Znaleziono 1097 wyników

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, [02.15.1999]

Image Image
Elena doskonale wiedziała, jak się zachować w Elizjum. Te kilka słów, wypowiedziane do wampira spoza Seattle, niosło ze sobą zdecydowanie więcej informacji niż można się było początkowo spodziewać. Carl pokiwał tylko smętnie głową i zaczął tarmosić swoją brodę; był Brujah. Dysponował cierpliwością, oczywiście, ale nie miał jej nieograniczonych ilości. Prędzej niż później coś w nim "pęknie" i wybuchnie, jak to zwykle mają w zwyczaju Krzykacze. Czekając zatem, aż Malkavianka skończy swoją zabawę z niczego nie podejrzewającym młodzieniaszkiem, Spokrewniony spoza miasta zaczął się rozglądać po najbliższych stolikach. Dostrzegł kilkoro innych nieumarłych, którym z czystej przekory skinął głową.
Musiał jakoś zabić czas.
- Na początek wystarczy. - zachrypiał. - Potem się zobaczy, co dalej. - dodał, gładząc się po zaroście. Nie miał pojęcia, że w tym samym niemal czasie, dosłownie kawałeczek dalej, przyglądała mu się inna wampirzyca. Markiza. Ainsworth nie robiła jednak tego bo taki miała kaprys, po prostu była jedną z wielu, których oczy były zwrócone mniej więcej w tym konkretnym kierunku. Jeżeli naprawdę szukała Harpii, to Laurent uparcie pozostawał nieobecny. Cóż, był ważną figurą, miał pewnie ku temu równie ważne powody...
Sierra tymczasem poklepała młodego po policzkach i nachyliła się ku niemu. Szepnęła coś na ucho, coś, czego nie słyszał nikt oprócz samego zainteresowanego - wampirzyca odniosła jednak skutek. Spokrewniony uśmiechnął się nerwowo i czym prędzej opuścił towarzystwo Ogara, zmierzając szybkim krokiem do wyjścia z Elizjum. Baxter była już wolna, rozsiadła się więc wygodniej i założyła nogę na nogę, podrygując stopą do rytmu muzyki. Twarz miała wykrzywioną grymasem lekkiego uśmieszku i co kilka chwil zerkała w stronę Horthy.
Wiedziała.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście [02.15.1999]

Image Image Image Image
Hook powinien się rozluźnić i uspokoić. Powinien, ale nie zrobił tego.
Przeciwnie. Jeszcze uważniej zaczął się przyglądać Spokrewnionemu, który - jak sam przecież powiedział - wcześniej tej nocy przybył do miasta. Oczywiście odwzajemnił uśmiech, uścisnął dłoń, kiwnął głową i wolną rękę wykonał gest zapraszający do Elizjum, ale nie spuszczał wzroku z Leopolda. Przyglądał mu się badawczo, jednakże... czy można było go winić? Seattle miało stać się areną walk. Placem bitwy, o czym każdy wampir który przebywał w Emerald City powinien już wiedzieć. Pytanie nie brzmi więc, czy Leopold o tym wiedział, lecz ile wiedział.
- Witaj zatem w Moore Theatre, Leopoldzie. Elizjum stoi otworem, ale, jak sam zauważyłeś, noc zbliża się ku końcowi. Primogeni Reeves i Page, jak widzę, są obecnie zajęci, podobnie jak Ogar Baxter, a Harpii Laurenta i Shaw jakoś nie widzę... niemniej, bar stoi otworem, gdyby pragnienie dało o sobie znać. Mógłbym w czymś pomóc? - objaśnił krótko obecną sytuacją, jaka panowała w teatrze i wskazał niedbałym ruchem ręki najważniejszych Spokrewnionych oraz miejsce, gdzie można bez problemu i trudu zaspokoić żądną krwi Bestię.
Odsunął się, przepuszczając trójkę radośnie plotkujących wampirzyc. Z urywków ich rozmów można było wywnioskować, że widziały "zdrajcę", kimkolwiek by on nie był, w pobliżu portu. Oczywiście równie dobrze mogło im chodzić o coś zupełnie innego, coś, co nie miało żadnej wielkiej wagi. Jak ten młody chłopak, który właśnie zmierzał do tablicy z ogłoszeniami i, z lekkim przestrachem w oczach, zaczął zrywać stare karteczki.

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden (02,15,1999)

Image
Image
Może jednak Mits nie byłby takim złym wyborem...
- Och, możesz, oczywiście, zwykle szybko odpisuję. - odparł Lou wzruszając ramionami. - Ćwicz w każdej możliwej, wolnej chwili. Mówiłaś, że grasz na skrzypcach, więc powinnaś doskonale wiedzieć, jak przydatna bywa praktyka. Teorię masz chyba opanowaną, więc nie bój się wcielać jej w życie, Michelle. - zgodził się na ewentualny, późniejszy kontakt. Potrząsnął też głową w zwierzęcy, niemożliwy do podrobienia sposób, pozbywając się nielicznych płatków śniegów; był w końcu trupem, śnieg nie topniał, tylko zbierał się gromadą na jego włosach i skórze.
Widok dzikiego wampira, gotowego do walki, nie był rzeczą przyjemną. Sawyer nie był może przystojny, miał dość niekonwencjonalną urodę, ale brzydalem bez wątpienia nie był - mimo to rana szpecąca jego twarz mogła powodować nieprzyjemne odczucie grozy i przerażenia. To, w połączeniu z pazurami, tylko potęgowało te wrażenie. Lou chyba zrozumiał, co się dzieje, bo choć nie pozbył się swej naturalnej broni, to złączył dłonie za plecami. Usunął je z pola widzenia Mould. Drobny gest, ale cieszy.
- Mógłbym się teraz na ciebie rzucić. Mógłbym spróbować rozpłatać ci gardło albo wypatroszyć brzuch. To jest łatwe, wystarczy tylko wbić szpony i mocno szarpnąć, a wszystko, co musiałabyś zrobić, to uniknąć mojego ataku. Masz nade mną przewagę jako Toreadorka, możesz się poruszać szybciej i sprawniej, zwinniej i delikatniej niż ja. Spróbujemy? - zakończył pytaniem, wyciągając ramionami zakończone śmiertelnie niebezpiecznymi pazurami w stronę albinoski. Proponował jej kolejną lekcję. Brutalną, niebezpieczną i przerażającą, ale nade wszystko sensowną. Sawyer był gotów zaryzykować uszkodzenie jej nieumarłego, zimnego ciała. Oczywiście, jeśli Michelle będzie tego chciała.
Jeśli nie - odpuści. Lou nie wydawał się być gościem, którzy z rykiem rzuci się na swojego rozmówcę.
Przywrócony post z 28.10.2018

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden (02,15,1999)

Image
Image
- Toreador. - powtórzył, kiwając lekko głową. - Niech no pomyślę... w zamyśleniu potarł nieogolone policzki, zastanawiając się nad czymś głęboko. Nie odzywał się przez dłuższą chwilę; znów zaczął krążyć po najbliższej okolicy, wydeptując w śniegu chaotycznie ścieżki. Opadające leniwie płatki śniegu nie nadążały z zasypywaniem; Gangrel chodził tam i z powrotem, tak bardzo przypominając jakiegoś kundla nie mogącego sobie znaleźć miejsca. Straszliwa rana na twarzy lśniła złowrogo w słabym świetle, ale - o dziwo - nie wyglądała tak źle jak kilka chwil temu.
Chyba się goiła.
Zatrzymał się w końcu. Kucnął i zaczął coś kreślić na śniegu; nie było to nic konkretnego, ot, zwyczajne gryzmoły, bezkształtne wzory, kreski, kropki. Robił to, by zająć czymś ręce. Nie mógł usiedzieć w miejscu. Musiał coś robić, a rozmowa - choć zajmująca, ciekawa i przede wszystkim ważna - nie wystarczała dla jego dzikiej i wściekłej natury. Wampiry były do siebie podobne, ale różniły się szczegółami... och, jakże się różniły!
- Swoją siłę, zwinność i wytrzymałość możesz... albo raczej powinnaś... wzmacniać krwią. Skup się na niej i zacznij nią kierować, to wymaga wprawy, ale efekty są zadowalające, bo w twoich żyłach nie krąży już zwyczajna krew, Michelle, to vitae pełna gównianego przekleństwa, którego się nie da wytłumaczyć. Widziałem, jak Parker przebił pięścią betonowy mur. Byłem świadkiem, jak banda gliniarzy opróżniła całe magazynki próbując ustrzelić Camerona, ale nie trafili w nic prócz powietrza, a ten pieprzony dupek tylko się śmiał. Rozumiesz, o co mi chodzi? Masz w sobie moc, której istnienia nawet nie podejrzewasz. - zaczął powoli, opierając się na przykładach wampirów starszych, potężniejszych i po prostu znanych.
- Jako Toreadorka możesz korzystać z akceleracji. Nie znam się za bardzo na... cholera, jakby to powiedzieć... na stronie technicznej, bo widziałem tylko efekty. Chodzi mi o to, Michelle, że dzięki akceleracji możesz zapieprzać jak wkurzony zając. Możesz być szybsza i zwinniejsza, co z kolei może się przełożyć na zwycięstwo w starciu lub jego uniknięcie. Daruj sobie siłę, skoro możesz wbić komuś kołek w serce zanim ten się zorientuje co się dzieje. - Lou Sawyer podszedł do sprawy taktycznie. Chociaż powiedział, że można "pobudzić" vitae do poprawienia swego stanu fizycznego, to jednak przestrzegał przed zawierzaniem samej krwi. Dla lepszego demonstracji uniósł dłonie na wysokość twarzy i w ciągu chwili zamienił swoje palce na długie, grube i zakrzywione pazury, bez wątpienia zdolne rozszarpać ciało.
Uśmiechnął się.
Przywrócony post z 28.10.2018

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden (02,15,1999)

Image
Image
Co się naprawdę działo w umyśle Mould - w jej duszy - wiedzieć mogła tylko ona sama. Z natury była osobą nieśmiałą, delikatną i wycofaną, skupiającą swą uwagę na rzeczach zupełnie obcych i nie mających sensu dla większości Spokrewnionych. A mimo to stała w zalesionym parku i uczyła się, jak poprawnie się bronić, jak wykorzystywać atuty swego martwego ciała. Jak być wampirzycą, można powiedzieć. Ale to ciągle było mało... poruszyła więc pewien problem. Sawyer zareagował od razu, odstępując od niej. Zwiększył dystans, zatrzymując się krok, może dwa przed albinoską.
Wsparł dłonie na biodrach i, znów tym samym psim gestem, przekrzywił głowę. Słuchał jej, nie przerywał ani nie kwestionował wypowiadanych słów, tylko cierpliwie czekał, aż Michelle wszystko z siebie wyrzuci. Choć był chamskim i gburowatym dzikusem (a nawet Dzikusem), to był w miarę dobrze wychowany. No, do ideału było mu bardzo, bardzo daleko, ale hej, dobre i to.
- Bez urazy Michelle, ale gówno znaczysz. W sumie to nic o tobie nie słyszałem, a to znaczy, że jesteś zbyt młoda i zbyt mało ważna. Sabat nie będzie się tobą interesował, mając pod ręką Malkavian i Gangreli. Wbrew temu co może ci się wydawać, te pijawki z Sabatu nie są wcale takimi tępakami. Nie będą ryzykować posłania sfory za jedną, młodziutką wampirzycą. Prędzej poślą zgraję debili młodszych i bardziej zielonych od ciebie, wierz mi. - mówił to wszystko z ogromną pewnością siebie. Może i miał rację?
Wskazał ręką na zaśnieżony park dokoła.
- Mówię o śmiertelnikach, bo żywych jest więcej niż martwych. W całej tej okolicy, jak okiem sięgnąć, jesteśmy tylko my. Nie ma tu innych wampirów, a przynajmniej nie udało mi się żadnego znaleźć. Albo potrafi się doskonale kryć, albo faktycznie Spokrewnionych nie ma tak wielu. Jeżeli jednak będziesz musiała walczyć z jednym z nas... wykorzystaj swoją krew. Przypomnij mi, jesteś jedną z Toreadorów? Tremere? Ventrue? - przespacerował się tu i tam, przy rozłożystych, acz sięgających ledwo do kolan kolczastych krzewach. Dopiero potem zadał bardzo zasadne pytanie; nie wiedział przecież, z jakiego klanu wywodzi się Michelle.
Przywrócony post z 28.10.2018

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden (02,15,1999)

Image
Image
Przemoc była nieodłączną częścią świata, do którego przynależała albinoska. Zarówna ta fizyczna, oczywista i najbardziej - o zgrozo - widowiskowa, jak i ta znacznie bardziej subtelna i nie mniej straszliwa, będąca przemocą fizyczną. Wampiry lubowały się w przemocy. Wykorzystywały ją na różne sposoby; by osiągnąć swoje cele, by pokonać przeciwnika, by kogoś zastraszyć, by dać upust swym emocjom. Niektórzy całkowicie się jej oddawali, stając się zwykłymi potworami. Inni robili co tylko było w ich mocy, by nie poddawać się działaniu przemocy i zachować resztki człowieczeństwa.
A teraz Michelle z własnej, nieprzymuszonej woli wkraczała do świata cierpienia i krzywdy.
Bo nie miała wyjścia. Lou Sawyer chwilę temu zademonstrował dziewczynie, jak ma się poruszać, jak atakować, co robić by skutecznie komuś dokopać, mówiąc wprost - i teraz z miną wykrzywionego grymasem lekkiego uśmiechu kiwnął głową, widząc postęp. Mould szybko łapała o co chodzi. Jak już zostało wspomniane, miała opanowaną koordynację oko-ręka. Wiedziała co i jak. Obserwował więc, jak nieumarła powtarza jego ruchy i, w razie konieczności, znów się do niej przysunął i kierował jej ciałem niczym lalką.
- Jesteś trupem. - oznajmił nagle. - Nie bój się z tego skorzystać. W starciach ze śmiertelnikami, jeśli jakiś idiota spróbuje cię udusić, pozwól mu. Ból jest tylko wspomnieniem minionego życia, pamiętaj. Jeśli dostaniesz kulkę w czerep, albo ktoś wbije ci kosę w żebra, to gwarantuję ci, każdy żywy facet narobi w gacie i nie będzie chciał dalej walczyć. No, ewentualnie wpadnie w panikę i zacznie tłuc na oślep, ale mniejsza z tym.- mówił dalej, nie przestając poprawiać postawy Michelle. Choć był brutalem i dzikusem, to nie naciskał, nie wykonywał gwałtownych ruchów. Były stanowcze, to prawda, mocne i wyraźne, ale na swój sposób i delikatne.
- Dostaniesz wpierdol. - dodał po chwili tonem znawcy. - Nie unikniesz ciosów, ran. Korzystaj i z tego. Jeśli zobaczysz, że ktoś robi zamach i chce przywalić ci w nos, to zrób krok w jego kierunku. Nie rób takiej miny! Skrócenie dystansu i wystawienie się do ciosu może brzmieć jak pieprzenie Malkavian, ale w ten sposób nie dość, że zaskoczysz swojego przeciwnika, to jeszcze jego uderzenie straci na sile. Zapamiętaj, w starciu z żywymi wszystko, co zrobisz, musi ich boleć. Wal w krtań, w oczy, w wątrobę, w krocze, w piszczel, kurwa, nawet i nadepnij obcasem na stopę. Pytania? - odsunął się i wzruszył ramionami. Wszystko, co mówił, brzmiało tak oczywiście, normalnie i naturalnie... zbyt naturalnie.
Przywrócony post z 27.10.2018

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden (02,15,1999)

Image
Image
Była skrzypaczką, na Boga!
Dłonie to jej instrument! Nie skrzypce, nie ten kawałek drewna z metalowymi strunami, bo to z właśnie z tego narzędzia potrafi wydobyć cudowne dźwięki, poruszające duszę. A teraz, w mroźną zimową noc, na krańcu miasta, w zasypanym śniegiem parku przymierza się do uderzenia pięścią. Lou wspomniał - wulgarnie, trzeba nadmienić - że nie obchodzi go ewentualne połamanie palców. Czy coś takiego mogło grozić wampirzycy? Zgodnie z zaleceniami wampira, zacisnęła pięść na kluczach. Metalowy kształt wbijał się nieprzyjemnie w skórę, ale faktycznie, wzmacniał dłoń, napinając wszystkie mięśnie.
- Śmiało. - wychrypiał Lou, zachęcając Michelle do ataku. Dla lepszego efektu uniósł nawet podbródek, niemalże prowokując dziewczynę do tego, by zaatakowała właśnie w szczękę a nie tak, jak mówił wcześniej. W krtań. Zmrużył nieco oczy, szykując się na atak, który ciągle nie nadchodził; mimo to Gangrel trwał w skupieniu, spięty, oczekujący, gotów do działania. Nie zamierzał się rozluźniać, chociaż kto wie... może wtedy lekcja zyskałaby dodatkową wartość edukacyjną, albo coś takiego?
Michelle uderzyła.
Cios był celny. Toreadorka trafiła mężczyznę w szyję, może nie idealnie w krtań, bo uderzenie dłoni wbiło się trochę z boku, ale był to detal, szczegół nie wart wspominania. Lou Sawyer zachwiał się mocno, a głowa odskoczyła mu do tyłu; do uszu albinoski dotarł obrzydliwy dźwięk miażdżonych tkanek. Nie uderzała mocno, nie miała też nadludzkiej siły, ba, trzymała tylko klucze w zaciśniętej pięści. Klucze, które - co było do przewidzenia - przecięły jej martwą skórę w paru miejscach, zostawiając wyraźne ślady.
Warknął rozwścieczony, a w jego oczach błysnęło coś niebezpiecznego. To znaczy w jednym oku, bo drugie cały czas nosiło ślady jakiejś niedawnej potyczki, podobnie jak kawałek twarzy. Podniósł niespiesznie ręce i pomacał szyję, sprawdzając, jak wielkie zniszczenia poczyniła MIchelle, lecz grymas na jego twarzy wskazywał na niezadowolenie. Sawyer potrząsnął głową, tak, jakby był zawiedziony.
- Myślałem, że tego nie zrobisz. Że stchórzysz i się poddasz. Miło mnie rozczarowałaś, Michelle, a zatem zasłużyłaś na kolejną lekcję. Atakuj całym ciałem, nie ważysz dużo, ale lepsze to niż nic... uderzaj z biodra. Bierz zamach ciałem i wyrzucaj przed siebie rękę, tylko nie trzymaj jej sztywno jak kij, bo może być tak, że pęknie jak zapałka. Uderzaj z ruchu ramieniem i barkiem. Daruj sobie haki, sierpy, ciosy podbródkowe i inne gówna, bierzesz zamach i przypierdalasz w pysk. - dokończył, cofając się parę kroków i demonstrując, co Michelle zrobiła źle. Gdzie popełniła błąd, co i jak mogła zrobić, by lepiej walczyć i przede wszystkim, mogła obserwować kogoś, kto zna się na bitce.
"Pokaz" trwał tylko chwilę, ale obserwowanie, jak Lou wymierza ciosu powietrzu i jak się porusza mogło sprawiać dziwną przyjemność.
Przywrócony post z 27.10.2018

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden (02,15,1999)

Image
Image
Słuchał w milczeniu dość chaotycznych i nieskładnych tłumaczeń i odpowiedzi ze strony Michelle. Toreadorka były absolutnym, całkowitym przeciwieństwem Gangrela; jedyne, co łączyło tę parę to fakt, że byli martwi. Wszystko pozostałe różniło. Sawyer przechylił nieco głowę w bok, jak pies nasłuchujący swojego pana, aż w końcu uniósł nieco górną wargę, odsłaniając długie kły. To, co miało być pewnie uśmiechem, w istocie stało się najzwyklejszym grymasem wściekłego zwierzęcia szykującego się do ataku.
A potem Lou zrobił kolejny krok w stronę Mould.
- Dobra koordynacja to podstawa. - wymruczał. - To, że grasz na skrzypcach pomaga. Masz już opanowane podstawy koordynacji, pewnie masz też czuły słuch i tak dalej, i tak dalej. Ale zapomnij o spluwach, są do dupy, chyba, że naprawdę wielki kaliber. - mówił trochę spokojniejszym, acz nie mniej gardłowym i chrapliwym głosem. Co gorsza zaczął krążyć wokoło albinoski, uważnie ją obserwując. Mruczał też coś do siebie, coś, czego wampirzyca nie była w stanie odróżnić od zwyczajnego warczenia. Cóż, to Gangrel. Czego się można było spodziewać?
- Jeśli nie wiesz jak się bronić, to spieprzaj. Ucieczka jest najlepszym wyjściem. Na cholerę komuś honor, gdy za chwilę coś urwie mu głowę? Ostatnio widziałem jedną Spokrewnioną, jak rzuciła się na lupina. Mogła uciekać, mogła ratować swoje włochate dupsko, ale wolała walczyć. Postawa godna pochwały, przyznaję, ale i jednocześnie była to kurewska głupota... dlatego słuchaj mnie uważnie, bo nie będę się powtarzał. - podzielił się dość intrygującą historią, która chyba miała być jakąś lekcją lub poradą dla młodej i niedoświadczonej nieumarłej. Lou Sawyer zatrzymał się w końcu za plecami Michelle i, nie zadając sobie trudu pytania o pozwolenie, położył dłonie na biodrach dziewczyny.
Nieznacznie ją przesunął, a potem zsunął dłonie trochę niżej, na uda i zmusił Michelle, by oparła ciężar swojego ciała na jednej nodze.
- Jeśli jednak musisz walczyć, to musisz być uważna i ostrożna. - zaczął, od razu przechodząc do sedna. - W starciu ze śmiertelnikami nie musisz się o nic martwić, chyba, że ktoś wyciągnie obrzyna i wypali ci prosto między oczy. W prawie każdym innym przypadku nic ci się nie stanie, Michelle. Musisz tylko stać twardo i nie cofać. - kontynuował, tańcząc dłońmi po ciele Mould. Delikatnie przycisnął jej brzuch, zmuszając do lekkiego pochylanie do przodu. Teraz zgiął jej ręce w łokciach i uniósł nieznacznie; lewe ramię wyciągnął trochę przed prawe.
- Jak zaciskasz pięść to staraj się nie zaciskać samych palców. Klucze, paczka fajek, zapalniczka, telefon komórkowy, cokolwiek się nada jako wzmocnienie dłoni. W chuju mam czy połamiesz sobie palce czy nie, ale dzięki temu z pewnością mocniej obijesz komuś mordę. I nie myśl o tym, by bić w policzki, szczękę czy w nos, jak masz uderzać, to pięścią z całej siły w krtań. Każdego żywego wyłączy z dalszej walki. I kop w jajca zawsze się sprawdza. - zakończył nieco weselszym tonem, po czym znowu obszedł wampirzycę i stanął przed nią. Gestem dłoni nakazał jej, by go uderzyła.
Przywrócony post z 26.10.2018

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden (02,15,1999)

Image
Image
Wiatr przybrał nieznacznie na sile i już po chwili zaczął huczeć w koronach wyższych drzew. Szum gałęzi obijających się o siebie nawzajem był dziwnie kojący; podobnie napływający z daleka szum miasta. Ciągle byli przecież w Seattle, chociaż oddaleni od centrum. Sunące samochody były tylko elementem dźwiękowego tła; dominowało wycie wiatru i chrzęst śniegu pod butami. Gdzieś zahuczała sowa.
Nie widziała twarzy Lou, a jednak czuła na sobie jego wściekły wzrok. Nie był na nią zły, oczywiście, nie złościł się ani nic takiego - był jednak z klanu nacechowanego zwierzęcą wściekłością i dzikością. Patrzył w sposób, który jednoznacznie kojarzył się z drapieżcą obserwującym ofiarę. Może i tak było w istocie. Każdy starszy od Michelle wampir był prawdziwym drapieżnikiem, potworem, który nie dość, że znajdował się wyżej w hierarchii nieumarłego społeczeństwa, to jeszcze w teorii mógł zrobić jej nieopisaną krzywdę.
Lou Sawyer zrobił kolejny krok do przodu, skracając powoli dystans dzielący go od albinoski.
Poruszał się jak zwierzę. Z nadludzką gracją i zwinnością, tak, jakby był gotów skoczyć do ataku i rozszarpać kłami i pazurami gardło swej ofierze. Nie odpowiedział początkowo na zadane pytanie; zamiast tego zsunął kaptur, ukazując swą twarz. Długie, ciemne włosy były brudne i skołtunione, okalały pociągłą, przystojną twarz z głęboko osadzonymi oczyma i wyraźnie zarysowaną linią szczęki. Choć miał brodę, to zarost nie wyglądał na szczególnie zadbany; co gorsza, skórę twarzy miał poznaczoną potężnymi bliznami. Przy oku widać było nawet biel czaszki.
- Co potrafisz? - odezwał się. - Czego nie umiesz? Co możesz mi zaoferować w zamian za naukę? - ostatnie słowa wyrzucił z siebie z gardłowym warknięciem, upodabniającym jego głos do szczeknięcia. Tyle dobrego, że od razu przeszedł do konkretów. Pytał jednak nie tylko w czym konkretnie miałby pomóc albinosce, ale także co Michelle mogłaby mu zaoferować w zamian.
Przywrócony post z 23.10.2018

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden (02,15,1999)

Nawet mimo późnej pory, zastraszających ilości śniegu przykrywającego praktycznie wszystko dokoła oraz wszechobecnego mroku Kubota Garden prezentował się imponująco. Inaczej, niż pozostałe parki i lasy, które znajdowały się w Seattle. Cały teren, choć oczywiście był otwarty i można było swobodnie po nim spacerować, odgradzał się od reszty miasta solidnie wyglądającym murem porośniętym w wielu miejscach bluszczem czy innymi, podobnie wyglądającymi roślinami oraz nieskończoną ścianą drzew.
Te zaś, tak bardzo typowe i standardowe dla tej części kraju, były tylko częścią flory - gdzie bowiem Michelle nie spojrzała, tam mogła dostrzec rośliny, które znacznie bardzo pasowałyby do jakiegoś egzotycznego, azjatyckiego kraju niż miasta na północnym zachodzie Stanów. Karłowate jodełki i sosenki, bambusy sięgające ku niebu, klony o suchy, krwawych liściach, potężne krzewy i krzaki były wszędzie. Miejsce piękne, bez wątpienia. I z pewnością równie groźne, w końcu to był teren wampira.
Lou Sawyer musiał gdzieś tu być. Zgodnie z wiadomością, jaką przekazał albinosce, tutaj mieli się spotkać lecz póki co młoda nieumarła nie widziała nic, co by wskazywało na obecność kogokolwiek innego. Na śniegu widniały tylko ślady opon jej samochodu oraz jej płytkie, drobne wgniecenia podeszew jej butów. Chociaż w sumie to tak za kilka, kilkanaście minut opadający puch pewnie wszystko przykryje, więc może Lou już tu był, ale trwał teraz w bezruchu, obserwując tak jak obserwowała okolicę Michelle?
Nie byli żywi. Niska temperatura im nie przeszkadzała. Mroźny wiatr przenikający do kości tak samo, podobnie jak panująca ciemność.
- Michelle. - gardłowy głos rozległ się nagle gdzieś z mroku, po prawej stronie nieumarłej. - Zgadza się? - warknął mężczyzna, wychodząc zza całkiem urokliwego, rozłożystego krzewu. Przez albinoską stał zgarbiony, dość brzydki facet w ubraniu, które z pewnością nie było pierwszej świeżości. Stara, postrzępiona kurtka z kapturem wyglądała jak wyciągnięta ze śmietnika; szerokie spodnie miały liczne przetarcia a dziury, a stopy zdobiły masywne, brudne od nie wiadomo czego buciory. Twarzy nie było widać w ogóle; chroniły ją fałdy kaptura i panująca dokoła ciemność.

Image
Przywrócony post z 23.10.2018

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście [02.15.1999]

Image Image Image Image
Głośno. Gwarno. Hałaśliwie. Chaotycznie, nawet. W tym szaleństwie była jednak metoda - gdzie nie spojrzeć, tam można było dostrzec grupki wampirów. Nieumarli dyskutowali, słuchali muzyki, delektowali się vitae, które sądząc po krążącym po foyer delikatnym aromacie posoki, było przedniej jakości. Dla kogoś, kto nie pochodził z Seattle, nie był stąd, Spokrewnieni mogli stanowić tylko dziwaczną zbieraninę, nie do rozróżnienia. Jeśli jednak ktoś choćby odrobinę orientował się w nieumarłym świecie i ostatnich wydarzeniach, które nim targały... cóż, wystarczyło tylko parę chwil, by poczuć się w Elizjum jak u siebie.
Wypatrzenie stałych bywalców Moore Theatre nie stanowiło problemu.
Czarnoskóry mężczyzna o twarzy przeciętej paskudną szramą musiał być Primogenem. Jego zachowanie bezsprzecznie temu dowodziło; podobnie siedząca obok niego, urocza dziewczyna. Emanowała spokojem, ba, wyglądała jak po prostu żywa i trochę znudzona dziewucha, a coś takiego mówi bardzo wiele o wampirze. Dalej była nie mniej urodziwa, choć zdecydowanie bardziej otwarta i bezpośrednio Spokrewniona, jawnie flirtująca z jakimś niczego niepodejrzewającym biedakiem. Kawałek dalej wysoki mężczyzna wyszedł z jednego z pomieszczeń na tyłach foyer; z miejsca zauważył Leopolda i pospieszył w jego kierunku.
Było jednak coś jeszcze, coś nienamacalnego, acz wiszącego w powietrzu niczym ledwo dostrzegalna mgła. Gdzieś w głębi foyer kryła się osoba będąca niczym pełna zła latarnia, rozsyłająca dokoła ponure światło. Leopold mógł zauważyć na twarzach nielicznych nieumarłych grymasy, które jednoznacznie wskazywały właśnie na obecność "zła", jakkolwiek by to nie brzmiało dziwnie. Na szczęście nie było powodów do niepokoju, w końcu nie wybuchła panika, a Opiekun tegoż miejsca nie nadzorował ewakuacji czy też nie szukał winnego...
Chyba.
- Witaj w Moore. - zaczął wysoki mężczyzna o nieco odstających uszach, zatrzymując się w pół kroku przed Leopoldem. - Samuel Hook, Toreador i Opiekun tego miejsca. Wybacz takie bezpośrednie podejście z mojej strony, ale czasy są dość nieciekawe, a ja nie widziałem cię tu wcześniej, zatem... - przedstawił się i wyciągnął rękę na powitanie, czekając, aż tajemniczy jegomość wyjawi swe imię. W jednym Hook miał rację. Czasy istotnie nie były zbyt ciekawe; wojna z Sabatem to nie przelewki.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro [02.15.1999]

Image Image
W porównaniu do cichego i przytulnego wnętrza jednego z prywatnych pomieszczeń, udostępnianych na potrzeby Spokrewnionych, foyer było niemiłosiernie głośne. Głośna muzyka mieszała się z nieskończonym gwarem - nieumarli byli pogrążeni w swych rozmowach. Jedni rozmawiali głośniej, inni ciszej. Ktoś się śmiał, ktoś wygrażał i przeklinał, machając dla lepszego efektu pięścią (i cichaczem rozglądał się w poszukiwaniu Samuela, Opiekuna tegoż miejsca). Ktoś starał się sączyć w spokoju vitae, ktoś czytał gazetę i kiwał w zadumie głową.
Ale było coś jeszcze.
Coś, co początkowo było tylko gdzieś w tle, niczym irytujące bzyczenie muchy. Im dalej jednak Helena szła, tym coraz wyraźniejsze miała odczucie czystego, nieposkromionego zła - i nie była osamotniona. Spokrewnieni, których mijała w drodze do stolika również odczuwali coś takiego. Wydawali się być spięci, zestresowani, może nawet wkurzeni, ale nikt nie wiedział zbyt dokładnie co jest powodem takiego zachowania. Tyle w tym było dobrego, że Ainsworth mogła zająć jeden stolik tylko i wyłącznie dla siebie.
Kawałek dalej siedziała jedna z Ogarów Szeryfa, Malkavianka Sierra Baxter, flirtująca z jakimś biedakiem. Obok był bliżej nieznany nieumarły z potężną brodą i ponurą twarzą; towarzyszyła mu Elena Horthy. Bywała na salonach, można powiedzieć, chyba każdy kto parę razy odwiedził Elizjum mógł ją kojarzyć. Primogeni klanów Gangrel i Toreador obecni wysłuchiwali nieskończonej tyrady jakiegoś długowłosego mężczyzny z elegancką - fikuśnie wręcz - przyciętą bródką. Kimkolwiek on był, to Moses Reeves, czarnoskóry Gangrel, słuchał go z powagą i troską wymalowanymi na twarzy. Elsie Page natomiast wydawała się być trochę stałszona, bo choć słuchała, to nie odezwała się ani razu - rozglądała się za to foyer, szukając najwyraźniej swej Harpii.
Williama nie było nigdzie widać. Był za to ktoś inny, równie przykuwający wzrok... zwłaszcza wzrok Toreadorów (ci bowiem spoglądali w stronę tego Spokrewnionego z zachwytem) i nielicznych Gangreli oraz Brujah (ci zaś patrzyli z irytacją czy wręcz odrazą).

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne [02.15.1999]

Image
Image
Thomas Walker poprosił. Stanowczo i konkretnie. Gdyby coś takiego wyszło jednakże z ust Wspólniku, lub o zgrozo, kogoś kto dopiero od niedawna stawiał swe kroki w tym mrocznym i krwawym świecie, to marny byłby los takiego Spokrewnionego. Danielle uśmiechnęła się delikatnie, słysząc "pięć minut" i skinęła lekko głową. Założyła nogę na nogę i rozsiadła się wygodniej, czekając, aż wszyscy pozostali opuszczą jedno z prywatnych pomieszczeń w teatrze. Moore Theatre, a zatem i Elizjum w nim ukryte, był częścią Camarilli.
Wampiry mogły się tutaj czuć jak u siebie.
Shaw odprowadziła wzrokiem Markizę Ainsworth i dopiero potem przeniosła swoje spojrzenie na ostatnią dwójkę. Doskonale wiedziała, o co chodzi Joshowi, dlatego też wymownie spojrzała na młodziutką i cichutką Chloe. Snow miała przed sobą bardzo, bardzo ciężkie nieżycie, ale jeśli nie popełni żadnego błędu, zarówno ona, jak i Hunter mogą osiągnąć zysk. Ale jaki to będzie zysk, to już zupełnie inna sprawa. Harpia przymknęła na moment oczy.
- Wspólniku Hunter. - zaczęła. - Proszę się o nic nie martwić. Zajmę się wszystkim.- stwierdziła po krótkim namyśle, znacznie mocniej akcentując ostatnie, wypowiedziane słowo. Czasu nie miała wcale tak dużo, świt zbliżał się wielkimi krokami, sporo spraw było do przedyskutowania i przedstawienia, musiała więc podjąć jakąś decyzję. A widząc, że Hunter i Snow zaczynają się niecierpliwić czy też spieszyć, zrobiła to, co zrobiła. Dopiero potem zwróciła się do Thomasa, gdy zostali sami. Gdy drzwi zamknęły się za Joshem i Chloe.
- Słucham zatem, Brygadzisto. - odparła cicho, stukając palcami w kolano zgodnie z cichym, zduszonym rytmem muzyki dobiegającym zza ścian.

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School (02,15,1999)

Image
Image
Parker wydawał się nie do końca rozumieć o czym rozmawiali Nosferatu, ale nie zgłębiał tematu. Nie był od tego, bo chociaż nie należał do głupich czy nierozgarniętych, to największą jego zaletą nie był rozum ani zdolność analizowania najdrobniejszych detali, tylko zwyczajna para w łapie. Był od tego, by pojawić się i zrobić przysłowiowy rozpierdziel. Pokręcił tylko głową, nie wnikając w szczegóły. Uśmiechnął się na pożegnanie i już-już miał wyjść ze szkolnej piwnicy, gdy zatrzymał się przy gablotce ze zdjęciami.
Trwał tam przez moment, aż w końcu wyłamał zamek i zabrał parę fotografii. Wcisnął je do kieszeni i niespiesznie ruszył w stronę schodów prowadzących na parter, stamtąd zaś - udał się prosto do wyjścia z budynku. Wyszli, zostawiając za sobą pusty i ponury gmach szkoły. Nikt nie powinien wiedzieć, co się właściwie stało w murach Roosevelt High; Camarilla zatarła ślady swej bytności, Sabat zaś niechętnie będzie mówił o porażce, jaka dotknęła tę sektę. Jedynie personel i, ewentualnie, część uczniów mogą coś podejrzewać, coś wyczuwać, ale nie jest to nic, czym należałoby się przejmować. Chyba, że chodzi o potencjalnego strzelca, który zdeponował mały arsenał w szafce.
On się naprawdę zdziwi.
[wszyscy opuścili temat-lokację?]
Przywrócony post z 24.10.2018

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School (02,15,1999)

Image
Image
Byli bezpieczni. Przynajmniej w teorii, bo cholera wie, co tak naprawdę może planować Sabat. Równie dobrze Marcus Welch mógł właśnie zbierać siły i szykować się na uderzenie celem zrównania dzielnicy z ziemią czyniąc niejako powtórkę z Kartaginy, jak i mieć kompletnie gdzieś teren szkoły oraz wampiry znajdujące się w środku wampiry. Szeryf tylko skinął głową, pozwalając Nosferatu sprawdzić nieco dokładniej Roosevelt High School; sam także nie pozostał bierny i zaczął przeszukiwać magazyn, szukając czegokolwiek, co mogłoby pomóc w nadchodzących nocach. Niestety, za wiele tego nie było, jedynie same śmieci i drobiazgi, które nie miały żadnej wielkiej wartości. Trochę gazet, trochę książek, trochę zeszytów - bez wątpienia skradzionych z szafek, klas i biblioteki. Kilka śmieci z szafki szkolnej pielęgniarki. Czyjś strój na wf. Puste worki po plazmie, skrawki papieru z przekreślonymi numerami telefonów, tego typu rzeczy. Nic wartego prawdziwej acuwagi.
Obrzydliwy chlupot, donośny dźwięk kłapania masywnych szczęk oraz krótkie, wilgotne trzaski łamanych i miażdżonych kości oznajmiały wszem i wobec, że monstrualny pupilek Randy'ego przybył i właśnie zajadał się jednym z ciał pozostawionych w szkolnych piwnicach. Szeryf Parker uśmiechnął się tylko, słysząc te paskudne dźwięki; był to w końcu dowód, że kanały pod szkołą są czyste, bo zwierzę bez wątpienia podzieliłoby się ewentualnymi problemami i zagrożeniami. Tak, cała ta koteria mogła sobie pozwolić na zasłużony odpoczynek.
Parker przez chwilę przyglądał się swojej komórce. Telefon był już spalony, Sabat znał jego numer, cholera jedna wie, do czego został naprawdę wykorzystany. Gangrel z łatwością zgniótł aparat i, rozglądając się w poszukiwaniu miejsca do pozbycia się szczątków, wybrał kanały. Albo krokodyl zeżre resztkę telefonu, albo potrzaskana komórka spłynie ściekami gdzieś daleko. Kwiatuszek - po krótkiej wędrówce przez szkołę i wizycie w gabinecie dyrektora oraz ewentualnym załamywaniu rąk nad stanem jego komputera - wywołał natomiast lekkie zdziwienie na twarzy Szeryfa. Nosferatu się zmienił i z paskudy, która u co mniej wytrzymałych osób mogła powodować wymioty przeistoczył się w całkiem zacnego chłopaka.
Dopiero po dłuższej chwili Parker zabrał głos, ale mówił powoli, ostrożnie, rozważając wszystkie możliwe "za" i "przeciw".
- Kopie map i wszystkiego co znaleźliście na dysku twardym roześlijcie do Harpii, do Primogenów i do Jane przede wszystkim. Rozważam zastawienie pułapki na Marcusa, ale równie dobrze moglibyśmy w ogóle go zostawić w spokoju, niech się kisi we własnej zgryzocie i furii. Prędzej czy później popełni jakiś błąd. - to było chyba najlepsze możliwe wyjście. Zamiast zbędnego ryzyka można po prostu zostawić furiata samego sobie. Kto wie, może zjedzą go wilkołaki, których w Dżungli nie brakuje?
Parker podszedł raz jeszcze do zejścia do ścieków. Krokodyl rozchlapywał brudną i śmierdzącą wodę ogonem jak jakiś przerośnięty, pokryty łuskami szczeniak.
- Skupmy się na Harbor Island póki, okej? Kooperacja i zabezpieczenia są bardzo ważne, zwłaszcza po tym, czego doświadczyliśmy tutaj. Masz wolną rękę, rób, co uważasz za słuszne. A, jeszcze coś... Charlie jeszcze dziś przed świtem albo jutro po zachodzie słońca będzie dzwonić w sprawie sprzętu, o który prosiłeś. Trochę się załamał, jak to ma w zwyczaju, ale Jane ustawiła go jak trzeba. A teraz... spieprzajmy stąd. Mało czasu zostało zanim wzejdzie słońce. - Gangrel rozważał chyba opuszczenie szkoły drogą podziemną, kanałami, ale ostatecznie dał sobie z tym spokój. Pokręcił tylko głową i ruszył niespiesznie w stronę "normalnego" wyjścia.
Przywrócony post z 23.10.2018

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School (02,15,1999)

Image
Image
Nosferatu prowadzili bardzo ryzykowną grę.
Szeryf Parker nie wiedział co prawda, jaki dokładnie plan mają te dwie paskudy, ale ufał im. To znaczy ufał w granicach zdrowego rozsądku, bo jedyne, czego można było być absolutnie pewnym w przypadku Nosferatu, to lojalność względem klanu i siebie nawzajem. Wszystko inne było na dalszym planie. A sekty? No były. I tyle, równie dobrze mogły istnieć dziesiątkami, jak i w ogóle mogłoby ich nie być. Uśmiech na twarzy czarnoskórego zamarł, gdy z gnijących ust Kwiatuszka padła wzmianka o "wyspie". To, że na Harbor Island krył się Sabat, było oczywiste. Nikt nawet tego nie poddawał w wątpliwość. Co więcej, Nosferatu byli na Harbor Island i orientowali się co i jak. To jednak, jak dalej potoczy się ta rozmowa, było jedną wielką niewiadomą - słowa tych nieumarłych mogły nie tyle wkurzyć, co po prostu przerazić Spokrewnionego z wrogiej sekty.
Wystarczy powiedzieć jedno słowo za dużo lub za mało, by wszystko szlag trafił. Szeryf szepnął coś pod nosem, tak cicho, by "Biskup" się nie zorientował. Nosferatu jednak słyszeli rozmyślania Parkera na temat obecności kogoś, kto przede wszystkim potrafił posługiwać się językiem. "Ventrue albo Toreador", mruczał do siebie, "przydałby się ktoś kto zarabia na nieżycie gadką przede wszystkim", kręcił głową, przeczuwając najgorsze. Cóż, wiele się nie pomylił. Rozmówca znowu wybuchł. Z głośniczka telefonu, pośród trzasków i zgrzytów powodowanych nieludzkim wrzaskiem wściekłości, dało się wyłuskać tylko kilka przekleństw.
Gangrel przymknął oczy.
- ...bezzębne larwy, marnotrawstwo vitae, kurwy niegodne ciemności z której zostały zrodzone! - krzyczał i krzyczał, dając upust swym emocjom. - Kłamiesz! Kłamiecie! To wszystko to kłamstwa! Puste, warte tyle samo co wasze marne żywoty słowa! Vaulderie są zbyt potężne, by można je było złamać, każdy pieprzony nieumarlak który pojawił się na wyspie został sprawdzony! - wydzierał się bez końca, ale w jego głosie zaczęła też pojawiać się panika. Paranoja może nawet, nie jest to wykluczone. Wzmianka o rytuale, tak przecież oczywistym dla każdej sfory i watahy Sabatu, nie pojawiła się bez powodu.
Rozmówca na moment ucichł. Z komórki wydobywał się tylko monotonny szum biednego głośniczka, torturowanego wrzaskami wkurzonego wampira. Połączenie nie zostało oczywiście przerwane, nic z tych rzeczy, po prostu Spokrewniony zamilkł na trochę. Gdy zaś odzyskał głos, wściekłość coraz bardziej ustępowała miejsca panice. Najzwyklejszej, ludzkiej panice, która tak bardzo nie pasuje do bytów istniejących tuż obok ludzkości od początków jej istnienia.
- Nie macie pojęcia, z kim zadarliście, parszywe psy, a gdy nadejdą Ostatnie Noce, przyjdziecie na kolanach skamląc o litość i łaskę, do cholery! Oddacie mi wszystko, coście znaleźli w Roosevelt, a ja nie zniszczę waszych żałosnych linii krwi! O nie, zrobię coś znacznie, znacznie bardziej bolesnego, a wy staniecie się wtedy czymś gorszym niż larwy, którymi już jesteście! Dobijemy targu, tak, zapłacimy wysoką cenę, ale wy, jak przystało na pieprzonych, zuchwałych żółtodziobów o krwi będącej szczynami, zapłacicie jeszcze wyższą! Przysięgam na moje nazwisko! Marcus Welch dotrzymuje słowa, wy kurwie syny! Do zobaczenia w Dżungli... o ile tam dotrzecie. - głośniczek znowu zaczął trzeszczeć, gdy znany już z imienia i nazwiska Spokrewniony zaczął rzucać groźbami oraz zobowiązując się do "spotkania", celem dokonania wymiany czy o co tak naprawdę chodziło w obecnej sytuacji. A potem coś głośno zgrzytnęło i rozległ się głuchy sygnał oznaczający zerwanie połączenia.
- Wkurzyliście pana Marcusa, moje gratulacje, a teraz wynosimy się stąd. - zabrał w końcu głos Szeryf, na powrót się uśmiechając. Poznali imię i nazwisko tajemniczego wampira. Sprowokowali go do wyjścia z bezpiecznej nory i udania się do Dżungli (aczkolwiek to była jego wola). Zasiali ziarno niepewności i paniki, które być może przerodzi się coś znacznie większego i groźniejszego. Sukces?
Przywrócony post z 19.10.2018

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School (02,15,1999)

Image
Image
"Kto tam?" było rzeczą tak głupiutką i kompletnie nie śmieszną, że Parker po prostu nie mógł się nie uśmiechnąć. Wyszczerzył kły, rozbawiony. Chyba rozumował podobnie jak Kwiatuszek; z kimkolwiek rozmawiali, byli bezpiecznie. Mieli przewagę chyba pod każdym względem, głupotą byłoby jednak ryzykować wszystko. Szeryf co i rusz spoglądał w stronę drzwi prowadzących zarówno do ścieków, jak i do wyjścia na korytarz, gotów zareagować gdyby zaszła taka potrzeba. Przysłuchiwał się zatem rozmowie, ale nie brał w niej aktywnego udziału. Drobne żarciki stanowiły przeszłość.
- Co wy sobie za żarty robicie?! - wrzasnął głos z telefonu Parkera. - Wy pieprzone larwy! Targować się będziecie?! Ze mną?! Miecz Kaina zetnie wam te parszywe łby za takie zuchwalstwo! My bierzemy, co nam się należy, a ochłapy rzucamy psom! - wydzierał się dalej, ale nie mówił nic, co mogło by mieć jakąkolwiek wartość. Ot, darł mordę jak, nie przymierzając, pierwszy lepszy Brujah. Czy było jednak coś, co odróżniało go od Krzykaczy?
Czy to był faktycznie Brujah? Czy może Ventrue? Albo Lasombra? Lub Tzimisce?
- Chcesz, Kleszczu, wiedzieć ile jestem w stanie dać? - odparł nieznacznie tylko spokojniejszym głosem, aczkolwiek wszyscy zgromadzeni doskonale słyszeli, że mówi zaciskając mocno szczęki. - Jestem w stanie wyrwać wam wszystkim kły i sprawić, że aż do samej Gehenny będziecie żłopać vitae szczurów przez słomkę! Zrównam miasto z ziemią, pogrążę ten świat w nieskończonym, straszliwym mroku, a moja zemsta was dosięgnie wszędzie! Klnę się na Ofélię, Gerard mi świadkiem, że wypuszczę na was... - urwał nagle, gwałtownie, tak, jakby w ostatniej chwili się powstrzymał. Ze słuchawki dobiegał tylko słaby szum i trzask zakłóceń, z którymi z trudem radził sobie maleńki głośniczek telefonu. Szeryf Parker ściągnął brwi i spojrzał wymownie na Kwiatuszka, po czym przeniósł zachęcający wzrok na Randy'ego.
Nic nie mówił, ale prosił, by White ciągnął temat dalej. Podszedł nawet bliżej i, ze skupioną twarzą, wpatrywał się w swój telefon komórkowy.
- ...że wypuszczę na was wszystkie plagi egipskie, jeśli będzie trzeba. - wyrzucił w końcu, chociaż było bardziej niż oczywiste, że chciał powiedzieć coś zupełnie innego. Powstrzymał się jednak być może w kluczowym momencie i zataił jakąś naprawdę ważną informację; z drugiej jednakże strony, Pan Wulgarny chyba w końcu zdał sobie sprawę, że samymi bluzgami i wrzaskiem za wiele nie zdziała.
Przywrócony post z 18.10.2018

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne [02.15.1999]

Image
Image
Spotkanie bezsprzecznie chyliło się ku końcowi.
Ventrue jak żaden inny klan potrafili prowadzić dyskusję na poziomie - nie było u nich miejsca na dzikie wrzaski i krzyki, na kłótnie i agresję. Każdy znał swoje miejsce i, zgodnie z przyjętymi prastarymi zasadami, wykładał przed innymi swój punkt widzenia. Komentował czyjś. Dzielił się uwagami, wnioskami, zażaleniami czy pomysłami i sugestiami. Wszystko odbywało się sprawnie, bez żadnych większych problemów i komplikacji. Nic więc dziwnego, że Shaw miała coraz lepszy humor (chociaż coś ukrywała, tego mogli być już wszyscy pewni, nawet młodziutka i niedoświadczona Chloe).
Harpia pokiwała kilka razy głową, słuchając rozmów pozostałych członków swego klanu. Nie wtrącała się, chociaż jako najważniejsza nieumarła ze wszystkich zgromadzonych w tym pomieszczeniu miała do tego prawo. Aczkolwiek raz otworzyła usta chcąc najwyraźniej zabrać głos. Szybko się jednak opanowała, pokręciła głową i rozsiadła wygodniej, pozwalając, by rozmowy toczyły się dalej. Dopiero potem skinęła głową i zabrała głos.
- Zacznę od panny Snow. - oznajmiła. - Cieszy mnie twój zapał i chęć pomocy. Duma i pewność siebie oraz przekonanie o własnych umiejętnościach i chęć udowodnienia, że naprawdę są wyjątkowe bardzo pasuje do Arystokratów. Jeśli Wspólnik Hunter nie będzie miał nic przeciwko, choćby i dzisiejszej nocy będziesz mogła odwiedzić redakcję Times'a by na tamtejszych komputerach pokazać, co potrafisz. Przygotowanie odpowiedniego miejsca i sprzętu trochę jednak trwa i niewykluczone, że będę musiała się porozumieć z Percivalem celem uzyskania odpowiedniego, sprzętowego i logistycznego wsparcia... Kwiatuszek może się zgodzi... - urwała, zamyślona, unosząc dłoń do twarzy. Przyłożyła szczupłe palce do paliczka i postukała nimi przez moment, zastanawiając się nad czymś przez upiornie długą chwilę.
- No, ale nie będę was tym zadręczać. Skoro jednak o Nosferatu mowa, to Szczury odwiedziły już Harbor Island, Brygadzistko Ainsworth. To, co powiem, brzmieć będzie bardzo górnolotnie i wręcz wylewać będzie się patos, ale to dzięki ich odwadze i oddaniu wiemy lub też podejrzewamy, co się dzieje na terenie wyspy. Ponadto Alexader zaoferował wypad w tamte rejony, więc zainstalowanie kamer... lub też próba przejęcia tych istniejących już... nie powinno nastręczać problemów. W kwestii kamizelek, amunicji, hełmów i całej reszty tylko rozkładam ręce. Militaria to nie jest moja działka, na szczęście jest Primogen Burroughs i jeden z tych Brujah, którzy oderwani się od nas po upadku Księcia. - mówiąc o malkaviańskim gangsterze nie mogła się nie uśmiechnąć. Mina jednak trochę jej zrzedła, gdy wspomniała o Krzykaczach.
A mówiąc ściślej, o jednym z Brujah, który również mógł się znać na temacie uzbrojenia, pancerza i całej reszcie militarystycznego świata, który najwyraźniej nie był mocną stroną Harpii...
- Jeśli to wszystko... - znów nie dokończyła. Pytanie zawiesiła w powietrzu, oczekując na jakikolwiek znak ze strony nieumarłych. Dyskusje można było prowadzić dalej, w końcu do świtu jeszcze trochę, ale równie dobrze można było spotkanie uznać za zakończone. Można było przejść do działania.
Przywrócony post z 22.10.2018

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School (02,15,1999)

Image
Image
Komórka dalej dzwoniła.
- Piskhup? - powtórzył zdezorientowany Szeryf. - Sądzisz, że to numer telefonu Biskupa Sabatu? - spytał po chwili, gdy w końcu zrozumiał co wypluwał z siebie Kwiatuszek. Jego zniekształcona morda nie sprzyjała komunikacji, niektórych słów w ogóle nie można było zrozumieć, inne zaś zdawały się brzmieć po prostu śmiesznie. Nie był to odseparowany przypadek, w końcu "ułomność", czy też klątwa klanu Szczurów była wyjątkowo. Dla przykładu, taki Mits w ogóle nie mógł mówić. Albo mógł, ale był sukinsynem i wszystkim oszukał.
Randy moment później wyciągnął po nią swoją szponiastą łapę i włączył tryb głośnomówiący, Parker zamilkł. Wcisnął masywne dłonie do kieszeni i niezbyt tęgą miną przysłuchiwał się rozmowie, ale co kilka chwil spoglądał w stronę wyjścia z magazynu. Oczywiste było, że Sabat wyśle tutaj przynajmniej kilku swoich przedstawicieli. Jedyną niewiadomą było to, kiedy w szkole lub w jej najbliższej okolicy pojawią się nieumarłe potwory.
- Wreszcie, ty pieprzony pastuchu! - z głośniczka telefonu wydobyło się donośne przekleństwo, nieznacznie tylko zniekształcone lichą siłą telefonu. - Ileż muszę czekać, larwo, aż w końcu odbierzesz?! Jesteś aż tak pustym i tępym, w łeb jebniętym szpadlem idiotą, by dzwonić do mnie z nieznanego numeru?! To, co było z ciebie najlepsze już dawno spłynęło po mordzie twego sire i wsiąkło w materac! Gadajże, czego kurwa ode mnie chcesz! Cailean jest zajęty! Jebie mnie, czy Willie i Manfred zostali zniszczeni, rozumiesz głupcze?! - Parker uniósł nieco brwi, zaskoczony takim wybuchem wściekłości i najzwyklejszą agresją skierowaną do rozmówcy.
- Nie sądzę, by to był Biskup. - rzucił pewnym głosem Szeryf, popełniając tym samym błąd. Z kimkolwiek rozmawiali, poprzez tryb głośnomówiący Randy włączył do rozmowy wszystkich, a więc dwóch Nosferatu i Gangrela. Rozmówca, domniemany "biskup", nie wydawał się zadowolony z faktu, że ktoś wątpi w jego wielkość. Szeryf przeszedł kilka kroków w stronę drzwi, do których czołgała się Malkavianka i po chwili wahania je otworzył. Ze środka buchnął smród ścieków.
- Kto to do kurwy nędzy powiedział?! Co za pieprzony parias o rzadkiej jak szczyny krwi... - głos urwał, a w tle słychać było trzask tłuczonego szkła. - Kim jesteś?! Przedstaw się, gdy ze mną rozmawiasz! Bernadette, ty autystyczna larwo, to ty?! - zaczął znowu wrzeszczeć, ale tym razem Kwiatuszek mógł wyczuć coś, co kryło się pomiędzy nieludzką furią. Coś, co można było uznać za żal, czy nawet zwyczajny smutek, ale głęboko przykryty agresją.

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School (02,15,1999)

Image
Image
Nabój był źle załadowany. Krzywo, czy coś takiego. Ewentualnie był wybrakowany. Niezbędna będzie ekspertyza kogoś, kto naprawdę zna się na broni - póki co Randy mógł stwierdzić tylko tyle, że strzelba nie wybuchnie mu w łapach. Niby jest to dobra wiadomość, ale jednocześnie Ithaca stała się tylko gustowną pałką. Niczym więcej, podobnie jak Malkavianka. Jej lawendowa aura była jak rozwiewający się z wolna dym. Lepszego potwierdzenia, że Spokrewniona została ostateczne zniszczona, nie można uzyskać. Nieumarła stanowiła teraz tylko kupkę popiołu, na pozór nie do odróżnienia od zwykłego kurzu i pyłu walającego się po brudnej posadzce szkolnego, piwnicznego magazynu.
Można więc powiedzieć, że - metaforycznie - kolejny nieprzyjaciel gryzł piach.
Parker zatrzymał się obok Randy'ego i Kwiatuszka, ciągle wkurzony, ale chyba nawet i zawstydzony, że dał się tak łatwo podejść. Nie wiedział jednak, że nie był sam; Nosferatu również znaleźli się pod wpływem Malkavianki, lecz w ich przypadku trwało to wszystko znacznie krócej. Bo czymże jest krótki kalejdoskop krwawych obrazów i słów w obcym języku, oraz wizja zakołkowania nieumarłej w porównaniu do transu Szeryfa? Gangrel wpadł tu pierwszy. Nie miał pojęcia, co go czeka. W starciu fizycznym jest zdolny rozszarpać chyba każdego, ale gdy w grę wchodzi subtelna zabawa umysłem i zmysłami...
- Dzięki. - odparł niskim głosem, stając obok Nosferatu. - Zdjęliście czterech... - powtórzył znacznie już spokojniejszym, rozluźnionym głosem. - Dobra robota, szepnę Jane parę słów na wasz temat. - podziękowania z ust jednego z ważniejszych wampirów w mieście to nie byle co, podobnie jak obietnica wstawienia się u Księcia. Kto wie, co się może wydarzyć potem... to nie jest w końcu pierwszy raz, gdy ta "grupa uderzeniowa" robi porządek. Wystarczyło zresztą spojrzeć na czarnoskórą, poważną i groźną twarz Szeryfa, by dostrzec w jego oczach coś, co było chyba dumą.
- Możecie odebrać. Śmiało. - dodał po chwili, lekko unosząc podbródek do góry. Wskazywał na swoją komórkę, ciągle drżącą w gnijących i rozpadających się łapskach Kwiatuszka. Wyświetlony tam numer nie był zapisany w pamięci - w sumie w telefonie było pięć numerów, z czego trzy Parker miał zapisane jako szybkie wybieranie: "Jane", "Eunika" oraz "Dr Green". Dwa kolejne były niezapisane. Na pierwszy nieumarła próbowała się dodzwonić kilka razy, bez powodzenia. Na drugi - "Jego Wysokości MW", patrząc na komórkę wcześniej zniszczonego wampira - Malkavianka wysłała szereg esemesów w ciągu ostatnich minut i wszystkie przedstawiały dość niepokojącą treść. Nie jest jednak wykluczone, że inne smsy usunęła, w końcu trochę już komórką Parkera bawiła...
"Roderick C. Barry nie odbiera. Dlaczego."
"Obiecał mi, że będzie odbierał zawsze."
"Chcę z nim porozmawiać, Roderick C. Barry obiecał. Na tym polega obietnica. Tak mi mówił."
"Willie i Manfred odeszli. Będę następna."
"Oni tu idą."

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School (02,15,1999)

Image
Image
Leżąca na brudnej, betonowej posadzce dziewczyna drgnęła. Był to pierwszy poważniejszy ruch, jaki wykonała odkąd strzelba Randy'ego urwała jej niemal połowę głowy. Malkavianka dalej się leczyła, korzystając z błogosławieństwem wzmocnionej, usprawnionej regeneracji płynącej z przeklętej krwi - rana była coraz mniejsza i coraz mniej dotkliwa. Nieumarła nie zamierzała jednak czekać, aż obrażenia się zaleczą, aż jej krew zrobi swoje. Z wielkim wysiłkiem przewrócił się na bok, następnie zaś upadła na twarz; kosmyki włosów szybko opadły, zasłaniając ziejącą w czaszce dziurę.
Wampirzyca zaczęła się czołgać.
Zmierzała do wyjścia; Nosferatu, skupieni na jak najszybszej eliminacji przeciwnika i nie znający tego pomieszczenia przeoczyli znajdujące się w odległym rogu kolejne drzwi. Zwykłe, drewniane, z metalowymi wzmocnieniami i symbolem oznaczającym ujście szkolnych rur do kanalizacji. Plan ciężko rannej - okaleczonej wręcz - był banalny. Dotrzeć do drzwi, uciec, ocalić skórę. Jedyną, ale jakże poważną przeszkodą, były wampiry z Camarilli. Randy, Kwiatuszek i John Parker, Szeryf, życzliwie kopnięty przez White'a (oficjalnie celem wybudzenia z transu). Podziałało.
Gangrel odstąpił w końcu od gablotki i z wyraźnym zdezorientowaniem na twarzy rozglądał się wokoło. Wyglądał na nie mniej zagubionego niż białowłosa, czołgająca się u stóp Nosferatu. Sięgnął od razu do kieszeni, po telefon komórkowy, by najpewniej poinformować wszystkich pozostałych z kim ma do czynienia. Gdy jednak jego dłoń natrafiła na pustą przestrzeń, w mig zrozumiał co się stało. I nie był zadowolony.
Zdusił na ustach jakieś przekleństwo, a nie często mu się to zdarzało. Zerknął prędko w stronę drzwi, przez które wszedł, a potem rzucił okiem w głąb magazynu, dostrzegając leżącą na posadzce dziewczynę. Twarz wykrzywił mu grymas zwierzęcej niemalże furii i wściekłości. Czarnoskóry nachylił się do przodu i ruszył przed siebie; początkowo wolno, jednak z każdym kolejnym krokiem przyspieszał, nie patrząc na nic. Stojące na jego drodze meble, skrzynie i pełne śmieci pudła, stare i niepotrzebne już szkolne wyposażenie nie stanowiło żadnej przeszkody. Drewno z trzaskiem pękało, metal nienaturalnie się wyginał, a papiery zaczęły fruwać, gdy Parker parł przed siebie niczym taran.
Najwyraźniej zamierzał zmiażdżyć nieumarłą, ale był daleko. Bardzo. Zanim dotrze do miejsca walki, minie kilka chwil, które muszą wykorzystać Szczury. Randy był pierwszy. Pociągnął za języczek spustowy, lecz Ithaca nie wypluła z siebie kolejnej porcji śmiercionośnego śrutu. Zamiast tego rozległo się tylko suche szczęknięcie, gdy iglica trafiła w pustą przestrzeń; czegoś takiego można się było spodziewać, w końcu to strzelba gówniarza, nie kogoś, kto naprawdę zna się na broni. Ithaca się zacięła. Pocisk nie został poprawnie załadowany lub, co gorsza, został poprawnie załadowany, ale sam w sobie nadawał się tylko do wyrzucenia.
Kwiatuszek, wkurzony jak nigdy, zaczął siekać nożem byle jak, na odwal. Oczywiste było, że postawił w tej sytuacji na ilość, nie na jakość i paradoksalnie to właśnie przeważyło o powodzeniu tej akcji. Ubranie z cichym, delikatnym szumem zostało rozpłatane, moment później zaś to samo spotkało jej skórę. Na bladym, alabastrowym niemalże ciele nieumarłej zaczęły się pojawiać linie cięć. Płytkie i głębokie. Krótkie i długie. Proste i krzywe, aż w końcu, po kolejnym już cięciu, ciało zamieniło się w szarawy proszek, osiadający na brudnej posadzce i na ostrzu noża.
Telefon dalej dzwonił. Ktokolwiek to był, nie odpuszczał i chciał za wszelką cenę porozumieć się ze zniszczoną już wampirzycą.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne [02.15.1999]

Image
Image
Shaw uważnie słuchała wypowiedzi Thomasa, kiwając lekko głową, gdy przedstawiał kolejne pomysły i sugestie, propozycje i plany. Z lekko uniesionymi brwiami chłonęła kolejne zdania wypowiadane przez Helenę, dumna i zadowolona z jej podejścia do nieumarłego życia. Z pogodnym uśmiechem na twarzy obserwowała Josha, tymczasowo wycofanego na rzecz jego podopiecznej; ta zaś pokazała się z naprawdę dobrej strony, o czym świadczył wspomniany już uśmiech na twarzy Harpii. Gdyby Chloe powiedziała coś nie tak, gdyby popełniła jakiś błąd, to i Hunter, i Snow z pewnością by to odczuli, a Walker i Aisnworth bez wątpienia dostrzegli by zmiany na twarzy nieumarłej plotkary.
Ale... po kolei.
- Dave wymaga odpowiedniego podejścia. - zaczęła, a uśmiech na moment zniknął jej z twarzy. - Primogen Burroughs, jak większość dzieci Malkava, jest dość... specyficzny. Brygadzista Everley z pewnością pomoże, ale warto by też odezwać się do Charlie'ego... Seneszal może udzielić kilku cennych rad. Plus jest jednak taki, że Dave może pomóc nam zaatakować Harbor Island od strony wody. Wtedy wszystko będzie wyglądało jak porachunki mafii. - zakończyła znacznie weselszym tonem, a gdy nawiązała do przestępczego półświatka, uśmiech powrócił na jej twarz. Potem jednak ostrzegawczo uniosło dłoń. Nie był to oczywiście żaden wulgarny ani nienawistny gest, ot, zwykła informacja, mająca na celu wsparcie i pomoc najbliższym. Bo Ventrue zgromadzeni w pokoju byli przecież najbliższą rodziną... byli jednym klanem.
- Nie wierz plotkom, Brygadzistko Ainsworth, kto jak kto, ale ja się na nich znam doskonale, a moje źródło nie kłamie. To, co mówią o Lasombra nie oddaje nawet w połowie grozy jaka wypływa z tego klanu. - Danielle Shaw chciała powiedzieć coś jeszcze. Naprawdę. Już otwierała usta, by podzielić się jakąś konkretniejszą informacją dotyczącą tego klanu, lecz gdy rzuciła okiem na Chloe, przygryzła wargę. Wolała przezornie milczeć, chociaż sporo ją to kosztowało. Może to i dobrze? Snow przeżyła już dużo, a zrzucenie na jej barki kolejnego ciężaru, w postaci panujących nad ciemnością potworów, nie wydawało się być rozsądne.
Przymknęła więc na chwilę oczy.
-Och, Jane. - stwierdziła w dość tajemniczy sposób Harpia, lekko potrząsając głową. - Widzicie? Ta młoda dziewczyna dopiero od niedawna jest częścią naszej Rodziny i chociaż brakuje jej... wiedzy i doświadczenia, mówiąc bardzo delikatnie, to jednakże potwierdza wszystko, co zostało dzisiaj powiedziane. Nawet dla takiego żółtodzioba jak ona pewne rzeczy są oczywiste. Pewnych spraw nie da się inaczej załatwić. Pewne problemy można rozwiązać tylko w jeden sposób. Panno Snow, drzwi redakcji są dla ciebie otwarte. - oznajmiła w końcu, spoglądając przelotnie na Helenę, Josha i Thomasa. Wzrok zatrzymała chwilę dłużej na Walkerze, do niego też wykonała ledwo zauważalny ruch głową.

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School

Image
Francuski? Łacina? Włoski? Coś takiego. Coś podobnego słyszał wizytując Yvonne, ale pewności Randy nie może mieć. Ciężko też powiedzieć, co i jak tak naprawdę zrobił Kwiatuszek. Kierując się w stronę lawendowej aury, przemieszczającej się na tyłach tego magazynu, sepleniący nieumarły dopiął swego. Gdy minął gimnastycznego kozła - z poobcieraną, brązową skórą i krzywymi trzema z czterech nóg - z nicości wyłoniła się sylwetka wampirzycy z Sabatu. Spacerowała powoli w kółko.
Była to drobniutka, chudziutka dziewczyna, przykryta grubym, szarym kocem, bez wątpienia spełniającym rolę jakiegoś płaszcza - duże, nienaturalnie jasne oczy miała rozszerzone w wyrazie niemej grozy i szoku. Spod szarego, włochatego koca wystawały kosmyki siwych, sięgających ramion włosów; nie były równo przycięte i można odnieść wrażenie, że nieumarła sama sobie zafundowała taką fryzurę pierwszymi lepszymi nożyczkami, jakie znalazła. Bardzo prawdopodobne jest też to, że sama przefarbowała sobie włosy na biały kolor, niemalże idealnie pasujący do jej jasnych oczu. Widać też było ciemniejsze pasemka tu i tam, ale nie dlatego, farba nie do końca wszystko pokrywała. Ciemna, brunatno-rdzawa barwa tych pasemek nasuwa oczywiste skojarzenia ze starą zaschniętą już posoką.
Nie ona pierwsza i nie ostatnia, która została ochlapana krwią. Celowo lub też nie.
Co więcej, w delikatnych dłoniach miała telefon komórkowy, bez wątpienia należący do Szeryfa. Stukała zawzięcie w klawisze, przelotnie spoglądając nadchodzącego Spokrewnionego. Plan Kwiatuszka był banalnie prosty i, zgodnie z wszelkimi prawa, wszystko powinno mu się udać. Widział doskonale, jak powala wampirzycę na ziemię, widział, jak ściąga z niej koc i rozszarpuje pozaciągany sweter i dżinsowe ogrodniczki, tu i ówdzie ciemne od starej, zakrzepłej już krwi. Widział, jak wbija kołek w jej bladą, chuderlawą pierś, paraliżując siwowłosą.
Prawda była jednak znacznie, znacznie gorsza. Kwiatuszek stał bez ruchu przed zakutaną w koc dziewuchą, kończącą właśnie pisać esemesa. Z chwilą, gdy wcisnęła przycisk "wyślij", głowa odskoczyła jej do tyłu, wraz z fragmentem kości, skóry i włosów. Malkavianka upadła na plecy, nie ruszając się po celnym postrzale ze strzelby. Randy znał się na swojej robocie, wiedział jak i gdzie trafiać, by bolało. Problem w tym, że taki strzał, morderczy dla śmiertelników, dla Spokrewnionych bywał niewystarczający. Dziewczynie brakowało teraz sporej części głowy, lecz - o zgrozo - tkanki powoli zaczynały wracać na swoje miejsca. Leczyła się. Regenerowała ciężką ranę, tak, jakby było to coś niezbyt przyjemnego, coś, co przeszkadzało jej w zabawie telefonem. Nosferatu i stojącego dalej, mamroczącego Szeryfa dalej uparcie ignorowała.
Parker tymczasem potrząsnął głową. Nie było już żadnych wątpliwości, że dosłownie sekundy dzieliły go od odzyskanie pełni władz umysłowych. Malkavianie w całym swym szaleństwie byli śmiertelnie niebezpieczni - nie dało się po prostu przewidzieć, co zrobią. Doświadczenie i potęga Parkera okazały się w tej chwili bez żadnych wartości; Nosferatu jednakże, wiedząc już z kim mają do czynienia, mogli znacznie lepiej przygotować się na nadchodzące starcie i oczekiwać na pomoc Gangrela.
Tym bardziej, że komórka Szeryfa zaczęła wibrować, a pęknięty ekranik rozjarzył się, prezentując nie zapisany w pamięci numer. Ktoś dzwonił.

Image

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście [02.15.1999]

Image
Image
Komentarz albinoski na temat Ruchu Anarchistów - tego konkretnego odłamu, z Seattle - wywołał szeroki uśmiech na twarzy Samuela. W przeciwieństwie do Mould, Hook mieszkał tutaj już kawał czasu i zdołał poznać i miasto, i zamieszkujących go Spokrewnionych, lecz w tym konkretnym przypadku po prostu musiał się z nią zgodzić. Tak, Anarchiści bywali nieprzewidywalni. Tak, nie stanowili w sumie wielkiego zagrożenia dla Camarilli, jeśli tylko zostawiło się ich w spokoju. Tak, teraz zaskoczyli wszystko, wyciągając doń rękę.
- Lou i Mits prędzej znajdą ciebie, Michelle, niż ty ich. - przeszedł od razu do rzeczy. - Lou Sawyer to Gangrel. Rzadko bywa w centrum miasta, przeważnie trzyma się na obrzeżach Seattle, ale wystarczy do niego zadzwonić i pogadać. Z tego co wiem, to teraz powinien siedzieć w swoim schronieniu i lizać rany po ostatnich walkach. Mits... nie wiem gdzie obecnie jest, ba, nie wiem nawet, czy mam jego aktualny numer telefonu, ale mniejsza z tym... Mits to Nosferatu. Małomówny typ od brudnej roboty, na którym można polegać. - Samuel streścił kim są ci dwaj nieumarli. Pierwszy z wampirów jawił się jako dziki weteran walk, któremu nie straszny żaden przeciwnik. Drugi wydawał się być kimś w rodzaju typa spod ciemnej gwiazdy, jakiegoś mafijnego mięśniaka, ale skoro Hook nie miał wobec niego żadnych większych zastrzeżeń...
Sięgnął do kieszeni po telefon komórkowy, w międzyczasie spoglądając w stronę Azjaty.
- Zapisz sobie oba numery. - polecił młodej albinosce, stukając z uśmiechem w klawisze, by wyszukać w pamięci komórki te dwie konkretne pozycje. Numer Lou podał jako pierwszy, bo to do niego nie miał wątpliwości i po prostu wiedział, że jest aktualny, aktywny. Telefon Mitsa stanowił jednak dla Samuela jedną, wielką niewiadomą, co w sumie nie powinno też dziwić. Nosferatu byli... szczególnym klanem. Informacje były najcenniejszą i jedną z najpotężniejszych broni.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście [02.15.1999]

Image
Image
Samuel przyglądał się w milczeniu młodej wampirzycy i dopiero po dłuższej chwili przeniósł wzrok na foyer - znów omiótł spojrzeniem stoliki i siedzących przy nich nieumarłych, lecz trwało to krótko. Bardzo krótko. Wykonywał swoje obowiązki, ale nie zamierzał przecież lekceważyć innych Spokrewnionych. Zresztą, oprócz Michelle musiał jeszcze pogadać z Beverly, bo było oczywiste, że ta upierdliwa dziewucha nie odpuści, dopóki nie usłyszy upragnionego "przepraszam". Hook potarł więc w zamyśleniu policzki.
- Rozumiem. - odezwał się w końcu. - Znalezienie odpowiedniego nauczyciela nie jest trudno, uwierz. Cholera, gdybym nie miał tyle na głowie to sam mógłbym cię nauczyć tego i owego... no, ale pomyślmy... - urwał, znów popadając w zadumę. Chciał pomóc albinosce, to pewne, ale pora nie była zbyt dobra. Konflikt, wspomniany przez Michelle, może i nie pojawił się nagle, ale dopiero teraz wybuchł z całą swoją siłą i przeklęta mocą. Wszyscy byli zajęci. Mniej, bardziej, ale byli. Hook nie zamierzał jednak zostawiać młodej Toreadorki na lodzie i już po chwili uśmiechnął się łagodnie.
- Ike, Nate, Zoe, Lindsey... Parker oczywiście odpada... Eunika i Sierra... Ivy też dawno nie widziałem... hm... Benny to zasługuje na kołek, a nie na miano nauczyciela... zostaje tylko... niech no pomyślę... Lou, Mits, Josh, albo Anarchiści z The Beaver Pub. - lista była długa. Bardzo, bardzo długa, ale jak się na całe szczęście okazało, Samuel po prostu starał się przypomnieć sobie każdego potencjalnego wampira, który by sprawdził się w roli nauczycieli dla nieśmiałej albinoski. Znaczną większość tych kandydatur z miejsca skreślił i, ostatecznie, zostały tylko cztery pozycje.
Lou, kimkolwiek by nie był. jednakże sposób, w jaki Samuel wymówił jego imię, świadczył o naprawdę wielkim szacunku, podobnie też w przypadku Mitsa. W jego przypadku aczkolwiek Toreador nie mógł się pozbyć szerokiego uśmiechu, co także było dość wymowne. Josh był akurat znany, więc nie trzeba było tutaj aż za wiele komentować, a Anarchiści... no, mówili sami za siebie. Wybór był duży. Może nawet zbyt duży.

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School (02,15,1999)

Nosferatu byli bez wątpienia jednym z pierwszych klanów - albo wręcz i pierwszym klanem - tak otwarcie i ochoczo korzystającym z współczesnej technologii. Nie chodzi oczywiście o SchreckNet, przyklejony do istniejącego przecież Internetu, ale o rzeczy tak proste, prozaiczna i zwyczajne, jak komunikacja. Randy i Kwiatuszek, idąc korytarzami w piwnicach pod szkołą Roosevelta, komunikowali się krótkimi wiadomościami tekstowymi. Esemesami. Parę prostych słów wystarczyło, by Spokrewniony wiedział tyle, ile było akurat niezbędne; zerknięcie na ekranik telefonu komórkowego nie było przecież rzeczą trudną ani czasochłonną.
W ten sposób właśnie przekazali sobie informacje o stanie Szeryfa.
"Popierdoliło go już chwilę temu", pisał Kwiatuszek, dając w ten sposób znać, że nie trzeba się w sumie obawiać o ewentualny atak z jego strony ani - co ważniejsze - nie trzeba się martwić o jego samopoczucie. Parker wydawał się być całkiem zadowolony, stojąc przed gablotką i mamrocząc nieskończony ciąg imion. Z każdą kolejną chwilą, którą Nosferatu spędzali na przeczesywaniu tego przepastnego i zagraconego magazynu, Szeryf robił jednakże coraz większe pauzy między kolejnymi wypowiadanymi imionami. Cokolwiek się z nim stało, nie będzie trwało wiecznie. Kto wie, może w ciągu paru kolejnych chwil czy wręcz w ciągu najbliższych minut otrząśnie się z tego transu?
Rzut ołówkiem okazał się dobrym pomysłem. Gangrel przestał na moment bawić się w nauczyciela sprawdzającego listę obecności, rozejrzał się półprzytomnie dokoła i, w końcu, odstąpił od gablotki. Kiwnął głową i zaczął raz jeszcze wypowiadać imiona, lecz tym razem wyraźnie się gubił. Mylił kolejność. Nie był pewien, czy w ogóle powinien coś takiego robić, a gdy wreszcie wypowiedział "Bernadette", zamilkł. Spoglądał to w stronę drzwi wejściowych, to w głąb magazynu, tak, jakby kogoś szukał.
Dobre i to.
Chociaż... czy aby na pewno? Kwiatuszek dostrzegał gdzieś dalej, w głębi magazynu, za regałami i pudłami, bardzo blady, lawendowy poblask, przemieszczający się niespiesznie z miejsca na miejsce. Ktoś tu był. Ktoś, kto podobnie jak Nosferatu, był w stanie ukryć swą obecność. A patrząc na aurę, jej blask, kolor, intensywność i całą resztę, bez wątpienia był to wampir. Spokrewniony. Sukinsyn, który - być może - odpowiadał za paskudny stan Szeryfa. A skoro o nim mowa, to niemalże w tej samej chwili, gdy lawendowa, blada chmurka zatrzymała się w miejscu, przed oczyma Randy'ego przeleciała seria obrazów, przedstawiających szkolne korytarze, pracownie i piwnice skąpane we krwi, którym towarzyszył całkiem miły dla ucha, kobiecy głos. Słów nie było sposób zrozumieć; to był obcy język.
Image

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście [02.15.1999]

Image
Image
Mało który wampir mógł znać wszystkich członków Rodziny. Jane Doe, jako Książę, oczywiście należała do tego wąskiego grona - z pewnością też przywódca Nosferatu, słynących przecież z talentu do zdobywania informacji. Również i Harpie mogli kojarzyć znakomitą większość wampirów, może nawet i wszystkich. Ale reszta? Pozostali, jak Michelle właśnie, czy choćby i Samuel, albo i Beverly? To tylko twarze w tłumie. Martwe twarze w równie martwym tłumie. Jedni z wielu. Przecież nawet za życia nikt nie znał wszystkich. Jedynie tych z najbliższego otoczenia, najbliższych...
- Nauczyciela? - spytał Samuel, marszcząc czoło. - W sensie mentora? Dla siebie? - uściślił, zadając parę prostych pytań. Chociaż Azjata przykuł jego uwagę, to słowa wypowiedziane przez albinoskę okazały się ważniejsze, niż jeden z wielu wampirów spędzających wieczór i noc w Elizjum. Te miejsce było przecież przeznaczone właśnie dla Spokrewnionych. Każdy mógł tu wejść (no, prawie, Brudny Mark był najlepszym na to dowodem) i spędzić miło czas. Musiał jednak istnieć jakiś powód, dla którego to właśnie ten nieumarły przykuł uwagę Opiekuna.
Ale nie było to teraz aż tak ważne.
- Życie... no, nieżycie w naszym przypadku... bywa najlepszym nauczycielem. Twoja sire należycie cię przygotowała, bo podstawy zupełnie wystarczą, trzeba je tylko dobrze zrozumieć, a potem uczyć się samemu. - rzekł filozoficznie, ciągle nie wiedząc, czy dobrze rozumiał. Mroczny i niebezpieczny świat, którego częścią była Michelle był naprawdę skomplikowany; ponadto wszyscy mieli swoje zmartwienia, problemy i zagwozdki. Kilka słów wypowiedzianych przez młodą, nieśmiałą Toreadorkę sprawiło jednak, że to właśnie ona była teraz w centrum uwagi Samuela. Azjata musiał poczekać.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne [02.15.1999]

Image
Image
Wampirzyca milczała. Chłonęła wypowiedzi trzech z czterech pozostałych nieumarłych niczym wyschnięta na wiór gąbka wodę. Czasem się uśmiechnęła szerzej, czasem uśmiech zanikał z jej twarzy, ustępując miejsca delikatnemu ściągnięciu brwi czy rozchyleniu warg w niemym wyrazie zadowolenia czy - o dziwo - dumy. Raz tylko przeniosła wzrok na Chloe, zagubioną i przerażoną dziewczynkę, nie mającą najmniejszego pojęcia co się wokoło niej działo. I chyba Danielle doskonale wiedziała, co się dzieje w jej głowie. Każdy wampir musiał przejść przez co podobnego.
Chyba.
Shaw oparła się wygodniej plecami i złączyła dłonie na kolanie, delikatnie ruszając przy tym nogą - być może robiła to w rytm stłumionej muzyki dobiegającej zza zamkniętych drzwi, aczkolwiek nie można też było wykluczyć tego, że po prostu dobrze się bawiła patrząc na towarzyszących jej Spokrewnionych, nie wiadomo. W końcu, gdy wszyscy już się wypowiedzieli i zapadła dość niezręczna cisza, Danielle skinęła lekko głową. Przestała też podrygiwać nogą do cichej, niewyraźnej muzyki. Ten gest mówił więcej, niż należało się spodziewać.
- Zatem... Brygadzisto Walker, Brygadzistko Ainsworth, jeżeli nie macie żadnych naglących spraw, po zakończeniu naszego spotkania udacie się prosto do Bobra i porozmawiacie z Sugar. Radzę już z miejsca powołać się na Wspólnika Huntera, albo wręcz wziąć ze sobą członka podległego wam gangu, celem lepszego wpasowania się do tamtejszej społeczności. Przyznam, że nie obserwowałam zbyt dokładnie przestępczej mapy i poczynania bandyckiego motłochu traktowałam dość pobieżnie, więc tutaj zdaję się na was. - mówiąc te słowa spoglądała na każdego z trzech wampirów. Snow litościwie pominęła; kto jak kto, ale Harpia doskonale wiedziała, że wysłanie wampira który dopiero od niedawna wstał z grobu do takiej mordowni jak The Angry Beaver w niczym by nie pomogło. Co więcej, Danielle miała chyba wobec niej (i, co za tym idzie, wobec Josha) jakieś konkretne plany.
- Kilku reporterów spoza Timesa jest mi winnych przysługę. Odezwę się do nich jak najszybciej, a jeżeli Nosferatu zajmą się szczurami, to postaram się także i zrobić coś w tym kierunku... musimy tylko uważać, by nie zwrócić zbyt wielkiej uwagi na Harbor Island. Gangi jednakże mogą posłużyć jako dywersja, odwrócenie uwagi od tej przeklętej wyspy i tego, co się będzie tam działo. Wspólniku Hunter, Brygadzisto Walker, w razie pytań bądź wątpliwości... czy nawet i w potrzebie... możecie do mnie dzwonić. - nie była zadufaną w sobie Ventrue, która ma kij w tyłku tak głęboko, że wychodzi ustami. No dobrze, może i była, ale teraz, podczas tej rozmowy, Danielle Shaw jawiła się jako osoba która wie czego chce, ale przede wszystkim wie, czego potrzeba miastu.
I prawdopodobnie dała właśnie tym wampirom błogosławieństwo do wszelkiego działania.
- Panno Snow. - dodała po chwili. - Jakieś sugestie? Pomysły? Opinie? Może panna zabrać głos, pozwalam. Czasami warto poznać spojrzenie najmłodszych, nie skalanych jeszcze Jyhadem, ciągle... żywych. - zakończyła w dość nieoczekiwany, być może nawet i tajemniczy sposób. Postawiła też obie stopy na podłodze i nachyliła się nieznacznie do przodu, omiatając spojrzeniem Thomasa, Helenę i Josha, zanim zatrzymała swój wzrok na Chloe właśnie.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście [02.15.1999]

Image
Image
Pyskata wampirzyca szybko streściła rozmowę w której - oprócz niej - udział brali też Samuel i Michelle. Za wiele szczegółów oczywiście nie mogła powiedzieć, bo i skąd, skoro przysłuchiwała się tylko drobnemu, mało mówiącemu fragmentowi dyskusji. Dołączyła do Toreadorów w mały wybredny sposób, oskarżając Hooka o to, że "jest kutasem", że pogonił jej kumpla i tyle. Co więcej mogła wiedzieć? Słyszeć? Nic. W Elizjum było przecież gwarno. Ktoś się śmiał, ktoś coraz głośniej i głośniej dopominał się swoich racji, większość Spokrewnionych rozmawiała w swoim własnym rytmie, nie zwracając zbyt wielkiej uwagi na to, co się dzieje dokoła.
Ale byli też inni.
Ci, którzy chciwie łowili każde wypowiedziane słowo, wypatrywali każdego, najmniejszego nawet gestu. Spiskujący, knujący, kombinujący nieumarli, nieustannie walczący w nieskończonym Jyhadzie. Tam był brodaty jegomość, z narastającą irytacją spoglądający w stronę Primogenów. Kawałek dalej była grupka czarnoskórych trupów, pogrążona w pijaństwie i zabawie - gdyby zamienić krew na piwo, pasowaliby do dowolnego pubu w mieście. A tam, przy samym barze, w rozmowie z jednym ze śmiertelnych ghuli, stał jakiś elegant w skórzanym płaszczu w kolorze czerwonego wina, o łysej, bladej czaszce i imponujących, sumiastych wąsach. Ot, wieczór jak każdy inny, a zarazem tak odmienny.
- Beverly jest dziwką. - rzucił luźno. - Hej, nie patrz tak na mnie, to sama prawda. Beverly pracuje jako prostytutka, w ten sposób poluje i się bawi. Zresztą, jest chyba jedyną z klanu Ravnos w Seattle, nie da się jej zrozumieć. To wolny duch, o, tak powiem, zna miasto w każdym razie i dość luźno traktuje nasze zasady. Póki ich otwarcie nie łamie, nikomu za bardzo nie przeszkadza. - wyjaśnił, zerkając raz czy dwa razy w stronę wspomnianej już nieumarłej. Wszystko zaczynało nabierać teraz sensu, przynajmniej w teorii. W praktyce jednak rodziło to jeszcze więcej pytań. Samuel chciał nawet powiedzieć coś więcej na ten temat, pociągnąć go dalej i wyjaśnić coś jeszcze, ale jego spojrzenie zatrzymało się na kolejnym z wampirów.
Siedział samotnie, przy stoliku niedaleko środka sali. Kieliszek z krwią był pełen i nie wyglądał, jakby w ogóle ubyła w nim choćby kropelka posoki. Sam mężczyzna - młody, o egzotycznych, azjatyckich rysach twarzy i nieco żółtawej cerze, w ciemnej bluzie z kapturem, w modnie postrzępionych dżinsach, z plecakiem typu kostka obok - nie wyróżniał się też za bardzo, poza faktem, że cały czas wgapiał się w ekran komórki.

Wyszukiwanie zaawansowane