Znaleziono 1163 wyniki

Re: The Angry Beaver Pub, sala główna 05/05/99

Image Image Image Image
Elizabeth Page zaśmiała się głośno.
Wstała od baru i, ujmując towarzyszącego jej mężczyznę pod ramię, poprowadziła go gdzieś w głąb sali. Michelle została sam na sam z Felicity, nieumarłą barmanką anarchistycznego odpowiednika Elizjum. Mogło być gorzej... chociaż Samuel pewnie by się tutaj doskonale czuł. Muzyka - głośna, hałaśliwa, wulgarna, z przesterowaną gitarą i wyraźnym basem - jakoś tak pasowała do jego gustu. I mógłby bez problemu rozmawiać z ludźmi, zarówno żywymi, jak i martwymi! Mould miała z tym trochę problemów... ale starała się jak mogła.
- Isaac to członek klubu motocyklowego Cretins, bandzior z tego malutkiego baru Fuse Box, regularnie zalewa się w trupa i wszczyna tam bójki. - zaczęła zarzucać Michelle informacjami, które może i dla kogoś obeznanego w środowisku byłyby ważne, ale dla albinoski mówiły tyle, co nic. - Wiesz, w stylu łobuz kocha najmocniej. Im częściej tu przyjeżdża, tym mam większe wrażenie, że naprawdę wpadłam mu w oko. To urocze. - mówiła dalej, z tym samym cudownie słodkim i absolutnie do niej nie pasującym uśmiechem.
- Pięciu chłopa trafiło do szpitala. Oficjalnie w stanie ciężkim, ale nieoficjalnie wiadomo, że to nie do końca prawda. Byli naćpani po same uszy vitae. - zakończyła szeptem, rozglądając się delikatnie na boki. Nie powiedziała nic konkretnego, nic, co mogłoby tak naprawdę narazić Maskaradę; ot, zasugerowała, że banda ćpunów rzuciła się na motocyklowy klub, dzieląc się przy okazji nazwą jakiegoś "narkotyku". Dla niewtajemniczonych brzmiało to wszystko jak zwyczajne porachunki gangów, rzecz normalna ostatnimi czasy w Seattle. Dla wąskie grona zainteresowanych był to jednak jasny komunikat: ghule (najprędzej ghule Sabatu) przecenili swoje możliwości.
A rozmowa dopiero się zaczynała...

Re: 2220 NW Market St, Old Ballard Sewers 05/05/99

Zimorodek otworzył i zamknął dziób, lecz nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Zatrzepotał skrzydłami i już po chwili wzbił się do lotu; pierwsze kilka metrów stanowiło dla niego nie lada problem, bo kanały to mimo wszystko bardzo ograniczona powierzchnia, ale w końcu złapał odpowiedni rytm i sunął tuż nad cuchnącą breją kanału. Chwilę później zniknął wampirowi z oczu, ale trzepot skrzydłem jeszcze przez jakiś czas odbijał się echem od wilgotnych ścian kanalizacji Seattle. Stallone sobie poradzi, ale niestety nie można tego było powiedzieć o kolejnym pupilku Nosferatu.
Van Damme był wielkim bydlakiem.
Dosłownie. Ten gad z trudem przecisnął się przez wejście do leża Radny'ego, a na widok nieprzytomnego chłopaka rozdziawił szeroko paszczę. Prezentowane kły i zębiska były w stanie przepołowić śmiertelnika na pół, ale monstrum tylko się witało w taki sposób. Co prawda gdy White cmoknął swego pupila, to jedno machnięcie ogonem uderzyło w ścianę i trochę zirytowało krokodyla, ale nie był to żaden poważny problem, ani nic takiego. Ot, drobna niedogodność, którą można zignorować.
A nawet trzeba, bo z chwilą, gdy Randy zabrał się do przeglądania papierów było jasne, że zajmie mu to bardzo, bardzo dużo czasu. Toreador był płodny jak jasna cholera. Ilość notatek i zapisków, jakie sporządził, naprawdę budziła podziw; zresztą Nosferatu już miał okazję się o tym przekonać. Podobnie jak wcześniej, także i teraz jego oczom ukazało się staranne i lekko pochyłe pismo. Najświeższe zapiski, czyli te pochodzące od połowy dziewiętnastego wieku do drugiej dekady wieku dwudziestego już znał w ogólnikach.
Hugh Gardner spędził w Afryce sporo czasu, jako jeden z wielu białych kolonizatorów - całkiem sporo miejsca poświęcił na opisanie zwyczajów i przesądów tamtejszej ludności, ze szczególnym wskazaniem na "zuchwałego", jak to sam Gardner określił, Tremera próbującego odkryć sekrety szamanów i innych mistyków, bez większego powodzenia. Wspominał też o plemionach skupionych wokoło kultu wężowego bożka i jego wysłanników, pojawiających się nagle, nocą, co aż nazbyt kojarzyło się z Setytami.
Niestety, w części poświęconej Afryce nie było już nic ciekawego czy interesującego, chyba, że ktoś ma ochotę na długie opisy afrykańskiej przyrody z przypisami dotyczącymi śmiertelników i ich nudnych żywotów. Co innego bliskowschodnie wędrówki szlakami apostołów, które, choć dość nudne z punktu widzenia współczesnego wampira, były dość intrygującym rozwinięciem Starego i Nowego Testamentu. Gardner starał się jak mógł, by odwiedzić wszystkie miejsca i porozmawiać z ludźmi tam żyjącymi. Liczył nawet na spotkanie potomków śmiertelników, którzy żyli w czasach apostolskich! Niestety, narastająca działalność Wielkiej Brytanii i Rosji szybko wykurzyła Toreadora z tamtejszych rejonów.
W Europie unikał większych skupisk Spokrewnionych.
Nie chciał, by ktokolwiek mu przeszkadzał, toteż mnóstwo czasu spędzał w bibliotekach i księgarniach, antykwariatach i szkołach, uniwersytetach i teatrach, chłonąc wiedzę - pomijając dziesiątki skrótów i setki inicjałów, natrafił na jeden z pierwszych egzemplarzy "Devil's Dictionary" pióra Ambrose'a Pierca oraz niekompletne "Die Philosophie des Als Ob" Valinghera w piwnicach szwajcarskiej biblioteki (w Szwajcarii zresztą wydał książkę dotyczącą wędrówek Jedwabnym Szlakiem).
W dziele Valinghera znalazł nawet wzmiankę o francuskiej, zakazanej przez kościół księdze skupionej wokół złotego króla i jego dworu; gdyby nie wybuch Wielkiej Wojny, jak sam to ujął, to spędziłby mnóstwo czasu we Francji poszukując "Le Rois en Jaune". Przezornie wycofał się do Nowego Świata, gdzie przez blisko dekadę wędrował wschodnim wybrzeżem i tamtejszymi miasteczkami, ignorując wielokrotne sugestie i prośby o zajęcie posady Primogena klanu w Providence, Bostonie, Bangor i Auguście. Czy zapiski Toreadora była fascynującą lekturą, ciężko powiedzieć.
Z jednej strony, pisał dużo. Bardzo dużo, na różne tematy, czasem nudne, czasem ciekawe. Używał skrótów, których znaczenie tylko jemu było znane. Z drugiej, gdzieś tutaj kryły się bezcenne informacje - trzeba je tylko wydostać. Ale właśnie na tym polega bycie Nosferatu... na zdobywaniu informacji, czyż nie?

Re: The Angry Beaver Pub, sala główna 05/05/99

Image Image Image Image
To była krew. Najzwyklejsza, chłodna krew, doskonale pasująca dla Bestii - Michelle czuła, jak ten mroczny i odrażający byt drży gdzieś na dnie jej duszy, czując zapach posoki. Alkoholu brakowało, oczywiście.
- To zależy, kogo uznajesz za ciekawego. - skwitowała barmanka, słuchając jednym uchem brodatego okularnika, burkliwym głosem proszącego o kufel piwa. - Virgil to wrzód na dupie, ma wybuchowy temperament i po prostu drze się na wszystko i na wszystkich, ale jest raczej w porządku. Dillon, to ten długowłosy koleś o mordzie jak nieszczęście, o tam, jest kimś w rodzaju prawej ręki Alexandra. Doradza mu, jeśli ma ochotę, ale ogólnie to się wycofał z życia już dawno temu. W Bobrze jesteście wy dwie, ja i Raul na zewnątrz, pyskaty gówniarz z LA. Uroczy jest na swój sposób... wszystkich pozostałych i naprawdę ciekawych wywiało. - wyjaśniła, nalewając piwo z nalewaka do szklanego kufla.
Trochę przesadziła z pianą, uśmiech na chwilę zniknął jej z ust, ale szybko naprawiła swój błąd. Błysnęła na moment ząbkami, wręczając brodaczowi kufel ociekający pianą. Zamilkła na kolejną chwilę, gdy z ulicy dobiegł potężny, acz nieco tylko stłumiony przez ściany i muzykę dźwięk silników motocykli. Albo ktoś przyjechał, albo właśnie odjeżdżał. Barmanka przez moment spoglądała w stronę drzwi, tak, jakby oczekiwała aż się otworzą - gdy to nie nastąpiło, a ryk silników zaczął się stopniowo oddalać, ponownie utkwiła swoje spojrzenie w albinosce.
- No i tak między nami, to Isaac Lamb z Cretins MC czasami tutaj bywa. - dodała po chwili, lekko zamyślona. - Z sentymentu, albo wpadłam mu w oko, nie wiem, nie wnikam. Fajnie jest posłuchać, jak marudzi na innych motocyklistów i ich kluby, to takie zabawne i dziecinne... jakby kłócili się o to, kto ma fajniejszą naszywkę na kurtce. Cretins, Sons of Gehenna, American Legion, Tacoma Ducks, Hells Angels, Gold Wing... nie mają pojęcia, co się dzieje dokoła. Ale wy wiecie, co się dzieje, no nie? - zakończyła konspiracyjnym szeptem, wspierając się na łokciach opartych o blat. Chyba polubiła Michelle, a na pewno darzyła ją cieplejszymi uczuciami niż obecną obok Elizabeth. Primogen doskonale wtapiała się w tło i jedyne mocny, czerwony kolor jej swetra, którego widoczny był tylko skrawek, zdradzał, że nie pasuje do The Angry Beaver Pub.
Mężczyzna, z którym rozmawiała, wydawał się być bardzo zauroczony Toreadorką.

Re: 2220 NW Market St, Old Ballard Sewers 05/05/99

Na ten moment chyba nic więcej się nie da zrobić.
Chłopak - młody włamywacz - był w histerii. Przerażony, spanikowany, roztrzęsiony i tak dalej, i tak dalej. Idealny materiał dla psychiatry, który chciałby poświęcić kilka, kilkanaście lat swego życia na ten jeden konkretny przypadek. Wszystko jednak zależy właśnie od śmiertelnika; czy zdoła wydostać się z kanałów, czy już na zawsze tutaj zostanie, jako pokarm wampira (i innych, wcale nie mniej przyjaznych istot. Chciał nawet coś powiedzieć, zapytać co dokładnie Randy ma na myśli poprzez te dziwne słowa, ale nie miał okazji.
Wrzasnął z odrazą, gdy White podsunął kubek prosto pod jego usta. Nie rzucał się jednak i nie miotał przerażony, tak, jakby doskonale zdawał sobie sprawę, co może mu grozić gdyby wytrącił bezcenną krew z martwej ręki Randy'ego. Trwał przez chwilę bez ruchu, wpatrując się zahipnotyzowany w vitae aż w końcu - gdy zerknął na zimorodka - podsunął kubek do ust. Z pewną dozą niepewności i lęku upił pierwszy łyk, potem drugi, aż wreszcie wszystko wypił. Zakrztusił sił i przez moment wyglądał, jakby miał wszystko zwrócić.
Na całe szczęście nie zwymiotował, chociaż zaczął znowu szlochać; kolejny raz krzyknął, gdy Nosferatu się na niego rzucił i posilił. Bestia chciała krwi, pragnęła jej i najchętniej to by od razu wyżłopała wszystko co tylko się da. Wampir również odczuwał przemożną chęć wyssania do cna śmiertelnika, zwłaszcza, że pierwszy szok minął i biedaczysko teraz tylko jęczało z przyjemności. Stallone zaśpiewał znowu i uderzył parę razy skrzydłami, tak, jakby cieszył się z całej ten sceny. Pani Patterson również się szeroko uśmiechała, tak, jakby chciała powitać kolejnego członka rodziny.
Rodziny, w skład której wchodziła ona smak, zimorodek, krokodyl i nieumarły potwór.

Re: 2220 NW Market St, Old Ballard Sewers 05/05/99

Nie było w tym nic dziwnego, że chłopak wyglądał i zachowywał się inaczej. W domku nad jeziorem miał przy sobie spluwę, wkoło byli jego kumple, a we wspomnianym domu czaił się tylko jakiś szurnięty chudzielec. Ofiara wampira była młoda, silna, zdrowa, w porównaniu do reszty ekipy względnie trzeźwa, spore znaczenie miała też spluwa. A teraz? Był związany w jakiejś norze. Siedział obok kościotrupa. Przed nim był wyjątkowo wkurzony ptak. I ktoś ciągle szeptał mu dziwne rzeczy wprost do uszu. Chyba każdy by się załamał i szczał ze strachu, mówiąc wprost.
Ale tak, potencjał był w tym młodzieńcu. Ogromny potencjał, który mogła wyzwolić przeklęta krew.
- Co? - spytał nieprzytomnym głosem. - Puścisz mnie? Proszę puść mnie! Wypuść mnie! Pomocy! Ratunku! - znów zaczął się wydzierać, a chwilę później Stallone dołączył do tej symfonii wrzasków. Na szczęście krzyki nie trwały zbyt długo, bo mimo całej histerii i paniki do uszu biedaka dotarły też inne słowa. Trochę trwało, zanim zrozumiał ich sens i znaczenie. Zaczął na nowo szlochać, aż w końcu zaczął się dusić od własnych łez, lecz i tym razem nie zajęło to zbyt wiele czasu. Bestia we wnętrzu Randy'ego mruczała niechętnie, przeczuwając, w jakim kierunku to wszystko zaczyna zmierza.
- Ale... przecież... - jęknął, gubiąc się już całkowicie. - Jeśli się zgodzę to mnie wypuścisz? - wypalił do zimorodka. Stallone pokiwał łebkiem i otworzył dziób, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Biedaczysko nie miał pojęcia, że ptaszyna z niego drwi. Nie wiedział, że po skosztowaniu krwi Nosferatu zostanie jego więźniem aż do samego końca. Swojego lub Randy'ego, to już bez znaczenia.

Re: 4216 Washington Ave W, Fort Lawton 05/05/99

Mark słuchał ze zmarszczonymi brwiami i zaciętym wyrazem twarzy. Niemal setka osób była praktycznie uwięziona w pociągu stojącym cholera jedna wie gdzie, otoczona przez policję i lekarzy czekała na... na cokolwiek. Na uśmiech losu, cud, coś co mogło by im pomóc w tej trudnej sytuacji. Dziennikarze radiowi nieśmiało przedstawiali pierwsze, niepotwierdzone jeszcze oficjalnie teorie - zamach terrorystyczny, zwykła choroba, wyciek gazu, nieświeże jedzenie i wiele, wiele innych "pomysłów" padło z anteny. Wybuchła nawet krótka kłótnia między dziennikarzem a gościem, przedstawicielem Amtrak Cascades.
Dla wampira brzmiało to wszystko oczywiście intrygująco, bo siłą rzeczy pojawiały się skojarzenia z toczoną od wieków wojną nieumarłych, Jyhadem. Mimo wszystko, chodziło tutaj o życie ludzi. Śmiertelników. Ich żywoty były warte tylko, co nic. Co innego Goodman; to był prosty człowiek. Żywy człowiek. Przejął się tym wszystkim choćby dlatego, że mógłby sam znaleźć się w podobnej sytuacji.
Milczał jednak.
Nie odzywał się przez całą audycję, ani po niej, gdy jego pan sięgnął po telefon komórkowy. Usiadł wygodniej i po chwili zaczął się bawić samochodowym radiem. Pierwszą rzeczą jednak, którą zrobił, było przekręcenie gałki odpowiedzialnej za głośność do absolutnego minimum. Nie zamierzał przeszkadzać wampirowi w rozmowie, dlatego po kilku chwilach zadowolił się stacją emitującą rap i hiphop. Prezenter o basowym, ochrypniętym głosie zapowiedział właśnie kolejny utwór: "My Name Is" Eminema. Goodman kiwnął głową do radia, wsłuchując się w pierwsze dźwięki.

Re: The Angry Beaver Pub, sala główna 05/05/99

Image Image Image Image
"Przynajmniej się nie świecę", powiedziała albinoska.
Żart był suchy, godny jakiegoś Nosferatu śmieszkującego na internetowych forach, ale w sumie był prawdziwy. I, co ważniejsze, spodobał się Felicity. Barmanka o uśmiechu, który z pewnością zawrócił w głowie wielu facetom, zaśmiała się krótko i szczerze. Kiwnęła głową, rozbawiona. Początek rozmowy - w ogóle początek wizyty w The Angry Beaver Pub - można było chyba uznać za udany. Elizabeth i Michelle co prawda nie do końca pasowały do tego hałaśliwego, cuchnącego specyficzną mieszanką potu, alkoholu i kawy miejsca, ale nie zostały wyrzucone. A to już coś!
- Elsie, zgadza się. - odparła spokojnie Primogen. - Nie masz nic przeciwko, że sobie tu posiedzimy? Pogadamy? Porozglądamy się i tak dalej? - spytała, na co barmanka tylko wzruszyła ramionami. Nie była to idealna odpowiedź na wspomniane pytanie, ale z całą pewnością nie była zła. I chyba Toreadorka też to zrozumiała, bo wyraźnie się rozluźniła; była doskonałą aktorką, chyba jako jedna z nielicznych wampirzyc w mieście potrafiła tak zręcznie manipulować swoimi emocjami i ukrywać te prawdziwe. Teraz Michelle naprawdę widziała, jak Primogen jej klanu się rozluźnia.
- Dla mnie możecie tu nawet zamieszkać, tylko nie róbcie burdelu jak ten sukinsyn Virgil. - rzuciła, wskazując niedbałym ruchem podróbka w głąb sali, gdzie awanturował się jeden z pozostałych wampirów. - Mamy świetne, prawdziwie Krwawe Mary, a tak trochę głupio siedzieć o suchym pysku. Chcecie? - skwitowała Felicity i nie czekając na odpowiedź odwróciła się by przygotować drinki. Moment później przed Michelle i przed Elizabeth pojawiły się dwie wąskie, wysokie szklanki, pełne krwisto czerwonego płynu. Barmanka rozmyślnie wyciągnięta z nich zielsko; miejsce zieleniny zajęły zielone słomki. Uśmiechnęła się i puściła oko do nieumarłych dziewczyn.
Primogen z pewnym wahaniem chwyciła swoją szklankę. Powąchała trunek i umoczyła usta, spijając pierwszy, nieduży łyk. Zadowolona z zawartości, która okazała się po prostu zwyczajną krwią, zaczęła rozmowę z siedzącym obok facetem w okularach i czapeczce z logo jakiejś drużyny koszykówki.

Re: Port of Seattle, nabrzeże 05/05/99

Wsparcie, o które przecież nie tak dawno prosił Joshua, było specami od brudnej roboty. Rodrigo pewnie bez żadnych problemów strzeliłby skrępowanemu więźniowi w potylicę albo między oczy, gdyby został o to poproszony lub taki otrzymał rozkaz. Jorge, nie pochodzący przecież stąd, pewnie zrobiłby swoje jeszcze szybciej i jeszcze sprawniej. Ale Josh? Joshua był prawdziwym potworem. Takim, który żłopie krew i można nim straszyć małe dzieci. Mimo to były pewne granice i tej jednej, konkretnej, jeszcze nie przekroczył.
Jeszcze nie...
- Jest spotkanie! - jęknął, bojąc się spojrzeć w twarz Rodrigo. - Pod mostem na I-90, wiesz, pod Baker! Mamy się stawić jak najszybciej! Proszę... - zakończył płaczliwie, na granicy szlochu. Wspomniany most nie do końca wpisywał się w standardowe miejsca spotkań El Monte Flores 13. Po pierwsze, to było gęsto zalesione zbocze Mount Baker. Po drugie, ruch był tam ogromny, praktycznie o każdej porze - to w sumie jednak droga wylotowa z Seattle w stronę Mercer Island i Belleuve po drugiej stronie jeziora Washington. Po trzecie, na podobnej wylotówce doszło właśnie do starcia gangów.
Ale może właśnie o to chodzi? Pod latarnią najciemniej i tak dalej, a patrząc na wystraszoną twarz Steve'a nie było wątpliwości, że biedak nie kłamie. Mówił prawdę, bo od tego zależało jego życie. Zamiast kłamać mógł równie dobrze napluć na buty Josha. Albo je obsikać, w końcu pęcherz i tak już się poddał. Rodrigo poklepał po przyjacielsku związanego gangstera, chcąc go uspokoić i trochę otrzeźwić. Gest był prosty, a uderzenia w policzki nie były wcale mocne; mimo to zadowalającego efektu nie było.
- Byłaby z niego dobra karta przetargowa. - zabrał głos Torres. - W stylu patrzcie, mamy waszego kablującego frajera, możemy go odstrzelić i oszczędzić wam problemów. - dodał weselszym głosem, widząc, jak Hunter sprawdza telefon komórkowy. Steve zbladł, przerażony.

Re: The Angry Beaver Pub, sala główna 05/05/99

Image Image Image Image
Primogen kiwnęła lekko głową, ale nie czekała na albinoskę. Pierwsza ruszyła do baru; mniej więcej w połowie drogi odwróciła się i spojrzała na Michelle, wtedy też zwolniła kroku i poczekała, aż dziewczyna do niej dołączy. Wsparła dłonie na biodrach, uśmiechnęła się szeroko - dla kogoś postronnego można było pomyśleć, że starsza siostra wyciągnęła młodszą do baru po praz pierwszy w życiu, albo coś takiego. Na pewno było to znacznie bardziej rzeczywiste, niż świadomość, że dwie wampirzyce odwiedziły pub pełen wampirów.
Parę osób zerkało z ciekawością na Mould.
Jej śnieżnobiała skóra przykuwała uwagę. Wyróżniała się na tle innych; zwłaszcza, że większość bywalców The Angry Beaver Pub wyglądała na mniej lub bardziej opalonych, czy śniadych nawet. Było też paru czarnoskórych. Michelle była więc - dosłownie - płatkiem śniegu - bo nawet ci, którzy mieli trochę bledszą cerę niż inni, i tak nie mogli się równać z tą młodą wampirzycą. Być może dlatego też barmanka szybko spławiła natrętnego klienta, odpędzając go dłonią niczym upierdliwą muchę. Z pięknym, słodkim uśmiechem na twarzy (który swoją drogą nijak nie pasował do mordowni w stylu baru i pubu), oparła się łokciami o blat i przekrzywiła nieznacznie głowę to w jedną, to w drugą stronę. Po chwil zmrużyła oczy, patrząc to na jedną, to na drugą wampirzycę. Słodki, ale i na swój dziwny sposób upiorny uśmiech nie schodził jej z twarzy.
- Ja cię chyba znam. - odezwała się cicho, tak, że jej głos był niemal niesłyszalny pośród gwaru rozmów i muzyki. - Z teatru w centrum? Bo ciebie to bym zapamiętała, bez urazy kochana, ale wyróżniasz się jak księżyc na nocnym niebie. - zwróciła się do Elizabeth Page, i do Michelle Mould, nie mówiąc nic konkretnego ani bezpośredniego, ale to wystarczyło. Bardzo wątpliwe, by jakiś śmiertelnik mógł kojarzyć tę Toreadorkę z tym konkretnym teatrem. Elsie uniosła tylko lekko ramiona, ale sądząc po jej niewzruszonej twarzy, nie chciała nic więcej mówić. Barmanka cofnęła się o krok. U szlufki dżinsowych spodni miała zaczepioną malutką zawieszkę z identyfikatorem.
Napis głosił "Hi, my name is FELICITY".
Z głębi sali dało się słyszeć głośny ciąg przekleństw, wulgaryzmów i bluzgów, a przy tym trochę tylko głośniejszy łoskot towarzyszący uderzaniu pięścią w ścianę. Niektórzy - w tym sama Primogen - odwrócili się i zaintrygowani spoglądali w kierunku źródła tego hałasu. Jeden z pozostałych wampirów, zakapior od rzutków, właśnie wściekle atakował ścianę bo przegrał. Barmanka Felicity pokręciła rozbawiona głową i machnęła ręką, prosząc w ten sposób wszystkich, by nie zwracali na szaleńca uwagi.

Re: 2220 NW Market St, Old Ballard Sewers 05/05/99

Gdy Randy zmienił miejsce, jego przyszła ofiara drgnęła przerażona. Zsunął się lekko z krzesła, wywołując tym samym kolejny, wściekły wrzask ptaka. Zimorodek mógł bez trudu wydziobać mu oczy, a teraz, gdy był przecież dokarmiany vitae, pewnie mógł także i przebić czaszkę bez większego trudu. Dla Bestii, obserwującej wszystko gdzieś z samego dna plugawej i paskudnej duszy wampira, nie miało zbytnio znaczenia jak zginie ten człowiek. Ważne było to, by polała się krew.
Wrzask, gdy wampir go dotknął, był nieludzki. I, niestety, póki co jedyną rzeczą, jaka została rozlana, był cuchnący mocz.
Stres zrobił swoje. Pęcherz nie wytrzymał i na krześle oraz podłodze, a przede wszystkim na spodniach biedaka pojawiła się śmierdząca uryna. Biedak zawył z rozpaczy i wstydu, wpadając w histerię i przez parę chwil nie można było wydobyć z niego żadnej informacji. Szlochał i wył. Płakał i wrzeszczał. Dopiero kilka minut później, gdy zaczął się dławić własnymi łzami, zdołał się jakoś opanować. Zaczął nawet szeptać nieskładne odpowiedzi na kolejne pytania wampira. Pojawił się też kolejny problem; o ile wcześniej chłopak był w miarę ogarnięty i to, co mówił miało sens, tak teraz był to bełkot godny Malkavian.
- Andy? Co z nim? Gdzie jest Matt? A Rachel? Dalej się na nas gniewa? - zaczął wyrzucać z siebie imiona nie mające zbyt wielkiego sensu, przynajmniej nie z tą sprawą. - Bo dzwonił jakiś frajer, nie znam typa. Nie nasza wina! Im kazał pewnie kto inny, Charlie i Joe mają przejebane, a Mandy to już w ogóle może nie wracać do domu, Marcus ją zabije! - zaczął płaczliwie wykrzykiwać i z trudem łapał oddech.
- Wszystko mieliśmy brać! Notatki, pamiętniki, książki, gazety, srajtaśma! Wszystko co tylko się da! Litości, proszę! Ja nic nie wiem... - jęknął na sam koniec, targany drgawkami strachu i nerwów. W międzyczasie zaczął też pociągać nosem i wszystko wskazywało na to, że znów wybuchnie płaczem. Szlochał jednak tylko przez chwilę, a Stallone ponownie zaśpiewał i zatrzepotał skrzydłami, wzbijając się do krótkiego lotu.
Wylądował na głowie pani Patterson.

Re: The Angry Beaver Pub, sala główna 05/05/99

Image Image Image Image
Stereotypy nie biorą się z niczego. Muszą mieć jakieś oparcie w rzeczywistości. Malkavianie, stereotypowo rzecz biorąc, są popieprzeni. Niektórzy rozmawiają z rybkami i to nie tymi w akwarium. Nosferatu są po prostu paskudni, ot, siedzą po piwnicach i kręcą gównoburze na internetowych forach. Brujah to dzikie, nieokrzesane bydło, a Ventrue są tak sztywni, jakby połknęli kij od szczotki. I tak dalej, i tak dalej. Primogen Toreadorów - także na swój sposób stereotypowa, jak się zastanowić - wyraźnie rozważała zdjęcie skórzanej kurtki, ale szybko porzuciła ten zamysł. Zrobiła zamiast tego parę kroków przed siebie, rozglądając się po ciasnawym ale zaskakująco przytulnym wnętrzu. Wzrokiem omiotła "galerię" kurtek oraz kopii różnych dokumentów, krzywiąc się z niesmakiem.
- Widzę chyba trzech naszych. - odezwała się Elizabeth. - Sama zaraz ich zauważysz. - dodała, obracając się w miejscu i uśmiechając się do Mould. Ludzi była masa. Mnóstwo osób kłębiło się przy barze i przy stolikach. Automaty do gier były okupowane przez trochę młodszych bywalców Bobra, a tablica z rzutkami - przez starszych. Spośród tych wszystkich osób jedynie trzy się wyróżniały. Pierwsza była za barem. Niewysoka, szczuplutka, atrakcyjna dziewczyna o bardzo gęstych i bardzo ciemnych, niemalże czarnych lokach, z nienaturalnie słodkim uśmiechem przykuwającym wzrok już z oddali. Słuchała niekończącej się litanii żalów jakiegoś wąsatego okularnika, ale co kilka chwil zerkała w stronę Elizabeth i Michelle.
Druga osoba to niski, chudy brunet z zarośniętą gębą i ponurym spojrzeniem, miotający rzutkami i bluzgami, gdy nie trafił w sam środek tarczy. Na pozór jeden z wielu, zmęczonych życiem ludzi przetaczających się stadami przez przedmieścia i obrzeża większości miast. Wyróżniał się jednak tym, że gdy była jego kolej do rzucania wszyscy schodzili mu z drogi; odsuwali się na tyle, na ile można było to zrobić w pubie.
Trzecia i ostatnia to długowłosy brzydal w przydużym płaszczu. Nieco otyły, niewysoki Meksykanin o paskudnej twarzy przeoranej bruzdami; siedział sam przy stoliku i nienawistnym wzrokiem wpatrywał się w ekran jednego z telewizorów. Leciały tam bez dźwięku wiadomości dotyczące problemów z pociągiem, ale nie to przykuwało uwagę ten Meksykaniec siedział sam i nikt jakoś nie kwapił się, by do niego dosiąść. Wszyscy zdawali się omijać jego stolik.

Re: The Angry Beaver Pub, front 05/05/99

Image Image
Zaczepki można - albo i trzeba - ignorować. Pyskaty chłopak z cienkimi warkoczykami był młody i pełen energii; cień zarostu pokrywał jego policzki małymi kępkami, tworząc nieregularną, acz całkiem sympatycznie wyglądającą brodę. Problem był w tym, że ten chłopaczyna najwyraźniej chciał zaimponować motocyklistom. Ludziom starszym, z twarzami pokrytymi pierwszymi zmarszczkami, ogorzałymi od słońca i wiatru i, w jednym przypadku, niedużą blizną przecinającą nos w poprzek. Wszyscy oczywiście spojrzeli na Michelle, ale nie komentowali jej wyglądu; szybko też przenieśli wzrok na Elizabeth. Primogen w skórzanej kurtce wyglądała ślicznie i przykuwała wzrok, ale było też w niej coś, co chyba onieśmielało niektórych ludzi.
A na pewno tego pyskatego chłopaka, zaczepiającego bez skutku Mould.
- Ej, nie słyszysz? Mówiłem coś! Głucha? - rzucił zdecydowanie zbyt głośno, by można to było uznać za zwyczajną zaczepkę. On prowokował Michelle. Co gorsza, bardzo możliwe, że robił to tylko w jednym celu: popisania się przed innymi. Przed motocyklistami, przed Elizabeth. Przed sobą samym, może nawet. Był młody, to prawda, ale zachowywał się trochę jak... jak dziecko. Zaśmiał się krótko w dość ochrypły, sztuczny sposób i rzucił jakimś przekleństwem, próbując zachęcić pozostałych motocyklistów do zabawy. Bez powodzenia; wszyscy jak jeden mąż zignorowali młodzika i pogrążyli się w swoich rozmowach, na temat specyfikacji maszyn oraz sposób szybkiego i często niezbyt legalnego zarobku.
- Ignoruj. - szepnęła Elizabeth, zrównując się z Michelle i kładąc dłoń na jej ramieniu. - Jesteś od niego lepsza, zresztą, masz tutaj robotę do wykonania, pamiętaj. - dodała z uśmiechem. Dopiero przy samych drzwiach wejściowych zwolniła kroku i ostatecznie się zatrzymała, przyglądając się szyldowi. Chwilę później przeniosła wzrok na wysokie i szerokie okna; były rozświetlone od środka miękkim, żółtawym światłem. Niestety, szkło z jakiego zostały wykonane, był zaciemnione - szare niemalże. Wszystko, co kryło się w pubie, było tylko niewyraźnymi zarysami konturów. Niemniej, w środku był chyba komplet; Michelle widziała, jak tłum porusza się i faluje, drży i krąży tuż po drugiej stronie ceglanej ściany. A to wszystko w dzikich, ostrych rytmach muzyki.
Primogen otworzyła drzwi. Na chodnik wylał się gwar dziesiątek głosów, pełen śmiechu i krzyku, zmieszany z donośną muzyką i szczękiem szkła.

Re: The Angry Beaver Pub, front 05/05/99

Image Image
Elizabeth tylko skinęła głową.
Przez większość jazdy milczała, nie przeszkadzając Michelle w prowadzeniu samochodu. Gdy opuściły okolice teatru włączyła radio - uprzednio unosząc brwi w niemym, pytającym geście "czy można" - i nastawiła jakąś stację, gdzie dominowały klasyki sprzed wielu lat. Ściszyła muzykę, by nie dekoncentrować młodej wampirzycy, tak, że dominowały dźwięki silnika. Muzyka radiowa była tylko gdzieś w tle; dla Elsie to jednak wystarczało w zupełności. Przymknęła oczy i pogrążyła się w myślach, słuchając dźwięków minionych lat.
Co jakiś czas rozchylała powieki, by zorientować się gdzie obecnie przejeżdżają. Dopiero po dotarciu do celu wampirzyca się ocknęła, jeśli można było użyć takiego określenia. Nie ruszyła się jednak z miejsca, gdy albinoska zaparkowała i wysiadła jako pierwsza. Elizabeth w milczeniu spoglądała na widniejący w oddali pub, na stojące w rządku motocykle i na kilku niezbyt przyjemnie wyglądających mężczyzn, okupujących niewielką przestrzeń chodnika. Wyglądali jak typowi motocykliści i jedyne, co ich wyróżniało, to młody wiek. Mieli nawet identyczne naszywki na kurtkach. Wszyscy oprócz jednego byli chyba z tego samego klubu, ale jego nazwa póki co pozostawała tajemnicą.
- Pamiętaj o Maskaradzie. - stwierdziła cicho Primogen, dołączając do Michelle. - Spotkamy tam nie tylko Spokrewnionych. Śmiertelni również odwiedzają przybytek Alexandra. Chodź, Michelle. Chodźmy na spotkanie przygody! - dodała weselszym już głosem i ruszyła pierwsza. Motocykliści, pogrążenie w wulgarnych rozmowach i przysłuchujący się ciężkim dźwiękom jakiegoś punkrocka dochodzącym z pubu, nawet nie zwrócili uwagi na wampirzycę.
No... jeden z nich zwrócił.
- Hej puta! - zawołał zaczepnie jeden z nich, z cieniutkimi warkoczykami pokrywającymi całą głową. - Coś taka blada? Chyba się nie boisz, co? - zaśmiał się krótko, ciesząc się jak dzieciak. Pozostali motocykliści wymienili tylko spojrzenia; docinanie komuś z powodu wyglądu (bo przecież chodziło tutaj o Michelle i jej bladą jak śnieg skórę) nie było raczej czymś, co praktykowali. Ale ten chłopak nie był motocyklistą... był... w sumie to nie wiadomo kim był. Stał z nimi, tyle. Elizabeth Page pozwoliła sobie na teatralne westchnięcie i spojrzała przepraszająco w stronę Mould.

Re: 2220 NW Market St, Old Ballard Sewers 05/05/99

Stallone ponownie zaśpiewał swą żałosną pieśń. Było coś upiornie w tej małej ptaszynie, w sposobie, w jaki zimorodek spoglądał na chłopaka i w dźwiękach, jakie wydobywały się z małego, ptasiego gardła. Śmiertelnik zacisnął mocno powieki i przez długą - bardzo długą - chwilę milczał, próbując opanować swoje emocji. Bez skutku; oddech znów przyspieszył, ciałem zaczęły targać niewielkie drgawki. Skórę zrosił tłusty, słony pot, a nade wszystko wampir słyszał i czuł, jak łomocze serce tego biedaka.
Bestia była szczęśliwa.
- Puść mnie! - wrzasnął w kierunku zimorodka. - Proszę... - dodał płaczliwym tonem. Pytania rzucane przez Randy'ego były proste. Banalne wręcz. Odpowiedź nie wymagała nawet wielkiej inteligencji ani czegoś takiego; wystarczyło tylko znać język angielski i mieć trochę oleju w głowie. A mimo to śmiertelnik nie odpowiadał, z ledwością panował nad sobą. Z oczu zaczęły płynąć mu łzy; strach i lęk wzięły górę. Histeria postępowała. W ciągu paru najbliższych chwil biedak pewnie na dobre się rozklei i po prostu zeświruje.
- Mieliśmy zabrać jakieś papiery, reszta fantów miała być częścią zapłaty! Nie wiem kto, ani dlaczego, przysięgam jak mamę kocham! Zadzwonił do Andy'ego, Andy skrzyknął resztę ekipy i tyle! Jezusie święty, przysięgam! Pomocy! Ratunku! Ratunku! - odezwał się w końcu, wywrzaskując wszystko co ślina przyniosła mu na język. Kątem oka zerkał też w stronę trupa. Pani Patterson obdarzyła chłopaka życzliwym, szczerym i bardzo szerokim uśmiechem. Śmiertelnik szybko odwrócił głowę i znów zacisnął powieki, nie chcąc oglądać tych jakże paskudnych i przykrych obrazów.
Czasami nie trzeba nawet zadawać bólu, ani wypowiadać szczegółowych pytań. Miejsce przesłuchania i panująca tam atmosfera robią swoje. Podobnie jak fałszywa obietnica uwolnienia...

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar 05/05/99

Image
Image Image Image

Jane zerknęła w kierunku albinoski dopiero, gdy Michelle sięgnęła po swoją wierzchnią odzież. Książę miasta nie odezwała się jednak słowem. Trwała przy barze, pogrążona w swych myślach, skupiona na płytach i zapisanych na nich piosenkach. Podobnie było w przypadku pozostałych bywalców foyer; pozostałych trzech, oprócz samej Księżnej. Samuel krążył za barem, pełniąc obowiązki barmana i ochroniarza, i opiekuna, i szefa. Travis, wulgarny i pyskaty Ventrue, bawił się telefonem. Rozmowa najwyraźniej została zakończona i teraz, mając znacznie lepszy humor, stukał zawzięcie w klawisze swojego aparatu. Ostatni z wampirów najwyraźniej czaił się, by zagadać do Doe, ale wyraźnie brakowało mu odwagi.
- Nie poganiam. - stwierdziła pogodnie Primogen, idąc przodem. Prowadziła, ale tylko dlatego, że ciągle były na terenie teatru. Szła powoli, niespiesznie, tak, jakby te dwie wampirzyce zmierzały na wycieczkę, na jakąś miłą przygodę, a nie szykowały się do podróży prosto do gniazda konkurencyjnej sekty. Elizabeth Page zwolniła kroku dopiero na samym parterze teatru, tuż przy wyjściu; tam przepuściła przodem albinoskę, by poprowadziła do samochodu. Starsza Toreadorka była w końcu pasażerką, nie kierowcą, pilotem czy kimś takim.
- Teraz, gdy jesteśmy same... - spytała, gdy obie wyszły na ulicę przed teatrem. - Nie bój się. Naprawdę, nie bój się. Anarchiści może i wydają się być nieokrzesanym bydłem... jak większość Brujah, szczerze mówiąc... ale mamy wspólnego wroga. - zatrzymała się przed Michelle. Nie uśmiechała się już, postawiła tylko kołnierz kurtki, celem osłonięcia delikatnego ciała od podmuchów wiatru; było to coś tak naturalnego, zwyczajnego. Gest niby bez znaczenia, pozornie bzdurny i nie mający sensu, ale dla żywych był... no, żywy. Taki, jakiego należało oczekiwać.
Do Bobra!

Re: 4216 Washington Ave W, Fort Lawton 05/05/99

Mark skrzywił się, widząc co zrobił wampir. Obrzydliwy, nieco wilgotny dźwięk chrupnięcia nastawianych kości także nie był zbyt przyjemny. Dla kogoś żywego próba naprawy takiego uszkodzenia ciała nierozerwalnie wiązała się z ogromnym bólem i stresem. Dla trupa była to jednak tylko drobna niedogodność; kwestia paru chwil. David nie musiał się nawet znać na medycynie, wystarczyły absolutnie same podstawy i wzór w postaci drugiej nogi. Szybko doprowadził się do porządku, ku osłupieniu swego sługi. Ghul czy nie, pewnych rzeczy nie widuje się na co dzień.
Jego obrażenia, rany odniesione w przyjacielskiej potyczce z wampirem, także nie stanowiły bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia i życia. Dzięki przeklętej, nadnaturalnej krwi do świtu powinien być jak nowo narodzony - zresztą wystarczyło mu się uważniej przyjrzeć. Nie zachowywał się już jak jakiś obolały, wyczerpany facet, co najwyżej był trochę zmęczony i delikatnie poobijany. Ot, cuda.
Skorzystał z porady nieumarłego i sięgnął po pozostawione ciuchy. Nie skierował się jednak od razu pod prysznice; tych zresztą była masa na terenie obiektu. Pytanie o ciemność naprawdę mocno wybiło Goodmana z rytmu i przez chwilę nie wiedział, jak na nie odpowiedzieć. Zmusił się do nieco zakłopotanego uśmiechu. Wolną ręką przesunął po łysej głowie, próbując jakoś zyskać na czasie. Pytanie, choć w teorii wydawało się banalnie proste, dla kogoś takiego jak Mark było czymś zupełnie niespotykanym.
Dopiero po dłuższej chwili, gdy wziął głęboki oddech, skinął głową.
- To nie jest podchwytliwe pytanie? - zapytał cicho. - Nie boję się nocy, to tylko brak światła, no nie? - odpowiedź nie była może idealna, ale czegoś takiego należało się spodziewać po śmiertelniku. Mark nie był w końcu tytanem intelektu, geniuszem, tylko prostym i lojalnym siepaczem z bogatym doświadczeniem. Nie czekał też na reakcję wampira, tylko odszedł w stronę prysznica; tam się szybko oczyścił i już po kilku minutach pojawił się z powrotem, mokry i pachnący.

Re: Port of Seattle, nabrzeże 05/05/99

Tej nocy w porcie działy się naprawdę ciekawe rzeczy. Chyba wszystkie - albo znakomita ich większość - były do nie końca legalne. O tak późnej porze można było tutaj spotkać nie tylko pracowników ochrony, znudzonych stróżów, zmęczonych życiem mężczyzn harujących za marne grosze, ale także wszystkich tych, którzy mieli wspomnianych ochroniarzy za nic. Drobni przestępcy, włamywacze i rabusie, czekali tylko na odpowiedni moment. Być może para Azjatów, którą swego czasu spotkał tu Josh, była właśnie takimi złodziejami. Albo byli jednymi z nielicznych, spieszących się do uczciwej i porządnej pracy. Towarzyszący Hunterowi śmiertelnicy w każdym razie na pewno nie byli porządnymi ludźmi. Bardzo możliwe jest też, że jeden z nich zaśnie na zawsze na dnie Puget Sound.
W przypadku Kwiatuszka było całkiem podobnie. Nie mógł co prawda zasnąć na zawsze na dnie zatoki, ale też nie był zbyt porządnym facetem.
Obleśny, wielki i gnijący trup doczłapał się do łodzi i po prostu ją ukradł. Już po chwili ciął fale zatoki, zbliżając się stopniowo w stronę zacumowanego w oddali lodołamacza. Było ciemno, więc nikt nie dostrzegł malutkiej łódki. Chyba nikt też nie słyszał pracującego silnika; szum wody oraz ryk łajb patrolujących okolice "Iriny" skutecznie zagłuszały dźwięki wydawany przez samotną łódeczkę. Dla szperaczy motorówek straży przybrzeżnej wszystko, co można było zaobserwować, to tylko dryfująca łajba z coraz bardziej psującym się silniczkiem.
Dla wprawnego mechanika rozwalenie go nie było trudne. Kwiatuszek może i nie wyglądał na super zręcznego wampira, ale miał sprawne paluszki i wiedział, jak nimi operować. Po kilku chwilach z pewnością zdoła dopiec swego. "Irina" ze znacznie bliższej odległości wyglądała imponująco: potężna łajba była co prawda w paru miejscach pokryta rdzawymi plamami, ale nie zmieniało to faktu jej potęgi. Ogromny, masywny dziób był wzmocniony tak bardzo, jak tylko się da - smaczku nadawały wymalowane wyblakłą farbą hasła w cyrylicy.
Tymczasem w magazynie Steve jęknął cichutko zgadzając się ze słowami nieumarłego i zacisnął mocno powieki, chcąc choćby przez chwilę delektować się błogosławioną ciemnością i brakiem Huntera. Śmiertelnik był przerażony, dodatkowo był pod wpływem Dominacji. Oddech miał bardzo przyspieszony, jakby dopiero co przebiegł nie wiadomo jaki dystans - ale to, paradoksalnie, było przydatne. Pasuje do bajeczki o ucieczce. Rodrigo, opierający się o ścianę magazynu i obserwujący całe przedstawienie, uniósł tylko kciuk do góry. Nie przerywał, wiedział aż za dobrze, co się może stać gdyby się wtrącił.
- Tu Steve! - zawołał rozpaczliwie do telefonu. - Kurwa, stary, pomóż, zgubiłem ogon, ale potrzebuję nory! Albo lepiej nawet, wiesz, gdzie mamy się spotkać teraz? Nie mogłem odebrać wcześniej, dym był... - zakończył żałosnym głosem. Mówił przekonująco. Z sensem nawet. A biorąc pod uwagę jego sytuację, to naprawdę się postarał. Uśmiechnął się po chwili i spojrzał błagalnie na Josha. Usłyszał odpowiedź. Jego rozmówca, kimkolwiek był, powiedział mu wszystko czego było trzeba.

Re: 2220 NW Market St, Old Ballard Sewers 05/05/99

Dla śmiertelnika - trzeźwego, albo przynajmniej najmniej pijanego ze wszystkich włamywaczy - leże Randy'ego było miejscem w najgorszego koszmaru. Zwłaszcza teraz, gdy dosłownie znikąd rozległ się dość paskudny głos wspomnianego już wampira. Śmiertelnik, przerażony jak nigdy w życiu, jakimś cudem zdołał się opanować i nie zleciał z krzesła. Stallone, mimo wszystko, otworzył dziób w szyderczym geście i zatrzepotał skrzydłami, szykując się do ewentualnego lotu i ataku.
A dziób miał ostry i twardy!
- Jezusie... kurwa... - jęczał "jeniec", rozglądając się nerwowo po pomieszczeniu. - Co to za miejsce? Pomocy! Ratunku! Kim ty do cholery jesteś?! Halo! Co się... - urwał, panikując coraz bardziej. Mając w pamięci ostrzeżenie, by trzymać się krzesła, próbował opanować drżenie obolałego ciała. Niezbyt mu to wyszło, bo dostrzegł sportową torbę. Ostateczny dowód, że jego koledzy albo byli martwi, albo spotkało ich coś gorszego niż szybka, bezproblemowa i w miarę bezbolesna śmierć. Był o krok od wpadnięcia w histerię, taką prawdziwą, gdzie traci się panowaniem nad wszystkim.
Gdzie instynkt "walcz lub uciekaj" przejmuje kontrolę. Dla Bestii, zadowolonej z narastającej paniki i charakterystycznego smrodku strachu, było to coś cudownego. Jedynie świeżo przelana krew była czymś lepszym, bardziej satysfakcjonującym. Nawet szczery uśmiech pani Patterson wydawał się być teraz na miejscu. Stallone znów zatrzepotał skrzydłami i wydał z siebie dość ponuro brzmiący, ptasi krzyk. Zwierzę zwróciło uwagę spanikowanego śmiertelnika i, przynajmniej na jedną chwilę, kryzys został zażegnany. Chyba.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar 05/05/99

Image
Image Image Image

Już czas. Toyota miała całkiem sporo paliwa, zresztą wszędzie było pełno stacji, by w razie czego móc uzupełnić braki. Z Page u boku fundusze przynajmniej w teorii nie powinny też grać żadnej roli; Primogen była przecież osobą majętną. Miała teatr, na litość boską! Elizjum! Mogła pewnie kupić na własność firmę taksówkarską i za pomocą jednego telefonu jeździć po Seattle... ale wolała zabrać się z Michelle. Z albinoską z jej klanu. Miłe. Albo i nie, bo nie jest przecież wykluczone, że Primogen miała w tym jakiś większy interes, jakąś grubszą sprawę. Ot, Camarilla i Jyhad w pigułce.
- Zwykłe ubrania, jakie miałam w szafie. - Elizabeth wyjaśniła z lekkim uśmiechem. - Kurtkę tylko pożyczyłam od jednej z aktorek. Mam wrażenie, że będzie pasować do The Angry Beaver... nie wiem w sumie, czego tak naprawdę mogę się spodziewać po tamtejszych Spokrewnionych. Ruszajmy, Michelle. Książę, do szybkiego zobaczenia! - zmieniła też temat, ale uśmiech nie schodził jej z twarzy. Przeciwnie, powiększył się nawet, gdy wspomniała o pożyczeniu kurtki od osoby pracującej w teatrze i nie zmniejszał się, gdy żegnała się z Jane. Malkavianka nie odwzajemniła uśmiechu, lecz skinęła Toreadorce głową. Była znów zajęta kontemplowaniem płyt.
Przesuwała palcami po pudełkach, tak, jakby chciała wydobyć z nich dźwięki bez żadnego, odpowiedniego sprzętu.
- Jeśli mogę prosić... - spytała nagle Elsie. - Postaraj się ominąć Green Lake, dobrze? Wiem, najprostsza i najszybsza droga do Anarchistów wiedzie tuż obok tego jeziora, ale... mam złe wspomnienia. - spoglądała to na drzwi prowadzące do wyjścia z foyer, a zatem i Elizjum i samego teatru, to na młodziutką wampirzycę. Michelle mieszkała już w Seattle kawałek czasu, zdołała się nawet przeprowadzić do drugiego lokalu i zaznaczyć swoją obecność w żywej i martwej społeczności miasta, ale czy znała wszystkie zakamarki i ulice Emerald City?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 05/05/99

Na terenie portu w tej chwili przebywały przynajmniej dwa wampiry.
Mniej więcej w tej samej chwili, gdy Josh zniknął za drzwiami magazynu i posłał na zewnątrz Estebana, trochę dalej drgnęła pokrywa studzienki ściekowej. Nikt jednak tego nie zauważył - w porcie nie było aż tak tłoczno, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. Kwiatuszek, bo to ten Nosferatu wydostał się z kanalizacji, był niewidoczny gołym okiem. I chwała Bogu, bo klanowe przekleństwo, będące najzwyklejszym okrucieństwem, nie było łaskawe w jego przypadku. Groteskowa i obrzydliwa sylwetka wampira poczłapała dalej, w stronę szumu wody.
Fale atakowały nabrzeże raz za razem. Zacumowane bliżej małe stateczki i łodzie kołysały się równym tempem. Dalej, na znacznie bardziej już otwartej wodzie, przy wysuniętych pirsach, zacumowane były znacznie większe jednostki, górujące nad wszystkim dokoła. A już dalej, na otwartej przestrzeni Elliott Bay, widać było potężną i nieruchomą sylwetkę lodołamacza. Mrok pokładu rozświetlały pojedyncze lampy; wokół "Iriny" krążyły przynajmniej dwie łajby patrolowe straży, omiatając szperaczami wzburzoną wodę dokoła.
Znalezienie czegokolwiek, co pozwoliło by dostać się do "Iriny" było proste.
Problemem był tylko wybór. Ukraść łódkę? Jacht? Kuter? Koło ratunkowe? Niezależnie od tego, co Kwiatuszek wybierze, droga do lodołamacza nie była wcale tak trudna ani daleka. Podróż potrwa może dziesięć minut. Może nawet mniej. Tak samo było też w przypadku znajomych Josha: Ventrue poczuł wibracje telefonu, gdy ktoś zadzwonił. Tym razem dwa sygnały i chociaż znowu można było uznać to za niewinną pomyłkę, to dla Arystokraty była to rzecz bardzo wyraźna, doskonała wręcz odpowiedź. Wsparcie nie było już tak potrzebne.
Kwiatuszek mógł dostrzec nadjeżdżający samochód. Honda, niepozorna, zwyczajna, w szarawym kolorze. Idealny wóz dla kogoś, kto nie chce się zbytnio wyróżniać. Kierowca zwolnił mniej więcej w pobliżu jednego z niewielkich parkingów, gdzie zresztą zaparkował. Chwilę później trzasnęły drzwi i przez port ruszyły dwie kolejne osoby - wyraźnie zadowolone, o czym świadczył nieco chwiejny chód jednego z nich. Pierwsza z nich, wysoka i szczupła, mocno opalona, z włosami spiętymi w koński ogon i potężnym zarostem na twarzy wyraźnie się zataczała. Druga, znacznie niższa, ale i tęższa, miała równy i prosty chód. Rozmawiali szeptem i w końcu się rozdzielili; brodacz skierował się w jedną stronę, jego niższy towarzysz od razu wszedł do magazynu.
W chwili, gdy gnijącym ślepiom Kwiatuszka udało się zauważyć dwie, małe łódki zacumowane jedna obok drugiej, pełne rybackiego sprzętu, Steve stracił panowanie nad pęcherzem. Zsikał się ze strachu; Hunter bardzo mądrze postąpił wbijając mu lufę w plecy. Zaczął coś niewyraźnie bełkotać, że nie wie, że nie ma pojęcia, że fiasko z napadem zmieniło plany i tak dalej, i tak dalej. Rodrigo natomiast oparł się o ścianę magazynu i, patrząc na kałużę moczu, klasnął parę razy dłońmi.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar 05/05/99

Image
Image Image Image

- I właśnie dlatego nikt nie będzie się dziwić, że włóczysz się po barach i klubach. To będą, wybacz mi proszę dosadne sformułowanie, wizyty zawodowe. Jeśli jednak ktoś się przyczepi... no cóż. - zamilkła na moment, zostawiając zawieszone w powietrzu niedopowiedzenie. Czasami rozmowa z Malkavianami była bardzo ciężko przeprawą. Innym razem zaś można było dyskutować z nimi bez żadnych problemów. To było jak rzut monetą; albo wszystko pójdzie dobrze, albo nie.
- Nie bój się też prosić o pomoc. - odrzekła chwilę później Książę. - Jesteś młoda, ale już zaznaczyłaś swoją obecność. Udowodniłaś, że można na tobie polegać. Oferowałaś swoje usługi i Camarilla również oferuje swoje. - te dość enigmatyczne słowa, wypowiedziane przez Jane z równie tajemniczym uśmiechem, mogły znaczyć wszystko i nic. Jednakże sam fakt, że ktoś taki jak Doe rozmawiał z kimś takim jak Mould praktycznie o głupotach, jak równy wampir z równym wampirem, był bardzo wymowny. Pytanie tylko kogo mogła prosić o ewentualną pomoc? Josha? Elsie? Margaret? Phillipa? Sierrę? Samego Szeryfa?Kogoś innego?
A może wszystko zrobi sama.
Zanim jakakolwiek odpowiedź mogła przyjść Michelle do głowy, w Elizjum pojawiła się - szybciej niż zapowiadała - Elizabeth Page. Primogen klanu. Szła w stronę baru lekkim, pewnym krokiem, z delikatnym uśmiechem na twarzy. Cokolwiek miała do zrobienia, uporała się z tym szybko i jeszcze znanazła czas na zmianę ciuchów. Nie tylko przebrała się, ale w ogóle wyglądała na kogoś, kto z pewnością nie jest Primogenem - krótka, czarna spódniczka trochę przed kolana, spod której widać ciemne pończochy, biała koszula i dopasowany, czerwony sweter były... zwyczajne. Normalne.
Ludzkie, nie wyróżniające się i nie prowokujące. Jedynie lekka, skórzana kurtka trochę nie pasowała do reszty. No, ale to była ramoneska, pewnie nawet oryginalna, sprzed wielu, wielu lat. Jane Doe kiwnęła wampirzycy głową wykonała prosty gest dłonią, informując, że Primogen nie będzie przeszkadzać a rozmowa z Michelle jest nieformalna i śmiało można dołączyć. Lub ostatecznie zakończyć całą dyskusję, zależy jak patrzeć. Lekkie machnięcie ręką nie mogło w końcu pomieścić wszystkich informacji, prawda?

Re: 2220 NW Market St, Old Ballard Sewers 05/05/99

Och, kanały!
Cudowne, może tylko trochę śmierdzące królestwo rozciągające się pod całym miastem! Z chwilą zejścia do kanalizacji Nosferatu - gdyby tylko żył ma się rozumieć - pewnie by wziął głęboki wdech i odetchnął z ulgą. Tutaj, w wilgotnych i ciemnych korytarzach był u siebie. Nie były to też puste słowa. Randy White naprawdę był u siebie; ta część kanałów należała do niego z dekretu Księcia Seattle. Jane była pieprznięta, ale mimo porządna. Teraz natomiast, gdy Nosferatu dotarł do swego leża i rzucił nieprzytomne ciało młodego włamywacza, ptaszyna zastrajkowała. Zimorodek nie przepadał za kanałami. Ciasnota, brak nieba, wilgoć oraz niski strop nie były czymś, co zimorodki lubią. Tolerują, ale nie lubią.
Nieumarły czuł też, jak Bestia szepcze mu do ucha obraźliwe, wyuzdane słowa dotyczące porwanego śmiertelnika.
Przeciągły, bolesny jęk odbił się echem od starych ścian. Pani Patterson w milczeniu obserwowała, jak młodzieniec zaczyna się ruszać. Nie wstawał, rzec jasna. Siedział tak, jak został rzucony. Rozchylił słabo powieki i trochę pokręcił się na krześle, jęknął głośnie i niepewnym ruchem uniósł dłoń do głowy; drżącymi palcami dotknął potylicy, miejsca, gdzie trzepnął go Randy. Nie wyczuł krwi, jedynie trochę brudu, tak wszechobecnego w kanałach, zmieszanego z własnym potem. Westchnięcie ulgi było głośne, bardzo głośne, ale i tak ustępowało miejsca pełnemu przerażenia wrzaskowi.
Krzyk ten rozdarł gardło chłopaka w chwili, gdy zdał sobie sprawę z tego gdzie jest. A przecież nie spojrzał jeszcze na panią Patterson! Szkielet w sukience wydawał się być obecnie jedynym prawdziwym towarzyszem niedoli. Zimorodek, ciągle siedzący na łbie Randy'ego, zatrzepotał skrzydłami i otworzył dziób w niemej parodii wrzasku śmiertelnika.

Re: Port of Seattle, nabrzeże 05/05/99

Azjata dalej trwał niewzruszony, niczym skała ignorująca coraz to większe i potężniejsze fale. Ta metafora wbrew pozorom była całkiem trafna; mężczyzna miał jakieś podejrzenia, może nawet obawy wobec Josha. Jego towarzyszka jednakże, kupiona urokiem i ogólną prezencją nieumarłego, dosłownie jadła Hunterowi z dłoni. Uśmiech jej twarzy mówił to wszystko aż za dobrze; słowa Josha poświęcone godzinom, minutom spędzonym na oczekiwaniu i na pracy najwyraźniej tknęły czarnowłosą dziewczynę. Zdjęła z nosa ciemne okulary w sposób który wyraźnie wskazywał na ochotę do dalszego flirtu i skinęła ostatecznie głową.
Westchnęła ciężko i, odwracając się do Azjaty, wyrzuciła z siebie kilka ostro brzmiących acz paradoksalnie miłych dla ucha słów w obcym języku. Łysy przedstawiciel Państwa Środka lub Półwyspu Koreańskiego mruknął coś niewyraźnie w odpowiedzi i wziął torbę sportową. Niespiesznym krokiem ruszył dalej alejką, co kilka chwil odwracając głowę w kierunku wampira i dziewczyny. Marzenie Josha, by ta dziwaczna para sobie poszła w cholerę w połowie się spełniło.
- Może kiedyś spotkamy się na drinku i wspólnie ponarzekamy na brak czasu. - powiedziała cichym, zalotnym niemal głosem. - Kto to wie? Noce są długie, a spędzanie ich samotnie nie jest niczym przyjemnym. Dobrej nocy panu życzę. - uśmiechnęła się szerzej, błyskając równymi, białymi zębami. Kłów nie stwierdzono, ale za wiele to nie mówiło. Oczy także nie wskazywało na nadnaturalne pochodzenie, lecz Kain sam jeden wie, co się może czaić za tymi ładnymi, zielonkawymi tęczówkami. Niechętnie zrobiła kilka pierwszych kroków, oczekując, że Josh pociągnie tę zabawę dalej, lecz w końcu przyspieszyła.
Chwilę później zrównała się z łysolem. Joshua Hunter został w końcu sam. Niebezpieczeństwo - jakiekolwiek by nie było - zostało ostatecznie zażegnane.

Re: 7402 Keen Way N, Gardner Home 05/05/99

Bestia z niecierpliwością drapała pazurami, wyła i miotała się gdzieś na samym dnie splugawionej duszy Randy'ego. Pragnęła krwi i Nosferatu zamierzał spełnić jej prośbę. Pijany włamywacz wydawał się idealny. Zresztą, nie stawiał żadnego oporu. Zabełkotał coś, a potem jęknął z bólu. Raz, drugi. Trzeci jęk nie wyszedł już z jego ust, ustępując miejsca strużce krwi. Randy roztrzaskał czaszkę śmiertelnika, niemalże wybijając dziurą w starej, skrzypiącej podłodze. Panele (czy co tam naprawdę było na podłodze) wygięły się i to dość mocno, ale z grubsza zachowały swój kształt; krew sącząca się z licznych ran spływała niespiesznie, tworząc małą kałużę. Ta zaś szybko zaczęła wnikać w szczeliny w podłodze, powodując tym samym euforię Bestii.
To, mimo wszystko, ciągle była walka. Wampir po prostu bronił domu innego wampira przed włamywaczami. Można by rzec, że chronił Maskaradę, albo coś takiego. Nie mógł jednak zbyt długo trwać nad zmasakrowanymi zwłokami pijaka. Futbolista bowiem, choć ranny i umierający, znów zaczął się ruszać. Zanim jednak zdołał zrobić cokolwiek, Randy już przy nim klęczał i jednym, sprawnym ruchem skręcił mu kark. Cichutkie, niemal niesłyszalne chrupnięcie było bardzo wymowne. Śmierć przyszła szybko i była niemal bezbolesna, a w każdym razie: mniej bolesna niż wcześniej wymierzony cios.
Nosferatu miał niewiele czasu.
Pozbycie się trupów było już banalnie proste. Więcej nawet niż proste. Randy nie czuł już tak wielkiej i wyraźnej potrzeby konsumpcji, nic ani nikt nie szeptało mu prosto do ucha tych okrutnych, strasznych słów. Bestia jednak trochę niechętnie przystała na pozbycie się ciał; White czuł, jak pragnęła krwi świeżo zamordowanych śmiertelników, ale to wszystko. Z chwilą, gdy na powierzchni Green Lake zniknęły ostatnie kręgi, nieumarły był już zajęty ładowaniem wszystko co tylko się da do sportowej torby - Toreador był bardzo płodny i wszystkiego nie uda się zabrać, niestety.
Ale Randy zabrał najważniejsze. Nieprzytomny włamywacz nie wiedział, co go czeka - być może spotka go los straszniejszy, niż rozpieprzenie czaszki o podłogę. A kanały były tak blisko. Ich cudowne, przytulne i śmierdzące wnętrze czekało na Nosferatu. Stamtąd zaś wiodła już prosta droga do jego domeny....

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar 05/05/99

Image
Image Image Image

Muzyka w tle znów się zmieniła.
Kolejny dowód, że składanka, w posiadanie której weszła Doe, była własnością i dziełem Toreadora; Samuel Hook odpowiadał za tło dźwiękowe Elizjum. Tym razem z głośników zaczęły rozbrzmiewać surowe, mocne dźwięki gitary, po których dało się słyszeć charakterystyczny wokal Kurta Cobaina, rzucającego w przestrzeń pytania o dziewczynę i o to, gdzie spędziła noc. Książę ściągnęła brwi; Nirvana chyba nie przypadła je do gustu, chociaż zespół ten był przecież tak mocno związany z miastem... jak Jane.
- Składanka... - powtórzyła zamyślona, bardziej do siebie, niż do Michelle. - Nie chcę, żebyś porzucała wszystko, czym się zajmujesz i biegała od klubu do klubu, od baru do baru! Skądże znowu, coś takiego jest niewykonalne. Chcę tylko, byś w wolnej chwili zerknęła to tu, to tam, czy wszystko jest w porządku, czy może się dzieje coś złego. Midnight Fix i Urban Nite były pierwsze na liście, wiem też, że Shadowland może być kolejnym celem. Może, ale nie musi. - zakończyła z lekkim uśmiechem, chcąc najwyraźniej dodać dziewczynie otuchy. Wyjaśniło się też, dlaczego to wszystko mówiła, chociaż nie było to nic pocieszającego. Niestety.
- Instytut ZymoGenetics to ostatnia prawdziwa spuścizna poprzedniego Księcia. - wyjaśniła cierpliwie, całkiem zadowolona, że rozmowa zeszła na inny już temat. - Chcę wiedzieć, czy ktokolwiek wykazuje nadmierne zainteresowanie tym miejscem, Michelle, zwłaszcza teraz. - nie powiedziała jednak, co ma na myśli pod pojęciem "teraz". Chodziło o wojnę? Czy może o to, że w końcu klan Arystokratów, Ventrue, zdołał dojść do siebie i jest teraz rządzony przez wampira poważanego? Szanowanego nawet, a co za tym idzie, niebezpiecznego, choć nie w tak oczywisty i bezpośredni sposób. Jane również spojrzała w stronę Travisa; nieumarły chyba po raz pierwszy, odkąd Chloe go widziała w Elizjum, uśmiechał się. Nie był to co prawda uśmiech szeroki i pełen radości. Prędzej to był uśmiech ulgi, może nawet zadowolenia, ale nic ponad to.

Re: Port of Seattle, nabrzeże 05/05/99

Cała ta bajeczka, jaką Joshua wymyślił na poczekaniu, mogła się okazać najzwyklejszym marnowaniem czasu. Albo jeszcze gorzej, niezbyt wymyślną prowokacją, lub czymś takim. Dopiero gdy wampir wspomniał, że nie jest tutaj od tak zwanej brudnej roboty, że ma tylko postawić pieczątkę i nadać wszystkiemu prawnego i legalnego znaczenia, atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Hunter prowadził ryzykował grę, ale nie był już takim żółtodziobem. Był graczem. Nie jakimś naprawdę dobrym czy wspaniałym, ale porządnym, znającym reguły gry i jej zasady. Wiedział co i jak należy robić.
Dlatego taki długi wstęp w wykonaniu kogoś innego mógłby się zakończyć bardzo szybko.
Josh jednak zaryzykował i, korzystając ze swego wrodzonego i nadnaturalnego uroku zdołał przekonać Azjatów do swych racji. Mężczyzna kiwnął lekko głową w stronę swej towarzyszki, oczekując na jakąś reakcje z jej strony; ten pozornie prosty gest zdawał się też potwierdzać podejrzenia nieumarłego, że łysy Chińczyk (albo inny Koreańczyk) istotnie znał angielski. Po prostu się z tym nie zdradzał. Co innego kobieta, najwyraźniej spragniona komplementów i uroczych słów. Uśmiechnęła się szeroko, a policzki pokryły się delikatnym rumieńcem, świadcząc o żywym, bijącym sercu.
- Chcemy zostawić kilka drobiazgów, to prawda. - odezwała się w końcu, tylko trochę wahając się nad wyjawieniem celu wizyty w porcie. - Ewentualnie zabrać kilka innych. Jedynie wieczorami i rankami mamy trochę wolnego, chcemy więc jak najlepiej korzystać z danego mam, tak przecież ograniczonego, czasu. Rozumie pan to doskonale, czyż nie? - dodała moment później. Mówiła spokojniejszym już tonem i chyba była zadowolona. Na pewno była w znacznie lepszym nastroju niż chudzielec. Joshua widział też po jej twarzy, że chciała powiedzieć coś jeszcze, a było to coś, czego zdecydowanie nie podejrzewała jeszcze kilka chwil wcześniej. Znalazła się w końcu pod wpływem wampirze Prezencji. Zachwyt tak działał na ludzi.
Telefon zadzwonił.
Sygnał był jeden, samotny i krótki. Coś, co można było uznać za pomyłkę, za zwyczajny błąd i niedopatrzenie. Nic, co mogło i powinno zwracać uwagę - dla wtajemniczonych, a taki był przecież i Josh - sygnał był... no, sygnałem. Znakiem, że wiadomość została odebrana, a odbiorca zgadza się z nią w pełni i już się zbiera do działania. Coś takiego było prostsze, niż pisanie jakiegokolwiek esemesa i skupianie się na szyfrach mniej lub bardziej skomplikowanych. Dla stojących w pobliżu Azjatów była to więc rzecz normalna. On przekrzywił lekko głowę, zirytowany. Ona, ciągle pod wpływem pochlebstw Josha, nawet nie zwracała uwagi na coś tak trywialnego.

Re: 7402 Keen Way N, Gardner Home 05/05/99

Bestia ciągle chciała krwi i wszystko wskazywało na to, że krew zostanie lada moment przelana. Uzbrojony w rewolwer chłopak popełnił przecież błąd. Być może ostatni w swym życiu, bo zamiast wycofać się i powrócić ze wsparciem, wszedł głębiej do domu. Randy doskonale widział, jak drży jego dłoń; nie wypuścił jednak broni, wycelował tylko lufę gdzieś w bok nie chcąc przypadkowo postrzelić swych towarzyszy. Podbiegł do leżącego futbolisty i drugą, wolną ręką, dotknął ramienia kolegi.
Lojalność godna pochwały. Albo głupota, zależy jak patrzeć. W końcu śmiertelnik był pod wpływem alkoholu (nikłych ilości w porównaniu do kumpli), miał tylko małą spluwę, a w tym przeklętym domu czaił się Bóg jeden wie kto. Co prawda Nosferatu zachowywali się podobnie, ale działali znacznie lepiej i mieli zdecydowanie dobre wyniki, z minimalnymi stratami ze strony własnej. Wystarczy przecież wspomnieć Mike'a i to, co mu zrobił Clive. Skurwysyn został ostatecznie zniszczony!
- Jimbo! - jęknął na granicy płaczu, nie mając pojęcia, jakiż to potwór się na niego czai. - Jezu... - dodał, trzęsącą się dłonią próbując otrzeć krew z twarzy kolegi. Ostatni ze wszystkich włamywaczy, półprzytomny od alkoholu i bliżej nieznany z imienia chłopak, osunął się właśnie na kolana i zwymiotował lichą zawartość żołądka. Pośród smrodu wymiocin dominował ostry zapach jakiegoś taniego łyskacza. To wszystko było aż za proste.
White bez problemu podszedł do rewolwerowca. Nikt go nie widział, nikt nie wyczuł, nie usłyszał.
Randy miał dobry plan. Dobry, bo prosty. Naprawdę niewiele rzeczy mogło się nie udać, jeszcze mniej mogło się skomplikować i zepsuć, a dodatkowo Bestia drapała pazurami, chcąc wydostać się na wolność i już teraz, zaraz rozszarpać wszystkich. Cios w potylicę, do którego przymierzał się od jakiegoś już czasu nieumarły, był celny. Silny, ale nie aż tak, by od razu zabić, w końcu Nosferatu chciał go tylko ogłuszyć. Rozległo się głuche stuknięcie, a potem jeszcze jedno, gdy ofiara wypuściła trzydziestkę ósemkę na podłogę. Kolejny łoskot dotyczył już nieprzytomnego ciała.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar 05/05/99

Image
Image Image Image

Jane wydawała się być zachwycona faktem, że Michelle znowu do niej podeszła i - co ważniejsze - sama zaczęła rozmowę o muzyce. I pomyśleć, że jeszcze parę miesięcy temu albinoska przed taką rozmową pewnie by stchórzyła. Pewnie by się wycofała, nie chcąc nic ryzykować. Wszystko się jednak zmieniło... i to na lepsze. Na dużo, dużo lepsze, o czym doskonale wiedziała Doe. Czy Mould o tym wiedziała, to już inna sprawa. Drugorzędna, można rzec.
- Oprócz Nightwish mam... Mule Varations pana Toma Waitsa, Play Moby albo Moby'ego, nie wiem jak się to odmienia i coś nazwanego "electronica synth blues compilation 99"... nie mam pojęcia co to jest, ale Sam wydawał się być bardzo zadowolony, więc... - wzruszyła ramionami, nie kończąc wypowiedzi. Nie musiała, chociaż w dobrym guście byłoby wyjaśnić, czemu akurat te płyty (ze wskazaniem na ostatnią) wypożyczyła. Rozrzut tematyczny i gatunkowy był ogromny, ale nie było to w żadnym wypadku złe czy niewłaściwie. Przeciwnie, coś takiego mogło naprawdę pasować Malkaviance; zwłaszcza ta składanka, najwyraźniej bardzo bliska martwemu sercu Toreadora. Jane przesunęła papierową torbę po blacie baru w stronę Michelle.
Uśmiech szybko jednak zniknął z twarzy Księcia, ustępując miejsca trosce - albo wręcz panice.
- Nie zbliżaj się do Harbor Island. - zaczęła cichym, drżącym głosem który tak bardzo nie pasował do Księżnej. - Proszę, nie rób tego, Michelle... wiem, że trwa wojna, sama oficjalnie ją wypowiedziałam i nawiązałam sojusz z Ruchem, ale nie miałam na myśli, by każdy Kainita ryzykował swoim vitae. Ta wyspa to złe miejsce. - nie krzyczała. Nie skarciła Mould, ba, nawet nie groziła jej palcem. To jednak, co mówiła (i w jaki sposób to robiła) okazało się znacznie gorsze; Doe jawiła się naprawdę jako wampirzyca, której zależy przede wszystkim na Rodzinie. Ściągnęła brwi i rozejrzała się po pustawym foyer, szukając kogoś lub czegoś, co mogłoby jej pomóc w obecnej chwili.
- Chcesz pomóc? Cudownie. Znasz się na muzyce, możesz więc mieć oko na kluby i bary i na to, co się tam dzieje. Sabat już parę razy podkładał ładunki wybuchowe w klubach, chcąc doprowadzić do chaosu i zamieszania, co w pewnym sensie się udało... nie chcę, by znowu jakaś knajpa wyleciała w powietrze. Przy okazji możesz też zerknąć ZymoGenetics i tamtejsze okolice. Travis nie był zbyt chętny do współpracy. - ostatnie słowa wypowiedziała trochę ciszej, a na jej twarzy na powrót pojawił się uśmiech. Stało się też jasne, dlaczego ten Ventrue był tak wkurzony i teraz bluzgał przez telefon.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar 05/05/99

Image
Image Image Image

- Szybko wrócę, obiecuję. - odparła pogodnie Elsie, kładąc dłoń na barku Michelle. Nie czekając też na żaden komentarz, odwróciła się i pospieszyła w stronę wyjścia z foyer. Zatrzymała się tylko na moment przy wyjściu, by rzucić nienawistne spojrzenie jedynemu w tej chwili Ventrue, po czym wyszła. Jak wspominała, musiała się zająć czymś naglącym, ale obiecała szybko wrócić... sposób, w jaki powiedziała te słowa, był zresztą wymowny. Mould miała potwierdzenie, że Elilzabeth Page, Primogen klanu Toreador, naprawdę niechętnie opuszczała Elizjum.
Travis znowu rzucił przekleństwem. Był czymś wyraźnie wkurzony i chyba tylko obecność Księcia hamowała go przed większym wybuchem.
Samuel się poddał. Zrezygnował, dając wyraz człowieczeństwa dalece wykraczający ponad wampirzą egzystencję. Zamknął oczy i pochylił głowę do przodu, jak skarcony i zawstydzony uczeń, po czym wykonał bardzo wymowny gest dłonią. Jane, zadowolona jak nigdy, sięgnęła po kolejne bezcenne płyty z najnowszej kolekcji Toreadora. Niestety, z racji eleganckiego, dopasowanego i po prostu pięknego stroju, nie miała gdzie tych płyt schować. Stała przez chwilę z nadąsaną miną, czekając, aż Hook domyśli się o co jej chodzi. Gdy wampir otworzył oczy, kiwnął tylko zrezygnowany głową i schylił się, sięgając do jednej z szafek znajdujących się pod barem.
Wręczył Doe papierową torbę z nazwą teatru.
- Dziękuję! - zawołała zachwycona Księżna. Wcisnęła płyty do środka i odwróciła się plecami do baru, omiatając wzrokiem foyer. Ilość wampirów obecnych w Elizjum nie zwiększyła się jakoś drastycznie; pojawiła się tylko jedna, nowa osoba. Spokrewniony, którego Michelle wcześniej nie widziała, ale który musiał należeć do nieumarłych przebywających w Seattle od dłuższego czasu. Gdyby było inaczej, to Jane pewnie by zareagowała, a tak trwała przy barze, oparta plecami o blat, z lekkim uśmiechem na twarzy. Była wolna, nikt jej nie niepokoił, nikt z nią nie rozmawiał, nikt nie zajmował jej czasu.

Re: Port of Seattle, nabrzeże 05/05/99

Joshua była sam.
Esteban był śmiertelnikiem i chociaż potrafił się bić, umiał strzelać i był bardzo dobrym kierowcą (w końcu uważał się za szofera) to jednak był tylko człowiekiem. W ewentualnym starciu mógł się przydać, ale pierwsza lepsza zbłąkana kula mogła go na trwałe wyłączyć z potyczki. Hunter potrzebował wsparcia. Ot tak, dla bezpieczeństwa. Na wszelki wypadek.
Łysol zatrzymał się i skłonił niemalże w pas, odpowiadając w ten sposób na delikatny gest głową wampira. Trwał w tej niewygodnej pozycji przez parę długich sekund, najwyraźniej wzbudzając irytację towarzyszki. Dopiero gdy się wyprostował, wyrzucił z siebie kilkanaście słów w obcym języku, brzmiących jak coś żywcem wyjętego z tanich filmów z Hongkongu. Tak, to był prawdziwy Azjata, bez wątpienia jakiś Chińczyk, czy ktoś taki, nie żaden Amerykanin o azjatyckich korzeniach. Nie powinno to też dziwić, do portu przybijała masa statków, a i do Chinatown nie było przecież tak daleko... chociaż chyba szło się tam w przeciwną stronę.
Dziewczyna tylko odwzajemniła uśmiech, ale nie zatrzymała się. Szła dalej.
- Dobry wieczór, proszę pana. - odezwała się nienaganną angielszczyzną, z akcentem nasuwającym oczywiste skojarzenia z Anglią. - Proszę wybaczyć mi tak bezpośrednie pytanie, ale... dlaczego pan tutaj jest? Nie wygląda pan na pracownika portu, na członka ochrony czy kogoś takiego. Raz jeszcze przepraszam za swoją zuchwałość... ale dziwi mnie fakt, że jest tu ktoś jeszcze. - zapytała, a uśmiech zszedł jej z twarzy. Zwolniła kroku jeszcze bardziej. Stojący z tyłu łysy i chudy Chińczyk wsunął dłonie do kieszeni płaszcza; nie ruszył się jednak z miejsca. Obserwował wszystko z dystansu, tak, jakby na coś - lub na kogoś - czekał. Nie była to zbyt komfortowa sytuacja dla żywego człowieka. Martwy, a taki był przecież Josh, mógł czuć się może trochę lepiej.
Wygadana dziewczyna odstawiła sportową torbę na ziemię i w końcu się zatrzymała. Joshua, jako doświadczony nieumarły, obyty w przestępczym półświatku, z daleka mógł poznać charakterystyczny kształt materiału zniekształconego przez broń palną. To, co było w torbie, z całą pewnością nie przypominało żadnej spluwy, ani niczego takiego. Były tam jakieś metalowe śmiecie, oczywiście, na pewno łom i inne cuda, ale pistolet? Strzelby ze spiłowaną kolbą i lufą? Złożony karabin? Nie. Nic takiego.
Czy ta para to złodzieje?

Wyszukiwanie zaawansowane