów. Kolory światła mogą losowo mieszać się ze sobą i przemieniać w coś zupełnie innego. Drzwi znajdujące się obok schodów prowadzą do toalet, chociaż te niczym specjalnym się nie wyróżniają. Za Barem znajduje się zejście do piwnicy, gdzie składowane są wszelkie towary. Za barem, znajduje się również przejście do kuchni, gdzie przyrządzane są typowo amerykańskie specjały dla codziennych gości, oraz specjalne orientalne potrawy, da tych z loży V.I.P

Loża V.I.P wyposażona jest w wygodne kanapy, dostęp do specjalnych drinków i posiłków oraz tancerek. Malowniczo pobazgrane w stonowany fiolet, komponują się ze stałym wystrojem baru. Szukający wrażeń klienci mogą zamówić napuszczenie do pomieszczenia sztucznej mgły, dodającej mistycyzmu oraz tajemniczości wszelkim spotkaniom towarzyskim. Każde pomieszczenie lampy w typie LED z rożnego rodzaju filtrującym szkłem. Różnica jest taka, że to goście mogą wybierać kolor filtra - dostępne, fioletowe, czerwone, niebieskie, żółte oraz seledynowe . Prywatność, zapewnia podział na cztery pokoje, z których każdy jest dodatkowo wytłumiony, posiada prywatny zestaw muzyczny oraz może pomieścić do dziesięciu osób.

6311 Corgiat Dr S, Midnight Repair

Zakład mechaniczny to przepastny, czerwony budynek znajdujący się na prywatnym terenie ogrodzonym murem utworzonym ze stalowych płacht i siatki. Warsztat może w głównym pomieszczeniu pomieścić nawet sześć samochodów. Przez większość czasu miejsca te świecą jednak pustkami, poza jednym, ale o tym później. Wnętrze przywodzi na myśl salony naprawy samochodów z początku stulecia. Ściany to lity, kilkucentymetrowy beton. Od zewnątrz pomalowany czerwoną farbą. Widać z resztą, że ktoś położył niedawno świeżą warstwę oraz domontował neon "MIDNIGHT FIX". Wewnątrz budynku, wzdłuż ścian, ulokowane są deski, zasłaniające brudną i betonową powierzchnię. Na samych deskach zaś, wiszą niezliczone plakaty, reklamy, rejestracje oraz części samochodów z lat 1920 - 1949. Gdzieniegdzie można znaleźć odniesienia do muzyki jazzowej lub kapel heavy metalowych. Sześć pod ciągarek, niezliczone ilości schludnie poukładanych narzędzi oraz nawet jednej plamy oleju na ziemi. W powietrzu unosi się zapach smaru, niedawnego malowania oraz środków do deratyzacji. W garażu praktycznie na stałe znajdują się dwa motocykle - niski i ciężki chopper oraz ścigacz marki honda. Na jednym z podnośników, dostrzec można czarną Impalę - rocznik 1973.

Ściana, za którą znajduje się lobby, jest całkowicie przeszklona. Dzięki temu każdy kto znajduje się w garażu może dostrzec nadchodzących klientów lub nieproszonych gości. W lobby znajduje się drewniane biurko dla sekretarki, podłoga wyłożona jest paskudnym czerwonym dywanem, a cały ten obraz oświetla, jedna, wielka, 120-watowa żarówka, zamknięta w tandetnym kloszu imitującym chiński lampion. Dwie toalety nie wybijają się praktycznie niczym, poza stale zawieszonymi tam plakatami z retro wydań playboya. W powietrzu czuć można tak zapach chemicznych odświeżaczy do powietrza, co ulokowanego już na stałe zapachu tytoniu, dobywającego się tak z czerwonego dywaniku, jak i materiałowych obić na krzesła.

Biuro znajduje się na piętrze i można dostać się do niego tylko z garażu. W biurze znajduje się biblioteczka wypełniona powieściami kryminalnymi, horrorami oraz dwoma wydaniami biblii (Baptystów oraz Adwentystów). Drewniane biurko, zbite własnymi rękoma przypomina trochę molocha na zbyt małych nóżkach, ale w swoich przepastnych szufladach trzyma tak dokumentację. Na podłodze znajduje się ten sam, czerwony i paskudny dywan należący do tandetnego wystroju budynków końca lat 80'tych. Ściany zdobią fotografie przeszłej świetności salonu, na wielu z nich widać pierwsze czarne fordy, które wyjechały z dawnej fabryki.

5266 SW Jacobsen Rd, The Acreman Estate

Obszerna posiadłość na północnych obrzeżach dzielnicy usytuowana na niewielkim wzniesieniu, oddzielona od sąsiedztwa wysokim murem zdobionym czerwoną cegłą i żeliwnym czarnym prętem, za którym dodatkowo rośnie wysoki gęsty żywopłot; jeśli spojrzeć od strony bramy, wnętrze posiadłości ma elegancki, zadbany ogród, upstrzony kwiecistymi krzewami. Do wejścia samego budynku zajmującego centralną część ogrodu prowadzi brukowany podjazd.

Miejscowi raczej nie wiedzą, kto jest właścicielem posesji, wskazując zwykle na bogatego dziwaka nazwiskiem Acreman, którego już od dłuższego czasu nikt nie widział. Okna posesji od wewnątrz zasłonięte są czarną kotarą kontrastującą z białym otynkowaniem, a z komina wynurzającego się ponad skośny dach nigdy nie leci dym. Wzdłuż kolumienek podtrzymujących daszek nad wysokimi drzwiami wejściowymi pną się bluszcze. Przy posiadłości znajduje się garaż na dwa samochody, ale już od dawna nikt nie widział w okolicy żadnego pojazdu. Gotyckie wykusze i eleganckie wykończenia rezydencji sprawiają, że jest ona interesującym i miłym dla oka obiektem architektonicznym.

Od środka podłogę wyścielają ciemne drewniane panele, a pokoje utrzymane są w XVII-wiecznej stylistyce, za niedużym gankiem znajduje się obszerny korytarz, którego drzwi prowadzą kolejno - na klatkę schodową, do łazienki, do salonu, biblioteki oraz jadalni połączonej z kuchnią. Obszerny salon zdobią biblioteczki usłane archaicznymi tytułami, a kawkowy stolik otacza staromodna sofa na wygiętych nóżkach i trzy fotele z kompletu. Na parterze mieści się jeszcze jadalnia wraz z obszerną kuchnią, sterylnie czystą i dziwnie pustą - stół w jadalni jest okrągły, otoczony sześcioma miękkimi krzesłami. Sporą część parteru zajmuje również obszerna biblioteczka, przez którą można przejść do palarni znajdującej się w wykuszu o doskonałym widoku na ogród - w palarni znajdują się głównie miękkie kanapy. Schody prowadzą zarówno w górę, jak i w dół - do zimnej, kamiennej piwnicy, w której - oprócz pająków zwisających z sufitów - nie ma właściwie nic. Pomieszczenia na piętrze to głównie pokoje sypialniane – trzy gościnne i dwie przeznaczone dla domowników, mniejsza łazienka, garderoba i wyjście prowadzące na strych, na którym drobiazgi obrastają w kurz. Ściany we wszystkich pokojach ozdobione są abstrakcyjnymi obrazami, często słychać muzykę wygrywaną przez staromodne gramofony, głównie klasyczną. Królują zimne barwy.

To prywatna posesja, której właściciel ceni sobie spokój.

1408 NE 50th St, Del Tramonto

Dziesięć akrów ogrodzonej wysokim murem chronionej przestrzeni, osłoniętej wzgórzami, do której dostęp zdają się mieć jedynie nieliczni. Ze stałą, zaufaną klientelą, tworzący niejako zamknięty, objęty swego rodzaju tajemnicą sekretny krąg. Artyści, arystokraci, ludzie i spokrewnieni pochodzący z wyższych sfer społecznych, pragnący zaznać w owym położonym na skraju miasta pensjonacie nie tyle tylko fizycznych przyjemności, ale i swego rodzaju spoczynku ducha, jakkolwiek to nie brzmi. Mimo tego, iż sam właściciel sowicie opłaca porządkowe służby, to każdy klient uprzednio jest gruntownie sprawdzany, otrzymując w końcu wyczekiwaną pozłacaną, plastikową kartę wstępu.

Kiedy już przedrzemy się zza wzgórza i mur ukażą się naszym oczom kręte, zadrzewione alejki z brukowanymi ławkami i altanami, połacia drzew i traw, a za tym wszystkim skrywający się rozciągnięty szeroko trzypiętrowy pensjonat o włosko brzmiącej nazwie Del Tramonto, oznaczającego “o zmroku”. Wybrukowany ciemno czerwoną cegłą okrągły podjazd, którego centralną część stanowi fontanna starożytnego herosa spółkującego z boginią Afrodytą. Marmurowy posąg wyjęty niczym z ogrodów Luwru. Zresztą nie jedyny tutaj w tym samym może nawet nieco dla niektórych perwersyjnym stylu. Widać, że właściciele budynku cenią nad zwyczaj sztukę nie tylko samej miłości. A jeśli już o nich mowa… Uważani są za rodzeństwo, ale nieliczni podejrzewają, iż nie tylko to ich łączy. Za ścianami budynku czasem mówi się o ich jakoby kazirodczym związku, ale czy to jedynie plotki? Może wcale nie są oni rodzeństwem nosząc te same nazwisko.

Bynajmniej Del Tramonto nie jest zwyczajowym pensjonatem, czy hotelem chociaż jest możliwość zwyczajnego przespania czy zamieszkania w nim. O ile zaakceptują Was właściciele czy dwójka strzegących lokal bliźniaków. Wchodząc przez ciężkie machoniowe drzwi dostrzeżemy bijące przepychem luksusowe wnętrza z kryształowymi kandelabrami, przypominające czasy świetności lat 20. stwarzające pozory, iż czas zatrzymał się niejako w miejscu. Ale o tym później. Jeżeli dobrze się przyjrzeć za wysokimi kolumnami i ściankami dostrzeżemy schody prowadzące do piwnic pełnych magazynów, chłodni, kuchni, pralni i kotłowni. Gdzieś między nimi, gdzie nie dociera jakiekolwiek światło ni słoneczne, ni sztuczne podobnoż znajduje się ukryty, wysuszony z wody basen i dwie oszklone ciemnym, barwionym szkłem ciemnomachoniowe trumny. Ale kto by tam wierzył plotkom. Wróćmy na parter- do tego, co widoczne. Sama recepcja wykonana jest z niemal czarnego lakierowanego drewna i szkła. Ogromny hol z oszklonym barem, dekoracyjne ściany i podłogi, luksusowe rzeźbione kanapy w stylu pałacowym. Nieskończona ilość nadzwyczaj ciemnych i mrocznych obrazów przedstawiających miłosne akty wykonane przez właściciela. Wszechobecne brązy, ożywione jasną tudzież ciemną czerwienią i złotą barwą. Ciężkie masywne złote windy o mocnych kratach poprzez które jawią się naszym oczom mijane potężne salony. Górę budynku zajmuje kilkanaście sypialni gdzie zza ich drzwi niejednokrotnie przedzierają się jęki ze sobą spółkujących.

Użycie Punktów Krwi i Siły Woli



Zawsze gdy postać gracza zużyje vitae - punkty krwi - by wyglądać bardziej ludzko lub zwiększyć fizyczny Atrybut, czy też wykorzysta punkt Siły Woli, by zdobyć ten jeden automatyczny sukces w rzucie, należy dodać wzmiankę na ten temat w dokumentacji postaci, albo w subforum Dyskusje albo Akcje Ukryte. Wystarczy krótka notka typu:

Zużyłem vitae w celu zmiany wyglądu postaci na bardziej ludzki - post.
lub
Wykorzystałem punkt Siły Woli w celem uzyskania automatycznego sukcesu - post.

Należy pamiętać, że koszt w punktach krwi dla bardziej ludzkiego wyglądu zależny jest od poziomu Człowieczeństwa postaci. Jeżeli wynosi ono 7 punktów, to koszt w punktach krwi wynosi 1 punkt. Jeżeli 6, to koszt wynosi 2 punkty - i tak dalej. Mając Człowieczeństwo na 8 poziomie można wykonać tą czynność odruchowo, bez wydawania punktów krwi.

Uwaga: Każdej kolejnej nocy postać wampira traci jeden punkt krwi, który zużywa, by się przebudzić. Oprócz tego odzyskuje punkt Siły Woli.


2430 8th Ave N, Private Apartment

Wysoki na trzy piętra, biały, upstrzony szklanymi witrynami tarasów budynek usytuowany przecznicę od brzegu jeziora Union, na porośniętej przystrzyżoną zielenią skarpie wzgórza Królowej Anny. Okolica nie wydaje się przesadnie bogata – część samochodów mieszkańców stoi zaparkowana przy krawężnikach chodników, a fasady okolicznych domostw choć schludne, zasłonięte są drzewami rosnącymi przy większości posesji. Okolica jest spokojna, wręcz kameralna. Wąską ulicą biegnącą pomiędzy zabudowaniami z rzadka jedynie przejeżdżają auta, częściej zaś spotyka się spacerowiczów i rowerzystów.

Dostęp do budynku wiedzie od strony ulicznej zatoczki połączonej z wjazdem do podziemnego garażu dla pojazdów mieszkańców. Wchodzących najpierw wita przestronna, jasna recepcja służąca głównie gościom wynajmującym apartamenty tymczasowo. Za sosnowym półokrągłym kontuarem za dnia rezyduje bóg kluczy, recepcjonista – ochroniarz w czarno-błękitnym uniformie i łysiną świadczącą o tym, że tym stanowiskiem dorabia sobie do emerytury. Nocami zastępują go losowi dozorcy zewnętrznej firmy, profesjonalnie ślepi, czyli nauczeni wyłapywać zagrożenia bez krepującej ingerencji w prywatność lokatorów.

Do prywatnego mieszkania Victora na trzecim piętrze wiodą wyłożone czarnym dywanem schody oraz czysty korytarz wyposażony jedynie w niewielkie ścienne lampy z żarówkami osadzonymi w białych szklanych kloszach o kształcie i rozmiarze tulipana. Drzwi wejściowe są ciemne, nad nimi zaś przyjaźnie miga czerwona dioda alarmu.

Na sam apartament składa się przestronny, jasny salon połączony z nieużywaną zbyt często kuchnią, mieszczący co jakiś czas zmieniające się rzeźby i obrazy, ścienny telewizor, przed którym można rozłożyć się na skórzanej kanapie, nieużywany fortepian oraz bardziej współczesna wieża stereo z pokaźną kolekcją płyt, a także regał z książkami; zawiera wszystko, czego potrzeba wampirowi do przyjemnego zabijania czasu bez zbędnego miejskiego zgiełku.

Z salonu wiedzie wyjście na balkon, właściwie taras, mieszczący bez trudu wiklinowe fotele i niewielki stolik. Przed upadkiem z wysokości chronią tafle grubego matowego szkła zwieńczone gładką metalową balustradą. Z tarasu doskonale widać jezioro Uninon i obsadzony budynkami brzeg Eastlake i Capitol Hill.

Z niego korytarzem o białych ścianach ozdobionych urbanistycznymi fotografiami w antyramach można trafić do surowo i praktycznie urządzonego gabinetu z komputerem, telefonem i gablotą pełną segregatorów z papierami związanymi z Reevroad Center. Za dnia gabinet często zajmowany jest przez ghula Jacoba Floyda.

Sypialnia z kolei jest ciemna i sprawia wrażenie stylizowanej na modernistyczną, współczesną leśną jamę. Ściany są białe, jednak dębowe meble i ciemnozielone ciężkie zasłony przypominają całością gęsty zagajnik ze światłem przebłyskującym spomiędzy koron. Pomieszczenie prawie w całości wypełnione szerokim łóżkiem i ścienną szafą z lustrzanymi drzwiami mieszczącą ubrania. Pomieszczenie to mieści również sejf z bronią i pokaźnym zapasem gotówki. Apartamentu dopełnia łazienka z otwartym, zaszklonym prysznicem i ogromnym lustrem ciągnącym się od podłogi po sufit.

Ventrue - Hierarchia i Rodowody



Temat ten dedykuję graczom tworzącym postaci Ventrue. Składają się na niego dwie kwestie, hierarchia Ventrue oraz Rodowód. W spoilerach poniżej znajduje się sporo tekstu po angielsku (znajduje się on również w opisie klanu). Polecam zapoznanie się żeby tworząc postać Arystokraty wszystko miało ręce i nogi, a także żeby nie rozbić się przypadkiem o kanon w ten czy inny sposób.

Krótko o hierarchii. Tytuły u Ventrue dzielą się na klanowe - globalne - rozpoznawane niezależnie od tego gdzie postać w danym momencie przebywa, oraz miastowe, będące odzwierciedleniem pozycji na lokalnej drabinie.

    TYTUŁY KLANOWE
    - Dyrektorat, czyli najważniejsi pośród Arystokratów, którzy rządzą całym klanem;
    - Strategoi, odpowiedzialni za zarządzanie danym regionem;
    - Trybuni, czyli agenci Dyrektoratu, którzy jeźdżą od miasta do miasta i obserwuje tam działania klanu;
    - Liktorzy, specjaliści z ramienia Strategoi, którzy rozwiązują problemy w danym mieście, z którym lokalni Ventrue sobie nie radzą;
    (Uwaga: Biorąc pod uwagę ile władzy posiadają Trybuni i Liktorzy, to tych pierwszych można przyrównać do Justycariuszy, a Liktorów do Archontów)
    - Rówieśnicy/Parowie, Arystokraci o nienagannej reputacji.

    TYTUŁY LOKALNE:
    - Zarząd, czyli lokalni rządzący Klanu;
    - Menedżer, przewodniczący Zarządu;
    - Kierownik, wsparcie Zarządu i Menedżera. Doświadczone, generalnie samowystarczalne wampiry;
    - Brygadziści, młodsi, ale mają już jakieś doświadczenie i osiągnięcia.
    - Wspólnik, najniższa ranga, plebs pośród Arystokratów.

Generalnie postacie graczy mogą spośród tytułów klanowych zdobyć tytuł Rówieśnika/Para, a z lokalnych Wspólnika, Brygadzistę, a w naprawdę wyjątkowym przypadku Kierownika. Tych ostatnich jest jednak w tej chwili dwóch (NPC), tak więc jest mało prawdopodobne osiągnięcie tego 'statusu'. Poniżej znajduje się pełen opis hierarchii i tytułów Ventrue po angielsku.

Hierarchia i Tytuły -eng | 
Ventrue love titles and offices, although most would never admit to such emotional attachment to anything, much less a sometimes ceremonial appellation. The Ventrue have made distinct two levels of title: local and clanwide. In each case, the highest-ranking Ventrue have the greatest discretion over promoting and demoting others through the ranks. There are no elections, and no position carries any “job security.”



Clan Titles

Dyrektorat / The Directorate (The Ephorate)

Most young Ventrue have heard about the Directorate, the shadowy body of 12 or so elder Ventrue that has tremendous sway over the clan. Older Ventrue still remember the older name, the Ephorate, by which the council was known for many centuries. The classical name comes from the ruling council of ancient Sparta. The clan adopted this name in the Renaissance, since the word “senate” had unpleasant associations for them and seemed inappropriate for a body of less than three dozen individuals. Even in the 21st century, the two titles remain interchangeable, although “Board of Directors” or “Directorate” is becoming somewhat more fashionable.
The ephors or directors establish precedent in matters of “clan policy.” Just what that statement means is open to interpretation: Certainly, individual Ventrue princes have preeminent influence over their domains. The clan justicar definitely has her own powers, responsibilities and free will. The Ventrue representative to the Camarilla Inner Circle has his or her own authority as well. What, then, does the Ephorate do exactly?
For starters, the ephors manage several clanwide endeavors and clan holdings. Ventrue have vast monetary reserves spread through banks and secret caches around the world. They own vast amounts of real estate, they hold stock in every major (and most minor) corporations, and they hold controlling interests in more than a few of them. These resources allow them to disperse funds to clan members in need and give them tremendous political and economic clout if they choose to use it. Where a coalition of individual Ventrue might backstab each other into futility or be unable to bring enough resources to bear against a certain situation, the Ephorate can act as a guidance council or lending institution. For example, a coterie of Ventrue wishing to establish a global communications network could appeal to the ephors, not only for venture capital, but also as a board of directors unaffiliated with the network company itself (thereby assuring the petitioning Kindred that their fellow venture partners wouldn’t have undue influence over their own share of the operation). Managing this vast, invisible financial empire alone takes a great deal of their time.
The ephors also choose the clan’s representative to the Camarilla Inner Circle. The Kindred chosen for this great honor invariably comes from their own ranks, although his or her identity remains a secret (as do those of most of the ephors, who work almost exclusively through assistant Kindred and other agents). This influence over the course of Camarilla politics also ensures that all Ventrue take heed of the Ephorate’s will. After all, most of them hope to hold high Camarilla honors one night, be it the title of prince, archon or even justicar.
The ephors also set policy for the clan as a whole, for what it’s worth. Clanwide policy issues usually center around what stance the Ventrue take on various political and security issues within the Camarilla. When the ephors make a decision about such an issue, everyone within the clan is expected to follow their lead. While many Ventrue may ignore such directives easily, the princes, primogen and other visible elders are certainly encouraged to heed them. These policies usually focus on topics such as relations with and actions against the Sabbat, how to check the rising power of the Tremere, what to do about Caitiff and so on. They also attend to more mundane matters, including which party to support in national elections, certain stocks that should be traded at certain prices and other economic and political concerns.
Perhaps the Ephorate’s most important power is its role in arbitrating intra-clan disputes. When Ventrue disagree (a common enough event) or one of them violates any of the myriad clan traditions and guidelines, the Directorate has established a process for resolving such problems. The local clan structures take responsibility for handling the smaller disputes, but when serious matters come up or two potent Ventrue collide, the ephors have the power to pass final judgment on the matter. Typical disputes involve conflict over domains and areas of influence. Most of the time, the clan leaders let individual Ventrue work these issues out among themselves — such is the way of the Jyhad. Sometimes, however, the ephors need to step in, especially in very volatile or far-sweeping cases.
Crime is another matter altogether. When a Ventrue breaks with clan tradition, he risks not only his dignitas, but his very place within the clan and even his existence. The two most grave crimes are slaying a fellow Ventrue and failing to heed a call for assistance. Both events come to the Directorate’s attention so rarely — although they undoubtedly take place with relative frequency — that the body has full authority over all such cases. When charges are brought, the accused comes before the ephors, or possibly only some of the ephors, to stand trial. The ephors preside over the trial from behind a curtain or two-way mirror, or within darkness so that the accused never sees them or hears them speak. An advocate questions the witnesses and cross-examines the accused. The trial seldom lasts more than a few nights, and the ephors may even resort to the use of vulgar Disciplines to find the truth of the matter if the matter is in doubt.
Having established the truth, the Ephorate can administer one of several punishments. Final Death is a dire option, since no clan can claim such power over its members, at least according to the literal wording of Camarilla Traditions. In reality, the ephors have ordered more than a few Final Deaths over their long history, although they have never admitted to it. The ephors can strip a Ventrue of his title, his holdings and his boons, or even impose a term of imprisonment (sometimes with a stake through the heart for good measure). In extreme cases, the Ephorate can demand that the criminal Kindred agree to a blood bond either to the aggrieved party or an influential and responsible clan member.
All of these temporal powers aside, the Directorate’s most important role is not so easily quantified. The directors set the tone and stance for the entire clan. Their philosophies, leadership styles and political stances are discussed and debated through the ranks, influencing the majority of the Ventrue to some degree or another, as an example of how (or how not to) conduct one’s affairs. As the most powerful members of the most resourceful clan, they have contacts everywhere, servants almost everywhere and direct influence in global arenas. Between them, they can accomplish grave feats since their combined power — especially vis-a-vis the mortal world — rivals that of a major government. The fact that few Ventrue even know who sits on the council makes their potential power all the more fearsome and mysterious. If ever a group deserved the title of secret masters, it is the Ephorate.
Of course, such grand ideals and practices fall far beyond the scope of almost any given Ventrue’s sphere of influence. A neonate whose sire denies his attempts to blackmail a police detective is none too likely to attract the Directorate’s attention, and few ephors care if some 13th-generation Blue Blood has chosen to flout one principle of dignitas. As with all matters political and the very nature of the Ventrue’s collective empire, individuals matter far, far less than the moment of the greater body.


Strategoi / The Elders (Stragetgoi)

Clan Ventrue has many venerable members who do not sit on the Board of Directors. Some are princes, others primogen, but all have garnered great respect within the clan. Likewise, they are much more public figures than the ephors, at least within Ventrue’s own ranks, due to their lack of secrecy. No doubt some of those whom the world recognizes as strategoi are in fact ephors as well. The world, of course, has no way of knowing. Directors or no, the strategoi are the honorary “generals” of Clan Ventrue, as their name suggests. They carry out the policies that the secretive ephors hand down, enforcing the Directorate’s will. For the most part, they are the only Ventrue to have direct, possibly even face-to-face, contact with members of the Ephorate.
The strategoi effectively run the operations of the Ephorate’s quotidian concerns. Each is responsible for a different part of the Ephorate’s dominion. In heavily populated regions, this responsibility can apply to just a few hundred square miles, while it can cover a number of whole states in the wide-open plains of the American and Canadian West. Strategoi usually make their havens within their territory, often serving as a primogen or esteemed elder. Strategos princes are more rare, since their duties to the Kindred of their domain occupy too much time and make it hard to fulfill their other obligations as well as they should.
From night to night, the strategos oversees Ventrue business and political affairs in his region in addition to tending to his own needs and dignitas. In times of crisis, the strategos must step in and enforce the Directorate’s policy findings, whether regarding Sabbat incursions, anarch riots or Cainite power plays that threaten Ventrue holdings. They have no official power over princes of course, but they do have the Ephorate’s weight and influence behind them, which provides them with resources even beyond their own considerable assets. Strategoi can also help arbitrate intra-clan disputes and bring the rare rogue Ventrue to the Directorate’s attention. All in all, the strategos’ powers are somewhat analogous to those of a Camarilla justicar, although extending only to clan Ventrue, of course.


Liktorzy / Troubleshooters (Lictors)

The strategoi themselves seldom dirty their hands with detail work. They determine the best manner for effecting the Ephorate’s will, then delegate the ecessary tasks to their lictors. If strategoi can be likened to justicars, then the lictors are their archons. Many younger members refer to them as troubleshooters, the individuals in a corporation who move from department to department, fixing any problems they come across. The lictors do the same thing throughout the entire Ventrue clan.
Individual lictors tend to specialize in particular types of problems. Some have expertise in financial matters, others are leaders, and still others have proven diplomatic records. When a Ventrue elder or consortium in a particular city has troubles it cannot handle effectively on its own (something as a group they are always loath to admit, although it takes only one esteemed Ventrue to call in a lictor), they call upon their strategoi to send help. That help usually comes in the form of a lictor. More often than not, she is enough. Her mere presence as a representative of the strategoi (and thus the ephors) lends a certain cachet that can help rally the other clan members to solve the problem together under the lictor’s direction — something they probably could have done on their own if they were able to put aside their petty differences.
The title of lictor is much prized, especially among relatively young (under 200 years) Ventrue who seek a way to increase their dignitas. More than one lictor has stepped into a city full of warring Ventrue and wound up assuming the title prince when all was said and done. Likewise, a troubleshooter is on the slow-but-sure path toward the ranks of the strategoi or even the Directorate, by definition. With opportunity comes risk, though, and the troubleshooters have their share of that, both political and material. Doing the strategoi’s dirty work can make one some powerful enemies, and rallying the troops in the face of bloodthirsty Sabbat or anarchs is always risky. For those who survive the experience, however, holding the title of lictor is a sure step toward greatness.


Trybuni / Agents at Large (Tribunes)

The Ephorate maintains a loose network of contacts and “field operatives” around the world. These Kindred are referred to as both tribunes and agents at large, and they serve as the ephors’ eyes and ears in Camarilla (and sometimes even Sabbat) cities. They have no official powers or duties, and they often do not even acknowledge their title publicly (a hard thing for any Ventrue). The tribunes tend to be young Ventrue who the lictors or strategoi have decided show promise. They not only have a strong track record and reputable dignitas, they also have a history of respect for their elders and the Ventrue traditions, at least some of the time.
Most nights, tribunes do nothing in their titular capacity. Sometimes, though, they receive messages from the ephors (passed on by strategoi) that they must deliver to prominent local clan members. In turn, they report to their superiors what takes place in their city. Often, the city’s tribunes call upon a strategos for help rather than the city’s elders doing so. Not bound up in their own dignitas as city leaders, they usually have no qualms about asking for help when it’s needed. A tribune occasionally calls for assistance when it’s not necessary, but few make the mistake twice. The local and clanwide repercussions for such a mistake usually force the wolf-crying tribune out of office and possibly even the city.
Perhaps most important of all, a tribune must be on hand to assist any lictor or strategos who comes to town. Although tribunes often hold other ranks and titles within both the Ventrue clan and the Camarilla, they are expected to put them aside and serve the Ephorate (and its entourage) first and foremost. Doing so can sometimes make local clanmates jealous and angry, but the ephors typically reward the loyalty their subordinates show them handsomely.


RówieŚnicy (Parowie) / The Peerage

Not every Ventrue who distinguishes herself becomes a member of the elders’ collection of pawns and catspaws. While the goals of the Ephorate and its supporters are admirable (in its estimation, at least), few Ventrue wish to tie themselves so closely to the whims of their sires and elders.
The peerage — individual members are known as peers — is a loose but recognized body of Ventrue who have accumulated any but the most minor degree of esteem within Camarilla or the Ventrue social hierarchy. It takes more than the acceptance of the prince to join the peerage, but not much. A sanction by a member of the Ventrue hierarchy, whether local or clanwide, is enough to allow a Kindred to join the peerage’s ranks, however. Additionally, a Ventrue peerage is present in almost any city where a Blue Blood makes her haven.
As a group, the peerage exists to further the Ventrue traditions and the concept of dignitas — nothing more. By conferring status upon “good” members of the clan, the Ventrue reward those among them who toe the line and make names for themselves without causing undue schisms among one another. For example, a young Ventrue who influences the outcome of a local zoning hearing successfully in order to preserve a city’s Elysium might be extended an invitation to join the peerage. An ambitious Ventrue who usurps his sire’s interests in his corporate holdings would not.
To this end, the peerage is nothing so much as a social register, a club of Ventrue with impeccably clean (if not impeccable) reputations. Still, the Ventrue place great value on such things — it allows them to set themselves apart from the uncouth among their ranks.



City Titles

Lately, it has become fashionable to refer to the clan organization within a given city as if it were a corporation and assign various business-inspired titles to individual Ventrue. In actuality, this appellation convention is merely an update of the more traditional nomenclature that Ventrue have used for centuries, based upon classical Spartan and Roman political titles. The business model actually reflects very well how Ventrue operate, but many venerable Ventrue — especially in the Old World — still use the traditional names.
Additionally, local assemblies of Ventrue are known as consortiums, although this word has no formal meaning. Some elders use it in place of the word “coterie” when speaking of cells of young Ventrue, while other Blue Bloods use it to refer to any group of two or more Ventrue undertaking a given endeavor. The word has only come into vogue recently — within the past decade or so — because it sounds so much more genteel than “faction” or “conspiracy.”


ZarzĄd / The Board (The Gerousia)

The Gerousia (loosely translated as council of elders) or Board effectively adjudicates Ventrue concerns within the city. It usually consists of the eldest, most experienced Kindred in the given locality. If the city has a Ventrue prince, he or she likely sits as the head of the Gerousia. Otherwise, the clan primogen or other highest-ranking Camarilla title-holder rules the council. One joins the council only by invitation and majority approval by the sitting members. Once a Ventrue ascends to the Gerousia’s ranks, he cannot be removed except under the most dire of circumstance (as determined by the clan ephors).
In a corporate capacity, the Gerousia oversees Ventrue business and political interests within the city, much like a holding company. Indeed, some Boards do incorporate under just such missions. This organizational structure leads not only to managing funds and taking positions, but also monitoring the individual Ventrue’s investments and their activities. As a general rule, Ventrue do not compete directly with one another for the same contacts and resources. The Gerousia acts as arbiter of any local conflicts of interest that might arise. If it so chooses, the council can demand that a clan member cease his or her efforts in a particular area, and it can enforce the demand as it sees fit. For example, should two Kindred make a play for influence within the local steel industry, the Gerousia might hold a hearing to determine who had the rights to said influence, assuming that one of the Ventrue brought the matter to the group’s attention. For the most part, though, individual Ventrue are loath to turn to the Board, because doing so implies that they are incapable of asserting their own dominance.
The Gerousia holds two types of meetings. Monthly clanwide meetings are usually held the first Tuesday of the month. Every Ventrue in the city should attend these conferences, because the clan discusses new and old business, hears complaints and reports, and the Gerousia passes down any messages, edicts or announcements from the upper reaches of the clan hierarchy. The Gerousia also holds private meetings on an irregular basis as needed, in which the members discuss greater political or financial issues as well as more discreet clan affairs.
Despite the honor and dignitas associated with serving on the Gerousia, the council has very little formal power. It cannot order other Ventrue within the city to do anything. Rather, it can, but it has no capacity to directly punish those who disobey. Indirect punishments abound, however. Those who go against the Board’s wishes find themselves outcast — and greeting the sunrise in the most extreme cases. Without the Board’s protection, other Ventrue can and will assault the anathema Kindred’s financial and political holdings. Peer pressure is the Board’s greatest weapon, and Board members wield it almost dictatorially.


MenadŻerowie / Managers (Praetors)

The highest Ventrue rank within a city’s hierarchy, the praetors or managers almost always have a seat on the Gerousia as well. Each city has one praetor at most (if it has one at all) who might well be the prince or Ventrue primogen as well. As the alternate title, manager, suggests, these powerful Kindred are responsible for guiding and managing Ventrue affairs within the city. In order to attend this lofty position, a Ventrue must perforce be not only an elder, but an elder with unassailable dignitas and wide-ranging support among the peerage. Praetors hold their position indefinitely, and only a strategos or ephor can remove one from his post.
The praetor maintains with his own funds the “public” meeting space where any Ventrue can come to attend the monthly Board meetings. Such a place is usually an exclusive club of some sort, but it can be anywhere the praetor chooses, such as a hotel’s function space, a skyscraper’s boardroom or even the den or office of her own haven. The meeting place’s atmosphere and appointments reflect directly upon the praetor, so most spend lavishly on providing a luxurious and impressive facility. The praetor also chairs these Board meetings and acts as a tie-breaker in all Gerousia votes.
Other than these few responsibilities, the praetor has no other official powers. Most often, however, he is a Ventrue of great influence within the city, which he may well bring to bear in matters concerning the Board. Merely achieving the office provides him with a sizable boost to his dignitas. As the person at the center of all Ventrue affairs in the city, he has access to people and information that many other clan members do not. Furthermore, the rest of his clanmates often turn to him for leadership in any crisis, and they tend to follow his instructions without question (or without too many questions, in any event).


Kierownicy / Supervisors (Aediles)

Below the praetors lie the aediles or supervisors. These Ventrue aid the Gerousia and praetor just as supervisors assist managers in a business. They keep tabs on what the lower-ranked clan members are up to, and they take care of the specifics associated with running a corporation, such as managing nightly financial issues, investigating potential new investments or ensuring that all the bribes have been paid on time. The aediles act as spokesmen for their superiors, delivering instructions, requests and orders to the rest of the clan. They also serve as lieutenants in a crisis, helping to organize and lead the troops into whatever metaphorical or real battle is at hand.
The aediles are usually experienced ancillae, individuals who have a proven track record and have established their own business and influence domains within the city. They have resources enough to help them carry out their duties without needing help from anyone else. The praetors alone or Gerousia as a whole can nominate new aediles, and there is technically no limit to the number a city might have. In practice, there are seldom more than three even in the largest cities, and usually only one or two. After all, in a city with seven Ventrue, making half of them officers practically defeats the purpose.


BrygadziŚci / Foremen (Questors)

Down in the proverbial trenches are the questors or foremen. These Kindred are but one rank above the common Ventrue. Youngish, with some experience, a Ventrue receives promotion to this rank in recognition of some significant achievement that brought him and the clan dignitas and improved fortunes. The questors assist the higher-ranking Ventrue by performing basic tasks that keep their investments running smoothly. Such tasks can be anything from opening an account with a brokerage to hiding the bodies of newly deceased union bosses. Often aediles assign them tasks with little or no explanation. Questors who do their job well can look forward to advancement within the clan as well as personal opportunities they might not have perceived otherwise.
The questors sometimes take pleasure in flaunting their position over the common Ventrue. Although they have no real authority over their lesser clanmates, they can rightly point out that they have the ear of the elders whereas most neonates have no access at all. Questors spend their nights accruing favors and good will with their superiors, who occasionally throw them a bone to gnaw on. Of course, Ventrue bones tend to be things like hundred-thousanddollar stock options or important government contacts, so a foreman can do quite well by playing the game.


Wspólnicy / Associates (Eiren)

At the bottom of the pile stand the eiren, otherwise known as associates. No matter who their sire might be, young Ventrue have a long way to go before they gain real respect within the clan. The word eiren comes from the Spartan word for inexperienced youths, not yet matured by battle and experience into true men, which is exactly how many Ventrue see their younger clan members. They have excellent breeding and valuable skills brought from their mortal lives, no doubt, but they are ultimately nothing more than fledglings who need experience to temper and shape them into true Ventrue.
Eiren have little respect, but, then again, they have few responsibilities. Although sometimes referred to as associates, these young Kindred do not have any official jobs or tasks that they must perform. If a questor or higher-ranked Ventrue asks them to do something, they may choose to refuse, of course. The Ventrue can think of no better way to ensure that one never leaves eiren status, but no one has the power to force the neonate do anything. Most, however, do what they’re told, all the while trying to find some way to extend their own influence and increase their dignitas. One must work within the system to ascend its ranks. As a rule, the Ventrue do not reward mavericks.


Investors, Partners and Nonmembers

Naturally, not every Ventrue is a lackey or a scion of a given city’s Board. Those Ventrue who invest with the Board might not hold a title within the organization, but that does not make them janitors. For those who do not attach themselves to the Board, unlife continues as it would for any other Kindred. Indeed, many Ventrue who place themselves outside of the local and clanwide hierarchy rise to great station in the Camarilla. Likewise, nothing prevents them from accumulating accolades on their own. Ventrue do not force their hierarchy upon their members; they simply encourage their members to avail themselves of its vast resources and make their own contributions.


Going Solo

Don’t feel like a Ventrue character must have a litany of titles to be an influential or interesting persona. Most Ventrue have little more than a peerage behind them, and most neonates have yet to accomplish even that.
True, the Ventrue organize more than most other clans. Yet, even with the Ventrue, clan is not a rigidly enforced concept. No Blue Blood sergeant is going to kick down the door of a character’s haven and stake her for not adhering to Ventrue Bylaw 517-a.
The Ventrue hierarchy exists for two purposes. First, it allows Ventrue Kindred to pool their resources and reap greater benefits than any individual Cainite would likely be able to accomplish. It is an investment club, political lobby, high-society association, union and social contract all rolled into one. Second, it allows the scheming elders to… well, you’re better off not knowing that.
Many Ventrue make their fortunes without undue reliance on the hierarchy. They choose to do so for any number of reasons. Some Blue Bloods would rather not indebt themselves to others of their kind. Other Ventrue prefer to have sole control over their own assets, rather than relying on a hidden cabal of hoary elders to do what they think is best.
The Ventrue accord no shame to their bloodsiblings who work outside the system. Of course, it’s harder for them to be recognized by others… but not every Ventrue needs the validation of his associates.



Kwestia rodowodów jest troszkę bardziej skomplikowana. Dla Ventrue pokolenie i rodowody są wyjątkowo istotne. Każda postać Ventrue powinna mieć opracowany rodowód swojej postaci, aczkolwiek nie musi on być pełen. Podczas gdy nie każdy zna wszystkich swoich przodków, zwłaszcza jeśli bohater jest 11 czy 12 pokolenia, to są wampiry, które zdolne są wyrecytować cały swój rodowód łącznie z Matuzalemem i jest to oczywiście odbierane przez starszych. Każda linia krwi charakteryzuje się pewnymi cechami, które często obecne są u potomków danych wampirów. Opracowując rodowód warto bazować się właśnie na opisie tych linii krwi. Poniżej znajduje się opis każdej z nich. Polecam omijać 'Line of Arakur'.

Rodowód -eng | 
Noble Ancestry
Each of Ventrue’s childer made a play for power. Some succeeded, building great cults of personality, constructing empires, and steering armies. Others failed, their efforts brought low by hubris, bloody feuds, and misfortune. Few of the Fourth Generation are active in the Dark Ages, but neither torpor nor Final Death removes the impression a Methuselah ancestor makes on their line. The following are renowned Ventrue lines, though more exist.


The Line of Alexander

Foolish Cainites mistook Alexander for Toreador — the recently destroyed Prince of Paris being a patron of arts, possessed of youthful beauty and golden curls. The warrior tyrant saw to the tortured destruction of all who made that faux pas. He long sat the throne of one of the most powerful domains in the Western Roman Empire, encouraging the formation of the Courts of Love, and the pageantry taking place within them.
Alexander’s line possesses passion, oratory resonance, and skills in convincing even the clenched fists of nobles and bishops to give up coin and deeds to territory. Alexander’s brood also possesses a reputation for loose tempers and fits of frenzy.


The Line of Antonius

Antonius the Gaul — the second of Michael’s Constantinople Triumvirate, and stoic rock against which the Toreador tested his Dream — was a great thinker and tactician. Indomitable to a fault, he failed to react to his lover’s increasing mania, thinking only of the Dream’s architecture, and the survival of the city. Rather than bending with the flow of Michael’s ideas, he snapped, lashing out as his own plans went awry. His own childe staked him and left him to the sun’s mercy.
Antonian Cainites possess a predisposition towards tactical thinking and administration. They recognize how things work, and enjoy setting wheels in motion from a distance, only to see plans come to fruition in lands far away, or at times far in the future. Some of Antonius’ plans are still on course to see conclusion, despite his supposed death in the eighth century.


The Line of Arakur

Arakur was among the most ancient Ventrue, ruling in Ur openly as a vampire, claiming hundreds of brides and Embracing each. Cainites were gods, mortals supplicants at their feet. Despite his empire, Arakur was a coward. When his enemies rallied to destroy his kingdom, he fled and hid, only to be diablerized by his own childe, who consorted with a demon to overpower him.
Arakur’s line holds a reputation for diablerie, communion with devils, and hubris. It also boasts the most warlords and Road of the Beast adherents among the Ventrue, alongside prestigious rulers, mighty warriors, and vampires of terrifying age.



The Line of Mithras

Mithras is among the most active Fourth Generation vampires, keenly ruling the Cainites of the British Isles, styling his empire as the Baronies of Avalon. Mithras has traveled far and picked up powers from beings of all types. He acts slowly, but deliberately, crushing all foes and brooking no attempts on his kingdom.
All Ventrue descended from Mithras proudly assert the identity of their ancestor. His line exemplifies pride and power, displaying unassailability both in the court and on the battlefield. Cainites claim the line of Mithras is impervious to flame, due to Mithras being a god of the sun. It is true Mithras encourages hardiness, but his chosen punishment for disappointing childer involves greeting the dawn, thus quashing such rumors.


The Line of Nefer-meri-Isis

This Ventrue has stalked the African continent for centuries, never sitting a throne, unlike many of her peers. Nefer-meri-Isis’ reputation is one of self-sufficiency. Where other Ventrue Methuselahs throw armies at problems, Nefer-meri-Isis tackles them herself, leading to tales of her singlehandedly incapacitating Set after he attacked her sire. She still roams to this night.
Nefer-meri-Isis’ descendants exhibit acute awareness. Taking one by surprise is uncommon. Many do their ancestor proud by picking up a sword and fighting for themselves, or building a haven stone by stone, but this is not evidence of humility. Nefer-meri-Isis’ line is convinced none are remotely capable of matching their achievements.


The Line of Orthia

Ventrue proudly declare that Orthia was beloved by Ventrue and was his first Embrace, but a great betrayal ripped the two apart. Orthia was a battle maiden, who saw inaction as a coward’s way and overlong planning as prevarication. She led the Ventrue to victories, playing a role in the Clan’s influence over Ancient Rome. Her impulsive desire to clash with foes pushed her to doom, as she led the charge against Brujah Carthage. Her destruction or torpor occurred within the first minutes of battle.
Orthian Ventrue share their Methuselah’s desire to destroy enemies through force of arms and men, building great warrior herds and fanatically loyal armies. Orthians seize thrones, and rarely bide their time when a blade can quicken the process. They believe they are due glory, and take it without pause.


The Line of Tinia

Tinia believed the route to power was through discovery. She led the Etruscan people as a god, acting as teacher and student to human invention. At the peak of her power, she lost the innovation to create, and began stealing concepts from the best mortal minds. After draining her vessels of all independent thought, she grew bored, and moved to explore new lands and untouched people. Tinia disappeared east of Persia, with tales of her leaving settlements filled with
mentally-vacant slaves in her wake.
Tinia’s childer cling to the passion for discovery, seeking new powers and ever expanding their domains. The eldest among them find this hunger ceases whenever they rest for an extended period. They often rank as the most megalomaniacal Ventrue, possessing wanderlust uncommon among their peers.

Na bazie informacji o liniach krwi, korzystając z poniższych linków i własnej wyobraźni należy zbudować sensowny rodowód swojego Arystokraty, wymyślając własne postacie wypełniające dziurę pomiędzy potomkami tych antycznych wampirów a własnym bohaterem. Należy przy tym pamiętać o tym żeby nie pomieszać przypadkiem faktów 'historycznych' i kanonicznych postaci.



524 2nd Ave, King's Cross

Niedawno odnawiany, pięciopiętrowy budynek. Oczyszczona cegła, niegdyś czarna od lat zbierania smogu i dymu, teraz w pełni objawia surowe piękno tegoż miejsca. Dyskretnie ulokowane tabliczki oferują potencjalnym kupcom lokale na sprzedaż, na razie na poziomie ulicy otworzyła się restauracja Tex-Mex, która przepysznymi zapachami ściąga ludzi z ulicy. Na samym rogu budynku widać tabliczkę z pociągiem jadącym w gwieździstą noc, z napisem „King's Cross” i strzałką prowadzącą w James Street. Zapuszczając się w tę ulicę i kierując się znakami, można natrafić na małą alejkę prowadzącą na tyły budynku. W tym dyskretnym zaułku czeka na nas „King's Cross”, przytulny pub, w którym można schować się przed światem i na spokojnie porozmawiać przy piwie.

Zaraz przy wejściu, nawet zza ciężkich drewnianych drzwi broniących lokalu, słychać rozbrzmiewającą muzykę rockową. Ktoś wpadł na świetny pomysł, by ustawić jeden z głośników przy wejściu, aby muzyka sama w sobie stanowiła reklamę tego miejsca. Po wejściu do środka można się poczuć, jakby nagle jakieś zaklęcie przerzuciło nas przez Atlantyk i wrzuciło do typowego angielskiego pubu. Dużo ciężkiego, ciemnego drewna i odsłoniętego kamienia, wszystko skąpane w ciepłym i żółtym świetle. Na ścianach, dumnie oprawione, wiszą zdjęcia najsłynniejszych zabytków i lokali Wielkiej Brytanii. Towarzystwa dotrzymują im zdjęcia brytyjskich polityków, częstokroć „poprawione” markerem jakiegoś złośliwego autora, a także fotografie sportowców i muzyków. Szczególnie uhonorowani są artyści z okresu Brytyjskiej Inwazji: The Animals, The Beatles, Manfred Mann, The Rolling Stones i wielu innych. Oczywiście ku niczyjemu zdziwieniu, muzyka tych zespołów leci z głośników równie często czy nawet częściej niż utwory amerykańskich gwiazd rocka. Głośniki są porozstawiane na ścianach w taki sposób, żeby muzyka sącząca się z nich nie przeszkadzała gościom w rozmowach.

Za barem na spragnionych gości czeka cała bateria złocistych kranów z piwem, a także półki wystawione innymi rodzajami alkoholi, można też zamówić sobie drinka lub coś bezalkoholowego z lodówki. Czasami, kiedy nie ma innych planów, Hunter sam obsługuje klientów. Najczęściej jednak za ladą można spotkać jedną z Dziewczyn Szefa, czy to Jennifer, czy Samanthę, rzadko kiedy obie pracują na tej samej zmianie. Najczęściej mają do pomocy jakiegoś studenta czy innego młodziaka, który chce łatwo dorobić. Jennifer jest krucho wyglądającą dziewczyną, chudą na pograniczu anoreksji, ale ta kruchość w połączeniu z jej wielkimi oczami i smutnym uśmiechem wzbudzają instynkt ochronny pośród większości klienteli. Samantha za to jest niską szatynką, która często i szczerze się śmieje, zna też, wydawałoby się nieskończoną liczbę żartów. Część z nich nawet nie jest sprośna.

Większość mebli jest wykonana z przyjemnie ciemnego drewna, praktycznie wszystkie poza krzesłami, które są zrobione ze stali barwionej na ten sam kolor co reszta wyposażenia. Oprócz krzeseł przy barze i stołów w dalszej części sali, na końcu znajdują się wyodrębnione wnęki z kanapami i fotelami, które pełnią funkcję lóż dla co bardziej skrytych gości. Przy tych lożach znajdują się drzwi prowadzące na pierwsze piętro, bardzo rzadko się je otwiera, chyba że ktoś rezerwuje sobie miejsce na prywatną imprezę. Czeka na nich wtedy jedna wielka sala zajmującą połowę całego piętra, wystarczająco wiele miejsca by mogło się bawić nawet trzydzieści osób naraz. Choć rzadko kiedy ktoś nawet rozważa taką opcję, lokal jest na tyle popularny, że stały przypływ gości pozwala Joshowi czasami uniknąć potrzeby wyjścia na miasto w celu zapolowania na krew.

Pozostałe piętra budynku, od drugiego do piątego, są na razie puste i czekają na kupców. Ich stan na razie można jedynie określić jako surowy, nie licząc niezbędnych ścian nośnych, są one po prostu sporymi salami do zagospodarowania. Jednak deweloper z Chicago, który przyczynił się do odrestaurowania tej budowli, ma tysiące pytań i wymagań oraz żądań. Wystarczająco wiele, by przepędzić każdego niechcianego nabywcę.

Za samym barem znajdują się drzwi prowadzące do zaplecza. Można tam znaleźć przede wszystkim skrzynie z butelkami piwa, kilka kegów czekających na podłączenie do kranów, a także mała kuchnia oraz magazynek na narzędzia. Na samym końcu zaplecza można znaleźć schody, które prowadzą w dół do piwnicy. Właśnie tutaj schowane jest prawdziwe leże Huntera. Pośród stosów gratów-beczek, skrzynek, podniszczonych mebli-schowana jest ścieżka prowadząca do jego pokoju. Kiedy już pokona się labirynt rupieci, które grożą zawaleniem przy najmniejszym złym kroku, to można odnaleźć grube dębowe drzwi, do których jedynie Josh ma klucz. Za tymi drzwiami można znaleźć kraty zakładane na dzień, a za nimi czeka mały pokoik. Jest on bardzo spartańsko urządzony. Wieszak na odzież, żeby się nie pogniotła. Skrzynia na drobiazgi, pamiątki dawnych sukcesów, które Hunter woli mieć przy sobie. I materac rzucony na ziemię, na którym „sypia” nago. Ta mała nora, choć tajna i bezpieczna, służy też jako sprytna kara dla ambitnego młodziaka. Przypomina mu o luksusach, które utracił i motywuje go do odzyskania ich.

First Night, First Day, First Blood [OOC]


PODSUMOWANIE OOC

First Night, First Day, First Blood
Adewale Kadewa, Anastasia Bale, Felix Ouellette, Frank Russell, Kwiatuszek, Mits, Vanessa D'Argento i inni
Ballard Carnegie Library, Bloodbath, Gas Works Park, Moore Theatre, Park'n'Ride Motel, West Point Treatment Plant, Villa D'Argento i inne



Walentynki coraz bliżej. Nadchodzące Święto Zakochanych nie jest jednak powodem, dla którego Seattle nie może spać po nocach; nieumarła społeczność przeklętych dzieci Kaina ma mnóstwo zmartwień na swych głowach. Rządy nowej Księżnej, Jane Doe, dopiero się rozpoczynają i wszystko wskazuje na to, że Szalona Królowa zyska sobie równie wielu zwolenników co przeciwników. Zwłaszcza teraz, gdy do miasta przybywają kolejne rzesze Spokrewnionych, ochoczo korzystając z cofnięcia jednego ze skandalicznych praw nieświętej pamięci Anthony'ego Wadswortha.

Noc z dwunastego na trzynastego lutego była pełna skandali. Zarówno tych mniejszych, będących w sumie zwyczajnymi faux pas, wynikającymi z błędnego przeświadczenia o własnej wartości i niedocenieniu towarzyszących osób, jak i tych większych, które nie dość, że mogły narazić całą Maskaradę, to jeszcze stawiały na szali nieżycie Spokrewnionego. Zaśnieżone, zimowe Emerald City stało się więc ponurą sceną tylko kilku aktorów. Kilku wampirów, którzy popełniali błąd za błędem i tych, którzy te błędy naprawiali, starając się zachować chwiejny spokój, jaki panował w Seattle po blisko dekadzie szaleńczych rządów.

W Elizjum Elsie Page, czyli w Teatrze Moore'a doszło do scysji pomiędzy kandydatem na Primogena Ventrue a Malkavianką piastującą urząd Księcia. Wszystko zakończyło się na szczęście na ostrych słowach, ale napięta atmosfera coraz bardziej daje o sobie znać; fakt, że jeden z Arystokratów popełnił prawdziwy afront w obliczu Doe wcale nie poprawiał tej sytuacji. Przeciwnie, tylko ją zaognia i chociaż ten Spokrewniony dostał szansę zadośćuczynienia i naprawy swych win, to sam utknął w gąszczu informacji, pogłosek, plotek oraz możliwości, jakie często przerastały śmiertelnika.

Nie jest jednak człowiekiem śmiertelnym, więc kto wie, może sprosta zadaniu postawionemu przez Księżną?

Ulice Seattle z kolei spłynęły krwią. Wampiry rozpoczęły polowania - jedne lepsze, udane, drugie przeciwnie, będące ciągiem porażek i wstydu. Gdyby nie Spokrewnieni pogardliwie zwani Szczurami Kanałowymi, Maskarada naprawdę mogła zostać zniszczona, a cała społeczność Kainitów zostałaby odkryta... łowca bowiem, zbyt ufny w swe umiejętności, stał się ofiarą i teraz musi zmierzyć się z nie lada karą. Podobnie sytuacja wyglądała w przypadku prawdziwych łowców, ludzi zajmujących się tępieniem Kainitów.

Nie grzesząc inteligencją wpadli w pułapkę wampirzycy i nie dość, że stali się jej posiłkiem, to wskazali jej trop prowadzący do czegoś większego, czegoś, o czym Seattle zapomniało na pięć długich lat. Tylko czy teraz zostaną podjęte odpowiednie decyzje? Czy może okaże się to wszystko powtórką z wizyty w Bloodbath, Elizjum należącym do Sinclair'a, kolejnego z pretendentów do miana Primogena Ventrue? W murach dawnej rzeźni doszło przecież do jawnej obrazy gospodarza i naruszenia jego praw oraz zasad. A jakby tego było mało, to jeszcze "ukradziono" śmiertelniczkę przeznaczoną do spożycia podczas finału odbywającej się w Elizjum imprezy.

Kolejna "kradzież" miała miejsce na brzegu jeziora Lake Union. To tam Nosferatu znowu udowodnili swoją przydatność, przeszkadzając śmiertelnikom w sprowadzeniu na miasto zguby - na dnie znaleziono starą, metalową skrzynię, zabezpieczoną łańcuchami. Spokrewnieni, idąc zgodnie z radą uzyskaną od swego Primogena brzmiącą "nie otwierać" wykradli tę stalową trumnę i pozbyli się jej, dokładając wszelkich starań by nikt nigdy już jej nie odnalazł. Wiadomo więc, co będzie tematem rozmów najbliższych nocy w mrocznej Fundacji, do której wstęp mają tylko Tremere, czy też w murach eleganckiego penthouse'u władanego przez arystokratycznych Ventrue, w internetowych chatroom'ach SchrekNetu czy nawet i w salach sierocińca Doe, gdzie rządzą Malkavianie...

A Sabat coraz śmielej podnosi swój łeb, korzystając z tego zamieszania.

2313 S Jackson St, Ainsworth Law Firm

Na tej ulicy mieści się jeden z wieżowców nieszczególnie odbiegający wyglądem od pozostałych: tak samo oszklone ściany, widoczna winda i duże, główne wejście. Wewnątrz budynku stoi ogromna lada. Za nią siedzi jeden z trzech recepcjonistów, który odpowiada za przekierowywanie interesantów i pracowników oraz obserwację wizytujących. Za nim na ścianie wisi ogromna, biała tablica, na której zostały wypisane rezydujące tu firmy wedle pięter. Ainsworth Office Law mieści się na 36 piętrze.

Po wjechaniu windą i otwarciu się drzwi można ujrzeć wysoką ladę, za którą siedzi sekretarka. Młoda, dwudziesto kilkuletnia dziewczyna nie zawsze ma czas, by podnieść wzrok i spojrzeć na nowo przybyłą osobę będąc zazwyczaj zajętą rozmową telefoniczną lub dokumentacją. Za nią rozpościera się widok na obustronny korytarz wokół którego mieszczą się pomieszczenia za szklanymi drzwiami. Po prawej stronie od wejścia stoi kanapa, stolik kawowy i fotele. Po lewej zaś szafa ścienna, w której prawdopodobnie znajdują się dokumenty w segregatorach. Na środku owej szafy mieści się kilka półek, na których ustawiono kodeksy prawa. Wnętrze zostało surowo urządzone, jednak każdy przedmiot jest tutaj wart spore pieniądze - jak chociażby wspomniane kanapy wykonane z prawdziwej skóry.

Po prawej stronie znajdują się pokoje trzech najważniejszych osób w Kancelarii, prawników: Heleny Ainsworth, Benjamina Saengera i Lucy Hale. Ta pierwsza jest założycielką Kancelarii i jej zarządcą wspierającym swoich prawników. Z oczywistych względów pojawia się tutaj jedynie wieczorami. Pan Saenger z kolei jest drugą najważniejszą osobą w tym miejscu, która pilnuje, by wszystko odbywało się zgodnie z protokołami i aby polecenia rzeszy pracowników były solennie wykonywane. Jest też opiekunem praktykantów. To zazwyczaj on zajmuje się najważniejszymi sprawami w Kancelarii będąc jednym z najlepszych specjalistów od prawa finansowego. Z kolei Lucy Hale to początkujący, aczkolwiek obiecujący prawnik będący zaznajomiony głównie z prawem stanowym.

W dalszej kolejności mieszczą się boksy praktykantów. Bardzo często panuje tu rozgardiasz i hałas i każdy kto się przygląda z boku może odnieść wrażenie, że te pracujące mrówki nie wiedzą za co mają się złapać. Tak jest - w pewnym sensie - jednak nie do końca. Bardzo często jedno zadanie wymaga wykonania wielu pomniejszych czynności. Rzadko kiedy ktoś może się tutaj na spokojnie skupić na swojej pracy dlatego też większość osób jest już przyzwyczajona do ogólnego zgiełku i walających się wszędzie papierów.

Za boksami całą tylną część Kancelarii zajmuje ogromne Archiwum. To tutaj mieszczą się dokumenty poukładane w pudłach. Każdy dział posiada osobną sygnaturę, rok i miesiąc. Mieszczą się tu materiały z dawnych spraw, sprawozdania czy wszelkie dokumenty związane z pracownikami. Bardzo często bywa tu Sekretarka, ale i też niektórzy praktykanci, którzy nierzadko wnoszą i wynoszą pudła w celu znalezienia jakiegoś ważnego papieru w aktualnie prowadzonej sprawie sprzed dawnego okresu. Czasami może się zdarzyć i tak, że nieuważny aplikant postawi pudło nie tam gdzie trzeba, co wymaga nakładu pracy przy szukaniu tego właściwego.

Całą lewą stronę zajmuje sala konferencyjna. Ogromny stół mogący pomieścić kilkanaście osób wokół którego ustawiono wysokie obrotowe krzesła z metalowymi podłokietnikami. Przed każdym z miejsc znajduje się skórzana teczka A4 - w przypadku większych spotkań są one uzupełniane istotną dla spotkania dokumentacją. Na ścianie za stołem wisi ogromny obraz przedstawiający wschód słońca w dość zimnych barwach. Po drugiej stronie pod ścianą ustawiono barek wraz z kilkoma dzbanami, kieliszkami, szklanymi kubkami i filiżankami do kawy. W środku zawsze stoi też przynajmniej kilka butelek wody i dwie drogiego, wytrawnego wina oraz butelka single malta.

2220 NW Market St, Old Ballard Sewers

Wnęka w kanałach pod starą częścią Ballard. Ma ona rozmiar niewielkiej kawalerki i ma dwie drogi ucieczki. Miejsce zostało przystosowane, żeby z zewnątrz wyglądało jak element ściany korytarza kanału. Jest ono też nieco podwyższone, żeby podczas ulew czy przypływów nie ucierpiał sprzęt elektryczny. Wejścia są więc dwa i mają one charakter wkomponowanych w fakturę ścian, niemal niezauważalnie, drzwi. Samo wnętrze jest dosyć skromne. Jest stół, przy którym siedzi szkielet, odziany w podziurawioną, fioletową, sukienkę, posklejany tu i ówdzie klejem na gorąco. Do tego komplet prostych krzeseł i zaśniedziały kandelabr, w który wetknięta jest świeca. Przy ścianie stoi lodówka. Obok niej znajduje się proste leże, które znajduje się zaraz przy drzwiach. Na przeciw ściany z łóżkiem i lodówką znajduje się stanowisko z komputerem i drukarką, do tego niewielka lampka nocna i stół kreślarski. Jest tez półka z miniwieżą, a tuż obok skromna kolekcja płyt CD z muzyką klasyczną. Pod półką mieści się szafa, której zawiasy są już mocno luźne. Ściany pomieszczenia są względnie suche, można dostrzec dyskretną wentylację, dzięki czemu nie widać, że wewnątrz pali się światło.

KONG TV, 02/13/1999

CNN? Fox? NBC? Nie, to nie to. W Seattle tak naprawdę liczą się tylko dwa kanały. Kanał szesnasty, KONG, jest jednym z nich. Choć mniej popularny niż "piątka", to ma również swoich wiernych fanów. Głównymi twarzami są Carrie Ross, bardzo doświadczona, ale i bardzo znudzona pracą szatynka, która spędziła parę lat w polityce, jednakże bez większych sukcesów. Towarzyszył jej od samego początku siwowłosy, pomarszczony prezenter, który wiele lat temu rozpoczął pracę w jednej z gazet. Joseph Pitts był niemalże stereotypowym, pociesznym staruszkiem Byli totalnymi przeciwieństwami.
Ona - partyjna dziwka lżąca katolicyzm. On - miły dziadek, który żyje lokalnymi wydarzeniami.
Uzupełniali się i co ważniejsze, przyciągali widzów pod telewizory. Zwłaszcza teraz. Zwłaszcza po ostatniej nocy, gdy Seattle wstrząsnęła wieść o mordzie w kościele metodystów. Pastor Eric Rounds został zaszlachtowany, mówiąc krótko. Prezenterka z typową dla siebie jadowitością i zawziętością atakowała kościół i wierzących, przedstawiając tych ludzi jak nazbyt ufnych i podatnych na manipulację, niejako twierdząc, że pastor sam sobie był winien, a kilkutysięczny datek na pogrzeb to zwyczajny skok bogaczy mający na celu zbicie taniej popularności na ludzkiej krzywdzie. Prezenter pokręcił z zadumą głową i zaczął wchodzić swej koleżance w słowo, stając w obronie społeczności z której sam się przecież wywodził.
Ot, typowe przekomarzanie, pyskówki i agresywne, dziennikarskie kurewstwo, mówiąc wprost, przekazywane na tle rozpaczających wiernych, płonących świec oraz policyjnych taśm i funkcjonariuszy badających miejsce zbrodni. Carrie Ross uderzyła teatralnie dłonią w blat biurka, kategorycznie przecząc słowom kolegi - twierdziła, że wiara jest opium dla mas, narkotykiem który ogłupia i prowokuje do działania wbrew własnej woli i najlepszym przykładem jest właśnie ten mord oraz szał, jaki ogarnął wiernych z kościoła. Zanim jednak doszło do dalszej kłótni, Ross zaprezentowała materiał z liceum imienia prezydenta Roosevelta, gdzie doszło do karygodnego incydentu.
Uczniowie zamknęli swoją koleżankę w jednej z szafek, narażając ją nie tylko na utratę zdrowia, ale także na śmierć. Carrie Ross opisując całe zajście stosowała dość zmyślną narrację, że winę za taki stan rzeczy ponosi właśnie religia; Joseph Pitts przeciwnie, stawał w obronie religii i twierdził, że to jej brak, że to złe wychowanie, że gry komputerowe, muzyka, filmy i komiksy są odpowiedzią na taką eskalację przemocy. Krótkie wywiady prezentowane z uczniami i nauczycielami w jakimś stopniu potwierdzały jednak słowa jednego i drugiego prezentera.
Z biegiem czasu można było jednak zaobserwować niepokojącą tendencję - młodsi wiedzieli więcej na temat drwin i szykan, starsi wszystko bagatelizowali.
Dopiero gdy pojawił się reportaż dotyczący rzekomej pomocy przy samobójstwie, zarówno Ross jak i Pitts byli zgodni - Wilde nie powinien zostać aresztowany. Nie zrobił nic złego, tylko spełnił życzenie świętej pamięci Nyman, a zgromadzone dowody w postaci pamiętnika, listów oraz jednej taśmy magnetofonowej jasno wskazują na pełną świadomość i sprawność umysłową Susan. Reportaż, o dziwo, nie pochodził ani z domu Nyman, ani z policji, tylko z uniwersytetu. Mówiąc dokładniej, z terenów UW Medical Center oraz William H. Gates Hall, czyli placówek zajmujących się medycyną oraz prawem.
Mniej ważne, lokalne wydarzenia przejął już Pitts. W prosty, zwięzły sposób opisywał problemy ze śnieżycami, nadchodzące Walentynki i związane z nimi imprezy, zamieszanie skupione wokoło remontów mostów i dróg, wypadek tu, stłuczka tam, pożar tutaj, nie było to absolutnie nic ciekawego, nic, co mogłoby choćby w jakiś sposób zwrócić uwagę widzów. Co innego wiadomość z ostatniej chwili, dotycząca zaginięcia młodej dziewczyny, Karen Day, widzianej ostatni raz dwunastego lutego przed wyjściem na imprezę do elitarnego klubu na terenie Portage Bay/Roanoke Park. Wydarzenia sportowe, poświęcone walce Husky i Seahawks jakie miały miejsce po informacji o zaginięciu, nie budziły już żadnych emocji.
Podobnie pogoda. Luty, jak się okazało, miał być pełen śnieżyc. Opady z dnia na dzień mają być coraz większe, by w ostatnim tygodniu miesiąca wszystko ustało i długa, mroźna zima ustąpiła miejsca długotrwałemu procesowi ocieplenia, by ostatecznie powitać wiosnę.

The Seattle Times #44, 02/13/1999

DAR OD LOSU
Seattle, WA
by Frank A. Blethen

"Nie wiem, jak mamy dziękować", odpowiedziała jedna z wiernych. Inna nie odezwała się w ogóle, zalewając się łzami. Jeden z wiernych kościoła Seattle First United Methodist Church wygrażał pięścią, obiecując, że "zbrodniarzy spotka gniew pański". Kolejny nie mógł opanować śmiechu. Ilu parafian, tyle reakcji na wieść o przeszło trzech tysiącach dolarów datku, przeznaczonych na pogrzeb świętej pamięci pastora Erica Roundsa, darowanych przez Russell Investments. Tragiczna śmierć pastora, o której pisaliśmy w wydaniu 02/12//99, stała się jednak początkiem coraz większej socjalizacji i wsparcia wiernych parafian. Do rozwiązania tragedii ciągle jest daleka droga, jednak jak kapitan Michael Teeter z SPD West Precinct zapewnia, wpłata tak znacznej sumy nie jest w żaden sposób powiązana z morderstwem. Twierdzi ponadto, że jest to "wyraz solidarności wierzących oraz zwyczajny, ludzki gest". Uroczysta msza święta w pamięci zamordowanego odbędzie się piętnastego lutego, o świcie, w kościele First Methodist. Więcej na ten temat na stronie trzeciej, w kolumnie pierwszej.

WALENTYNKOWA NOC PRZEBOJÓW
Seattle, WA
by Alan Fisco

Każdy - lub prawie każdy - klub, bar i pub w centralnej części Emerald City organizuje mniejsze i większe zabawy walentynkowe. Oprócz tak zwanej happy hour, kiedy to wszystkie drinki będą w jednej czwartej normalnej ceny dla par, przewidziane są także liczne zabawy karaoke, zabawy okolicznościowe oraz zawody, z główną nagrodą z postaci wycieczki do Gór Kaskadowych! Każde większe kino oferuje całonocne maratony filmów romantycznych, a większość miejskich parków zapewnia imprezy na otwartym powietrzu. Wywiady z właścicielami poszczególnych miejsc oraz szczegółowy plan Święta Zakochanych można przeczytać na stronie czwartej, w kolumnie trzeciej.


ZADZIWIAJĄCA KRADZIEŻ
Seattle, WA
by Carey Butler

Damien Petersen, właściciel antykwariatu przy Combs Street na terenie Madrony padł ofiarą kradzieży. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że łupem złodziei padła jedynie nieduża figurka, podniszczony krucyfiks i parę starych książek, natomiast kasa, sejf oraz liczne wartościowe przedmioty zostały na swoich miejscach. Jak dowiedzieli się nasi reporterzy od przedstawicieli Seattle Police Department oraz samego pana Petersena, złodzieje zdemolowali praktycznie cały antykwariat w poszukiwaniu tej jednej, konkretnej figurki, zabierając pozostałe przedmioty "przy okazji". Sam właściciel twierdzi zresztą, że owa figurka przedstawiająca dość pokracznego bożka z Afryki nie była specjalnie wartościowa i od lat miał trudności z pozbyciem się jej ze swoich zasobów. Utrata książek, z których jedna jest przysłowiowym "białym krukiem", boli znacznie bardziej. Więcej na temat kradzionych książek na stronie drugiej, w kolumnie drugiej.
ŻART PRAWIE ŚMIERTELNY
Seattle, WA
by Carey Butler

Grupa licealistów z Roosevelt High School dla żartu zamknęła koleżankę w jednej z większych szafek - nieszczęśnika przed zaduszeniem uratowała jedynie interwencja pracowników. Wszyscy zaangażowani licealiści zostali zawieszeni w prawach ucznia na miesiąc, jednak prowadzone są dyskusje mające na celu wydalenie młodzieńców z placówki. Ofiara, Xian Hua, była przez kolegów szykanowana i dręczona niemal od początku roku szkolnego i teraz znajduje się w szpitalu psychiatrycznym Broadview Sanitarium pod opieką lekarską. Co gorsza, nie był to pierwszy ani odosobniony wybryk tego typu, jednak dopiero teraz cała sytuacja wyszła na światło dzienne. Na stronie drugiej, w kolumnie trzeciej znajduje się obszerna relacja z rozmów z uczniami oraz kadrą RHS.


POMOC PRZY SAMOBÓJSTWIE
Seattle, WA
by Colin Riley

W nocy z dwunastego na trzynastego lutego miało miejsce niepokojące wydarzenie. John Adam Wilde został aresztowany za podanie 21-letniej Susan Nyman kilkudziesięciu pigułek nasennych, co doprowadziło do jej śmierci wskutek przedawkowania. Z tego, co udało się reporterom "Times'a" dowiedzieć, kobieta sama zgłosiła się do Wilde'a i zaoferowała mu niebagatelną sumę półtora tysiąca dolarów za to, że pomoże jej umrzeć w bezbolesny, szybki i skuteczny sposób. Podejrzany powiedział funkcjonariuszom Seattle Police Department, że został poproszony o "nadzorowanie" samobójstwa, nie zaś popełnienie zbrodni. Nie znane są jednak motywacje Nyman, ani powód, dla którego poprosiła o tak drastyczną pomoc. Rodzina zmarłej jest zszokowana, tak samo jak opinia publiczna. Pytanie jednak brzmi, czy Wilde jest winny, czy też nie? Teoretyczną odpowiedź w wywiadzie z profesorami University of Washington można przeczytać na stronie drugiej, w kolumnie pierwszej.

2320 43rd Ave E, Lakehouse

Kompleks apartamentowców Lakehouse został wybudowany w latach sześćdziesiątych jako jedna z tańszych alternatyw dla Washington Park Tower. Podobnie jak słynna wieża położony jest on centralnie nad Lake Washington i oferuje wspaniałe widoki zarówno na jezioro jak i znajdujące się w oddali miasto Bellevue. Nieopodal tych dwóch trzypiętrowych budynków zbudowanych z ciemnoczerwonej cegły mieści się Evergreen Point Floating Bridge. Narzekający na hałas mieszkańcy dopięli swego i pod koniec lat siedemdziesiątych przeprowadzono renowację obu bloków. Dzięki nowym dźwiękoszczelnym oknom apartamentowce szybko stały się jedną z najbardziej rozchwytywanych nieruchomości w okolicy.

Położone pośród dekadenckich posiadłości i wspaniałych domów bloki posiadają takie luksusy jak własny nadziemny garaż, oraz oddzielający je od siebie duży basen. Po prawej stronie apartamentowca ciągnie się ogrodzony szklaną balustradą deptak z zejściami na drewniane pomosty, do których mieszkańcy mogą swobodnie cumować łódki i skutery wodne. Lokatorzy pierwszego piętra mogą się ponadto cieszyć małymi prywatnymi ogródkami. Koszt takich dogodności nie jest co prawda aż tak mały, ale jednak nie przeraża. Ceny za wynajem wahają się od dwóch do czterech tysięcy dolarów za miesiąc i nie jest to wcale dużo jak na panujące w okolicy standardy.

Cała posesja jest strzeżona, a wejść do środka można jedynie przechodząc przez portiernię. Nim jednak to zrobimy wita nas murowany znak z inkrustowaną złotem nazwą kompleksu, a dalej schody prowadzące na małe zadaszone patio, które w nocy oświetlane jest przez dużą zwisającą z wysokości trzeciego piętra lampę w stylu marokańskim. Za biurkiem siedzi pięćdziesięcioletni Terry Bartons, niegdyś były policjant, a teraz zgryźliwy i ponury ochroniarz, który podejrzliwie łypie na wszystko i wszystkich. Portiernia połączona jest z dużym prostym korytarzem, który prowadzi na zewnątrz do ogrodzonego basenu z leżakami, stolikami z krzesłami, oraz miejscami do grillowania. No i do drugiego budynku.

To właśnie w tym drugim, najbardziej wysuniętym na jeziorze apartamentowcu mieszkała Claire.

Po przejściu przez mosiężne drzwi zastanie nas wycieraczka z przetartym już sloganem “Welcome home!” i dwoma zabawnie wyglądającymi żabkami radośnie unoszącymi do góry kończyny. Mata zawsze jest jakoś przesunięta do boku, kopnięta na środek, albo położona do góry nogami. Ściany przedpokoju obłożone są powycieraną, ciemnożółtą tapetą o nijakim wzorze, przypominającym najprędzej jakąś imitację kamienia. Po lewej zaś stronie stoi mały stolik, jeden wieszak na ubrania i półka na buty, na której można swobodnie usiąść. Większość rzeczy wala się jednak po podłodze, utrudniając wejście do salonu.

Na środku pokoju dziennego czeka na nas trzyosobowa, brązowa skórzana sofa obłożona śmiesznie wyglądającymi poduszkami w kształcie zwierząt i miękkim białym kocem. Przed kanapą stoi mały szklany stolik, który wiecznie zagracony jest jakimiś papierami, a pod nim komfort dla nóg zapewnia duży kremowy dywan z frędzlami. Po obu stronach sofy stoją dwa żółte fotele skierowane w stronę stojącego na wprost telewizora. Podłogę — tak jak w przedpokoju i reszcie domu, oprócz kuchni i łazienki — stanowią polerowane, aczkolwiek nieco już przetarte drewniane panele w jasnym popielatym kolorze.

Mała kuchnia połączona jest z salonem i to też za nim się znajduje. Tylna ściana pomalowana została grafitową farbą, a reszta — jasnożółtą. Skromna kuchenka, lodówka obładowana masą notatek i magnesów, zbierające tylko kurz blaty, parę sztucznych kwiatów w doniczkach... W użytku jest jednak jasno drewniany, suto zastawiony barek oddzielający niejako kuchnię od pokoju dziennego, co można wywnioskować po stojącej tam papierośnicy i małym radiu. Niedaleko lodówki stoi średniej wielkości szafka — tam można znaleźć apteczkę pierwszej pomocy oraz inne niezbędne dla każdego domu rzeczy.

Łazienka na planie kwadratu jest praktycznie w nieużywanym stanie. Prosty prysznic, umywalka z szafką i dużym lustrem, toaleta, wiklinowy kosz na ubrania i stojąca obok pralka... Nie ma tego dużo. Ściany obłożone są zwykłymi białymi płytkami, to samo podłoga — przed umywalką leży jednak okrągły, puszysty dywanik. Gdzieniegdzie ustawione są tylko małe sztuczne roślinki w kolorowych doniczkach dla dekoracji. Drzwi do łazienki należy szukać w pokoju dziennym — da się je poznać po niewielkim okienku.

Następnie mamy sypialnię, do której prowadzą drzwi znajdujące się obok telewizora w salonie. Po wejściu czeka na nas dwuosobowe, wiecznie niezasłane łóżko i dwie małe szafki nocne, na których znajdziemy parę książek, budzik i wyciąganą lampkę do czytania. Po prawej stronie mieści się średniej wielkości biblioteczka z stojąca między książkami sztuczną czaszką, a naprzeciw łóżka — ciemna, duża rozsuwana szafa. Po lewej zaś stronie znajduje się biurko z wygodnym, czarnym skórzanym fotelem i komputerem, kolejną lampką i papierośnicą. Dookoła można znaleźć całą masę papierów i segregatorów. Nad biurkiem wisi spora tablica korkowa, na której zamieszczone są różnorakie notatki — zaraz obok bohomazów, które wyglądają jak gdyby były zrobione ręką przedszkolaka. Plusem jest mały zadaszony balkon, do którego prowadzą szklane drzwi tuż obok biurka. Można tam znaleźć jeden stolik, na którym postawiona jest latarenka, a także dwa głębokie fotele z wygodnymi poduchami.

Apartament zdecydowanie odstaje więc jakością od pozostałych i definitywnie nie był remontowany już od dłuższego czasu, ale jego położenie na najwyższym piętrze, czyli trzecim, rekompensuje wszystko pięknymi, zapierającymi dech w piersiach widokami.

1802 12th Ave S, Beacon Apts

Jeden z wielu poprzemysłowych budynków, który został przystosowany do celów mieszkalnych. Daleko mu jednak do eleganckich loftów znanych z "lepszej" części North Beacon Hill. Budynek jest szary i bury, lecz prawdopodobnie pod tą warstwą poprzemysłowego brudu znajduje się czerwona cegła. Okna duże, na niższych piętrach zakratowane, co dodatkowo zwiększa przygnębiające wrażenie. Wzdłuż zachodniej fasady ciągną się schody pożarowe, jednak ich stan zdecydowanie nie należy do pierwszej świeżości. Rdza pokrywająca drabinkę skutecznie zniechęca do korzystania z tej drogi ewakuacyjnej - ale z drugiej strony zniechęca ewentualnych złodziei. Okolica jest bowiem bardzo nieciekawa. Zaledwie kilka przecznic stąd znajduje się "The Jungle", owiane złą sławą siedlisko przestępców, narkomanów, squatersów i innych nieudaczników życiowych. Trzeba być bardzo odważnym, albo mieć znajomości u lokalnych watażków, żeby spacerować tutaj po zmroku. Nic zatem dziwnego, że wiele mieszkań w tej okolicy jest pustych, a czynsze są niskie.

Mieszkanie należące do Ivy znajduje się na trzecim piętrze. Składa się ze sporego pomieszczenia pełniącego funkcję pokoju gościnnego z aneksem kuchennym, mniejszego pokoju do spania oraz łazienki. Brzmiałoby to dobrze, lecz lokum wymaga generalnego remontu. Ściany są surowe, ceglane, podłoga jest betonowa, z sufitów wystają rury, a szczelność okien pozostawia wiele do życzenia (przynajmniej jeśli chodzi o trzymanie ciepła, bo przed słońcem chronią zasłony). Tak spartańskie warunki nie przeszkadzają jednak wampirzycy z klanu Gangrel. Nie ma też ryzyka, że ktoś się tą nieciekawą domeną zainteresuje. Jedyna wada jest taka, że nie da się tutaj zaprosić gości... chyba, że są oni równie mało wymagający co właścicielka.

Ta skromna domena została oficjalnie przyznana Ivy krótko po tym, jak wampirzyca przedstawiła się Księżnej. Wcześniej był tu po prostu opuszczony pustostan, którym nikt się nie interesował.

409 Wall St, Sidney Apartments

Miejsce łączące tradycję z nowoczesnością. Miejsce, gdzie mieszka elita. Miejsce, gdzie każdy jest traktowany jak król. Miejsce wyjątkowe. Te i inne puste, nie mające za wiele wspólnego z rzeczywistością hasełka można znaleźć w wielu broszurach reklamowych najróżniejszych mieszkań w całym Seattle. Sidney Apts wyróżnia się jednak pod tym względem, bo wszystko, co zostało zapisane, jest prawdziwe. Albo bardzo bliskie prawdy. Budynek został zbudowany dawno, dawno temu, w latach pięćdziesiątych albo i jeszcze dawniej, ale niedawno został gruntownie odnowiony, odremontowany i odrestaurowany.

To pięciopiętrowy, prostokątny gmach z drobnej cegły, pomalowany bladymi odcieniami różu, pomarańczy, czerwieni oraz brązu. Ta pozornie krzykliwa mieszanka jest jednak bardzo strawna i, szczególnie jesienią, budynek idealnie komponuje się z otoczeniem. Najniższy poziom stanowią sklepy i sklepiki, kawiarnie i kafejki, wejścia do klatek schodowych, garaży, piwnic oraz na malutki, wewnętrzny dziedziniec, wyłożony tłuczonym kamieniem i terakotą. Sidney dysponuje także widokiem na panoramę miasta oraz największe i najbardziej charakterystyczne elementy Emerald City; widok na Space Neddle (która stanowi nieodłączny element promocji) jest przysłowiową wisienką na czubku.

Im wyżej, tym mieszkania są większe, okazalsze, droższe i posiadają większy prestiż. Jedną z mieszkanek jest Maria.

Penthouse, w którym się znalazła w rzeczywistości należał do Wadswortha. Nieżyjący już Książę zapewnił jej "podstawowe" schronienie, oferując wysokiej klasy mieszkanie w Downtown. Ten wyjątkowy apartament, o powierzchni ponad stu metrów kwadratowych, znajdował się na ostatnim piętrze loftowej rezydencji. Cechował go niezwykle zimny wystrój, betonowe podłogi, czarne marmury, stalowe belki i sufity. Nawet sporej wielkości palenisko w salonie połączonej z kuchnią oraz skóry na podłodze nie były wstanie przełamać chłodu tego miejsca. Mimo tej surowości, z wielkich oszklonych ścian, od północnej strony rozpościerał się widok na śródmieście i na Space Needle.

Zapierał dech w piersiach i jedynym ratunkiem, by wampirzyca nie zapomniała się wraz z nadejściem dnia były samoczynnie opadające rolety, które szczelnie odgradzały od słonecznych promieni. Idąc w głąb apartamentu pozostawiamy za sobą wielkie okna i przenosimy się na korytarz. Z niego można przejść do skromnego gabinetu, który w żaden sposób nie wyróżniał się wystrojem od salonu. Sporej wielkości biurko, dwa skórzane fotele, sofa, stolik kawowy, dwa regały książek - miejsce ewidentnie do pracy i przyjmowania interesantów. Porzucając to biuro możemy przejść się do sporej łazienki w tonacji ciemnej zieleni przemieszanej z czernią i wielkim lustrem na całą jedną ścianę.

Nic nadzwyczajnego jak na ten poziom luksusu, można by powiedzieć, że skromnie, bo salon pochłonąć największą część penthousu. Cechą charakterystyczną (i zarazem dziwną) tego apartamentu był zwodniczy brak sypialni. Niepozornie drzwi do niej znajdywały się w gabinecie. W ogóle nie rzucając się w oczy były tuż przy regałach z książkami. Prowadziły do prywatnego pokoju, w którym nie było okien, ani innych wyjść. Pierwotnie pomieszczenie to było przeznaczone na sporą wielkości garderobę (zaś gabinet był docelowo sypialnią), ale z wiadomych przyczyn przearanżowano pomieszczenia. Teraz w jego centrum stało sporej wielkości łóżko, a z boku znajdowała się szafa i komoda.

109 Yesler Way, Merchant’s Cafe

Ta niewysoka kamienica zbudowana jest ze starej, czerwonej cegły, zniszczonej przez upływ czasu. Od lewej strony przylegają do niej dwa podobne domy, a po prawej znajduje się alejka, która prowadzi do ulicy mieszczącej się za budynkiem. Kamienica ma zaledwie dwa piętra i nie jest szczególnie duża. Patrząc od frontu można dostrzec szyld Merchant’s Cafe i wejście do tego lokalu. Wnętrze przypomina raczej miejsce gdzie ludzie spotykają się by pooglądać mecze piłki nożnej czy futbolu amerykańskiego przy piwie niż kawiarnię. Po prawej znajduje się wyposażony w przeróżne alkohole bar z rzędem wysokich stołków, na których można spocząć. W głębi sali znajdują się proste, okrągłe stoły wokół których postawione są krzesła. Na ścianach znajdują się różne czarno-białe zdjęcia, pokazujące historię lokalu i loga lokalnych klubów sportowych. W strategicznych miejscach pomieszczenia zawieszone są telewizory, na których non-stop puszczane są kanały sportowe.

Drzwi do budynków mieszkalnych, które znajdują się powyżej, mieszczą się tuż po lewej stronie od wejścia do Merchant’s Cafe. Gdyby nie duży numer 109, ciężko byłoby się zorientować dokąd prowadzą. Zaraz za progiem po prawej stronie znajduje się sześć, ponumerowanych, metalowych skrzynek pocztowych. Klatka schodowa wygląda nędznie. Kable prowadzące do oświetlenia są widoczne na nagich, pozbawionych tynku ścianach. W niektórych miejscach widać też grube rury kanalizacyjne i te cieńsze, które doprowadzają wodę. Zarówno podłoga, jak i schody wyłożone są starym, zielonym dywanem. Z parteru można wejść jedynie na górę. Kręte wąskie schodach prowadzą do długich i prostych korytarzy, takich samych na każdym piętrze. Wchodząc na przejście od strony schodów, na wprost można dostrzec jedno, zazwyczaj brudne okno. Na suficie znajduje się rząd trzech lamp, które dość mizernie oświetlają drzwi do mieszkań.

Stare, czerwone drzwi oznaczone metalową piątką prowadzą do mieszkania należącego do Melanie Price. Wnętrze urządzone jest w sposób chaotyczny bez wyraźnego stylu. Każdy mebel zdaje się różnić stylem, lub kolorem, a jedyne co zdaje się je łączyć to stary wygląd. Wyposażenie nieszczególnie wybiega od standardów. Łazienka ma toaletę, kabinę prysznicową, zlew, szafkę na leki i lustro. Sypialnia oddzielona jest od reszty mieszkania industrialnymi, przesuwanymi drzwiami. W środku jest duże, proste łóżko, sporo szaf na ubrania i biurko z komputerem, któremu brakuje części obudowy. Głębiej w mieszkaniu znajduje się salon, połączony z kuchnią, oddzieloną aneksem. Jest to jedyne pomieszczenie w którym znajdują się zazwyczaj zasłonięte okna. Kuchnia wygląda jakby nie była szczególnie używana. Salon co prawda wyposażony jest sofę, parę foteli, stolik na kawę i telewizor, jednak bardziej przypomina pracownię artystyczną. Pod ściana leży wiele obrazów, niektóre wydaja się być niedokończone albo całkowicie czyste. W kącie przy oknie stoi sztaluga i prosty stołek, na którym można się obracać. Tuż obok znajduje się stół, wyposażony w niezliczona ilość pędzli, farb i innych przyborów plastycznych.

Moore Theatre, foyer, tablica korkowa

O G Ł O S Z E N I A
ODDAM, ZAMIENIĘ, SZUKAM, POTRZEBUJĘ, OSTRZEGAM, INFORMUJĘ
OD SPOKREWNIONYCH DLA SPOKREWNIONYCH
KRÓTKO ZWIĘŹLE I NA TEMAT. E.

Duża, prostokątna tablica korkowa w dębowej, zdobionej ramce, zawieszona vis a vis wieszaków na ubrania tuż przy wejściu na teren Elizjum. Jest to jednakże relikt przeszłości, bo coraz więcej i więcej Spokrewnionych korzysta z najnowszych zdobyczy techniki, jak telefony komórkowe, pagery, czy internet (ze szczególnym uwzględnieniem SchrekNetu). Komunikacja we współczesnych nocach jest szybka, bezpieczna i nie sprawia zbyt wielu problemów, a nauka obsługa nowej komórki, czy założenie konta do poczty internetowej to kwestia kilku godzin na dobrą sprawę.
W wielu miejscach tablica jest poznaczona dziurkami po pinezkach, igłach oraz szpilkach, którymi wielu nieumarłych przyczepiało i ciągle przyczepia karteczki z najróżniejszymi informacjami. Miejscem tym rządzą się bardzo proste zasady, które zostały wydrukowane i przyczepione na samym szczycie, a także - co może wywołać uśmiech na twarzy - obdarzone czerwonawym odciskiem uszminkowanych ust. Pomysł Elsie.
W lewym, dolnym rogu tablicy jest przyczepiona mała, tekturowa karteczka, zapisana drżącą ręką. Litery są duże, ale krzywe i wyglądają jak dzieło kogoś, kto ma problemy z opanowaniem tejże sztuki - albo ma bardzo niekształtne palce. Treść brzmi: "LAKE CITY - WELLS FARGO BANK - DZIURA - ROMANTYCZNA NOC - WSPÓLNY POSIŁEK ZE STRÓŻA - ADRES LCW 12739 - KTOŚ CHĘTNY?" z podpisem będącym jedną literka. "V". Drugie ogłoszenie, znajdujące się trochę bliżej środka tablicy, to równe litery przedstawiające treść będąca bardziej ostrzeżeniem: "Dr Samantha Green z Harborview Medical Center jest moja, nie tykać, Parker." Trzecim ogłoszeniem wiszącym tuż pod zasadami spisanymi przez Elsie, jest "WYPAD DO URBAN NITE W WALĘTYNKI, JAZDA JAZDA JAZDA, IKE".
Nie jest wiadomym jednak, czy rażący błąd jest dziełem przypadku, czy celowym zabiegiem.

Spoiler | 
Temat przeznaczonych do fabularnej wymiany informacji pomiędzy wampirami na zasadzie krótkich ogłoszeń, liczących nie więcej jak sto-dwieście znaków, na wzór trzech przykładowych ogłoszeń spisanych przez tajemniczą "V", przez Ike'a oraz Szeryfa Parkera.

Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne

Centralne miejsce na jednej ze ścian zajmuje imponujących rozmiarów telewizor, podłączony do odtwarzacza kaset VHS od sieci telewizji kablowej. Wybór kanałów oraz filmów i programów na taśmach jest dość duży, więc każdy - nawet najbardziej wybredny - gość Elizjum znajdzie coś dla siebie. Oczywiście przeważnie telewizor jest wyłączony, ewentualnie stanowi tylko źródło obrazu, bo wszelki dźwięk jest wyciszony. Spokrewnieni muszą wiedzieć, co się dzieje nie tylko w ich mieście, ale także poza nim, w stanie i całym kraju oraz na świecie.

Kanały informacyjne są więc najpopularniejsze. Zwłaszcza tak zwana "piątka", z uroczą panną Herrera na którą coraz łapczywiej spogląda jeden z ghuli oraz "szesnastka", z weteranem wiadomości telewizyjnych. Joseph Pitts cieszy się zresztą szacunkiem większości młodszych Toreadorów, chociaż oczywiście o tym nie wie, na całe szczęście.

Idąc dalej, w głąb Elizjum, można natrafić na kilka niedużych pomieszczeń. Są to pokoje przeznaczone dla Kainitów, którzy niezbyt przepadają za tłokiem i ściskiem czy wręcz towarzystwem niektórych Spokrewnionych. Przez większość dnia i nocy miejsca te są jednak zamykane na klucz; wystarczy co prawda odezwać się do Samuela, Elsie czy nawet i jednego z ghuli urzędujących jako obsługa i poprosić o udostępnienie tych czterech ścian, ale nie wolno przesiadywać w nich za długo. Pokoi jest tylko kilka, wampirów - znacznie więcej.

W jednym z pomieszczeń są dwa stanowiska komputerowe, podłączone oczywiście do internetu i wyposażone w drukarki, faksy i skanery, a nawet i dżojstiki oraz parę gier, dla tych znudzonych codziennym nieżyciem. Do tego są tutaj wygodne fotele i słuchawki, by nikomu nie przeszkadzać i folia na podłodze, jeśli ktoś miałby ochotę na trochę żywszy posiłek. Za stan maszyn odpowiadają wyjątkowo nie Toreadorzy, tylko Nosferatu. Jeśli ktoś chce skorzystać ze SchrekNetu, trzeba się odezwać do tych zdeformowanych nieumarłych i liczyć na ich dobrą wolę, by umożliwi dostęp.

Pozostałe pokoje w znacznej mierze są małymi, przytulnymi schronieniami, gdzie każdy może w spokoju odpocząć, bez obaw, że ktoś odsłoni okna, wbije kołek w pierś albo utnie łeb. Z tego względu znajdują się tam głównie łóżka, kanapy i materace wszelkiego rodzaju, tak, by każdy mógł przeczekać do zachodu słońca w jak najbardziej komfortowych warunkach. I, oczywiście, nie brakuje też folii, gdyby komuś zachciało się bawić podczas ewentualnego posiłku.

Wyszukiwanie zaawansowane

cron