Budynek McGraw Residential Treatment Program

#1
  Mieszkania. Tak po prostu. Najzwyklejsze mieszkania, pokoje, sypialnie dla niechcianej, chorej, cierpiącej gromady dzieci i młodzieży. Na parterze - będącym w sumie tylko zwyczajną recepcją, gdzie każdy może się zameldować czy nawet i ubiegać o własne cztery kąty lub łóżko - jest mnóstwo automatów do gier. Starych, podniszczonych, ale ciągle sprawnych i niemal wiecznie okupowanych przez maluchy; dyrekcja dba o to, by nie zabrakło monet i żetonów i nikt nie czuł się poszkodowany. Na wysłużonych fotelach i kanapach można usiąść i odpocząć, czytając komiksy bądź, jeśli ktoś ma taki kaprys, czasopisma czy nawet i książki. Kuchnia i stołówka nie są może szczególnie obszerne, bo ogrom stołów i ław i krzeseł (dary od większości szkół i, mimo oporów Jane by zachować placówką wolną od wiary, kościołów) ogranicza wolną przestrzeń to jednak każdy może tutaj zjeść proste, ale bardzo smaczne i sycące posiłki. Nikt nie zostaje z pustym talerzem!

A po wejściu na schody i wkroczeniu na jedno z kilku pięter wystarczy skierować się do jednych z naprawdę wielu drzwi, by poczuć się jak w domu. Ciasnym, małym, ale własnym, do tego dzielonym z "rodzeństwem". Dzieci do lat pięciu mieszkają po kilku osób w jednym pokoju, gdzie łóżka piętrowe i szafki to królestwo maluchów, a ściany i w jednym tajemniczym przypadku sufit są pomalowane farbkami. Drugie piętro do pokoje dzieci do lat trzynastu, trochę bardziej przestronne, ale na tym różnice się kończą, natomiast na ostatnim piętrze mieszkają już nastolatkowie i młodzież u progu dorosłości.

Ci pierwsi mają małe pokoje tylko dla siebie, ci drudzy mogą liczyć nawet na własne, choć niewielkie mieszkanko z kuchnią i prywatną łazienką. Wiąże się to jednakże z częstymi wizytami opiekunów, którzy sprawdzają czy wychowankowie SCH dobrze sobie radzą, zanim opuszczą sierociniec i zaczną żyć na własną rękę. Nawet wtedy, gdy opuszczą już numer 2142 na Dziesiątej Alei Zachodniej, ciągle będą tutaj mile widziani, jako goście, jako znajomi, jako dawni wychowankowie i, może nawet, przyszli pracownicy.

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program

#2
Kolejny budynek, już drugi który miała poznać w tym ośrodku tej nocy. Prezentował się i standardowo, i dość... specyficznie. Głównie przez te automaty do gier, które były w pewnym sensie uroczym, ale niestandardowym akcentem. Poza tym jednak wszystko w normie, można było usiąść, załatwić sprawy... Standard.
Nie miała jednak za dużo czasu się przyjrzeć, bo Molly prowadziła ją wyżej. Na trzecie piętro, gdzie ponoć żyła osoba z którą chciała porozmawiać tej nocy. Nie chciała nic załatwiać czy odbębniać - faktyczna rozmowa i poznanie potencjalnej... Podopiecznej było tym, co chciała osiągnąć. Jak to wyjdzie, czy zostanie odrzucona od razu, później, czy w ogóle, to wszystko było bardzo istotne. Widać było, że chciała być dobrej myśli, tak samo jak stres który ją pożerał. Ledwo co przecież słyszała jej głos! Dla osoby, która żyje cały czas w świecie dźwięku to byłą być może jedna z istotniejszych rzeczy, by się oswoić z drugim człowiekiem!
Czy ktoś tu był poza nimi? Raczej nie, było już dość późno i kierowały się prosto na trzecie piętro. Czy... mieszkała sama? Chyba nikogo przy tym nie obudzą, prawda? Chodziła jednak mimo to dość ostrożnie, by nie narobić hałasu. Jeszcze ktoś ma faktycznie lekki sen i narobią rabanu...
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarne jeansowe spodnie, rozpinaną z przodu kurtkę z kapturem w tym samym kolorze, i białą koszulą z kołnierzem pod spodem, której jednak nie było widać gdy się zapinała pod samą szyję. Na samych stopach miała wygodne buty sportowe

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program 02,15,99

#3
"Idź, zaraz przyjdę, tylko skończę." to ostatnie słowa, jakie Mould usłyszała od służki. Proste, wymowne, pozwalające na swobodne przejście dalej. Chyba.
- Łatwo poznać gdzie mieszka, prawda? - zadała retoryczne pytanie wiecznie uśmiechnięta i radosna aż do przesady Molly, gdy obie panie były już na właściwym piętrze. Miała jednak rację; nie trzeba było dopytywać się o numer pokoiku, czy też szukać w spisie, ani nawet prowadzić długiej i nudnej rozmowy. Wystarczył jeden rzut oka, by doskonale zrozumieć, że pod numerem dziewiątym mieszkała obecnie piętnastoletnia Selma Deacon, podręcznikowy wręcz przykład zbuntowanej nastolatki. Drzwi, choć zwyczajne, z jasnego drewna pociągniętego tanim lakierem, były także ozdobione odręcznymi rysunkami i malunkami nastolatki.
Dominowały pentagramy z trzema szóstkami, ale pełno było też nazwy zespołów oraz fragmentów piosenek, często bardzo wulgarnych (w mniemaniu młodej dziewczyny, rzecz jasna). Pod mosiężną dziewiątkę natomiast wepchnięta została karteczka z informacją, że nikogo nie ma, że trzeba pukać, że w ogóle nie warto tutaj wchodzić i tak dalej, i tak dalej. Molly zaśmiała się krótko, widząc tę kartkę.
- Jest w środku. - odparła wesoło. - Zawsze coś takiego przyczepia, chyba, że naprawdę wyszła. - zastukała kilka razy knykciami. Niezbyt głośno, bo mimo wszystko był wieczór, niektórzy mogli naprawdę iść spać, a jeszcze inni korzystali z wolnego czasu i po prostu chcieli odpocząć. Kiedy jednak kobietom odpowiedziała cisza, sekretarka zastukała drugi raz, tym razem mocniej. Mould usłyszała głośne, agresywne niemal tupanie i szczęk obracanej klamki, a potem w wąskiej szczelinie ujrzała bladą, wkurzoną twarz Selmy.
Włosy miała spięte w koński ogon, przez wyglądała na kilka lat młodszą. Nie było też psiej obroży na szyi.
- Masz gościa. - powiedziała spokojnie Molly i cofnęła się o krok, pozwalając, by Michelle mogła poprowadzić dalej rozmowę. Selma otworzyła szerzej oczy, nie tyle zaskoczona, co przerażona; wampirzyca widziała, jak jej blada skóra oblewa się mocnym, czerwonym rumieńcem. Ot, typowa, zwyczajna nastolatka jakich wiele. Nie będzie chyba tak źle... zwłaszcza, że fragment malutkiego pokoju, jaki Michelle widziała za Selmą, wyglądał naprawdę zwyczajnie.
Owszem, ściany zdobiły plakaty z najróżniejszych czasopism i gazet, ale już proste, drewniane meble były zawalone zeszytami i stosami pudełek z kasetami, a także kilkoma pluszowymi maskotkami, do których posiadania pewnie sama Deacon się nie przyznawała. Na biurku leżał jednak walkman ze słuchawkami,
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle?
 → Helena, Elena i Leopold?
  → Randy?
   → Chloe i Josh?
    → David?
     → Amelia?
      → Avery?
       → Zoya?
        → ?
         → ?

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program

#4
Zaraz przyjdę... Czy będzie wiedziała, gdzie ich szukać? Co najwyżej poczeka przy aucie albo w jakimś widocznym miejscu. Albo też jeszcze podejdzie do budynku. Nie powinno być to problemem. Przynajmniej jest to najmniejszy, z jakim dzisiaj będzie jej się dane zetknąć. Do tej pory wszystko szło jak należy.
Może Molly wykazywała wręcz niepokojący entuzjazm, ale tu akurat miała rację. Trudno było pomylić drzwi Selmy z jakimikolwiek innymi, i miała przy tym sporą szansę, że akurat trafi w te. Indywidualistka, albo przynajmniej za taką chce uchodzić... To dobrze... Um, tylko jeżeli będą wynajmowały to nie będzie mogła mazać czy skrobać po drzwiach. Jej to by nie przeszkadzało, ale właściciel byłby bardziej niż niezadowolony gdyby się zdecydował na inspekcje. Była jednak pocieszona, że przynajmniej część z tych zespołów kojarzyła. Te pozostałe mogły być trochę za ciężkie jak na jej gust, ale może się przekona? Jednak ona wolała słyszeć jakąś linię muzyczną za utworem, a nie przypadkowe uderzenia perkusji i palców o instrumenty. Ale... Jeżeli ona by takie coś preferowała...
Ona się bała pukać. Więc zrobiła to za nią Molly. Wymagało to dwóch prób, ale w końcu zza bogato ozdobionych drzwi dosłyszało się czyjeś gniewne kroki. Wiedziała kogo... Miło też, że słyszała te fragmenty informacji o niej.
I wyłoniła się. Blada dziewczyna, która wyglądała... Trochę inaczej. Tak jakby. Spięte włosy sprawiały, że w końcu wyglądała na swój wiek, albo wręcz na młodszą niż w rzeczywistości. Było to... Ciekawe. Trochę nawet rozczulające, gdyby nie była zestresowana. Jeden szczegół nie umknął jednak jej uwadze.
Dlaczego wyglądała na tak wystraszoną? Może to jednak zmieszanie, że ktoś przyszedł do niej o takiej porze? Um... Albo...
...Nie wiedziała co o tym myśleć, ale w głębi pokoju widziała trochę... Normalnych rzeczy. Nawet bardzo. Kiedyś lubiła sama zbierać pluszaki różnej maści, ale zostały... Tak.
I przyszedł ten moment. Pierwsza bezpośrednia interakcja między nią, a tą dziewczyną... dziewczynką...
-Cz-cześć... Widziałam Cię w trakcie występu i... Tak pomyślałam, że może... Mogłybyśmy porozmawiać?-Trochę nieskładnie, próbując utrzymać kontakt wzrokowy i uśmiech... Z różnym skutkiem, wyraziła swoją chęć do poznania Selmy. Nie byłaby jednak sobą, gdyby nie dodała paru rzeczy, ledwo powstrzymując tempo swojego głosu-Oczywiście jeżeli to... Jeżeli nie jesteś bardzo zajęta... I miałabyś ochotę
Nie, dość, wystarczy, bo powie jeszcze jakąś głupotę! I tak już bredziła od rzeczy, ale może zostanie wpuszczona do środka, zostawiona sama z... Tak, to był ten moment, gdy czyjeś oczy na jej plecach naprawdę dawały się we znaki. Może będzie nieco łatwiej jak... Wejdą, tak. Oby tak było!
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarne jeansowe spodnie, rozpinaną z przodu kurtkę z kapturem w tym samym kolorze, i białą koszulą z kołnierzem pod spodem, której jednak nie było widać gdy się zapinała pod samą szyję. Na samych stopach miała wygodne buty sportowe

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program 02,15,99

#5
Mould zabrnęła zbyt daleko, by teraz się wycofać. Nie mogła zrezygnować czy też poddać się, nawet mimo rosnącego stresu - może nawet i strachu - przed spotkaniem z dziewczyną. Selma miała trudne dzieciństwo, wychowywała się bez rodziców, w domu dziecka, była zbuntowanym i sfrustrowanym dzieckiem, ale miała jedną pasję, które z pewnością nie przeminie. Co innego kraść psom smycze, czy nosić ciemne, żałobne niemalże ciuchy i malować na drzwiach pentagramy, a co innego ryzykować wyłażenie do kuchni i łomotanie w garnki.
Ta dziewczyna chyba naprawdę lubiła muzykę.
- Okej. - mruknęła cicho Selma, otwierając szerzej drzwi. - Nie przeproszę za bałagan. - dodała pospiesznie, wchodząc głębiej do swego małego, ciasnego pokoiku który nie był wcale tak bardzo zagracony ani brudny. Usiadła po turecku na wąskim tapczanie pełniącym rolę łóżka i z tęsknotą spoglądała w stronę szarego, niedużego walkmana Sony. Molly weszła do pomieszczenia jako ostatnia i oparła się o ścianę przy drzwiach, z tym samym, lekkim uśmieszkiem na ustach. Była po prostu zadowolona, że ktoś odwiedził jedną z wychowanek, ot co!
Niestety, nie można było tego samego powiedzieć o nastolatce. Selma najchętniej by wyrzuciła wszystkich ze swojego pokoju i pewnie położyła się znowu, ze słuchawkami na uszach, słuchając kolejnego darcia strun i niszczenia perkusji. Otwarte pudełko nie należało do żadnego zespołu - ba, pełno takich kaset można kupić w Radio Shack i nagrać na nich wszystko - więc najpewniej była to jakaś składanka albo piracka kopia.
- Ale wiecie że jest późno i ja muszę jutro rano wstać bo do szkoły idę? - zapytała zaczepnie dziewczyna, unosząc nieco podbródek do góry. Molly pokiwała głową, w pełni zgadzając się z jej słowami, ale sama nic nie powiedziała. Milczała. Pozwalała, by to Michelle, jako przecież potencjalna prawna opiekunka, prowadziła całą rozmowę.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle?
 → Helena, Elena i Leopold?
  → Randy?
   → Chloe i Josh?
    → David?
     → Amelia?
      → Avery?
       → Zoya?
        → ?
         → ?

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program

#6
Na twarzy Michelle wymalował się wyraz ulgi. Więc dano jej szanse na... Właściwie to trudno powiedzieć co. Nawiązanie kontaktu, to chyba było to. Zdawała sobie sprawę, że drugiej mieć nie będzie, ale z drugiej strony powinna chyba zachowywać się naturalnie i... Potrafiła inaczej? Może, czasem. Ale czy teraz dałaby radę? Może się przekonają, może i nie.
Dalej zachodziła w głowę co było tak przerażającego w jej widoku. Bała się, że przyszła tutaj w związku z jakąś sprawą, czy jeszcze coś innego chodziło jej po głowie? Albo też było to coś zupełnie innego. W każdym razie, wyglądało na to, że tak jak szybko to przyszło tak i przeszło. Zostały wpuszczone do środka.
-Nie trzeba-Odpowiedziała odruchowo, nieśmiało postępując do przodu. Rozejrzała się na szybko i wcale nie było tak źle, jak można byłoby się spodziewać po takiej osobie. Nawet chyba czasem miała większy nieporządek u siebie, jak tak o tym myślała. Nawet za życia dużo sypiała w ciągu dnia, a w nocy robiła pozostałe rzeczy. Oczywiście na tyle, na ile pozwalał jej na to szkolny zgiełk.
Pochwyciła spojrzenie Selmy w stronę walkmana. Faktycznego, oryginalnego - co prawda coraz częściej można było zobaczyć na ulicach ich wersję CD, ale dalej był to dość solidny sprzęt. Michelle rozejrzała się za jakimś miejscem gdzie sama mogła by usiąść, nie naruszając jednocześnie osobistej strefy dziewczyny. Acz jeżeli nie znalazło by się jakiekolwiek krzesło, to pozostawał jej jedynie drugi skraj tapczanu. Ścisnęła do siebie nogi, postawiła futerał skrzypiec koło stóp, ułożyła ręce na udach. Jedna dłoń wyraźnie mocniej obejmowała drugą, ale przynajmniej udawało jej się utrzymywać kontakt wzrokowy z Selmą, która to postanowiła od samego wstępu rzucić jej wyzwanie.
-Tak... Przepraszam, ale wcześniej nie mogłam... Często zasypiasz z muzyką?-Zapytała, nawet nie złośliwie. Była faktycznie ciekawa, czy przy tych dźwiękach jest w stanie się zrelaksować na tyle, by zapaść w sen. Sama wzięła najpotrzebniejsze rzeczy więc nie miała już swojego, ale... Nie chodziło tu nawet o tempo czy intensywność, tylko o rodzaj dźwięku. Acz skrzypce... Również osiągały wysoką tonację.
Przy tej okazji przyjrzała się, jakie rzeczy akurat miała na sobie. Spanie w końskim ogonie... Chyba aż tak szybko się nie zbierała do snu. Tak...
...Miała sporo pytań. Chciałaby ją poznać, co sądzi o różnych sprawach, czego słucha poza tym co miała wyryte na drzwiach, jak się zapatruje na swoją grę na perkusji... Ale był ten klasyczny, a dla niej jeszcze bardziej ewidentny problem. Jak do tego dojść?
...Może wystarczy szczerze? Spokojnie... Na pewno będzie cicho i rozważnie. I z przerwami. Czyli tak jak zwykle. Taka biała myszka, niewinna, ale... Jak na "scenie" otwierała się, tak wydawało się, że teraz tylko trochę wygląda ze swojej norki. Bardzo chciała, ale jakby się obawiała, że postawi o jeden krok za dużo.
-...Mam nadzieję, że występ Ci się podobał. Po tym co... Masz na drzwiach... Muzyka klasyczna... Zwłaszcza z okresu baroku, ma trochę wspólnego z rockiem, metalem... Chociaż starałam się nie grać za ciężko. Ale... Czy Tobie by się to podobało? Takie połączenie klasyki z... czymś cięższym?-Stresowała się, i było to widać, ale nie odpuszczała mimo wszystko. I tak sięgnęła do najbardziej dla niej komfortowego tematu, jakim była właśnie muzyka. Uśmiechała się troszkę, ale na pewno sporo jej brakowało do dystyngowanego, klasycznego obrazu krwiopijcy którym media karmiły masy-Słyszałam, że miałaś okazję grać na perkusji. Podobało Ci się?
Tak. Nawiązywała do tego w sposób trochę... Nietypowy. Nie powiedziała jej wprost ani nawet nie wspomniała, że chodzi o adopcję. Bardziej jakby była zainteresowana... Współpracą? Zapewnieniem jej drogi rozwoju? Jedno drugiego nie wykluczało, oczywiście, ale jako forma nawiązania kontaktu, i personalnego i... artystycznego?
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarne jeansowe spodnie, rozpinaną z przodu kurtkę z kapturem w tym samym kolorze, i białą koszulą z kołnierzem pod spodem, której jednak nie było widać gdy się zapinała pod samą szyję. Na samych stopach miała wygodne buty sportowe

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program 02,15,99

#7
Krzesło było, a jakże. Znikało jednak pod stosem ubrań i poduszek, a na tym wszystkim leżał podniszczony wojskowy plecak z naszywkami. Tak zwana kostka miała sprany, zielonkawy odcień, w wielu miejscach była wytarta i wyglądała, jakby ktoś dosłownie wyciągnął ją ze śmietnika. Naszywki były różne, przedstawiały zarówno najpopularniejsze zespoły, jak i grupy których nazwy Michelle widziała pierwszy raz na oczy. Z pewnością były to jakieś półamatorskie, garażowe ekipy, które dopiero co zaczynają działalność.
Urok Seattle, w co drugim garażu można pewnie trafić na zespół, który chce być drugą Nirvaną czy Metalliką.
- Nightwish jest w porządku. - Selma wzruszyła ramionami w odpowiedzi na pytanie o sen przy muzyce jak i połączenie dwóch jej gatunków, co miało na celu ukazanie jak bardzo ma gdzieś tę rozmowę. - Nie jestem jakimś super pałkarzem, ale potrafią grać na garach. Lubię to. Mogę wyładować agresję, pani Doe mówi, że to dobrze, ale kto by jej tam wierzył. - wystarczyło jednak posłuchać nieco dłużej oraz spojrzeć na jej oczy by zrozumieć, że naprawdę muzyka jest jej pasją. Że podoba się jej wszystko, co dotyczy gry w zespole, a sama perkusja pozwala pozbyć się wszelkich negatywnych emocji.
Nie bez powodu powołała się na Księcia. W oczach wychowanków i pracowników sierocińca Jane Doe była wicedyrektorką, która spędza jakąś część nocy w Seattle Children's Home, dając z siebie wszystko. Nie jest chyba przesadą stwierdzenie, że ludzie albo ją uwielbiali, albo wprost nienawidzili. Bardzo rzadko można było spotkać śmiertelnika, która miał naprawdę obojętny stosunek do niej. Molly, na przykład, wydawała się ją ubóstwiać. Selma przeciwnie, aczkolwiek ona mogła odczuwać po prostu potężną niechęć do autorytetów.
- I... szału nie było, ale wyszło lepiej niż ten żenujący pokaz audiowideo, który w ogóle się nie odbył! - wypaliła nagle, podnosząc też głos. Co prawda nie była to żadna bezpośrednia pochwała ani wyraz wdzięczności, ale coś podpowiadało Mould, że dziewczyna w ten sposób właśnie chciała jej podziękować za koncert. "Och jej", jakie rzuciła cicho Molly mówiło natomiast znacznie więcej na temat wspomnianego pokazu, niż można było sądzić.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle?
 → Helena, Elena i Leopold?
  → Randy?
   → Chloe i Josh?
    → David?
     → Amelia?
      → Avery?
       → Zoya?
        → ?
         → ?

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program

#8
Tak, chyba właśnie krzesło miała na myśli gdy mówiła o bałaganie - było zawalone masą rzeczy, w tym dość sfatygowanym plecakiem który trzymał się chyba głównie siłą rozmaitych naszywek... Przesadzała, ale rzeczywiście był niepierwszej świeżości. Ale jeżeli był funkcjonalny...
Spoczęła więc na tapczanie. Nie chciała niczego przekładać w jej pokoju, to ona była tutaj gościem i powinna respektować jej przestrzeń. Już i tak chciała udowodnić, że jest niezależną indywidualistką, która wszystkich miała w głębokim poważaniu.
Ale przynajmniej podjęła temat, w ten swój zaczepny sposób. To Michelle zdawało się zadowalać.
-Jest, i jestem ciekawa w jakim kierunku pójdą... Trochę dlatego, że ostatnio nie jestem na bieżąco-Słuchała obu ich albumów... Ale to tyle, gdyż miała na głowie zupełnie inne sprawy. Jakoś to tak się zbiegło z poważnymi problemami które zajmowały większość jej czasu. Cieszyła się też z tego co widziała w jej oczach. Coś mogło z tego ciekawego wyjść, nawet przy jej nastawieniu do innych
-Wydaje mi się, że ma rację... Ale najważniejsze jest to, co się czuje. Muzyka bez emocji to... smutny żart-Dosłownie przez moment zdawało się, że Michelle chciała użyć jakiegoś innego słowa, prawdopodobnie znacznie cięższego, być może nawet wulgarnego, ale ugryzła się w język. Już jednak samo to wystarczyło, by się trochę zmieszała, jakby sama myśl wprawiała ją w zakłopotanie-...Wiesz, umiejętności można wyćwiczyć, ale to są tylko... I aż narzędzia. Bez zapału i pasji są bezużyteczne, ale jak już one są, to może wyjść z tego... coś fajnego... Tak przynajmniej myślę-Nieco się speszyła, ale przez połowę brzmiała na całkiem przekonaną o tym o czym mówiła. Jakby to, co chciała przekazać wynikało z jej własnego doświadczenia. Chciała jej zasugerować, żeby nie odpuszczała i dalej się w tym rozwijała.
Nie wiedziała przez moment co powiedzieć. Przyglądała się Selmie, która się uzewnętrzniała w bardzo zakamuflowany sposób. Przy tej okazji Michelle się zastanawiała nad obecnością Molly... To standardowa procedura? Oceniała, czy faktycznie Selma będzie w stanie współpracować z nią? A może testuje ją, czy będzie na tyle bezczelna by zjednać ją sobie nadnaturalnymi sposobami?
Nie skupiała się jednak na tym, tylko na swojej potencjalnej podopiecznej. Mruknęła smutno, ramiona jej trochę opadły, oczy wyrażały współczucie, ale i... wdzięczność?
-Tak, słyszałam o tym... Wielka szkoda. Cieszę się, że mogłam chociaż trochę wam to wynagrodzić-Też bezpośrednio jej nie podziękowała za "pochwałę", ale widziała i kątem oka w trakcie koncertu, i teraz, że w jakimś stopniu jej się podobało-Brakowało tylko tego wideo, ale... Mogłam jednak ubrać moją czarną suknię. Nie wiedziałam właśnie czy ubrać się oficjalniej czy może... Klimatyczniej. Aż tak często nie występuję... Trudno było mi wyczuć-Czuła w kościach, że nie powinna sama tyle mówić, tylko też trzeba było pozwolić Selmie by wtrąciła swoje trzy grosze. W końcu chciała ją poznać!
-W sumie... Myślałaś, by się bardziej w tym rozwijać? Zakręcić się wokół jakiegoś zespołu... Jakbyś miała taką możliwość?-Pewnie, nie było co się spodziewać... Czegokolwiek. Grę na garnkach trudno przyrównać do prawdziwej perkusji... Chyba. Brzmiało to nawet dla niej trochę śmiesznie, ale kto wie? Może miała przed sobą prawdziwy talent. Chciałaby go wysłuchać, popatrzeć jak pracują jej ręce, stopy... Jaka jest jej koordynacja.
Gdyby jednak zaczęła jej wypominać, że jest przecież w bidulu, że na co ona sobie może pozwolić w tej dziurze... Powtórzyłaby. "Jakbyś miała taką możliwość". Nie jako pytanie, a bardziej stwierdzenie.
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarne jeansowe spodnie, rozpinaną z przodu kurtkę z kapturem w tym samym kolorze, i białą koszulą z kołnierzem pod spodem, której jednak nie było widać gdy się zapinała pod samą szyję. Na samych stopach miała wygodne buty sportowe

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program 02,15,99

#9
Molly poruszyła się niespokojnie, tak, jakby chciała coś dodać, wtrącić się do rozmowy, zabrać głos.
Opanowała się jednak i zdobyła się tylko na niezbyt wymowne westchnięcie. Selma zmierzyła ją nienawistnym spojrzeniem, tak, jakby chciała powiedzieć "nie wtrącaj się", czy coś takiego. Ta relacja, bo tak to można było określić, naprawdę pasowała do zbuntowanej dziewczyny i jej opiekunki, choćby i tymczasowej. Napięcie między jedną a drugą było wyczuwalne. I chyba tak było w większości przypadków, może tylko najmłodsi, którzy jeszcze nie do końca orientowali się w świecie, żywili naprawdę ciepłe uczucia do pracowników bidula.
Chwilę później jednak, gdy Michelle zaczęła opowiadać o muzyce, o emocjach, o ćwiczeniu umiejętności oraz o zapale i pasji, jakie są niezbędne, twarz nastolatki znowu oblała się rumieńcem. Ona doskonale rozumiała, o czym mówi siedząca przed nią albinoska! Wiedziała, czym jest pasja, ta niemal niezdrowa fascynacja tematem! Selma Deacon uśmiechnęła się! Chyba nawet zorientowała się, że istnieje możliwość - drobna szansa - że uda się jej wyrwać z tego miejsca. Że będzie miała dom.
- A kto mi pozwoli dołączyć do bandy? - zapytała głośno, ciągle się uśmiechając, jednak uśmiech ten z każdą chwilą stawał się coraz mniejszy. - Jestem gówniarą, którą trzeba chronić, bo wpadnie w złe towarzystwo, bo seks, bo dragi, bo alko. - ponownie spojrzała nienawistne na Molly. Sekretarka, do tej pory wesoła i pogodna, spochmurniała. Chyba jako reprezentantka sierocińca poczuła się urażona. A przecież wszyscy w Seattle Children's Home chcieli tylko dobra wychowanków. Inną sprawą było to, że wychowankowie mieli na ten temat inne zdanie... jak Selma właśnie.
- Chciałabym mieć własne gary. Centralę, kotły, talerze, wszystko, ale nie mam kasy, nie mam miejsca, nic nie mam. Nigdzie nie mogę sama iść! Nie chodzi mi nawet o Krakena, ale o Tractor! To przecież blisko... - nastolatka dodała już ciszej, znacznie żałośniejszym głosem, a uśmiech gdzieś zniknął. Wspomnienie o The Kraken Lounge oraz Tractor Tavern, dwóch z bardzo licznych w Seattle knajp, było ważną informacją. Nie były to jednak miejsca dla dziecka, a dzieckiem właśnie była Selma.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle?
 → Helena, Elena i Leopold?
  → Randy?
   → Chloe i Josh?
    → David?
     → Amelia?
      → Avery?
       → Zoya?
        → ?
         → ?

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program

#10
Napięcie pomiędzy Selmą a Molly było wyczuwalne. Na pewno parokrotnie i z nią były spięcia na linii... Dość typowych problemów nastoletnich. Zdawała się być pośrednikiem pomiędzy panią Doe a resztą świata, może nawet była jej ghoulem... Nie chciała uprzedzać faktów, na pewno nie teraz. W takich sprawach należy mieć stuprocentową pewność zanim się choćby otworzy usta. Zresztą, już w mniejszym stopniu się nad tym zaczęła zastanawiać, ponieważ...
...Nareszcie był złapany kontakt, wreszcie! Muzyka rzeczywiście zdawała się być tym łącznikiem między nimi... Młoda, ale już czuła w sobie ten płomyk, który najchętniej skierowałaby w stronę czegoś twórczego! Nie miała tylko pojęcia czy wraz z tym szedł w parze rzeczywisty talent, ale... Czy to miało aż takie znaczenie? Czy chciała wychować mistrza, czy najważniejsze było by zapewnić chociaż jednej osobie z tego miejsca przynajmniej cień szczęśliwego życia?
Dawało jej to przede wszystkim nadzieję, że jest możliwość porozumienia się z nią. Będzie to trudne, ale była już jakaś podstawa wokół której będzie można pracować. Była szansa by uczynić ją szczęśliwą, ale z drugiej strony mogła sobie tym jeszcze bardziej zaszkodzić. Michelle znała takie osoby.
I żadne niknięcie uśmiechu, chociaż bolesne, trudno było porównać do tego faktu, który od zawsze tkwiła w jej głowie, mniej lub bardziej świadomie. A jej samotność wcale nie pomagała od tego uciec, wręcz przeciwnie. Słuchała Selmy z narastającą troską. Bardzo chciała wyjść do ludzi, zacząć żyć jak swoje wyobrażenie artysty rocka czy metalu. Właśnie dlatego było to niebezpieczne, ale też jeśli chciała osiągnąć jakiś sukces...
Zastanawiała się chwilę co, czy też w ogóle mówić. Już czuła coś dziwnego - niemal chciała przytulić Selmę, która to zaczęła się przed nią otwierać i łamać nad swoimi rozterkami.
-...Wiem, że jest to do wykonania... ale takie miejsca są zdradliwe... niezależnie od wieku... Trochę widziałam... I...-Uśmiechnęła się gorzko, patrząc dość intensywnie na nastolatkę. Mimo to zachowała się w niej lekka pogoda ducha, albo to też była zasługa zaprzestania zaciskania swoich dłoni-...sama jestem efektem jednego z takich wypadów. Moja matka jest piosenkarką i... Tak któregoś razu wyszło, nawet nie pamiętała z kim... Miała siedemnaście lat... Ale to nic, nieistotne-Pomachała ręką, jakby nie wiedziała po co to porusza i przepraszała, że w ogóle o tym mówiła. Ponownie jakby się zaczęła kulić w środku.
-Pewnie Ci to mówili setki razy, że to jeszcze nie czas, że możesz zmarnować sobie życie, i... Mnóstwo innych rzeczy... Mnie by za sto pierwszym trochę to... Irytowało... Ale czy jesteś w stanie mi powiedzieć prosto w oczy, z pełnym przekonaniem i pewnością, że oprzesz się każdej z tych pokus które wymieniłaś, i nie dasz się im zniewolić?-I nagle - popatrzyła prosto na nią. Siedziała wyprostowana, utrzymując kontakt wzrokowy z Selmą. Spoważniała, a uniesione kąciki ust były chyba tylko bezwładnym cieniem wcześniejszego uśmiechu.
-Bo jak się w któreś z nie wpada... Może to nie koniec, ale naprawdę komplikuje życie, dopóki się z tego nie wyjdzie. A granica kontroli jest cienka... Zwłaszcza, gdy są przyjemne...-Próbowała się chociaż trochę rozpogodzić, nawet jeśli w oczach migał smutek. Wtedy też uniosła prawą dłoń do swoich ust, w końcu opuściła oczy, acz tylko na moment. Zmieszanie, dość duże. Wycofała się-Przepraszam, mogło mnie trochę... Chciałabym po prostu... Dać Ci szansę, Selma. Jeśli Ty też byś mi dała, może razem... Z głową... Udałoby nam się stworzyć coś... Fajnego?-Przekrzywiła lekko głowę, przypatrując się jej. Znowu. Tak, teraz to zdecydowanie był moment, by to ona coś powiedziała. O ile wcześniej nie wcięła jej się w słowo.

Wychodziła do przodu z inicjatywą, a gdy zaczynała trochę za bardzo się uzewnętrzniać - chowała się, by ponownie wychylić ze skorupki. Była całkiem szczera, ale balansowała pomiędzy tymi dwoma postawami. Ten dualizm mocno się zazębiał w pewnym punkcie. Robiła to z myślą o tym, by dojść z tą dziewczyną do porozumienia.

KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarne jeansowe spodnie, rozpinaną z przodu kurtkę z kapturem w tym samym kolorze, i białą koszulą z kołnierzem pod spodem, której jednak nie było widać gdy się zapinała pod samą szyję. Na samych stopach miała wygodne buty sportowe

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program 02,15,99

#11
Każdy szczegół może być ważny.
To prawda, każdy szczegół jest ważny. Liczą się właśnie detale. Drobnostki, które umykają, gdy patrzy się na cały obraz. Michelle była nieumarłym potworem, monstrum spijającym krew żywych ludzi, koszmarem który kroczył ciemnymi uliczkami miast - ale nie była tak naprawdę zła. Robiła to, bo musiała. Nie miała innego wyjścia. Bestia oczywiście miała na ten temat inne zdanie, ale jakimś cudem Mould panowała nad tą mroczniejszą stroną swej duszy. Teraz zaś, ostrożnie i uważnie spoglądając na nastolatkę, miała już pewność.
Selma Deacon nie tyle posiadała instynkt samozachowawczy, co robiła wszystko w jego granicach, ale nigdy nie przekraczając tego punktu bez odwrotu. Była młoda, jednakże wywodziła się z takiego, a nie innego środowiska i doskonale wiedziała, co się z nią stać gdy trafi w nieodpowiednie towarzystwo, mówiąc delikatne. Każdy jej gest, każde spojrzenie i uśmiech (bądź też jego brak) mówiły wystarczająco dużo.
Rozumiała słowa Michelle. Rozumiała tę białą, siedzącą obok kobietę. Wiedziała, czym może grozić wyjście do klubu, gdzie średnia wieku wynosi więcej, niż lata które sama przeżyła na tym świecie. A mimo to... Selma Deacon chciała tam iść. Czuła lęk, znała ryzyko - w końcu sama wypowiedziała maksymę sex, drugs and rock'n'roll - ale chciała najwyraźniej czuć więcej. Chciała wiedzieć, że żyje. Że może tam być sobą, dziewczyną, którą fascynuje muzyka. Molly skrzywiła się nieco, ale znowu, nie komentowała. Była milczącym obserwatorem.
- Mówisz jak pani Doe. - burknęła cicho, z wyrzutem, jak dzieciak któremu dorosły zabrania czegoś szalonego, głupiego. Nie było to złe, skądże znowu. Mould zyskała bowiem potwierdzenie, że Książę tego miasta, że Jane Doe, nie jest wcale potworem dręczącym dzieciaki, ani jakąś socjopatką. Była Świrem, to prawda, ale to wszystko. Jej szaleństwo najwyraźniej objawiało się troską o dzieci, czy coś takiego... a dzieci jak to dzieci, różnie to odbierały. Czasem lepiej, czasem gorzej.
- Wspólne tworzenie muzyki? - zapytała, mrużąc nieznacznie oczy. - Czy podstawowej komórki społecznej zwanej rodziną? - kolejne pytanie, tym razem zadane znacznie bardziej podejrzliwym tonem. W tych słowach i sposobie, w jaki pytała Selma, Michelle mogła jednak wyczuć nadzieję, ale także i strach, tak normalny i rzeczywisty. Molly natomiast, gdy usłyszała bezpośrednie pytanie, aż odetchnęła z ulgą. Chyba o tym właśnie mówiła Książę; to dzieciak musi zaakceptować opiekuna, to dzieciak właśnie wyraża zgodę na adopcję. Nie odwrotnie.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle?
 → Helena, Elena i Leopold?
  → Randy?
   → Chloe i Josh?
    → David?
     → Amelia?
      → Avery?
       → Zoya?
        → ?
         → ?

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program

#12
...mimo to, zawsze pozostaje ten element mroku, który jeżeli się spuści z oka może subtelnie, niepostrzeżenie zacząć się rozrastać. Cienkimi żyłkami opanowywać coraz większą powierzchnię, niezauważalnie otaczać całość jak do złowieszczego uścisku. A gdy przyjdzie odpowiedni moment - napiąć muskuły i wydusić całe światło, pozostawiając pustą skorupę, gotową do przyjęcia nowego lokatora...
Robiła wszystko, by tego uniknąć. Do tej pory całkiem skutecznie, ale ile jeszcze wytrzyma? Miała na swoim sumieniu różne grzechy, i powoli coraz więcej rzeczy stawało się bardzo ponurą, odrażającą, ale jednak codziennością. Przynajmniej dalej czuła odrazę... I smutek.
Co jednak czuła, czy też widziała u Selmy? Czuła niepokój, bo widziała... Była doświadczona, ale balansowała w ramach tej granicy. Igrała, czy też chciała igrać z ogniem, i nawet jak na razie jej wychodziło, wystarczy tylko jeden nieodpowiedni krok... Kto jak kto, ale każdy spokrewniony wiedział jak bardzo ryzykuje każdej nocy. Wychodząc, posilając się... Próbując przeżyć czy cokolwiek załatwiając. Czasem po prostu łatwiej byłoby się położyć i już nigdy nie obudzić... Może dlatego ponoć niektóre wampiry tak robią?
Miała jednak świadomość co może się z nią stać. To dobrze, wbrew pozorom. Może dlatego była taka wkurzona na wszystko. Powtarzano jej to z czego zdawała sobie sprawę, to każdego może wyprowadzać z równowagi. Ale jak można inaczej gdy się widziało taką ćmę, która uparcie chce latać wokół płomienia? Jane to wiedziała. Ona to wiedziała. I Selma wiedziała, że one wiedzą.
Mimo to, jak mogła się do tego odnieść? To był taki kołek, który nie wiadomo było jak obejść, by się jeszcze bardziej nie zagrzebać
-Być może... ale chyba sama dobrze wiesz... mamy powody by tak mówić. Ma to... więcej związku z zaufaniem do innych niż do Ciebie...-Zamknęła oczy, wciągnęła ustami powietrze... Powoli wydostało się ono zresztą tą samą drogą. Ciężkie westchnięcie, pełne bólu, z nutką goryczy...-...Właściwie jego brakiem do innych
Była pewna, że Książe widział to samo co ona, albo nawet więcej. Ona widziała na własne oczy co się dzieje z ludźmi którzy dają się pożreć swoim żądzom. Ale Selma dalej była podatna na wpływy innych. A w nocy były one znacznie silniejsze. Świadomie to wiedziała, ale ta natura, chęć życia tak jak ona chciała, indywidualizm... To ją zżerało od środka. Była zresztą bystra. W końcu się zorientowała. Zapytała, wprost. Podejrzliwie... Skąd ta podejrzliwość? Czy... Nie chciała?
-...Pamiętasz jak mówiłam o narzędziach i emocjach?-Uniosła oczy. Zmieszała się, nie spodziewając się takiej bezpośredniości-Tych pierwszych... Może nie mam wszystkich, ale powinny wystarczyć. W razie potrzeby... Postaram się bardziej. A tych drugich... Długo myślałam nad tym, i... Nie byłam pewna, czy jestem wystarczająco... Dobra. W końcu sama nie mogę mieć dzieci... I mam inne problemy zdrowotne... Jeden z nich widać... Ale może jednak jestem w stanie sprawić, że ktoś będzie szczęśliwy?-Mówiła coraz bardziej... Z przerwami. Przeżywała to dość mocno... W tak krótkim czasie poczuła z tym dziewczęciem jakaś dziwną więź. Czy nie była do niej troszkę podobna? W pewnych aspektach tak, a z drugiej... Były jak ogień i woda. To było całkiem... Fascynujące. Chciała poznać ją bardziej, otoczyć ją opieką, być przyczyną tego, że zacznie rozkwitać jako artysta i jako osoba... Chciała... być dla kogoś przydatna... być w ogóle przydatna...
-...Daleko mi do ideału... Ale może wspólnymi siłami udałoby nam się... Tworzyć i jedno i drugie?-Uśmiechnęła się... Jej głos lekko się załamał przez moment. Na wszelki wypadek znowu przymknęła oczy, na dosłownie chwilę, by trochę się ogarnąć... I wewnętrznie i zewnętrznie-Nie chcę Cię do tego zmuszać... Ale po tej krótkiej rozmowie, myślę że... Chciałabym... Mogę dać Ci trochę czasu, przyjść jutro, pojutrze...-Dawała jej trochę przestrzeni. Ba, tyle, ile tylko potrzebowała! Nie musiała podejmować decyzji teraz, mogła myśleć o tym ile tylko jej dusza pragnęła. A nawet jeśli powie jej nie - uszanuje to. Jej dłonie, splecione wokół siebie, zdradzały jednak wszystko - bardzo to przeżywała i denerwowała się. Może nawet bała się tego, co ta młoda istota obok niej odpowie, czy co myśli.
Odsłoniła się. Ale czyżby?
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarne jeansowe spodnie, rozpinaną z przodu kurtkę z kapturem w tym samym kolorze, i białą koszulą z kołnierzem pod spodem, której jednak nie było widać gdy się zapinała pod samą szyję. Na samych stopach miała wygodne buty sportowe

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program 02,15,99

#13
Tak różne, a zarazem tak bardzo do siebie podobne. Michelle była trupem, ożywionym starożytną klątwą potworem. Selma była dzieckiem, które doświadczyło krzywdy i buntowało się przeciw wszystkiemu. Brak zaufania do innych okazał się niemal idealnym argumentem. Nastolatka zmarszczyła czoło i wygięła usta w podkówkę, w tak dziecinnym, acz zupełnie dla niej normalnym geście. Choć swoje przeżyła, to ciągle była dzieckiem. Mniej lub bardziej naiwnym. Potrzebowała kogoś, kto wskaże jej drogę i wytłumaczy pewne sprawy - tak, jak to właśnie robiła Michelle.
Molly była milczącym obserwatorem. Nie łączyły ją tak po prawdzie żadne większe więzy ani z Mould, ani z Deacon, może poza oficjalnymi - w końcu była pracownicą Seattle Children's Home - i dzięki temu miała chyba najlepsze prawo do wypowiedzenia się na temat jednej i drugiej dziewczyny. Ta żywa naprawdę potrzebowała pomocy, ta martwa zaś chciała zaoferować pomoc. Wyciągnęła metaforyczną dłoń do zbuntowanej nastolatki. Otworzyła się, a Selma odpowiedziała jej tym samym. Łagodny, acz szeroki uśmiech na twarzy sekretarki wyrażał więcej niż tysiąc słów.
Ona już wiedziała.
Nie odezwała się jednak. Westchnęła tylko po raz kolejny, zadowolona i najwyraźniej szczęśliwa. Gdzieś za ścianą, w sąsiednim pokoiku, dało się słyszeć ciche pukanie do drzwi. Moment później skrzypnęły zawiasy u sąsiada, ale ani Molly, ani Selma i chyba Michelle też nie zwróciły na to uwagi. Bo były ważniejsze rzeczy, niż przejmowanie się sąsiadami. Nastolatka parę razy otwierała i zamykała usta. Potrząsnęła nawet głową, nie wiedząc, jak zacząć. Zaczęła więc skubać róg poduszki i trwało to przez kilka naprawdę długich chwil; nie była to jednak niezręczna, nerwowa cisza.
- Nie. - odezwała się w końcu, ale praktycznie natychmiast oblała się rumieńcem. - To znaczy tak. I nie. Nie potrzebuję czasu! Chciałabym czegoś spróbować! - poprawiła się szybko, ciągle z czerwonymi policzkami. Oczy jej błyszczały, utkwione w Michelle. Zrzuciła maskę, ukazując prawdziwą twarz, jeśli można w ogóle coś takiego powiedzieć. Chciała iść z Mould. Chciała się stąd wyrwać. Chciała grać. Żyć. A potem ktoś zastukał kilka razy do drzwi. Szybko. Nerwowo, niecierpliwie. Tylko Margaret mogła coś takiego zrobić, no i tylko ona mogła chyba teraz przyjść do pokoju...
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle?
 → Helena, Elena i Leopold?
  → Randy?
   → Chloe i Josh?
    → David?
     → Amelia?
      → Avery?
       → Zoya?
        → ?
         → ?

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program

#14
Mogła zobaczyć jak Molly się uśmiechała. Nie udało się z wielu powodów - emocje wzięły górę, i Michelle była teraz skupiona na w gruncie rzeczy niewiele młodszej istocie przed nią. Pamiętała jak starsze wampiry gardziły żywymi, uważając je jedynie za trzodę którą wręcz należy wykorzystywać. Zręcznie, subtelnie, ale jednak. I nie przejmować się ich... Stanem... Dla niej było to co najmniej abstrakcyjne. Wszyscy spokrewnieni byli przecież kiedyś ludźmi! Czy ta przeklęta... Klątwa niczego ich nie nauczyła? To nie jest błogosławieństwo... Albinoska gardziła sobą jeszcze bardziej od momentu gdy stała się tym czymś. Ale mimo to chciała zrobić coś dobrego... Wykorzystać to w jakimś celu, który by sprawił komuś radość.
Może i dobrze, że tak się stało? Będzie miała okazję... Może... Jeżeli się zgodzi. Jeżeli zaufa jej na tyle, by chwycić jej rękę i dać się poprowadzić przed mroczne odmęty nocy... Widać było, że jej też sprawiało to problem. Nie mogła się zdecydować, miała problem z przełamaniem się, albo ujęciem tego tak, by potem nie wstydziła
Na chwilę jej odruch zastygł. Dosłownie na moment stała się niemal posągiem, co na szczęście dało się wytłumaczyć jeszcze w granicach ludzkich norm. Potem jednak Selma zaczęła się tłumaczyć, wyjaśniać... Tak nagła zmiana emocji nie mogła odbić się bez echa.
Michelle zaśmiała się. Był to śmiech ulgi, dalej podsycony lekkim zdenerwowaniem - ale przede wszystkim ulgi. Ucieszyła się, że tak to wyszło. Z jakiegoś powodu to otwarcie się na nią rozpogodziło jej nieruchome serce. Mogłaby niemal przysiąc, że zrobiło jej się ciepło na piersi... Pewnie to była tylko jej głowa. Chciałaby... Naprawdę by chciała... Tak się poczuć...
Przynajmniej ona to czuła. Na pewno w jej piersiach serce biło intensywnie, policzki rozgrzewały... Oczy świeciły młodzieńczym blaskiem...
-Selma... Dobrze... Bardzo się cieszę...-Zanim albinoska zupełnie się rozpłynęła jej uwaga przeniosła się na drzwi. Chyba poznawała to pukanie, i domyślała się co mogło ono oznaczać.
-To pewnie Margaret... Moja przyjaciółka, mieszka ze mną. Bardzo mi pomaga...-Michelle z rozrzewnieniem wspomniała o swojej służce, które pewnie już wypełniła co tylko mogła i chciała przejść dalej. A może już zbliżał się czas, gdzie powinny załatwić inne sprawy? I tak teraz się stąd nie ruszy, potrzebowała czasu na spakowanie rzeczy... Oh, trochę za długo to trwa!-Otworzę, dobrze?
Michelle podniosła się. Była szansa, że mógł to być ktoś inny, ale... Kto jeszcze mógłby? Książe? Może już wróciła z tych spraw... Nie, wolała by nie, tego rodzaju pukanie nie zwiastowałoby zbyt dobrze...
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarne jeansowe spodnie, rozpinaną z przodu kurtkę z kapturem w tym samym kolorze, i białą koszulą z kołnierzem pod spodem, której jednak nie było widać gdy się zapinała pod samą szyję. Na samych stopach miała wygodne buty sportowe

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program 02,15,99

#15
Selma wzruszyła obojętnie ramionami. Dla niej nie miało to wielkiego znaczenia, kto otworzy drzwi jej małego pokoiku - i tak robiło się tłoczno. Kolejna osoba nie zrobi wielkiej różnicy, najwyżej Molly będzie musiała się przesunąć, udostępnić wolny kawałek ściany, by gość mógł się swobodnie oprzeć. Bo usiąść praktycznie nie było już gdzie; chyba, że na podłodze. Lub blacie biurka. Michelle pospieszyła więc do drzwi, a gdy je otworzyła, ujrzała zmęczoną, acz całkiem zadowoloną twarz Margaret.
Stała w progu, z grubym plikiem dokumentów wciśniętym pod pachą. Kilka pierwszych kartek było troszeczkę pogniecionych, ale nie wygląd się liczył. Treść była tutaj najważniejsza; to właśnie mozolna, ciężka praca zajęła służce tyle czasu. Śmiertelniczka kiwnęła głową na powitanie i wyciągnęła dokumenty, machając nimi tryumfalnie. Dopiero potem rozejrzała się po pokoiku, zatrzymując wzrok nieco dłużej na biurku, gdzie leżał walkman i na dziewczynie, wyraźnie nie nawykłej do takiej ilości osób, a także na samej nieumarłej. To w końcu ona była jedną z dwóch najważniejszych osób.
Selma była drugą.
- Zostały tylko pola do wypełnienia przez personel ośrodka. Kilka minut roboty, może nawet mniej. - odparła, wręczając papiery sekretarce. Molly z szerokim uśmiechem je przyjęła; spojrzała też wymownie na Michelle i Selmę, a następnie pogrążyła się w śmiertelnie nudnej, techniczno-prawnej rozmowie ze służką. Margaret westchnęła, bo nie miała w sumie innego wyjścia, i zaczęła odpowiadać cicho na wszelkie pytania. Raz czy dwa razy sama nawet spytała o kilka drobiazgów, ale nie było to nic ciekawego.
- Mogę?- spytała cicho Selma, wskazując ręką na futerał ze skrzypcami. Można było się zastanawiać, kiedy w końcu padnie pytanie o instrument wampirzycy, z którego przecież nie tak dawno wydobyto cudowne dźwięki. Kątem oka jednak spoglądała co i rusz na sekretarkę i służkę swej przyszłej opiekunki. Oczywiście nie wiedziała, czym naprawdę jest Michelle i kim jest Margaret, ale nie miało to zbyt wielkiego znaczenia.
- Nie zepsuję. Naprawdę. - dodała pospiesznie, spuszczając wzrok i wpatrując się w nogi krzesła zasypanego ciuchami i resztą śmieci.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle?
 → Helena, Elena i Leopold?
  → Randy?
   → Chloe i Josh?
    → David?
     → Amelia?
      → Avery?
       → Zoya?
        → ?
         → ?

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program

#16
Tak, to była Margaret. I to już w właściwie gotowymi dokumentami! Przynajmniej z ich strony. Być może by sobie sama z tym poradziła, ale zajęłoby to znacznie dłużej, a przecież do tego trochę im się spieszyło. Miały trochę pracy, a też nie mogły przetrzymywać Selmy. Jutro faktycznie miała szkołę... Chyba? Tak, był dzisiaj poniedziałek. Na pewno, bo wczoraj nie dość, że walentynki, to jeszcze niedziela. To by się zgadzało.
-Świetnie, bardzo Ci dziękuję Margaret-Michelle była faktycznie wdzięczna. Słyszała raz, że wampiry różnie traktują swoje sługi, ale... mistrzyni nie była dla nich zła ani okrutna. Zdawało się, że nie były one tylko i wyłącznie narzędziami. Czuły zresztą, przywiązywały się, zdawały się wręcz kochać swoich panów. Jak można odtrącać i wykorzystywać kogoś takiego? Jak takie osoby mogły potem spojrzeć w lustro? Może niektóre nie umiały... Kto wie. Ona wolałaby zachować taką zdolność.
Więc Margaret i Molly kończyły formalności. Michelle przez chwilę stała przy drzwiach, a jedna osoba której imię w tym pokoju nie zaczynało się na M dalej siedziała na łóżku i...
Jej bezpośredniość onieśmielało trochę Michelle. Ale teraz zapytała, czy mogła... Właśnie, co chciała zrobić z rzeczą, która była jej tak bliska?
-Ummmm... Pewnie-Albinoska próbowała uśmiechnąć się krzepiąco. Następnie próbowała wyplenić to ziarno niepewności, które paradoksalnie zostało zasiane w momencie gdy została zapewniona o daleko idącej ostrożności dziewczyny. Uśmiechem-Nie widzę powodu dla którego miałabyś...
Spokrewniona przykucnęła przy futerale. Nie otworzyła go - zamiast tego przekazała go Selmie, kładąc go odpowiednią stronę na jej kolanach, czy też asystując przy robieniu tego. Raczej nie powinna mieć problemu z otworzeniem go, ale oczywiście zamierzała pomóc gdyby tylko pojawiły się jakieś problemy.
-...poza strunami i smyczkiem... Wszystko jak gdy zaczynałam...-Albinoska z troską i rozczuleniem patrzyła na instrument. Lekko już sfatygowany, ale było to zrozumiałe - znajdowały się na gdzieniegdzie zarysowania, ale sam w sobie był bardzo zadbany. Ale nie tylko o to chodziło. W całej tej scenie było coś bardzo... uroczego i podniosłego. Nie spodziewała się, że w tak młodym wieku niejako stanie się patronem kogoś... Przecież niewiele młodszego od niej. Chociaż może to za duże słowo? Bardziej otoczy ją... Przyjacielską opieką. Tak, chyba tak.
Usiała sobie obok niej, pozwalając, by się przyjrzała. Może nawet spróbowała coś zagrać? Spodziewała się... Całkiem wysokich dźwięków w takim wypadku, ale nie zdziwiło by ją to - gra na skrzypcach wymagała dużego wyczucia.
Wolała jednak nie dotykać Selmy, w miarę możliwości. Zdawała sobie sprawę, że była dość... obmierzła w obyciu. Nawet jeśli nie tak mocno jak inne wampiry, to dalej... Nie chciałaby jej wystraszyć. A na pewno nie wtedy, kiedy trzymała jej jedynego przyjaciela na kolanach albo w dłoniach.
Nieco się obawiała, ale... Dała jej duży kredyt zaufania. Cieszyła ją jednak fascynacja i zainteresowanie. I pragnęła ją pielęgnować. Na razie jednak dała jej wolną rękę.
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarne jeansowe spodnie, rozpinaną z przodu kurtkę z kapturem w tym samym kolorze, i białą koszulą z kołnierzem pod spodem, której jednak nie było widać gdy się zapinała pod samą szyję. Na samych stopach miała wygodne buty sportowe

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program 02,15,99

#17
Dwie dorosłe i śmiertelne kobiety były pogrążone w cichej rozmowie. Nie zwracały obecnie zbyt wielkiej uwagi na to, co się działo - dosłownie - na wyciągnięcie ręki dalej. I dobrze, bo ostatnim, czego Selma potrzebowała, były natarczywe spojrzenia kolejnych par oczu. Nastolatka otworzyła się, wyraziła chęć współpracy mimo całej swej buntowniczej, szorstkiej czy wręcz chamskiej natury. Szkoda byłoby to wszystko zaprzepaścić... Molly chyba doskonale sobie z tego zdawała sprawę, skupiała się więc na rozmowie ze służką.
Jak ghul z ghulem, można pomyśleć.
Na twarzy nastolatki pojawiło się zakłopotanie. Szczupłe, chude dłonie z obgryzionymi paznokciami, niedokładnie pomalowane czarnym lakierem (albo flamastrem, co jest bardziej prawdopodobne) dotknęły zamków futerału. Przez kilka chwil Selma Deacon po prostu trzymała dłonie na skrzyni skrywającej skrzypce. Spędziła dobrą chwilę próbując rozgryźć tajemnicę mechanizmu zwalniającego zatrzask, ale ostatecznie udało się jej rozwiązać ten problem. Z cichym kliknięciem futerał się otworzył. Nastolatka powoli i ostrożnie, tak, jak obiecała, uniosła wieko do góry.
Wyjęła skrzypce, mocno je chwytając - widać było aż za dobrze, nie naprawdę nie chce ich zniszczyć ani zepsuć. Przez moment trzymała instrument tuż nad futerałem wstrzymując oddech, aż w końcu, wypuściwszy powietrze z płuc, ujęła skrzypce jak gitarę. Uśmiechnęła się lekko do Michelle, w przepraszającym geście, bo przecież nie wiedziała, jak należy poprawnie trzymać ten kawałek drewna. Może też bała się, że przy próbie oparcia go o ramię skrzypce po prostu się jej wymskną i upadłą na podłogę, czy coś.
- Lekkie. - odezwała się w końcu, przesuwając dłonią po strunach i drewnie dokoła nich. Raz nawet uniosła ramię do góry, tak, jakby chciała uderzyć w struny w typowym, gitarowym i jakże zamaszystym ruchu, ale na całe szczęście się powstrzymała. Skrzypce mogłyby tego nie przeżyć, a skoro Selma miała ciągoty do perkusji, to i siły jej nie brakowało.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle?
 → Helena, Elena i Leopold?
  → Randy?
   → Chloe i Josh?
    → David?
     → Amelia?
      → Avery?
       → Zoya?
        → ?
         → ?

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program

#18
Uwaga Michelle była całkiem skupiona na Selmie, która powoli, w swoim tempie i własnymi metodami rozgryzała zagadki nieznanego wcześniej jej instrumentu. Doceniała jak ostrożnie i delikatnie się z nim obchodziła, nawet jeśli robiła to całkowicie niepoprawnie. Było to jakieś nowe spojrzenie, i wejrzenie w psychikę osoby zarówno nieobeznanej, jak i młodszej. Widać było bardzo wyraźnie, że miała do czynienia prawie wyłącznie z zespołami grającymi cięższą muzykę - może nawet jej występ był pierwszym jeżeli chodzi o muzykę poważną? Tym bardziej była zadowolona, że mogła coś takiego zrobić!
Uśmiechnęła się szerzej na jej zakłopotanie. Musiała przyznać, że była bardzo urocza... Z jednej strony robiła wszystko by wyjść na typową przedstawicielkę metalu, a teraz... Nic tylko ją przytulić... Ale może lepiej nie. Mogłoby to zostać źle odebrane, i znowu pokazała by pazur. Tak jak teraz było bardzo, bardzo, bardzo dobrze!
Widać też było, że miała bardzo ograniczone środki - czy to był flamaster? Naprawdę będzie musiała coś z tym zrobić... Kupić jej lakier, by sobie nie psuła paznokci. Nie wyglądało to dobrze, a powinna się dobrze prezentować jeżeli chciała faktycznie coś osiągnąć. Forma też była ważna.
-Uhum! Inaczej bym ich nie utrzymała... Z moją anemią...-Wspomniała o tym nie bez powodu. Musiała coś wymyślić, bo to co planowała teraz wymagało jakiegoś wyjaśnienia. A to było najlepsze z tych, które miała do dyspozycji.
Lekko drgnęła gdy Selma wykonała ruch jakby miała przejechać z góry po strunach - były one wrażliwsze niż podobne w gitarze, i chociaż były utwory których części trzeba było faktycznie wygrywać nieco jak na gitarze elektrycznej... I tak należało to robić z wyczuciem. Dlatego była wdzięczna, że jednak tego zaniechała. Na tyle, by...
-... A może chciałabyś spróbować?-Zapytała. Chwilę też walczyła ze sobą by to zrobić, ale... przysunęła się na tyle, by być tuż obok niej-Poprowadziłabym Cię... Co Ty na to?-Luźna propozycja... Skosztowania nowego doświadczenia. Razem miałyby zagrać coś bardzo krótkiego, prostego, na tyle by miała okazję mieć ten pierwszy kontakt z czymś tak... Nowym?
Brakowało jej słów. Sama się mocno denerwowała. Jednak była troszkę chłodniejsza od człowieka. Co, jak na to zwróci uwagę, i jej wyjaśnienie nie wystarczy? Nie, chyba... Ale najpierw poczekała na odpowiedź.
Jeżeli się zgodziła... Odetchnęła trochę, acz dalej była w pewnym napięciu.
-Dobrze... To najpierw... Pozwolisz? Musze się trochę... Przybliżyć... Spokojnie...-Michelle wzięła smyczek w prawą dłoń, a potem powoli zbliżyła swoją lewą do dłoni Selmy, która trzymała gryf. Wolała zrobić to w ten sposób by czasem się nie wystraszyła. Podciągnęła też się nieco za nią, by ją asekurować. Mówiła cicho, spokojnie, delikatnie... Nawet z uczuciem. Może nie skierowanym do samej Selmy, ale do ogółu sytuacji. Obcowanie z instrumentem, tak intymne, dziewicze wręcz... Pierwsze ruchy palcami, przesuwające się po drewnie i strunach...-Oprzyj je o ramię... I przytrzymaj głową o podbródek... To oparcie...... Pamiętasz jak to wyglądało gdy grałam?-Kiwnęła pokrzepiająca głową. W razie potrzeby zamierzała asekurować dziewczynę, w razie gdyby poczuła się mniej pewnie albo skrzypce się jakoś niebezpiecznie przechyliły.
Gdy instrument leżał pewnie, wsunęła smyczek do prawej reki dziewczyny. Sama właściwie... Była w trochę niewygodnej pozycji - półleżącej za Selmą, ale dalej jednak jej nogi nie były na łóżku.
-Palce ułóż... tak...-Bez nacisku, ale jednak wyczuwalnie próbowała skorygować ewentualną niepoprawną pozycję. Lekko naciskając by wiedziała, że trzeba troszkę przesunąć-Smyczek... z wyczuciem, powoli...
To wbrew pozorom była całkiem wygodna pozycja. Miała kontrolę nad tym co Selma robiła, i o ile się sama nie speszyła... wykonałaby coś bardzo, bardzo, BARDZO prostego. Ot parę dźwięków które można by na upartego połączyć w jakąś całość. Chciała jej tylko pokazać jak się trzyma i wykonuje pewne rzeczy...
...Powtórzyłaby to parę razy. Gdyby zauważyła, że radzi sobie dobrze... odsunęła by lekko palce, by spróbowała sama. Dalej będąc jednak blisko w razie, gdyby potrzebna była korekta. Albo łapanie instrumentu.

Jeśli się jednak nie zgodzi, albo będzie się opierać... To... Trudno... Trochę szkoda... Na pewno nie będzie tego robić jeżeli będzie miała jakieś obiekcje albo będzie się bardzo wstydzić. Dla niej było to co najmniej lekko krępujące... Ale może jak obydwie będą ze sobą współpracowały...
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarne jeansowe spodnie, rozpinaną z przodu kurtkę z kapturem w tym samym kolorze, i białą koszulą z kołnierzem pod spodem, której jednak nie było widać gdy się zapinała pod samą szyję. Na samych stopach miała wygodne buty sportowe

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program 02,15,99

#19
Selma była chyba bardziej przerażona niż Michelle. Nastolatka spojrzała na wampirzycę z przestrachem w oczach, gdy ta zaproponowała krótką, ogólną, poglądową wręcz lekcję gry na skrzypcach, ale... nie oponowała. Nie odmówiła. Nie sprzeciwiała się, chociaż gdy Michelle się do niej przysunęła i zaczęła jej pomagać przy każdej najdrobniejszej nawet czynności, na bladej twarzy ponownie pojawił się rumieniec. By jakoś wyjść z tej sytuacji obronną ręką, Selma spojrzała z nienawiścią na Molly i Margaret; były w końcu świadkami.
- Okej... - mruknęła dziewczyna, niewprawnie chwytając skrzypce. - Tak? A, widzę. Dobre, wiem, łapię. Chyba. - mówiła cicha, niepewna, czy naprawdę postępuje zgodnie z tym czego sobie Michelle życzyła. To wszystko, jak słusznie zresztą zauważyła nieumarła, było dla młodej wychowanki sierocińca czymś niesamowitym. Przeżyciem. Być może nawet pierwszy krokiem w nowym życiu, już nie w bidulu, ale w mieszkaniu swej nowej, prawnej opiekunki?
Margaret i Molly na moment przerwały jakże fascynującą dyskusję i przez moment przyglądały się jak Michelle i Selma wspólnie starają się wydobyć ze skrzypiec jakikolwiek dźwięk. Nie musiały czekać długo, bo już po chwili młodziutka panna Deacon przesunęła smyczkiem po strunach. Dźwięk był bardziej niż okrutny, wysoki, raniący uczy i zgrzytliwy, ale... był. Selma uśmiechnęła się przepraszająco, oblewając się coraz większym rumieńcem. Wzięła kilka głębszych oddechów i, tym razem trochę pewniej, podjęła kolejną próbę.
Sama. Bez zachęty ze strony Michelle. Nie patrząc na ciekawski wzrok pozostałych kobiet. Ze skupieniem w oczach, ze zmarszczonymi brwiami i determinacją wymalowaną na zaczerwienionej buźce znowu przesunęła skrzypkiem. Trochę zbyt szybko, co mogła ze zgrozą zauważyć Mould, ale żadna ze strun nie pękła. Dźwięk, jeszcze wyższy i jeszcze bardziej atakujący zmysł słuchu, rozbrzmiał tylko przez jedną, krótką chwilę. Dziewczyna westchnęła, odłożyła skrzypce na kolana i potrząsnęła głową, starając się rozluźnić.
- To trudne. - burknęła z wyrzutem, patrząc na wampirzycę. - Jak mam się odzywać? Ciociu? Pani? - spytała moment później. Więź między jedną a drugą, choć ciągle cienka i delikatna, istniała. Teraz chyba wystarczy tylko ją pielęgnować, a wszystko powinno być dobrze. Prawda?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle?
 → Helena, Elena i Leopold?
  → Randy?
   → Chloe i Josh?
    → David?
     → Amelia?
      → Avery?
       → Zoya?
        → ?
         → ?

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program

#20
Można by się spierać kto był bardziej onieśmielony. Przeprowadzić naprawdę poważną dyskusję nad behawiorem obydwu dziewczyn... Tylko kto miałby na tyle odwagi by zacząć? Zapewne żadna z nich, więc skupiając się na tym co się działo...
Widziała, że też się tego obawiała. Czego? Wygłupienia, bliskości, tego, że zrobi coś źle? A może nie przywykła do takiej uwagi? Zawsze trzeba jednak od czegoś zacząć i paradoksalnie to właśnie Michelle przełamywała pierwsze lody. Przypilnowała, by jej palce, dłonie, i przedramiona były w odpowiedniej pozycji. Nawet nie zauważyła jak łypnęła przy tym na obydwie służki, w pełni skupiona na tym by to u niej wszystko wyszło jak trzeba.
-Jest w porządku...-I dodała w myślach "nie do końca", ale nie chciała dosłownie nastawiać Selmy, by wszystko było jak należy. Ale nie było źle, naprawdę jak na pierwszy raz... Przy jej pomocy, nie było. Asekurowała ją przy pociągnięciu, co okazało się być zbyt małą ilością opieki.
Musiała się skrzywić za jej plecami. Przez moment. Jej dość czuły słuch, dodatkowo wyćwiczony przez wieloletnią grę na skrzypcach był bardzo wrażliwy na tego rodzaju dźwięki. Udało się jednak - przełamała się, i spróbowała! To było w sumie wszystko co chciała tutaj osiągnąć, byłaby niezwykle zdziwiona, gdyby wyszło to tak jak trzeba. Dlatego na uśmiech kiwnęła parę razy głową z podobnym wyrazem, że nic się nie stało. Ale Selma postanowiła ją zaskoczyć, i tym razem wykazała się własną inicjatywą.
Coś jej chyba w uchu zgrzytnęło. Już nie dało się tego ukryć, że ją aż zabolał ten dźwięk, aż zamknęła oczy. Chwała czemuś wyższemu, że trwało to tylko krótką chwilę, bo to było dla niej prawdziwą torturą.
Czy była zatem zła? Skądże znowu, wręcz przeciwnie! Zrobiła przecież to, o co ją prosiła!
-Tssss... Jest, ale... Zaczynałam podobnie... Prawie przez to rzuciłam grę zanim tak naprawdę ją zaczęłam. Potem... Pokochałam to...-Uśmiechnęła się przez cień bólu, który jeszcze się gdzieś tam czaił za skronią-Na pierwsze pociągnięcie... Trochę delikatniej i byłoby dobrze. Ale Ty już masz coś innego na oku... Nie znam się na perkusji, ale może... Zrobię co będę mogła-Po tym zapewnieniu odsunęła się troszkę od Selmy, dając jej tym samym do zrozumienia, że więcej na niej takich rzeczy wymuszać nie będzie. Widziała jednak, że... Była podekscytowana. Nawet jak to nie była jej "działka", to próbowała ze wszystkich swoich sił. W tym akurat przypadku potrzeba było czegoś zupełnie innego niż siły, ale... Może jednak był w tym potencjał? Może nawet talent?
Michelle wyglądała, o dziwo, na bardzo zadowoloną. Splotła swoje dłonie na wysokości brzucha, opierając przedramiona na udach. Dopiero następne pytanie wbiło ją w jej typowe zakłopotanie. Nie zaciskała jednak mocniej dłoni ani się nie garbiła.
-...nie myślałam o tym... A... Jakbyś Ty chciała do mnie mówić?-Odwróciła trochę pytanie... Co tam trochę, zupełnie! Brzmiało to trochę dziwnie, ale tym dziwniejszy był fakt, że najwidoczniej będzie opiekunem osoby fizycznie do niej... Właściwie bardzo podobnej.
-...może mów tak, jak czujesz... Byle cenzuralnie, dobrze?-Niezdarnemu żartowi towarzyszył równie niezręczny śmiech. Można by pomyśleć, że cała zręczność społeczna poszła w jej dłonie...
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarne jeansowe spodnie, rozpinaną z przodu kurtkę z kapturem w tym samym kolorze, i białą koszulą z kołnierzem pod spodem, której jednak nie było widać gdy się zapinała pod samą szyję. Na samych stopach miała wygodne buty sportowe

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program 02,15,99

#21
Atmosfera w małym, ciasnym pokoiku w sierocińcu była napięta.
Musiała być, w końcu dwie zupełnie obce osoby rozmawiały ze sobą, a całości przysłuchiwały - mimowolnie, rzecz jasna - dwie kolejne obce osoby. No, może tylko Molly nie była tak całkowicie obca; pracowała w Seattle Children's Home i siłą rzeczy znała wychowanków. Mniej, lepiej, nie miało to znaczenia. Sekretarka nie była obcą per se, ale kontakt z dzieciakami miała ogólny. Nie była w stanie poświęcić im całej swej uwagi, całego życia. Margaret i Michelle były kimś z zewnątrz, kimś obcym, nieznanym, budziły zatem ciekawość i niepokój. Jak zawsze.
Pierwsza lekcja gry na skrzypcach została zatem zakończona. I to właśnie dzięki temu atmosfera się wyraźnie rozluźniła; skupienie się na jednej, konkretnej rzeczy, na powtarzalnej czynności tak bliskiej sercom dwóch osób pozwoliła wzmocnić więź i nawiązać coraz to bliższy kontakt. Odbicie piłeczki przez Mould spotkało się najpierw z kolejnym przejawem buntowniczej natury nastolatki, bo Selma znowu ściągnęła brwi i otworzyła usta w niemym wyrazie oburzenia i wściekłości, ale już po chwili to wszystko minęło.
Dziewczyna zastanawiała się. Sekretarka porzuciła rozmowę i patrzyła na nią. Służka także, chyba po raz pierwszy wyraźnie zaintrygowana.
- Po imieniu? - spytała cicho, unikając spojrzenia albinoski. - Nie wiem. - od razu też się poprawiła, tak asekuracyjnie. Mimo wszystko był to śmiały krok, może nawet najśmielszy ze wszystkich, które zrobiła tego wieczoru. W ten sposób, odbijając znów piłeczkę, czekała. Pytanie brzmi teraz, czy Michelle również będzie w stanie zrobić ten sam krok. Czy i ona, nieumarły potwór spijający krew śmiertelnych, zgodzi się na coś takiego?
Czy wraz z Margaret przygarną tę zbuntowaną dziewuchą i wychowają ją na porządnego człowieka? Niezależnie od tego, co się stanie dalej, Mould mogła być pewna jednego. Doe będzie z niej dumna. Naprawdę dumna, bo przecież wampirzyca sama z siebie wyszła z propozycją adopcji, sama wyciągnęła pomocną dłoń w stronę dzieciaków.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle?
 → Helena, Elena i Leopold?
  → Randy?
   → Chloe i Josh?
    → David?
     → Amelia?
      → Avery?
       → Zoya?
        → ?
         → ?

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program

#22
Przez moment, tak, ten nieumarły potwór, spijający krew z niczego nie podejrzewających, często bezbronnych na jej... uroki ludzi, mogący jakby chciał zabić zwykłego, przeciętnego śmiertelnika gołymi rękami - przejęła się tym, że Selma znowu wydawała się być niezadowolona. Zafrasowała się tym, że dając jej wolną rękę mogła ją czymś urazić albo zniechęcić do siebie. Nic bardziej mylnego, zdawałoby się - po prostu nastolatka nie wiedziała, jak na to zareagować i na ile może sobie pozwolić, więc zareagowała buntem. Tak można było sobie tłumaczyć, i może później Michelle dojdzie do tego gdy na spokojnie usiądzie sobie w samochodzie.
Za to jej uszy zauważyły... Molly i Margaret przestały rozmawiać. Rzuciła tylko na nie okiem, ale u tej drugiej wydawała się, po raz pierwszy gdy zaczęła jej pomagać... Zaintrygowana? Będzie musiała o to zapytać, ale później. Teraz kto inny wymagał jej pełnej uwagi...
...Po imieniu...
...Jeden gest. W sumie mówił on wszystko, ale mimo wszystko albinoska uznała, że trzeba jeszcze do tego coś powiedzieć. Poza samym kiwnięciem głowy... Inaczej byłoby to takie suche... Bez uczucia...
-...Michelle. Brzmi chyba ładniej niż "ciocia" albo "pani"-Świadomie albo nie, pokusiła się o wyrzucenie określeń, które zapewne tutaj funkcjonowały od początku jej pobytu prosto do kosza. Teraz jednak szykowało się inne życie, na innych zasadach... Tak mogło się przynajmniej wydawać.
-Niech będzie więc Michelle...-Powtórzyła. Była... całkiem niespodziewanie szczęśliwa z tego obrotu zdarzeń. Nawet nie myślała o tym, a przynajmniej zdawała się nie myśleć o tym pod kątem dalszych... profitów... Co najwyżej trosk. Nawet nie problemów... Ot, musiała zadbać, by wszystko działało.
-...Panno Molly, czy... pozostało coś jeszcze z kwestii formalnych... Poza zgodą dyrektora bądź wicedyrektora?-Mówiła tak samo głośno, ale zmieniło się coś. Wróciła w dużym stopniu do lekko zakłopotanej, nieśmiałej postawy, ale artykułowała swoje myśli wyraźnie-Jak Panna myśli, kiedy Selma mogłaby... Przeprowadzić się?
Pytanie klucz. Dawało jej to dokładnie tyle czasu, by znaleźć lepsze, bardziej przystosowane lokum. Nie spodziewała się, że ruszy się teraz... Nawet jeden dzień...
...poczekała. Może Selma coś jeszcze chciała powiedzieć? Ktokolwiek?
-...W takim razie... Z bólem, ale musimy pojechać jeszcze załatwić parę spraw... Postaram się przyjechać jutro wieczorem-Dodała... Takie odwiedziny nie powinny być chyba problemem? I też uspokoją samą dziewczynę... Obydwie, właściwie...
-...To... Pomożesz mi schować skrzypce?-Michelle jeszcze przed wyjściem poprosiła swoją przyszłą podopieczną o jedną rzecz. Mogłaby to zrobić sama, ale akurat... Dlaczego nie zrobić tego we dwie? Sięgnie po futerał, Selma wszystko schowa jak należy... Jakby miała problemy to podpowie, ale też chyba nie było to trudne...
...Ale tak. Chyba ta wizyta dobiegała powoli końca.
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarne jeansowe spodnie, rozpinaną z przodu kurtkę z kapturem w tym samym kolorze, i białą koszulą z kołnierzem pod spodem, której jednak nie było widać gdy się zapinała pod samą szyję. Na samych stopach miała wygodne buty sportowe

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program 02,15,99

#23
"Michelle."
Selma odetchnęła głęboko, powtórzyła imię swej nowej, acz jeszcze nie do końca formalnej opiekunki i zabrała się do bardzo ostrożnego ładowania skrzypiec z powrotem do futerału. Ręce trochę się jej trzęsły, ale czyż można było winić dziewczynę? Zwłaszcza teraz? Praktycznie cały jej świat się zmieniał. Z gówniarza chowanego w bidulu lada moment miała się stać normalną nastolatką, mieszkającą pod własnym dachem z ludźmi, którzy naprawdę chcą jej dobra. No, mówiąc ogólnie, rzecz jasna, bo Deacon nie wiedziała przecież, że albinoska jest wampirzycą.
- Podpis już jest. - odpowiedziała zaskoczona sekretarka, gdy padło pytanie o finalny podpis dyrekcji. - Jeśli Selma nie ma nic przeciw, to choćby i jutro może się przeprowadzić, po szkole. - dodała już pewniejszym głosem. W sumie czegoś takiego należało się spodziewać; Jane Doe była zachwycona faktem, że jedna ze Spokrewnionych chce adoptować dzieciaka. Z pewnością przygotowała papiery z prawnikami i resztą specjalistów, a następnie złożyła odpowiedni podpis, zostawiając resztę do wypełnienia Michelle. Lub Margaret, bo jednak nie miało zbyt wielkiego znaczenia.
Obie mieszkały i żyły razem, ba, były ze sobą związane w sposób, który wykracza poza rozumowanie ograniczonym śmiertelnym.
- Mogę po nią przyjechać rano, albo popołudniu. Dostosuję się. - odparła Margaret, kiwając głową nie do wampirzycy, a młodej dziewczyny, nastolatki, która mimo całego swego buntowniczego nastawienia, nie mogła się teraz przestać uśmiechać. Dla niej było już jasne, że do opuszczenia sierocińca pozostały tylko godziny. Pół dnia, mówiąc dokładniej. Może nawet mniej, ale to właśnie będzie dla najgorsze. Ostatnie godziny, ba, ostatnie minuty będą się nienaturalnie dłużyć. Bardzo możliwe, że myśli nie tylko jej, ale także i Michelle będą krążyć wokoło najczarniejszych scenariuszy...
- Wrócisz? - spytała nagle Selma, z rękoma wciąż na futerale. Uśmiech dalej widniał na jej twarzy, ale oczy, utkwione w Michelle, nie były już szczęśliwe ani radosne; wyrażały lęk i obawę przed tym, że to wszytko okaże się niczym więcej jak snem. Mrzonką. Marzeniem, które jest w głowie chyba każdego dziecka w Seattle Children's Home. Molly przymknęła oczy. Margaret natomiast uśmiechnęła się.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle?
 → Helena, Elena i Leopold?
  → Randy?
   → Chloe i Josh?
    → David?
     → Amelia?
      → Avery?
       → Zoya?
        → ?
         → ?

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program

#24
...W jej ustach jakoś tak ładniej to brzmiało niż w jej własnych. Może to jednak nie był taki zły pomysł? To... Szczere, a jednak gdzieniegdzie ukrywane zafascynowanie... Nawet jeśli na nie nie zasługiwała... Czuła się nawet miło z tego powodu. Gdzieś w piersiach czuła przy tym strach co będzie, jeśli jej prawdziwa natura wyjdzie na jaw. Bezwartościowej, nieporadnej, kompletnie oderwanej od życia, niezdolnej do zupełnie niczego dziewuchy, która znacznie częściej potrzebuje pomocy niż jest w stanie jej udzielić.
A, i że jest wampirem. To też zrzuciłoby na jej głowę masę problemów.
Patrzyła na jej dłonie, które drżąc układały skrzypce do futerału. Bardzo się przejmowała, i bardzo... Chciała ją uspokoić. Dlatego też jak go zamykała, pomogła jej. Była bardzo dzielna i... Chyba dopóki rzeczywiście nie znajdzie się w mieszkaniu z nimi i rozstawi rzeczy - nie uwierzy w to, co jej się właśnie niespodziewanie przytrafiło. Mimo to, na ustach miała uśmiech
-Szybko... Um...-Pojawiła się lekka wątpliwość w głosie Michelle. Planowała to trochę inaczej... Rozegrać. W dodatku jej służka dodatkowo wbiła jej szpilkę w postaci jej deklaracji. Nie... Nie nie nie, chwilkę, to miało wyglądać trochę inaczej...
Lekkie zagubienie narastało do czegoś większego w chwili ostatniego pytania. Najkrótszego i najbardziej treściwego. Czytała z jej oczu jak z książki... Chciała. Ona naprawdę chciała! To była wszystko prawda, tak bardzo chciała ją o tym zapewnić! To była magiczna chwila dla ich obu, i teraz mogła ją albo zwieńczyć, albo spie... Spartaczyć!
...Michelle przysunęła swoje dłonie do palców Selmy. Zacisnęła je lekko.
-...Póki oddycham, wrócę. I będę wracać... Już w naszym wspólnym mieszkaniu-Zacisnęła drugi raz. Kiwnęła głową, ale tak jak oczy Selmy zdradzały strach, tak też coś w uśmiechu Michelle było... Nie do końca pewnego.
Nie mogła tego ukryć, nie była w stanie. Ale nawet przy jej krótkim żywocie jako spokrewniony wiedziała, jak rzeczy potrafią bardzo szybko sięgnąć dna. I teraz miała dodatkowo kogoś innego na swojej głowie... Tak, te najczarniejsze scenariusze były w jej głowie od samego początku, a teraz "jedynie" przybierały na sile.
Wstała, zabierając przy okazji już zamknięty futerał. Obróciła głowę do osoby, która była dla niej największym wsparciem w obecnych czasach.
-Margaret, Selma będzie musiała się spakować, a my dokończyć sprawy związane z mieszkaniem. Musi mieć w końcu odpowiednie warunki-Pouczyła swoją służkę. Michelle odzyskała trochę rezonu, nawet aż za bardzo-Pojedziesz popołudniu, albo pojedziemy obie wczesnym wieczorem. Zależy jak szybko się wyrobimy
Taka była jej decyzja. Jeszcze tylko...
-To... Chyba wszystko wiadomo...-Znowu. Jakby się trochę przyczajała, ale dalej była w gruncie rzeczy zadowolona. Mówiła do Selmy trochę inaczej. Dalej w tonach... Niepewnej sympatii-To... Śpij spokojnie, Selma. I do jutra
...takie było planowane wyjście z pokoju. Co potem się działo w drodze do auta, przed tą drogą, już przy nim...
...przy nim... Może już będzie bardziej wiadomo. Miała w końcu trochę do powiedzenia.
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarne jeansowe spodnie, rozpinaną z przodu kurtkę z kapturem w tym samym kolorze, i białą koszulą z kołnierzem pod spodem, której jednak nie było widać gdy się zapinała pod samą szyję. Na samych stopach miała wygodne buty sportowe

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program 02,15,99

#25
Rozpacz? Czy właśnie to Michelle widziała na twarzy zbuntowanej, mrocznej, agresywnej dziewuchy, która kradła psom obroży i wymykała się do kuchni by uderzyć łyżkami po garnkach? Selma Deacon naprawdę się cieszyła, że lada moment - no, pół dnia i noc mówiąc ściślej - opuści mury sierocińca. Wystarczyło jednak kilka kolejnych zdań, by usta nastolatki naprawdę zaczęły drżeć, a oczy zaszkliły się od pierwszych łez. Dziewczyna nie pozwoliła jednak, by te negatywne emocje wzięły nad nią górę.
Przygryzła dolną wargę. Mocno, tak, że poczuła ból, by te cierpienie przytłumiło strach i lęk wobec potencjalnego niedotrzymania obietnicy przez Michelle. Wampirzyca co prawda zobowiązała się przyjechać po nią następnego dnia, ale później, niż Selma to zakładała. Znacznie później, z oczywistych dla nieumarłej względów. Margaret tylko kiwnęła głową, zgadzając się ze słowami albinoski. Nie miała w sumie innego wyjścia, ba, jej pomysł, by przyjechać z rana był w końcu tylko sugestią. Jedną z opcji.
- Do jutra. - odezwała się w końcu Selma, ale mówiła cicho i smutno. - Będę czekać! - dodała nagle, głośnym, zaczepnym tonem, prowokując niejako swą przyszłą opiekunkę do jakiejkolwiek reakcji. Nie ruszyła się jednak z miejsca, siedziała dalej na tapczanie i patrzyła wyzywająco na Michelle. Była dzieckiem, to prawda, ale wkraczała w wiek, kiedy to hormony zaczynają tak naprawdę rządzić i to one decydują o wszystkim, co się dzieje. Molly zaś, uznając wizytę za zakończoną, otworzyła drzwi i gestem wyciągniętej ręki zachęciła gości do opuszczenia pokoiku.
Sama wyszła jako ostatnia.
- Dobranoc, do jutra! Będziemy oczekiwać waszego przyjścia z niecierpliwością! - pomachała Margaret i Michelle, stojąc tuż przy domykających się drzwiach. Nie towarzyszyła tej dwójce aż do wyjścia; nie musiała. Droga była banalnie prosta, do tego Molly miała jeszcze parę spraw do załatwienia tu i tam, no i na zewnątrz było zimno. Każdy rozsądny śmiertelnik wolałby zostać w cieple, gdzie nie pada śnieg, gdzie nie wyje zimny wiatr, gdzie jest jasno i przytulnie. Chyba, że tym śmiertelnikiem była Margaret, lub pewien czarnoskóry chłopak...
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle?
 → Helena, Elena i Leopold?
  → Randy?
   → Chloe i Josh?
    → David?
     → Amelia?
      → Avery?
       → Zoya?
        → ?
         → ?

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program

#26
Widziała, oh, jak mogłaby nie widzieć emocji które targały tą dziewczynką... Tylko ślepy by nie zauważył. Co tym bardziej ją zaskakiwało, bo było to ostatnie czego by się po niej spodziewała. Wydawała się taka... Zatwardziała, trudna do skłonienia do współpracy, odrzucająca wszystko i wszystkich wokół siebie by tylko pokazać, jak bardzo jest niezależna i zbuntowana...
...czy była zawiedziona? Skądże znowu! Nie, to nie było to... Poruszało ją to w środku, to na pewno. Zdradzały ją ręce, które z jakiegoś powodu obydwie zacisnęły się na futerale. Ramiona, które złożyły się do środka, nadając jej bardziej przyczajoną postawę niż wcześniej. Nie uciekała wzrokiem, nawet jak odeszła kawałek do drzwi zaraz się odwróciła. Michelle ani nie mogła płakać ani czerwienić się... Chyba, że by sobie pomogła. Tylko jej ogólny wyraz twarzy zdradzał, że było jej niesamowicie żal dziecka, które teraz siedziało na kanapie i było na granicy płaczu. Znaczyło to dla niej więcej niż mogła sobie wyobrazić...
Aż do niej zawołała. Jednak była w stanie z siebie wykrzesać tą iskrę, nawet w sytuacji pogrążenia w ponurych myślach! Było w tym coś... Bardzo... Urokliwego. Dlaczego starsi spokrewnieni patrzyli z taką pogardą na ludzi, gdy byli w stanie z siebie wydobyć tyle emocji, uczuć, i siły? Może to nie była pogarda, a zazdrość dla tego co już dawno minęło?
Michelle była bardzo niedoświadczona, fakt. Ale parę innych elementów dodatkowo utrudniało, czy też raczej spowalniało jej drogę w dół, do typowej, wampirzej codzienności.
-...wiem... Ja też...-Próbowała ją pokrzepić, a co z tego wyszło? Była podobnie przerażona tym, co by się stało gdyby nie dopełniła tej obietnicy. Ale jedynym powodem mogłaby być jej fizyczna niedyspozycja... Włącznie z tą permanentną, której obawiała się chyba najbardziej ze wszystkich. Musiała dopilnować, by nie zawieść tej biednej istotki...
...przynajmniej w tym najbardziej fundamentalnym zobowiązaniu.
Nie próbowała nawet walczyć z wyzywającym spojrzeniem. Nie ukrywała niczego, co dawało bardzo... dziwny obraz. Najchętniej zabrałaby Selmę choćby i teraz, ale wiedziała, że miała jeszcze wiele rzeczy do zrobienia i... Była czegoś niepewna.
Wyszły. Michelle kiwnęła głowę do Molly, pozornie oszołomiona doznaniami...
-...Tak... Może uda mi się zamienić parę słów z wicedyrektor...-Wspomniała o tym cicho. Miała swoje powody ku temu. Dość prozaiczne, ale jednak-Pewnie będziemy bliżej wieczora... Tak... Dobranoc...-Ostatni uśmiech. Skłonienie głowy przed wyjściem, po założeniu płaszcza. I wyjście na tą przeklętą zamieć, która nawet umarłym daje się we znaki...
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarne jeansowe spodnie, rozpinaną z przodu kurtkę z kapturem w tym samym kolorze, i białą koszulą z kołnierzem pod spodem, której jednak nie było widać gdy się zapinała pod samą szyję. Na samych stopach miała wygodne buty sportowe

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program

#27
Z Biuro Panny Doe -->

Nie było łatwo słuchać o organizacji własnego pogrzebu. To było przerażające. Pomijając już nawet fakt, że to było jakieś… naruszenie… znieważenie… obrządku, tak ważnego w religii, to odrazą napełniały ją same plany swingowania śmierci, fałszywego pogrzebu… O takich rzeczach czytało się w gazetach ewentualnie, że mafiozi tak kombinowali, że światków koronnych tak „uśmiercano” by zapewnić im bezpieczeństwo. Tu było jakby nie patrzeć podobnie… ale…
W ciszy wysłuchała wszystkich słów i tylko kiwnęła głową. Dwa czy trzy razy pociągnęła nosem i dłonią otarła łzy, choć te wciąż lały się i lały. Na do widzenia ponuremu mężczyźnie skinęła głową i wyszła z gabinetu za Księżną. To miejsce też zmieniło swój charakter i obraz. Nagle ze zwykłego sierocińca stało się przykrywką tożsamości i kryjówką jednego z najpotężniejszych wampirów w mieście. Niepokojące… z jednej strony dzieci miały niespotykaną ochronę, a z drugiej… jeśli Ci którzy chcieliby zaszkodzić Pannie Doe to uderzą właśnie tu… Przemierzając budynek i korytarze zmierzając po rzeczy na przebranie i pod prysznic, smętnie wszystko oglądała z nową świadomością. Nie chciała się żegnać, ale wiedziała, że wyjścia nie ma. Musiała się bardzo dużo nauczyć, a nie chciała stać się zagrożeniem dla innych dzieci, a zwłaszcza dla własnego rodzeństwa, które całe życie chroniła i broniła… teraz najlepszą ochroną dla nich będzie jej wycofanie się w cień.
Perspektywa prysznica i założenia czystych, normalnych ubrań podnosiła ją na duchu. Wolała się nawet nie zastanawiać ile miała na sobie to coś i jak dawno ostatni raz temu widziała się z mydłem… pewnie te trzy tygodnie temu przed wyjściem na imprezę. Czarne jeansy, kozaki, czarny, sweterek, zimowy płaszczyk, ręcznik i kosmetyki. Krótka wizyta w pokoju po niezbędne rzeczy, a potem prysznic… ciekawe ile zajmie jej doszorowanie się do czysta… o włosach to już nawet nie wspominając…
KARTA POSTACI: Chloe Snow
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - angielski; - łacina
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Bielizna, biała, wąska sukienka do kolan, na szerokich ramionach z wysokim dekoltem, z czarnymi wykończeniami i zdobieniami. Elegancki, czarny płaszcz do połowy łydki, z głębokim kapturem i szerokim paskiem. Czarne pantofle na niedużym obcasie. Srebrny łańcuszek z krzyżykiem wysadzanym czarnymi kamieniami.

Przy sobie: Telefon komórkowy, trochę kasy na drobne wydatki.

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program [02.15.1999]

#28
Image
Image
Jane szła pierwsza. Kilka kroków przed Chloe, nie więcej. Nie zadała też sobie trudu by narzucić na grzbiet jakąś kurtkę bądź płaszcz; pogoda mimo wszystko była parszywa i każdy żywy miał wątpliwą przyjemność doświadczać na własnej skórze wilgotnego, paskudnego chłodu. Dla wiekowej wampirzycy i towarzyszącej jej, znacznie przecież młodszej nieumarłej śnieżna, zimowa pogoda nie robiła żadnej różnicy; nikt nie musiał się też obawiać, że zwróci czyjąś uwagę swoją obecnością. Było ciemno i późno, a pracownicy SCH byli pod wpływem Doe w taki czy inny sposób.
Dystans dzielący budynek administracji sierocińca i budynek mieszkalny nie był wcale taki długi, ale Jane i tak przyspieszyła kroku, gdy znalazła się na zaśnieżonym dziedzińcu. Ryzyko dostrzeżenia tej pary przez kogokolwiek było minimalne, ale i tak lepiej zachować ostrożność; dlatego nieumarła Książę Seattle czym prędzej pospieszyła w stronę McGraw i wsunęła kluczyk do zamka. Moment później rozległ się cichy szczęk i łagodny zgrzyt otwieranych drzwi.
- Chloe, najpierw łazienka. - oznajmiła szeptem, wskazując szczupłą dłonią schody prowadzące na górne piętra. - Musisz pozbyć się tego brudu i zapachu, kochanie. Przyniosę wszystko, tylko powiedz czego potrzebujesz. Potem będziesz mogła pożegnać się z bliskimi. - czy Jane czytała w myślach? Z pewnością coś takiego potrafiła, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie... no, ale to co mówiła miało sens. Z lekkim uśmiechem na twarzy zasugerowała, że pierwszą rzeczą, jaką Snow musiała zrobić, jest doprowadzić się do porządku.
I dopiero potem będzie mogła posiedzieć obok rodzeństwa.
- Nie spiesz się. Mamy całą noc, zresztą i tak musimy czekać na Josha. - dodała nieco weselszym tonem, próbując uspokoić dziewczynę i wyjaśnić jej, że wszystko będzie dobrze. Kimkolwiek Josh był, miał się zaopiekować Chloe i jej pomóc. Doe nie mogła tego zrobić ze względu na klan, czy jakieś inne zasady i reguły. Teraz natomiast ruszyła po schodach, w górę, na piętro gdzie mieścił się pokoik dziewczyny.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle?
 → Helena, Elena i Leopold?
  → Randy?
   → Chloe i Josh?
    → David?
     → Amelia?
      → Avery?
       → Zoya?
        → ?
         → ?

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program

#29
Może Doe faktycznie potrafiła czytać w myślach? Snow nie miała się siły nad tym zastanawiać, ochoty też nie, a drugą stroną medalu było to, że raczej ta informacja by jej już nie zaskoczyła. Dlatego też porzuciwszy plany zawitania do pokoju od razu grzecznie pomaszerowała do łazienki.
Zapaliła światło mrużąc oczy i ostrożnie stawiając stopy by się nie poślizgnąć i orła nie wywalić. Znała te pomieszczenia, większość tu, a stojąc tu teraz czuła się jakaś zgubiona… jakby nagle przestała wiedzieć do czego służy kran.
-Do przebrania będzie mi potrzebna bielizna, jeansy, kozaki, włożyłabym czarny sweterek. Płaszcz jest w szafie, a mój krzyżyk, ten z czarnymi kamieniami powinien być na biurku… tam go zostawiłam jak wychodziłam do Alice. – Powiedziała cicho i niepewnie. Tak samo zaczęła ściągać z siebie brudne łachy. Dużo ich nie miała, aby workowate spodnie i kawał szmaty, która miała być bluzką… albo jakimś innym rodzajem wierzchniego, marnego okrycia. Nie patrzyła na wychowawczynię. Wstydziła się, albo bała. Bała się też wejść pod prysznic i zobaczyć ten cały spływający z niej brud. Jakie jednak miała wyjście? Odkręciła zimną wodę i nim dołożyła do tego ciepłą, uświadomiła sobie boleśnie pewien fakt. Nie czuła tej wody jak dotąd… jej temperatury, nieprzyjemnego zimna, nie pojawił się odruch uciekania w popłochu ze strug lodowatej kąpieli. Czuła wodę, to prawda, jej mokrość, czuła też że jest zimna, ale nic poza tym… żadnych przykrych jej efektów. Weszła pod prysznic cała. Stała tak chwilę bez ruchu, chłonąc nowe doznania, albo ich brak… po kilku długich chwilach zmieniła kurki. Zakręciła zimną jednocześnie puszczając gorącą. Uwielbiała gorące kąpiele i otaczającą ją parę. Para szybko ją otoczyła, ale woda… już nigdy nie będzie gorąca jak kiedyś. Nawet skóra aby się zaróżowiła od gorących wodnych biczy, gdzie powinna zrobić się czerwona i piec! Tłumiąc kolejny przypływ płaczu stała pozwalając by woda dokładnie ją zmoczyła, by cały brud zamókł i zaczął spływać. Woda pod jej nogami szybko zrobiła się buro bordowa. Chloe zaczęła się szorować namydloną solidnie gąbką dopiero gdy woda sama już nic więcej ni mogła z niej ściągnąć. Zaczęły z niej znikać wszystkie bure plamy, przebarwienia, strupy i skrzepy. Wszystkich grudek brudu też się pozbyła, choć z włosami miała poważny problem, by te kołtuny rozplątać i na mokro rozczesać. Tona odzywki chyba poszła.

Cały proces doprowadzania się do ładu milczała jeśli nie została o coś zapytana. To był jej czas, kolejna jej walka i nauka. Teraz siebie, swojego nowego ciała, bo niby te samo, to przecież bardzo odmienione. Nie omieszkała się obejrzeć, gdy już woda wszystko z niej spłukała. Policzyła blizny, które całym szczęściem zostały na swoich miejscach i nie zniknęły magicznie, jak inne mniejsze niedoskonałości.
-Czemu moje ciało wciąż wygląda i w większości funkcjonuje jakby żyło? – Zapytała wychodząc wreszcie i wycierając się, pachniała i wyglądała jak człowiek! Nareszcie! –To znaczy… serce bije, oddycham, płaczę łzami, nawet nie jestem tak blada jak Pani Sierra, jestem ciepła i z ust leciała mi para na mrozie… im nie… czemu mi tak? Bo umarłam niedawno i to podświadomie tak się dzieje? Czy to ma coś wspólnego z moją wiarą… Pani Sierra dziwnie się na mnie spojrzała jak zaczęłam się modlić i mówiła coś o tym… nie do końca rozumiem. Ale to może tak zostać? Te odruchy ciała? Tak jak jest teraz? Nie chce żeby mimo wszystko serce mi stanęło a skóra zrobiła się trupioblada i zimna… – Mówiła nieco zmieszana, może trochę zaniepokojona. Nie potrafiła ocenić wagi tych pytań, skąd miała wiedzieć czy to błahostka, czy poważna sprawa lub aspekt który będzie zwracał na nią uwagę w ten czy innych sposób.
KARTA POSTACI: Chloe Snow
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - angielski; - łacina
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Bielizna, biała, wąska sukienka do kolan, na szerokich ramionach z wysokim dekoltem, z czarnymi wykończeniami i zdobieniami. Elegancki, czarny płaszcz do połowy łydki, z głębokim kapturem i szerokim paskiem. Czarne pantofle na niedużym obcasie. Srebrny łańcuszek z krzyżykiem wysadzanym czarnymi kamieniami.

Przy sobie: Telefon komórkowy, trochę kasy na drobne wydatki.

Re: Budynek McGraw Residential Treatment Program [02.15.1999]

#30
Image
Image
Jane nic nie mówiła. Kiwnęła tylko głową, gdy usłyszała prośbę Chloe o konkretne ubrania. Starsza wampirzyca szybko i sprawnie przeszukała wszystkie szafki i regały, wybierając to, czego akurat potrzebowała młoda nieumarła pluskająca się pod prysznicem.
- To są odruchy. Nic więcej. Z każdą kolejną nocą ciało będzie o nich zapominało coraz bardziej i bardziej, aż w końcu ustaną. Zmuszenie martwego ciała do działania, do utrzymania maski życia, jest jednak kosztowne, pamiętaj o tym Chloe. - zakończyła tajemniczo Jane, stojąc przy drzwiach prowadzących na korytarz. Nie patrzyła na swoją podopieczną, gwarantując jej minimum prywatności i intymności, jak przystało na opiekunkę i wychowawcę.
- Płaczesz krwią. By nasycić głód i zaspokoić Bestię, pijesz krew. Do obudzenia martwych narządów musisz spalić krew. Mówiąc w dosadny, brutalny sposób, kochanie, nasza egzystencja sprowadza się do krwi. Pamiętaj o tym, dobrze? - dodała, odwracając się do dziewczyny. Oparła dłonie na biodrach i przekrzywiła lekko głowę, uśmiechając się łagodnie. Nijak nie przypominała wampirzej władczyni. Ba, nie wyglądała też jak wicedyrektorka sierocińca, tylko jak zwykła, zatroskana kobieta. Dopiero po bliższych, nieco dokładniejszych oględzinach można było dopatrzeć się niepokojących szczegółów.
Jane Doe nie oddychała. Skóra była nieznacznie bledsza niż u zwyczajnego człowieka. Nie patrzyła jednak na Chloe; wzrok miała utkwiony w krzyżyku, symbolu wiary wedle której nie powinna istnieć. Była przecież martwa.
- Jeżeli wierzysz... mocno i prawdziwie, szczerze, całym swym sercem... być może będziesz w stanie odstraszać innych Kainitów albo, kto wie, nawet i inne istoty. Choćbym chciała, to za wiele nie mogę ci tutaj powiedzieć, kochanie. Na temat wiary musiałabyś porozmawiać z księdzem. Ojciec Kadewa z Madrony jest jednym z nas. Jest, podobnie jak i ja, dzieckiem Malkava. Ale dość o tym! Chodź, pożegnamy się z rodzeństwem, a potem poczekasz w moim gabinecie na pana Huntera. - mówiła dalej, znacznie jednak wolniej, tak, jakby sama nie do końca wiedziała co chce powiedzieć. Lub, co znacznie bardziej prawdopodobne, ile informacji chce przekazać komuś tak młodemu i niedoświadczonemu jak Chloe.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle?
 → Helena, Elena i Leopold?
  → Randy?
   → Chloe i Josh?
    → David?
     → Amelia?
      → Avery?
       → Zoya?
        → ?
         → ?
Odpowiedz

Wróć do „2142 10th Ave W, Seattle Children's Home”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość