Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#31
A więc próbowali ja wykorzystać do rozreklamowania swojego klubu, chociaż nie narzekali wcale na brak klientów. Niestety nie zachęciło jej to do zezwolenia na identyfikacje w zamian za kawałek plastiku i przecenione drinki, szczególnie że nie była częstą bywalczynią takich miejsc. Przez chwile nic nie mówiła walcząc z rodzącą się w niej irytacja, starając się zachować pozory. W jej opinii mężczyzna starający się wzbogacić kosztem kobiety to wyjątkowo nieelegancki widok.

- Nie jestem bydłem, aby mnie znaczkować - odpowiedziała nieco ciszej, ale jej ton nadal brzmiał przyjaźnie. Bo nawet jeśli w sensie dosłownym nie chcieli przybić jej na czole pieczątki z numerem rejestracyjnym to w gruncie rzeczy temu to właśnie służyło – identyfikacji. Wystąpił konflikt interesów, Dhithi nie miała bowiem zamiaru stać się plamka na czyjej mapie. Śmiertelnicy mogli w tym momencie mieć wątpliwości co do tego, czy faktycznie wypowiedziała te słowa przez otaczający ich hałas. Nie mogla mieć co do tego pewności, byli teraz niemal jak odrębny gatunek ze swoimi słabościami i ograniczeniami. A jako wampirzyca nie zamierzała dać sobą pomiatać.

- Jesteśmy ograniczeni poprzez nasze urodzenie... - Powiedziała i przerwała, decydując się nie podejmować dalej tego tematu. Wbrew pozorom zachodnie społeczeństwo opierało się na realiach bliskich Indiom. Tak zwany Amerykański Sen to mrzonka dla biednych i naiwnych, a wyrwanie się z kasty udaje się tylko jednostkom. Jej przodkowie z Azji Środkowej przynajmniej uczciwie się do tego przyznawali utrzymując pochodzący od Boga i rozumiany przez wszystkich podział. Znaczna większość ludzi zgnije na padole, na którym przyszło im się urodzić.

Wampirzyca chętnie przyjęła lekcje samoobrony od Franka, gdyż ten wydawał się wiedzieć, o czym mówi, co potwierdzały słowa jego brata. Takie wskazówki były ważne i potrafiła je docenić, chociaż zaangażowanie, z jakim o tym wszystkim mówił niegdyś wywołałoby dreszcze na jej ciele.
- Dziękuje za rady, mam nadzieje, że nie prędko będę musiała z nich skorzystać — kiwnęła głową z powagą pilnej uczennicy, posłusznej córki.
- Mój ojciec nie był pobożnym człowiekiem, w przeciwieństwie do matki. Wiara jest wspaniałą rzeczą dla tych, którzy jej potrzebują. A w Indiach byłam tylko kilka razy jako dziecko...

Wtem rozległ się huk i wszyscy zebrani podnieśli głowy do góry, gdy sufit dosłownie zaczął im się kruszyć na czoła. Niestety wykład Franka nijak mógł jej się przydać w takiej sytuacji, choć sposób działania wstępnie przypisałaby śmiertelnikom. W pierwszej chwili była po prostu w szoku, ale nie trwał on długo, zastąpiony przez instynkt. Jak na martwą już istotę, wyjątkowo bardzo kochała ten świat. Siedziała przy barze i mogla z tego miejsca szybko ocenić, ze obecnie nie miała większych szans na przedarcie się do drzwi, którymi weszła do środka. Dostrzegła jednak inne drzwi za barem i nie zastanawiając się dalej spróbowała przeskoczyć przez ladę i dostać się do nich w akcie desperacji. Instynkt wziął nad nią górę i nie oglądała się już na nikogo, w jej świadomości istniały tylko te drzwi i zbliżającą się raca. I słowa, które w tej chwili zaczęły pobrzmiewać w jej głowie. W Midnight Fix nie było obecnie żadnych dzieci, poza nią – Dzieckiem Nocy.

Potraktowała tę groźbę jak bezpośredni atak na nią samą.

przepraszamprzepraszamprzepraszam

Spoiler | 
Ukryta Akcja
KARTA POSTACI: Dhithi Madan ♪ Theme Song ♪
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Hindi | Rosyjski
Opis Postaci | 
?

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#32
- Wiesz, słuszne spostrzeżenie. Dobrze, że mi powiedziałaś, bo bym nie zauważył, że nie ważysz 360 kilogramów, nie nosisz dzwonka na szyi i mówisz, zamiast robić moo. - odparł niezwykle rozbawionym tonem, zabierając maszynkę. Jak nie, to nie, przecież błagać jej nie będzie. Szkoda. Wyglądała na niezwykle interesująca osobę, teraz będzie musiał sobie szukać nowej ofiary do pogaduszek. Tej chyba puściły nerwy.
Harry spojrzał w stronę franka by coś powiedzieć, i wtedy nastąpiła pierwsza eksplozja. Przez chwilę znów znalazł się w Wietnamie. Niedaleko sypał się tynk, beton i kawałki gruzu, niczym ziemia oraz kawałki drewna, ludzie leżeli ranni lub martwi, wycofywali się popłochu, przed niewidzialnym wrogiem.
Ogarnięcie tego wszystkiego, zajęło mu krótką chwilkę. Krótką, bo było to mniej więcej mrugnięcie lub dwa, nim ciało samo zaczęło działać. Harry zawsze miał dobry refleks, szybko reagował, był zwinny, szybki i denerwował tym niezwykle inne drużyny, podczas meczy baseballa w Szkole Wyższej (High School).
Przyklęknął, oderwał wyrwał spod lady strzelbę, rzucił ją Frankowi, następnie samemu wydobywając parę Coltów 1911. Broń ta miała może niewielki magazynek, bo tylko 7 pocisków, ale te pociski robiły w człowieku jebutnie wielką dziurę. Dobrze tez działały na kevlar. Nie wiedział kto ich atakuje, dlaczego, ale miał zamiar się przekonać.
- Kurwa, Frank, kogo tym razem wkurwiłeś?! - krzyknął do brata, ruszając chyłkiem w stronę wejścia do kuchni. Stamtąd miał tylne wyjście awaryjne, a dalej, wystarczyło obejść budynek i wyjrzeć zza rogu by dowiedzieć się kto rzuca te ładunku. Harry nie był mianowany strzelcem wyborowym w wojsku, ale doskonale szył zarówno z karabinów jak i pistoletów, a teraz należało tę umiejętność wykorzystać.
Ciekawiło go tylko co się stało z "bramkarzami". Przecież te draby na pewno były uzbrojone, Frank nie wziął by nieuzbrojonych kolesi do takiej dzielnicy. Kurde, żeby tylko żyli, bo już i tak, przed jego oczyma pisał się niezwykle długi, męczący, raport policyjny.

Spoiler | 
Ostatecznie, Harry chce wydostać się z budynku tylnym wyjściem, obejść budynek od boku i wyjrzeć zza rogu na tych którzy niszczą jego mienie. Potem się zobaczy do kogo będzie strzelał.
KARTA POSTACI: Harry Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#33
Frank obserwował tłum, ale coś nie dawało mu spokoju. Coś w tej nocy, w powietrzu było nie tak. Pamiętał takie samo uczucie z czasów, kiedy jeszcze służył w Wietnamie. Tak jakby ktoś siedział za tobą i co jakiś czas dźgał Cię palcem w tył głowy. Niby nic, nie czyni Ci żadnej krzywdy, nie czujesz żadnego fizycznego bólu, ale z drugiej strony nie daje Ci kompletnie spokoju. Utknął w tej rozmowie z Hinduską filozofką stanowczo zbyt długo, przez to, tylko przez to dał się zaskoczyć w tak głupi sposób. Muzyka nie zaczęła jeszcze grać, to prawda, ale tłum był nad wyraz głośny. W takim hałasie, nikt nie dosłyszałby nadjeżdżającego samochodu czy motocyklu. Zawodzącego maniakalnego śmiechu, wizgotu nadlatującej bomby, w końcu głośnego tąpnięcia, kiedy samoróbka wylądowała w odpowiednim miejscu. Eksplozje, dostrzegli i usłyszeli jednak wszyscy. Nie wszyscy jednak wiedzieli co robić w takich sytuacjach. Frank reagował instynktownie. Niczym laleczka na sznurkach, wyciągnął rękę, złapał strzelbę, przetoczył się po barze i ruszył za swoim bratem, sprawdzając jeszcze w biegu czy broń jest naładowana. Nie chciałby nieprzyjemnie się zaskoczyć. W takich sytuacjach usłyszenie głuchego - klang -po naciśnięciu spustu było niemile widziane. - "Ja pierdolę, a może po prostu jakieś świrusy z Sabatu stwierdziły, że to idealny klub na posłanie ładunków wybuchowych domowej roboty? " - Spokrewnionemu tak naprawdę waliło z góry na dół, kto zaatakował miejsce w którym przebywa. Sabat, Camarilla, Anarchiści, jakieś świry z dzielnicy, które chciały pokazać jakie mają wielkie jaja. Przywitać w jedyny i niepowtarzalny sposób nowo przybyłych do dzielnicy, zaprezentować, że nie ma co zadzierać. Nie ma co próbować migać się od haraczu, jakim nazywają "opłatę za ochronę". W danym momencie mógł to być jednak nawet sam pierdolony Jezus Chrystus wspierany przez Boga Ojca, Ducha Świętego i zastępy archaniołów, a Frankowi nie robiłoby to różnic. Ktoś opłacił sobie srogi wpierdol, zaś wampir miał zamiar w pełni delektować się opłaconą przez przybyłych usługą. Miał zamiar delektować się wojną, która zawitała wprost w jego progi. Zanim jednak wywali do przebywających na parkingu szaleńców, będzie skradał się wprost do krańca budynku by dokładnie ocenić sytuację. Nie miał zamiaru wybiegać tam jak szaleniec, naciskając spust swojego Remingtona. Nie tego uczył go Wujek Sam i nie na to poszły wszystkie pieniądze włożone w jego szkolenia.

Spoiler | 
Frank ma zamiar zbliżyć się do krańca budynku po cichu wykorzystując swoje umiejętności KRYCIE SIĘ + ZRĘCZNOŚĆ + PASYWNA AKCELERACJA. Następnie wykorzysta CZUJNOŚĆ + PERCEPCJA WRAZ Z ZALETĄ by wypatrzyć kto rzuca bomby. Ta osoba pierwsza zarobi kulę.
KARTA POSTACI: Frank Jr. Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Wietnamski
Opis Postaci | 
Głos Franka

Przybył do Seattle jakiś czas temu. Jeszcze przed rozwiązaniem całego sporu księcia z Malkavianami, ale już pod sam jego końcu. Niewiele osób wie, że Frank w ogóle istnieje. W środowisku wampirów Seattle nie znaczy praktycznie nic. Przybywając na Elizjum do nowej księżnej, nie udało mu się nawet zaprezentować. Zajęta, znacznie ważniejszymi sprawami, wydelegowała przedstawiciela, który z kolei zakomunikował, że przybycie Frank'a zostało odnotowane. Nie wydaje się być szczególnie zainteresowany wampirzą polityką i zwykle pojawia się w miejscach publicznych z przystojnym mężczyzną, który jest do niego trochę podobny. Jest współwłaścicielem zakładu mechanicznego "Midnight Repair" przy 6311 Corgiat Dr S, Seattle, WA 98108.]

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#34
Walentynki. Kto by przypuszczał, że ktokolwiek chciałby zepsuć dobrą zabawę i wspaniałe wspomnienia dziesiątkom, może nawet setkom ludzi? Ten dzień z pewnością pozostanie w pamięci większości obecnych podczas wybuchu w Midnight Fix person. Spokrewnieni zapewne również o nim nie zapomną. Konsekwencje działań trójki szalonych osobników na motocyklach będą miały niebagatelne skutki. Śmierć co najmniej kilku osób i ranienie dziesiątek innych to tylko początek tego chaosu...
Ludzie panikowali. Jeden popędzał drugiego byle tylko wyjść na zewnątrz, byle tylko uciec jak najdalej od niebezpieczeństwa, byle tylko nie słyszeć dźwięku tych wszystkich nieszczęśników, którzy zostali w środku bez szans na wyjście... Młoda dziewczyna w stroju pielęgniarki najwidoczniej przyszła do klubu sama, bo nie było nikogo, kto by się nią zainteresowal na dłużej, a przecież jej wątłe ciało leżało niemal bez głowy. Kilka osób starało się pomóc rannym towarzyszom łapiąc ich pod rękę lub za ramiona i ponaglając do wyjścia ze strefy śmierci. Część ludzi się rozpierzchła, by wyskoczyć przez okna, nawet za cenę zranienia przez odłamki szkła. Panował niewyobrażalny chaos, którego nawet kilkoro strażników nie było w stanie uporządkować; jeden z nich zresztą leżał gdzieś w rogu na ziemi i powoli się wykrwawiał.
Nikt nie przejmował się strażnikami. Jeden z nich po ciężkiej przeprawie przez wystraszony tłum w końcu stanął przy drzwiach pomagając zorganizować się ludziom, ale na niewiele się to zdawało. Motłoch był przerażony.
Dhiti Madan, jedna z obecnych Spokrewnionych, podobnie jak ludzie starała się jak najszybciej wyjść na zewnątrz. Tak samo jak i Frank oraz Harry. Gdy Frank wydobywał broń spod lady, Dhiti w mgnieniu oka była tuż obok niego. Obaj panowie po krótkiej chwili byli już w posiadaniu broni. Niemal ramię w ramię wybiegli z klubu, a za nimi niemalże pognał fragment tłumu, który zorientował się, że trójka osób ucieka innym, możliwie dostępnym dla nich wyjściem. To było dla nich jednak zgubne, bo nadlatująca bomba spadła wprost na tych biednych, niczego nie spodziewających się ludzi. Żaden z nich nie pomyślał, że ktoś mógłby chcieć zrzucić na nich jeszcze jedną bombę. Co gorsza, kolejna właśnie wleciała w tłum wybiegających ludzi; została wyrzucona przez bardziej szaleńczego towarzysza Marielli, który patrzył na tłum z takim samym uśmiechem jaki miał Joker. W powietrzu latały urwane kawałki ciał, czuć było zapach strachu, śmierci, rozpaczy i krwi. Tą ostatnią Spokrewnieni czuli najbardziej. Dotychczas tłum był zbitą masą chcącą się po prostu wydostać na zewnątrz, teraz jednak wszyscy biegali na wszystkie strony nie wiedząc już gdzie mają uciekać i co robić.
Trójka wampirów bez problemu wydostała się na zewnątrz, ale jeśli liczyła na chwilę mogącą im dać spokojne rozejrzeć się po otoczeniu, to nie było na to szans. Za nimi wybiegali kolejni śmiertelnicy, a na parkingu zrobił się jeszcze większy chaos niż był wcześniej. Co jednak nie zmieniało faktu, że nietrudno im było dostrzec trójkę dewastatorów — w zasadzie to każdy zainteresowany mógł ich bez problemu dostrzec, bo nawet nie próbowali się ukrywać. Mariella nieustannie szaleńczo tańczyła w histerycznym śmiechu. Porwała do tańca jedną z dziewczyn, której udało się wydostać. Śmiertelniczka nie miała z nią żadnych szans — została zamknięta w żelaznym uścisku kobiety z dwoma blond kucykami. Ten trzeci, ich przywódca, stal oparty o motor i obserwował cale zdarzenie.
I to on zdawał się być z nich wszystkich najbardziej upiorny. Na jego twarzy błąkał się szatański uśmiech, który nie zwiastował niczego dobrego.
Gorzej. Sugerował, że to jeszcze nie koniec...
kolejka | 
→ sprawy administracyjno-fabularne
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#35
Gdy kolejna bomba spadła tuż za plecami wampirzycy wywołując falę krzyków i jęków, poczuła mimowolnie, jak bestia budzi się w niej do życia pod wpływem instynktu. Nie mogła tutaj zginąć i była gotowa na wszystko, aby temu zapobiec. Zapach krwi w porównaniu z takim zagrożeniem był sprawą drugorzędną, jednak pobudzał ją dodatkowo do działania... i to nie w sposób, jaki mógłby jej teraz pomóc. Musiała zachować czystość umysłu, a w pierwszej kolejności musiała wydostać się na zewnątrz. Harry i Frank z łatwością dotrzymywali jej kroku, zaś za nimi wybiegły kolejne osoby. Mogli teraz zmierzyć się z przeciwnikami na otwartej przestrzeni, lub chociaż zdecydować czy warto. Dhithi od razu rozpoznała w roztańczonej dziewczynie wampirzycę toteż podejrzewała, że jej towarzysze najpewniej również nimi byli. Była przekonana, że celem ich ataku była ona sama, jednak kalkulując na szybko uznała, że ucieczka jej się w tej chwili nie opłaca. Nie, kiedy obok znajdowali się Harry i Frank uzbrojeni w broń, której czarnowłosa od lat nie widziała na własne oczy. Chłopcy nie mogli wiedzieć z kim mają do czynienia, lecz Dhi uznała, że informowanie ich o tym w takiej sytuacji nie przyniesie wiele dobrego. Ponieważ nie miała jak, ani czym atakować na odległość i nie chciała sama zbliżać się do przeciwników, pozostało jej wesprzeć ich z tego miejsca.
- Celujcie w głowy - powiedziała im, a brzmiało to bardziej jak polecenie niż rada. Była w pełni przekonana o wartości przekazywanych im informacji i zależało jej, aby się do nich zastosowali. Nie miała wielkich nadziei jeśli chodziło o użycie broni palnej przeciwko wampirom, ale akurat miała okazję dowiedzieć się nieco więcej na ten temat z pierwszej ręki. Dhithi nie obawiała się fizycznego ataku innego wampira, gdyż wydawało jej się, że w razie potrzeby byłaby zdolna go odeprzeć. Z drugiej strony bomby rzucane w jej kierunku mogły narobić znacznie więcej szkody, dlatego rozejrzała się wokół upewniając, że poza widoczną trójką nie ma więcej przeciwników. Nie czuła się najlepiej w takiej sytuacji, lecz najlepszym wyjściem z niej mimo wszystko wydawało się pozostanie na miejscu wraz z Harrym i Frankiem. Jeszcze o tym nie wiedzieli, ale jej obecność stanowiła dla nich pewną ochronę... z drugiej strony im więcej celów mieli tamci tym mniejsza szansa, że zdecydują się zaatakować właśnie ją. Wystarczyło tylko rozbiec się na tyle, aby jedna bomba nie była zdolna trafić całej trójki... i obserwować deszcz pocisków rozrywających wampirze ciała. Bestia czaiła się tuż pod skórą, czekając na kolejne, rzucone jej wyzwanie. Dhithi nie była sama.
KARTA POSTACI: Dhithi Madan ♪ Theme Song ♪
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Hindi | Rosyjski
Opis Postaci | 
?

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#36
*W głowie Franka dudniły wybuchy, echo krzyków dobiegał uszu, kompletnie odcinając wszelkie inne odgłosy. Spokrewniony jednak skupił się na aktualnej sytuacji, wytłumił niepotrzebne dźwięki tak by w pełni kontrolować moment w jakim się znalazł. A znalazł się w pieprzonym piekle, betonowej dżungli. Zamiast małych azjatyckich ludzików, przyszło mu zmierzyć się z trójką szaleńców, którzy szczęśliwie nie byli jeszcze świadomi jego obecności. Mocny zapach krwi unosił się w powietrzu, budząc najgroźniejsze instynkty. A przynajmniej budziłby, gdyby Frank nie był przyzwyczajony do tego co wojna ma do zaoferowania. Ścisnął broń mocnej w dłoniach, jednocześnie przesunął palcem wskazującym, zdejmując zabezpieczenie ze spustu. Strzelba była naładowana średnim śrutem 12-gauge. Dobry by roznieść komuś nogę, zastrzelić psa albo upolować jakieś średnie zwierze. Z odległości nie większej niż 25 metrów potrafi dosłownie zdmuchnąć człowieka z nóg. Skoncentrowany śrut uderzał z siłą młota pneumatycznego, a na to właśnie liczył Frank. Pierwsza miała dostać rzucająca bombami i tańcząca dziewczyna, która wyglądam przypominała stereotypową przedstawicielkę rodu Malkavian. Dwóch pozostałych miało zostać na deser. Teraz jednak plany się zmieniły, bo pani kucyk zechciała porwać do tańca jedną ze swoich niedoszłych ofiar. - "Ja biorę tego cwela przy motocyklu. Tego który uśmiecha się jakby to była najlepsza noc jego życia. Zaraz będzie najgorszą nocą jego istnienia. " - Spojrzał w stronę pary, która za nim wybiegła. Swojego brata spodziewał się tutaj. Harry pomimo tego, że nie wrócił na kolejne tury do Wietnamu i nie kochał wojny tak jak Frank, posiadał talent do gładzenia spustu. Nie raz podczas strzelanin, w okolicach Oakland, ta umiejętność uratowała życie im obydwu. Co do kurwy nędzy robiła tutaj jednak filozofka/nastolatka/niezamężna? Z jednej strony jej obecność wydawała się kompletnie zbędna, z drugiej, nonszalancko rzucony komentarz o strzelaniu w głowę dawał do myślenia. Nastolatków, Nihilistów w tym mieście było więcej niż ustawa przewidywała na metr kwadratowy powierzchni mieszkalnej. Frank wzruszył ledwo widocznie ramionami, sięgnął pod pachę, wyciągnął chromowanego Colta 1911 kalibru .45. - "Masz. Lepiej żebyś potrafiła skorzystać z własnej rady" - Następnie poczuł jak krew zapala się w jego żyłach, wspiera jego nieumarłe ciało swą życiodajną mocą. Akceleracja była niezwykle przydatną umiejętnością, dzięki niej mógł szybko dostać się w pobliże przeciwników, a potem rozdać trochę bólu. W pierwszym momencie ruszył do przodu przekradając się za samochodami tak by zbliżyć się najbardziej do swoich przeciwników. Planował zbliżyć się jak najbardziej mógł do mężczyzny przy motocyklu, a następnie oddać strzał prosto w jego głowę. Pieprzyć tłumaczenie i policję. Frank nie dyskutował z terrorystami zbawiającymi się własnoręcznie wytworzonymi bombami. Pozostałą dwójkę miał zamiar zostawić swojemu wsparciu.

Spoiler | 
Broń Palna 3 + Zręczność 3 + Pasywna Akceleracja 1 Pierwsza akcja wykorzystana na zbliżenie się, druga akcja wykorzystana na strzał. Zbliżając się Frank wykorzystuje Ukrywanie się 3 + Zręczność 3 + Pasywna Akceleracja 1
KARTA POSTACI: Frank Jr. Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Wietnamski
Opis Postaci | 
Głos Franka

Przybył do Seattle jakiś czas temu. Jeszcze przed rozwiązaniem całego sporu księcia z Malkavianami, ale już pod sam jego końcu. Niewiele osób wie, że Frank w ogóle istnieje. W środowisku wampirów Seattle nie znaczy praktycznie nic. Przybywając na Elizjum do nowej księżnej, nie udało mu się nawet zaprezentować. Zajęta, znacznie ważniejszymi sprawami, wydelegowała przedstawiciela, który z kolei zakomunikował, że przybycie Frank'a zostało odnotowane. Nie wydaje się być szczególnie zainteresowany wampirzą polityką i zwykle pojawia się w miejscach publicznych z przystojnym mężczyzną, który jest do niego trochę podobny. Jest współwłaścicielem zakładu mechanicznego "Midnight Repair" przy 6311 Corgiat Dr S, Seattle, WA 98108.]

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#37
Dobrze, że ludzie próbowali wydostać się wyjściem alternatywnym. Źle, że nie patrzyli na to, iż tamci dalej rzucają bomby. Teraz Harry, oczyma wyobraźni, budował sobie obraz rozerwanych na strzępy ludzi, którzy przyszli do niego zwyczajnie się zabawić. Przebrać za potwory, zejść na jedną noc i odrzucić stres codziennego życia. Najpierw ukuło go serce, znany od zawsze ból, gdy nie potrafił komuś pomóc. Miał go tego samego dnia, gdy znaleźli z bratem na wpół żywego kotka, i nie dali rady go odratować, i miał go teraz, z powodu śmierci tych wszystkich ludzi. Następnie to uczucie zastąpił gniew, rosnący jak stopnie w piekarniku. Dłonie wampira zacisnęły się na obydwu koltach, adrenalina powoli uderzyła do głowy. To było dokładnie tak jak na wojnie, on i brat, przeciw żółtym. Tylko tym razem, przeciwnicy wcale żółci nie byli, a u ich boku pojawiła się ta nieznajoma. Już myślał, że po prostu ucieknie, tak jak reszta, a ona, jak gdyby nigdy nic, została. Ba, nawet dawała im wskazówki, w jaki sposób załatwić kogoś najskuteczniej. Cóż, za niespodzianka.
- W takim razie ja zdejmę tą babkę co się kręci, lubię ruchome cele... - Harry dodał to z nieskrytą satysfakcją. Nie lubił zadawać bólu innym, ale na boga w którego wierzył, jak ktoś mu zniszczy jego własność to niech lepiej szykuje się na piekło. Miał cichą nadzieję, że jeden z tych czubków przeżyje, zaciągnie go wtedy gdzieś do opuszczonych budynków i z bratem wyciągną wszystko co trzeba.
- Hah, dobra Pani Rambo, w takim wypadku tobie zostaje ten trzeci. Tylko nie spudłuj. - - rzucił wesoło, wychylając się zza winkla. Przy tym chaosie, raczej wątpił czy trójka która rzucała bombami, zauważyła jego, jego brata oraz nastolatkę filozofkę.
Ciało wypełniło znajome uczucie. Świat zwolnił trochę. Czas również za nim podążył. Harry, jak jakiś jeździec apokalipsy, wyskoczył zza swej osłony, podniósł obydwa pistolety i oddał strzał. Ktoś by powiedział, że tak nie wolno, że to tylko trik z kin oraz książek, ale Harry był przyzwyczajony, miał talent do korzystania z obydwu rąk i w obecnym momencie, miał zamiar w pełni z niego skorzystać.

Spoiler | 
Zr 4 + Broń Palna na 3 + 1 Zr z pasywnej zręczności Akceleracji na strzał z prawego pistoletu, w głowę kręcącej się dziewczyny. Druga akcja, z Akceleracji, czyli strzał z lewego Colta, Harry się wstrzymuje gdyby jedno z trójki chciało rzucić bombę, wtedy to bomba dostanie strzała. Harry jest oburęczny, więc nie dostaje ujemnych modyfikatorów podczas strzelania z dwóch pistoletów, bądź ogólnie korzystania z "mniej sprawnej" ręki.
KARTA POSTACI: Harry Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix [02.14.1999]

#38
Zapach i widok krwi dla Dhiti Madan były czymś, co często czuła i widziała w przeszłości. Paradoksalnie, w przeciwieństwie do Franka i Harry`ego miała o wiele więcej samokontroli, by nie tak łatwo poddać się swojej wewnętrznej Bestii. Rozumiała ją i potrafiła stłamsić ze znacznie większą skutecznością niż mogłoby się wydawać. Rozrzucone niczym po jakimś niedawnym polu walki części ciała, leżący i ledwo próbujący cokolwiek zrobić ludzie, którzy się wykrwawiali — szybciej lub wolniej — oraz wszechobecny, niemal uderzający w nozdrza zapach vitae był dla wampirów niezwykle zgubny. Poddanie się Bestii dawało dużo zalet, ale miało jedną, zasadniczą wadę: w szale się nie myślało o jakichkolwiek prawach, Tradycjach, nie miało się na względzie dobra ludzi i własnej rasy, było się absolutnie podatnym na odkrycie. Dlatego cała trójka całkiem nieźle starała się chwilowo odepchnąć od siebie Bestię, ale to właśnie przyszywanej Ravnosce najlepiej się udawało.
Panna Madan rozejrzała się dookoła, ale nie dostrzegła ani żadnego bezpośredniego wroga ani nikogo, kto mógłby się gdzieś skradać czy stanowić jakiekolwiek niebezpieczeństwo wobec jej chwilowych sprzymierzeńców czy ludzi. Tłum był rozbiegany na wszystkie strony i chociaż niektórzy zdołali uciec na drugi koniec ulicy chcąc poczuć się w miarę bezpiecznie, ale i też obserwować ciąg wydarzeń, tak wciąż przed Midnight Fix stało mnóstwo osób, które mieszały się między sobą, co znacznie utrudniało jakąkolwiek identyfikację person oraz zauważenie czegokolwiek podejrzanego, o ile się nie posiadało odpowiedniego stopnia umiejętności. Wkrótce Dhiti nie miała też już bezpośredniego wsparcia ze strony braci Richmond... Jedyną broń stanowił dla niej Colt 1911 i jej własne zdolności. Tak jak ona nie zdołała zauważyć nikogo szkodliwego poza znaną jej już trójką, tak i jej jeszcze nikt nie zobaczył. Bezpiecznie skryta za ścianą klubu mogła obserwować otoczenie i podjąć decyzję co do kolejnej akcji.
Frank nie miał najmniejszych problemów z wyszumienia niepotrzebnych dźwięków, które mogłyby go dekoncentrować: świstu raz co raz podrywającego śnieg wiatru, krzyków i jęków ludzi, a nawet histerycznego śmiechu Marielli. Bez problemu zbliżył się do mężczyzny opartego o motocykl, który zdawał się go nie zauważać. Dopiero w momencie gdy naciskał spust, ten uśmiechnął się paskudnie i odwrócił głowę bezpośrednio w stronę członka Camarilli; w jego spojrzeniu kryło się uczucie dominacji, przewagi nad niedoszłym wrogiem. Pozwolił mu wykonać strzał, który trafił w przypadkowy samochód i bez problemu się przed nim uchronił, bowiem miał już zawczasu przygotowaną Rękę Otchłani, która, wcześniej niewidoczna dla Franka, teraz złapała go za nadgarstek prawej ręki coraz bardziej się zaciskając. Broń wypadła mu z ręki. Richmond już niemal słyszał jak jego gość jest gruchotana.
Harry był niezwykle pewny co do swoich umiejętności. Sytuacje jednak nie zawsze są tak klarowne jakby mogło się wydawać, a teraz nie było tak łatwo wykonać dwa strzały jednocześnie z obu broni, zwłaszcza, że nieustanny śnieg utrudniał widoczność, podłoże było błotniste i śliskie, a wokoło krzatali się ludzie nie zważając na nikogo ani na nic. Harry, mimo ogromnego doświadczenia, spudłował. I to spudłował wręcz koncertowo, bo kule trafiły w głowę przerażonej dziewczyny, którą Mariella sobie wokół siebie obracała. W pierwszej chwili teatralnie kazała swoje zdziwienie, ale już zaraz uniosła głowę ku niebu, by ponownie uraczyć zebrane towarzystwo swym charakterystycznym, histerycznym śmiechem. Nie trwało to jednak długo. Malkavianka bezpośrednio obróciła się w stronę Harry`ego jeszcze chwilę trzymając bezwładne ciało ich wspólnej ofiary. Mogłoby się wydawać, że zaraz wpadnie w szał, ale próżno było go w niej ujrzeć. Gdy patrzyła mu w oczy była przeraźliwie poważna. Znowuż jednak nastąpiła diametralna zmiana jej humoru, bo uśmiechnęła się wesoło i szeroko, a następnie ruszyła w kierunku Spokrewnionego mając go na uwadze. Gotowa była w każdej chwili bronić się przed atakiem, ale nie chciała mu być dłużna, o nie. Przecież przed chwilą straciła swoją zabawkę!
Ten, który rzucił bombę w tłum był teraz w nie lada niebezpieczeństwie. No, może nie w takim nie lada, bo przecież był wampirem, ale dwoje mężczyzn zauważywszy, że w przeciwieństwie do Marielli nie stanowi dla nich aż takiego zagrożenia — a przynajmniej tak im się wydawało — rzuciło się na niego z gołymi rękami. Keith uśmiechnął się pod nosem będąc absolutnie pewnym swojej przewagi nad ludzkim motłochem. Coraz bardziej zaczął się poddawać Bestii, a dwoje zwykłych chłopaczków nie miało z nim jakichkolwiek szans. Bez problemu powalił ich niezwykle silnymi jak na wampira ciosami, a przy jego zręczności szybkość ruchów była ponadprzeciętna w stosunku do ludzi. Chwilę później do dwójki niedoszłych przeciwników dołączyli kolejni mężczyźni wiedzeni odwagą, wściekłością i nagłą adrenaliną. Bestia miała nad nim jednak już niemal całkowitą przewagę. Biada tym, którzy się na niego zasadzili...
Z oddali dało się też już dosłyszeć syreny karetek pogotowia oraz co najmniej kilku radiowozów policyjnych. Dhiti jako Spokrewniona, w dodatku ukryta w bezpiecznym miejscu, najlepiej je dosłyszała.

OOC | 
Pamiętajcie, że za kilka akcji na turę są zwiększone ST oraz modyfikatory do puli kości. Nie musicie mi też dokładnie rozpisywać mechaniki, ponieważ mam do niej wgląd w Waszych kartach. Najważniejsze to to, byście mnie informowali o wydatkach punktów krwi i siły woli.
Kolejne rzuty na Samokontrolę dla poszczególnych postaci będą za: Frank (1 tura), Harry (2 tury), Dhiti (4 tury).
kolejka | 
→ sprawy administracyjno-fabularne
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#39
Wampirzyca złapała rzucony jej przez Franka pistolet; nie spodziewała się, że mężczyźni obarczą ją takim zadaniem. Nigdy wcześniej nie miała okazji strzelać, ale wiedziała o istnieniu spustu, muszki oraz magazynka, który należało przeładowywać. Czy to mogło wystarczyć, aby oddać prawidłowy strzał i to nie we własną stopę? Zakładając, że przeciwnik znalazłby się wystarczająco blisko, aby miała jakieś szanse w niego trafić broń stałaby się całkowicie zbyteczna. Zapach krwi i śmierci mimo wszystko nieco dekoncentrował Dhi, która miała sporo do stracenia w przypadku ewentualnego szału... zaś rozsadzenie przez Harry'ego głowy śmiertelniczki nie zachęcało do zabawy w snajpera. Spodziewała się, że mężczyzna załamie się pod wpływem takiego stresu, gdyż przypadkowe zamordowanie niewinnej osoby potrafiło zdeprymować nawet najtwardszych zawodników. Szczególnie w połączeniu z widokiem własnego brata rzucającego się wprost w ramiona śmierci. Czarnowłosa spróbowałaby go powstrzymać przed taką głupotą, gdyby miała na to czas, jednak w tym momencie musiała spisać go na straty. Człowiek nie miał najmniejszych szans w bezpośrednim starciu z wampirem, a Frank postąpiłby najlepiej strzelając do napastników z bezpiecznej odległości. Na polu walki pozostała sama z Harry'm dlatego zdecydowała się w ułamku sekundy wesprzeć go w walce przeciw Malkaviance, gdy dostrzegła cienistą dłoń zaciskającą się na nadgarstku jego brata... Sabat. Wcześniej nie wydawało się to tak istotne, teraz wiedziała już na pewno i ta wiadomość miała dla niej ogromną wagę. Biec... to pierwsze, co przyszło jej na myśl, lecz jej ciało pozostało całkowicie, nienaturalnie nieruchome, a wszelka akcja wymagała niezwykłego nakładu silnej woli. Przez mgłę strachu i paniki przedarł się dopiero dźwięk syren policyjnych, który utwierdził jej decyzję o ucieczce. Mieli może kilka minut nim pojawi się wsparcie kilkunastu uzbrojonych i wytrenowanych policjantów, a Dhithi nie była na tyle naiwna, aby nie doceniać ich szans na wysłanie jej oraz całego towarzystwa na drugi świat. Nawet przeżycie zapewniłoby jej zbędny rozgłos oraz wizytę na dywaniku Księżnej - nie powinno więc dziwić, że pragnęła być w całkowicie innym miejscu, gdy już się tu pojawią. W pierwszej kolejności musiała się jednak upewnić, że nie ruszy za nią pościg w postaci trzech wampirów Sabatu. Poza tym jakaś niewielka, ale wystarczająco przekonywująca część niej chciała zrobić coś dla Harry'ego, który miał jeszcze szanse na przeżycie. Zwyczajnie zrobiło jej się go żal; jego brat miał właśnie zginąć na jego oczach i była to jedna z niewielu rzeczy zdolna poruszyć jej niebijące od lat serce. Pozostając skrytą za ścianą przymierzyła się do oddania strzału w postać zbliżającej się do niego wampirzycy, lecz wbrew swoim własnym radom celowała w klatkę piersiową. Potrzebowała wszelkiego wsparcia jakie mogła ugrać, a większy cel równał się większej szansie na trafienie. Pośpiech był niewskazany, Malkavianka poruszała się dość powoli, a w magazynku zapewne znajdowało się kilka naboi. Dhi łudziła się, że oddanie kilku strzałów nie zdradzi źródła ich pochodzenia w takim zamieszaniu, lecz jeśli Harry nie wykorzysta chwilowej dekoncentracji wampirzycy na zniszczenie jej to czarnowłosej pozostanie już tylko ucieczka... niestety noc się dopiero zaczęła i miała przed sobą wiele godzin na zgubienie przeciwników nim znajdzie dzienne schronienie. W pełni oczekiwała, że dojdzie dziś do bezpośredniej walki między nią i Sabatem, a ilość przeciwników miała krytyczne znaczenie.

Spoiler | 
Wydatek SW i to pewnie więcej niż 1 punktu
KARTA POSTACI: Dhithi Madan ♪ Theme Song ♪
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Hindi | Rosyjski
Opis Postaci | 
?

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#40
Ciało Frank'a było martwe, pomimo tego w jego głowie odezwało się znajome uczucie bólu, kiedy macka zacisnęła się na nadgarstku. Nieostrożny, głupi, teraz płacił za swoją nieudaną szarżę. Spokrewniony był świadom, że w danej sytuacji niewiele mógł tak naprawdę zrobić. Broń wyleciała mu z rąk, macka się zaciskała, a przeciwnik miał jednak przewagę dystansu. Kurwa, lepiej już być po prostu nie mogło. Gdzieś z lewej strony krzyk umierającej kobiety, pociski trafiły w tancerkę, zamiast w wariatkę. Szczęśliwie Frank wiedział, że Harry także spędził swój czas w Wietnamie. Poświęcił go na mordowanie małych, żółtych ludzików. Harry będzie o tym rozmyślał potem, będzie się zastanawiał czy coś mógł zrobić inaczej, czy sytuacja naprawdę wymagała odstrzelenia komuś głowy. Chwile potem dostrzegł, że ochroniarze, goście, przypadkowi przechodnie także walczą. Oczywiście, z wampirem nie mieli najmniejszych szans, ale dali chwilę, jakiej spokrewniony potrzebował by otrząsnąć się z zaskoczenia jakie zaserwował mu jego przeciwnik. Nie miał już zamiaru być nieostrożnym. Krew eksplodowała w jego żyłach nową energią, transformując się w jedną z dyscyplin w której był prawdziwym specjalistą. Ciało wypełniło się nową energią, mięśnie i ścięgna napięły do granic możliwości. To miało uczynić różnicę w tym pojedynku, mógł czarować ile tylko chciał, chować się za cieniami, ale jeśli tylko spokrewnionemu uda się do niego zbliżyć. Przewaga będzie jego. Plan był więc prosty, oczywiście trudniejszy do wykonania, nie mniej był to plan. Frank szarpnął ramieniem, starając się wyswobodzić, jednocześnie ruszając przed siebie w stronę przeciwnika. Chciał, jak najszybciej skrócić dystans, jednocześnie wyrywając się z uścisku dziwacznej macki. A, kiedy już znajdzie się na bliskim dystansie...wtedy będzie się zastanawiał. Na razie nic więcej nie mógł uczynić. Reszta zespołu sama będzie musiała dać sobie radę. Frank potrafił balansować ciałem, użyć pogodę, podłoże, ustawienie swego przeciwnika tak by uniknąć ciosów. Wolał nie przyjąć następnej macki z zaskoczenia, więc starał się wykorzystać swoje niebywale rozwinięte zmysły - w szczególności wzrok - by nie wpaść w kolejną zasadzkę.

Spoiler | 
Jeden punkt krwi zużyty na potencję II by wyrwać się z mrocznych tentacli i zbliżyć do przeciwnika
KARTA POSTACI: Frank Jr. Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Wietnamski
Opis Postaci | 
Głos Franka

Przybył do Seattle jakiś czas temu. Jeszcze przed rozwiązaniem całego sporu księcia z Malkavianami, ale już pod sam jego końcu. Niewiele osób wie, że Frank w ogóle istnieje. W środowisku wampirów Seattle nie znaczy praktycznie nic. Przybywając na Elizjum do nowej księżnej, nie udało mu się nawet zaprezentować. Zajęta, znacznie ważniejszymi sprawami, wydelegowała przedstawiciela, który z kolei zakomunikował, że przybycie Frank'a zostało odnotowane. Nie wydaje się być szczególnie zainteresowany wampirzą polityką i zwykle pojawia się w miejscach publicznych z przystojnym mężczyzną, który jest do niego trochę podobny. Jest współwłaścicielem zakładu mechanicznego "Midnight Repair" przy 6311 Corgiat Dr S, Seattle, WA 98108.]

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#41
Pudło. Chyba jednak przecenił swoje ludzkie możliwości. Wyszedł z wprawy w rozlewaniu krwi. Na szczęście jego oponentka stwierdziła, że nie musi się przejmować kryciem. Ba, ruszyła wprost na niego, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że Harry z człowiekiem ma obecnie wspólne jedynie sumienie.
Miał jeszcze sześc pocisków w prawym colcie i siedem w lewym, a panienka o szalonym uśmiechu, aż prosiła się o parę kul. Nie miał zamiaru jej tym razem rozczarować.
To był ten czas by skorzystać z darowanych mu przez klan dyscyplin. Krew zapłonęła w żyłach a świat nagle zwolnił, niewiele, ale Harry widział różnicę.
Uniósł prawy pistolet, wycelował i pociągnął za spust. Poczuł odrzut, zapach prochu oraz przyjemny dźwięk odskakującego zamka ładującego, który wrzucił mu właśnie kolejny pocisk. Pocisk, który po naciśnięciu spustu, ponownie ruszy w stronę pięknej twarzyczki, dziewczyny, która odważyła się podpalić jego własność.
Frank musiał sobie na razie poradzić, ale co do tego, że chłopak z mackami z cienia ma przejebane, Harry nie miał wątpliwości.

Spoiler | 
Zużywam jeden punkt krwi na akceleracje. Obydwie akcje idą na strzał w głowę dziewczyny, która od tak idzie sobie na Harrego
KARTA POSTACI: Harry Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix [02.14.1999]

#42
Dhiti Madan miała nie lada zagwozdkę. Musiała podjąć decyzję oraz rozważyć za i przeciw ucieczce z miejsca zdarzenia. Syreny policyjne i karetek były coraz bardziej donośniejsze. Mimo, że przeżyła w Sabacie sporo czasu, to jednak posiadała w sobie jeszcze jakiekolwiek ludzkie odruchy. Takie jak żal. Jej własna walka o przetrwanie w tej chwili musiała poczekać... Dhiti zdecydowała się bowiem wspomóc braci Richmond nawet mimo braku odpowiedniego poziomu umiejętności. Potrzebowała jednak chwili czasu, by przyzwyczaić się do trzymanej w ręku broni i odpowiednio strzelić. Dlatego też jako pierwszy strzały wykonał Harry. I tym razem nie spudłował. Nawet o milimetr, bo dwa pociski celnie trafiły w głowę wampirzycy. Pierwszy trafił w oko przelatując przez oczodół i kości czaszki, co wywołało chwilową dezorientację Marielli, która pozwoliła Harry`emu na drugi celny strzał. Tym razem trafił w bok głowy rozłupując kawałek czaszki. Polała się krew, ale było jej mało, naprawdę mało. Gdyby była człowiekiem, to już za pierwszym razem padłaby martwa. Do tego Dhiti dodała swoją cegiełkę do chwilowego zwycięstwa... Wystrzelony przezeń pocisk trafił dosłownie o milimetry przy sercu. Chociaż był wykonany z metalu i w przeciwieństwie do drewnianych ostrzy nie zrobiłby jej krzywdy, tak teraz utkwił między jednym, a drugim żebrem utrudniając Malkaviance ruchy. To całe przedstawienie było dla ludzi tak szokujące i tak nienaturalne, że aż wokół Richmonda i Marielli zapadła cisza. Ludzie patrzyli. Byli przerażeni, zdezorientowani, niezdolni do wykonania prostych ruchów przez paraliż ciała. Jedna z kobiet zemdlała. Jakiś zapalony fotograf robił temu całemu zdarzeniu zdjęcia.
Dwójka Spokrewnionych zapomniała jednak o drugim, rwącym się do walki przeciwniku. Keith nie zdołał dojrzeć skąd strzelił do jego Mateczki pocisk w klatkę piersiową, i jeszcze bardziej przez to rozjuszony ruszył na Harry`ego z zamiarem rzucenia się na niego. Mariella zaś wycofała się chwilowo, by zyskać na czasie i zregenerować swoje rany na tyle, na ile mogła. Była prawie ślepa, ale krew w jej żyłach od razu zaczęła szybciej krążyć. Chciała jak najszybciej odzyskać swój wzrok. Była wściekła. Naprawdę wściekła. W tym czasie minęło zaledwie kilka minut, a radiowozy policyjne, karetki pogotowia i dziennikarskie vany już parkowały w wolnych miejscach ustawiając się dookoła Midnight Fix. Dźwięk syren mógł zdekoncentrować nawet najbardziej uważnych wampirów. Reporterzy pospiesznie zaczęli się ustawiać z kamerami i mikrofonami, by jak najszybciej zacząć relacjonować zdarzenia.
Oprócz czwórki Spokrewnionych, którzy — świadomie lub nie — walczyli ze sobą, było jeszcze drugie pole walki. Frank i Jason mierzyli się nie chcąc pozwolić drugiemu zdobyć nad sobą przewagi. Siła macki Jasona przez chwilę równoważyła się z siłą Franka... Ten drugi jednak porwał się na o wiele poważniejszego od siebie przeciwnika. Czuł to w kościach. Czuł to w powietrzu. Od Jasona biła ogromna pewność siebie, siła charakteru i ciała. Nie miał z nim najmniejszych szans. Widział to w jego oczach, które patrzyły na niego z nieskrywaną wyższością. Nie dał rady się oswobodzić z macki.
W międzyczasie policjanci rozbiegli się na wszystkie strony w dwóch i trzecioosobowych grupkach, by zaprowadzić porządek i ustawiać ludzi. Padały rozkazy, a niektórych ludzi trzeba było usuwać siłą. Ci, którzy zostali przy radiowozach już zaczęli rozmawiać z naocznymi świadkami oraz potwierdzając lub nie dotychczasowe informacje. Dhiti była ukryta za ścianą klubu, ale jej dobry stan zdrowia nie zwrócił niczyjej uwagi. Tylko dwóch mundurowych rzuciło się w stronę Harry`ego i Keitha chcąc ich rozdzielić i ograniczyć ilość rannych i zabitych. W tym chaosie nikt z funkcjonariuszy i pielęgniarzy nie zwrócił uwagi na stojących blisko siebie Franka i Jasona, jakby po prostu sobie rozmawiali. To pozwoliło Lasombrze na podjęcie działania. Jego macka niezwykle silnie i szybko owinęła mu się wokół ciała; szła od prawego ramienia wzdłuż obojczyków i owinęła się wokół jego ciała. Coraz mocniej go ściskała
miażdżąc jego kości. Frank wszedł prosto w pułapkę. A Jason napawał się swoim zwycięstwem.

Kamery już zaczęły wszystko filmować. Tworzyć dowód.
Camarilla będzie miała naprawdę bardzo dużo do sprzątania.
Rozpoczęła się pierwsza bitwa.
kolejka | 
→ sprawy administracyjno-fabularne
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#43
Frank nie czuł już swojego ramienia. Szarpnięcie nic nie dało. Szczerze powiedziawszy zdziwiłby się gdyby dało. Nie dostrzegł tej macki, zawiódł go jego szósty zmysł, na nic zdały się sokole oczy. To nie mogła być prosta walka. Spokrewniony już kiedyś starł się z Sabatem, a nawet wtedy ledwo wyszedł z tego cało. Teraz, trafiając na kompletnie inny kaliber przeciwnika, czuł się jak kuternoga, jak kaleka w walce z mistrzem bokserskim. Pomimo całego szkolenia jakie w swoim życiu uzyskał, nie mógł już uczynić nic by się uratować. Nie miał siły wznieść ręki do walki, ruszyć nogą, dłonią, a nawet palcem. Macka zaciskała się na jego ciele, a Frank był świadomy jak uchodzi z niego życie. Z resztą, już kiedyś znalazł się w podobnej sytuacji. W Xuân Lộc, tuż pod koniec wojny, przypomniał sobie siebie, postrzelanego trzy razy, ze złamaną ręką, czołgającego się w stronę linii wojskowej. Tamtego dnia, na mokrym od krwi i błota placu, uratowało go tylko szczęście. Tamtego dnia, jego zmysły także szwankowały, tamtego dnia także wlazł w pułapkę. Nie pozostało mu już nic innego jak liczyć na szczęście. Tak samo jak w Wietnamie. Jedyne co postanowił jeszcze zrobić, to stłumić tego pieprzonego, wrzeszczącego wewnątrz pasażera. W danym momencie i tak już się na nic nie przyda. Krew pulsowała jeszcze w żyłach, część z niej przekazał na leczenie ran. Jak da radę z tego wyjść, będą się z Harrym musieli oddalić w jakieś bezpieczniejsze miejsce, przynajmniej póki sprawa nie przycichnie. A jak nie? Jak nie, to przecież martwych nic już nie obchodzi.

Spoiler | 
Zużywam 1 punkt krwi na leczenie ran oraz 1 punkt Siły Woli by wstrzymać bestię przed jakimś dzikim wierzgnięciem.
KARTA POSTACI: Frank Jr. Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Wietnamski
Opis Postaci | 
Głos Franka

Przybył do Seattle jakiś czas temu. Jeszcze przed rozwiązaniem całego sporu księcia z Malkavianami, ale już pod sam jego końcu. Niewiele osób wie, że Frank w ogóle istnieje. W środowisku wampirów Seattle nie znaczy praktycznie nic. Przybywając na Elizjum do nowej księżnej, nie udało mu się nawet zaprezentować. Zajęta, znacznie ważniejszymi sprawami, wydelegowała przedstawiciela, który z kolei zakomunikował, że przybycie Frank'a zostało odnotowane. Nie wydaje się być szczególnie zainteresowany wampirzą polityką i zwykle pojawia się w miejscach publicznych z przystojnym mężczyzną, który jest do niego trochę podobny. Jest współwłaścicielem zakładu mechanicznego "Midnight Repair" przy 6311 Corgiat Dr S, Seattle, WA 98108.]

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#44
Sytuacja była bardzo chaotyczna, gdzie nie spojrzeć rozgrywała się jakaś tragedia. Dhithi interesowały wyłącznie wampiry Sabatu, pozostali stanowili dystrakcję... bardzo dogodną z jej perspektywy. Pozostawała w ukryciu, lecz powoli zaczęło do niej docierać, że taka taktyka nie wystarczy. Po oddaniu celnego strzału, który nie wydawał się robić większego wrażenia na blondynce, wampirzyca wsunęła pistolet do kieszeni spodni. Płaszcz zgubiła gdzieś w tej zawierusze i stała teraz pośród wirującego śniegu jedynie w jeansach i przemoczonym crop topie. Nie było sensu wyręczać się słabymi śmiertelnikami oraz ich zabawkami, rezultat był do przewidzenia. Teraz miała szansę uciec, gdy cała trójka wampirów była zajęta... wręcz powinna była uciec, o czym sobie gorliwie przypominała, lecz coś ją powstrzymywało. Był to wyjątkowo nęcący widok krwawiącej Malkavianki, której łeb był niemalże na wyciągnięcie pazurów Dhithi. Tylko podbiec i go jej urwać. Taka dogodna okazja, to nie byłby z resztą pierwszy raz... Walka z własnymi myślami nie trwała długo, gdyż żądza przeklętej szaleństwem krwi mocno dawała o sobie znać. Chociaż czarnowłosa dobrze panowała nad swoją bestią nie znaczyło to, że nawet nie poddając się jej w pełni, nie sugerowała się jej zwierzęcym instynktem. Miały w końcu ze sobą tyle wspólnego. Maskarada odeszła teraz na dalszy plan, jeśli Sabat zamierzał gonić ją po całym mieście to Camarilla miała znacznie więcej do sprzątania. Na chwilę zapomniała też o nadjeżdżającej policji, byli bez znaczenia... spóźnieni jak zawsze. W ułamku sekundy podjęła decyzję i wyskoczyła wprost na Malkaviankę z zamiarem złapania jej za głowę i wyrwania jej z ramion dziewczyny. Może było to mało subtelne zagranie jak na osobę, którą starała się zgrywać, ale jakże efektowne, jeśli wyjdzie. Doda do dzisiejszego pokazu fajerwerków jeszcze jeden, wymowny element. Zaszokuje wszystkich, to pewne... łącznie z pozostałymi członkami Sabatu.
KARTA POSTACI: Dhithi Madan ♪ Theme Song ♪
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Hindi | Rosyjski
Opis Postaci | 
?

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#45
Fuck, miał nadzieję, że nie ma jednak do czynienia z wampirzycą, tylko jakąś zdrowo pojebaną ghulką, ale widać to jednak dziecko nocy. Chciał jej poprawić raz jeszcze, ale w jego stronę ruszył inny mężczyzna, tez zapewne wampir. na dodatek ten przyjemniaczek nie wyglądał na takiego który się cacka gdy weźmie cię w obroty, coś jak Frank, tylko mniej niebezpieczne.
Tak jak już wspomniał o swoim bliźniaku, to dopiero teraz zorientował się, że ma on nie lada kłopoty. Skurwiele, nie dość, że uszkodzili jego bar to jeszcze chcą mu zabić jedyną rodzinę.
Spojrzał w stronę nadchodzącego oponenta, uśmiechnął się zawadiacko i opuścił prawy pistolet. Ich spojrzenia zeszły się niemal od razu, a Harry poczuł jak krew w jego ciele zaczyna płonąć, wypalać się by zasilić jedną z wampirzych dyscyplin jego klanu. Idiota, zupełnie jak ta laleczka, ruszył na niego, zapewne pewien, że nic mu nie będzie. Przeliczył się, bo z idącym na odsiecz bratu, Harrym, nie było żartów.
Z lewego, wciąż uniesionego pistoletu, posypał się grad ołowiu. Miał zamiar wystrzelać cały magazynek w skurwysyna, który krzywdził jego brata.

Spoiler | 
Wypalam punkt krwi i korzystam z II poziomu prezencji: ●●○○○ Przerażające Spojrzenie przeciw mężczyźnie, temu który idzie na mnie, a wprost po tym, wywalam cały magazynek z lewego pistoletu, w przeciwnika który gnębi Franka.
KARTA POSTACI: Harry Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#46
Żaden z uczestników poważnie nie przejął się ani obecnością dziennikarzy ani mundurowych ani służb ratowniczych. Tak samo jak i najzwyklejszych w świecie ludzi zupełnie nie mających pojęcia o istnieniu takich potworów jak wampiry, a którzy nawet oddaleni od centrum wydarzeń, wciąż widzieli co się dzieje. Jedną z tych osób była Dhiti Madan, która wbrew wszelkiemu rozsądkowi postanowiła ruszyć za Mariellą z zamiarem oderwania jej głowy. Jak na kogoś, kto nie chciał rzucać się w oczy i miał najlepszą z możliwych sytuacji dogodnych dla ucieczki, Madan podjęła się czegoś brawurowego, czegoś niemoralnego, czegoś, co w szeregach Camarilli nie spotkałoby się z aprobatą. Ruszyła śladem Malkavianki zapominając jednak o tym, że głównym zadaniem funkcjonariuszy było oczyszczenie terenu i przepytanie świadków, którzy jeszcze zostali na miejscu. Jakiś policjant zauważył, że jedna z dziewczyn zmierza w kierunku, w którym nie powinna. Początkowo zaczął szybko iść w jej stronę, ale gdy ta znalazła się blisko Marielli, która jej zawczasu nie dostrzegła, i wyciągnęła ręce, by zrealizować swój zamiar, mundurowy powstrzymał ją ostrzegawczym krzykiem "Policja, na ziemię!" z wyciągniętą ku niej bronią. Malkavianka z kolei uśmiechnęła się paskudnie pod nosem delektując się zaistniałą sytuacją. Sam mężczyzna był przerażony tym, co zobaczył. Ruszającego się... Trupa? Co to, kurwa, było? A może... A może ta dziewczyna przeżyła postrzał i uderzenie w głowę czymś naprawdę twardym..? Takie rzeczy się zdarzały, nie..? Potrząsnął głową. Jedna ze stojących z oddali kobiet prawie krzyknęła z przerażenia na widok ruszającej się martwej istoty, co zwróciło uwagę innych ludzi i służb porządkowych na zaistniałą sytuację.
Jason także miał w wielkim poważaniu wszelkie służby, które zajechały pod Midnight Fix. Nie przejmował się Maskaradą, bo wiedział doskonale, że to nie Sabat, ale Camarilla będą to wszystko sprzątać. Co go obchodzi, że w ten czy inny sposób narazi prawo, które go przecież nie dotyczyło? Nie oznaczało to jednak, że był kompletnie odizolowany od otoczenia. Wręcz przeciwnie. Bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji, jaka zaistniała. Z uciekających przed nim ludzi, którzy najzwyczajniej w świecie bali się ciemności. Z mundurowych, którzy uciekli, jak gdyby mieli mu pozwolić dokończyć dzieła. Z kliku funkcjonariuszy, którzy stali w pewnej odległości od niego z wyciągniętymi glockami i krzyczeli, że ma przestać, że ma paść na ziemię; któryś z nich ze strachu nie wytrzymał i wystrzelił ostrzegawczo. Pozostali dwaj zamknęli oczy z przestrachu i wystrzelili w Lasombrę całe swoje magazynki, których pociski trafiły w plecy i barki. Jednakże, dla niego, dla Spokrewnionego, takie rany były niczym. Tylko go irytowały i zdenerwowały do tego stopnia, że puścił swoją macką z Franka i odwrócił się ku policjantom. Tylko dzięki temu Richmonda nie spotkała Ostateczna Śmierć, ale zapadł on w Letarg w wyniku zbyt wielu obrażeń. Frank miał w sobie jeszcze vitae, lecz jego obrażenia były zbyt ogromne, by mógł się wybudzić dzięki odrobinie krwi. Jego ciało potrzebowało regeneracji, która nie nastąpi ot tak. Swoje ostatnie chwile widział i słyszał jak przez bardzo gęstą mgłę... Lecz już ani nie widział ani nie słyszał uciekających przed Jasonem i jego mroczną macką, policjantów. I innych ludzi. Ludzi, którzy uciekali w popłochu przed Jasonem i otaczającą go ciemnością. Kilkoro z nich krzyczało, lecz większość po prostu czym prędzej zaczęła uciekać. Nawet policjanci i przesłuchujący przez nich świadkowie także rzucili się do ucieczki. Ponownie zapanował chaos.
Nie mniej krytycznie było w przypadku Harry`ego i Keitha. Ten drugi był w szale i niełatwo było użyć na nim Prezencji ani go pojmać w celu schwytania. A mimo to Richmondowi udało się użyć na nim mocy Przerażającego Spojrzenia i sprawić, że ten, zamiast hardo rzucić się w wir walki i podjąć pewne siebie działania, przestraszył się. Dla otaczających ludzi było to niezwykle dziwne; taka zmiana w zachowaniu młodzieńca. Dzięki temu mundurowym nietrudno było złapać pod ramiona Keitha. Sam Harry wcale nie miał przez to łatwiej. Owszem, pozbył się jednego problemu, ale nie znaczyło to, że wyeliminował wszystkie. Chciał wystrzelić cały dostępny magazynek w Jasona, ale pistolet tylko kliknął raz, drugi, trzeci. W magazynku nie było nabojów, a Harry nie miał przy sobie zapasowych nabojów. Nie zważał na mundurowych i ich ostrzeżenia przez co został czterokrotnie postrzelony w prawe ramię, co może i nie było dla niego poważną raną, ale nie pozwoliło mu na swobodę ruchów. Co więcej, aż trzech funkcjonariuszy schwytało Richmonda pod ręce próbując go powalić na ziemię. Część ludzi, nieświadoma sytuacji z Jasonem i jego ciemnością, w napięciu obserwowała tok wydarzeń. Kibicowali policjantom w walce z wrogami publicznymi.
Szóstka wampirów nie była jednak jedynymi wampirami obecnymi w okolicach klubu Midnight Fix. Przez nikogo nie zauważona ani nie usłyszana. Astrid ostrożnie przemieszczała się między kolejnymi vanami niepostrzeżenie unieszkodliwiając kamery i sprzęt. Sprawdzała, które stacje i kamery nie mają okablowania i konieczne jest wyjęcie taśmy, by nagrania nie dostały się w niepowołane ręce. Później, we współpracy z Davidem, zamierzała ruszyć w pościg i zabezpieczyć taśmy. Tak więc, niełatwo ludziom było nagrać wszystkie zdarzenia, bo kilku stacjom nie udało się nawiązać połączenia z siecią, a co dopiero nagrać materiał. Jacyś dwaj bystrzy technicy zorientowali się, że ktoś majstruje przy ich sprzęcie i bardzo się tym zdenerwowali, ale nie mogli zrobić nic więcej. Nie było w pobliżu nikogo, kto by się dziwnie zachowywał. Nie było słychać niczego, co by mogło zdradzić obecność Astrid.

OOC | 
Frank zapada w Letarg na 2 tygodnie.
kolejka | 
→ sprawy administracyjno-fabularne
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#47
Ze swojej własnej winy Dhithi znalazła się w sytuacji, których przecież z całych sił starała się unikać. Teraz to ona była na wyciągnięcie pazurów tej wariatki i nie było odwrotu. Ucieczka w tym momencie nie wchodziła w grę, gdyż byłaby zwyczajnie niewykonalna... wampirzyca czuła się jak zwierze złapane w sidła. Jakby wszędzie wokół panowała ciemność i tylko na niej spoczęła wiązka ostrego, oślepiającego światła odbierającego zdolność logicznego myślenia. A może powód był inny? Gdyby była człowiekiem zapewne zwróciłaby teraz zawartość swojego żołądka... była jednak czymś bardziej na pozór zwierzęcia i miała po swojej stronie silny instynkt przetrwania. Zjedz, albo zostań zjedzonym. Wszystkie odgłosy dochodziły do niej jak przez mgłę, poza tymi wykonywanymi przez blondynkę, nie ważne jak błahymi. Dhithi zbyt nisko oceniała potencjał śmiertelników, aby w porównaniu z bezpośrednim zagrożeniem w postaci Malkavianki poświęcać im jakąś uwagę. Straciła również wiarę w moc anihilacji krwiopijców przez broń palną... jednak w jakiś sposób dokładało się to do całego bagażu surowych emocji, które teraz się w niej kołatały. Czarnowłosa potrafiła nad sobą zapanować, lecz istniał taki moment, w którym i jej psychika zaczynała wysiadać. Nim straci całkiem nad sobą kontrolę, spróbuje raz jeszcze zmusić się do konstruktywnego działania... zniszczenia obcej wampirzycy. Rzuciła się ponownie z zamiarem złapania czaszki kobiety w swoje szczupłe, kościste palce. Już to widziała, jak jej kciuki wbijają się w oczodoły rozrywając galaretowatą tkankę i wytryskując krew. Jej myśli stawały się krwawe i chore, przed sobą widziała drugie zwierzę. Kolejny raz spróbowała wyrwać mu głowę.

Spoiler | 
Wszystko tak jak ostatnim razem

Przepraszam, że post tak późno - chorowałam na święta :(
KARTA POSTACI: Dhithi Madan ♪ Theme Song ♪
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Hindi | Rosyjski
Opis Postaci | 
?

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#48
Harry odetchnął by z ulgą, gdyby jeszcze musiał oddychać. To, że wściekły do granic możliwości wampir, który szedł w jego stronę by obić mu pysk, odwrócił się I chciał uciekać w podskokach, było błogosławieństwem. Usłyszał huk wystrzału a potem ciche kliknięcie zamka. Źle policzył pociski? Użył nie tego pistoletu co trzeba? To nie była jego pierwsza strzelanina, ale popełnił karygodny błąd który teraz kosztował go ramię oraz obalenie. Nie czuł chłodnego śniegu, czy niskiej temperatury, czuł za to uderzenie o ziemie, słyszał krzyki policjantów którzy każą mu się nie ruszać. Pewnie nawet by posłuchał, ale jego brat był gdzieś tam, w śniegu, może naprawdę martwy. Musiał wiedzieć co się z nim stało.
Ponownie tego wieczora spalił krew. Czuł jak vite, niczym paliwo zasila jego misterne dyscypliny. Musi przekonać tych ludzi by zajęli się tym z mackami. Spowodować, by poczuli, ze to nie Harry jest tu zagrożeniem.
- Macie nie tego co trzeba! Ja korzystam tylko z prawa obrony konicznej, to ten tam jest tym którego powinniście schwytać! To on rozpoczął cały ten atak! Na miłość boską, tam jest mój brat, muszę wiedzieć czy żyje! - wykrzyczał w stronę obalających go policjantów. Zwyczajnie, może takie słowa nikogo by nie przekonały, ale Harry nauczył się, że moce które posiadał, świetnie nadawały się do manipulowania śmiertelników. Niech sympatyzują z jego desperackim tonem. Dostanie się do Franka i zabierze go stąd. Nie ma mowy, że to się tak skończy.

Spoiler | 
Spalam 1 punkt Vite i korzystam z ●○○○○ Zachwyt viewtopic.php?f=162&t=274 by przekonać policjantów aby mnie uwolnili i zajęli się prawdziwymi sprawcami. Po prostu chcę im złamać serca tkliwą historyjką o bracie.
KARTA POSTACI: Harry Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#49
Dzisaj mogła być ostatnia noc jego nieżycia. Szczęście jednak po raz kolejny uśmiechnęło się do niego, a może żadnego szczęścia w tym nie było? Dziewczyna, która walczy teraz zapewne o życie była doskonałą dystrakcją, brat dał z siebie wszystko by wspomóc umierającego. Morderca w mackach, pomimo śnieżycy, kiepskiej widoczności i wiatru, był strasznym widokiem. Policja krzyczała, strzelali, walczyli. Głęboko w swym sercu, które pompowało resztki krwi utrzymując nieumarłe ciało w całości, Frank także chciał walczyć. Chciał wstać, być żołnierzem, przecież niewiele więcej potrafił. Żołnierze umierali za sprawy. Brali do ręki broń tak by ktoś inny nie musiał nurzać się w błocie, krwi, odchodach i ludzkich szczątkach. Tak by przeciętny mieszkaniec globu o Hamburger Hill uczył się z książek, a nie z pola walki. By nazwa T-34 była dla niego, nazwą egzotycznego napoju gazowanego, a nie maszyny śmierci na gąsienicach. By jego zaufana strzelba wisiała nad kominkiem, a nie pluła ołowiem w nadchodzących przeciwników. Frank nie robił tego jednak bezinteresownie. Niektórzy robili to dla chwały, inni z poczucia obowiązku, dla patriotyzmu, rodzinnego honoru. Frank długo myślał, że właśnie dlatego wraca na pole bitwy. Po trzeciej turze zrozumiał, że na kolejną wraca ponieważ, pole bitwy woła do niego. Ponieważ ulice zatłoczonych miast, dzwoniące telefony i tysiące samochodów, to nie miejsce dla kogoś takiego jak on. Żołnierz każdą przeszkodę postrzega jako pole bitwy, każdą porażkę jako okazję do nauki. Wyciąganie wniosków przychodziło spokrewnionemu z dużą łatwością. Będzie się wiele godzin zastanawiać co spierdolił w tym momencie, gdzie dał ciała - i w końcu dojdzie do jednej, niezaprzeczalnej konkluzji - tej walki nie należało rozpoczynać. Nie był gotowy na takiego przeciwnika. Dał by sobie radę ze świrem w szale, z wariatką ciskającą materiały wybuchowe, ale ten potwór z mackami był na zupełnie innym poziomie. Jednak Frank jest cierpliwy, Frank poczeka. Następnym razem będzie gotowy. Następnym razem nie da się podejść. A w głębi serca czuł, że będzie następny raz. Pozostało mu tylko spać. Spać snem sprawiedliwego w oczekiwaniu, aż brat znajdzie wystarczająco krwi by wybudzić go z letargu.
KARTA POSTACI: Frank Jr. Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Wietnamski
Opis Postaci | 
Głos Franka

Przybył do Seattle jakiś czas temu. Jeszcze przed rozwiązaniem całego sporu księcia z Malkavianami, ale już pod sam jego końcu. Niewiele osób wie, że Frank w ogóle istnieje. W środowisku wampirów Seattle nie znaczy praktycznie nic. Przybywając na Elizjum do nowej księżnej, nie udało mu się nawet zaprezentować. Zajęta, znacznie ważniejszymi sprawami, wydelegowała przedstawiciela, który z kolei zakomunikował, że przybycie Frank'a zostało odnotowane. Nie wydaje się być szczególnie zainteresowany wampirzą polityką i zwykle pojawia się w miejscach publicznych z przystojnym mężczyzną, który jest do niego trochę podobny. Jest współwłaścicielem zakładu mechanicznego "Midnight Repair" przy 6311 Corgiat Dr S, Seattle, WA 98108.]

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix [02.14.1999]

#50
Ucieczka wbrew pozorom była bardzo realna. Dhiti, przecież szybsza i sprytniejsza od ludzi, miała na to całkiem spore szanse. Nawet teraz, będąc na widoku już nie tylko funkcjonariusza, ale i ludzi. Tych samych, których Maskarada chroniła przed brutalnym światem, w jakim nie mieli pojęcia, że żyją. Nikt jednak, a czasem nawet i sam właściciel, nie wiedział co tak naprawdę siedzi w czyjejś głowie. Jakie ma cele, motywacje, kim tak naprawdę jest. Madan miała swoje przeżycia i te doświadczenia różnie wpływały na zdarzenia. Wszak ona sama nie mogła wiedzieć do końca jak się zachowa w danej sytuacji. Jakiekolwiek miała teraz motywy, cokolwiek uważała - ludzie nie zapomną tego, co za chwilę zobaczą.
Dhiti Madan ponownie rzuciła się na Malkaviankę z zamiarem urwania jej głowy. Niezwykle skutecznie dopadła przeciwniczkę, która zdziwiona przypływem siły, nie zdołała uwolnić się od jej żelaznego uścisku. Wyrwanie głowy Spokrewnionemu nie było jednak wcale takie łatwe. Ba! Nawet w przypadku człowieka wampirzyca musiałaby się wysilić, by mogło jej się coś takiego udać. Chociaż schwytanie głowy Marielli jej się udało, to jednak nie gwarantowało sukcesu w realizacji planu. Za obiema kobietami stali ludzie, a funkcjonariusz, teraz będąc już pewnym, że ma przed sobą niespełna rozumu dziewczynę, zaczął krzyczeć żeby się odsunęła. Zachowanie ludzi i kolegi po fachu zaalarmowało innych policjantów, którzy przybiegli na miejsce zdarzenia. Ten, który był od początku... Jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się strzelać do kogoś, a co dopiero znaleźć w takiej sytuacji... Gdy więc obie Spokrewnione się siłowały, policjant wystrzelił ostrzegawczo. Pozostali zrobili to samo. To nie pomogło, a Malkavianka skorzystała z okazji, by kopnąć swoją przeciwniczkę. I to kopnąć tak, że ta upadła na ziemię. Część mundurowych nie przewidziała takiego obrotu spraw i kilku z nich przedwcześnie strzeliło w kierunku Dhiti. Jeden pocisk trafił w bok jej prawego uda, a pozostałe świsnęły w powietrzu. Pomiędzy wirującymi płatkami śniegu. Świruska zaś uniosła głowę do góry rozpościerając ręce. Zaczęła okręcać się wokół siebie w tańcu i śmiać. Już nie tak histerycznie, jak wcześniej, lecz nie wyglądało to normalnie. Gorzej... Przyprawiało o ciarki. Obserwujący to wszystko ludzie byli przerażeni tym, co widzieli. Niczego nie rozumieli. Najpierw ktoś zrzuca bomby, a teraz... A teraz ktoś chce komuś urwać głowę? A ofiara się po prostu śmieje? Po co? Dlaczego?!
Z kolei będący pod wpływem Przerażającego Spojrzenia i Bestii, Keith bezmyślnie rzucał się na swoich oponentów zrzucając ich z siebie i skutecznie odpierając kolejne próby ataków chcąc przedrzeć się przez funkcjonariuszy i dostać do swojej Mateczki. Ledwo mu się to udawało biorąc pod uwagę, że policjanci do niego strzelali, a teraz byli już niemal gotowi go podziurawić. Keith czuł instynktowną potrzebę chronienia swojej Matki.
Nieco inaczej miała się sytuacja w przypadku Harry`ego. O ile zupełnie nie pomagały mu pistolety i typowe, ludzkie zachowania, o tyle używanie dyscyplin było tej nocy jego mocną stroną. Najpierw udało mu się zneutralizować Keitha, a teraz - przekonać do siebie stojących wokół niego policjantów. Nie miało większego znaczenia to, co mówił. Mundurowi, którzy jeszcze chwilę temu zachowywali się wobec niego agresywnie i bez jakiegokolwiek uczucia, teraz popatrzyli po sobie i wręcz natychmiast puścili ręce Richmonda. Uzmysłowili sobie jak sami by się czuli i co chcieliby zrobić gdyby napadnięto na ich teren i zaatakowano kogoś bardzo im bliskiego. To jednak nie trwało długo. Użycie Zachwytu pozwoliło mu się jedynie oswobodzić. To wszystko na co mógł teraz liczyć. Jason bowiem, wraz ze swoją macką, właśnie zmierzał w jego kierunku, zagradzając mu bezpośrednią drogę do brata. Każdy kogo napotykał na swojej drodze uciekał w popłochu, był sparaliżowany przez strach lub padał martwy w wyniku zderzenia z Ręką Otchłani. Twarz Lasombry była poważna, dystyngowana, a aura jaką roztaczał... Cóż. Migliore sprawiał wrażenie niezwykle charyzmatycznego gościa, któremu nikt nie podskakuje. Gościa, który mógłby kogoś zmiażdżyć samym wzrokiem. Gościa, z którym po prostu się nie zadziera.
I w pewnym momencie Jason po prostu stanął. Patrzył na Harry`ego. Był ciekaw jego ruchu.
Frank... Frank leżał między błotem i śniegiem. Ciało było zmiażdżone. Kości pokruszone i potłuczone tak, jakby ktoś powbijał w nie różnej wielkości młotki. Skóra sina, w niektórych miejscach wręcz fioletowa. Wyglądał raczej jak ktoś, po kim przejechał samochód, i to kilkakrotnie. Z nieba spadały nań płatki śniegu, które wręcz idealnie układały się na każdej rysie ciała, linii twarzy. Richmond będzie potrzebował sporo czasu na regenerację. Choć jak na wampira nie było to znowu tak długo. Dwa tygodnie letargu... Czym są bowiem dwa tygodnie dla Spokrewnionego żyjącego dziesiątki, a czasem nawet i setki lat? Frank nie odczuje tego tak bardzo, jak Harry... Nie mógł już nic zrobić. Jedynie poddać się losowi. Znów przyjąć szczęście. I wyciągnąć wnioski ze swoich działań, choć jeszcze przed całkowitym zapadnięciem w Sen przecież zdążył zrozumieć gdzie popełnił błąd.
A ludzie? Większość z nich uciekła z przestrachu lub przerażenia. Szczególnie szybko zniknęli Ci, którzy natknęli się na Lasombrę. Część rannych została już wyleczona, a niektórzy z poważnymi obrażeniami - właśnie odjeżdżali w karetkach pogotowia do szpitala. Niewielu ostało się policjantów, którzy mieli odwagę jeszcze cokolwiek tutaj działać. Z telewizji pozostały jedynie najważniejsze, największe stacje Seattle i jedna pomniejsza, której spiker nie odpuszczał tak łatwo. Cala akcja ratunkowo-porządkowa była w niemałym chaosie, bo w wyniku nadnaturalnego oddziaływania ludzie po prostu uciekali lub nie byli w stanie podejmować racjonalnych decyzji. Ostali się tylko Ci, którzy mieli naprawdę silną wolę oraz osoby na wyższych szczeblach władzy, nie bez powodu ją majacy. Próbowali doprowadzić to wszystko do porządku, lecz chociaż ludzi było mniej, to jednak coraz ciężej panowało się nad tym chaosem sytuacyjnym. Astrid kontynuowała swoje zadanie prosząc Davida, by zajął się vanami, które odjechały i podając mu informacje co konkretnie w jakim samochodzie może zdziałać.
kolejka | 
→ sprawy administracyjno-fabularne
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#51
Po kolejnej porażce Dhithi ogarnęło poczucie rezygnacji i przez chwilę nie miała nawet siły się podnieść. Czy miała teraz zginąć? Starała się ugrać ile się dało w tej sytuacji, wysłużyć innymi w celu pokonania przeciwników ale czego mogła się spodziewać po słabych śmiertelnikach? Zwykle polegała na własnej sile i uzyskiwała zamierzone rezultaty, lecz teraz... krzyknęła cicho, bardziej z zaskoczenia gdy kula utkwiła w jej nodze. To nie był żaden problem ale fakt, że ci kretyni strzelali do niej zamiast do Sabatu sprawił, że przewróciła oczami na nowo rozzłoszczona. Nie miała żadnego zrozumienia dla ich postępowania nawet jeśli z ich strony było ono całkowicie logiczne.
- Strzelajcie do niej, nie do mnie! Zanim nas wszystkich pozabija! - Zawołała w stronę policjantów tonem, który brzmiał jak zdecydowany rozkaz, który mieli bez szemrania wykonać. Wampirzycy przyszedł do głowy pewien pomysł, dlatego wyjęła z kieszeni skradziony niedawno portfel z zamiarem otwarcia go i udawania, że w środku znajduje się odznaka. Liczyła, że policjanci stali wystarczająco daleko, że nie mogliby polegać na swoim wzroku w wystarczającym stopniu i pozostałoby im zwyczajnie uwierzyć jej na słowo. - Jestem z FBI, a ta trójka to groźni mordercy! Ona i tych dwoje! - Zawołała wskazując na Keitha i Lasombrę. Może dzięki temu uda jej się zmylić również Sabat? Musiała się uspokoić, gdyż bestia domagała się uwolnienia... a to było ostateczne wyjście.
KARTA POSTACI: Dhithi Madan ♪ Theme Song ♪
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Hindi | Rosyjski
Opis Postaci | 
?

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#52
Harry podniósł się z ziemi, otrzepał ubiór ze śniegu a następnie spojrzał na policjantów którzy przed chwilą go obezwładnili. Chwycił się przy tym za postrzelone ramię by wyglądać jeszcze mizerniej niż wtedy, gdy przygniatali go do zimnej gleby. Wtedy to poczuł przytłaczającą obecność wampira który skrzywdził jego brata. Powoli obrócił głowę by przyjrzeć się oponentowi. Wysoki, pewny siebie I na dodatek nosi na twarzy ten uśmieszek, który mówi wszystkim na około "Nie dasz rady mi podskoczyć". Problemem było to, że stał na drodze do Franka, a Harry nigdy nie zostawił by swojego brata z tyłu. To Frank, gdy on otrzymał postrzał w nogę od jakiegoś żółtka, wybiegł z zasieków by go uratować. Ryzykował wtedy własnym życiem by ocalić jego I Harry za cholerę nie miał zamiaru ustąpić, chociażby wypełzł mu tu jeden z tych przedwiecznych.
- Panie władzo, to co mówi tamta dziewczyna to wszystko prawda. Tych dwoje, I ten tam, to bandyci, terroryści, chcący zachwiać pokój naszego kochanego U.S.A. Nie spoczną póki Panowie I wszyscy na około nie umrą ku chwale ich idei. - skinął głową w stronę przebijającego się do swej "matki", ogarniętego bestią wampira, postrzelonej przez siebie wampirzycy oraz stojącego na jego drodze, pewnego siebie lidera.
- Proszę czynić swój obowiązek! Mogli panowie postrzelić porządnego obywatela który broni swego mienia, ale nie potrafią panowie zastrzelić sprawców tego terroru!? Chyba dość już czekania!? - wykrzyczał w stronę zebranych funkcjonariuszy, a jego głos znów zabrzmiał tym samym, pełnym przejęcia, pociągającym tonem, który przekonał policjantów by go puścili. Cholera, niech zasypią tego gnoja ołowiem. Warknął do siebie Harry, wycofując się o kilka kroków, tak by być za funkcjonariuszami.

Spoiler | 
Ponownie spalam jeden punkt krwi I rzucam zachwyt by naprowadzić panów policjantów na poprawną decyzję, jak zając się tą sprawą. tzw. Zastrzelić tych sprawców terroru.
KARTA POSTACI: Harry Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix [02.14.1999]

#53
Śnieg sypał nieustannie. Wciąż i wciąż; jakby pragnął zasypać kałuże błota i krwi, kawałki ciał i zabrać z widoku wszelkie przedmioty, fekalia. Jakby pragnął, by to wszystko stało się jedynie złudzeniem. Dla niektórych ludzi, tych którym ciężko było przyjąć do wiadomości zaistniałe wydarzenia, to wszystko było złudą. Koszmarem. Senną marą. Niewielu już zostało jakichkolwiek obserwatorów; część uciekła przez wgląd na Lasombrę, część została usunięta przez policję. Zostało może kilka osób wraz z funkcjonariuszami, którzy również zostali uszczupleni, jedną karetką i zaledwie kilkoma stacjami telewizyjnymi uparcie chcącymi mieć materiał z dzisiejszej nocy, lecz dzięki Astrid — bezskutecznie.
Może w innych okolicznościach Dhiti miałaby szanse. Może gdyby nie wyglądała ledwo na nastolatkę. Może gdyby nie próbowała wcześniej gołymi rękoma oderwać głowy Malkavianki. Może gdyby...
— Połóżcie się na ziemi i załóżcie ręce z tyłu! — Tak brzmiała odpowiedź wyższego rangą funkcjonariusza — a było to widać, bo w przeciwieństwie do zwyczajnych policjantów miał cywilne odzienie i nie korzystał z broni palnej. Za to przemówił do Dhiti i Marielli z megafonu patrząc w ich stronę. Był w bezpiecznej odległości od kobiet i nawet jeśli Madan miałaby chociażby podrabianą odznakę FBI, to nie uwierzyłby jej. Przede wszystkim dlatego, że dobrze znał działkę Federalnych, a ta nią zdecydowanie nie była. Mariella z kolei nieustannie wirowała w płatkach śniegu, z uśmiechem na ustach, z przymkniętymi oczami. Jawiła się mundurowym jako potworna lalka... Przez długą chwilę nie miała części twarzy, a teraz jak gdyby strzały nie miały miejsca, wszystkie rany się zagoiły. Straciła przez to nieco krwi, ale dla niej, dla członkini Sabatu, nie miało to większego znaczenia. Później uzupełni swoje zapasy vitae.
Obie kobiety dostałyby czas na podjęcie racjonalnej decyzji, poddanie się funkcjonariuszom, gdyby nie Keith. I zupełnie odwrotne działania Harry`ego - teraz, gdy wszyscy zdołali odczuć niezrozumiałe dlań niebezpieczeństwo ze strony Jasona i jego Ręki Otchłani, nie kwapili się do posłuchania go. Zachwyt działał na tłumy, na masy ludzi, ale nie w sytuacji zagrożenia życia. Keith, wściekły, w szale, bezmyślnie rzucił się w stronę stojących w środku półkola policjantów w wyniku czego dowodzący wydał pewny siebie, bezsprzeczny rozkaz: strzelać. I wszyscy zaczęli strzelać. Lecz nie tylko w Keitha, ale również Dhiti i Mariellę. Wystrzały rozniosły się niczym porażające echo. Madan znów została postrzelona, tym razem kilkukrotnie. Jedna kula utkwiła jej po prawej stronie brzucha, druga nieco wyżej, trzecia zaś w prawe udo, które ponownie zostało zranione. Mariella z kolei dostała w klatkę piersiową, co sprawiło, że przestała wirować w tańcu. Keith został podziurawiony. Dosłownie i w przenośni.
Żadnemu z nich nie polała się taka ilość krwi, jak w przypadku człowieka.
Mundurowi schowali się przerażeni za drzwiami samochodów i przeładowywali bronie. Na potwory, jakie widzieli mieli tylko jedną obronę... Broń palną.
Harry był w patowej sytuacji. Stał nieco dalej od grupki Spokrewnionych i ostrzeliwujących ich funkcjonariuszy dzięki czemu mógł czuć się względem nich w miarę bezpiecznie. I faktycznie by tak było gdyby nie Jason. Migliore, ubrany niczym prawdziwy Ventrue: w płaszczu w stylu noir, garniturze i spodniach szytych na miarę w czarnym kolorze, w białej koszuli i ciemnoniebieskim krawacie, spokojnie zmierzał w stronę Richmonda wykorzystując to, że ten się cofa. Za Harry`m nie było żadnych funkcjonariuszy. Za to niebezpiecznie zbliżał się do ściany.
kolejka | 
→ sprawy administracyjno-fabularne
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#54
Ostatnimi czasy wydawało się, że nieżycie Dhithi przepełniało pasmo niepowodzeń i choć była silną osobą to nadchodził taki moment, gdy czuła że nie pozostało jej już wiele więcej poza poddaniem się. Chciała pozwolić, aby los pociągnął ją w kierunku jakiejś nowej sytuacji, z której prędzej znalazłaby wyjście. Gdy zaczęto do niej strzelać instynktownie osłoniła głowę rękoma i krzyknęła. Jednak był to bardziej krzyk złości. Gardziła śmiertelnikami i nie zwykła na siłę się do nich upodabniać, nawet w takiej sytuacji. Co więcej nie planowała zginąć tej nocy, a już szczególnie z rąk tak niegodnej istoty. Gdy strzelanie ustało spróbowała się odsunąć od Malkavianki, czołgając się lub w inny możliwy dla niej sposób. Choć krew moczyła jej poszarpane od kul spodnie to nadal bardziej obawiała się wampirów, niż ludzi i ich zabawek. Była w tym momencie na granicy paniki, jej pewność siebie i wola walki stopniały niczym śnieg. Jej jedynym celem było oddalenie się z tego miejsca czym prędzej... nie ważne co wydarzy się potem, gorzej być już nie może. Była zaszczuta i otoczona śmiertelnymi wrogami, pragnęła znaleźć się po innej stronie miasta i zakopać w zmarzniętej ziemi, by przeczekać ten kataklizm.
KARTA POSTACI: Dhithi Madan ♪ Theme Song ♪
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Hindi | Rosyjski
Opis Postaci | 
?

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#55
Cholera. Cholera, jasna cholera. Nie podziałało. Zbyt wielkie zagrożenie. Pozostało tylko jedno. Przede wszystkim zebrał się w sobie, wziął oddech, uspokoił szalejącą wewnątrz bestię, jeżeli ma uratować brata, to musi to zrobić teraz, zaraz, o ile Frank w ogóle jeszcze nieżyje.
Nie mógł walczyć z tym potworem, który złamał jego brata, jak szmaciana lalkę. Nie było takiej możliwości. Musiał wiać, wykorzystać znajomość terenu, dostać się do Franka i wiać. A w uciekaniu, był nadzwyczaj dobry.
Ponownie wypełniło go uczucie wypalanego Vite, a jego moc przepełniła jego ciało, przyspieszając reakcję oraz zdolności ruchowe. Spojrzał na swojego oponenta, i bez słowa ruszył biegiem w stronę tyłu budynku, musiał tylko przebiec skryty za ścianą, dobiec do tyłu, od tamtej strony podejść do Franka, wyrzucić go przez mur i samemu podążyć za nim, potem zadzwoni do kogoś, żeby mu pomógł. Joshua Hunter, wydawał się jedynym, dobrym kandydatem.

Spoiler | 
Spalam jeden punkt tymczasowej siły woli by panować nad bestią a potem spalam punkt Vite, by uruchomić akceleracje.
KARTA POSTACI: Harry Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix [02.14.1999]

#56
Sytuacja Spokrewnionych w Midnight Fix nie była kolorowa. Była czarno-biała — tak samo jak czarno-białe było ich otoczenie. Policjanci w ciemnych mundurach wśród jasnej, śnieżnobiałej scenerii. Ludzie w jasnych lub ciemnych ubraniach, którzy stali już daleko poza bezpośrednim polem walki dwóch grup — i na tle nieustannie padającego śniegu wyglądali jak małe pionki będące gdzieś w oddali. Dla tych kilku osób patrzących na rozgrywający się pod Midnight Fix obraz był jak jakiś horror. Dla nich to wszystko działo się w zwolnionym tempie. Nawet dwie stacje telewizyjne nie próbowały już cokolwiek nagrywać wiedząc, że ich sprzęt został absolutnie zniszczony. Jednakże, dziennikarze zostali w nadziei, że uda im się uzyskać jakiekolwiek informacje tradycyjną metodą. Jeden z nich udał się nawet w stronę stojących po drugiej stronie ulicy grupki ludzi chcąc się dowiedzieć czy byli świadkami wydarzeń sprzed przyjazdu służb. Kilka radiowozów policyjnych odjechało ze świadkami, którzy byli zdolni składać zeznania. Na placu zrobiło się pusto. Tylko po stronie Dhiti i Marielli stały jeszcze pojazdy funkcjonariuszy.
Keith został poważnie podziurawiony, a obrażenia miał tak poważne, że jego ciało bezwładnie osunęło się na ziemię. Bycie w zbyt bezpośredniej odległości od policjantów oraz przyjęcie na siebie zbyt wielu kul spowodowało, że Hutcherson nie miał z nimi żadnych szans. Policjanci po przeładowaniu broni znów zaczęli strzelać w uciekające Dhiti i Mariellę, ale widok ciała, które jeszcze przed chwilą przed nimi leżało, a teraz, bez żadnego ognia czy innego logicznego czynnika, zamieniło się w proch... Ich chwilowa dezorientacja sprawiła, że pierwsze wystrzelone pociski były ślepe. Co innego kolejne. Tym razem to nie Dhiti zostały zadane obrażenia, lecz Marielli, która widząc, że jej Dziecię jest słabe, nawet nie myślała iść mu na ratunek, ale ruszyła w pościg za Madan. Tylko dzięki temu Ravnosce udało się uniknąć pocisków, które przyjęła na siebie Świruska. I gdyby nie to, że została poważnie ranna czterema pociskami w dolną partię pleców, co chwilowo uniemożliwiło jej swobodne ruchy, Malkavianka zdołała jedynie dopaść wampirzycę na tyle, by ją przewrócić nie zadając jej żadnych istotnych obrażeń. Jednakże... Jej kościste, długie palce zacisnęły się w żelaznym uścisku na kostce Dhiti.
— Nie uciekniesz. — Wychrypiała Mariella wściekle. Straciła Syna, a jej ofiara właśnie prawie zdołała się wymknąć. — Nie uciekniesz mi. — Dodała. Policjanci widząc zaistniałą sytuację przestali strzelać, i chcąc wykorzystać ten moment, ruszyli w stronę wampirzyc, by je pojmać.
Nieco inaczej miała się sytuacja Jasona i Harry`ego. W ich przypadku nie było nikogo, kto by do nich strzelał lub próbował w jakikolwiek sposób zatrzymać — ta walka należała wyłącznie do Migliore i Richmonda. Ciężko jednak pisać tu o jakiejkolwiek walce gdy Spokrewniony z Camarilli znajdował się w beznadziejnie przegranej pozycji. Jeszcze chwilę temu miał większe szanse na ucieczkę, lecz teraz, gdy ściana znajdowała się niebezpiecznie blisko niego, drastycznie one zmalały. Lasombra nawet nie musiał się do niego zbliżać, by zadać mu jakiekolwiek rany. Ruchem Ręki Otchłani sprawił, że Harry został złapany w jej sidła. Gdy macka zaciskała mu się na ciele powoli miażdżąc ciało, na twarzy Jasona pojawił się przebiegły uśmieszek.
— Nie próbuj ze mną walczyć. Nie masz ze mną szans. Nigdy nie miałeś, Harry. — Powiedział, a jego głos był tak przepełniony niesamowitą siłą przekazu, że nawet nie musiał używać jakichkolwiek atrybutów, by słowa zostały poważnie odebrane. Zbliżył się do Harry`ego ani na moment nie zmniejszając siły nacisku macki. Ani na moment.
kolejka | 
→ sprawy administracyjno-fabularne
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix

#57
Powinien się spodziewać, że tak się to skończy. Na około krzyki, zawierucha, dźwięk wystrzelonych pocisków, i głoś tego pajaca, który teraz miażdży kości w jego ciele, jakby były z papieru. Harry wziął głęboki oddech, skupił się uciszając coraz głośniej szalejącą bestie. Jego oponent był obecnie tylko marą w śnieżycy, ale zbliżał się, krok za krokiem, zapewne by delektować się widokiem, próbującego się uwolnić wampira.
Harry przestał się wierzgać, w sumie to jego ciało przestało z tym nawet walczyć, z ust zniknął pewny siebie uśmiech a zastąpił go strach. Strach, przed całkowitą i ostateczną śmiercią. Gdyby nie to, że był tak różowy, to zapewne ciężko było by zauważyć, jak żywy róż zamienia się miejscami, ze swym bledszym odcieniem.
Richmond uniósł głowę, spojrzał w stronę swojego oponenta, który delektował się tym momentem, krok za krokiem zmniejszając dystans, co zapewne czynił tylko z czystej, sadystycznej przyjemności. Tak pewny siebie, tak zadowolony z tego jaki obrót miały sprawy. Brązowego koloru oczy Harrego, na moment spotkały się, z tymi Lasombry. I o to właśnie chodziło.
- Pierdol się - rzucił Harry, szczerząc się w tym momencie, jak ktoś kto właśnie wygrał na loterii. Dotąd nie widział oczu swojego oponenta, ale na szczęście, ten sam wpakował się na tę minę. Wzrok Harrego zapłonął żywym ogniem, gdy napędzana krwią, moc prezencji została aktywowana. Miał tylko nadzieję, że zadziała na tego tu, tak jak na tego tam, wcześniej.

Spoiler | 
Ok wydaje tymczasowy punkt siły woli, by wstrzymać bestie a potem odpalam moc Przerażającego Spojrzenia, z prezencji.
KARTA POSTACI: Harry Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: 6327 18th Ave S, Midnight Fix [02.14.1999]

#58
| Epilog dla Midnight Fix,
zakończenie nocy 14 lutego 1999 r. dla Franka Richmonda, Harry`ego Richmonda i Dhiti Madan.


Tej nocy bracia Richmond przygotowali dla gości atrakcję w postaci walentynkowego Halloween, co sprowadziło do klubu mnóstwo ludzi: zarówno tych młodych, jak i starszych. Jedni imprezowicze siedzieli bądź stali i przekrzykiwali się między sobą, by porozmawiać, inni samotnie podpierali ściany szukając lub czekając na swoje pary. Jeszcze inni siedzieli przy barze - samotnie lub w towarzystwie. Niektórzy nawet co nieco przyćpali, znalazło się też kilku rodzynków, którym alkohol nie przysłużył. To właśnie wtedy, w trakcie imprezy, gdy nikt niczego się nie spodziewał, w budynek Midnght Fix podczas walentynek zostały rzucone dwie bomby. Pierwsza, przez Mariellę, trafiła w sam środek klubu burząc sporą część dachu, w konsekwencji czego zmarło kilka osób, a kilkanaście zostało rannych. Przerażeni i przestraszeni ludzie w pierwszej chwili nie wiedzieli co się tak naprawdę dzieje. Dosłownie parę sekund później wszyscy rzucili się do drzwi chcąc jak najszybciej wydostać się ze środka. W międzyczasie Frank, Harry i Dhiti postanowili uciec tylnym wyjściem. Nie minęło dużo czasu, a w wybiegający tłum został rzucony kolejny ładunek wybuchowy. Tym razem przez Keitha, co spowodowało jeszcze większy chaos niż wcześniej. Ludzie już nie wiedzieli gdzie jest bezpiecznie. Nie mieli pojęcia w którą stronę się udać, by ratować swoje życie. Niektórzy dostrzegli szansę w oknach, przez które zaczęły wylewać się tłumy ludzi, inni z kolei ujrzawszy szansę w tylnym wejściu podążyli śladem trójki Spokrewnionych. Wampiry nie zastanawiały się długo nad podjęciem działań: Harry postanowił zająć się Mariellą, decydując się na dość brawurowy ruch jakim było przemknięcie i wystrzelenie w jej głowę pocisków z dwóch broni, co mu się udało - Malkavianka musiała odejść na bok, by się zregenerować. Frank naiwnie dał się podejść Lasombrze, który wykorzystał to na swoją korzyść, w ostatniej chwili chwytając go w Rękę Otchłani i dosłownie chwilę później masakrując go do tego stopnia, że Richmond zapadł w letarg. Spotkałaby go Ostateczna Śmierć gdyby nie policjanci, którzy zaczęli strzelać w jego przeciwnika, co odwróciło jego uwagę od Richmonda. Dhiti przez pewien czas ukrywała się badając otoczenie. Splot wydarzeń sprawił, że Harry musiał podjąć się walki najpierw z Keithem, którego pokonał za pomocą Prezencji a następnie policjantami. To pozwoliło Dhiti zasadzić się na Mariellę i na podjęcie próby unieszkodliwienia wampirzycy poprzez oderwanie jej głowy od reszty ciała, lecz niestety bezskutecznie. Między nią, a Malkavianką doszło do walki, do której bezpośrednio włączyli się policjanci po tym, jak Keith po uwolnieniu się od próbujących go schwytać funkcjonariuszy, postanowił rzucić się na grupę stojącą w opozycji do Dhiti i Marielli, w celu ratowania swojej Stwórczyni. Po dość zażartej walce wręcz, mocowaniu się i próbie wyrwania z rąk swej przeciwniczki, Pannie Madan w końcu udało się uciec z terenu Midnight Fix, choć nie do końca. Nieco inny los spotkał Harry`ego. Lasombra, w przeciwieństwie do Keitha, nie dał się tak łatwo podejść i Richmondowi nie udało się na nim użyć Prezencji, choć zdołał powstrzymać Bestię. Jednakże, podobnie jak Frank, został niemalże zmiażdżony przez Rękę Otchłani wspomnianego Lasombry, Jasona Migliore. Niemalże, bo Jason miał wobec niego nieco inne plany. Miast pozbawiać go życia, poturbował go na tyle, by ten nie mógł się tak łatwo ruszyć, a następnie wypowiedział doń słowa, które z pewnością na długo utkwią w głowie Richmonda: "Camarilla jest na przegranej pozycji, śmieciu. Przejęliśmy kontrolę nad Harbor Island, The Jungle oraz okolicami. To tylko kwestia czasu zanim całe Szmaragdowe Miasto będzie nasze. Przeżyjesz tylko po to, by przesłać swoim panom to ostrzeżenie: Seattle należy do nas. Wkrótce się o tym przekonacie.".
Podczas gdy Harry`emu wręcz cudem udało się znaleźć odpowiednie schronienie przed Słońcem, Dhiti Madan uciekała z okolic Midnight Fix wiedząc już, że nie ma najmniejszych szans z Mariellą. I gdyby nie to, że zachowała się dość lekkomyślnie, może i udałoby się jej pozostać w Szmaragdowym Mieście bez odkrywania swojej tożsamości. Gdy bowiem Astrid zajęła się już wszystkimi vanami i dziennikarzami w celu zmniejszenia materiałów mogących potwierdzić wydarzenia w klubie, podążyła śladem Panny Madan. Z pomocą dwóch innych Spokrewnionych pojmali ją, a następnie zabrali do mało przyjemnego miejsca: lochów. Nikt jej niczego nie powiedział. Nikt o niczym nie uprzedził. Nie dał znać co się z nią stanie. Dhiti została sama. Co innego jednak Frank Richmond, którego ciało zostało zabrane do kostnicy... Wraz z innymi trupami i częściami ciał. Do miejsca, w którym niebywale cuchnęło. Do miejsca, w którym trup był równy trupowi.
Funkcjonariusze i służby porządku publicznego miały nie lada trudne zadanie do wykonania. Po tym jak Jason Migliore w obecności swojej Ręki Otchłani zabrał Mariellę, razem odjechali na motocyklach w sobie znanym kierunku. Nikt mu się nie przeciwstawiał, nikt nawet nie śmiał próbować. Gdy jakiś policjant w przypływie odwagi chciał ruszyć za nimi w pościg, jego przełożony kazał mu zostać mówiąc: "Spokojnie, jeszcze ich dorwiemy". Na miejsce wypadku przyjechały kolejne karetki, które tym razem zabierały nie żywych, ale martwych. Techniczni zaczęli rozwieszać różnokolorowe flagi określając miejsca całych ciał, ich fragmentów, a także przedmiotów. Wszystko musiało zostać stąd zabrane i zabezpieczone. Funkcjonariusze zostali jeszcze chwilę w celu obserwacji otoczenia i dopilnowania, by praca pozostałych służb została należycie wykonana - w Seattle miało miejsce coś, co nie mogło zostać spieprzone przez niedokładność jakiegoś zmęczonego czy zniesmaczonego pracownika. Dziennikarze również jeszcze chwilę zostali, wytrwale czekając na jakikolwiek skrawek informacji czy to od przechodniów czy od służb, ale tutejsze wydarzenia były tak makabryczne, że w tej chwili niewiele udało im się uzyskać. O poranku już nikogo tutaj nie było.
A później... później było to już tylko miejsce ogrodzone taśmą, z leżącymi gdzieniegdzie flagami różnych kolorów, drobnymi fragmentami skóry czy przedmiotów, którymi już nikt się nie przejmował. Od wieczora nocy 14 lutego w telewizji i radiu mówiło się między innymi o makabrycznych wydarzeniach w Midnight Fix. Miejsce wyglądało jak prawdziwe pobojowisko. Drzwi do budynku ledwo wisiały we framugach, potwornie skrzypiąc pod wpływem wiatru. Wewnątrz klubu leżały porozwalane siedzenia, stoliki, butelki po alkoholu. Prawie wszystko zostało zniszczone. Ostało się może kilka szklanek i butelek, ale cały środek jakby został zabrany z powierzchni. Dach nad toaletami zawalił się, podobnie zresztą jak przy scenie, na której walały się odłamki drewna i metalu. Gdzieś nawet leżał mikrofon. Wszystko jednak zostało przykryte białym puchem, który nieustannie padał przez całą noc całkowicie zasypując co mniejsze rzeczy i sprawiając, że trzeba byłoby się przezeń przekopać, by się do nich dostać.
Po tym wszystkim trwała tu już tylko martwa cisza przerywana jedynie podmuchami wiatru.
kolejka | 
→ sprawy administracyjno-fabularne
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE
Odpowiedz

Wróć do „Georgetown”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość