Re: 1200 12th Ave S, Inland Pacific Imaging Center 02,15,99

#31
Image
Image
Image
Co jest gorsze? Narażenie Maskarady? Starcie z wilkołakiem? Ryzykowanie zniszczenia, czy to z łap garou, czy z ręki Szeryfa za coś tak niebezpiecznego?
Lou Sawyer, doświadczony, dziki Gangrel, krzyknął wściekle, spoglądając szybko w stronę szpitala. W mig porzucił swój plan związany z błyskawicznym uwolnieniem śmiertelników i zaalarmowaniem służb. Na nowo uformował pazury, przekształcając paznokcie w grube i twarde szpony, ale w porównaniu do tego, co znajdowało się na łapach wilkołaka, wyglądało jak igły przy nożach. Rudy garou, choć chudy, był wysokim, umięśnionym i śmiertelnie niebezpiecznym potworem. Rozłożył szeroko ramiona w prowokacyjnym geście i zawył głośno, wywołując u wykończonych fizycznie i psychicznie ocalonych z Sabatu ludziach efekt delirium.
Wszyscy oprócz jednego stracili przytomność w wyniku zimna, stresu, szoku i strachu. Samotnik nie był jednak nieprzeciętnie odważnym facetem, który z dumą stawia czoła wszelkim niebezpieczeństwom, po prostu był zbyt wyczerpany, by zarejestrować obecność potworów. Zrobił kilka kroków, rozglądając się nieprzytomnie dokoła i ostatecznie upadł na kolana, wyciągając rozpaczliwie dłoń w stronę szpitala. Poruszył nawet bezgłośnie ustami, prosząc o pomoc.
Nikt nie odpowiedział.
- Z dwóch stron! - zawoła Lou i, co gorsze, Blake po raz pierwszy usłyszała w jego głoś prawdziwy lęk zmieszany z wściekłością. - Z dwóch stron, do cholery! Z flanki go! Bennet, kurwo, rusz dupę! - zaczął warczeć, obnażając kły niczym u wilka. Pochylił się do przodu i rzucił się biegiem do ataku, podobnie jak w przypadku unieruchomionego wampira z Sabatu. Teraz jednak sytuacja była nieporównywalnie poważniejsza. Groźniejsza. Wilkołak o rudym futrze, teraz o jeszcze bardziej rdzawym kolorze przez krew ofiary, przekrzywił łeb w lewo, nie spuszczając wzroku z Gangrela.
Blake, póki co, pozostawała poza jego zainteresowaniem. Być może z powodu ogona i piór, być może po prostu jej zapach w jakiś sposób go nie drażnił, a może najzwyczajniej uznał Lou za większe zagrożenie. Tommy'ego w ogóle nie zauważał, ale nie było w tym nic dziwnego. Biedak miał rzadką krew i pewnie był traktowany na równi z pierwszym lepszym śmiertelnikiem, co więcej, nie miał w ogóle pojęcia co się dzieje i teraz krzyczał przerażony, siedząc za kierownicą.
Lou dopadł wilkołaka i starał się powtórzyć manewr z walki ze Spokrewnionym z wrogiej sekty. Ciął na lewo i prawo pazurami, starając się rozszarpać pysk lupina, albo chociaż pozbawić go na chwilę zmysłu wzroku - Blake widziała, jak szpony wampira rozcinają ciało wilkołaka, a w powietrze chlusta fontanna krwi, obryzgując nieumarłego.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: 1200 12th Ave S, Inland Pacific Imaging Center

#32
A jakie mieli wyjście w tej sytuacji? Żadne. Oboje to wiedzieli i Natasha i Lou. Teraz, gdy garou ich dostrzegł, nie było mowy o uniknięciu starcia. Blake widziała jak błyskawicznie skurwiel dopadł do pijaczyny i jak się z nim obszedł. Ucieczka z parkingu była daremna? Z resztą gdzie mieliby wiać? Na autostradę? Najrozsądniej było, w tej nierozsądnej sytuacji dopaść do pchlarza na krawędzi lasu i starać się walkę przenieść w mrok drzew, poza zasięg słabych, ludzkich oczu.
Kobieta ruszyła do ataku ułamek chwili po Gangrelu. Zamiarowała skorzystać w pełni z faktu, że rudy skupił się na mężczyźnie. Gówno ją obchodziło czy wilkołak wziął ją za swoją, za mniej groźną, bo mniejszą i kobietę, czy jaki tam miał inny powód. Liczył się fakt, że dzięki temu, mogła sprawniej przeprowadzić swoją część natarcia. Ruszyła biegiem dokładnie w przeciwną stronę do Lou, tak by obiec skurwiela z drugiej strony, centralnie mu od pleców. Nikt tu chyba nie myślał w kategoriach, że to nieuczciwe, nieczyste zagrania... atak od pleców, flanki... kogo obchodziły takie pierdoły, jak szło o skórę!? Nie ich.
Nie interesował ją na tą chwilę też fakt czy Tommy zewrze poślady i się ogarnie, czy dalej będzie się darł i płakał w szoferce furgonetki. Lepiej dla niego i dla wszystkich ich, żeby ogarnął się przynajmniej na tyle by dać nogę stamtąd nim wylezą ludzie ze szpitala! Blake dopadła wilkołaka od pleców, krótką chwilę po tym jak dopadł do niego Sawyer. Musieli być bezwzględni i rozprawić się z tym oszołomem maksymalnie szybko, każdy atak z jego strony zmniejszał dramatycznie ich szanse. Nie wahaj się. NIGDY! Znowu nie potrafiła stwierdzić czy to jej myśl czy głos Stwórcy. Wiedziała jednak co znaczył. W biegu jeszcze spaliła kolejną cząstkę Vitae, by wzmocniła jej mięśnie. Czuła to. Dotarła do swoich limitów, ale dzięki Vincentowi wiedziała jak potężną moc ma ich Przeklęta Krew, wiedziała, że granice można przekraczać, a limity łamać! Wiedziała jak maksymalnie wykorzystać swoje atuty i pozycje i wiedziała, że w tym starciu musi zrobić WSZYSTKO, by mogli mieć szansę.
Wilkołak w tej postaci był od niej znacznie wyższy, ale to nie była przeszkoda, która mogłaby ją powstrzymać. Jak małpiszon wskoczyła mu na plery i nogami oplotła go w pasie krzyżując je przed nim by maksymalnie wzmocnić uchwyt. Co ważniejsze, skoro Lou lał go po pysku, ona musiała dać mu szansę na kolejne ataki, blokując ataki pchlarza. Swoje łapy wciśnie więc pod ramiona wilkołaka, zegnie je w łokciach i z całych sił, z pełną determinacją odciągnie ramiona potwora w tył, tak by nie mógł zaatakować Gangrela. Jak na to mówią klucz, klincz... nie ważne, istotne było unieruchomienie łap Kundla. By zwiększyć swoje szanse, a osłabić jego, by umocnić też swój chwyt, szpony na dłoniach wbije w ramiona lub kark wilkołaka jeśli zdoła na tyle szarpnąć i odgiąć mu łapska. Zębiska też znajdą zajęcie, bo Blake, skoro już przykleiła się się pleców garou, to i kły spróbuje weń wbić, szyja, kark, ramię... bez znaczenia, byle się wbić i pić by skurwiela osłabić. Musiało się udać. Była zdeterminowana, miała konkretny plan i wiedziała co robi. Nie działała na pałę. Była nieumarłym potworem żądnym krwi i wyszkolonym w tropieniu i zabijaniu, w wykorzystaniu każdej okazji i przewagi. A nie można było powiedzieć, że gdzieś tam cichutko myśl się pojawiła, że ujebanie wilkołaka to nie lada wyczyn, który głośnym echem odbije się po mieście. Zdawała sobie sprawę, że jeśli ona nie będzie na tyle silna by utrzymać skurwiela, pierwszy zapłaci za to Sawyer. A Jeśli jej obecny stan nie wystarczy... mięśnie napięte i pobudzone do ostatecznej granicy, niemal wrząca w żyłach Vitae z mocą jej Stwórcy... to mają przejebane. Priorytetem było utrzymanie łap kudłacza by nie mógł zaatakować, bo im dłużej do utrzyma tym większe rany zada mu Gangrel. Musi dać radę MUSI!

OOC | 
-1 Krew + 1 Siła
Punkt Siły Woli na automatyczny sukces by złapać i utrzymać łapska wilkołaka.
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 1200 12th Ave S, Inland Pacific Imaging Center 02,15,99

#33
Image
Image
Image
Śmiertelnicy w tej chwili stanowili najmniejsze zmartwienie. Efekt delirium działał paradoksalnie na korzyść nieumarłych, pozwalając wampirom toczyć nierówną walkę z wilkołakiem na zboczu niedaleko szpitala. Sawyer kątem oka dostrzegł włączającą się do bitki Blake i porzucił atakowanie pyska rudego pchlarza, mówiąc pogardliwie. Dzikus skupił się teraz na gardle potwora; uchylał się przed kolejnymi machnięciami potężnych łap, a jego pazury błyskawicznie rozorały skórę i mięśnie chudego lupina. Z głębokich ran trysnęła gorąca, śmierdząca krew, znacząc Gangrela i śnieg dokoła.
Wycie momentalnie ustało, zamieniając się w gardłowy, wilgotny charkot.
Monstrum machnęło łapą. Lou raz jeszcze cudem zdołał uniknąć potężnego ciosu, ale zarazem rozwścieczyło to wilkołaka. Jego ataki stały się znacznie bardziej chaotyczne i dzikie, nieskoordynowane, ot, po prostu starał się dosięgnąć i jednego, i drugiego wampira. Blake natomiast, choć nie była szczególnie wysoka ani masywna, zwłaszcza w porównaniu do górującego nad wszystkimi dokoła garou, to jednak musiała coś zrobić.
Blake ledwo zdołała odciągnąć jedną z jego łap. Była po prostu za niska, by móc sięgnąć do jednego i drugiego ramienia. Pewnych rzeczy się niestety nie da przeskoczyć; garou znowu wydał z siebie obrzydliwy, mokry ryk, próbując wyszarpać łapę z uścisku wampirzycy. Rany na pysku, te same, które dosłownie chwilę temu zadał mu Lou, stanowiły już tylko delikatne ślady na skórze. Zabliźniały się z zastraszającą prędkością i podobnie było w przypadku gardła. Natasza widziała doskonale wiszące pasma skóry, ścięgna i migoczące gdzieś w tle kości, regularne oblewane buchającą krwią - teraz posoki było coraz mniej, a rozszarpane mięśnie coraz szybciej i sprawniej wracały na swe miejsca.
Nieumarła poczuła, jak napina się ramię potwora. Jak próbuje wyzwolić się z jej stalowego niemal chwytu. Widziała jego przekrwione, pełne nienawiści i pogardy ślepia, wpatrzone prosto w jej twarz, gdy odwrócił swój masywny łeb. Dostrzegła długie i ostre kły, gdy rozchylił szczęki. Poczuła na skórze twarzy jego ciepły, cuchnący oddech, gdy próbował odgryźć jej głowę, kłapiąc zębiskami raz i drugi, coraz bliżej i bliżej.
Drugą łapą również starał się jej dosięgnąć, ale szybko zrozumiał, że nic z tego. Zwłaszcza, że Sawyer nie przerywał dzikiego, pełnego furii ataku i nieprzerwanie ciął tors monstrum. Gdy jego pazury zgrzytnęły o kości żeber, wilkołak ponownie zawył. Zaczął się też cofać, schodząc coraz niżej i niżej, zmierzając w dół zbocza, do drzew i krzewów, a także i potężnych betonowych słupów na których wznosiła się droga. A potem machnął swoim potężnym łapskiem, pozbawiając Lou twarzy.
Wampir momentalnie zaniechał ataku.
- Nie! - krzyk należał do Tommy'ego. Wylazł wreszcie z samochodu, ale stał na szczycie zbocza, tuż przy parkingu. Nie wiedział co robić i patrzył tylko, jak Sawyer zrobił chwiejny krok w bok, patrząc nieprzytomnie ocalałym okiem na Blake i wilkołaka. Nie miał prawej strony twarzy, prawego oka i ucha, całego nosa, a żuchwa smętnie zwisała na kilku ścięgnach i paskach skóry. Widok był okropny, ale nie tragiczny. Sawyer nie został zniszczony. Był ciężko ranny, może nawet i trwale okaleczony, ale dalej istniał.
Na moment został jednak wyłączony z walki, co wykorzystał rudy wilkołak i ponownie machnął łapą, odrzucając Gangrela gdzieś dalej. Potem sam rzucił się na plecy, przygniatając swym ciężarem Blake. Innymi słowy, zmiażdżył ją. Żebra trzasnęły z donośnym hukiem, gdy masywne, acz ciągle chude cielsko garou zwaliło się na nieumarłą. Kości barku i ramienia pękły niczym zapałki, gdy wilkołak szarpnął swoją łapą.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: 1200 12th Ave S, Inland Pacific Imaging Center

#34
Blake zrozumiała jak bardzo jest źle, gdy na własne oczy zobaczyła z jaką szybkością ten potwór się leczył. Gdy poczuła jego siłę, gdy sama się do niego przykleiła. Czuła jego pracujące mięśnie pod swoim uściskiem, czuła ich siłę ich rozmiar. Przez niego była w stanie powstrzymać tylko jedno jego ramię. Dobre i to. Musiał się skubaniec zdziwić, że coś tak małego było w stanie ograniczyć mu ruchy. W pełni pojęła nauki Vincenta, gdy zobaczyła jak wilkołak, jednym machnięciem łapy, zrywa Gangrelowi twarz, cudem tylko nie urywając mu głowy z ramion!
-Lou! - Wrzasnęła jednocześnie z Tommym, który najwidoczniej nieco do siebie doszedł i oglądał to nierówne starcie.

Jak to się działo!? Jucha lała się litrami z tego skurczybyka, Lou rozpłatał mu gardło, ale nim ten zdążył się podtopić czy poddusić, już się zregenerował! Po Pazurach Gangrela nie zostało niemal śladu! Te pojeby były wrażliwe tylko na srebro czy to kolejny mit!? Blake próbowała wbić się kłami w to coś, bez krwi nawet wilkołak nie będzie żyć! Nie była w stanie. Ten wielki chudzielec szarpał się, machał łapami, nie mogła. Kłapała zębami jak on, ale nie dała razy go capnąć, szczęściem, on jej też nie! Odrzucił Sawyera i skoczył na plecy.
Jej kości chrupnęły hukiem, który niemal ranił uszy. Wilkołak nie ważył przecież kilku ton, ale siłę to miał, nie było co zaprzeczać. Blake stęknęła z bólu, gdy żebra się załamały, po uderzeniu i gdy bark i ramię nie wytrzymały kolejnego szarpnięcia garou. Dobrze, że nie musiała oddychać, że w zasadzie płuca wampira były suchymi rodzynkami, bo byłoby już po niej... łamane żebra potrafiły wyrządzić katastrofalne obrażenia wewnętrzne! Teraz było to bardziej bolesnym utrapieniem, którego trzeba było się szybko pozbyć. Natasha nie raz miała pogruchotane kości, zwłaszcza w czasie treningów ze Stwórcą, instynkt działał bez zarzutu, potrafiła reagować szybko i była skupiona jak chyba nigdy dotąd. Była w śmiertelnym niebezpieczeństwie... bezpośrednim... podczas tego testu nie mogła zawieść, albo go przerwać. To działo się tu i teraz i było realne. Niemal w odruchu instynktu, gdy tylko trzasnęły kości, Vitae się ruszyła, by zespolić je na nowo. Potrzebowała w głównej mierze sprawnej ręki, więc bark i ramię było w kolejce pierwsze, niemniej liczyło się to, że nie mogła ignorować żadnych obrażeń podczas tego starcia, każde najmniejsze musiało być zregenerowane natychmiast, od tego mogło zależeć, gdy sięgną ją pazury Kundla, czy wytrzyma...
Musiała też jakoś wybrnąć z tego mało korzystnego położenia. Wszystko staraj się przekuć w szanse dla siebie Kolejna myśl, kolejne wspomnienie z głosem Vincenta. W tej chwili nie rokowała nad tym, czy to, że nie mogła zapomnieć nawet minuty ze swojej przeszłości, w tym najgorszych rzeczy jej istnienia, było przekleństwem czy błogosławieństwem. Teraz liczyło się, by raz kolejny rady Stwórcy wysłuchać i zrobić wszystko by znaleźć dla siebie szanse. To nawet nie była analiza, nie było czasu na przemyślenia, za i przeciw, zważenie konsekwencji ani nic z tych rzeczy, wszystko działo się za szybko. Tu działały instynkt i wyrobione odruchy i reakcje. W takich sytuacjach musiały natychmiast zostać połączone wiedza, z różnych dziedzin, doświadczenie, wspomnienia instynkt i plan działania. W jednym natychmiastowym odruchu, akcji, która przyniesie rezultaty. Garou wbił ją w śnieg i zmrożoną ziemię, ale leżał na plecach, co uniemożliwiało mu chwilowo bezpośredni atak i dokonanie jej zagłady. Mimo swojej siły i bądź co bądź rozmiarów, pchlarz był chudy i nie ważył nie wiadomo ile, Blake bez problemów większych więc powinna dać radę przeprowadzić pod nim swoje kilka ruchów. Póki był plecami do niej, był względnie bezpieczna, musiała więc jak najdłużej utrzymać ten stan rzeczy. Jednak tylko to, było jedynie odwlekaniem nieuniknionego zniszczenia, więc trzeba było dojebać skurwielowi. Krew zespajała jej kości, więc nie mogła w tej chwili znowu się nią posłużyć, została więc brutalna siła i to czym dysponowała w tym momencie. Nogi rozplotła i cofnęła pod niego, by uchronić je przed jego szponami, tak by teraz tylko ściskać pas wilkołaka ob boków kolanami. Uniemożliwi mu, albo koszmarnie utrudni mu dosięgnięcie jej nóg, ale utrzyma się jego pleców wystarczająco mocno, by w razie gdyby wstawał, to zostanie na jego grzbiecie. To jednak było mniej istotne. Gdy ją rozpłaszczył, brzydko mówiąc, grzbiet mając teraz tuż przed nią, odsłonił się... odsłonił kręgosłup i boki klatki piersiowej. Z tego musiała teraz skorzystać. Łapy, najlepiej obie jeśli da radę, ostrymi szponami postara mu się wbić między żebra od boków, głęboko w płuca, tak, by gdy choćby lekko zegnie paluchy zakotwiczy się w skurwielu i będzie go dotkliwie ranić. Koniec końców, wilkołak był żywym stworzeniem. Musiał oddychać, a jak oddychać z czyimiś pazurami w płucach? A im dłużej one tam będą, tym dłużej nie będzie się mógł zregenerować, tym więcej krwi mu płuca zaleje i tym bardziej będzie się dusił i topił we własnej posoce! Mało tego. Pysk miała przy jego kręgosłupie więc i teraz kłami powinna trafić. Cel był prosty, a dzięki temu że pchlarz był chudy, kręgosłup miał dość dobrze widoczny. Chciała ujebać go właśnie prosto w kręgosłup. Wbić się kłami w kręgi i zacisnąć z całą mocą, przerażeniem i gniewem szczęki by zmiażdżyć mu kręgi! Przerwać rdzeń! Uszkodzić chociaż! Sparaliżować sukinsyna choć na kilka chwil!! Był żyjącą istotą, choć wilkołak, musiał działać jak każdy inny żywy organizm! Uszkodzenie rdzenia, nawet dla takiego monstrum powinno być dramatyczne w skutkach, ostatecznie przerwanie rdzenia dla normalnej żywej osoby czy jakiejkolwiek istoty równało się z natychmiastową śmiercią... tak jak dekapitacja. Przyklejona więc do niego i skulona maksymalnie by nie mógł jej sięgnąć starała się szarpać kłami jego kręgosłup by wyrządzić jak największe szkody.

OOC | 
-1 Krew +1 Poziom Zdrowia
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 1200 12th Ave S, Inland Pacific Imaging Center 02,15,99

#35
Image
Image
Tak, wilkołak żył. Był aż za bardzo żywotny, można powiedzieć, a wszelkie próby zmiany tego stanu póki co spełzały na niczym. Lou zniknął Nataszy z oczu i, jeżeli nie został zniszczony w wyniku uderzenia i upadku, pewnie nie prędko się podniesie i nie będzie w stanie jej pomóc. Podobnie było w przypadku Tommy'ego. Bennet był wampirem, to prawda, dzielił przekleństwo z resztą Spokrewnionych, mógł zmusić swą vitae do nadludzkich czynów, ale miał rzadką krew. Słabą.
Wedle niektórych znakiem końca czasów, nadchodzącej Gehenny. Bardzo prawdopodobne jest więc to, że wyrządzi sobie krzywdę próbując pomóc swym kompanom...
- Nie! - krzyknął znowu, jakby cokolwiek ten krzyk mógł zmienić. Sawyer zniknął, Blake leżała przygnieciona chudym, acz nad wyraz ciężkim cielskiem miotającego się i ciągle wyjącego garou. Stało się jasne, że nie był typowym przedstawicielem wojowniczej kasty, a jego nieustanne wycie było najzwyklejszym wołaniem o pomoc. Nie zamierzał się więc podnosić, bo to wiązało się z dalszą walką z przynajmniej jednym wampirem. Nieumarła w teorii była więc bezpieczna, dlatego postanowiła zaatakować z pozycji, w której się znalazła. Innego wyboru nie miała.
Przebicie skóry i ścięgien, rozerwanie mięśni oraz dotarcie do miękkich tkanek nie stanowiło zbyt wielkiego problemu. Podobnie z zaczepieniem pazurów o wnętrzności potwora - nieludzki, pełen bólu i wściekłości ryk, jaki rozdarł nocne niebo nad Seattle był ku temu najlepszym dowodem. Niestety, paradoksalnie nie było to wcale nic dobrego, wszak wszyscy doskonale wiedzą, że ranna zwierzyna jest zarazem najgroźniejsza.
A dodatkowo groźba naruszenia Maskarady stawała się coraz realniejsza. Lou leżał gdzieś, okrutnie zmasakrowany. Na parkingu była podejrzana furgonetka ze śmiertelnikami, którzy byli świadkami czegoś, czego ludzki umysł nie był w stanie ogarnąć. Na granicy dzikiego lasu toczyła się krwawa, brutalna walka nieumarłej i lupina.
Przez pełen bólu skowyt do uszu Blake dotarł przeraźliwy krzyk kobiety, która najwyraźniej wyszła ze szpitala na parking i dostrzegła grozę całej sytuacji. Porzucona furgonetka, gromada nagich, skrajnie wyczerpanych ludzi, jakiś blady, przerażony chłopaczyna i dobiegające z Dżungli przerażające odgłosy. Do pełni szczęścia brakuje tylko kogoś z Sabatu, bo dlaczego by nie?
Im nas więcej tym weselej! Garou zaczął się miotać, próbując wyrwać się z uścisku Blake. Jedyne co zdołał jednakże osiągnąć, to pogorszenie swego stanu; z ran buchnęła gorąca i śmierdząca krew, zalewając praktycznie całą wampirzycę. Bestia drgnęła, czując taką bliskość posoki i zaczęła domagać się większej jej ilości. Już. Teraz. Natychmiast!
Przegryzienie masywnego grzbietu, porośniętego gęstą, szorstką grzywą rdzawych włosów, było zdecydowanie trudniejsze niż rozerwanie ciała przy pomocą pazurów. Blake zdołała co prawda wgryźć się w cielsko potwora, ba, poczuła nawet, jak do gardła spływa jej krew lupina, ale to wszystko. Miała zbyt małe i zbyt krótkie szczęki, by dosięgnąć kości. Trwała więc wczepiona czym tylko się dało w wilkołaka, nie będąc w stanie zrobić mu zbyt wielkiej krzywdy. On zaś nie był w stanie jej dosięgnąć, a jedyne, co tak naprawdę mógł robić, to próbować się poderwać i raz jeszcze rzucić się na plecy.
Impas?
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: 1200 12th Ave S, Inland Pacific Imaging Center

#36
Sawyera nigdzie nie było widać... z resztą jakby Blake miała ze swojej pozycji dobry widok na cokolwiek poza grzbietem wilkołaka! Słyszała gdzieś, niemal na skraju świadomości, krzyki przerażonego Tommy'ego i chyba już jakiś innych ludzi. Nie mogła sobie jednak pozwolić by skupić na nich więcej uwagi. Złamanie Maskarady? W tej chwili chuj ją ona obchodziła! Tommy niech lepiej się na coś przyda i znajdzie Lou i go zabierze stąd, odciągnie choć dalej w noc poza zasięg ludzkich oczu... matko byleby się tylko znowu na Sabat nie natknął. Jakby wilkołak i ona mało hałasu tutaj robili! Kundel wył i ryczał w niebo, wściekły, przerażony, wzywający pomocy, ona stękała z wysiłku, bólu i zgryzoty, usiłując budować swoją przewagę w marnym położeniu.
Ale czy aby na pewno marnym? Może za wygodne czy komfortowe ono nie było, ale marne raczej nie. Pchlarz nie mógł jej sięgnąć, a przez jej uścisk nie był też w stanie podnieść się? No bo i jak, jak się nie ma żadnego punktu zaczepienia? Był teraz trochę jak żółw na skorupie do góry brzuchem. Udało jej się wbić szponiaste łapy w jego boki i zakleszczyć się tam, raniąc dotkliwie śmierdziela, gorzej sytuacja przedstawiała się z jej pyskiem... ludzka szczęka była zwyczajnie zbyt mała, by mogła dosięgnąć kręgosłupa, nawet po rozerwaniu płatów skóry i mięcha. Gdyby miała wilczy łeb to co innego. Zmiana w wilka jednak odpadała, odrzuciła ją na wstępie. Wilcza forma dawała spore korzyści, lepszą szybkość, siłę, wielkie szczęki, doskonałe zmysły, ale na cóż jej to w obecnej sytuacji, gdy to na porządnym zakotwiczeniu w grzbiecie garou jej zależało? Marnie.
Nie trwoniąc czasu i zbędnych przemyśleń, zaczęła robić to, co chyba jako jedyne w tej sytuacji mogła, przechylać impas, na swoją korzyść. Skoro nie była w stanie dosięgnąć kłami jego kręgosłupa, postanowiła więc wbić się nimi, gdziekolwiek, jakkolwiek w ciało. Ot ugryźć jak to wampir potrafi najlepiej i zacząć żłopać, byleby porządnie! Nie ważne czy jucha wilkołaka była śmierdząca, czy może smakowała nie tak dobrze jak wampirza... Vitae to Vitae, a ta nadnaturalnych miała w sobie niespotykaną potęgę. Bestia poruszona bliskością posoki zatrzęsła się, a potem dostała jeszcze kopa w dupę od Bllake by się na coś przydała. Oczy rozjarzyły jej się trzymaną jeszcze na smyczy furią. Kości wciąż nie zespoiły się w pełni, ale to nie mogło zaważyć na jej dalszym planie, potęga Bestii mogła pozwolić jej zignorować ból i obrażenia i działać jakby była w pełni sprawna, nawet gdy nie była. Tej sztuczki nauczyła się bardzo szybko. Może mało subtelne, ale kurewsko skuteczne. Dlaczego posunęła się do takiego kroku? A no dlatego, że Vitae, która zespajała jej pogruchotane kości wepchnęła w i tak już napełnione do granic mięśnie i ścięgna. Po raz kolejny tej nocy przekroczyła... złamała jakąś granicę, zrobiła coś o czym była uczona, ale czego jeszcze nie robiła. Zmusiła brutalnie Vitae do nadludzkiego... wysiłku, do tytanicznej pracy i zapewnienia niewyobrażalnych możliwości. Jeśli nie udało jej się dziabnąć Kundla zaczęła krzyczeć. Krzyczeć z wysiłku i tego niesamowitego uczucia... bolesnego, męczącego i pobudzającego zarazem, perwersyjnie przyjemnego w swojej potędze i równie przerażającego. Z tak ukierunkowaną Vitae zaczęła ściskać garou. Kolanami w pasie i wbitymi w boki klatki piersiowej szponiastymi łapami. Jednostajnie, nieustępliwie, by go miażdżyć! Wciąż i bez przerwy, by wydusić ze skurwiela nadpobudliwe życie! Tak by zaczęły pod naporem jej łap strzelać mu żebra, puszczać ścięgna i mięśnie, by zapadły się puca i by wreszcie wybuchło serce, a flaki zostały wyciśnięte spod ogona! Taki był plan, taka jej wizja. Niech wyje, niech ryczy, niech krzyczą! To był jej sposób na przełamanie na swoją stronę niewygodnego impasu! Jej sposób na chudego wilkołaka...

OOC | 
-1 Siła Woli by zignorować minusy za obrażenia
-1 Krew +1 Siła
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 1200 12th Ave S, Inland Pacific Imaging Center 02,15,99

#37
Image
Image
Blake z każdą kolejną chwilą mogła coraz lepiej zrozumieć, dlaczego Sabat wybrał tę okolicę jako swą domenę. Każdy, kto przetrwa The Jungle w pełni zasługuje na szacunek, ot co! Impas trwał dalej. Wampirzyca leżała przygnieciona chudym, acz ciężkim cielskiem wilkołaka. Wielkiego, kudłatego stwora, który miotał się spanikowany i wkurzony, próbując raz za razem dosięgnąć jej swoimi pazurami.
Niestety, nie była w stanie wyrządzić mu żadnej większej krzywdy; garou zaś nie miał po prostu szans na bezpośrednie urwanie jej głowy czy rozerwanie na strzępy monstrualnymi pazurami. Nie znaczy to jednak, że wszystko było łatwe, miłe i przyjemne, o nie. Starcie z garou na ich terenie to czyste szaleństwo w opinii wielu, naprawdę wielu Spokrewnionych nie bez powodu.
Rany, które dosłownie moment temu Natasza zadała lupinowi, zabliźniały się na jej oczach. Rozerwane tkanki regenerowały się, łączyły i zasklepiały, stając się łysymi placami na jego ciele. Dopiero po dłuższej chwili można było dostrzec pojedyncze, rdzawe kosmyki futra, z wolna pokrywające miejsce dawnej rany. Tam jednak, gdzie ciągle miała wczepiona pazury i gdzie wbite były jej kły, rany nie mogły się zamknąć. Dalej były otwarte.
Krwawiły.
Vitae wilkołaka śmierdziała nieludzko. Parzyła gardło wampirzycy w wyjątkowo bolesny sposób. Trwało to jednak tylko chwilę, a ból i odraza najpierw zmieniły się w ekstazę porównywalną z piciem krwi innego wampira, a moment później ciałem Nataszy zaczęły wstrząsać dreszcze rozkoszy. Spożywanie krwi drugiego Spokrewnionego to niemal metafizyczne przeżycie, lecz spożycie krwi wilkołaka to coś zupełnie innego, coś, czego nie da się z niczym porównać. Bestia jeszcze chwilę temu wrzeszczała z bólu i złości, teraz zaś wyła przepełniona nieludzką rozkoszą, stopniowo przejmując panowanie nad ciałem nieumarłej.
Blake przestała zwracać uwagę na to, co się działo dokoła niej. Teraz liczyło się tylko to, by wyżłopać jak najwięcej vitae. By pić. Wzmocniła uścisk i wgryzła się jeszcze mocniej w ciało garou, ale nie celem jego zniszczenia, zamordowania. Bestia nie chciała tego. Bestia pragnęła tylko jednego - krwi. Bestia teraz władała ciałem Nataszy, a wszystkie jej zmysły zostały przyćmione; skupiały się tylko na wilkołaku. Na jego sercu, pompującym z ogromną mocą życiodajny nektar, słodki i gorący. Krzyki i wrzaski ludzi oraz Tommy'ego, a także i wycie samego lupina nagle ucichły. Zniknęły.
W uszach Blake rozbrzmiewało tylko głuche dudnienie serca jej przeciwnika i wibrująca nadnaturalną mocą krew. Nie widziała i nie słyszała, co się dzieje dokoła. Nie miała pojęcia o tym, co się lada moment wydarzy. Ani ona, ani Bestia, ani sam rudy wilkołak nie dostrzegli, jak śmiertelnikami zaopiekował się personel Inland Pacific. Nikt nie zaobserwował dwóch ochroniarzy schodzących ostrożnie po zboczu, z pistoletami wyciągniętymi przed siebie, w rozpiętych marynarkach, wydychających parę. Nikt - dosłownie nikt - nie widział jak Tommy zniknął gdzieś między drzewami i pomagał podnieść się zmasakrowanemu Lou.
Liczyła się tylko krew.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: 1200 12th Ave S, Inland Pacific Imaging Center

#38
Kopnięta w rzyć Bestia dostała co jej... i krew i wodze kontroli.
To nie stało się jeszcze nigdy tak płynnie, tak subtelnie na swój przerażający sposób. Zawsze Bestia ryczała z wściekłości, przerażenia lub rozpaczy, zaskoczona lub rozsierdzona gwałtownie wyrywała kontrolę ze szponiastych łap wampirzycy, dziko, bez ostrzeżenia choćby. Teraz, po raz pierwszy stało się to delikatnie... choć delikatnie to też nie jest odpowiednie słowo. Blake miała plan, realizowała go powoli, przynajmniej starała się. Część zapewniającą jej utrzymanie głowy na karku udawało się spełnić - wilkołak, choć mocno się starał w żaden sposób nie mógł jej dosięgnąć. Ona jednak w swojej pozycji, choć osłonięta, jemu też większych szkód wyrządzić nie mogła. Widziała jak poszarpane kłami miejsce niemal natychmiast się zabliźnia... aż nie chciało jej się wierzyć. Tylko rany, w których wciąż łapy trzymał krwawiły i zagoić się nie mogły... jeden plus, nawet wilkołak, z ranami szarpanymi, krwawiący, nie mógł przeżyć nie wiadomo ile, krwi też miał przecież określoną tylko ilość... a sporo jej już zdążył stracić. Lou przecież pięknie gardło wcześniej mu rozpłatał i wszystko wilkołaczą juchą zalał. A no właśnie... krew wilkołaka. Blake z całych sił ściskała skurwiela, zapewne bolało go, no bo i boleć takie coś musiało, ale póki co tyle z tego ino było. Udało jej się go też dziabnąć i to wywołało największe skutki... przynajmniej dla niej. Z początku śmierdząca jucha, paląca boleśnie w gardło i trzewia, szybko stała się nektarem bogów. Natasha nie wiedziała kiedy krzyki ludzi przestały mieć znaczenie, kiedy ucichły, kiedy zapomniała o przeklętym pariasie i zmasakrowanym gangrelu. Już nawet nie liczyło się by zabić wilkołaka. Liczyła się tylko jego potężna Krew. Smak i to uczucie... Gdy tej nocy piła krew wampira, było to jedno z najpotężniejszych doznań jakich doświadczyła... tych przyjemnych oczywiście, z którym nic równać się nie mogło, ale nawet to w porównaniu z doznaniem picia Vitae wilkołaka było jak płomyk zapałki przy Szatańskiej Pożodze. Bestia w tym uczuciu tak płynnie przejęła kontrolę, że Blake nawet się nie zorientowała, nie z początku, potem nie protestowała. W uszach słyszała najpiękniejsze dźwięki jakie wampir słyszeć może, szum krwi i dudniące bicie pompującego krew serca.
Takiego gorąca i mocy w swoim ciele nie czuła w swoim ciele nigdy i być może nigdy już nie dane będzie jej go poczuć. Normalnie szkoda jej się zrobiło tych wszystkich, którzy przez długie wieki swojej egzystencji nigdy nie mogli lub nie byli w stanie tego zakosztować. Teraz liczyło się tylko, by z całych sił wczepić się w tego ciepłokrwistego futrzaka i chłeptać! By żadna siła nie była w stanie oderwać go od niej, by on sam nie mógł choćby drgnąć usiłując zabrać jej czerwony nektar! On był jej! Należał do niej! Cały! Tylko jej! Nikt jej tego nie zabierze! Nawet resztki świadomości, rozsądku jakie zdołała gdzieś wykrzesać starczyły tylko na to, by poprawić i umocnić stalowy uścisk szpon, by go wzmocnić, by mocniej zacisnąć szczęki by pokierować teraz niemal dosłownie wrzącą w niej Vitae do mięśni i tkanek, by spalić stare zasoby, żeby nowe miały gdzie wpłynąć... niech go boli, niech leje się krew!

OOC | 
-1 Siła Woli Na tymczasowe odzyskanie kontroli, by być w stanie choć częściowo świadomie dalej ściskać i ranić rudego i pokierować Vitae.
-1 Krew + 1 Siła.
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 1200 12th Ave S, Inland Pacific Imaging Center 02,15,99

#39
Image
Image
Image
Bestia przejęła nad nią kontrolę. Wampirzyca straciła nad sobą panowanie, ale szał, w jakim się obecnie znajdowała nie był niczym złym. Przeciwnie. Blake czuła się naprawdę dobrze, gdy pierwotne, zwierzęce instynkty wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem. Resztki człowieczeństwa, jakie posiadała, nie miały w tej chwili nic do gadania. Gdzieś hen, daleko, w głębinach jej splugawionej przecież duszy, czuła odrazę i niechęć względem tego co właśnie robiła. Człowiek, którym była dawno, dawno temu - w innym życiu, ha - protestował.
Krzyczał. Błagał, by się opanowała, by przestała.
I może to akurat pomogło. Może to właśnie te resztki człowieczeństwa, ludzkiej, zwyczajnej natury przeważyły. Zdołały sprawić, że Blake, że Natasza ocknęła się z transu pełnego nadludzkiej rozkoszy. Twarz miała całą we krwi garou; również i ubranie było brudne i lepiące się od posoki. Rude monstrum, w którego grzbiet ciągle była wczepiona, miotało się bezradnie. I, niestety, teraz cała rzeczywistość dawała o sobie znać w wyjątkowo brutalny sposób. Jeszcze moment wcześniej jej zmysły były przytłumione przyjemnością jaka płynęła z krwi.
Teraz jednak... teraz jednak było inaczej. Nieumarła poczuła przejmujący ból, nie fizyczny ale psychiczny, jaki może cechować tylko zdegenerowanego ćpuna któremu odbiera się porcję czystego narkotyku. Bestia, nasycona do granic możliwości, mruczała zadowolona; pozwoliła się zepchnąć w cień, lecz ciągle chciała więcej. Chciała jeszcze. Pragnęła vitae, ale była teraz zbyt leniwa, by coś z tym zrobić.
- Uciekaj! - rozpaczliwy krzyk należał do Tommy'ego. Wampir o krwi jak woda, młody, niedoświadczony, zdołał jakimś cudem odnaleźć zmasakrowanego Lou. Sawyer, półprzytomny, okrwawiony, praktycznie bez twarzy, wspierał się na ramieniu młodzika. Nie został na szczęście zniszczony, ale był w fatalnym stanie, a mimo to zmierzał w stronę Blake razem z pariasem. Ochrona szpitala także coś krzyczała, ale gdy dostrzegła wilkołaka, zwątpili. Pierwszy z nich wypalił na ślepo, spanikowany, przerażony, posyłając kule gdzieś w bok. Huk wystrzału był jednak wystarczająco wyraźny, by garou się zdenerwował jeszcze bardziej.
Zawył ponownie i wygiął mocno grzbiet, próbując wstać. Blake poczuła, jak jego ciężkie cielsko gniecie jej ciało i wbija ją w zmrożoną, zaśnieżoną ziemię. Drugi z ochroniarzy krzyknął coś niezrozumiale i rzucił się do panicznej ucieczki; większość ludzi by tak zareagowała na jego miejscu. Tommy ponownie zaczął nawoływać Blake do ucieczki, nie zdając sobie sprawy, że ta nie ma praktycznie żadnych na to szans. A potem rudy lupin, warcząc wściekle, przekręcił się na bok. Opadł na cztery łapy, niby przerośnięty wilk. Zaczął trząść grzbietem, próbując pozbyć się balastu.
I skoczył na najbliższe drzewo.
Trzasnęło. Na śnieg posypały się strzaskane gałązki i brązowe, suche igły. Posypał się śnieg. Wilkołak, z gałęzią wbitą w bok, opadł obok, dysząc i krwawiąc. Blake leżała przy nim, wygięta w nienaturalny sposób, ze złamanym kręgosłupem. Garou uniósł łeb ku górze i zaczął wyć i skamleć, ale nie zamierzał już atakować. Wyszarpnął ułamaną gałąź, zalewając śnieg fontanną krwi. Tommy, widząc to, czym prędzej zostawił rannego towarzysza i podbiegł do porzuconej gałęzi i wyszarpnął z kieszeni zapalniczkę. Nie zastanawiając się zbytnio i myśląc w wyjątkowo ludzki sposób ściągnął swoją koszulę, owinął gałąź i podpalił materiał. Lou wykrzywił to, co miał w miejscu twarzy widząc, jak Bennet ciska pochodnią w stronę rannego wilkołaka.
Kudłate futro błyskawicznie zajęło się ogniem. Nocną ciszę rozdarł przeraźliwy ryk bólu i strachu. Garou momentalnie poderwał się na tylne łapska, górując nad wszystkimi dokoła, po czym rzucił się na śnieg próbując w desperackim geście zgasić płomienie. Szalejący żywioł pożerał sierść potwora i spalał jego skórę, powodując nieludzki ból. Lou Sawyer nie mając już sił, opadł na śnieg obok Blake i zacisnął mocno powiekę jedynego oka, nie chcąc patrzeć na ogień. Tommy Bennet w panice przyglądał się płomieniom; dopiero teraz zrozumiał co zrobił.
Wilkołak padł na ziemię. W ciągu kilku chwil jego monstrualne, umięśnione ciało zaczęło się zmieniać, kurczyć, aż ostatecznie przybrało postać wychudzonego, zaniedbanego faceta o rzadkawej, rudej brodzie i takiej samej czuprynie. Żył, oddychał, ale ciało miało bardzo poparzone i poznaczone wieloma bliznami. Szalejący ogień, nie mając już w sumie co trawić, zaczął z wolna dogasać. Gęsty, ciężki śnieg także miał tutaj sporo do powiedzenia.
- Mamy dług u dzieciaka. - Lou rzucił ostatkiem sił do wampirzycy o strzaskanym grzbiecie, choć to Tommy właściwie pokonał garou. Pokonał, ale nie zabił, bo lupin dalej żył. Był jednak w takim samym stanie, jak nieumarli; wyczerpany, ciężko ranny (aczkolwiek lada moment pewnie zacznie się regenerować). Jedyna nadzieja... w pariasie. W Spokrewnionym o rzadkiej krwi, który co prawda pomógł powalić potwora, ale teraz stał sparaliżowany strachem wynikającym z płomieni.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: 1200 12th Ave S, Inland Pacific Imaging Center

#40
W tak samo brutalnie subtelny sposób w jaki Bestia zabrała wodze władzy wampirzycy, oddała je. Fala szaleńczej, potwornej rozkoszy osłabła razem z wycofaniem się wewnętrznego monstrum. Wciąż, akt picia Vitae był przyjemny, doznania z racji tego, że to nie zwykła ludzka posoka, a krew wilkołaka, były nie do opisania, ale wszystko tłumiły na nowo ożywione zmysły. Uszy kaleczyły krzyki śmiertelnych i paniczne nawoływanie pariasa, żeby uciekała. Wróciła pełna świadomości determinacja i rozeznanie w sytuacji. To wcale jednak nic nie pomogło, ba nawet tylko pogorszyło nastrój i stan psychiczny Natashy. Na krótką chwilę ukojona ekstazą i zepchnięta w tył przez Bestię, teraz wróciła do siebie i znów zaczęła niemal tonąć we wszystkich uczuciach, które jak tsunami ją zalewały! Przerażenie łączące się z nieopisaną determinacją i odwagą... no litości... walczyła z wilkołakiem... można powiedzieć, że w zasadzie sama... wbrew temu co uczył ją Stwórca! Wbrew wszelkiemu rozumowi i rozsądkowi walczyła. Sytuacja chciała co prawda i tak zrobiła, że pozbawiła wampirzycę szans na ucieczkę. Leżała pod grzbietem wilkołaka, wczepiona w niego czym tylko mogła, desperacko usiłowała wydusić z sukinsyna życie... tak jak on próbował dosięgnąć jej. Biedny Tommy, ledwo Przemieniony i świadkiem czegoś takiego musiał być... Pozbawienie Lou twarzy i jej starcie z rudzielcem. ""Uciekaj" krzyczał. Biedny głupiec, można było pomyśleć... jak?! Jak miała uciekać?! No przecież też nie będzie dopingował "tak! Zabij go Blake! Zajeb skurwielca!" To by dopiero było. Huk wystrzału chyba wszystkich sprowadził na ziemię. Wyrwała kły z ciała wilkołaka i zaczęła krzyczeć. Krzyczeć z wysiłku, bólu, desperacji, determinacji, strachu i złości. Garou zaczął się szarpać, wyć i ryczeć, zagłuszając ją skutecznie i dotkliwie raniąc jej uszy.
Co tam jednak uszy! Rudy zaczął wierzgać, ale Blake była wczepiona w niego tak, że nie miał szans jej zrzucić. Zrozumiał to błyskawicznie. Natashy śmignął przed oczami Tommy i zmasakrowana twarz Lou, gdy kundel skoczył na drzewo mało nie kończąc zarówno z nią jak i z sobą. Ona wrzasnęła, on zawył. Oboje runęli w śnieg. On przebity gałęzią, ona ze strzaskanym grzbietem. Dech jej zaparło w martwych płucach. Ból narastał. Tak samo jak przerażenie. To koniec? Odgryzie mi zaraz łeb. Mogła spierdolić jak była szansa... Te czarne myśli gdzieś tam leniwie, daleko przemknęły. Frustracja, gniew i strach nie pozwalały się przebić na pierwszy plan żadnym innym uczuciom. Frustracja i gniew bo byli na terenie Sabatu, bo walczyli z wilkołakiem, bo niedawno przebudziła się z letargu i była w obcym świecie, bo nie rozumie z tego tyle ile powinna, bo nie wie czy Vincet żyje czy został zniszczony, bo jest SAMA, bo ten kutas wilkołak regeneruje się w pojebanym tempie, bo znowu jebnął ją o coś twardego i połamał. Strach, bo ten kundel wyrwał z siebie zasraną gałąź i zaraz wyrwie jej głowę z kręgosłupem razem! Bo zostawi Reed samą, Przemienioną, nikomu nie przedstawioną, bo z jej winy i bez niej Ilo też wkrótce zginie ostatecznie! Niech to Szlag!
Nawet na moment nie spuściła oczu z wilkołaka. Jej jarzyły się czerwienią jak latarnie. Strach powoli ustępował zdeterminowanej, niemal maniackiej żądzy mordu! Co z tego, że Bestia napita ululała się grzecznie! Ona nie! To Blake była połamana, cierpiała fizycznie i psychicznie zalewana potężnymi uczuciami, emocjami i odczuciami. Wiedziała, że Garou nie atakował tylko dlatego by dać sobie chwilę na zamknięcie ran. Wyleczy się zdecydowanie szybciej niż ona i dokończy sprawę z nią, a potem wykończy Lou i pechowego Pariasa. To się nie mogło tak skończyć! Nie mogło!
I chyba tak skończyć się nie miało. Tommy bowiem jakimś cudownym napływem odwagi z równoczesnym zanikiem instynktu samozachowawczego i mózgu, podpalił pchlarza. Od, zapalniczka, koszulę, a koszula wilkołaka.
NIE ZMARNUJ SZANSY!zabrzmiała myśl głosem Vincenta. Nie mogła zaprzeczyć, że jej to pomagało... bo pomagało i to bardzo. Ten głos dawał jej niespotykaną determinację i chęć, może nawet potrzebę udowodnienia, że da radę! Przecież właśnie dlatego ją wybrał, bo ona da radę. By mogła dać radę, musiała wykorzystać ostatnią szansę jaką dał im Tommy... swoją drogą, który teraz stał sparaliżowany strachem własnego czynu i płomieni zapewne też. Parias nieświadomie przełamał trwający od jakiegoś czasu impas. Dług...? Nie można było powiedzieć... pomógł, znacząco, przypadkowo, ale istotnie, ale żeby dług? Długi to poważna sprawa... przez jeden ona tutaj była... mogła uznać, że z Tommym są kwita. Uratowali go i zabrali z terenu Sabatu? No więc właśnie... Wyręczyli go w walce z wilkołakiem? No więc właśnie... Nie dostał ostrego łomotu? No więc właśnie!
Wracając jednak na zalany krwią śnieg. Nie odpowiedziała. Zmusiła swoją Krew, swoje ciało, siebie, chyba ostatnim nieopisanym wysiłkiem woli, do ostatniego zrywu, do ostatniego nadludzkiego wysiłku, do czegoś co mogło przekraczać pojęcie, wyobraźnię czy akceptację części Kainitów. Jak który z Sabatu na to patrzał, to albo srał po gaciach ze strachu, albo miał niezły ubaw. Blake zaczynała jednak współczuć śmiertelnym którzy jakimś cudem przełamali delirium i oglądali tą nieludzką, brutalną walkę. Do tego teraz wilkołak wrócił już do ludzkiej postaci. Delirium przestawało działać, ale groza wcale nie minęła. Swąd palonego ciała nasycał powietrze, a krzyki i skomlenie rozdzierały ciszę. Blake skupiona teraz wyłącznie na wilkołaku odizolowała się od reszty. Jej świat gwałtownie się skurczył. Był rudy, chudy, poparzony mężczyzna i ona ze wszystkim co w niej się kotłowało i buzowało, a było tego naprawdę wiele. Przebudzona Vitae Stwórcy, wypełniająca ją, paląca trzewia krew wilkołaka, ciało tak przesycone mocą obłożonej Klątwą Kaina Vitae, że przechodziło pojęcie. Skórę miała już nawet nie bladą, a siną, od krwi wypełniającej i wzmacniającej martwe tkanki. To aż bolało. Nie czuła bólu złamanych kości, on razem z Bestią i jej strachem na widok ognia zostały piętą zgaszane i uciszone na jakiś czas. Ból sprawiał jej wysiłek, zmęczenie, gniew i świadomość, że ten kutas wciąż dycha! Krzycząc, dysząc i jęcząc podniosła się zakrwawiona juchą kundla i sina od własnej. Połamane kości? A kogo one teraz interesowały?! Nie miały znaczenia! Nie była Pariasem z wodą zamiast Krwi! Jak mogłaby zwać się dumnie Córką Vincenta, gdyby takie coś byłoby w stanie ją zatrzymać?! Widok był jednak przerażający, wręcz upiorny. Złamanie kręgosłupa było śmiertelne dla każdego... kto mógł umrzeć... una z życiem pożegnała się dziesiątki lat temu w alaskańskiej głuszy. Była martwa, złamany kręgosłup więc wiele nie mógł zmienić. Widok jednak był... okropny. Wykrzywiona pod dziwnym kątem, sapiąc, dysząc, warcząc i pokrzykując wściekle, chrupnęła tylko raz porządnie, by nieco się naprostować, a potem runęła na chuderlawego mężczyznę,który tyle ich wszystkich kosztował! Chuj ją obchodził teraz Lou, Tommy i śmiertelnicy i Maskarada! Ta została złamana już jakiś czas temu i jej kolejny krok nic w tej kwestii nie zmieni.
Kopnęła nogą w śnieg, by obsypać nim łeb faceta i padła na kolana tuż przy nim. Był teraz człowiekiem, nie miał pazurów, ani wielkiej paszczy, która mogła odgryźć jej głowę. Był człowiekiem, którego teraz śmiało mogła objąć, pokroić w plastry, albo rozerwać na strzępy! Nic nie mówiąc, nie czekając na nic, dała się ponieść żądzy mordu... ponieść się dała już kilka chwil wcześniej, ale teraz niemal się w tym zatraciła. Czy całkowicie zgasiła ogień na głowie i górnej części torsu mężczyzny, czy coś się tam jeszcze tliło, nie miało znaczenia. Ona była cała mokra, mogła najwyżej lekko się oparzyć, ale ogniem się nie zajmie. Jedną, szponiasta łapę wbiła u podstawy szyi pchlarza, centralnie pod kości obojczyka, by ładnie za nie zahaczyć, drugą wbiła głęboko w miękki podbródek i gardło, głęboko, zahaczając o żuchwę czy szczękę... a potem, krzycząc z wściekłości, wysiłku i bólu szarpnęła z pełnią sił, wkładając w to wszystko co mogła, tak by oderwać sukinsynowi głowę i na dobre zakończyć to nierówne starcie!
Była świadoma, że kierowana strachem i determinacją dokonała tego co Vincent potrafił osiągnąć na poczekaniu. Wyciągnęła niemal esencję mocy Klątwy z własnej krwi i wzmocniła się nią do tego stopnia, że mogłaby wyrwać gołymi rękoma najbliższe drzewo z korzeniami i tłuc nim w wilkołaka aż zrobi z niego mokrą papkę!! to było jednak mało wygodne i niehumanitarne. Dekapitacja była znacznie praktyczniejsza, ale jeśli jej się nie udała z pierwszym szarpnięciem to szarpnie znowu wrzeszcząc jak opętana, a jak trzeba będzie to wyrwie też chujowi kręgosłup z chudych pleców byleby tylko wreszcie zdechł na dobre!! Jeśli się uda opadnie przy nim całkiem i ponownie zacznie żłopać krew... Bywała ranna wiele razy, potrafiła tłumić i ignorować ból i obrażenia, ale wiedziała, że gdy gorączka walki opadnie, a ta robiła to szybko, wszystko wróci ze zdwojoną mocą. Nie byli tu bezpieczni. W koło byli ludzie, a i kto z Sabatu mógł wpaść tutaj na grandę. Trzeba było się zwijać, a ona była tak wyczerpana, że nie mogła dłużej już ignorować swoich obrażeń obrażeń. Gdy pozwoliła odpłynąć krwi z jej mięśni musiała zacząć ją spalać tocząc w strzaskane kości, a by nie rozsierdzić znowu Bestii, musiała natychmiast zalewać narastający przez to Głód. Nie miała wyjścia, musiała pozwolić sobie na to ostatnie skupienie i chwilę rozkoszy, gdy wszystko zgaśnie, gdy pęknie i trzeba będzie znów walczyć o swoją skórę... tym razem z nadgorliwym bydłem...

OOC | 
-Krew +1 Siła
-2 Siła Woli Na stłumienie strachu przed ogniem. Oraz oczywiście ignorowanie bólu i ograniczeń wynikających z obrażeń.
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 1200 12th Ave S, Inland Pacific Imaging Center 02,15,99

#41
Image
Image
Image
- Zostaw. - jęknął słabo Lou, obracając nieco głowę. Miał tylko jedno oko, musiał się więc naprawdę wysilić, by móc spojrzeć w stronę równie zmasakrowanej co on towarzyszki. Półprzymknięte oko wyrażało nieskończone zmęczenie i zdenerwowanie, ale Sawyer nie był w stanie nic z tym zrobić. Nie teraz. Nie tutaj. Zdołał jedynie szepnąć do Blake, by ta dała sobie spokój z garou i ratowała swoją skórę. Byli w końcu w miejscu, gdzie łatwo było spotkać nie tylko sfory z Sabatu, ale przede wszystkim sfory prawdziwych kundli. Wielkich, nieludzko wściekłych i niemożliwie trudnych do ubicia.
Tommy cofnął się o kolejny krok. Widok ognia naprawdę go przerażał, niemal każdego wampira by przerażał nie licząc oczywiście tych kilku wyjątków. Jak Lou, na przykład. Młody Spokrewniony najwyraźniej toczył wewnętrzną walkę z Bestią, ale ostatecznie zwyciężył - być może była to zasługa jego rzadkiej i słabej krwi. Może klątwa, którą przekazał jego stwórca z chwilą spokrewnienia z każdym kolejnym pokoleniem traciła na swej mocy... może. W tej chwili jednak Bennet otrząsnął się z szoku i przerażonym wzrokiem spoglądał na wszystko dokoła.
Na Lou. Na poparzonego lupina, teraz w ludzkiej, żałosnej formie. Na połamaną Blake.
- Na litość boską, czemu wy jesteście tak uparci? - spytał nerwowym głosem Tommy, zerkając to w stronę szpitala, to w stronę lasu. Gdzieś w oddali słychać było wycie policyjnej syreny; kwestią czasu jest to, zanim wszystkim zainteresują się stróże prawa. Bo pozostałe wilkołaki przebywające na terenie The Jungle, wraz z resztą członków wrogiej Camarilli sekty to rzecz oczywista. Natasza jednak nie dawała za wygraną.
Zniszczone, potrzaskane ciało stawiało drastyczny opór, nie chciało współpracować, ale Spokrewnieni, potomkowie samego Kaina, funkcjonowali dzięki krwi. To krew stanowiła sedno ich istnienia, to krew - vitae - napędzała ich martwe, puste skorupy, w których tkwiły splugawione duszy. Zbliżyła się do leżącego, chudego mężczyzny i wbiła w niego swe pazury. Było to łatwiejsze, niż kilka chwil temu; mięśnie i kości człowieka znacznie się różnią od tych większego, masywniejszego potwora.
Ale to wszystko, co Blake była w stanie zrobić. Mimo szczerych chęci i iście tytanicznego wysiłku nie mogła zamordować rudego wilkołaka. Jej dosłownie złamane ciało odmawiało posłuszeństwa. Sawyer odwrócił głowę, nie chcą patrzeć na skazane na porażkę wysiłki wampirzycy. Bennet podbiegł do leżącego Gangrela i pomógł mu wstać; parias jako jedyny z całej trójki był w relatywnie dobrym stanie, nie licząc oczywiście totalnego szoku, który pogłębił się chwilę później. Do kakofonicznej, odległej symfonii syren, krzyków oraz płaczów dołączył obrzydliwy, wilgotny chrupot pękających ścięgien i mięśni
Poparzone ciało wilkołaka drgnęło mocno, gdy Blake wyłamała mu kość obojczyka. Z rozerwanej, na wpół zwęglonej skóry sterczał biały jak śnieg, krzywy kikut kości, poznaczony śladami po jej pazurach. Drugie ramię nieumarłej ciągle jednak tkwiło pod brodą garou, urwane w łokciu. Wilkołak - w ludzkiej przecież formie - uśmiechał się krzywo i patrzył drwiącym wzrokiem na jednoręką teraz wampirzycę. Jej ramię tkwiło w stalowym uścisku rudzielca, który tylko wyczekiwał na dogodny moment do kontrataku. Blake sama mu się wystawiła, niejako dając swą rękę.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: 1200 12th Ave S, Inland Pacific Imaging Center

#42
Tylko dzięki Vitae jeszcze funkcjonowała. Tylko dzięki jej Przeklętej potędze była w stanie wciąż usiłować walczyć, robić cokolwiek poza leżeniem nieruchomo w śniegu. Czuła jak rany i niewyobrażalne przeciążenie daje o sobie znać. Niemal słyszała tykanie tego cholernego zegara, który zaraz wszystko w niej wyłączy i faktem położy ją plackiem w śnieg.
Nie potrafiła zrozumieć tego co działo się przed nią i z jej udziałem. Umiejętnie wykorzystała każdy atut i moc Klątwy, która ją ożywiła, miała we władaniu taką moc, że gołymi rękoma mogłaby zburzyć filary podtrzymujące drogę dalej pond nimi... moc, która rozbijała się o wilkołaka - teraz w ludzkiej przecież postaci - jak fala o niewzruszoną skałę klifu. Zawyła i ryknęła z frustracji i bezsilności. Ból złamań... teraz urwanej ręki przekroczył już chyba granice, w których w ogóle można było go odczuwać... trudno jej było stwierdzić. Gdy chudy mężczyzna po oderwaniu jej lewej ręki złapał za oderwany kikut ramienia, ostatecznie zamknął świat na ich dwojgu. Nie słyszała żadnych syren, krzyków, wystrzałów. W uszach dudniło jej bicie serca tego skurwiela, w nosie czuła tylko zapach jego krwi.
Udało jej się wyrwać mu obojczyk. Jej wiedza mówiła, że to powinno praktycznie wyłączyć z czegokolwiek jedną jego rękę. O machaniu ramieniem, ataku czy chwycie nie powinno być mowy. Zaczęła jednak w to wątpić... tylko dlaczego... to ona była tutaj nieumarłą, która dzięki Klątwie może działać i ignorować rany, które normalnie powaliłby WSZYSTKO, jak chociażby złamany kręgosłup. On ostatecznie był ŻYWY. Chuj z tym, że to wilkołak, był żywą istotą, która potrzebuje do funkcjonowania, krwi w organizmie, sprawnego serca, mózgu, rdzenia kręgowego, potrzebuje tlenu do oddychania, która do prawidłowego ruchu potrzebuje całych kości i umocowanych na nich solidnie ścięgien i mięśni... jak mógł łapą machać skoro mięśnie i ścięgna, kluczowe do ruchu ramienia, nie miały na czym się oprzeć, skąd wziąć swojej siły i napięcia, skoro wyrwała mu obojczyk, coś na czym owe mięśnie się zawieszały? Mając nadzieję, że łapa odmówi mu ostatecznie posłuszeństwa, sama miała do wyboru dwie rzeczy. Od pochyli łeb i pozwoli mu go urwać i będzie spokój, albo zaatakuje, być może tak czy siak raz ostatni. Trzeciej opcji nie było. Była w takim stanie, że nie mogła zerwać się do ucieczki. Nawzajem doprowadzili się do ostateczności, do momentu w których chyba dla każdego stało się jasne, że tylko jedno z nich wyjdzie z tego (nie)żywe.
Już nie mogło być mowy o jakimś zdrowym rozsądku, przemyślanym, konkretnym planie czy heroizmie... to już była czysta desperacja. Wiedząc, że lada chwila opuszczą ją wszelkie siły, że z bólu, przeciążenia i odniesionych ran nie będzie w stanie zrobić nic poza leżeniem, ewentualnie zostanie zniszczona jeśli rudy dobrze trafi, musiała podjąć prawdopodobnie ostatnią próbę. Została jej tylko prawa ręka, ta którą wyrwała mu obojczyk, którą miała bliżej jego torsu. Może odsłoniła mu się chcąc urwać mu łeb, ale teraz on, chwytając jej ramię odsłonił się jej. Miała przewagę pozycji, musiał unieść łapy, by chwycić za kikut i to było niewygodne, a niemal karkołomne zadanie... mógł w ogóle oddychać z czymś takim wbitym w brode i gardziel!? To wilkołak, może i mógł... chyba nic jej już nie zdziwi, ewentualnie mag, który sprowadziłby na ten zasrany parking jakiś meteoryt! Słyszała bicie jego serca, doskonale wiedziała gdzie jest, znała ludzką anatomię... mogła nawet nie mieć oczu i tak by potrafiła je zlokalizować... głośne, tętniące niedaleko pod skórą chudego mężczyzny. Ostatni pomysł i szansa. Jeśli przebicie mu serca go nie zabije, to nic nie jest w stanie tego dokonać. Wilkołak czy nie serce to serce, główny mięsień w ciele, odpowiedzialny w zasadzie za całe życie lub nieżycie. W ludzkiej postaci rudy miał serce bardzo płyciutko... co to aby klatka z żeber i kilka chudych mięśni i warstw skóry. Poorany, ranny, popalony, połamany... jeśli Natasha nie będzie w stanie przebić się przez jego ciało, między żebrami, do serca, to był to jej koniec. Wiedziała to. Nie chciała tego, ale wiedziała. Krew przekierowała w swoje strzaskane ciało. Vitae niemal paliła ją od środka, była tak wyczerpana, że mogła już tylko pokierować ją w rany by je leczyć... by może nieznacznie zwiększyć swoje szanse. Z ostatnim desperackim krzykiem ignorując jeszcze przez kilka chwil ból i złamania, całą furię włożyła w ten atak. Palce prawej łapy wyprostowała i złożyła w szpic, czyniąc z dłoni swoisty kołek, by zwyczajnie łatwiej było jej się wbić w sukinsyna i dosięgnąć jego pompującego wciąż krew serca!
Jeśli da radę go przebić... dosięgnąć mięśnia sercowego, to albo go przebije, nadzieje na szpony jak szaszłyk na rożen, albo złapie je w garść, wbije szpony i zaciśnie przekłuwając je, rozrywając i miażdżąc. Jeśli nie będzie w stanie przebić się przez chudą pierś rudzielca, to znaczyło, że nie miała najmniejszych szans... i tak czy siak podjęła jedyną decyzję dającą jej nadzieję...


OOC | 
-1 Krew +1 Poziom Zdrowia
-1 Siła Woli na zignorowanie ujemnych modyfikatorów za obrażenia. Atakuje tylko prawą ręką, bez udziału reszty ciała, wstawania czy szarpania się. A prawą rękę powinna mieć już stosunkowo zdrową bo wcześniej też się leczyła.
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 1200 12th Ave S, Inland Pacific Imaging Center 02,15,99

#43
Image
Image
Image
- Zostaw! - krzyknął rozpaczliwie Tommy. - Zwariowałaś? Zostaw go i uciekaj! Cholera, ratuj siebie! - parias zaczął rozpaczliwie nawoływać. Nie było to zachowanie godne wampira, czegoś takiego można, a nawet trzeba się było spodziewać po śmiertelnikach. Po ludziach, pełnych ideałów, marzeń i czasem romantycznego wyobrażenia o świecie. Bennet miał tę wątpliwą przyjemność, że należał do tego pierwszego świata, choć był trupem. Spojrzał nawet w stronę szpitala, tak, jakby chciał pobiec tam po pomoc.
Słysząc kolejne krzyki zrezygnował jednak z tego pomysłu. Delirium działało na śmiertelników najbliżej toczącej się krwawej i brutalnej walki, poza tym personel szpitala musiał się zająć ocalonymi z furgonetki. To, że ktoś krzyczał, wrzeszczał, ryczał stanowiło tylko nieprzyjemny detal. Policja się tym zajmie w ciągu kilku najbliższych chwil, o.
Lou spróbował się poruszyć, widząc desperacką, szaleńczą wręcz próbę dobicia garou. Szybko jednak dał sobie spokój, spisując dziewczynę na straty. Zamiast tego przywołał do siebie młodego, niedoświadczonego nieumarłego, używając zduszonych, acz wulgarnych, żołnierskich słów. Między jednym i drugim wampirem trwała krótka rozmowa - monolog raczej - a już chwilę później Bennet pochylił się i znowu podniósł zmasakrowane ciało dzikiego Gangrela. Sawyer nadludzkim wysiłkiem zarzucił ramię na barki pariasa, wspierając się na jego wątłym ciele.
Raz jeszcze rzucił jedynym, ocalałym okiem na Blake.
Zostawił ją. Patrol na obrzeżach The Jungle, w bezpośrednim sąsiedztwie szpitala, został de facto zakończony. Wspólnymi siłami przeszkodzili wrogiej sekcie w akcie masowego spokrewnienia. Ocalili kilku śmiertelników, aczkolwiek pewnie i tak ludzie ci wymagać będą manipulacji umysłami i pamięcią, czy wręcz eliminacji (w wykonaniu wilkołaków lub wampirów, to już bez znaczenia). Teraz bowiem liczyło się przetrwanie. To, czy Kainici zdołają opuścić przeklętą Dżunglę, zanim zostaną rozszarpani przez kundli; Natasza wbrew logice, wbrew zdrowemu rozsądkowi uparcie walczyła dalej. Nie zamierzała się poddać, nie chciała odpuścić i teraz, pozbawiona ręki, ze złamanym kręgosłupem, przymierzała się do ostatecznego ciosu.
Garou, który chwilę temu z dziecinną łatwością oderwał jej ramię, zaczął się śmiać, rozrywając dalej swą szczękę, skórę i ścięgna. Biała jak nieprzerwanie padający śnieg kość obojczyka powoli, acz systematycznie zrastała się i w ciągu kilku minut będzie cała i zdrowa. Martwa ręka wampirzycy została odrzucona gdzieś w bok; w momencie zetknięcia ze śniegiem zamieniła się w szarawy popiół, niknący pod nieustannie opadającym białym puchem. Lupin śmiał się nawet wtedy, gdy wampirzyca wbiła mu dłoń w pierś. Kości żeber wraz z mostkiem ustąpiły całkiem łatwo, zdecydowanie łatwiej, niż w formie monstrualnego potwora.
Z rany i ust rudzielca wystrzeliła fontanna gorącej krwi. Jego lewa ręka złapała prawicę Nataszy, przytrzymując ją w miejscu. Wilkołak umierał, co do tego nie było wątpliwości, ale ostatkiem sił zdołał złapać swoją przeciwniczkę w stalowy uchwyt. I dalej się uśmiechał, w ten sam, cwaniacki sposób, po czym odwrócił głowę w stronę leśnego gąszczu porastającego zbocze oraz okolice autostrad. Pomiędzy krzewami stała wielka, kudłata bestia rozmiarami przypominająca naprawdę wyrośniętego niedźwiedzia. Nie toczyła jednak piany z pyska, nie warczała, ba, stała tylko, obserwując wszystko od Kain jeden wie jak dawna.
Czarne jak noc futro było brudne, skołtunione, a w okolicy pyska lśniło kilka jaśniejszych łat, nadających wilkołakowi karykaturalnie miłego wyglądu. Ślepia były jednakże najgorsze - wyglądały ludzko. Zbyt ludzko, zbyt inteligentnie, nie pasowały do potwora który otwierał wielki pysk w grymasie złości. Monstrum zrobiło kilka szybkich kroków w stronę umierającego członka swego stada oraz górującej nad nim wampirzycy; najwyraźniej nieustanne wycie tego kundla się opłaciło i w końcu ktoś zdecydował się przyjść mu z pomocą. I nie był to byle kto, bo łapy grusze niż udo Nataszy zacisnęły się na wampirzycy i podniosły ją wysoko, najpierw miażdżąc żebra i suche wnętrzności.
Garou rozerwał Blake na dwie, mniej więcej równe części, rozdzielone gdzieś w okolicy bioder. Nogi jako pierwsze zamieniły się w pył, znacząc ciemne futro potwora, a tors, ramiona i głowa zniknęły chwilę później w całkiem sporej chmurze szarawego popiołu. Natasza została zniszczona. Przestała istnieć, ot tak, nagle. Wilkołak rzucił jeszcze nienawistne spojrzenie w stronę jęczącego ze strachu Tommy'ego i przeklinającego Lou, po czym podniósł rudzielca. Chudy człowiek, z potężną dziurą w torsie, nie oddychał. Nie ruszał się. Być może zapadł w letarg, albo już nie żył. Nie było to jednak ważne, bo oba wilkołaki wróciły do Dżungli.
Lou i Tommy zaś w pośpiechu opuszczali ten teren. Blake w pewnym sensie uratowała ich życie, poświęcając swoje. Albo po prostu zrobiła głupi błąd, rzucając się do walki z wilkołakiem.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S
Odpowiedz

Wróć do „North Beacon Hill”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron