9817 55th Ave S, Kubota Garden

#1
  Kubota Garden to nic innego jak klasyczny, japoński ogród, skryty gdzieś w południowych częściach Seattle, niecały kilometr od jeziora i plaży Lake Washington, zalegający na bardzo łagodnych wzgórzach i niewielkich dolinach pomiędzy nimi. Ogród - park właściwie, bo takie jest główne przeznaczenie tego terenu - liczy sobie dwadzieścia akrów i jest wypełniony naturą w wyjątkowy sposób, łączący to co najlepsze ze wschodu i zachodu.

Założeniem japońskiego ogrodu jest bowiem naśladowanie przyrody. Nie podbijanie jej, nie niszczenie ani próby zmiany jej naturalnych cech. Ideałem jest pielęgnowanie tego miejsca w taki sposób, by jak najdokładniej ukryć działalność człowieka - natura w końcu nie jest chaotycznym, nieuporządkowanym światem, tylko harmonijną, prostą i elegancką symbiozą zwierząt i roślin.

I to widać w Kubota Garden. Niezależnie od tego, którędy się wejdzie na teren parku-ogrodu, czy od strony Renton Ave S, 55 Ave S czy nawet i 51st Ave S na zachodzie (po uprzedniej wspinaczce po murowanym, ceglano-kamiennym murze i długim spacerze poprzez gęsto zalesiony teren) efekt będzie ten sam. Cudowne, wysypane jasnym i ciemnym żwirem alejki, pośród których znaleźć można niezliczone drzewa i krzewy, kwiaty i formacje skalne (stanowiące jednak tylko pojedyncze akcenty tu i tam, a nie główną "atrakcję"), strumienie czystej, bystrej wody i stawy pełne ryb, drewniane mosty i spienione wodospady. To nie jest zwykły park. To miejsce z historią szczególną i intrygującą nawet jak na Seattle.

Strzeliste sosny i świerki typowe dla tej części Stanów Zjednoczonych stanowią większość drzew, ale nie brakuje tutaj także i egzotyki, jak malowniczy i bardzo wysoki czarny bambus, którego czerń łodyg cudownie kontrastuje z żywą, zieloną barwą liści, a japoński klon palmowy o czerwonej, niesamowicie wyrazistej barwie delikatnych, drobnych listków wygląda jak dzieło artysty, nie zaś twór naturalny, powstały gdzieś daleko, za oceanem, na odizolowanych wyspach.

Fujitaro Kubota, Japończyk przybyły do Seattle w jednej z pierwszych dekad dwudziestego wieku, postawił sobie za cel stworzenie małego fragmentu swojej ojczyzny w nowym kraju. Do lat trzydziestych udało mu się zbudować mały ogród, który natychmiast stał się hitem dla przebywającej na terenie stanu ludności z Azji, zwłaszcza z Japonii - nic więc dziwnego, że większość gości w tym miejscu to dzieci, młodzież, dorośli i starcy, którzy z uśmiechem na twarzy spacerują po żwirowych alejkach, zmierzając do Bamboo Grove, gęstego, potężnego gaju w którym rosnące tuż obok siebie bambusy kołyszą się łagodnie w porywach wiatru.

Szereg stawów i jeziorek (zwany Necklace of Ponds) połączonych niedużymi strumykami, nad którymi przerzucono drewniane, klasyczne dla Japonii mosty, najczęściej goszczą najstarszych i najmłodszych, spoglądających w wodę. Wyjątek stanowi jeden z mostów, nie jakoś szczególnie wielki czy wysoki, ba, nie znajduje się on nawet gdzieś w głębi parku. Spina po prostu dwa brzegi ogrodu nazwanego na cześć syna Fujitaro i nosi nazwę Mostu Serca.

Od lat czterdziestych, a więc od czasu, gdy Amerykanie zaczęli zwozić przebywających w kraju Japończyków do obozów dla internowanych, coraz więcej osób nie czuje się zbyt dobrze stąpając po skrzypiących deskach. Nagłe podmuchy chłodnego powietrza, absolutna cisza (nie słychać nawet szumu i chlupotu wody!) oraz niewyraźny zarys sylwetki czającej się po drugiej stronie mostu, tuż za bambusowymi łodygami nie należy do przyjemnych, zwłaszcza późną, wieczorową porą. Nikt jednak nie udowodnił, że coś takiego naprawdę ma miejsce, chociaż kilka osób zarzekało się, że widziało postać niskiej dziewczyny o długich, czarnych włosach zakrywających jej twarz...

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden [02.14.1999]

#2
|z Bale Veterinary Service

Późną wieczorową nocą - chociaż możnaby powiedzieć, że jest już niemalże północ - Blake nie musiała się martwić o napotkanie na drodze tłumów ludzi tak, jakby to miało miejsce za dnia, ani o dostrzeżenie przez kogoś patrzącego przez okno. Większość mieszkańców Seattle już spała. Zdecydowana większość mieszkańców Seattle nie miała pojęcia, że mieszka obok bestialskich, krwiożerczych stworzeń jakimi były wampiry.
Wampirzyca zdecydowała się na pójście w stronę zachodnio-południową, gdzie znajdował się Park Kubota - w najbliższej okolicy było to najlepsze miejsce na ukrycie siebie i martwego ciała. Nieustannie sypiący śnieg osiadał na jej kruczoczarnych włosach, ramionach i ubraniach mężczyzny. Również twarzy. Martwej twarzy, której oczy wciąż były otwarte i bez życia patrzyły na otaczającą je rzeczywistość. Po drodze mijała śnieżny krajobraz: przysypane puchami śniegu drogi, zwłaszcza te boczne, które nie były tak ważne jak główne, ośnieżone dachy domów jednorodzinnych i parapety, wyróżniające się na tle drzewa, na których gałęzi zostały przykryte grubymi warstwami śniegu. Co jakiś czas Gangrelka słyszała przejeżdżającą karetkę pogotowia pędzącą do szpitala Rise Child Care czy patrolujący okolicę radiowóz policyjny. Z tych ostatnich na szczęście żaden nie zbliżył się do położenia Blake na tyle, by ją spłoszyć. Co jakiś czas nocne ptaki dawały o sobie znać ponurym krakaniem czy obecnością w miejscu, z którego mogły obserwować okolicę w celu zdobycia pożywienia. Spokrewniona mająca umiejętności w sztuce przetrwania nie miała większych problemów z poruszaniem się po miejscami zlodowaconej nawierzchni czy przejściem lub ominięciem drobnych przeszkód. Przeskakiwanie przez płoty nie było koniecznie.
Z daleka, po ponad czterdziestominutowej, pieszej podróży, mogła dostrzec teren Parku Kubota: niezliczone drzewa, krzewy i kwiaty. Czuła również zapach wody, chociaż przy takiej pogodzie każdy staw był zamarznięty i przysypany jasnym puchem. Gdy znajdowała się na dobrej drodze, by wejść w głąb drzew - bo żeby się do samego Parku dostać, trzeba było albo przejść przez dosłownie niewielki lasek lub go ominąć - została dostrzeżona przez mężczyznę spacerującego z psem. Sam mężczyzna nie próbował zwrócić na siebie uwagi, ale za to pies... Pies zaczął ujadać i groźnie powarkiwać w stronę Spokrewnionej. I martwego ciała mężczyzny na jej rękach.
kolejka | 
→ Wiktor Smiertin
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

#3
Dotarła do zieleni... w domyśle, bo wszędzie było biało. Niemniej były tu drzewa, jakaś zamarznięta woda, krzaki i czort tam wie co jeszcze. Nie był to co prawda jeszcze regularny las, który w sumie z każdej strony otaczał miasto, ale podróż ze zwłokami na rękach, będąc umazaną krwią, nie była ani mądra, ani bezpieczna. Japoński ogród powinien jednak zapewnić jej odpowiednie miejsce do ukrycia zwłok. Swoje kroki skierowała więc między drzewa.
Jej uszu dobiegł skowyt psa, ujadanie hałaśliwe. Zwierz wyczuł ją. Odwróciła się. Starszy pan, z kundlem na smyczy miał raczej nikłe szanse, żeby ją dostrzec,
a już na pewno rozpoznać. Tylko ten cholerny zwierz musiał ujadać? Swoją drogą, co ten człowiek robił na spacerze w środku nocy?! Czy ci ludzie tutaj mają nie równo klepki poukładane? No psychiczni jacyś! Postanowiła zignorować psa i czym prędzej czmychnęła między drzewa. Nasłuchiwała czy człowiek drepta w jej kierunku, czy pies mu się nie zerwał. Nie stawiała by ludzik za nią poszedł, nie miał tyle jaj, a nawet jeśli, to to już nie była odwaga, a czysta głupota. Tutaj było naprawdę ciemno. Ona była wampirem, widziała lepiej w ciemnościach od śmiertelnych, do tego w każdej chwili mogła sięgnąć po wzrok absolutny swojej Bestii.
Nie miał szans. Do tego śnieg odbijał nieco rozproszonego światła. Jej to wystarczyło aż nadto.

Nasłuchując wciąż pilnowała by nie robić zbyt dużych susów w śniegu. Miała zostawić za sobą normalne, ludzkie ślady. Niemniej szła szybko by zgubić ciekawskie spojrzenie człowieka i nie drażnić swoją obecnością zwierzaka. Gdy odeszła w las na tyle daleko, by ona między drzewami i śniegiem nie mogła dostrzec człowieka zatrzymała się. Stanęła bez ruchu jak posąg i odczekała na rozwój sytuacji. Miała już jednego trupa, zwisał jej bezwładnie z rąk... kolejne zwłoki nie były jej potrzebne. Stała bez ruchu i póki co była też cicho. Nie wydała z siebie żadnego dźwięku, licząc na to, że stary uspokoi psa, a nawet jeśli ją dostrzegł to weźmie go za zawirowanie śniegu, jakiś omam zmęczonego umysłu... Straszenie zostawiła na później i tylko pod warunkiem, że będzie potrzebne...
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden [02.14.1999]

#4
Pies, jakiego miał mężczyzna, był wielkim owczarkiem niemieckim. Pan być może i wyglądał na starszego, ale miał sporo siły w rękach dzięki czemu udało mu się utrzymać zwierzę w ryzach. Blake mogła się więc poczuć względnie bezpiecznie, bo jegomość ani nie ruszył za nią w pościg ani nie pozwolił owczarkowi się wyrwać i pognać w stronę Gangrelki, która zresztą dość szybko się od nich oddaliła. To sprawiło, że ujadanie psa po chwili ustało. Co jednak nie zmienia faktu, że została zauważona. Dla Blake ta noc nie była przychylna, a przecież jeden drobny błąd mógł zaważyć na jej całym planie. A nawet nie tylko na planie, jeśli zostanie on w jakiś sposób odkryty.
Dla faceta spacerującego z psem widok Blake z mężczyzną na rękach idącą w stronę zalesionego terenu była niezwykle podejrzana. Zwłaszcza o tej porze... Pierwsza myśl jaka przyszła mu do głowy to to, że dziewczyna pewnie chce ukryć ciało. No bo kto normalny idzie między drzewa z bezwładnym ciałem na rękach w środku nocy? A mimo to, nie wydarzyło się nic, co w jakiś sposób mogłoby zagrozić dalszej wędrówce wampirzycy. Przynajmniej na razie.
Bez problemu udało jej się wejść głębiej na teren Parku Kubota; już po kilku minutach znajdowała się w głębi małego lasku. Między biało-czarnymi drzewami, które stały niewzruszone. Śnieg sypał i sypał i jedno spojrzenie na niebo wystarczyło, by zauważyć, że nie zapowiadało się na jakąkolwiek zmianę pogody. Blake szła więc w śniegu sięgającym jej niemal do trzeciej czwartej łydek, co utrudniało parcie naprzód, zwłaszcza z ciężarem na rękach, lecz nie na tyle, by zatrzymać Spokrewnioną. Gdy wreszcie przystanęła, gdy w końcu mogła na chwilę odetchnąć — słyszała już tylko martwą ciszę. Ciszę, którą przerywały jedynie podmuchy świszczącego wiatru. Nawet nie było słychać dźwięków miasta czy krakania jakiegoś ptaka.
Cisza. Blake otoczyła cisza.
I powracające uczucie bycia obserwowaną — tak jak wtedy gdy rozstawała się z Iloris niecałe dwie godziny temu...
kolejka | 
→ Wiktor Smiertin
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

#5
Widział ją czy nie... nie miało to większego znaczenia. Ciemna noc, gęste opady śniegu i niepokojące opowieści o tym parku powinny wystarczyć by nikt faceta nie wziął na poważnie, w sumie ona sam powinien zwątpić czy naprawdę widział kogokolwiek. Blake mogła być równie dobrze tylko cieniem drzewa, targanego wiatrem w zimową noc. A nawet jeśli byłby w stanie rozpoznać w niej człeka niosącego na rękach człeka... to kobieta... kobieta niosąca na rękach bezwładne ciało przez głęboki śnieg? Nie, staruszek nie mógł mówić poważnie, coś musiało mu się uroić, a pies? Pies pewnie kota jakiego, albo innego pchlarza wyczuł i ujadać zaczął. Natasha nie miała zamiaru zawracać sobie nim głowy. Nie polazł za nią, psa też miała z głowy. Bezpiecznie dotarła w środek zadrzewionego terenu i otoczyła ją cisza, przerywana muzyką jedynie wiatru.
Zimne już, martwe ciało rzuciła w śnieg pod swoimi nogami. Mogła przejść do wcześniej założonego planu pozbycia się zwłok. No bo przecież musiała się ich pozbyć, a zostawienie gdzieś trupa bez krwi było zbyt niebezpieczne. Drugiego ścierwa nie miała zamiaru zostawić swojemu wilkowi, nie tu... może gdyby byli głęboko w lasach... Tu musiała zająć się tym osobiście... nie żeby miała przy tym jakiś problem. Trup to trup, trochę zimnego mięsa, które, dzięki mrozowi tak szybko nie zacznie gnić...

Po raz kolejny tej nocy zaczęła się zmieniać. Nie tak szybko i agresywnie jak wtedy na drzewie w kruka, teraz pozwoliła transformacji trwać i nie pospieszać jej Vitae. Nie musiała... nie chciała. Chciała cieszyć się przemianą i choć transformacja nie należała do najprzyjemniejszych czy najpiękniejszych zjawisk i mocy,
to Dzikuska na swój sposób ją lubiła. Rosła. Nabierała masy i siły, ale tez jakiejś gibkości i szybkości. Jej nogi i ręce stawały się grubsze i włochate, paznokcie zamieniały się w czarne, wielkie pazury. Twarz zaczęła się powoli wydłużać, cała głowa zmieniała nieco kształt, na czubku głowy wyrosły uszy. W otwartej paszczy rosły rzędy ostrych kłów. Płaszcz i reszta ubrania zespoliła się z ciałem i zamieniła w czarne futro, które pokryło całe ciało. Tylko ogon w zasadzie się nie zmienił, no może poza tym, że stał się nieco większy by dopasować się proporcjami do nowej (starej) formy. Nawet jeśli ktoś ją widział, ktoś śmiertelny, w żaden sposób nie mający powiązania z Nadnaturalnymi i tak nie wierzył teraz swoim oczom. Takie rzeczy się nie dzieją. Vincent ongiś wspominał jej, że czasami... zazwyczaj ludzkie umysły wypierają tak straszliwe i niewytłumaczalne obrazy ze swojej pamięci. Przydatne zjawisko... Czarne, włochate nwilczysko stojące wciąż na dwóch łapach, miało pewnie koło 2 metrów wzrostu. Blake opadła ciężko na cztery potężne kończyny gdy zakończyła się przemiana, jeśli się w spokoju zakończyła. Pilnowała się by nie ryknąć instynktownie, nie zawyć w niebo i jeśli nikt nie śmiał jej przeszkodzić zabrała się do pozbywania trupa. Rozerwanie na kawałki truchła człowieka nie stanowiło dla niej najmniejszego wyzwania. Zamieniła się w wilka zapobiegawczo. Pozostawi na szczątkach ślady wilka. Nawet zakładając zły scenariusz, że ktoś kiedyś jakimś cudem te strzępy odnajdzie, to każda analiza wykaże ślady wielkiego psowatego... cóż, człek miał pecha. Już raz...kiedyś... bardzo dawno temu robiła niemal to samo... pozorowała ślady na ciele trupa. Nie rozrywała ciała w szmaty, wtedy wystarczyło jej tylko trochę poorać ciało brata by każdy uwierzył w atak zwierzęcia... wtedy też robiła to na granicy nerwów, walcząc z Bestią i żalem... rozpaczą miażdżącą jej martwe już serce... teraz nie czuła nic...
kompletnie nic, poza może poczuciem obowiązku...


OOC | 
-1 Punkt Krwi za Transformację
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden [02.14.1999]

#6
Przypuszczenia Blake względem tego, co widział - lub nie - mężczyzna z psem, mogły być słuszne. Mogły też jednak mijać się z prawdą i w efekcie - zaszkodzić jej samej. Nie było to coś, co by bezpośrednio miało na nią wpływ, jednak Gangrelka zostawiła za sobą ślady, które mroczni mieszkańcy Szmaragdowego Miasta będą umieli rozpoznać i wyjaśnić. Dla ludzi będą to kolejne niewyjaśnione dziwne zdarzenia, wzbudzająca wątpliwości. W najgorszym wypadku - przerażenie i strach. Żadne uczucie nie odzwierciedla obawy przed nieznanym i niezrozumianym tak bardzo, jak strach. A człowiek ogarnięty strachem to człowiek nieprzewidywalny, trudny do kontrolowania i ujarzmienia. Dlatego mimo wszystko nie warto zostawiać za sobą nawet najmniejszej rzeczy, która dawałaby podstawy do jakichkolwiek podejrzeń. Co jednak nie zmienia faktu, że życie długowiecznych wbrew pozorom nie było takie łatwe, bo trzeba było umieć takie życie wieść. Odnajdować się zarówno w świecie Spokrewnionych, jak i śmiertelników. Czarnowłosa nie miała łatwo, tym bardziej, że po letargu musiała na nowo zaznajomić się ze światem, z nową technologią i postępem cywilizacyjnym.
Sama przemiana nie była ani przyjemna ani szybka. Najpierw nastąpiło zmniejszenie kości tak, aby forma homid mgła zmienić masę odpowiednio dla wielkości i wagi wilczego kształtu. Podczas transformacji Blake warczała, wyginała swe ciało, zwijała je i garbiła się, co było wywołane ogromnym bólem, jaki odczuwała. Bezwarunkowo poddała się transformacji bez względu na fizyczny ból. I chociaż go już znała, to jednak dopiero niedawno przypomniała sobie co to znaczy zmieniać swą formę. Najpierw pojawił się pysk, który został wydłużony, później reszta ciała, nogi, pazury, a wreszcie ogon i uszy. Ostatecznie ciało zostało przykryte grubą warstwą czarnej sierści, a ona nie mogła się powstrzymać przed zawyciem w księżyc. W wilczej formie czuła się tak dobrze, jak we własnym, pierwotnym ciele. Po kilku minutach transformacji musiała się zatrzymać na kilka sekund, by przyzwyczaić ciało do zwierzęcości i dopiero potem mogła rozpocząć swoje działania.
Zaczęła rozrywać ciało nieszczęśnika. Zyskała teraz większą siłę i nie stanowiło to dla niej najmniejszego problemu. Najpierw mężczyzna został pozbawiony wnętrzności, a jego flaki wraz z fragmentami odzienia wkrótce leżały dookoła porozrzucane. Później wilczyca zaczęła gryźć ciało tak, aby wyraźnie dało się dostrzec ślady zwierzęcych zębisk. Kolejno rozszarpywać ciało na części. Przyszło jej to z trudem, niewielkim trudem, lecz już po kilku minutach prawa ręka leżała urwana gdzieś niedaleko, lewą Blake pogryzła tak, że ledwo dało się rozpoznać, iż była to ręka, a jej dłoń znalazła się spory kawałek dalej od ciała. Nogi zostały pozbawione jakiegokolwiek mięsa, pogryzione wręcz do kości sprawiały wrażenie, że zwierzę albo było nienasycone albo naprawdę bardzo wściekłe... But z resztkami stopy znalazł się nieopodal, wpadając w śnieżny biały puch z głuchym łoskotem.
Została już tylko głowa.
A ktoś lub coś przyglądało się jej działaniom, ją samą obserwując odkąd weszła na teren Parku Kubota.
kolejka | 
→ Wiktor Smiertin
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

#7
Ktoś ją obserwował. To fakt. Odkąd tylko z Ilo wyszła z domu... gdy skończył się szał znowu to poczuła i teraz charakterystyczne mrówki czuła w dalszym ciągu na włochatym, wilczym karku. Nic sobie jednak z tego nie robiła. Bo i po co nerwy strzępić jak tej nocy i tak już całe w strzępach. Niech się przygląda parszywiec jeden z drugim Nosferatu śmierdziel. Nic ją to nie obchodziło. Z resztą... oni byli po to żeby patrzeć i wiedzieć...
Ona skupiała się na przemianie i swoim małym zadaniu. Przemiana, której towarzyszył ból, tak znany, tak jej bliski, który był częścią niej i uczucie jedyne w swoim rodzaju, gdy ciało transformowało się w całości i jaźń częściowo też. Gdy opadła na cztery łapy, zawyła i wyprężyła się. Ta druga skóra stawała się niemal jej pierwszą, tak dobrze czuła się w tym czteronożnym, włochatym, czarnym cielsku. Gdy wzięła się za rozszarpywanie ciała, czuła jedynie obowiązek, który musiała wypełnić... żadnego żalu czy skruchy... cóż... takie rzeczy się zdarzają, ludzie umierają, bo mają tak mało pysznej Vitae w swoich miękkich ciałkach. Rozwalenie flaków człowieczka i rozczłonkowanie go nie stanowiło wyzwania dla wielkich, silnych szczęk i potężnych łap. W tej formie była silniejsza, a cóż za opór może stawiać bezwładne, martwe ciało. To tylko trochę mięsa i kupka kości. Jedyne na co musiała się pilnować, to by nie połknąć suchego truchła... po co znowu miała rzygać...
ręka, noga, noga, flaki, ręka, głowa, flaki. Po niedługim czasie z człowieczka została kupka mięsistych szmat. Opróżniła biedaka do sucha w szale... dzięki temu w sumie nawet nie miała krwi do rozchlapywania podczas tych makabrycznych działań. Tym lepiej.

O swoje ślady też się nie martwiła. Była tropicielem od dziesiątek lat, od dziecka jeszcze za życia. Do rana, po tej piekielnej scenie i po jej śladach nie będzie nawet nic znać. Dął silny wiatr i sypał gęsty śnieg, cały czas, nieprzerwanie. Nawet jej grube futro migiem oblepione zostało warstwą białego gów... puchu. Ślady jakie zostawiła idąc tutaj zostaną prędko zasypane i wyrównane, cała scena tutaj także. Nawet jeśli ktoś ją obserwował, to musiał to być okryty dobrze wampir.
Nic nie słyszała i nie czuła, a jej zmysły teraz były wyjątkowo ostre... jakby nie były w ludzkiej postaci... człek nie miałby wielkich szans się przed nią schować.
Wampir niech patrzy jak ma taki fetysz. Po rozwaleniu ciała na szmaty, zabrała się za kopanie dołu. No przecież nie zostawi tego tak tutaj rozwleczonego. Sprawnie z siłą i gracją wilka zaczęła ryć najpierw w zmarzniętym śniegu, a potem z równą łatwością w skostniałej ziemi. Musiała wykopać dziurę, w zasadzie nawet nie dużą,
bo z człowieka największym fragmentem jaki został to była chyba głowa, względnie cała, choć z ogryzioną do czaszki twarzą. Dół więc niezbyt duży, ale głęboki kopała, na tyle by wszystko tam móc wrzucić i głęboko, poza zasięgiem padlinożerców zakopać... Jeśli jej własne pazury i siła nie wystarczą jakimś cudem by efektywnie kopać, sięgnie do szponów swojej Bestii i przygarnie jej pazury, by z nimi już bez najmniejszego oporu przebić się przez zlodowaciały grunt.
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden [02.14.1999]

#8
Blake czuła na sobie czyjeś spojrzenie, ale do jej nozdrzy nie doszedł żaden zapach: ani ścieków, ani kanałów, ani jakikolwiek inny, nazbyt intensywny, pozwalający na identyfikację kogoś konkretnego. Nie oglądała się za siebie i nie przejmowała czyjąś obecnością, lecz nawet gdyby zdecydowała się rozejrzeć dookoła, ze swojej obecnej pozycji nie dostrzegłaby nikogo ani niczego. To uczucie z biegiem czasu stawało się wręcz natrętne i irytujące, jakby ktoś dosłownie chciał wywiercić w niej dziurę, wkurzyć ją. Blake jednak niestrudzenie trwała przy swoim, uparcie poddając się swojemu obowiązkowi, swojej misji - zatuszowania śmierci przypadkowego mężczyzny z nie do końca własnej winy. Choć ciężko tu właściwie mówić o tym czyja to była wina - nieodpowiedzialnego wampira, który pozwolił na zbyt wielką utratę vitae, czy Bestii, która całkowicie przejęła kontrolę nad Spokrewnioną za nic mając sobie jakiekolwiek sumienie.
Gangrelka nie miała najmniejszych problemów z rozszarpaniem i rozczłonkowaniem ludzkiego ciała. Co prawda to drugie było nieco trudniejsze przy odgryzaniu kości, ale nie niemożliwe. Ogryzienie głowy do czaszki było bardzo dobrym posunięciem, bo po ewentualnym wykopaniu ciała przez kogokolwiek, nikt nie będzie od razu wiedział, do kogo ono należało. Na tym się jednak nie skończyło, bo wilczyca zaczęła kopać dół. Nie było to łatwe zadanie przy nieustannie padającym śniegu co rusz zasypującym nieruszaną ziemię oraz przez bardzo zimny, ubity grunt, miejscami zlodowaciały, ale dla niej do wykonania. Po dobrych kilkudziesięciu minutach koniecznej, mozolnej i żmudnej pracy, udało jej się wykopać wystarczająco głęboki dół, by schować części ciała denata. Pozostało jej jedynie sprawdzić czy rzeczywiście wrzuciła wszystkie części oraz zakopać grób. Grób nieznanego mężczyzny.
kolejka | 
→ Wiktor Smiertin
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

#9
Natarczywe, niemal swędzące spojrzenie ignorowała. Póki co. Musiała pozbyć się tych mięsnych szmat, wtedy może pomartwić się, albo choć zainteresować podglądaczem. Teraz kopała. Kopała przebijając się przez kolejne warstwy zmarzniętej ziemi, a gdy uznała, że dół jest dość głęboki, przynajmniej na tyle, że nie była już fizycznie, wygodnie kopać, samej w ten dół bardzo nie wchodzić i nie rozkopywać go na boki niepotrzebnie, zajęła się ciałem... ekhem... tym co z ciała denata zostało. Ochłap, po ochłapie, kość po kości, kończyna po kończynie, wrzucała wszystkie krwawe odłamki do dołu. Na końcu spoczęła tam też głowa. Jeśli któreś coś,
jakąś kostkę czy palec przysypał międzyczasie śnieg, to wyniucha go bez problemu... przynajmniej powinna, ale dziś się takie dziwy dzieją, że nie zdziwi się wcale, jak łapą na coś nadepnie i tak przeoczy. W każdym razie, zapas truchła znała zanadto dobrze, był śwież, otaczał ją, a jej najlepszym zmysłem był węch, który teraz, w wilczej postaci był niewspółmiernie doskonalszy. Kiedy wszystkie szczątki znalazły się w anonimowym grobie, zasypała go. Zrobiła to starannie, na koniec dokładnie uklepując ziemię, na twardo jak tylko się dało. Potem rozgarnęła śnieg, tak by nigdzie nie zostawić podejrzanych kupek, zasp czy dołków. Na koniec, zręcznie i z wprawą puchatym, wielkim ogonem zatarła możliwie najwięcej śladów, wygładzając śnieg i sypiąc na uklepane ślady świeży puszek. Potem potężny susem odskoczyła na bok i obejrzała swoje dzieło z dystansu. Jest dobrze. Do świtu śladu najmniejszego tu po niczym nie będzie! Śnieżyca teraz była jej największym przyjacielem. Dobrze... dobrze...

Czarne wilczysko oblepione śniegiem, stało z boku, pod drzewem, z gorejącymi, czerwonymi ślepiami i wielkimi wysuniętymi pazurskami, nie otrzepało się ze śniegu i patrzało na miejsce swojej wcześniejszej pracy. Nagłym susem przeskoczyła dalej i zwinęła się w kłębek pod drzewem. Uderzyła je wcześniej bokiem by wywołać lawinę śniegu z gałęzi. Pozwoliła się nim przysypać. Zakamuflować. Ułożyła się przy tym tak, by widzieć miejsce ukrycia ciała. Chciała nieco odpocząć,
ochłonąć, uspokoić się, a przy tym jakiś czas popilnować miejsca. Powęszyć, popatrzeć. Może tajemnicza obecność się zdradzi. Kto wie... dla własnego bezpieczeństwa, lepiej by nikomu do głowy nie przyszły tędy spacery, a już kopanie groziło nagłą, brutalną śmiercią...
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

#10
Niebezpiecznie było ignorować niektóre impulsy. Swoją podświadomość, gdy tak wyraźnie ostrzegała przed czyimś wzrokiem. Ten ktoś, kto ją obserwował, mógł być przecież każdym. Nawet człowiekiem. Lub, co gorsza, wilkołakiem. Blake, z jednej strony wiedziona obowiązkiem i potrzebą odpowiedniego zajęcia się ciałem martwego mężczyzny i nie chcąc tego zepsuć wiedząc, że śnieg lada chwila zasypie to, co już zdołała wykonać, a z drugiej - w pewnym sensie zbagatelizowała obserwatora na rzecz powinności. Mimo, że przecież sama mogła się teraz znaleźć w niebezpieczeństwie.
Tę powinność udało jej się wykonać. Nie czuła zimna. Łapy nie drętwiały jej z zimna tak, jak to było w przypadku śmiertelników. W ciele wilka miała do dyspozycji nie tylko większą siłę, ale również pazury i mocne, ostre zęby umożliwiające jej to, czego nie mogłaby zrobić szybciej i lepiej w ludzkiej formie. Świadomość, że nawet najmniejsza część ciała nieszczęśnika może zdradzić jego położenie po roztopach sprawiła, że Blake postarała się, by na ziemi, w śniegu, nie pozostał jakikolwiek fragment. Lub cokolwiek, co mogłoby komuś dać trop. Tak samo jak nie pozwoliła sobie na najmniejszy błąd przy zasypywaniu grobu. Nie tylko go zasypała, ale również uklepała ziemię tak, by w przyszłości nie zdradziła ona, że ktoś lub coś może być tutaj zakopane. Wykonała te czynności z taką szybkością na jaką było ją stać wiedząc, że nieustannie padający śnieg jej w tym nie pomagał. Nawet postarała się, by miejsce pochówku zostało dobrze przysypane samym śniegiem, którego nieco strząsnęła z drzewa. Chociaż uważny obserwator mógłby uznać to za dziwne: wszystkie drzewa były przecież oblepione białym puchem, a to jedno nie. Przysiadłszy pod drzewem na powrót do jej uszu wkradła się cisza przerywana jedynie świszczącymi podmuchami wiatru.
Ale nie tylko. Z naprzeciwka zaczął się do niej zbliżać szaro-biały wilk. Ostrożnie. Na dystans. Nieustannie miał w nią wlepione swoje bladożółte oczy.
kolejka | 
→ Wiktor Smiertin
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

#11
Cisza i spokój. Była zadowolona ze swojej pracy. Ostatecznie, bo przecież jakoś specjalnie nie cieszyła się, że Bestia zamordowała śmiertelnika, a ona musi ten bajzel sprzątać. Koniec końców jednak, wszystko chyba ładnie dała radę załatwić. Została tylko kobieta w pooraną twarzą, która pewnie teraz jest już w szpitalu,
ale cóż... ją zaatakował jakiś wściekły kruk, nie musiała się nią przejmować. Spokój jednak długo nie trwał. Przysypana śniegiem, leżąc bez ruchu nasłuchiwała i obserwowała otoczenie. W końcu dostrzegł ruch, teraz tak widoczny na tle zamarzniętych, nieruchomych drzew.

Wilk. Wyszczerzyła odruchowo zęby, ale nie wydała ani jednego warknięcia, żadnego głosu. Zwierz się zbliżał, ostrożnie, powoli i cały czas się w nią wpatrywał, nie było wątpliwości, gapił się na nią. Nie miała też wątpliwości, to nie był wilk... zwykły wilk, zwierzę dzikie. Normalny wilk nie odważyłby się podejść czując nieumarłego. Zostawały zatem dwie opcje. To inny Gangrel w wilczej postaci. Na tą opcje w zasadzie liczyła. Druga nie była tak optymistyczna. W drugim scenariuszu tym wilkiem, był wilkołak w zwierzęcej postaci. A to oznaczało bardzo poważne kłopoty. Vincent zawsze jej powtarzał, a były to nauki ważne, bo w alaskańskiej dziczy można było natknąć się na kundle dość łatwo, "'nigdy nie walcz z wilkołakiem w pojedynkę". Pamiętała to doskonale i nie miała zamiaru nie skorzystać z tej wiedzy. Wpierw jednak postanowiła zidentyfikować TO COŚ.
I ona wlepiła spojrzenie swoich krwawo czerwonych oczu w oczy tamtego. Nie ruszyła się z miejsca, nie wydała dźwięku, ale z odsłoniętymi ostrzegawczo zębiskami podniosła się powoli na łapy strosząc sierść by wyglądać na jeszcze większą i groźniejszą niż była. Nie warczała, nie chciała sobie przeszkadzać. Nasłuchiwała i węszyła. Jeśli usłyszy szum krwi i bicie serca, jeśli poczuje zapach życia, to jest przed nią wilkołak. Gdyby to był jednak zwykły wilk, powinien uciec po tej demonstracji nieumarłej siły. Jeśli poczuje tylko zapach zimnych wampirzych zwłok, to znaczy, że Gangrel. To co powiedzą jej zmysły to też jednak kwestia,
drugą był animalizm. Nie bez powodu wlepiła oczy w jego oczy. Kimkolwiek by ta bestia nie była... zwierzęciem czy wilkołakiem, albo wampirem w zwierzęcej postaci, to powinna ją zrozumieć. Jeśli tylko nie odwróci wzroku, to kontakt zostanie nawiązany.
-Czym jesteś...? - Krótki przekaz. Bardzo, krótki, ale niesłychanie wymowny. Bez rozkazów, tylko krótkie, jasne pytanie, któremu towarzyszyło oblizanie wielkim jęzorem wyszczerzonych kłów. Od odpowiedzi, będą zależeć następne decyzje... a scenariuszy mogło być sporo, od pozyskania nowego zwierzęcego ghula, po rozpaczliwą ucieczkę przed wilkołakiem. Nic jej tej nocy raczej już nie zdziwi.
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden [02.14.1999]

#12
Zwierzę ani razu nie zamrugało powiekami ani nie zamknęło swoich ślepi. Uważnie, wręcz hipnotycznie wpatrywało się w tęczówki Blake. Rytmicznie, ale bardzo, bardzo powoli się do niej zbliżało, krok za krokiem. Dumnie, władczo, pewnie siebie. Dopiero gdy wilk podszedł do niej wystarczająco blisko, by mogła mu się lepiej przyjrzeć, dostrzegła, że to basior. Samiec, bo o jedną czwartą większy od niej samej. Na jej powarkiwanie i próbę wyglądania na większą nie odpowiedział. Przystanął. Na sztywnych nogach, z uniesionym, wyprostowanym ogonem, postawionymi uszami, nieco nastroszonej sierści. Taka poza jasno wskazywała na dominację; na to, że to on jest tutaj Alfą, a ona obcym. Jeszcze dwa-trzy kroki i znalazłby się wprost przed Gangrelką. Nie wyczula w nim wilkołaka. Nie wyczula w nim również prawdziwie zwierzęcego wilka. Miała przed sobą Spokrewnionego — i wiedziała to przede wszystkim za sprawą spowolnionego bicia serca. Basior nawet nie próbował kryć swojej wampirycznej natury poprzez vitae. Poprzez zapach nie dowiedziała się niczego istotnego. Wampir w większości przypadków nie wyczuwał drugiego wampira. Chyba, że miał do czynienia z Nosferatu. Lub niedawno pożywionym.
— To raczej ja powinien spytać, co robisz na moim terenie. — Spokrewniony wyraźnie zaakcentował słowo moje i uniósł lekko głowę. To, jak Blake odpowie i zareaguje, zadecyduje o jej dalszych losach w tym miejscu. Czy dojdzie do jakiejkolwiek rozmowy. To był jego teren. Jego domena. A ona je wykorzystała na swoją korzyść. Świadomie lub nie...
Była teraz zdana na łaskę bladożółtego wilka.
kolejka | 
→ Wiktor Smiertin
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

#13
Niesamowity kamień spadł z jej martwego serca. To nie był wilkołak. Nie bała się tej opcji, mało co ją już przerażało, ale nie uśmiechało jej się starcie,
czy pościg, w którym jej rolą było uciekanie. Nie to żeby informacja o tym, że to wampir specjalnie poprawiała jej sytuację... zwłaszcza po jego słowach.

Jeden problem się rozwiązał, kolejny powstał. Po odpowiedzi Gangrela, w głowie usłyszała powtarzające się słowa Vincenta, który kładł jej do głowy o Tradycjach, który tłumaczył i wyjaśniał. To było tak dawno... wiek temu... a pamiętała jego słowa jakby wypowiedział jej ledwo wczoraj. Kilka godzin po tym jak mówiła o Tradycjach własnemu Potomkowi, sama miała okazję przetestować wiedzę w praktyce i skonfrontować swoją wiedzą, przyzwyczajenia i kulturę z tą obecną. Bo przecież, prawdę mówiąc, bladego pojęcia jak to w dzisiejszych nocach praktycznie wygląda... w mieście, w cywilizacji, w dobie świateł w szkiełkach,
wielkich betonowych budynków i ulic i śmierdzących, głośnych wehikułów.

Natychmiast schowała zębiska i spuściła z tonu. Opuściła ogon i pochyliła delikatnie łeb. Nie odwróciła go, musiała patrzeć w oczy tamtego by móc się z nim bez problemu porozumieć. Agresję schowała między poduszki łap. Nie była jej teraz potrzebna, niemniej wampirzyca pozostawała czujna. Nie miała do czynienia z byle nowicjuszem, świeżakiem żadnym. Pomijając już kwestię, że basior był od wilczycy sporo większy, to był właśnie w postaci basiora. To potężna, sztuka, znanym niewielu z Gangreli... przynajmniej w jej czasach... O zdolnościach wampirów, pozwalających im zmieniać postać w zwierzę krążyły niemal legendy, tak wśród Spokrewnionych jak i ludzi. Długie lata poświęciła tylko na to by opanować tą moc i dopasować ją do siebie. Żaden młodzik nie mógł jej posiadać. Pomijając już nawet wiek i potęgę wampira, którego miała przed sobą, to była na jego terenie, w jego domenie, w jego domu. Zawsze mógł kłamać, próbować coś ugrać, ale wolała nie ryzykować. Tradycje to NIE żarty, wolałaby nie być w skórze żartownisia, gdyby ktoś się na takie coś odważył. Tak więc z marszu przyjęła, że jest dokładnie tak, jak na to wyglądało.
-Wybacz. - Powiedziała krótko, z największym "przepraszam" w tonie myśli na jaki było ją stać w obecnym stanie zaskoczenia i zakłopotania. Uleciała bowiem jej pewność siebie. Była czujna i w każdej chwili gotowa się bronić, ewentualnie uciekać, ale wcale nie miała na to ochoty. Znalazła się w trudnej dla siebie sytuacji,
która była teraz swoistym sprawdzianem, jak Natasha będzie potrafiła się przystosować.
-Nie wiedziałam, że to czyjeś terytorium. - Trywialne prawda? Ale cóż miała rzec? Nic innego powiedzieć nie mogła. - Nie chciałam zakłócać Twojego spokoju. - Dodała. Merdała delikatnie, przepraszająco, spuszczonym uniżenie do samej ziemi ogonem. Wciąż też trzymała opuszczony kark, na tyle unosząc tylko łeb by mogła patrzeć w oczy.
-Odejdę natychmiast jeśli taka Twoja wola. - Powiedziała. Zastanawiała się czy to te różowawe oczy czuła na swoim grzbiecie odkąd tylko wysiadła z Reed z samochodu. Czyżby jego domena była aż tak rozległa?! To możliwe? Kto wie, ongiś domeny potrafiły ciągnąć się całymi hektarami... jak było tu i dzisiaj? Nie potrafiła określić, nie potrafiła nawet oszacować ilu mogło być w mieście Spokrewnionych... jakby była w ogóle jakimś asem z matematyki...
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden [02.14.1999]

#14
Gdyby Blake spotkała Wilkołaka, z pewnością instynktownie czułaby, że powinna jak najszybciej i jak najdalej uciekać. Starcie z Garou mało kto przeżywał, już nie wspominając o tym, że rzadko kiedy w jednym kawałku. Gangrelka miała nie lada wyzwanie. Wyzwanie, które w najgorszym wypadku mogło odprowadzić ją przed oblicze Księcia Szmaragdowego Miasta i uczynić z właściciela domeny tego miejsca wroga. Wszak nawet wśród własnego klanu można zyskać nieprzyjaciela, zagorzałego i zawziętego przeciwnika gotowego zmiażdżyć oponenta w dogodnej dla siebie chwili. Co prawda, mógł blefować, byłoby to jednak niezwykle ryzykowne zagranie mogące mu w przyszłości zaszkodzić gdyby okazało się, że skłamał. Jednakże, całą swoją postawą, całym ciałem, pokazywał, że to on jest tutaj panem i władcą, a Blake - póki co - co najwyżej nieproszonym gościem. Miała też rację w swoich przypuszczeniach, że nie był młodym Spokrewnionym. Ten błysk w oku świadczący o przebytych wielu drogach oraz doświadczeniach zdradzał, że ma na karku niejedno dziesięciolecie.
Basior, wciąż przyjmując dominującą postawę, nieustannie patrzył jej w oczy. Wysłuchał, co ma mu do powiedzenia obca wampirzyca. Gdyby był bardziej terytorialny, nie pozwoliłby jej nawet złożyć jakichkolwiek wyjaśnień pierwej rzucając się nań do walki. Nie wiedział jednak z kim ma do czynienia. Może to był żółtodziób nie mający pojęcia o czymś takim jak Domena, bo Stwórca w swym tradycjonalizmie pozostawił ją na rok czasu, by samotnie przeżyła? A może jest nowa w mieście i nie wie dokładnie co i jak? Zważywszy na to, że Jane Doe otworzyła nie dalej jak kilka miesięcy temu granice Seattle, było to prawdopodobne. Mogło też być wiele innych możliwości. Dlatego też wilk niczego nie przyjął z góry.
- Przynajmniej potrafisz odpowiednio zająć się trupem. - Odpowiedział. Stwierdził fakt. Lustrował ją. Patrzył jej w oczy, ale i też obserwował zachowanie. - Co jednak nie zmienia faktu, że zobaczył Cię jeden z tutejszych mieszkańców. Nieważne co mu się wydawało, że widział. Ostatnie wydarzenia w Seattle sprowadzą tu jutro funkcjonariuszy, którzy przeszukają Kubotę Garden. - Kontynuował. Czarnowłosa dobrze ukryła martwego mężczyznę, ale zostawiła za sobą poszlaki. I on jej to właśnie wyjaśniał. Cierpliwie, ale z intonacją wskazującą na protekcjonalność. - Miej nadzieję, że do rana wciąż będzie padał śniegi i nikt nie zwróci uwagi na odśnieżone, samotne drzewo. - Lou nie napawał się jej uniżonością ani posłuszeństwem. Postąpił ku niej o dwa kroki do przodu. Wystarczyło, by wysunął łeb i mógłby dotknąć ją swoim pyskiem. Nastąpiła chwila ciszy. Biło od niego coś, co nie pozwalało go zignorować. Coś, co sprawiało, że czuło się przed nim respekt i szacunek. Dominował nad Blake, ale nie zachowywał się agresywnie. A mimo to wystarczył jeden zły ruch ze strony Natashy, by ją zaatakował. - Jak zamierasz mi zrekompensować tę niedogodność? - I w ten sposób Blake stała się dłużniczką tego wilka. Nieważne czy według niej żądał czegoś niesprawiedliwego. W jego oczach popełniła błędy, drobne, lecz wciąż błędy, a w dzisiejszych czasach Lou nie mógł sobie pozwolić na jakąkolwiek pomyłkę. Według niego była mu winna dług i dało się to wyraźnie odczuć w jego głosie oraz postawie. - Jestem Lou Sawyer. Kubota Garden to moje terytorium. Zapamiętaj to sobie. Kim jesteś?
kolejka | 
→ Wiktor Smiertin
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

#15
W tej formie w grę wchodził też instynkt. Okazała uległość nie tylko ze względu na swoją wiedzę i marną sytuację, położenie nie dające zbyt wiele rozsądnych opcji, ale także właśnie przez, albo dzięki instynktowi. Gangrel taki jak ona, który znaczną część swojego nieżycia spędza w zwierzęcej formie odczuwa już prócz normalnej ludzkiej świadomości także instynkt zwierzęcia, którego formę sobie ukochał. Basior był tutaj alfą, a ona przybłędą i małe znaczenie miało jak silna mogła się okazać. Nie chciała robić sobie wrogów, nie we własnym gatunku, nie w innym Gangrelu. Nie mogła tego spieprzyć.
Wysłuchała go, a gdy ten zbliżył się ona jeszcze bardziej się skuliła, przysiadła niżej na łapach, tylko łeb podnosząc w górę by mogła zachować kontakt wzrokowy. W tej sytuacji to było wymagane, gdyby nie, to łeb teraz miałaby położony potulnie najniżej.
-Nie zapowiada się by śnieżyca nagle ustała. - Powiedziała spokojnie i z przekonaniem. Wciąż gęsto sypało, drzewo w ciągu kilkunastu minut będzie niemal nie do odróżnienia od innych, a trzeba by było jeszcze zwrócić uwagę specjalnie na nie. Jej śladów wchodzących do parku też wkrótce nie będzie już widać. Pogoda była jej przyjacielem w tej sytuacji.
-Będę pamiętać. - Odpowiedziała z siłą przekonania pozwalającą mieć pewność, że tak właśnie będzie. Natasha przecież dopiero się uczyła miasta, poznawała je i jego włodarzy w tym czy innym zakątku.
-Jestem Blake. - Nawet jakby chciała w tym momencie coś więcej osobie powiedzieć, to w zasadzie nie mogła. Tutaj była nikim, nieznanym, obcym wampirem, nic więcej... no może poza jednym, czego nigdy się nie wstydziła. -Potomek Vincenta - I co, że Lou mogło to powiedzieć absolutnie nic. Dla niej było niemal wszystkim.
-Nie chciałam robić kłopotów i nie chcę mieć w Tobie wroga. - Zaczęła równie spokojnym co chwilę temu tonem. Tak było, po co robić sobie wrogów w obcym miejscu, do tego z innego Gangrela... podczas gdy powinna sobie jednać przyjaciół, a przynajmniej ze Zwierzakami trzymać po jednej stronie.
-To Twoja domena, Ty znasz miasto, Ty mi powiedz jak mogę i w czym mogę Ci pomóc. Jak wynagrodzić swoje nieumyślne naruszenie Twojego terenu... nie ściągając sobie na kark gniewu Księcia ze świtą... Jestem tropicielem i myśliwym. - Zakończyła, po czym warkliwie zaśmiała się na własne słowa. Tropicielem i myśliwym... czyż nie był nim każdy krwiopijca? Niby tak, ale te słowa ją osobiście definiowały najlepiej. Od dzieciaka właśnie tym była, tym się zajmowała i tym żyła.
To dzięki temu wybrał ją Vincent, dzięki temu stała się wampirem. Można powiedzieć, że każdy wampir był myśliwym i tropicielem, ale ona nie miała sobie w tym równych. I tą swoją mocną stronę doskonale znała.
-Powiedz co mam dla Ciebie zrobić, albo wyślij po mnie zwierzęcego ghula, gdy przyjdzie czas spłacić Ci wdzięczność.
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden [02.14.1999]

#16
Instynkt był bardzo ważny. W tym przypadku wręcz ratował jej nie-życie: gdyby nie okazała uległości i pokory, gdyby nie ukłoniła się przed Lou, być może nawet byłaby niewiele od Ostatecznej Śmierci. A on nie miałby najmniejszych oporów, aby podjąć się walki z nieznajomą sobie wilczycą - nieważne czy była odeń starsza czy młodsza, niższa czy wyższa pokoleniem. Bez względu na wszystko naruszyła Tradycję Gościnności.
Lou jednak nie był bezmyślny. Był Gangrelem, bronił swego terenu jak nikt inny, ale wiedział również, że nie może podejmować decyzji pod wpływem chwili i bez posiadania odpowiednich informacji. Mimo, iż Blake kuliła się przed nim jak całkowicie bezbronne pisklę, to jednak potrafiła z całym przekonaniem odpowiedzieć mu w tak drobnej kwestii jakim było drzewo. Mimo wszystko okazała w sobie siłę - cechę, bez której nie byłaby Gangrelem. Oboje dobrze wiedzieli, że śnieg wciąż i wciąż padał, a na ustanie się nie zapowiadało. A przynajmniej nie dzisiaj. Sawyer wiedział też, Spokrewniona będzie pamiętała kim jest i że nie powinna ot tak sobie wchodzić do Kuboty Garden. Jej postawa, siła z jaką wypowiadała swoje słowa, świadczyły o tym, że miało to na nią duży wpływ. Nie musiał tego sprawdzać. Jej imię przyjął do wiadomości, a Stwórcę... Cóż. Nawet jeśli spędził chwilę czasu na Alasce, nie kojarzył go. To jednak nie było teraz ważne. Wysłuchanie kolejnych słów nieznajomej utwierdziło go w przekonaniu, że najpewniej jest w mieście nowa. Choć nie pomyślałby tak gdyby wiedział, że jeszcze parę godzin temu stworzyła swoje Dziecię.
- Nikt Ci przekazał gdzie i w jakich miejscach są czyje Domeny? - Spytał. Było to pytanie z natury sprawdzających, bowiem wampir sam powinien zainteresować się tak ważną dlań rzeczą, coby nieopatrznie - jak w tym przypadku - nie naruszyć cudzego terenu. - Każdy z nas jest tropicielem i łowcą. Każdy z nas, krwiopijców, ma taką naturę. Skoro je podkreślasz, to zapewne posiadasz ponadprzeciętne umiejętności w tym zakresie. - Mówił spokojnie, pewnie siebie, wciąż mając nad nią dominującą pozę. Gangrelka okazała słuszną postawę, ale nie oznaczało to, że ma teraz jej odpuścić. Po tym Lou zamilknął. Lustrował ją wzrokiem jakby chciał przewertować jej duszę. Blake mogła sobie pomyśleć, że już się nie odezwie aż nagle, wręcz niespodziewanie, w jej głowie rozbrzmiały kolejne słowa.
- Jutrzejszej nocy udasz się ze mną na zwiad do The Jungle. Przygotuj się. Nie będzie łatwo.
kolejka | 
→ Wiktor Smiertin
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

#17
Instynkt... tak, to było coś, czemu zawdzięczała życie, co nieżycie ratowało jej więcej niż raz. Instynkt był czymś co tak naprawdę definiowało każdego Gangrela, jednego mniej innego bardziej. Blake należała do tej grupy, którą definiował bardzo mocno. Ktoś, kto patrzyłby na to z boku, mógłby ocenić, że kobieta została upokorzona, że to, iż pokłoniła się, skuliła i wciąż płaszczy się przed Lou jest niegodne... i można by tu użyć pewnie jeszcze kilku wyszukanych słówek w podobnym wydźwięku. Nic bardziej mylnego. Dla Blake takie, a nie inne zachowanie, przynajmniej w tej sytuacji było całkowicie naturalne i normalne. Oczywiste jak to, że woda w rzece płynie, że po zimie przychodzi wiosna, że śnieg jest biały i zimny, a słońce mordercze! Nie było tu nic upokarzającego. Zarówno instynkt jak i rozum mówiły co trzeba zrobić. Szacunek winna mu była niezaprzeczalnie, nie ważne czy był od niej większy czy mniejszy, starszy czy młodszy, potężniejszy Krwią czy nie. Była na jego terenie, a Tradycje są Tradycjami.
-A skąd! - Żachnęła się szczerze zaskoczona. -To w tym drzewiastym mieście tak robicie? - Zapytała retorycznie. -U nas, trzeba było samemu się orientować, kto jakie ma tereny, na własnej skórze wszystko smakować. Tak i robię dalej. I wciąż mam czerep na karku. - Dodała troszeczkę rozbawiona, troszeczkę zadowolona. To spotkanie było jednym z tych właśnie "samakowań", a nie mogła powiedzieć, że należało do tych najgorszych. Jej myśl podkreśliła w szczególny sposób, podświadomie bardziej niż z jej samej woli, zwrot "U nas", który wyraził prócz "tam skąd pochodzę" jeszcze " za moich czasów".
-Zgadza się. - Przytaknęła lekko kiwnąwszy też łbem, pilnując jednak by kontakt wzrokowy zachować. I zdolności i doświadczenie. Pospała nieco po prawdzie,
ale takich rzeczy się nie zapomina, jak chodzenia. Tematu nie rozwinęła, bo Lou nie pytał, nie zasugerował nawet by powinna dodać coś więcej. Z resztą co tu dużo jęzor strzępić, każdy wie co kryje się, jaki zestaw talentów, pod określeniami tropiciel i myśliwy.

Niespodziewane ożywienie wywołały ostatnie słowa Gangrela. The Jungle. W jednej chwili do umysłu Natashy napłynęły migawki wspomnień i uczuć.
Sabat szalejący w Anchorage. Zuchwałe skurwysyny, przez, których ona straciła WSZYSTKO co jej zostało na tym padole. Domenę, dom, Stwórcę, pozycję, która miała dzięki jego pozycji, to co mogła mieć i osiągnąć. Straciła 80 lat...
-Sabat. - Stwierdziła z głuchym warknięciem. Zdradzał sobą nienawiść do Sabatu. Nie konkretnego chędożonego palanta, tylko zarazy w całości. Nienawiść i chęć odgryzienia komuś głowy, ale zarazem świadomość powagi zagrożenia. Sabatnicy zazwyczaj nie szlajali się w pojedynkę, tchórze zafajdane... te skurwielce jakoś stadne bardzo są zwłaszcza jeśli idzie na bitkę. Co miał Lou do zbadania, co do wyniucha, czy jakie z Sabatem porachunki, nie wiedziała, póki co wnikać nie zamierzała. Wiedziała rzecz najważniejszą... Dżungla należała do Sabatu, i to czego można się tam było spodziewać to Sabat właśnie. Oj zapowiadało się, że kolejna noc krwią spłynie... jakby i tak każda krwią nie płynęła...
-Z przyjemnością. Wszystko co mi trzeba mam ze sobą. - Powiedziała z siła w głosie. Mimo iż mówiła już pewnie, prezentowała wciąż niezmienną sytuację.
Lou nie pozwolił jej zrównać się z nim w pozycji.
-Powiedz tylko gdzie się spotkamy, a po zmroku stawię się, a teraz jeśli pozwolisz odejdę. Dość zabrałam Ci spokoju. Świtać niedługo będzie. - Dodała,
ale nie drgnęła nawet bez wyraźnego pozwolenia, czy to w geście, postawie czy słowie Lou. Przecież wciąż stał tuż nad nią, zdolny w każdej chwili pochwycić ją za kark.
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden [02.14.1999]

#18
Dla kogoś nieobeznanego z sytuacją jej zachowanie być może i zostałoby uznane za upokorzenie. Ci jednak, którzy znali prawa rządzące światem krwiopijców wiedzieli, że Blake postąpiła w jedyny słuszny sposób. I w żaden sposób nie zostałoby to przezeń zinterpretowane jako poniżenie samej siebie. Blake ponadto bardzo dobrze zespoliła się ze swoim wilczym zwierzęciem przyjmując zwierzęce odruchy i zachowanie. Pod tymi względami niczego nie można byłoby jej zarzucić.
Lou słuchał jej uważnie zwracając uwagę na szczególną intonację i wypowiadane przezeń słowa. Przypatrywał się jej postawie. Przekrzywił łeb nie przerywać między nimi kontaktu wzrokowego.
— Nie jesteś stąd. — Stwierdził nie oczekując na to odpowiedzi. Basior zaczął intensywniej myśleć. Mógł podejrzewać ją o bycie Sabatnikiem, ale to byłby zbyt daleko idący wniosek. Poza tym, Sabat nie bawił się w takie gierki jak zakopywanie ciała. Zostawiłby je na wierzchu, najlepiej gdzieś w jakimś widocznym miejscu. Ta tutaj była na to zbyt ostrożna. Niezbyt roztropna, lecz ostrożna. — Skąd zatem pochodzisz? — Zapytał wreszcie. Mogło być wiele miejsc z których nieznajoma mu wampirzyca mogła przybyć. — My, Dzikusy, jesteśmy indywidualistami, ale trzymamy się razem. Powinnaś się pierwej zapoznać z członkami klanu zanim zaczniesz jakiekolwiek eskapady w miasto. — Sawyer dociekał, ale jednocześnie zauważał szczegóły i pouczał. Blake naruszyła jego teren, to prawda, ale okazała mu też odpowiednią postawę dzięki czemu wykaraskała się z większych problemów. Choć ciężko tu mówić o wypadzie do The Jungle w kontekście bezpieczeństwa. Jakiegokolwiek.
— Nie tylko Sabat. — Odparł spokojnie Basior, zupełnie tak jakby nie było tam niczego nadzwyczajnego ani niebezpiecznego. Zawsze okazywał spokój i opanowanie, ale biada temu, kto stanął mu na drodze lub go zdenerwował. Lou w walce nie miał sobie równych. Gdyby go teraz widziała w formie Homid, nie pomyślałaby, że to właśnie z nim rozmawiała. Jego wygląd i facjata nie zachęcały do nawiązania z nim kontaktu. Jeśli było w nim coś z Gangrela, to jeszcze tego nie dostrzegła. — W The Jungle są również wilkołaki. — Dodał będąc ciekawym jak zareaguje na te słowa. Nie mogła się wycofać, już nie, lecz jej reakcja mogła mu wiele powiedzieć o charakterze Blake. A własnie tego chciał się dowiedzieć: z kim przyjdzie mu robić zwiad. Misję niezbyt wymagającą na pierwszy rzut oka, ale wystarczyłby jeden błąd, by wróg dostrzegł pozycję nieprzyjaciela.
— Spotkamy się pod Island Pacific Imaging Center, u zbocza lasu od strony szpitala. — Nie pozwolił jej odejść. Jeszcze nie.
kolejka | 
→ Wiktor Smiertin
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

#19
Cisze między ich wymianą myśli nie trwały długo, przynajmniej nie na tyle, by ową ciszę, można było nazwać niezręczną. Lou był uważny i starał się dowiedzieć od Blake kilku rzeczy. Tajemnicy nie robiła z tego, że nietutejsza. To było niemal nosem czuć. Do tego ten silny rosyjski akcent... chociaż w przypadku komunikacji myślowej wyglądało to nieco inaczej... niemniej jednak, jej rodzimym językiem nie był angielski.
-Z Alaski. Z okolic Anchorage. - Odpowiedziała szczerze i krótko. Wyczerpała temat. Mówiła też jawnie, nie musiała obawiać się, że ktoś ich podsłucha... nie istniała tak możliwość. Dla postronnych byli dwoma potężnymi wilkami, które szykowały się nie wiadomo na co, w japońskim parku ululanym pod śniegiem.
-Taki miałam zamiar, ale okazji i czasu zbrakło. Miałam ważniejszego co do zrobienia. Nadrabiam zaległości. - Dodała. No przecież właśnie poznaje się z jednym z członków Klanu. Zawsze to jakieś plusy trzeba łapać w sytuacji. Kto wie, może z tego, z początku nieszczęsnego spotkania, wyjdzie i co dobrego?

Kiedy temat wrócił do tych znacznie poważniejszych, a przynajmniej bardziej niebezpiecznych... Cóż... Nie tylko Sabat... dla prostej persony jaką Natasha niewątpliwie była, to oznaczało dwie rzeczy. Albo łowcy, albo wilkołaki. Nie potrafiła ocenić co było gorsze... to cholerna zaraz i to i oba miały przewagę możliwości działania w dzień. Gównogryzy. Dylemat rozwiał sam Lou. Więc kundle.
-Można się było spodziewać, że w tak drzewiastym mieście drzewolubów nie zbraknie. - Warknęła. Co zdradzała jej postawa i myśli, powierzchowne, odruchowe, do których mieli wzajemny przecież dostęp utrzymując telepatyczną więź. Złość, niechęć i wrogość, nawet agresję. Strachu jednak tam nie było. Swojego rodzaju szacunek i respekt przed potężnym wrogiem, świadomość, że w większości przypadków ucieka się, a nie walczy. Z chęcią i bez trwogi, pójdzie na zwiad. Z chęcią dowie się co nieco o kudłatych mieszkańcach miasta... a kto wie co z takiego zwiadu jeszcze wyniknąć może.
-A jak ta betonowa zagroda łowcami stoi? - Zapytała, po tym jak przytaknęła przyjmując do wiadomości miejsce spotkania. A zagroda, to taka mała metafora w kontekście ludzkiego bydła. No, a pytanie takie powstało z wcześniej wspomnianego dylematu, no i skoro już przy ciężkich tematach jesteśmy, to może warto i takie trącić? Lou wyglądał na starego, albo i wiecznego mieszkańca Szmaragdogrodu, może ma, choć podstawową orientację, na jakich wrogów, gdzie trzeba mieć baczenie. To, że Harbor i Jungle są w łapach Sabatu, wiedział i trąbił każdy, wystarczyło tylko uszu nadstawiać... z łowcami sprawa miała się zgoła inaczej, a po co tracić okazję na dowiedzenie się czegoś przydatnego w przetrwaniu kolejnych nocy...?
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden [02.14.1999]

#20
Sawyer nie należał do tej części klanu, która zawsze i przy najmniejszej okazji rozprawiała się krwawo, brutalnie i przy użyciu znacznej siły. Miał nieco inne podejście i Blake miała spore szczęście, że trafiła akurat na kogoś, kto nie działał pod wpływem emocji, lecz dociekając i podchodząc ze zrozumieniem. Choć ciężko powiedzieć, że była dlań kimś poważniejszym niż szczenięciem, żółtodziobem wręcz; kruczowłosa musiała sobie zasłużyć na bycie kimś więcej w oczach Lou. Jej odpowiedź względem pochodzenia została przyjęta właściwie milczeniem; Basior znał te tereny wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że tam, w Alasce, życie Dzikusów jest podyktowane nieco innymi prawami. Dopiero stwierdzenie, że miała coś ważniejszego do roboty aniżeli zapoznanie się z tutejszymi i terenem, na którym przyjdzie jej żyć przez możliwie najdłuższy czas - a na pewno najbliższy - wywołał w Lou emocje. Warknął gniewnie i ostrzegawczodając tym samym znać, że nie podoba mu się taka postawa.
- Cóż miałaś ważniejszego do zrobienia od zapoznaniem się z miastem, w którym będziesz egzystować? Tropić, walczyć, polować. - Zdawać by się mogło, że ton jego wypowiedzi nabrał irytacji, choć telepatycznie ciężko o coś takiego. Zbył milczeniem uwagę o nadrobieniu zaległości. To go nie interesowało. Nic dziwnego też, że zareagował tak, a nie inaczej - gdyby Blake miała inne priorytety, być może nieopatrznie nie wtargnęłaby na teren Lou Sawyera.
Zmrużył swoje ślepia, bo przed chwilą sporo straciła w jego oczach. Jednakże zachowanie na wieść o wilkołakach przyjęła jak ktoś, kto miał już z nimi do czynienia i znał niebezpieczeństwo oraz wiedział, co się z nim wiąże. Sprawiła wrażenie persony wiedzącej na co się pisze, choć nie do końca świadomej, że z tak potężnym przeciwnikiem w żadnym wypadku nie zadziera się mając u boku wyłącznie jednego wampira. Nie od razu odpowiedział na jej pytanie. Początkowo nie był pewien tej metafory, lecz w końcu się odezwał.
- Łowców na razie nie ma. Co się jednak w najbliższym czasie może zmienić zważywszy na to, że w Seattle dzieje się dużo rzeczy, które z pewnością wkrótce zwrócą ich uwagę. Co więcej, wojna z Sabatem nabiera rozpędu.
kolejka | 
→ Wiktor Smiertin
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

#21
Cóż miała zrobić. Taka była prawda, ale nie dziwiła się reakcji basiora, bo powodów i historii jej nie znał. Ona sama czuła się usprawiedliwiona. Musiała jednak do reakcji wilka się ustosunkować. Wadera i tak już nisko pochylona i odsłonięta, przygiąć się bardziej nie mogła, zostało jej tylko odpowiedzieć. Warknęła więc neutralnie.
-Nie denerwuj się. Jak mówię, że ważniejsze co inne było, to wiem co mówię. Do zapoznania z tym miastem, do którego rzucił mnie los, potrzebuję przede wszystkim przewodnika. Nie znam cywilizacji, kultury miasta ani jego mieszkańców, zwyczajów... nic. Wszystkiego na raz nie zrobię, więc zrobiłam pierw to, co Tradycje nakazują, potem zapewniłam sobie "przewodnika", a teraz zapoznaje się stopniowo z miastem, czego i skutkiem jest nasze spotkanie. - Wyjaśniła dość krótko i oględnie, ale w jej odczuciu dość wyczerpująco dla obcego wciąż sobie wampira, z nieznanymi ostatecznie motywacjami, charakterem i zamiarami. I tak dowiedział się już o niej bardzo dużo.

Wracając do tematu wilkołaków i łowców, z ulgą odebrała wieści. Nie odetchnęła, była w wilczej postaci, ale takie oczywiste rzeczy dało się odczuć przy telepatycznej więzi.
-Wojna z Sabatem?... - Powtórzyła. Przemówiła przez nią rozpacz i wściekłość. Odruchowo obnażyła kły niemal się pieniąc. Nie na Lou, na fakt. -Znowu...
- Tutaj padło kilka soczystych wyzwisk i przekleństw po rosyjsku, tak jakoś dla niej naturalnie to było. -...łeb podnoszą... na kolejne miasta szpony ostrzą... -
- i znowu seria niewybrednych rosyjskich wyzwisk. Opanowała się po chwili i zamilkła, tłumiąc natłok gniewy, frustracji, żalu i reszty rozganianych tymi wieściami myśli i uczuć. Niech te skurwysyny znowu spróbują jej coś odebrać, to powygryza skurwieli co do jednego! A no tak... miała zapanować nad sobą...
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden [02.14.1999]

#22
Już początkowa treść odpowiedzi Blake coraz bardziej zirytowała basiora. Warknął ponownie, tym razem jednak było to warczące szczekanie w niskiej tonacji; w przypadku psów oznaczałoby ono ostrzeżenie z jednoczesną prośbą o wsparcie, lecz tu nie było tu żadnej prośby. Miał podwinięte wargi odsłaniające zęby w zamkniętym pysku, co oznaczało rozdrażnienie. Wystarczył jednak jeszcze jeden poważny błąd kruczowłosej, by ten się rozwarł świadcząc o groźbie ataku, Ogon miał lekko zagięty na końcu... To wszystko skazywało na to, że przemawiała przez niego irytacja, lecz jeszcze nie gniew. To było ostrzeżenie dla Gangrelki.
— Nie jesteśmy na Ty, byś mówiła do mnie jak do kompana. — Jeszcze przez chwilę Sawyer wyrażał na wpół agresywną postawę ciała, lecz kolejne słowa Blake go ułagodziły. Wyraźnie wskazywały bowiem na to, że Spokrewniona nie pochodzi z tych czasów. Że przez jakiś czas trwała w Letargu. Niebywałe, jak wiele można się dowiedzieć słuchając drugiej osoby i wyłapując informacje ukryte między wierszami. Wraz z tymi słowami zniknęło warczenie, ogon zmienił się na stojący i nieusztywniony, a język i zęby zostały schowane, choć lekko wysunięty pysk świadczył o zainteresowaniu. W istocie, jej wyjaśnienia okazały się dla Gangrela satysfakcjonujące. Choć ciężko powiedzieć, jak zareagowałby wiedząc, że tym przewodnikiem nie jest jakiś śmiertelnik czy ghul, ale Dziecię. Lou nic nie powiedział; mowa ciała musiała wystarczyć Blake za niewypowiedzianą odpowiedź. Przyglądał się jej. Reakcja była naturalna, przystająca do Dzikusa. Niemniej, w jego mniemaniu Blake była młoda, niedoświadczona i w dodatku nieoznajmiona z miastem.
— Seattle nie jest pierwszym i ostatnim miastem, na które Sabat ostrzy sobie zęby. — Odpowiedział spokojnie. Odstąpił od niej kilka kroków w tył dając wampirzycy większą przestrzeń i swobodę ruchów. — Przygotuj się. Pamiętaj, że to tylko zwiad; nie będziemy się pchać w paszczę lwa, o ile lew nas nie zaatakuje. Musimy być ostrożni, a Ty — rozważna. Nie chcę naprawiać czyichś błędów, bo nie umiał opanować emocji. — Lou przekazał jej kolejne instrukcje, które raczej były... Zaleceniami. — Zostało jeszcze chwilę czasu do świtu, byś znalazła dla siebie odpowiednie schronienie. Widzimy się jutro godzinę po zachodzie słońca u zbocza lasu od strony szpitala Island Pacific Imaging Center. — Dodał, a następnie ostatni raz na nią spojrzał, spuścił nieco pysk i odwrócił się, by odejść.
kolejka | 
→ Wiktor Smiertin
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 9817 55th Ave S, Kubota Garden

#23
Nie odzywała się. W ogóle już się nie odezwała. Wytłumaczyła co musiała, powiedziała co do powiedzenia miała i cześć. Basiorowi na początku coś się nie spodobało, nie bardzo rozumiała o co mu chodzi... nie jesteśmy na ty... nie rozumiała, ale na szczęście, reszta jej wyjaśnień go ugłaskała i wrócił do sedna sprawy. Swoją sprawą, to co zrozumiał wcale oczywiste nie było. Ani słowem nie odezwała się o letargu, czy zaległościach swoich wynikających ze snu. Równie dobrze mogło wynikać, że całe swoje życie i nieżycie spędziła w alaskańskiej głuszy z dala od wielkich miast, dlatego nie zna cywilizacji i kultury ludzi i wampirów w niej mieszkających. Oba powody były równie dobre i równie prawdopodobne, a ten drugi może i bardziej, gdyż wspominała, że pochodzi z alaski, do tego mówi po rosyjsku, a alaska przecież należy do Imperium Rosyjskiego no nie? Prawdziwy z niej dziki dzikus, no i młoda taka znowuż też być nie mogła, bo i jaki nowicjusz, albo inny parias czy świeżak potrafiłby przemieniać swoją formę i tak świetnie się z nią zgrywać, że korzystać z instynktów danego zwierza. Natasha sama daleka była od wyciągania większych wniosków o Lou. Na pewno był doświadczonym Gangrelem, postawa, instynkty no i wilcza postać tylko o tym świadczyły. Czy zajmował jakąś pozycję? Był kimś ważnym? Primogenem, albo kimś tam z bliższej Księciu świty... tego wiedzieć nie mogła. Nie był pierwszym lepszym, skoro za domenę swoją posiadał japoński park, ale to by było na temat jej wniosków i spostrzeżeń... no i chyba to, że za Sabatem nie przepadał.
Gdy każąc jej się gotować na jutrzejszą noc i zachować rozsądek odpuścił znad niej, powoli usiadła, lekko pochylając jednak wciąż łeb. I kto to mówił...
to on się tutaj zirytował, gdy tłumaczyła mu o co chodzi z jej osobą. Ona była spokojna i opanowana, no dobra, gdy pomyślała o Sabacie zalewały ją rosyjskie przekleństwa, ale cóż. Kolejny pochopny wniosek mógł o niej wyciągnąć. Jak to dzikus, ten z dzikich okazów, była agresywna i waleczna, nie brakowało jej odwagi i zapału, ale miała rozum. Popełniała błędy, jak każdy, nie ma nieomylnych, ale potrafiła wykazać się też rozwagą i pomysłowością, gdyby tak nie było, pewnie nie wybrnęłaby z tarapatów po szale, nie pozbyłaby się ciała, nie zatarła skutecznie śladów.... Choć z drugiej strony może i lepiej, że brał ją za mniej doświadczoną,
mądrą i groźną niż była? Jej Stwórca powtarzał jej, że najgorszy przeciwnik to taki, którego się nie docenia.

Odprowadziła Basiora wzrokiem siedząc bez ruchu jeszcze krótką chwilę, po czym sama wstała, zdusiła chęć zawycia w niebo, po czym odwróciła się i dużymi susami puściła się biegiem przed siebie. Do domu Reed? Może... może gdziekolwiek indziej... świt niedługo... chyba do domu, musiała znowu chyba wejść pod to coś co wodą z sufitu wali, by się obmyć z juchy, która była ulana. Jak ma wleźć na teren Sabatu, lepiej nie przyciągać tych skurwieli zapachem obiadu.

<Dom Reed zt>
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi
Odpowiedz

Wróć do „Rainier Valley”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość