Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro (02.14.1999)

#31
Image
Image
Charles zwolnił kroku, słysząc kolejne słowa towarzyszącej mu wampirzycy - nie bez powodu miał pośród Rodziny opinię pesymisty. Kiedy bowiem padła sugestia dotycząca odwiedzin Regenta, czyli de facto przekroczenia progu Fundacji albo chociaż pojawienia się przed budynkiem, Campbell jakoś tak oklapł, jakby wyparowały z niego te mizerne resztki optymizmu o istnieniu których nawet nie wiedział. Kiwnął niechętnie głową i znowu sięgnął do, nieodłącznie mu towarzyszącego, notesiku.
-Mhm. - mruknął niewyraźnie, wyrażając w ten sposób zgodę. Nie miał zresztą innego wyjścia, skoro to sam Książę oddelegował go jako wsparcie Heleny. Choć zajmował w wampirzej hierarchii jedno z najwyższych stanowisk, miał pozycję, które pożądali chyba wszyscy ambitniejsi, to był prawdziwą, czarną dziurą wysysająca pozytywne emocje. Jakim cudem Jane z nim wytrzymywała, pozostawało tajemnicą.
- Mam tu gdzieś numer do niego... o, jest. Dzwoń, jakoś mam wrażenie, że Weaver nie przepada za władzą i może się rozłączyć. - przez chwilę kartkował swój notesik, a gdy w końcu odnalazł interesującą go stronę oderwał mały jej kawałek. Zawahał się chwilę, ale ostatecznie wręczył go Ainsworth. Wspomnienie, w oczywisty negatywny sposób o tremerskiej niechęci do władzy miało swoje uzasadnienia. Poprzedni Książę chciał wtargnąć do Fundacji, a gdy to się nie udało, oskarżył Weavera o spiskowanie przeciwko Sekcie i zdradę i Kain jeden wie, co jeszcze. Teraz, choć na tronie zasiadała Malkavianka, niechęć Franka ciągle miała uzasadnienie.
Seneszal zszedł pierwszy po schodach i skierował się do wyjścia z holu; otworzył nawet Markizie drzwi, tak, by mogła opuścić budynek. Nie przejmował się tym, że do środka zimny, lutowy wiatr wrzuca coraz więcej i więcej śniegu. Pewnie wychodził z założenia, że i tak by tu napadało. Albo coś takiego.
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro

#32
Helena mogła się wydawać nieczułą personą za nic mającą sobie czyjeś zdanie czy uczucia. Zwłaszcza względem Charlesa, bo przecież z boku mogło to wyglądać tak, jakby zadecydowała na przekór jemu samemu. Nieustannie też obserwowała Champbella. Jego mimikę twarzy, która mimo wszystko mogła jej dać wskazówki poza samym pesymizmem; wystarczyło jedno drobne drgnięcie w odpowiedzi na jakieś słowo czy zdarzenie, by dowiedzieć się czy poza zniechęceniem w duszy Seneszala było coś jeszcze. Jego ruchy, bo mowa ciała mimo wszystko dawała wskazówki do tego jaki naprawdę jest, a postawa i mowa ciała mogły powiedzieć Ainsworth jak się aktualnie czuje. Nawet wypowiadane przezeń słowa miały dla niej ogromne znaczenie. A wszystko to obserwowała i słuchała starając się, by było to schowane za maską zwyczajnego spojrzenia czy naturalnego gestu.
Uwadze Heleny nie uszło wahanie ze strony Champbella.
— Dziękuję, Seneszalu. — Odebrała kartkę i na razie schowała ją do kieszeni płaszcza chcąc poczekać aż znajdą się w samochodzie i będzie mogła na spokojnie wykonać połączenie. Nie w biegu czy w pośpiechu, bo to by mogło zostać przez odbierającego słuchawkę źle odebrane.
— Seneszalu, zdaję sobie sprawę z tego, że Regent może nie zechcieć nas przyjąć. Mnie, bo jestem Ventrue. Ciebie, Seneszalu, przez wzgląd na władzę. Jeśli Regent da mi wyraźny sprzeciw naszej wizycie, odpuszczę. Wierzę jednak, że zgodzi się na spotkanie chociażby ze względu na nietypową... Parę. — Ainsworth dała znać Charlesowi, że nie pozwoli na to, by Weaver posądził i Malkavian o próbę bezprawnego naruszenia terenu Fundacji, tak jak to miało miejsce w okresie panowania Wadswortha. Przekazała mu też jednak, że ma powody sądzić, by przybycie Ventrue z Malkavianem było dla Franka wystarczająco intrygujące, by zechciał ich przyjąć. W końcu kto spodziewa się współpracy aktualnej władzy z poniżonymi i zepchniętymi Ventrue?
Skinęła w podzięce głową towarzyszącemu mężczyźnie kiedy otworzył jej drzwi. Przeszła, a następnie ponownie bezpośrednio się do niego zwróciła.
— Na parkingu stoi mój samochód z szoferem. Mogę też jednak wezwać taksówkę.
KARTA POSTACI: Markiza Helena Ainsworth
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Łacina
Opis Postaci | 
14.02.1999 r.
"Tej nocy miała na sobie kremowy płaszcz, a pod nim czarną marynarkę oraz tego samego koloru koszulę wykonaną z luźnego poliestru. Do tego bordowe spodnie typu pegged podkreślające jej talię. Czarne, lakierowane szpilki oraz skórzana, prostokątna torebka pozbawiona jakichkolwiek ozdób dodawały jej zewnętrznemu wyglądowi klasy. Ciemnobrązowe włosy spięła w ciasny kok, a w uszy wsunęła rubinowe kolczyki. Na prawą rękę założyła bransoletkę z rubinami do kompletu. Jedyna część biżuterii, mogąca wzbudzić wrażenie niedopasowania, to srebrny pierścień rodowy linii krwi będący na małym palcu lewej ręki."

+ ekwipunek

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro (02.14.1999)

#33
Image
Image
Jak się czuł Seneszal? Charlie - wedle Heleny, rzecz jasna - czuł się fatalnie. Był przybity, zdołowany i zrozpaczony, a nade wszystko smutny. Co więcej, to były szczere, prawdziwe uczucia, takie, których nie sposób podrobić. Problem dotyczył tutaj czegoś innego - czy to były emocje Charlesa, czy też po prostu widoczny, wyczuwalny efekt malkaviańskiego szaleństwa?
- Nie ufam taksówkarzom. - stwierdził cicho wampir, robiąc kilka kroków na zaśnieżonym dziedzińcu. - Jeżdżą całymi dniami i nocami, kto wie, czego są świadkami, co wiedzą... - dodał, zatrzymując się nagle. Uniósł głowę ku górze i przez parę chwil wpatrywał się w ciemne, zachmurzone niebo i opadające leniwie płatki śniegi. W nagłym porywie wiatru zatańczyły gwałtownie, kołysząc się z lewa na prawo, z góry na dół. Nieumarły uniósł leniwie kąciki ust i dopiero potem ruszył w stronę samochody Heleny.
- Jedźmy. Oby najgorszym, co mogło nas spotkać, były zamknięte drzwi a nie jakaś klątwa. - rzucił luźno, wskazując podbródkiem gdzieś w dal. Nie miał pojęcia, który samochód należy do Markizy, dlatego cierpliwie czekał, aż Ventrue sama wskaże mu pojazd. Choć był Spokrewnionym bezpośrednio związanym z Księciem i piastował jedno z najważniejszych stanowisk w mieście, to mimo wszystko był zagubionym, acz dobrze wychowanym chłopcem. I Świrem, na dodatek.
Kilka ulic dalej zawyła syrena policyjna.
Campbell instynktownie spojrzał w tamtym kierunku, marszcząc nieco czoło; przeraźliwy dźwięk zbliżał się coraz bardziej i bardziej, a w końcu bezpośrednie sąsiedztwo sierocińca Seattle Children's Home rozbłysło czerwienią i błękitem. Hałas pędzącego radiowozu z pewnością obudził jakąś część śpiących dzieciaków; wampir spojrzał nawet w stronę budynków mieszkalnych, tak, jakby oczekiwał dojrzeć przyklejone do szyb dziecinne twarzyczki. Policyjny wóz tylko śmignął Dziesiątą Aleją i skręcił w boczną uliczkę.
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro

#34
Uczucia jakie prezentował Charles być może były jego własnymi, a być może wynikały z malkaviańskiej choroby. Niezależnie od tego, stanowiły część zaburzenia. Ponadto — nawet jeśli wynikały ze schrzenia, to wciąż były jego własnymi uczuciami. Tym, co świadomie, lub nie, odczuwał. Obserwując Champbella miało się wrażenie, że pod tą depresyjnością jest jedna znacząca rzecz. Seneszal zawsze miał powód do takich czy innych osądów. Nie zawsze je przedstawiał, ale Ainsworth czuła, że bez względu na wszystko, zawsze miał jakąś przesłankę, by uważać tak czy inaczej.
— Rozumiem. — Spojrzała na Seneszala i po chwili zamyślenia z jego strony, poprowadziła go w stronę swojego samochodu. Nie potrzebowała więcej słów, by wiedzieć, co ma robić. Miała tylko nadzieję, że nikt nie jest na tyle głupi, by aktywować jakąś bombę wtedy gdy akurat będzie miała Seneszala w środku. Wirujące płatki śniegu jej nie przeszkadzały, zwłaszcza że miała tej nocy włosy spięte w ciasny kok. Przez lata nauczyła się pewnego chodzenia na szpilkach, lecz dzisiaj musiała stąpać znacznie ostrożniej. Przynajmniej miała oparcie na szpilce, gdy stawiała stopy. Możnaby pomyśleć, że w taką pogodę kobieta w takowych butach była dziwnym zjawiskiem, lecz te z wyższych sfer przecież nie musiały jeździć komunikacją publiczną ani przebywać dłuższych tras pieszych tak, jak zwyczajni ludzie.
Nie skomentowała dalszych słów Charlesa. Nie znała się na klątwach, i gdyby miała więcej czasu, z pewnością spytałaby go o ich naturę. Zatrzymała się przy czarnym Cadillacu Eldorado z 1967 roku. Zgodnie z zasadą hierarchii, skierowała się do drzwi po lewej stronie tak, aby Seneszal mógł zasiąść po prawej — stronie symbolizującej najważniejszą osobę. W przeciwieństwie do Charlesa nie zwróciła większej uwagi na syreny policyjne; były one nieodłącznym elementem Szmaragdowego Miasta i dopóki w jakiś sposób nie dotyczyły jej bezpośrednio, dopóty nie zawracała sobie nimi głowy. Odczekała aż Champbell wsiądzie do samochodu pierwszy, po czym sama otworzyła drzwi i znalazła się w środku.
— Ballard Carnegie Library — Powiedziała do szofera nie wdając się w dalszą dyskusję. Jedynie na krótką chwilę spojrzała nań porozumiewawczo, a następnie wyciągnęła z torebki jeden z dwóch telefonów, ten służący do wampirycznych spraw. Sięgnęła po karteczkę od Charlesa i wystukała numer do Regenta, który prawdopodobnie odbierze jeden z jego Ghuli lub podwładnych. Klan Tremere znała jedynie z pogłosek i opowieści jakie zasłyszała od swojego Sire oraz Mentora, a nie było tego dużo.



[zt, przenoszę się tutaj]
KARTA POSTACI: Markiza Helena Ainsworth
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Łacina
Opis Postaci | 
14.02.1999 r.
"Tej nocy miała na sobie kremowy płaszcz, a pod nim czarną marynarkę oraz tego samego koloru koszulę wykonaną z luźnego poliestru. Do tego bordowe spodnie typu pegged podkreślające jej talię. Czarne, lakierowane szpilki oraz skórzana, prostokątna torebka pozbawiona jakichkolwiek ozdób dodawały jej zewnętrznemu wyglądowi klasy. Ciemnobrązowe włosy spięła w ciasny kok, a w uszy wsunęła rubinowe kolczyki. Na prawą rękę założyła bransoletkę z rubinami do kompletu. Jedyna część biżuterii, mogąca wzbudzić wrażenie niedopasowania, to srebrny pierścień rodowy linii krwi będący na małym palcu lewej ręki."

+ ekwipunek

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro

#35
Albinoska powoli i ostrożnie wspinała się po schodach prowadzący na piętro. Jakby spodziewała się jakiegoś podstępu, ataku, albo przekroczenia niewidzialnej społecznej granicy ustalonej jakimś nieznanym jej prawem. Zachowywała się jak winna, chociaż w jej osobistym przekonaniu taka nie była. Torba zwisała jej z ramienia, chociaż ręce miała spleciona z przodu. Ktoś kto by ją widział w tym momencie wywnioskowałby, że nie szła na rozmowę tylko na stracenie.
Na samym szczycie schodów rozpięła płaszcz. Nie było jej bardzo gorąco ani się nie pociła, ale zreflektowała się, że chodzenie w takim stanie mogło być nieco nie na miejscu. Zdjęła również beret z czubka głowy, chowając ją do swojej czarnej torebki. Tak chyba było lepiej, prawda?
Jakie zrobi wrażenie? Czy księżna ją przyjmie, zaakceptuje, pozwoli tutaj żyć? Czy to przeczucie sekretarki było zwiastunem, czy jedynie kurtuazją czy strzałem? Strzałem...
Michelle wzięła głęboki oddech. Coś, co przychodziło akurat jej z większą łatwością niż innym spokrewnionym. Zawsze bardzo mocno trzymała się tej strony swojego człowieczeństwa, i przynosiło pewien komfort. Lekki. Za mały jak na stress, ale na tyle duży, że w końcu ruszyła korytarzem. Gabinet dyrektora... Wicedyrektora...
...może jeszcze nie jest za późno...
W końcu jednak prawa dłoń oddzieliła się od lewego nadgarstka. Zapukała ona do drzwi, a reszta ciała oczekiwała na pozwolenie na wejście. By móc ostrożnie otworzyć drzwi, kierowane zarówno jej własnym, bardzo wewnętrznie ukierunkowanym charakterem, jak i przeczuciem. Powinna postępować ostrożnie i uważać na to co mówi. Pierwszy krok który wykona przechodząc przez próg tego gabinetu, będzie też pierwszym postawionym w lokalnej społeczności spokrewnionych.
Nie może tego zepsuć...
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro (02.14.1999)

#36
Image
Image
Nie czekała długo.
Ledwo co odsunęła dłoń od drewna i już słyszała metaliczny zgrzyt obracanej klamki. Same drzwi nie skrzypiały, były dobrze naoliwione i zawieszone w odpowiedni sposób. Otworzyły się lekko i sprawnie, ukazując stojącą w progu młodą kobietę o jasnych włosach, w prostej, pasiastej sukience. Była blada, jakby zmęczona i niewyspana, ale na twarzy miała delikatny, łagodny - matczyny niemalże - uśmiech. Na widok Michelle skłoniła nieznacznie głowę i cofnęła się o krok, ukazując bardzo mały, klaustrofobiczny pokoik. Jedyną rzeczą, która się w tym pomieszczeniu wyróżniała, były dziesiątki obrazków namalowanych niewprawnymi, dziecinnymi rękoma.
- Michelle Mould, witaj w Seattle. - Książę wspomnianego miasta, Jane Doe, powitała wampirzycę ciepłym i spokojnym głosem. - Wejdź, proszę. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak się cieszę z twojej wizyty, Michelle. Kiedy Molly powiedziała, że ktoś chce się umówić na spotkanie... spotkanie o tak późnej porze, muszę dodać... byłam dość sceptycznie nastawiona. Ale gdy wspomniała, że chodzi o adopcję... - kontynuowała, ale gdy dotarła do powodu tejże wizyty, do pretekstu, jakiego Mould używała umawiając się na spotkanie, urwała.
Zamilkła, uśmiechając się szerzej. Dopiero po chwili tego nieco krępującego milczenia przeszła w stronę jednego z dwóch, wysiedzianych foteli obitych skórą i usiadła, zakładając nogę na nogę. Gestem dłoni zachęciła Michelle, by zrobiła to samo, wskazując na drugi mebel. Pomiędzy nimi był niski stolik do kawy, pełen albumów, zeszytów i broszur oraz - co było już oczywiste - kilkoma dziecinnymi obrazkami.
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro

#37
Pokoik był bardzo, bardzo malutki, ale na swój sposób uroczy. Wszędzie były rysunki dzieci. Mimo tego co przeżyła ze strony rówieśników gdy była w podobnym wieku - lubiła je. I wierzyła, że jeżeli w odpowiedni sposób by się je wychowywało na pewno dałoby się uniknąć takich przeżyć jak ona miała gdy była mniejsza. Ale było to spostrzeżenie przyblakło przy następnym. A oddziaływało na trochę bardziej wrażliwy zmysł skrzypaczki.
"Witaj w Seattle"
To była druga rzecz na którą Michelle zwróciła uwagę. Nie przypominała sobie by mówiła, że nie jest stąd. Była to też sugestia, że osoba która przed nią właśnie stała była tą, której szukała. Czy mogła mieć jednak absolutną pewność? Dopóki nie dostała jasnego sygnału ze strony kobiety - nie wiadomo. I nie mogła przecież wprost zapytać o to jaką jeszcze mogła piastować funkcję. Niezależnie od tego czy była osobą za którą albinoska ją uważała czy nie, skończyłoby się to dla niej nienajlepiej. Bladość... Była to też pewna poszlaka, ale dalej niepewna. Mogła być zwyczajnie zmęczona, w końcu było późno, a ona jeszcze ją męczyła jakimiś spotkaniami.
Była jednak z początku bardzo miła. Może jednak się myliła? Tylko w czym... Że jest spokrewnioną, czy że czekają ją kłopoty? Przypominała trochę jej własną sire, przynajmniej po spokrewnieniu. Minimalnie to ją rozluźniło, acz tylko na moment. Do momentu, aż mówiła dalej.
Stanęła jak wryta, gdy po przydługawym wstępie, wyrażeniu zadowolenie z jej przybycia, i po tak ciepłym przyjęciu... Chodziło o adopcję. Głównym, jak nie jedynym powodem otwartego przyjęcia przez kobietę była deklaracja chęci uszczęśliwienia jednego z tutejszych mieszkańców. Michelle... Poczuła się podle. Wstrętnie, że użyła akurat tego powodu, by utrzymać maskaradę. I strach co będzie, gdy wyjdzie to na jaw.
Coś jednak się stało. Przerwała. Zamilkła, gdy tylko do tego doszło. Uśmiechnęła się szerzej, zapraszając by usiadła. Dopiero po chwili dziewczę zrobiło to w dość sztywny sposób, dość mocno zaciskając nogi i kładąc dłonie na udach. Dłonie splotły się bardzo mocno, a lewa intensywnie wbijały paznokcie w wierzch drugiej.
-Ja... Ja...-Michelle spuściła oczy. Ze wstydu, strachu, i przez wszystko co działo się tej nocy. Jąkała się, robiła dłuższe przerwy, i wyglądała jakby miała się rozpłakać-Bardzo dziękuję... I... Bardzo przepraszam... Ja... Jak o tym myślę... Nie... Nie miałabym sama nic przeciwko... Ale... Nie wiem... czy... Pewnie nie mam warunków i... Ja... Mam też inną sprawę... Zna... Zna pani pannę Fafard?-Wypaliła w końcu. Mówiła cicho, nieskładnie, i niemalże całkowicie znieruchomiała. Jedynie jej klatka piersiowa poruszała się bardzo ostrożnie, i dłonie zaplatały się jeszcze bardziej. Mogła jedynie liczyć na dużą dozę wyrozumiałości oraz to, że jej intuicja jej nie oszukała.
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro (02.14.1999)

#38
Image
Image
Doe zmarszczyła czoło, słysząc wątpliwość w głosie białej wampirzycy. Nie wróżyło to zbyt dobrze, niestety.
- Jeśli masz mieszkanie, nie ważne już czy wynajmujesz, czy jest twoje własne, jeśli masz mniej więcej stałe źródło dochodu i jeśli chcesz przygarnąć jakiegoś malucha, to nie ma powodu do obaw. Naprawdę. Wszystkie dzieciaki, no, może oprócz najstarszych rzecz jasna, ucieszą z możliwości nowego życia. Powiedz mi, czy masz jakieś preferencje, czy chcesz zaadoptować chłopca, czy dziewczynkę? W jakim wieku? Malucha porzuconego tuż po narodzinach, czy oddanego po paru latach życia? - zaczęła zasypywać wampirzycę pytaniami, tak, jakby wizyta naprawdę miała się skupiać właśnie na tym, na adopcji.
- Oczywiście. Iseult jest całkiem ważną figurą w Chicago, ale nie utrzymuję z nią żadnych bliższych kontaktów. W sumie to nie pamiętam, kiedy z nią ostatni raz rozmawiałam, Michelle... ale wracając do znacznie przyjemniejszej rozmowy, mam nadzieję, że nie zamierzasz związać krwią malca? Nie szukasz bydła, które będziesz mogła doić do woli? - machnęła niedbale ręką, jakby ten temat był nie wart wspominania. To, co się dla Księcia Seattle naprawdę liczyło, była prezencja Mould oraz sprawa adopcji jednego z wychowanków sierocińca. Jane oczywiście nie miała pojęcia, że to wszystko było tylko pustymi słowami, stwierdzeniem bez żadnego, większego pokrycia. Kiedy prawda wyjdzie na jaw, a z pewnością wyjdzie, reakcja Doe może być... niezbyt miła.
Ogrom obrazków autorstwa dzieci oraz zwyczajna szczera radość związana z faktem potencjalnej adopcji przez Michelle mówiło więcej, niż było trzeba.
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro

#39
Niespodziankom nie było końca. Acz już pierwsza oznaka, że księżna nie jest do końca zadowolona z tego co mówiła była poważnym ostrzeżeniem, że stąpała po wyjątkowo grząskim gruncie. Musiała uważać. Bardzo, zanim jej pobyt w Seattle skończy się dla niej szybko i tragicznie. Siedziała jednak cicho, coraz bardziej przygnieciona odpowiedzialnością jaką na siebie zrzuciła. Nie dość, że... Do tej pory jej noc była ciężka, to jeszcze zupełnie przypadkiem wkręciła się w coś takiego. I do u takiej osoby... Tak. Miała już pewność, że trafiła do odpowiedniej. Że to właśnie przed nią siedziała księżna, i rozmawiały właśnie o adopcji. Coś, czego jeszcze nie zakładała nim wstała z łóżka.
Jakikolwiek tok myślowy został jednak przerwany przez pewną sugestię, że mogłaby jej zrobić rzeczy... Straszne. Nawet jeśli była ona wypowiedziana zupełnie niepoważnie, Michelle przyjęła to jakby coś jej sugerowano.
-D-dziecko? N-nie, w żadnym wypadku! Tak skrzywdzić dziecko... Prędzej bym sama...!-...zrobiła sobie krzywdę niż na to pozwoliła. To chciała powiedzieć, ale złapała się na tym, że faktycznie bardzo mocno się przejęła taką możliwością. Już miała przed swoimi oczami obraz, jak w szale rzuca się na bogu ducha winne, niewielkie, słabe stworzenie. Jak... Nie udaje jej się opanować swojej natury drapieżnika. Bestii.
...wyłapała też, po chwili milczenia, że księżna wspomniała o braku kontaktu z jej sire. Na tyle, że to... Przecież panna Fafard mówiła, że rozmawiały o tym... dwa, trzy tygodnie temu. Może miesiąc, to przecież na pewno by pamiętała. Na pewno by... Nie została chyba porzucona na pastwę losu... Prawda? Oddała jej swoją służkę... Przesyła pieniądze...
-...Przepraszam. Dziecko to... Duża odpowiedzialność. Sama miałam jedynie matkę, która prawie zawsze była... Gdzieś indziej... Mogę sobie tylko próbować wyobrazić, jak to jest tutaj...-Oklapła. Napięcie z niej zeszło w pewnym stopniu, acz dalej była zestresowana. Wyobraziła sobie dzieci siedzące na korytarzach wielkiego, obcego budynku. Które nie mają nikogo kogo mogliby nazwać mamą albo tatą, jedynie ciocie, wujkowie, panie, panowie... W otoczeniu dziesiątek innych takich jak oni. Bez nikogo, komu mogłyby zaufać.
Miała pewne doświadczenia. I skoro one były tylko częścią tego, to jak źle mogło to wyglądać tutaj?
-Wynajmuję małe mieszkanie... mieszkam tam ze służką... Mam wpłaty na konto... I trochę oszczędności-Wyjaśniła mniej więcej swoją sytuację, bardziej niesiona chwilą niż faktycznym, logicznym rozumowaniem. Nie miała pojęcia jak tym pokierować, ale męczyło ją zarówno poczucie winy, jak i współczucie i chęć pomocy. Może... Właśnie to musiała zrobić, by odkupić swoje winy? A może to był ostateczny gwóźdź do trumny jej duszy?
Podniosła oczy. Jeżeli miała deklarować takie rzeczy, i to szczerze, to musiała to zrobić komuś w twarz.
-Pani Doe... Przemyślałam to i... Jeżeli faktycznie mogłabym zapewnić dziecku szczęście... I miłość... Nie narażając je na niebezpieczeństwo... Pani Doe, wie pani znacznie lepiej jaki jest to świat... Jacy jesteśmy... Nie wytrzymałabym, gdybym skrzywdziła... I maskarada... Ale jeśli mogłabym...-By znowu się cała spiąć. Nie miała pojęcia co mówiła, ale nie była w stanie trzymać tej maski ani chwili dłużej-Chcę pomóc, przysięgam, ale... Muszę Pani coś powiedzieć w tej sprawie... Albo Pani mnie zabije, albo moje sumienie...
Michelle zanikała w sobie. Nie powiedziała od razu o co chodziło. Wolała najpierw wiedzieć jak bardzo zburzyła grunt pod swoimi stopami, i czy będzie cokolwiek, czego będzie mogła się chwycić.
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro

#40
Image
Image
To, co kryło się pod pojęciem "nie pamiętam kiedy z nią rozmawiałam" mogło mieć naprawdę wiele różnych znaczeń. Jednym z nich była ta przerażająca sugestia, że Michelle została sama, porzucona, zdana tylko na siebie; inną, znacznie bardziej prawdopodobną opcją, był po prostu faktyczny sens tych słów. Jane mogła zapomnieć, że tygodnie czy miesiące temu rozmawiała z jedną wampirzycą na temat innej wampirzycy. Była w końcu władcą całego miasta. Miała nieskończenie wiele spraw na głowie, a sierociniec był jedną z nich.
Gorączkowe, dość gwałtowne zapewnienia ze strony Michelle zostały natomiast przyjęte ze spokojem. Ba! Z uśmiechem nawet i przez moment można było pomyśleć, że cała rozmowa zmierza w naprawdę dobrym kierunku. Była to trochę nieoczekiwana dyskusja, ma się rozumieć, ale hej, Mould nie została przecież wyrzucona z Seattle, ani nie skarcona, nic. Po prostu rozmawiała sobie z Księciem tego miasta, jak kobieta z kobietą.
- Odrobina silnej woli działa cuda, Michelle. - odparła pogodnie Księżna. - Tutaj znajdziesz profile moich wychowanków. Są to różne dzieci, z różnych środowisk, z różnym doświadczeniem. Zastanów się dobrze, komu chciałabyś dać szczęście i miłość, jak to ujęłaś. Jak sama jednak rozumiesz, jest już zbyt późno, byś mogła porozmawiać z nimi twarzą w twarz, więc... - znowu nie dokończyła. I znowu, nie musiała tego robić, bo wszystko było aż za dobrze wyraźne i zrozumiałe. Co więcej, Jane podsunęła w stronę Michelle dość gruby album, który najpewniej zawierał wszelkie informacje dotyczące dzieci w Seattle Children's Home.
- Adopcja nie jest jedynym powodem twojej wizyty, prawda, Michelle? - kontynuowała, rozsiadając się wygodniej w fotelu. - Jesteś tu nowa. Nie znasz miasta, ani zasad jakie rządzą tym terenem. Nie wiesz kto jest twoim przyjacielem, a kto wrogiem. Nie wiesz, co możesz, a czego nie wolno pod groźbą kary. Cóż, moja droga, sprawa przedstawia się następująco: Seattle jest otwarte. Żyj i daj żyć innym. Przestrzegaj naszych Tradycji i pod żadnym pozorom nie wchodź na tereny The Jungle i Harbor Island, rozumiesz? Primogen Elizabeth Page, z Elizjum Moore Theatre w centrum, z pewnością powita cię otwartymi szeroko ramionami. Masz jakieś pytania? - tym razem mówiła znacznie więcej i chyba po raz pierwszy Mould mogła poczuć się jak na audiencji u Księcia.
Trwało to co prawda krótko, no ale...
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro

#41
Ona się produkowała, denerwowała, i właściwie wychodziła cała z siebie byle tylko nie powiedzieć czegoś nie tak, a zarazem być tak szczerą jak tylko mogła, a ona... Albo bardzo dobrze kryła swoje emocje, albo faktycznie była tak pozytywnie nastawiona do niej. Dalej jednak nie powiedziała najgorszej rzeczy... No, najgorszej z tych którymi faktycznie chciała się podzielić. Nie wiedziała też, w jakim tak naprawdę księżna była nastroju.
-Tak... Rozumiem...-To akurat nie była jej wina. Ale gdyby pojechała wcześniej, dzień albo dwa wcześniej, to może by nie doszło do tej sytuacji... Ale z drugiej strony nie pojawiłaby się wtedy na tamtej ulicy. Narobiła sobie masy kłopotów, ale może jednak wyjdzie z tego coś dobrego?
Trzeba jednak przyznać, że wyrozumiałe podejście do Michelle w pierwszych nerwowych momentach zaprocentowały. Dziewczyna trochę się rozluźniła, acz dalej lekko przykurczona postawa i wzajemnie unieruchomione ręce zdradzały stres. Był on jednak znacznie mniejszy, na tyle, by mogła je na chwilę rozluźnić i przyjąć od pani dyrektor/księżnej album ze zdjęciami. Ostrożnie, jakby miała obcować z faktycznymi dziećmi otworzyła go...
-Nie... Nie jest...-Wyznała skruszona. Nim go zaczęła oglądać wysłuchała rad księżnej. Były one zadziwiająco pomocne. Podała jej dokładne tereny gdzie miała się nie zapuszczać... Prawdopodobnie obszary sabbatu... I gdzie mogła się zgłosić do primogena. To było dość istotne, prawdopodobnie druga osoba, do której powinna się zgłosić. Ale na razie... Była tutaj. I musiała jakoś dojść do tego, co zrobić w tej sytuacji. I o co zapytać, drugiej okazji mogła nie mieć. Paradoksalnie przez moment poczuła się trochę pewniej. Miała już z tym trochę doświadczenia.
-Czy... Będę mogła w czymś pomóc?-Zapytała wprost-Chciałabym... Móc się odwdzięczyć za gościnę... I... To nie wszystko...-Michelle ponownie opuściła głowę. Mimo wszystko dalej sumienie ją męczyło.
-Miałam się przedstawić, pokazać... Tak mi radziła panna Fafard... I jak dzwoniłam... Był taki niemiły pan, i... Widzi pani, jak się denerwuję...-Ręce miała zajęte, to coś musiało innego zareagować. Były to nogi, które jeszcze mocniej do siebie przylgnęły-I... Spanikowałam i... Powiedziałam co mi tylko przyszło do głowy... Ale nie zmieniłam zdania!-Dodała trochę głośniej, by rozwiać wątpliwości. Przyznała się, że nie miała takiego zamiaru na samym początku, ale zamierzała się tego trzymać.
-Nie chcę tylko... Działać pochopnie... Może podświadomie tego chciałam... I tak wyszło...-Wreszcie Michelle skupiła się na albumie przed sobą. Przeglądała zdjęcia dzieci, które... Na osobę tak wrażliwą jak ona z pewnością działały-Ja... Chciałabym, ale... Muszę przemyśleć... To poważna decyzja... Na całe życie...-Musiała przyznać... Im dłużej o tym myślała... Tym bardziej była przekonana. I tym bardziej się bała, co to może ze sobą pociągnąć. Ale czy przypadkiem nie powiedziała za dużo? Nie za bardzo się otworzyła?
-Ale sama już nigdy nie będę miała... I mogę zrobić coś dobrego...-Była skupiona na albumie. Jak musiała podjąć decyzję... musiała się na tym skupić...
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro (02.14.1999)

#42
Image
Image
- Dobrze zrobiłaś. Zarówno słuchając Iseult i reagując na zachowanie i słowa tego... niemiłego pana. - podsumowała cierpliwie, unosząc nieznacznie jedną dłoń do góry, tak, jakby chciała i uspokoić, i dodać albinosce otuchy. Choć była znacznie starsza i znacznie potężniejsza niż Michelle, to Jane coraz bardziej jawiła się jako kobieta przyjaźnie nastawiona do każdego, kto przekroczy próg jej gabinetu. Nie podnosiła głosu, nie przerywała, po prostu rozmawiała. Zadawała pytania, słuchała, odpowiadała, wydawała się być po prostu... w porządku. Być może dlatego właśnie piastowała tę najważniejszą posadę w mieście? Może zamiast twardej, silnej ręki rządziła Seattle ciepłym uśmiechem i pogodnym usposobieniem?
Może.
- Michelle. - odezwała się nagle, nieco głośniejszy głosem niż dotychczas. - Uspokój się. Niepotrzebnie się stresujesz i martwisz. Postąpiłaś dobrze, może nieco lekkomyślnie, ale nie zrobiłaś nic złego. Neonatom z mojej strony nie grozi nic złego, zwłaszcza, jeśli sami ofiarują mi pomoc. Jesteś jednak zbyt młoda i nie posiadasz wystarczającego doświadczenia, by wspomóc mnie w interesach. Będę jednak zachwycona, jeśli przygarniesz jednego malucha. - stwierdziła po chwili, wskazując lekkim ruchem podbródka na album. Na każdej stronie były cztery fotografie dzieci, wraz z wiekiem, imieniem oraz króciutką charakterystyką. W znacznej mierze była to naprawdę smutna i przygnębiająca lektura; były tu najróżniejsze, często bardzo tragiczne przypadki dzieci trafiających do Seattle Children's Home. W oczy białej wampirzycy rzuciły się jednak tylko trzy.
Mały, mający niecały roczek czarnoskóry Bobby (imię i nazwisko nieznany, pracownicy Doe tak go ochrzcili) został znaleziony w śmietniku na terenie Madrony i gdyby nie obecność jednego z tamtejszych księży, skończyłoby się tragicznie. Nikt jednak nie chciał się nim zainteresować, bo - po przeprowadzonych badaniach okazało się, że jest zarażony wirusem HIV. To praktycznie skreślało go i niszczyło jego życie, które dopiero co się rozpoczęło.
Siedmiolatek. Austin McKay. Chłopiec już od pięciu lat przebywający pod opieką Jane Doe, porzucony przez rodziców biologicznych i cztery zastępcze rodziny, nie do końca wiadomo dlaczego. Maluch wydaje się być sympatyczny, może tylko trochę smutny i zbyt chudy.
Gina Cohle, mająca dziesięć lat chorobliwie blada dziewczynka w dużych okularach, budząca się z krzykiem nocami, sierota od mnie więcej miesiąca. Jeden z nowszych - jak nie najnowszy - nabytek sierocińca. Jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym, ona sama cudem przeżyła, ale była w takim szoku, że mało kogo interesowała aż tak intensywna opieka nad dziewczynką.
A to przecież czubek góry lodowej, jaką były dzieciaki przebywające w dom dziecka, w centralnej części Seattle! Od maleństw, które dopiero co przyszły na świat, poprzez naburmuszone dzieciaki wkraczające w drugą dekadę życia i zbuntowane nastolatki aż po dzieci na progu dorosłości... tyle ludzi, tyle tragedii. I jedna, jedyna wampirzyca sprawująca pieczę nad ich żywotami.
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro

#43
Miała prawdziwą kolejkę górską ze stanem swojego spokoju... Na pewno nie opanowania, bo je dawno zostawiła w domu zanim jeszcze wykonała telefon. Zanim się skupiła na albumie ku jej wielkiemu zdumieniu jej szczerość została nagrodzona zrozumieniem. Księżna była też znacznie bardziej wyrozumiała jeżeli chodzi o jej zdenerwowanie niż większość nieumarłych czy nawet ludzi. Słyszała, z jakiego klanu jest, ale czy... Czy przypadkiem to właśnie Michelle nie wyglądała tutaj na bardziej dotkniętą na umyśle przez los? Absolutnie nie miała tutaj niczego złego na myśli na temat Malkavian! Co najwyżej pogardzała swoim... Podejściem...
Albinoska w każdym razie uciszyła się dopiero gdy księżna podniosła głos. Kiwnęła nieznacznie głową. "Spróbuję", pewnie pomyślała. Trochę faktycznie przypominała wystraszone dziecko, ale słuchała grzecznie, nie śmiąc nawet pomyśleć o przerwaniu tak ważnej osobie. A potem doszło do tego "takiej miłej i wyrozumiałej". Nawet jak przyznała się, że nie miała tej nocy takiego zamiaru! Nie była pewna, czy nawet mistrzyni Fafard byłaby wobec niej taka dobra!
Uda w końcu dogadały się między sobą co do pewnego drobnego dystansu w tym związku. Ręce też zdecydowały się na chwilową separację, acz ślady tej toksycznej relacji jeszcze przez jakiś czas były widoczne na skórze w postaci śladów po paznokciach. Rozumiała, że była jeszcze zbyt głupia i za słaba by pomóc w poważniejszy sposób... Ale jednak mimo to, musiała coś zrobić dla tej osoby! Była tak zaangażowana, tak autentyczna, szczera! Naprawdę jej uwierzyła, że jej zależy na losie tych dzieci!
-Tak... To... Przejrzę... Pomyślę o pytaniach...-Michelle chwyciła ostrożnie, ale już znacznie spokojniej album. Nie rozsiadła się jakoś na fotelu, była wyprostowana i widać było, że wnikliwie zaznajamiała się z opisami i zdjęciami. I z każdą następną przewracaną stroną coraz trudniej było jej zachować opanowanie. Nie ze stresu o to jak ktoś ją postrzega, tylko za każdym razem jej umysł próbował się wczuć w czyjąś sytuację. Była bardzo empatycznym stworzeniem, co było zresztą widać po zwiększeniu intensywności odruchów. W pewnym momencie przyłożyła do swoich suchych oczy palce. Czuła się tak, jakby miała się zaraz rozpłakać, ale oczywiście nawet ona nie czyniła tego bez wyrazu woli.
-To... Bardzo mi przykro, Pani Doe... Co innego słyszeć o takich dzieciach, a co innego zobaczyć...-Głos jej leciutko drżał, ale była jeszcze w stanie się opanować-Jeszcze zanim... Wiem, że nie pomogę w sprawach... służbowych, ale... Może mogłabym co jakiś czas tu przychodzić i coś zagrać dla dzieci?-Albinoska chyba naprawdę mocno się przejęła tym co zobaczyła w tym albumie. Na tyle, że na moment odstawiła swoje obawy przed ludźmi i jeszcze bardziej wyszła naprzeciw wicedyrektorce.
-Umiem trochę grać na skrzypcach... Wiem, że to niewiele, ale może dzieciom się spodoba...-Po raz pierwszy od początku rozmowy Michelle uśmiechnęła się do księżnej. Czy też może do obrazu tego, że chociaż na chwilę mogłaby nieco urozmaicić i umilić egzystencję niczemu winnym dzieciom, cierpiących przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności?
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro (02.14.1999)

#44
Image
Image
To, co początkowo wydawało się być niezbyt przyjemnym, urzędniczym spotkaniem (w dodatku zorganizowanym pospiesznie, pod pretekstem adopcji) bardzo szybko przerodziło się w niemal niezobowiązującą pogawędkę. Oczywiście wszystko dalej krążyło wokoło adopcji i dzieci dotkniętych w taki bądź inny sposób przez los i zdanych na łaskę sierocińca, ale... Mould wiedziała już, że Doe naprawdę zależy na tych dzieciakach. Sposób, w jaki wampirzyca się o nich wypowiadała, ba, sposób w jaki odzywała się teraz do samej Michelle zdawał się wręcz krzyczeć, że Jane jest osobą, która dobro podopiecznych stawia na pierwszym miejscu.
I tych żywych, i umarłych.
- Grasz na skrzypcach? - spytała, odwzajemniając uśmiech, ale niemalże w tej samej chwili zrzedła jej mina. - Michelle, naprawdę, bardzo bym chciała żebyś zagrała coś dzieciom, ale... biorąc pod uwagę moje doświadczenia z tego typu ofertami i obietnicami, muszę być ostrożna. Bardzo, bardzo ostrożna. - mówiła powoli, ostrożnie dobierając słowa, tak, jakby nie chciała mówić albinosce wszystkiego. To jednak wystarczało, by Michelle zrozumiała mniej więcej o co chodzi; ktoś wcześniej złożył Księżnej taką samą lub podobną propozycję i najwyraźniej nie dotrzymał słowa. Doe zamilkła, spoglądając na leżące w wielu miejscach gabinetu dziennice obrazki. Przygryzła nawet wargę, zastanawiając się nad czymś głęboko.
- Jeśli chcesz, przyjdź jutro ze skrzypcami, po dziewiętnastej. Dzieci będą się szykować do snu, ale na pewno się ucieszą, gdy ich odwiedzisz. Weź ten album, zapoznaj się z maluchami, a jutro wszystko sfinalizujemy, dobrze? - po długim, chyba nawet najdłuższym milczeniu od chwili przekroczenia progu gabinet przez Mould, Doe zabrała głos. Zgodziła się. Zachęciła nawet Michelle, by ta przyszła do sierocińca Seattle Children's Home jutro, po godzinie dziewiętnastej, ze skrzypcami! By dokończyć adopcję, by zagrać dzieciom, by oficjalnie dołączyć do wampirzej społeczności Szmaragdowego Miasta!
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro

#45
Zdawało się, że osiągnęły jakąś nić porozumienia, a przynajmniej w końcu rozmowa obustronnie znacznie się uspokoiła. Z Michelle w końcu dało się porozmawiać nie poświęcając większości czasu na interpretacji jej urywanych wypowiedzi. Tym bardziej młodą spokrewnioną zastanowiło, dlaczego w momencie gdy wykazała szczerą inicjatywę i chęć pomocy jej ukochanym podopiecznym, akurat wtedy księżna wykazała się podejrzliwością i ostrożnością. Chciała jej wydać jedno z nich bez większego sprawdzania kim jest, jakie ma warunki i zamiary wobec niego, a zastanawiała się nad zasadnością zwykłego, niezobowiązującego występu?
Ktoś musiał ją naprawdę kiedyś oszukać. Kto raz się na czymś sparzy - później dmucha na zimne. Może nie miała aż takich drastycznych wspomnień z adopcjami, ale... Tym bardziej powinna w takim razie uważać na to, by nie zawieść jej zaufania.
Bardzo ostrożna. Obydwie musiały być ostrożne, aczkolwiek z dwóch zupełnie różnych stron i punktów widzenia. Pomijając sam fakt, że Michelle czuła by się fatalnie gdyby zawiodła czyjeś oczekiwania, to jednak była osoba która mogła zrujnować jej nie-życie paroma słowami.
I gdy w końcu, no długiej chwili naprawdę nieznośnej ciszy, podjęła decyzję... Radość wymieszała się z obawą. To wspaniale, że się zgodziła! I to w taki sposób, że jeżeli by jej się udało to nawet mogłaby zaskarbić sobie sympatię najważniejszej osoby w mieście - ale dlaczego akurat jutro?! Finalizacja wszystkiego z dnia na dzień? To... Wszystko działo się stanowczo za szybko!
Ale mimo to cieszyła się. I obawa też jakoś niknęła w tle. Przecież tej nocy jeszcze nie wiedziała o tym wszystkim, więc jeśli tylko wytłumaczy sytuację...
-Pani Doe... Bardzo się cieszę... Nie spodziewałam się tylko, że zaproponuje to Pani tak wcześnie. Mam jedną sprawę... I potrzebuję znaleźć większe mieszkanie. Kawalerka to nie miejsce dla dziecka. Muszę też to dokładnie przejrzeć... przemyśleć... Mam nadzieję, że coś znajdę...-Michelle skrzyżowała znowu ręce, ale przynajmniej nie było tego morderczego zaciskania dłoni. Uważała na ten album jakby obcowała faktycznie z małą, żywą istotą-Czy zatem mogłabym przyjechać siedemnastego? Bardzo mi zależy, by wszystko przebiegło z Pani oczekiwaniami, i...-Właśnie. Pytania Michelle. Właściwie to zdumiewające, z jaką łatwością została przekonana do tego całego pomysłu. Czy to wypadkowa nacisku, autorytetu, i miękkiego serca dziewczyny, czy element jakiegoś planu? Można było się jedynie domyślać, ale ktoś kto ją znał trochę dłużej mógł się domyślić, co było bardziej prawdopodobne.
-...myślę cały czas, jak to wszystko pogodzić... Przepraszam, zajmuje Pani tyle czasu... Ale dziecko będzie dorastać, chodzić do szkoły, zadawać pytania czemu cały dzień śpię w domu... Albo czemu przychodzę tylko na noc... Czemu się nie starzeję... Czy dam radę przez tyle lat utrzymywać pozory bez naruszenia pierwszej tradycji? Zwłaszcza będąc tak... niedoświadczoną... Czy zapewnie temu dziecku bezpieczeństwo?-Michelle drążyła cały czas temat maskarady. Czego się tu dziwić, właściwie to ledwo co została wypuszczona z gniazda i zaczęła swoją egzystencję w dużej mierze na własną rękę, a już miała podjąć się takiej odpowiedzialności. Miała słuszne obawy

KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro (02.14.1999)

#46
Image
Image
Rozmowa trwała dalej. O ile w przypadku Jane naturalną rzeczą było nieco swobodne, rozluźnione podejście - nie licząc oczywiście chwilowego zmartwienia i zasępienia - tak jeśli chodzi o Michelle to zmiany były widoczne jak na dłoni. Młodziutka, niedoświadczona, dopiero co poznający mroczny i brutalny świat wampirzyca stawała się coraz pewniejsza siebie i coraz bardziej bardziej opanowana. Księżna to zauważyła. Cieszyła się chyba nawet, że psychiczna bariera albinoski została może nie przerwana, ale osłabiona.
Dobre i to, prawda?
- Och, Michelle. - zaczęła spokojnie Jane. - Chcę, żebyś jutro spotkała z dziećmi i coś im zagrała, to po pierwsze. Chcę też dokonać finalizacji papierkowej roboty, czyli właśnie upewnić się, czy masz odpowiednio predyspozycje, warunki i możliwości na opiekuna dla malucha przez najbliższe kilka, kilkanaście lat. Mówiłaś, że masz służkę, tak? Ghula, jak mniemam. Jeśli nie ty, ona może pełnić obowiązki opiekuna. Nie martw się, tylko skup na jutrzejsze wizycie i grze na skrzypcach. - cóż, spotkanie siedemnastego lutego odpadało. Doe stanowczo to podkreśliła, nawet, jeśli głównym celem kolejnej wizyty Mould będzie tylko spotkanie z maluchami i zabawienie ich grą na instrumencie. Czy to dobrze, czy źle, nie sposób powiedzieć.
- I najważniejsze... jeżeli malec cię nie zaakceptuje, nie pozwolę, by opuścił mury Seattle Children's Home. Rozumiesz, Michelle? Mówię to też dlatego, bo niejako ten sierociniec odzwierciedla samo miasto. Tak, jestem Księciem, ale nie ingeruję w sprawy poszczególnych klanów. Primogeni się tym zajmują, ja tylko się przyglądam i, jeśli jest to konieczne, dzielę się swoimi uwagami. Żyj i daj żyć innym, nawet, jeśli jest to życie po śmierci. - dodała ciszej, sugerując w ten sposób, że ostateczna decyzja co do adopcji należeć będzie nie do Michelle, nie do personelu sierocińca, nawet nie do samej Księżnej, tylko do małego dziecka.
Podzieliła się też krótką charakterystyką tego, co robi jako Księżna Seattle i... nie brzmiało to wcale tak źle!
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro

#47
Powiedziała, co tylko mogła powiedzieć. Nic więcej nie przychodziło jej do głowy, co mogłaby użyć w argumentacji z księżną. A już na pewno nic co by wchodziło w zakres etykiety i kultury osobistej, których to przekroczenia granic albinoska bała się całkiem poważnie. Jak już jednak się zmotywowała do spokojniejsze, bardziej skoordynowanej mowy, to i już dalej mogła brać udział w rozmowie nieco pewniej.
Tylko nieco, ale faktycznie - dobre i to, prawda?
Na pewno było widać, że zaczęła intensywniej myśleć gdy jednak decyzja została podjęta za nią. Trwało to chwilę, w trakcie której patrzyła co prawda na księżną, ale jej umysł już nieśmiało zapewne próbował ułożyć alternatywny plan działania, by wyrobić się ze wszystkim co musiała zrobić następnej nocy - cokolwiek by to miało być.
Nie trwało to za długo. Cztery sekundy, i już była ponownie w pełni skupiona na tym co mówiła do niej księżna. Nie było jednak tak źle jak sądziła. I mogła to powiedzieć o wielu rzeczach, które wyskoczyły w jej życiu tej nocy. Mogła mieć taką nadzieję.
-Dobrze... jutro, piętnastego lutego, po dziewiętnastej... W porządku-Kąciki jej ust lekko się uniosły-Tak... Brzmi to odpowiednio. Tak jak powinno być-Kiwnęła głową, już bardziej zadowolona z obrotu jaką przyjęła ta rozmowa. Będzie zweryfikowana przez kogoś z "wewnętrznego kręgu", więc na pewno będzie brała jej stan pod uwagę. W dodatku już zasugerowała, by jednak ktoś inny oficjalnie zajmował się sierotą. Co też jej pewnie oszczędzi sporej ilości problemów w przyszłości.
Nieco się zdziwiła gdy Jane wykazała się pewną stanowczością. Więc... Zdawało się, że nie chciała jej "wcisnąć" dziecka za wszelką cenę, i faktycznie zależało jej głownie na jego dobru. Nawet, jeżeli opieką nad nim miałby sprawować nocny drapieżnik taki jak ona. Czy ona.
-Pani Doe...-Twarz Michelle jakoś tak sama z siebie lekko rozpromieniała. O powodach można by prawdopodobnie dyskutować, ale było to na pewno szczere - uśmiech się poszerzył, ale przy tym opuściła oczy, jakby się wstydziła zobaczyć reakcję na jej subtelny pokaz radości. Trudno jej też było znaleźć słowa które by opisywały, co chciała teraz przekazać-To... Bardzo się cieszę, że tak Pani zależy na dzieciach... Mam nadzieję, że sprostam oczekiwaniom Pani... I podopiecznego-Teraz tylko lekko obejmowała jedną dłoń drugą. Czyżby Michelle faktycznie udało się przekonać, że księżna Seattle nie jest tak bezwzględną osobą jakiej się spodziewała?
Tylko teraz z jej strony nastała niezręczna cisza. Nie wiedziała, czy zostało coś jeszcze do omówienia, czy o coś zapytać... Wszystko zdawało się jasne. Jutro miała się tu zjawić po dziewiętnastej ze skrzypcami. Potem sprawy formalne. Czyli poza czymkolwiek, co by miała jeszcze zrobić tej nocy, powinna jeszcze przejrzeć album który dostała od wice dyrektor.
Ale czy to wszystko? Faktycznie, dziwnie się złożyło, że oficjalne sprawy z którymi tutaj przyszła zeszły na drugi, jak nie na trzeci tor.
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro (02.14.1999)

#48
Image
Image
- Ja także mam taką nadzieję, Michelle, ja także. - zabrała głos, odwzajemniając po raz wtóry uśmiech. Wszystko albo prawie wszystko, co miała do powiedzenia Księżna, zostało już powiedziane. Jane Doe przymknęła na moment oczy, pod wpływem jakiegoś dziwnego impulsu, ale uśmiech nie zszedł jej z twarzy; trwało to zresztą tylko chwilkę. Zbyt krótką, by można to było jakoś inaczej interpretować niż zwyczajne zamyślenie, czy też kontemplacja danego tematu. Dopiero to, co się wydarzyło później, miało naprawdę wielkie znaczenie.
Jane wstała. Wygładziła poły swojej sukienki - była wszak wicedyrektorką tej placówki i odpowiedni wygląd był od niej oczekiwany - i wyciągnęła dłoń w stronę albinoski.
- Raz jeszcze, witaj w Seattle. I... Michelle, drobna uwaga. Zwracaj się do nie mnie per Książę, ewentualnie Książę Doe. Nie pani. - mówiąc te słowa uśmiech zniknął z jej twarzy, ale dobrotliwy, łagodny ton pozostał. I, paradoksalnie, coś takiego sprawiało znacznie poważniejsze by nie powiedzieć groźne wrażenie. Doe wydawała się jednak być na tyle miła i przyjaźnie nastawiona, że po prostu zasugerowała co jest nie tak w zachowaniu młodej wampirzycy. Wprost powiedziała, co należy robić poprawnie, jak się zwracać do Spokrewnionego starszego, piastującego najważniejszą funkcję.
A wyciągnięta dłoń, czekająca na uścisk, była ostatecznym dowodem, że spotkanie dobiegło końca. Mould się przedstawiła. Zaprezentowała samą siebie, udowodniła, że szanuje tradycyjne wartości i zasady rządzące tym mrocznym, brutalnym światem. Zgodziła się ze słowami Księcia na kolejne spotkania, a nawet więcej, wyraziła chęć przysłużenia się nieumarłemu społeczeństwu. W końcu wdzięczność Księcia to rzecz naprawdę ważna, niejako nobilitująca danego Spokrewnionego... a to, że Michelle przypadkowo zaproponowała adopcję jednego z wychowanków sierocińca... cóż, bywa.
Zdarza się.
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro

#49
Nawiązały jakąś nić porozumienia, przy czym paradoksalnie to osoba wyżej postawiona musiała wykazać się większą inicjatywą, by dotrzeć do drugiej strony niż na odwrót. Wyglądało jednak na to, że cokolwiek było w planach by osiągnąć zostało osiągnięcie. Michelle nie dość, że w przeciągu jednej nocy zobowiązała się do przyjęcia na siebie pewnego obowiązku, to jeszcze zapałała pewnego rodzaju zaufaniem do najważniejszego łowcy w mieście. Na tyle, na ile pozwalała jej osobowość i wcześniejsze doświadczenia.
Poszła przykładem drugiej kobiety i również wstała, nawet wygładziła spódniczkę by również się jakoś prezentować. Trzymała album w obu dłoniach do momentu, aż nie została wyciągnięcia w jej stronę dłoń. Trzeba przyznać, że do tego momentu jej postawa stała się prawie otwarta, i tylko skrzyżowane ręce zdradzały pewien dystans. Wszak jeszcze nie wiedziała tylu rzeczy. A tam, gdzie brakuje wiedzy, wchodzi wiara albo przekonanie. Tak też było tym razem.
Dziewczynie zostało pokazane miejsce w szeregu. Tak to odebrała. Wyciągnęła dłoń trochę wolniej niż zrobiła by to normalnie. Ostrożniej, albo na moment jej głowę zaprzątały różne myśli.
-Tak... Oczywiście, proszę mi wybaczyć... Dziękuję...-Od kiedy pamiętała tytulatura sprawiała jej problemy. Nawet jeśli pozostałe elementy etykiety zdawały się być na miejscu, tak zawsze myliła jej się panna z panią, pan z paniczem... dobrze, że nie książe z księdzem...
Uścisk był delikatniejszy niż być powinien. Wolała nie przesadzić, ale też nie miała przecież na tyle siły by to zrobić.
-To... dobranoc, Książe Doe-Michelle po wycofaniu się o krok ukłoniła się. Czy została odprowadzona do drzwi, czy musiała się przejść tam samodzielnie - na tym rozmowa się skończyła.
Zeszła na dół. Skinęła głową dziewczęciu w recepcji na pożegnanie, jeżeli oczywiście nie została zagadnięta. Album położyła na siedzeniu pasażera, by o nim przypadkiem nie zapomnieć. Ile miała czasu do świtu? Mogła pojechać do któregoś z klubów blisko jej miejsca zamieszkania. Teraz nie była aż tak głodna, ale za parę dni gdy będzie zaniedbywać swoją... dietę...
Wszystko jednak w granicach bezpiecznego dotarcia do domu. Jeszcze musiała porozmawiać ze swoją służką. Miała plan, ale bez niej może to być problematyczne.
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro (02.14.1999)

#50
Image
Image
Nie było tak źle? Tak, chyba tak. Mogło być znacznie gorzej.
- Dobrej nocy, Michelle. Dobrej nocy. - uścisk dłoni Jane był mocny, silny, tak charakterystyczny dla osób pewnych siebie i wiedzących, czego chcą od życia. Lub też nieżycia, w tym konkretnym przypadku. Nie zmieniało to jednak faktu, że Doe choć martwa tak samo jak fotel, na którym siedziała albinoska, emanowała nadzwyczajną wręcz charyzmą. Odprowadziła nawet Mould do drzwi wyjściowych, prowadzących na korytarz i odczekała, aż młoda wampirzyca przejdzie kilka, może kilkanaście kroków. Dopiero potem zamknęła drzwi i powróciła do swych obowiązków, które dla kogoś postronnego, nieobeznanego z wampirzą polityką, stanowiły nic innego jak nierozwiązywalną tajemnicę i sekret.
Molly Martine, z recepcji i zarazem informacji sierocińca Seattle Children's Home, pożegnała albinoskę szczerym uśmiechem i pomachała jej nawet ręką. Towarzyszący jej chłopak spał, odchylony mocno na krześle i pochrapywał co jakiś czas. Cóż, Michelle miała pewność, że ta dwójka jest ludźmi. Śmiertelnikami, pracującymi na nocnej zmianie w tym smutnym miejsc, jeśli w ogóle coś takiego jak "nocna zmiana" ma sens w odniesieniu do domu dziecka.
Na zewnątrz ciągle padał śnieg.
Samochód młodej Spokrewnionej przypominał śnieżną górkę. Zadziwiające, że w tak krótkim czasie może napadać tyle białego puchu. Co więcej, nic nie wskazywało, by miało przestać padać. Nocne, ciemne niebo było gęsto pokryte chmurami; księżyc oraz gwiazdy gdzieś tam słabo prześwitywały, ale stanowiły bardziej element tła, niż wyróżniającą się, główną część. Z tego też względu jedyne źródło światła to uliczne latarnie, rzucające żółtopomarańczowe plamy światły na chodnik i fragmenty ulicy.
Okoliczne domy były pogrążone w ciemności. Podobnie było też z większością okien w Seattle Children's Home i, nie licząc parteru oraz gabinetu Jane, a także ze dwóch czy trzech okien w pozostałych budynkach tego kompleksu wszyscy już dawni spali. Nieliczni byli jeszcze na nogach. Żywi, którzy nie mogli spać. Umarli, którzy snu nie potrzebowali. Michelle Mould była jedną z nich, ale dokąd się teraz uda, to już zupełnie inna historia.
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro

#51
I tak jak przewidywała. Właściwie to od momentu, gdy opuściła próg drzwi wraz z księciem wszystko było tak jak się spodziewała. Dopiero po paru krokach wzdłuż korytarza została faktycznie sama, co zostało obwieszczone przez dźwięk zamykających się drzwi gabinetu wice-dyrektor.
...tak, miała coś jeszcze do zrobienia. Bardzo podstawowego, ale potrzebnego. Była osobą dmuchającą na zimne, a dzisiaj się trochę napracowała. Im miała większy margines błędu tym lepiej. Ale to jeszcze chwilkę... Wzięła głęboki wdech schodząc po schodach na dół. Mają to wyłącznie psychologiczne działanie, ale pomagało jej to zachować chociaż trochę spokoju. Jak ona sobie z tym poradzi? Może nie będzie takiej potrzeby jak wyjdzie, że się do tego nie nadaje...
Skinęła głową pannie Martine gdy wychodziła z budynku. Była bardzo miła, i chyba wiedziała dlaczego książe Doe zdecydowała się na jej zatrudnienie. Ten chłopak... Cokolwiek on tutaj robi, musi być naprawdę dobry. Albo też nie miało to aż tak wielkiego znaczenia. W końcu było późno. Dobrze jednak wiedzieć, że są ludźmi...
Jeszcze tylko musiała trochę obetrzeć auto ze śniegu. Padało chyba jeszcze gorzej niż wcześniej, jej pojazd był cały przysypany! Najważniejszy był dach oraz szyby, aczkolwiek zanim wsiadła przypomniała sobie też o bocznych lusterkach. No... Chyba to tyle...
Tak, znała pewne miejsce, które się nadawało do tego co chciała zrobić. Waterwheel Lounge. Powinno być... W porządku...
...tylko może najpierw odstawi auto pod dom... tak, to nie był taki zły pomysł. Tamto miejsce prawdopodobnie i tak zostawi ją bez możliwości prowadzenia pojazdu. Albinoska nie miała daleko do tego miejsca od bloku w którym aktualnie rezydowała. Ot, trochę więcej niż dwadzieścia minut, trochę mniej niż pół godziny pieszo. Mogłaby tam przyjechać samochodem, ale w tego rodzaju miejscu było akurat jasne, że potem by nim nie wróciła. Wolała zatem już trochę nadłożyć drogi w jedną i w drugą stronę, tak dla bezpieczeństwa. Jedną z zalet tego stanu było to, że w sumie nie obawiała się napaści ze strony śmiertelników. Była w stanie uciec, i nawet jeśli oberwie, prawdopodobnie tego tak nie odczuje...
No ale najpierw potem musiała tam dojść. Miała już w miarę sprawdzony sposób wyszukiwania... Partnerów...
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro (02.14.1999)

#52
Wizyta u Księcia została zakończona. Była wspomnieniem. Świeżym, a nawet bardzo świeżym wspomnieniem, otwierającym przez młodziutką wampirzycą naprawdę wiele nowych drzwi... i jednocześnie stawiającym równie wiele wymagań i oczekiwań. Jutrzejszego wieczora czeka Michelle pierwsze z nich; do czasu kolejnego spotkania będzie musiała przestudiować album oraz przygotować się do audiencji. Ale teraz, gdy szykowała się już do opuszczenia swego mieszkanka... teraz było inaczej. Była spokojna? Być można. Nie wzięła w końcu samochodu.
Szła pieszo. Spokojnym, niespiesznym krokiem, wyznaczając kolejne ścieżki na zaśnieżonych chodnikach. Nie było to zbyt łatwe zadanie, bo wiatr z każdą kolejną chwilą wiał coraz mocniej, a opadające płatki śniegu przyklejały się do twarzy, ubrania. Za kilka minut - a może i za kwadrans - nie będzie widać śladu po butach Michella. Zamieć nie przeszkadzała jednak ludziom w dobrej zabawie. Była tylko kolejnym pretekstem, by się wyszaleć, by wypić kolejnego drinka, by poznać nowych ludzi.
Waterwheel Lounge już z daleka rozbrzmiewało muzyką. W tę noc, tak przecież cichą i spokojną, głośne śmiechy, radosne krzyki i okazjonalne przekleństwa (bardzo szybko jednak milknące) wraz z przyjemnymi dla ucha rytmami stanowiły naprawdę odpowiednio tło. Były w końcu Walentynki. Dzień radości, szczęścia i miłości, co było zresztą już wielokrotnie podkreślane, niemal na każdym możliwym kroku. Michelle nie była zresztą jedyną dziewczyną, jaka zmierzała w stronę tego klubu.
Z naprzeciwka szły trzy dziewczyny, wyraźnie już pijane. Śmiały się, chociaż nie wiadomo do końca z czego. Miały nierówny chód, a jedna - najwyższa, z czarną czapką z czerwonym pomponem - utykała na lewą nogę i trzymała się nieco z tyłu. Jej koleżanki nie zdawały się jednak tym przejmować i dyskutowały w najlepsze. Mould mogła się tylko domyślać, co było tematem ich rozmów. Miłosne zwycięstwa i porażki? Jakiś nowy film, czy płyta lub kaseta jakiegoś zespołu? Problemy w szkole czy na uczelni, bo wyglądały całkiem młodo? A może po prostu przechwalały się, kto ile wypił...
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro

#53
Amelia Matilde Fosbery weszła wolnym krokiem do gabinetu za swoją stwórczynią. Stanęła na prawo, nieco wycofana względem Walijki, po czym, gdy drzwi były już zamknięte, zaczekała na to aż jej mistrzyni przedstawi ją z imienia i nazwiska, po czym złapała z obu stron za materiał swej sukni i wykonała pełen ukłon. Była cicho, nie wypadało się odezwać ni słowem nim nikt ją o to nie prosił.

Tak więc wydarzyła się "tragedia w rodzinie", coś wrzało wśród spokrewnionych w mieście. Gdyby jeszcze biło, to pewnie serce podeszłoby jej do gardła. Zda się ta noc była najgorszą z możliwych na przedstawienie się. Książę miała jak największe prawo być zdenerwowana, a młoda dziennikarka nie spodziewała się by dostała taryfę ulgową li tylko ze względu na swoją stwórczynię. Nerwy po raz kolejny się odzywały prawie sprawiając, że zaczynała dygotać. Ręka mimowolnie zeszła nieco w dół dotykając obwodu torebki, a pod nim twardy obrys pistoletu. Z niewiadomych przyczyn to ją uspakajało. Ten sam Walther towarzyszył jej nawet na jej pierwszą rozmowę o pracę, ot kaprys. Młoda wampirzyca uśmiechała się grzecznie, czekała...
KARTA POSTACI: Amelria Matilde Fosbery
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?.

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro [02.14.1999]

#54
Image
Image

Image

Zanim Panny Fosbery i Bergavenny w ogóle dotarły do gabinetu wicedyrektorki, musiały wejść na górę po schodach i przejść przez korytarz. Ze względu na niedawno odnowione ściany i drewniany parkiet wciąż dało się czuć zapach farby. Wyglądało tu trochę jak w szpitalu przez pastelowe barwy szarości i kremu, ale za to kolory nie męczyły oczu, a to było tu najważniejsze. Jane Doe, Książę, wciąż siedziała w swoim gabinecie. I gdy tylko Eleonore zapukała, obie kobiety od razu mogły usłyszeć "Proszę!". Kiedy zaś drzwi się uchylały, na twarzy Doe przez króciutką chwilkę można było dostrzec smutek i zmartwienie, ale troska z jej twarzy została szybko zastąpiona przez szeroki uśmiech i pogodność. Tak jak poprzednią część nocy miała na sobie sukienkę w biało-czarne paski, tak niezmiennie miała ją na sobie i teraz. Wstała, by się przywitać z Eleonore, z którą się serdecznie uścisnęły, a następnie odchyliła się nieco, by spojrzeć na Dziecię swej przyjaciółki.
— Ty musisz być Amelia Matilde, którą wreszcie Eleonore zdecydowała się wyciągnąć z domostwa. — Rzekła z uśmiechem, po czym ujęła drobną dłoń dziennikarki w swoją ponownie posyłając jej uśmiech. I gdyby nie klan oraz bliska przyjaźń między dwiema starszymi wampirzycami, Panna Fosbery nie mogłaby mieć tak sympatycznego przyjęcia przez najważniejszą kobietę w Seattle. — Wiem, że miejsca jest bardzo mało, ale mam nadzieję, że się zmieścimy. Usiądźcie, proszę! — Niech jednak nie zwiedzie wzroku to sympatyczne zachowanie Jane. Swoje zmartwienia i troski chowała za uśmiechem i radosnym błyskiem w oku. Czyż spotkanie z tak uroczymi kobietami nie mogło być jedną z niewielu dobrych momentów tej nocy? — Moja droga Amelio, jak Ci się u nas podoba? Masz jakieś pytania, zastrzeżenia? Mów śmiało!
kolejka | 
  → Walter Wilkes
   → Amelia Fosbery
    → Wiktor Smiertin
     → David Knightley
      → Avery Blanchard
       → Leopold
        → ?
         → ?
   
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro

#55
Ściany i zapach nieco odrzucały. Jeśli Eleonore była półkrwi Torreadorką, jej dziecię dziedziczyło po niej te cechę. Część jej umysłu czuła sie nieswojo przez te kolory, po wielokroć wolałaby gołą ceglę. Właściwie po gustownym wnętrzu domu jej Stwórczyni ten kontrast dawał znacznie potężniejszy efekt. Nijak wyglądało to jak kwatera godna księcia... ale pewnie właśnie o to chodziło. Część maskarady, zwodzenie przeciwnika. Jednak to bardzo... osobliwe przyjęte imię nie bardzo z tym współgrało. Młoda malkavianka zastanawiała się ile osób musiało brać za kiepski żart fakt, że będą rozmawiać z kobietą o nieznanej tożsamości. Ona jednak tym razem rozmyslając o tym uśmiechnęła się. Teraz wydawało się to nawet zabawne biorąc kontekst tego, że faktycznie ani dzieci ani interesanci nie mają najmniejszego pojęcia jakie zagrożenie stoi za tymi zwłokami. Kapelusze z głów, nie wypada przy kobiecie która ma całe miasto na głowie.

Gdy Jane ujęła jej rękę i sama sobie przedstawiła Amelię, ta poczuła że wreszcie może, a nawet powinna mówić.
-En effet - zaczęła pewnym głosem - To zaszczyt móc wreszcie Panią poznać, Książę Doe.
Grzecznie i formalnie, nieco w kontraście do przyjaznego powitania, jakiw otrzymała. Mimo wszystko tak było bezpiecznie, jeśli zostanie to odebrane w zły sposób będzie to moźna wytłumaczyć stresem. W końcu prawdziwa dama winna mieć wymówkę na każdą okazję, jak powiadała jej babcia otwierając butelkę Tokaju. Młoda dziennikarka usiadła na wdkazanym miejscu i poczekała, aż Pani Doe znowu się odezwie. Była niesamowicie przyjazna, pytała nawet o zastrzeżenia. Amelia Matilde wątpiła, że używała tego słowa często w kontekście innym, niż takim, że sama je posiadała. Jednak jeśli świadczą ci grzeczności, często grzeczne jest właśnie odmówić skorzystania części z nich.
- Och, nadal jestem tym nieco oszołomiona. Rozumiem, że prosta metafora narodzenia się na nowo jest najpewniej niesamowicie utarta, ale chyba najlepiej oddająca to co czuję... Ale to w pewnym sensie wyzwalające. - odpowiedziała na pytanie - Co do moich pytań jestem przekonana, że wątpliwości pisklęcia takiego jak ja byłyby nudnym tematem, a poza tym Mistrzyni stara się rozwiać większość moich wątpliwości. Mam chyba tylko jedno pytanie jakie wymaga wyższej instancji - czy mogę nadal publikować swoje teksty?
KARTA POSTACI: Amelria Matilde Fosbery
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?.

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro [02.14.1999]

#56
Image
Image

Image

Maskarada ponad wszystko. Dla jednych Dzieci Nocy ta maksyma była właściwie najważniejszą. Jane Doe jeszcze nie dała się poznać aż tak, by móc stwierdzić czy i dla niej jest ona najważniejszą. Co jednak nie zmieniało faktu, że przez ostatnie miesiące dala Spokrewnionym w Seattle dosłownie wolną rękę - nie wtrącała się w czyjekolwiek sprawy klanowe, nie kontrolowała jawnie i w ogóle otworzyła bramy do Szmaragdowego Miasta dla wampirów. Jedni pochwalali taką politykę mając w pamięci coraz bardziej irracjonalne działania Wadswortha, drudzy jednak nie pochwalali całkowitego pozostawiania Rodziny w rękach losu. Byli też i tacy, dla których nie miało to aż tak dużego znaczenia. Niezależnie od tego wszystkiego - Jane Doe bezsprzecznie piastowała urząd Księcia Seattle i nie zanosiło się na to, by ten stan rzeczy miał się zmienić. Ani teraz ani później.
Malkavianka nie odpowiedziała na pierwsze, grzecznościowe słowa Amelii przyjmując je jedynie specyficznym spojrzeniem i uśmiechem. Jeśli odebrała to w złym tonie, to nie dala po sobie tego poznać, wciąż zachowując pogodny nastrój. Gdyby Matilde akuratnie obraziła Księżną, to ta przecież dałaby jej o tym znać, prawda? Nie było się więc czego bać.
— Dla wielu nowo Spokrewnionych ten pierwszy, początkowy okres jest czymś podobnym jak dla Ciebie: narodzeniem się na nowo. Przed Tobą jeszcze długa droga, Amelio, i wierzę, że z pomocą Eleonore sobie poradzisz. Poznawanie siebie na nowo i odkrywanie nowych możliwości... To jest piękne. Wykorzystaj to najlepiej i najbardziej, jak umiesz. — Księżna była przyjazna, sympatyczna wręcz, a nawet dawała rady młodej Malkaviance! I nie dało się czuć jakiejkolwiek presji, jakiejkolwiek powagi. Ot, jedno z wielu spotkań tak zwanych przy herbatce. Panna Bergavenny zaś nie odzywała się, jeno z uśmiechem na wargach spoglądała znacząca to na swoje Dziecię, to na Jane. — Och, oczywiście, że możesz! Jesteś jeszcze młoda i nikt nie będzie od Ciebie oczekiwał, że od razu zerwiesz swoje więzi z ludzkim życiem. Będziesz musiała sama wyczuć kiedy nadejdzie konieczność powolnego zacierania dawnego życia. [/ramka]
kolejka | 
  → Walter Wilkes
   → Amelia Fosbery
    → Wiktor Smiertin
     → David Knightley
      → Avery Blanchard
       → Leopold
        → ?
         → ?
   
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro

#57
Pojęcie Amelii o Wadsworthcie było dość nikłe. Owszem, Eleonore nie raz o nim wspominała, jednak głównie w kontekście ostatnich wydarzeń. Wyłaniał się z tego raczej odpychający obraz kogoś kto powoli zatapia się w odmętach szaleństwa. Czy przypadkiem nie próbował zrobić konkurencji dla jej klanu? Jakakolwiek jednak byłaby jego motywacja, pisklę które siedziało przed księżną Doe mimo wszystko cieszyło się że ta zmiana nastąpiła. Miała dziwne wrażenie że tamten Ventrue nieszczególnie by ją polubił.

Lekki ton rozmowy sprawił, że dziennikarka zaczęła wydawać się nieco bardziej rozluźniona - ramiona nieco opadły, ręka z torebki przeszła ku poręczy fotela.
- Mimo wszystko powoli ten świat poza wzrokiem śmiertelnych jest już dla mnie stosunkowo... - zrobiła pauzę, z jakiejś przyczyny słowo "jasny" wydawało się co najmniej nieodpowiednie - Zrozumiały. Odnoszę wrażenie, że dowiedziałam się nieco więcej niż dowolne inne dziecię w mojej pozycji. Ba, chyba obecnie większą tajemnicę stanowi dla mnie samo Seattle.
Nie chodziło tylko o to, że jako wampirze pisklę rzadko się zdarzało, żeby wychodziła z dworu jej mistrzyni. Tak na prawdę przez pewien czas czuła opór przed udawaniem się na zewnątrz. Początkowo było to spowodowane obawą, jakoby jej niedoszli oprawcy mogli nadal gdzieś tam się na nią czaić, później to jednak wygasało. Teraz powoli jednak nadchodził ten moment kiedy zaczynała być ciekawa, a jednocześnie czuła się że powinna to zrobić...
- Pewnie jednak niedługo będę miała ku temu okazję. Jeśli rozumiem dobrze to przedstawienie Wampira księciu jest mimo wszystko jedną z oznak tego, że bezpieczne dzieciństwo powoli dobiega końca.
KARTA POSTACI: Amelria Matilde Fosbery
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?.

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro [02.14.1999]

#58
Image
Image

Image

"Tamten Ventrue", jak to Amelia nazwała Anthony`ego, najpewniej nieszczególnie polubiłby Matilde. Jednakże z całą pewnością nie dlatego, że miała taką czy inną osobowość, lecz ze względu na jej przynależność klanową. Były Książę był bowiem znany z powszechnej niechęci do Malkavian - i nie ma się czemu dziwić zważywszy na to, z kim toczył walkę o władzę. Choć konflikt między nim, a Świrami najpewniej sięgał daleko, daleko wstecz.
Jane Doe uchodziła za sympatyczną Spokrewnioną - i to w szczególności względem członków własnego klanu. Co nie powinno dziwić, wszak była przecież Księciem, jeszcze nie tak dawno piastującym stanowisko Primogena Malkavian. Dla Eleonore nie było więc dziwnym zachowanie Doe, a w przypadku Amelii sprawiło, że ta poczuła się swobodnie w towarzystwie najważniejszej persony w Seattle. I bardzo prawdopodobne, że dopóki niczego nie nabroi, dopóty jej stosunki z Jane pozostaną tak pozytywne, jak dotychczas.
Na twarzy Księżnej pojawił się lekki uśmiech.
— Och, Amelio. Ten świat nigdy dla nikogo nie będzie w pełni zrozumiały. Jeszcze bardzo, bardzo dużo przed Tobą. Nie raz i nie dwa przyjdzie Ci doświadczyć rzeczy, które początkowo wydadzą Ci się zupełnie... Niepojęte. Najważniejsze to to, byś nikogo ani niczego nie lekceważyła. Bądź silna, ale znaj swoje miejsce. — Z Doe wychodziła opiekuńcza natura. Miała pod sobą wszak wychowanków Sierocińca! Co prawda, Amelia była już dużym dzieckiem, lecz nadal... Dzieckiem. Po tych słowach zresztą odezwała się sama Eleonore.
— Bardzo często powtarzam te słowa Amelii. Chociaż bezsprzecznie mamy władzę nad ludźmi, to jednak mrok kryje się i za nami... Amicos res secundae parant, res adversae prabant. — Dokończyła swe słowa łacińską sentencją, tak idealnie oddającą rzeczywistość świata Spokrewnionych. Rzeczywistość Jyhadu.
— To prawda, choć Amelia będzie musiała na swój własny sposób poznać tenże świat, Eleonore. Wiesz przecież, że do pewnych rzeczy musimy dochodzić samodzielnie. Prawda, Amelio? — Pytanie Jane było zwróceniem bezpośredniej uwagi na młodą Spokrewnioną, która na krótką chwilę została odsunięta od dyskusji. Na niedługo jednak, bo Księżna nawiązała do dalszych słów Matilde.
— Eleonore z pewnością pokaże Ci Szmaragdowe Miasto. To piękne miejsce, zdążysz się jeszcze o tym przekonać. Pamiętaj tylko, proszę, byś nie zapuszczała się na tereny Harbor Island, The Jungle i okolice... — Wspomnienie ostatnich złych wydarzeń wywołało na twarzy Jane chwilowy smutek, który jednak szybko znów został zastąpiony uśmiechem. — Tak, to prawda. Od tego momentu prawnie nie jesteś już Żółtodziobem, lecz Neonatą. Od teraz sama odpowiadasz za swoje własne czyny, Twoje działania będą bacznie obserwowane przez innych Spokrewnionych. Lecz zanim dopełnimy wszystkich formalności... Wyrecytuj mi, proszę Tradycje. Wierzę, że Eleonore Cię ich nauczyła, więc nie spodziewam się trudności!
kolejka | 
  → Walter Wilkes
   → Amelia Fosbery
    → Wiktor Smiertin
     → David Knightley
      → Avery Blanchard
       → Leopold
        → ?
         → ?
   
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro

#59
Matilde nie przeszkadzała obydwu starszym wampirzycom w dyskusji. Poza stwierdzeniem, że niepomyślność sprawdza przyjaciół, Eleonore dała jej jeszcze jedną radę. Patrz, słuchaj, zapamiętuj, ucz się. Owszem, zdawała sobie sprawę z tego, że nigdy tak na prawdę nie pozna całości tego świata, nawet jeśli faktycznie miałaby całą wieczność... Jak to szło? Jest więcej rzeczy na niebie i ziemi, niż śniło się w waszej filozofii? Skrzywiła się, jeśli na prawdę szczytem tego, co mogła wymyślić w tej sytuacji był Hamlet, oznaczało to, że wychodziła z wprawy...
Dopiero pytanie bezpośrednio skierowane do niej sprawiło, że poczuła się zobligowana do odpowiedzi.
- Mówią, że nie ma lepszego nauczyciela niż własne doświadczenie - stwierdziła młoda wampirzyca, chociaż miała powody aby powątpiewać w to powiedzenie. Głównym by Slavoj Zizek.
Poza tym wspomnieniem nie mówiła nic więcej, po prostu notowała w umyśle to co do niej mówiono. Czyżby to były właśnie okolice zajmowane przez sabat? Tym więcej powodów aby w tym momencie nieżycia się tam nie zapuszczać.

Właściwie czekała od początku spotkania na pytanie o Tradycje. Niemalże automatycznie wstała, wyprostowała ramiona, odchrząknęła i poczęła recytować tę starą, przepełnioną archaizmami wersję, jaką nauczyła ją jej mistrzyni:
- Tradycja Pierwsza: Maskarada; Nie ujawnisz swej natury tym, co ze Krwi nie są. - głos był pewny, stabilny. Nieco przypominał ton, jaki używali co bardziej charyzmatyczni kaznodzieje podczas moralizatorskich kazań - Czyniąc tak, swego dziedzictwa Krwi się wyrzekasz. Tradycja Druga: Domena; Domena rzeczą twoją jest. Szacunek tobie winni są wszyscy, kiedy w niej się znajdują. - konsekwentnie pomiędzy brzmieniem zasady, a konsekwencją zrobiła przerwę - Podważać twego słowa nie wolno nikomu, kiedy w twej domenie jest. Tradycja Trzecia: Progenitura...
W końcu wyrecytowała tekst wszystkich sześciu, dbając o to aby jej myśli tym razem nie zaczęły wędrować gdzie indziej, podkreślając wagę jaką miała recytowana przez nią formuła. Gdy zamilkła - nie usiadła. Czekała na pytania, które miały zdeterminować, czy faktycznie rozumie to, co przed chwilą wyszło z jej ust, czy może raczej nauczyła się to niczym dziecko wersetów biblii w szkółce niedzielnej.
KARTA POSTACI: Amelria Matilde Fosbery
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?.

Re: Budynek administracyjny - Gabinet zastępcy dyrektora, piętro [02.14.1999]

#60
Image
Image

Image

Można mieć całą wieczność. W przypadku wampirów było to możliwe. Z biegiem lat dostrzegało się jak bardzo ludzie pędzili za niedoścignionym, w świadomości, że jutra już może nie być. Choć wampiryczna długowieczność była zagrożona przez mnóstwo okazji chcących zrzucić Dziecko Kaina z piedestału nieśmiertelności, to jednak ludzie byli nieporównywalnie krusi, bezradni, łatwi do zmanipulowania... Zmiecenia z powierzchni dosłownie w sekundę. Narzędziem w rękach potężniejszych od siebie. Pożywieniem dla Garou. Królikami doświadczalnymi dla łaknących wiedzy lub swoistego spełnienia Spokrewnionych. Wieczność. Wieczność dawała niezliczone miliony możliwości, ale tak naprawdę nie każdy potrafił po te możliwości sięgnąć i wykorzystać.
Jane Doe świetnie o tym wiedziała. I tylko przechyliła głowę lekko na bok, uśmiechając się szeroko, gdy posłyszała odpowiedź Panny Fosbery.
— Otóż to. — Powiedziała tylko, nie drążąc już tematu. Bardzo dobrze wiedziała, że młoda wampirzyca nie raz i nie dwa przekona się czym tak naprawdę jest długowieczność. To piękny okres, ale również poważny i ciężki do przetrwania. A gdyby ktoś nie chciał wiecznego życia? Cóż... Pozostawało mu wówczas słońce. O takich się jednak nie mówiło. Nikt nigdy nie wspominał tych nieszczęśliwych lub po prostu zmęczonych wampiryzmem Spokrewnionych... Większość z nich decydowała się bowiem na Letarg.
Księżna oparła się wygodnie o oparcie krzesła nie przerywając w recytacji Tradycji. Uśmiechnęła się tylko gdy Matilde odchrząknęła i wstała, przelotnie zerkając na swą przyjaciółkę. Wyjątkowo dobrze zaczęła tę noc i tak samo chciała ją zakończyć wiedząc, że spotkanie z Eleonore i Amelią będzie w 14 lutego ostatnią przed początkiem dnia. Ekscytowała się na samą myśl o uczynku Michelle - i to dzięki niej była tak niesamowicie przyjazna dla tej młodej wampirzycy. Jednakże, mimo ogromnej sympatii do Panny Bergavenny oraz faktu, że miały w swoich żyłach pokrewną vitae, nie mogła przecież wypuścić ptaka na wolność, gdy ten jeszcze nie był gotowy. Musiała się upewnić, że Malkavianka naprawdę jest gotowa - i nie zaszkodzi imieniu klanu. Zdobycie władzy to jedno, lecz utrzymanie jej mając za przeciwników między innymi Ventrue...
— Czy chciałabyś mieć kiedyś własną Domenę? — To tak właściwie nie było pytanie rzucone ot tak. Gdyby przed Jane siedział Arystokrata, takie przedstawienie wyglądałoby zupełnie inaczej, a sprawdzenie wiedzy praktycznej nie byłoby tak subtelne.
Panna Fosbery musiała udzielić Jane o wiele bardziej wyczerpującej odpowiedzi niż tak lub nie.
kolejka | 
  → Walter Wilkes
   → Amelia Fosbery
    → Wiktor Smiertin
     → David Knightley
      → Avery Blanchard
       → Leopold
        → ?
         → ?
   
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE
Odpowiedz

Wróć do „2142 10th Ave W, Seattle Children's Home”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron