Parking

#1
  Nieznacznie wznoszący się, równo wybetonowany teren w kształcie prostokąta, przeznaczony dla dwóch tuzinów samochodów osobowych (dwadzieścia zwykłych miejsc, cztery oznaczone kopertą, przeznaczone dla niepełnosprawnych, umieszczone w bezpośrednim sąsiedztwie wejścia do SCH) to pierwsze, co ujrzą oczy każdego odwiedzającego Seattle Children's Home. Parking, będący niejako częścią pierwszego dziedzińca, jest otoczony zarówno niskim, acz masywnym murem jak i soczyście zielonym żywopłotem z dwóch stron - budynki sierocińca stanowią naturalne kolejne dwie granice.

Przeważnie spotkać można tutaj stare, wysłużone samochody jednego z wielu pracowników czy nawet i wolontariuszy poświęcających swój własny, prywatny czas, znacznie rzadszym widokiem - niestety - są samochody należące do potencjalnych rodzin adopcyjnych, czy nawet i zwykłe karetki pogotowia. Z drugiej jednakże strony, brak ambulansów czy innych pojazdów służb można uznać za dobry znak. W końcu kto by chciał widzieć tutaj nieskończony pochód lekarzy, policjantów bądź strażaków? Nie oni są najważniejsi.

Najważniejsi są wychowankowie. Dzieci w różnym wieku. Z różnych środowisk. Zdrowe, schorowane. Izolujące się od wszystkiego i wszystkich na własne żądanie lub, co nie jest wcale dziwne, desperacko pragnących kontaktu. Dość często można więc zauważyć parę maluchów siedzących na schodkach wejściowych do budynku głównego, z wytęsknieniem wpatrujących się w krótką drogę łączącą dom dziecka z Dziesiątą Aleją Zachodnią lub wręcz przeciwnie, bawiących się na wolnych miejscach parkingowych (i ku rozpaczy personelu, bazgrzących kredą po betonie, tworząc fantazyjne figury). Nikt z podopiecznych SCH nie przekracza jednak pewnej umownej granicy, oddzielającej sierociniec od drogi dojazdowej. Ze względów bezpieczeństwa, ma się rozumieć.

Stary Joe, stróż pełniący swoją służbę już prawie trzecią dekadę życia, dba o to by żaden dzieciak nie wpadł pod koła ani by nikt nieproszony i niepożądany nie dostał się na teren parkingu i, co za tym idzie, samego sierocińca. Zwłaszcza w nocy.

Re: Parking

#2
z --> Sanders Wax and Military Museum

Zabrało mu to trochę czasu, bo musiał przecież wrócić do siebie, oczyścić się trochę - trochę, bez większej przesady - i zabrać prezenty walentynkowe. W tym też ten, przez który robił tę całą maskaradę - od niego. Postanowił zacząć od "walentynki" dla księżnej - bo może każe urwać mu głowę i będzie miał spokój.

Spotkanie nastarczało pewne problemy. Wolał nie pchać się na domenę księżnej, stanął sobie, wraz z małym zestawem listów i jedną, dużą paczką w uliczce naprzeciwko parkingu. W ciemnej alejce, skryty pod osłoną Niewidoczności, wystukał na klawiaturze telefonu całkiem długiego smsa, wysłał go i czekał na odpowiedź.
A żeby mu się nie nudziło, i jako że cały czas był nabuzowany po walce, postanowił sprawdzić, jak dobra była idea Clive'a. Zamknął oczy i, by ćwiczyć czujność, zdał się tylko na dźwięki, by orientować się w otoczeniu. W końcu nie powinno być to takie trudne, w opuszczonej alejce?
KARTA POSTACI: Kwiatuszek
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: francuski,
Opis Postaci | 
Rozpadający się, napęczniały Nosferatu. Wysoki, noszący stare, brzydkie i obszerne ubrania. JEgo ciało wygląda, jakby zaraz miało odpaść, a on sam wdaje z siebie niesamowicie irytujące odgłosy.

Re: Parking 02,14,99

#3
Kwiatuszek czekał, rozglądając się dokoła i starając się dojrzeć - ponownie - więcej niż było widać na pierwszy rzut oka. Tym razem jednak, bez "wsparcia" w postaci Tzimisce oraz towarzyszy, Nosferatu nie dał rady dostrzec nic nad wyraz interesującego. Jedyną rzeczą, która mogła zwrócić jego uwagę, było rudawy, wychudzony kocur z ogonem przypominającym szczotkę do butelek. Zwierzak, o połyskujących żółcią i zielenią ślepiach, skradał się po zaspach w pobliżu sierocińca tylko po to, by nagle się zatrzymać, zjeżyć sierść i czmychnąć w drugą stronę.

Image

Na przykryty rosnącą warstwą białego puchu parking - a przecież nie tak dawno był odśnieżony! - padło ostre, biało-żółte światło, ale już po chwili zniknęło. Mocny blask trwał tylko chwilę, gdy ktoś otworzył drzwi z głównego, administracyjnego budynku. Chrzęst i trzask śniegu oznajmił zaś, że ta sama osoba zbliżała się mniej więcej w stronę Kwiatuszka. Nosferatu, bezpiecznie skryty pod całunem niewidoczności, jaki dawała mu flagowa Dyscyplina klanu, widział młodego, nie rzucającego się w oczy chłopaka w luźnych ciuchach. Nieco przydużej bluzie z kapturem, workowatych dżinsach z rozdarciami na kolanach i z przemokniętymi już tenisówkami na stopach. Na przeczesanych, jasnych jak słoma włosach osadzały się płatki śniegu.
- Kwiatuszek? - spytał cichym, zmęczonym głosem. - Wyglądasz gorzej, niż pamiętam. - dodał po chwili, zatrzymując się kilka kroków przed wampirem. Widział go, nawet mimo szczelnego płaszcza niewidoczności. Czegoś takiego można się było w sumie spodziewać po Spokrewnionym będącym na stanowisku Seneszala; zgodnie jednak z treścią esemesa, Charles Campbell trzy razy zakasłał. Niezbyt mu to wyszło, bo mimo wszystko był tylko trupem, więc przez moment wyglądał jakby się dusił i miał zaraz wypluć płuca.
- Przy okazji, gratuluję zabawy w muzeum. Zniszczyliście tylko kilka rzeźb i uszkodziliście parę ścian, nic wielkiego, norma. - rzucił ponurym, tak bardzo charakterystycznym dla siebie tonem. Wsparł ręce na biodrach i spojrzał w ciemne, zachmurzone niebo. Płatki śniegu padały mu na twarz i zastygały tam, tworząc cieniutką warstwę. Starł je szybko ręką, nie chcąc, by ktoś to dojrzał mimo późnej pory. W sierocińcu była masa dzieciaków, które uwielbiają łamać zasady i najpewniej teraz kombinują, jak tu wyjść na miasto i się zabawić.
Były w końcu Walentynki!
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Parking

#4
Kwiatuszek zdjął płaszcz Niewidoczności, zdziwiony nieco. Na pewno nie spodziewał się tak ważnej osoby odbierającej zwykłą-niezwykłą walentynkę.
- S wyghloondem lephiej jush nie bendsie. Tylko goshej - zabrzmiał dziwnie smutno i melancholijnie. Wrażenie to zwiększyła też cisza, jaka po tym stwierdzeniu zapadła, gdy Kwiatuszek swymi rybimi oczyma patrzył gdzieś w dal. Dopiero po chwili otrząsnął się i podszedł bliżej - swoim nieświadomym zwyczajem nieco za blisko, by było to komfortowe.
- Siękuję. Prasa sespołofa, nie ukhryfam - zaczął drapać się po karku, dość mocno. Po kilku pociągnięciach pod jego połamanymi paznokciami znajdowały się już kawałki zgniłego ciała - Ale dobshe, she to Seneshal, chos ssssiem nnie spodziefauem. Moshe sdolash, she tak pofiem - powiedział, patrząc znacząco - wytshytatsh s tej falentynki fięcnej nish ja, bo nie ukryfam, she mi cosh shmierci. I wiesh, moshe srobish, jak to sssiem mufi, damash control. Sam s reshtom sopach.
Kwiatuszek pękatą rękę wysunął w stronę Seneszala Szmaragdowego Miasta. Nepotyzm czy nie nepotyzm, fakt, że widział go bez problemu oznaczał, że pewnie mógł powiedzieć o liście wiele więcej niż on sam. Na razie jeszcze nic nie wspominał o torbie - kto wie, może torba była tylko elementem zmyłki.
KARTA POSTACI: Kwiatuszek
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: francuski,
Opis Postaci | 
Rozpadający się, napęczniały Nosferatu. Wysoki, noszący stare, brzydkie i obszerne ubrania. JEgo ciało wygląda, jakby zaraz miało odpaść, a on sam wdaje z siebie niesamowicie irytujące odgłosy.

Re: Parking 02,14,99

#5
Image

Gdy Kwiatuszek, teraz widoczny w całej swej odrażającej okazałości, przysunął się znacznie bliżej Charlesa, ten instynktownie się cofnął. Nie o krok, nie o dwa, ale odszedł nieco pospiesznym tempem na niemal dwa metry. Zmrużył nawet nieco oczy, uważnie przyglądając się Nosferatu. Nie miał żadnego powodu, by mu nie ufać czy nawet podejrzewać go o jakieś niecne zamiary, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach, ale pewne rzeczy były silniejsze od innych. Campbell nie bez powodu był znany pośród nieśmiertelnej braci jako wieczny pesymista, który nigdy i nigdzie nie widzi żadnych pozytywów.
Przebywanie w tak bliskiej obecności Nosferatu, pokrytego w dodatku mieszanką najróżniejszych płynów, mieściło się więc w kategoriach negatywnych przeżyć.
- Wszystko wszędzie śmierdzi, Kwiatuszku. - rzekł filozoficznie Seneszal, odbierając z pewną ostrożnością papier. - Walentynka? Do Doe? Lepiej, żeby to nie był żaden żart. Jane ma poczucie humoru, w przeciwieństwie do Anthony'ego, ale ma też swoje granice... - mruknął pod nosem, przyglądając się uważnie mokremu od śniegu firmowemu papierowi z największej gazety w Seattle. Przeczytał raz i drugi treść, po czym uniósł oczy i wbił je w Kwiatuszka. Kiwnął powoli głową.
Nic nie mówił, tylko obracał powoli tę walentynkę między palcami, nie zważając na sypiący śnieg. Dopiero po dłuższej chwili, gdy gdzieś niedaleko huknęły zatrzaskiwane drzwi, Charles zamknął powieki. Trwał moment bez ruchu, tylko po to, by następnie wskazać kciukiem za siebie. Na budynek administracyjny. Na miejsce, gdzie obecnie przebywała Księżna Jane Doe, malkaviańska władczyni wszystkich terenów dokoła. Seneszal zapraszał Kwiatuszka na prywatną audiencję!
- Chodźmy. Coś takiego należy wręczyć jej osobiście. I... chyba Peter znowu próbuje nawiać... pomożesz? Jakoś nie mogę dotrzeć do tych dzieciaków. Wiecznie są z nimi problemy. - odwrócił się na pięcie, patrząc gdzieś przed siebie. Z oddali dało się słyszeć czyjeś pospieszne, acz drobne kroki i już po chwili oczom nieumarłych ukazał się chuderlawy nastolatek, naciągający w pośpiechu pikowaną kurtkę z kapturem obszytym futerkiem. Szedł bardzo wolno, tak, by nie zamoczyć butów ani nogawek spodni, nie widział więc ani Charlesa, ani Kwiatuszka.
Ale próbował uciec z sierocińca, najpewniej na jakąś nocną schadzkę.
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Parking

#6
Kwiatuszek zmarszczył brwi. Cóż, nie tego się spodziewał. Liczył raczej na mistyczne mumbo-jumbo z użyciem Nadwrażliwości. No, ale pan każe, sługa musi, jeśli będzie miał się spotkać z Księciem, to to zrobi. Druga prośba była jednak dużo trudniejsza do spełnienia. Czyżby Charles go testował?
Kwiatuszek spojrzał na niego, a jego rybie oczy nie wyrażały nic szczególnego. Może to było tylko spojrzenie w dal, a Malkavian po prostu stał na drodze?
- Cięshko jest dotshieras dho innych wyghlądajhąc... - nie dokończył, ruchem ręki wskazał na siebie. Nawet przez bulgotanie i seplenienie czuć było smutek - Nie będęgo strashył. Ale... Ale chyba mogę sphrawic, she nighdzie dsis nie pójcie.
Gnijącymi rękoma, zaczął zbierać leżący wokół śnieg i lepić z niego kulki. W milczeniu kontynuował, zanim nie ulepił kilku - i tak miał przewagę nad nie spodziewającym się niczego dzieciakiem, który oglądał się raczej na sierociniec.
- Luthiom ratshej saleshy na ubraniah, thaaaak? - spytał Seneszala - Chsą wyhlądatsh dobshe ghdy idhą na sphotkanie s lubą. W kashdym rasie mi saleshalo, dafno temu, taaaak - kontynuował, snując raczej własne opowieści, niż faktycznie mówiąc do Charlesa.
Korzystając z zaułka chciał zarzucić młodzieńca deszczem śniegowych kul, miał przecież przewagę zaskoczenia i siły nieumarłego potwora- jeśli wszystko pójdzie dobrze, młodzieniec sam zawróci, nie stanie się mu żadna krzywda i będą mogli iść do Księcia bez dalszych przystanków.
KARTA POSTACI: Kwiatuszek
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: francuski,
Opis Postaci | 
Rozpadający się, napęczniały Nosferatu. Wysoki, noszący stare, brzydkie i obszerne ubrania. JEgo ciało wygląda, jakby zaraz miało odpaść, a on sam wdaje z siebie niesamowicie irytujące odgłosy.

Re: Parking 02,14,99

#7
Image

- Śnieżki? - Seneszal spytał sam siebie, pod nosem, obserwując poczynania Nosferatu. Cofnął się też o parę kroków, pozwalając, by późna pora, a także cień drzew oraz budynków przesłaniający słabe światło okolicznych latarni skryły jego sylwetkę. W milczeniu przyglądał się tym dwóm mężczyznom. Żywemu, skradającemu się przez dziedziniec sierocińca, oraz martwemu, cierpliwie zbijającemu śnieg w kule. Charlie Campbell pokręcił głową, nie widząc w tym żadnego sensu ani tym bardziej, szansy powodzenia.
Cóż, był pesymistą.
Dlatego pozytywnie się rozczarował, gdy dosłownie kilka chwil później Kwiatuszek zaczął bombardować nastolatka śnieżkami. Niezależnie od tego, co myślał Seneszal, coś takiego było naprawdę dobrym posunięciem - w sierocińcu przebywały dziesiątki dzieciaków w różnym wieku, a dzieciaki uwielbiają najróżniejsze psoty i figle. Obrzucenie kolegi śniegiem, gdy ten wybiera się na randkę, na imprezę czy nawet na spacer, wydawało się więc być naprawdę świetnym pomysłem i doskonałym rozwiązaniem tego małego problemu.
Kwiatuszek nie zrobił Peterowi żadnej krzywdy; uderzenia zbitymi kulami śniegu nie były przyjemne, ale nie bolały. Co innego dotyk mokrego i bardzo zimnego śniegu na gołej skórze - coś takiego zdecydowanie zniechęcało do włóczenia się ulicami Seattle wieczorem czy w nocy, a przemoczone ciuchy wcale nie pomagały. Nastolatek przez kilka chwil rozglądał się więc rozkojarzony i zdenerwowany po parkingu i najbliższych uliczkach oraz alejkach, dość komicznie biegając z miejsca na miejsca, zanim w końcu dał sobie spokój.
Powłócząc nogami wrócił do domu. Jeśli, oczywiście, sierociniec można nazwać "domem". Campbell z kolei pokiwał z uznaniem głową, wychodząc z cienia. Z chwilą, gdy Peter zniknął wewnątrz jednego z budynków znajdujących się na terenie sierocińca, wampir przez moment spoglądał w jego stronę, tak, jakby chciał się upewnić, że jest już bezpieczny. Dopiero potem zwrócił się do Kwiatuszka.
- Śnieżki.- powtórzył. - Oryginalne. Pomysłowe. Chodźmy, nie każmy Doe czekać. - ruszył pierwszy. Szedł niespiesznym, spokojnym krokiem i dopiero, gdy otworzył drzwi budynku administracyjnego, a do holu wejściowego zaczął wpadać niesiony wiatrem śnieg, gestem zachęcił Nosferatu do przyspieszenia.
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Parking

#8
Gdy pierwsza śnieżka trafiła młodego, na twarz Kwiatuszka wpełzł uśmiech. To bardzo odpowiednie określenie, gdyż przypominał on robaka, wijącego się na jego twarzy, powoli rozcinającego skórę by ukazać wnętrze jamy gębowej, z całym skrytym tam śluzem, luźnymi zębami i wielkim kawałem języka, nieustannie mlaskającego.
Kilka śnieżek później stał w zaułku, zadowolony z siebie. No, i jego pomysłowość docenił Seneszal. Co prawda synalek swej mamusi i nepotysta, ale i tak, prędzej mu się to przyda niż zaszkodzi.
Upewnił się, że mistyczne moce Niewidoczności ukrywają go przed wzrokiem ludzi, i ruszył za Malkavianem. Bardzo możliwe, że ruszył wywoła jakąś małą wojenkę, ale i tak ruszył zdecydowanie. Lubił być w centrum wydarzeń.

(z/t)
KARTA POSTACI: Kwiatuszek
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: francuski,
Opis Postaci | 
Rozpadający się, napęczniały Nosferatu. Wysoki, noszący stare, brzydkie i obszerne ubrania. JEgo ciało wygląda, jakby zaraz miało odpaść, a on sam wdaje z siebie niesamowicie irytujące odgłosy.

Re: Parking

#9
Dopiero po paru minutach Michelle zorientowała się, że jej towarzyszka podróży była dość niemrawa w swoim udziale w rozmowie. Do tego stopnia, że właściwie prowadziła ze sobą monolog. Może kiwała albo wykonywała jakieś gesty, trudno powiedzieć - jej oczy były utkwione na drodze. Nie była jednak osobą która lubiła mówić po próżnicy, dlatego po ostatnich słowach dotyczących poprzedniej nocy zamilkła.
Podróż trwała za długo. Albinosce trudno było ukryć zdenerwowanie - jak już wyjeżdżały był kawałek po dziewiętnastej. Dobrze, że szybko się zebrały... Najważniejsze, by się jakoś wpasować w termin podany jej przez księcia. By ta się na nią nie zdenerwowała, reszta, miała nadzieje, jakoś pójdzie...
...Przede wszystkim zastanawiała się ile czasu zajmą te wszystkie rzeczy które miała dzisiaj na pewno zrobić. Może uda się jeszcze jedną zrobić? Albo przynajmniej umówić się na spotkanie. Powinna to załatwić, ale tym razem może bez stosowania nieprzemyślanych wymówek.
Ulżyło jej trochę gdy zobaczyła budynek sierocińca. Na moment, bo zaraz potem ponownie pojawiły się obawy. Mieszanka dość niebezpieczna, ale na szczęście akurat w tym momencie nie powodowała ona niczego niebezpiecznego. Już wjeżdżała na parking i szukała miejsca dla swojego auta, gdy zobaczyła scenkę dość... Rażącą jej własne przekonania. Najpierw jednak musiała zaparkować.
-Margaret, weź album oraz skrzypce z bagażnika. I pozamykaj wszystko-Albinoska brzmiała na trochę bardziej zdecydowaną niż zazwyczaj, i było ku temu parę powodów. Przekazała kluczyki swojej służce i sama wyszła z auta. Zanim jeszcze mogła przekroczyć próg sierocińca miała do zrobienia jedną rzecz.
Poszła w stronę samochodu, przy którym zobaczyła tamtą czwórkę dzieci. Krzyczenie i karcenie nie było jej specjalnością, ale coś musiała zrobić i zareagować, dla ich własnego dobra! Mimo wszystko to też były dzieci, a ona... No właściwie to była dorosła.
-A Wy co tam robicie?-Zawołała nieco głośniej niż zwykle gdy już byli w zasięgu jej głosu. Zmarszczyła brwi, jakby była faktycznie oburzona ich postępowaniem-Chcecie mieć kłopoty? Już was tu nie ma!-Nie groziła niczym, ale była na to gotowa. Po co od razu wyciągać cięższe działa? Może sam fakt przyłapania ich na gorącym uczynku wystarczy.
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Parking 02,15,99

#10
Śmiertelniczka kiwnęła tylko głową. Nie musiała nic mówić, było to niepotrzebne. Album, zawierajacy podstawowe informacje na temat wychowanków Seattle Children's Home wcisnęła pod pachę, zaś futerał ze skrzypcami - rzecz bez wątpienia cenną i delikatną - ujęła ostrożnie oburącz. Chwilę później, gdy odłożyła powoli instrument na zaśnieżony parking, zamknęła dokładnie samochód i w niewybrednych słowach skomentowała zachowanie dzieciaków. Dopiero potem podniosła skrzypce i ruszyła do budynku, wydeptując w śniegu niewielką ścieżkę. Zrobiła to z prostego, acz bardzo zrozumiałego powodu - nie zamierzała stać na zimnie.
Była tylko człowiekiem.
Pełnym wad. Słabości. Nie, żeby wampiry były tych przywar pozbawione, skądże znowu, po prostu Michelle doskonale widziała, że to ludzie dominują, gdy chodzi o słabe strony. Najlepszym przykładem były te dzieciaki właśnie, próbując - nie ma co ukrywać - włamać się do samochodu. Peugeot nie był może jakimś autem z górnej półki ani żadnym luksusem, ale był nowy i zadbany. To zakazany owoc. Kusił, po prostu. Na widok Michelle dzieciarnia gwałtownie odskoczyła od samochodu. Wszyscy, poza najstarszym chłopakiem, nie wiedzieli gdzie oczy podziać. Ktoś zaczął kopać butem w śniegu, nie przejmując się tym, że tenisówka raz dwa przemoknie.
Nastolatek wyprostował się. Sięgał Michelle ledwo do ramion, był od niej chudszy i miał samotnego, wielkiego pryszcza na czubku nosa. Zmrużył oczy, podniósł podbródek i wsparł dłonie na biodrach, próbując wyglądać poważniej i doroślej. Nie wyszło mu, oczywiście, ale nie miało to znaczenia. Ten chłopak, którego Mould chyba widziała w albumie, aczkolwiek pewności mieć nie mogła, czekał na odpowiedni moment by rzucić jakąś ciętą - w jego mniemaniu - ripostą.
- Chyba ty. - zawołał, pyskując dorosłej. Chłopak uśmiechnął się, dumny, że mógł zaczął pyskować komuś starszemu od siebie. Miał jednak tyle przyzwoitości, że nie skomentował wyglądu Michelle; chociaż chciał. Bardzo. Widać to było po jego twarzy, po uśmiechu, po zmrużonych oczach.
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Parking

#11
Komentarze służki pozostawiła bez własnego. Rozumiała irytację, ale nie zamierzała tego ot tak zostawić, by jeszcze te dzieciaki wpadły w jakieś poważniejsze kłopoty niż dezaprobata wicedyrektorki bądź jej własna. No i zwyczajnie tak nie powinno się robić. Może to też lepiej, że wzięła większość jej rzeczy. Będzie przynajmniej wiadomo, że już przyjechała i za chwilkę będzie. I nie było sensu by stała na mrozie.
Osiągnęła... Albo częściowy sukces, albo żaden. Co prawda młodsze dzieci zareagowały natychmiast i prawdopodobnie najchętniej zapadłyby by się pod ziemię, przyłapane na gorącym uczynku, ale pozostawał główny element tego problemu, czyli najstarszy chłopiec. Gdy mu się tak przyglądała przypominał jej jednego z wychowanków tej instytucji. Zresztą nie było to specjalnym zaskoczeniem, w takim stroju raczej wątpliwe by byli z jakiś dalszych okolic... Na litość, czemu to dziecko robiło to sobie i swojej stopie...
Czy jakoś ubodła Michelle ta "riposta"? Nie. Czy ją zdenerwowała? Niespecjalnie. Ale widziała, że powstrzymuje się tylko by znaleźć odpowiedni moment by wyszydzić jej wygląd, i to już jej się... Nie do końca podobało. Mimo to, twardo stała przy swoim, aczkolwiek z powodu odległości już nie musiała wołać, bo się na tyle zbliżyła.
Nie bawiła się też w żadną z gierek tego chłopaczka. Stała luźno, nie odpowiedziała też na jego docinek. To dziecko, jego perspektywa była inna niż jej własna. Tylko jak tu je skłonić do współpracy a nie pogorszyć sytuację...
Chwilę się im przyglądała. Nie po to by na nich coś wymóc wzrokiem, ale faktycznie łączyła twarz butnego młodzika ze zdjęciami które pamiętała.
-Widziałam Cię w albumie-Stwierdziła, miała nadzieję, fakt, i to trochę łagodniej niż zaczęła. Czy będzie tym samym wiedział po co tutaj jest, czy też będzie trzeba mu trochę bardziej zasugerować... Nawet nie wiedziała, czy miało to znaczenie. Ale powinien wiedzieć, że w takim razie wie kim jest i co się z tym może wiązać.
Nie mogła się w każdym razie zawahać, przynajmniej nie w środku mówienia. Trudno było jednak stawiać się jakoś szczególnie poniżej kogoś, kto ledwo sięgał jej do ramion. Jej twarz przestała być sroga i zagniewana.
-Wracajcie do środka. Jest dość zimno, prawda?-Nawet się trochę uśmiechnęła, zerkając na chłopca kopiącego w śniegu-Nie chciałabym prosić Pani Doe o pomoc... Ani w ogóle o tym wspominać. Po co ją denerwować? I to jeszcze jak przyjechałam wam zagrać?
Czy to podziała? Trudno powiedzieć. Sama była tylko trochę starsza... Ale też jej kontakt z rówieśnikami był bardzo ograniczony. Wolała nie wchodzić w potyczki słowne. Nie miała zresztą na to czasu.
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Parking 02,15,99

#12
Michelle mogła rozwiązać tę sytuację na wiele różnych sposobów. Krwawych, brutalnych, w pełni wykorzystujących jej przewagę jako nieumarłego potwora. Pełnych przemocy, ale tej znacznie dotkliwszej, której na pierwszy rzut oka nie widać; przemocy psychicznej. Dyplomatycznych, odwołujących się do tradycji i sumienia, wykorzystujących odpowiednio dobrane argumenty - jednym z nich była wzmianka o albumie. Reakcja młodszych dzieciaków była natychmiastowa. Ktoś jęknął, zrozpaczony. Jeden zaczął się śmiać, ale był to śmiech sztuczny, wymuszony, próbujący zamaskować panikę i strach. Inny malec tylko się uśmiechnął, próbując w ten sposób przypodobać się Mould.
Najstarszy z nich tylko wzruszył ramionami. Czegoś takiego można się było spodziewać; młodsi może i nie wiedzą zbyt wiele o świecie, nie mają pojęcia jakie zasady rządzą, ale wiedzą jedno - są w domu dziecka. Dorośli mogą, ale nie muszą, przygarnąć ich pod swój dach. Starsi wychowankowie Seattle Children's Home, na przykładzie tego nastolatka jednakże, już dawno pogodzili się z możliwością adopcji. Odcharknął i splunął w śnieg, zdobywając trochę szacunku u dzieciaków, zanim te oczywiście pobiegły w stronę budynku, gdzie mieściły się ich pokoje.
- Możesz się podetrzeć albumem! - zawołał nagle, ale widać było, że nie był do końca przekonany czy może coś takiego powiedzieć. Zaczerwienił się, i bynajmniej nie robił tego z powodu niskiej temperatury. Kiedy jednak Michelle wspomniała o Księciu Seattle, dla wychowanków sierocińca będącej po prostu wicedyrektorem placówki, chłopaczek cofnął się o krok i uderzył plecami o samochód. "Pani Doe" cieszyła się albo nieskończonym szacunkiem, albo nieskończoną nienawiścią.
- Nie powiesz jej! - krzyknął, wyciągając oskarżycielsko dłoń w stronę albinoski. - Nie zrobisz tego! Nie możesz! Ona... ona... - zaczął panikować. Po ludzku się bał gniewu tej na pozór zwyczajnej kobiety. Nie dokończył też swojej wypowiedzi, bo najzwyczajniej w świecie nie miał pojęcia, co teraz robić. Stało się dla niego jasne, że stoi przed kobietą, która być może jest zainteresowana adopcją i to właśnie od jej woli zależy cała przyszłość nastolatka.
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Parking

#13
To nie było grzeczne. Ale czy spodziewałaby się czegoś innego ze strony tego chłopca, jak to co powiedziała nie zrobiło na nim większego wrażenia? Dalej osiągała połowiczne sukcesy, bo przynajmniej młodsze dzieci się jej posłuchały. Rozpiętość ich reakcji była doprawdy... Interesująca? Od strachu poprzez maskę na lekkiej nadziei kończąc. Najważniejsze, że nie marzły już na zimnie. Byłoby jej bardzo przykro gdyby dalej tak stały zamiast ogrzewać się w środku. To, że ona niewiele sobie z tego robiła... Te drobne rączki i nóżki...
Ale dalej pozostawał problem tego jednego, najstarszego. Który to coraz bardziej nieudolnie starał się jej pokazać, że to on jest górą i tu rządzi. Dość słabo, Michelle ani trochę się tym zdawała nie przejmować. Mogła go... Próbować zrozumieć. Był sfrustrowany latami spędzonymi w miejscu, gdzie nie mógł liczyć na opiekę kogoś tylko i wyłącznie jego. Męcząc się z innymi dziećmi w przestrzeni, która nie była jego własną. Oczekując na kogoś, i nie doczekując się go...
Tylko dlaczego zareagował tak mocno jak jedynie zasugerowała, że mogłaby powiedzieć cokolwiek wicedyrektorce? Odrzuciło go jakby go czymś poparzyła, aż sama się zdziwiła. Był przerażony tą perspektywą. To... Nie była normalna reakcja. To nie była reakcja osoby, która darzy kogoś szacunkiem. To był strach.
...co tu się właściwie działo? Wiedziała, że tak naprawdę to miejsce było w garści spokrewnionego, ale czy działo się tu jednak coś więcej.
-Spokojnie...-Szepnęła by go uspokoić-Po prostu... Chodź ze mną do sierocińca. Nic wtedy nie powiem-Prosty układ, w dodatku zawarty bez świadków w postaci kolegów. Może na niego pójdzie. Ale też...
-...dlaczego się tak boisz Pani Doe?-Ciekawość, podejrzliwość... Wiele typowych dla ludzi, a wręcz niezbędnych dla spokrewnionego emocji zaczęło działać. Coś tu jednak było nie tak. Dobrze by było mieć chociaż jakąś wskazówkę.
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Parking 02,15,99

#14
Nastolatek nie ruszył się z miejsca.
Zerknął tylko na gmach budynku administracyjnego, gdzie urzędowała Doe. Za dnia i wieczorem było to miejsce zdominowane przez ludzi, gdzie najważniejszą rolę odgrywał dyrektor placówki i jego pracownicy. Ale gdy słońce chowało się za horyzontem, na scenę wkraczał jego zastępca. Wicedyrektor. Kobieta blada, dość tajemnicza, ale ciesząca się nienaturalnym posłuchem u wszystkich - no, prawie wszystkich. Mould mogła się domyślać, że przynajmniej część personelu Seattle Children's Home to albo ghule Księcia, albo śmiertelnicy znajdujący się pod wpływem jednej z jej Dyscyplin.
- Ona... ona jest zła. - wypalił nagle chłopak, ciągle zerkając w stronę gabinetu Doe. Określenie "zła" miało wiele znaczeń, zwłaszcza, gdy było wypowiedziane przez dzieciaka. Problem w tym, że Jane Doe, z tego co Michelle zdołała już zauważyć, wydawała się być naprawdę troskliwą kobietą dla której dobro maluchów miało wartość szczególną. Musiała tak być, piastując stanowisko wicedyrektorki sierocińca; na ile to była zwyczajna gra, maska którą przywdziewała występując publicznie a na ile jej prawdziwa natura, póki co stanowiło jednak tajemnicę.
- Okropna! Na nic nam nie pozwala, chce nas trzymać pod kluczem, jak w jakimś... w jakimś cholernym więzieniu! - mówił dalej, czerwieniąc się coraz mocniej i mocniej. Zacisnął też dłonie w pięści, jednak był to wyraz wściekłości i bezradności, nie zaś agresji czy nawet i czegoś tak prozaicznego, jak zimno. Czyżby Jane Doe, Malkavianka i zarazem Książę nie był tak pozytywną postacią, jak mogło się to z początku wydawać? Czy może było to zwyczajne marudzenie chłopaka, który miał już dość sierocińca i zasad?
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Parking

#15
Stał w miejscu, ale... Przynajmniej jeżeli chodzi o zaprzestanie tego co robił sytuacja się poprawiła. Przynajmniej z nią rozmawiał a nie pyskował. Powoli wypracowywała to co chciała, i trochę więcej. Nawet jeśli to czego się dowiadywała było mglistą poszlaką... przy dużej dozie optymizmu, a nie konkretną informacją. W końcu jak bardzo wiarygodnym źródłem mógł być zbuntowany, sfrustrowany nastolatek?
Z jednej strony... Miała wrażenie, że książe faktycznie dbał o swoich podopiecznych z sierocińca. Na tyle, że nie stanowili dla niej waluty bądź jakiejś karty przetargowej, tylko faktycznie stosowała jakąś formę selekcji. Bardzo... Niestandardową i trochę chyba poza przepisami, jednak jakaś ona była. Z drugiej strony miała tutaj tego chłopca, który narzekał na zbytnią kontrolę. Co wpasowywało się w ten obraz może nawet zbyt opiekuńczej nadzorczyni... Jednakże...
Wiedziała sama najlepiej, że spokrewnieni dysponują środkami, które mogą mocno wpływać na śmiertelnych. I nie tylko. I chociaż mogła mieć przed sobą sam wyraz frustracji, to może było w tym jakieś ziarno prawdy?
-Spokojnie...-Powtórzyła, jeszcze łagodniej niż wcześniej-Jest za was odpowiedzialna, to dlatego... I na pewno ma dużo spraw na głowie-Nie dowiedziała się jednak niczego na temat jej nadnaturalności. Może to i lepiej? Miała by wtedy zgryz co w takiej sytuacji zrobić.
-Obiecuję, że nie powiem jej co tutaj robiłeś... Ale nie rób tego więcej. Proszę-Przyjęła najłagodniejszą pozę, na jaką było ją stać. Wyciągnęła też w jego stronę dłoń-Chodźmy już. Jest zimno... I nie ma co wzbudzać podejrzeń, że coś jest nie tak-Przyjemna powierzchowność, ale ostatnie słowa sugerowały, że cały czas jest świadoma całej tej sytuacji, i konsekwencji jakie mogą spotkać chłopaka gdyby wyszło, co tutaj tak naprawdę miało miejsce. Czy młodzieńcza duma ustąpi rozsądkowi? Z takimi to nigdy nie wiadomo.
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Parking 02,15,99

#16
Chłopak zasępił się i odwrócił wzrok. Spoglądał teraz w wieczorne, przykryte coraz większą pierzyną śniegu Seattle; w końcu westchnął ciężko i zrobił krok przed siebie, w stronę Mould, a następny zrobił w stronę budynku mieszkalnego. Szedł niechętnie, tak, jakby ciągle walczył z samym sobą - ze zdrowym rozsądkiem, jak to Michelle uznała - aż wreszcie się zatrzymał. Dalej był na parkingu, ale zaczynał się już trząść z zimna. Majstrowanie przy zamku samochodu widocznie rozgrzewało go na tyle, by teraz, w czasie zwykłej rozmowy, po prostu zmarznąć.
- Odpowiedzialna? - powtórzył kpiącym, acz nie pozbawionym lęku głosem. - Ona traktuje nas jak swoje zabawki! Na nic nam nie pozwala, na nic! Nie róbcie tego, bo nie wolno, nie róbcie tamtego, bo nie wolno, nie róbcie też tego, bo nie wolno, a tego nie róbcie, bo nie wolno! - zaczął przedrzeźniać Jane, a po każdym "nie wolno" zerkał w stronę jej okien. Bał się jej, to oczywiste. Michelle nie mogła jednak wiedzieć, czy czuł strach po Doe naprawdę była kimś w rodzaju czarownicy terroryzującej maluchy, czy też była surowa, ale sprawiedliwa i nie tolerowała żadnych występków.
A próba włamania do samochodu z pewnością była czymś więcej, niż zwyczajnym psikusem; to było już przestępstwo, które można prawdę przekreślić szansę adopcji.
- Czy... czy wybrałaś już kogoś? - spytał, patrząc spode łba n a Michelle. Kolejna gwałtowna i nagła zmiana nastroju, jak to zwykle bywa u nastolatków. Tym razem jednak chłopak zadał pytanie, które chyba zadawał sobie każdego dnia każdy dzieciak w tym miejscu. I nie chodzi o "kim naprawdę była Jane Doe" tylko o "czy to dziś poznam swoją nową rodzinę". Może mieć nadzieję, prawda?
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Parking

#17
Dalej brakowało jednoznacznej odpowiedzi. Mogła faktycznie ustawiać cały sierociniec pod swoje dyktando, a mogła równie dobrze słuchać narzekać dziecka, która miało dosyć zorganizowanego trybu życia. W końcu był w takim wieku. Co ją jednak niepokoiło, to że faktycznie bał się. Za każdym razem gdy wspominał o niej w jakimś stopniu zerkał, czy przypadkiem nie wygląda albo czy nie powiedział czegoś za głośno. Na pewno coś w tym było, ale czy w stopniu który powinien ją niepokoić?
-...Ale nie powinieneś robić tego co robiłeś-Powiedziała spokojnie, ze współczuciem-Gdyby ktoś inny Cię zobaczył... Ja rozu... Staram się zrozumieć-Poprawiła się. Pewnie by została wyśmiana albo obszczekana na samym wstępie, gdyby stwierdziła tak zuchwałą rzecz. W oczach tego chłopca, przynajmniej. Dowiedziała się zresztą o czym myślała. Mimo jego negatywnego nastawienia i pyskowania, dalej miał nadzieję na to, że los się do niego uśmiechnie.
Albo chciał się utwierdzić, że dla takich jak on nie ma już żadnej nadziei. Nie chciała dawać mu fałszywej, ale prawdą było, że...
-...myślałam nad tym... Długo. Ale jeszcze nie zdecydowałam-Wypowiedziała się ostrożnie, dopiero po pewnej chwili. Fakt, że akurat ten chłopiec nie zwrócił jej uwagi. Nawet nie pamiętała jak się nazywa, ale... Czy on nie za szybko przeszedł na Ty? Niby była tylko trochę starsza od części dzieci, ale... Aż tak poczuł, że może się z nią spoufalać, czy tak generalnie z nim jest? A może jednak trochę jej zaufał?
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Parking 02,15,99

#18
Mógł jej zaufać, to prawda. Mógł też zaryzykować przejście do znacznie bezpośredniejszej, swobodnej rozmowy, ale mógł też po prostu uznać, że nie ma już nic do stracenia. Był w końcu nastolatkiem, zbuntowanym dzieciakiem stojącym naprzeciw całemu światu. Co innego miał robić, skoro dosłownie przed kilkoma chwilami Michelle widziała, jak próbował włamać się do samochodu? Peugeot nie był możne najlepszym wyborem, ale cóż, jakoś trzeba zacząć przestępczą karierę, czyż nie?
- Gdyby ktoś inny mnie zobaczył to by pomógł. - rzucił trochę zbyt agresywnym głosem, ale szybko się zreflektował. Przygryzł wargę i znowu zerknął zlęknionym wzrokiem w stronę gabinetu Doe; dopiero gdy usłyszał słowa Mould dotyczące adopcji pozwolił sobie na głębokie westchnięcie. Potrząsnął głową, godząc się ze swym losem. Albo zostanie adoptowany, albo nie. Albo Jane się dowie o jego wybryku, albo nie.
- Nie mów jej o tym. Proszę. - dodał po chwili, odwracając się do albinoski. Trząsł się, zimno zaczynało mu naprawdę dawać ostro w kość. Niedbałym ruchem strzepnął trochę śniegu z ramion, a potem zaczął pocierać dłonią o dłoń, próbując się rozgrzać. Chyba po raz pierwszy zaczął rozważać powrót do swojego pokoju, co było naprawdę dobrym znakiem. Jeśli sobie pójdzie, to Michelle będzie mogła w końcu ruszyć na spotkanie. Jeśli jednak dalej będzie tak uparty i dalej będzie marudził...
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Parking

#19
Podejście tego dziecka trochę w środku zbulwersowało Michelle. Ktoś z zewnątrz zobaczyłby dziecko włamujące się do samochodu? W najlepszym przypadku by go zignorował albo pogonił jak ona, w najgorszym zadzwonił po policje. I wtedy dopiero miałby problemy. Nie wspominając już o tym... Um... Nawet ona nie wierzyła w stuprocentową solidarność wśród dzieci w sierocińcach.
-...jesteś pewien, że nikt by Cię nie wydał?-Rzuciła myśl. Mógł się z nią nie zgodzić, ale na pewno samo zasugerowanie zasieje ziarno niepewności, które po jakimś czasie wykiełkuje. Powinien jednak mniejszym zaufaniem darzyć innych ludzi. Lepiej na tym wyjdzie niż ona.
Widziała jak się trząsł z zimna. Przypomniał jej swoim gestem, że przecież się na niej również zbierają płatki śniegu, i to nawet bardziej. Otrzepała swoje ramiona, trochę już zniecierpliwiona tym, że tutaj stoją. Nie dlatego by była zła... Chociaż pewnie trochę była. Nawet nie dlatego, że się spieszyła, acz powinna pójść do budynku sierocińca jak najszybciej. Ale marznięcie tutaj i jałowe rozmawianie o tym, czy powinien się włamywać do auta, czy go adoptuje, i jakie będzie miał problemy jeżeli powie o tym zdarzeniu wicedyrektorce nie miało sensu. Przede wszystkim zdawała się mieć w głowie jedno.
-Marzniesz... Nie powiem jej, ale nie rób tego więcej-Stanęło z jej strony na tym. Ponownie wyciągnęła rękę w jego stronę-Chodźmy już. Nie ma sensu, byśmy stali na zimnie... Mi też nie jest tu przyjemnie-Tak. Zwróciła uwagę, że nie jest to najlepsza pogoda na rozmówki. I cokolwiek mieli zrobić czy rozmawiać, mogli to zrobić w cieplejszym, lepszym miejscu. Ale dla niej sprawa była zakończona. Jak nie będzie robił tego więcej, to nie powie. Jak będzie, to powie. Krótka piłka.
Robiła to dla jego dobra.
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Parking 02,15,99

#20
Śnieg padał dalej. Może nawet przybierał na sile, bo opadające płatki śniegu zdawały się być większe, grubsze i cięższe, a co za tym idzie, szybciej spadały na ziemię i na ciała dwóch, samotnych postaci znajdujących się na Dziesiątej Alei. Nocną ciszę, do tej pory spokojną i nieruchomą, niezmąconą niczym, naruszyła głośna i przeraźliwa syrena. Nie był to radiowóz policji, ani karetka pogotowia, tak charakterystyczny, kaleczący uszy dźwięk mógł pochodzić tylko z syreny straży pożarnej. Pożar? Czy raczej ktoś wpadł do rowu i potrzebował pomocy?
- No to idź. - burknął chłopak, pocierając dłonią o dłoń. - Nie masz pojęcia o życiu tutaj. - stwierdził ponurym głosem i, nie czekając już na odpowiedź Mould, pospieszył w stronę budynku zamieszkałego przez dzieciaki, nastolatki i młodzież u progu dorosłości. Do swego domu, jeśli można było użyć tutaj takiego określenie... sierociniec mimo wszystko był tylko placówką tymczasową. Nawet, jeśli maluchy tkwiły tutaj większość swego życia, niestety. Z każdym kolejnym krokiem szedł coraz szybciej i szybciej, aż w końcu jego chód przeszedł w trucht i dopiero, gdy trafił pod drzwi budynku mieszkalnego, zatrzymał się.
Obdarzył Michelle ostatnim spojrzeniem, a następnie przeniósł wzrok w stronę gabinetu Jane Doe.
Zacisnął mocno powieki, odwrócił głowę i przekroczył próg, trzaskając drzwiami. Biała jak śnieg wampirzyca został sama, na parkingu przed domem dziecka. Teraz mogła bez problemu udać się do Księcia Seattle, ale chyba nie będzie musiała się tłumaczyć z ewentualnego spóźnienia - cała ta rozmowa z nastolatkiem nie trwała przecież tak długo - bo kto jak kto, ale Jane Doe doskonale wiedziała, co to znaczy rozmawiać z dzieciakami. Kto wie, może nawet przychylniejszym okiem spojrzy na albinoskę...
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Parking

#21
...czy to była syrena straży pożarnej? Teraz, o tej porze i przy tej pogodzie? A może właśnie dlatego? Może ktoś się zaczadził i pojechali... Pewnie zaraz usłyszy dźwięki karetki. Niedobrze, ale czego się spodziewać? Wypadki zdarzają się cały czas.
Chłopiec nie wyglądał na przekonanego. Wbił ostatnią szpilę w martwe serce, odrzucając rękę albinoski i jeszcze dalej podważając wszystko co mówiła. Może ktoś mógłby powiedzieć, że Michelle nie wyglądała na zbyt doświadczoną życiowo, ale prawda, choćby z samego faktu bycia spokrewnioną była nieco inna. Czasami na tyle, że naprawdę te drobne, ludzkie intrygi wydawały się dziecięcymi przekomarzankami.
Nic nie mówiła. Stała tylko przez moment patrząc cały czas na nastolatka. Była zmartwiona, ale chociaż poszedł do ciepła i odpuścił. Ona i jej emocje oraz odczucia liczyły się najmniej...
...Nie musiał robić tej sceny. Czuła się wystarczająco źle i bez tego. I będzie się czuła tym gorzej, im dłużej będzie stała bezproduktywnie na zimnie. Poszła dołączyć do swojej służki. Książę czeka.
Przynajmniej już poszedł do siebie do ciepła. Tyle przynajmniej osiągnęła, i... Czemu miałaby nie dotrzymać słowa?
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Parking

#22
Pogoda zdawała się nie odpuszczać. Płatki, a wręcz grudy śniegu bezlitośnie smagały twarze i ubrania tych, co byli na tyle nierozsądni bądź zdesperowani by wyściubić nos poza granicami mniej lub bardziej ciepłych schronień. Tym bardziej było to widać po albinosce, która zdawała się niemal zupełnie nic sobie z tego nie robić. Być może jednak powody były zupełnie inne. Gorzej radziła sobie kobieta tuż obok niej, ale jakoś była w stanie dotrzymać jej kroku.
Nie odzywała się aż do momentu, gdy dotarła do auta. Przetarła dłonią przednią i tylnią szybę, pozbywając się większości nagromadzonego na nich śniegu. Dopiero wtedy otworzyła drzwi i usiadła na miejscu kierowcy. Towarzyszce wskazała miejsce tuż obok siebie.
Dopiero gdy drzwi się zamknęły, a strumień ciepłego powietrza roztapiał resztki śniegu na przedniej szybie, albinoska przemówiła.
-Chcę byś mi towarzyszyła. Nie za długo, jutro będę miała do Ciebie prośbę-Przekręciła do końca kluczyk. Powoli, ostrożnie zaczęła manewrować z parkingu, zdając sobie teraz w pełni sprawę, że ktoś lub coś może jej z zaskoczenia wybiec tuż przed maskę. Gdy znalazła się na drodze, kontynuowała.
-Czy mogłabyś, jeszcze zanim pojedziemy po Selmę, znaleźć dwupokojowe mieszkanie?-Zapytała, nawet na nią nie patrząc. Większość jej uwagi zajmowała droga przed nimi, i jej twarz doskonale to wyrażała. Było tak samo trudno jak gdy wyjeżdżały wieczorem-Wiesz chyba nawet lepiej ode mnie jakimi środkami dysponujemy. Najlepiej jakby jeden pokój był bez okien. Drugi będzie dla Selmy... Obawiam się, że na trzy pokoje nas jeszcze nie stać-Skrzywiła się troszkę. Do tej pory Margaret spała w warunkach dość... Polowych. Ale rzeczywiście, niewiele dało się w tej sytuacji zrobić. Chyba, że jeden pokój będzie miał dwa łóżka? To wszystko zależało akurat od niej.
Było Michelle jej szkoda. Chciała jej jakoś wynagrodzić wzorową służbę.
-Jak coś znajdziesz i wynajmiesz to zerwij obecną umową. Gdyby robił problemy... Jeszcze przed wyjazdem do sierocińca załatwimy to razem... Poza tym... Bardzo Ci dziękuję-Na moment się rozluźniła. Dosłownie na chwilę, bo akurat pokonywała zakręt-Widziałam, że coś Cię... Rozbawiło? Ucieszyło, jak rozmawiałam z Selmą?-Zagadnęła, w międzyczasie kierując się na umówione miejsce spotkania. Denerwowała się, bo...
...wolałaby nikomu nie przyznawać się, dlaczego. Ale fakt, że był to teraz dla niej większy problem niż pożytek.
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Parking 02,15,99

#23
Ruszyły. Opuszczały sierociniec pełen skrzywdzonych, cierpiących dzieci, z niecierpliwością (lub nawet i wściekłością) wyczekujących dnia, gdy w końcu opuszczą te mury. Michelle opuszczała właśnie domenę Księcia tego miasta, jej prywatny, własny teren, miejsce, gdzie Jane Doe mogła czuć się dobrze. W sumie to i Mould mogła się tak teraz czuć - zrobiła w końcu dobry uczynek. Tchnęła nadzieję w życie dziewczynki. Dała szansę nastolatce. A przy tym pokazała, że jest wampirzycą, na której można polegać!
- Trzy pokoje niekoniecznie muszą być drogie. - zauważyła, rozsiadając się wygodniej gdy opuściły już parking.- Niestety, niższa cena może oznaczać gorszą dzielnicę, ale poszukam i takich miejsc. Może akurat będę miała szczęście. - wyjaśniła. Niestety, miała rację. Pieniądze w obecnej sytuacji rządziły i to właśnie od tych papierków zależało, czy Margaret, Michelle i już wkrótce Selma znajdą sobie nowe, wygodne mieszkanko. W praktyce jednakże światem rządziły wampiry; albo przynajmniej jego znaczną częścią rządziły.
To Spokrewnieni, stare i potężne potwory decydowały o tym, co się dzieje i będzie dziać; młodzi nieumarli jak Michelle mieli bardzo ograniczone pole manewru. Prośba skierowana do starszego, znacznie bardziej poważanego i dysponującego odpowiednimi środkami mogła brzmieć dobrze, ale mogła też mieć katastrofalne skutki. Mould musi więc zaufać swej służce. Raz jej zaufała, przy wypełnianiu papierów; efekt był więcej niż zadowalający, a na pochwałę Margaret tylko skinęła w podzięce głową.
Słowa uznania z ust Spokrewnionej były bardzo ważne. Kropla jej krwi zaś była najlepszą możliwą nagrodą.
- Pozwolisz, że zachowam dla siebie powód mojego zadowolenia. - odparła, uśmiechając się tajemniczo. I tyle. Nic więcej nie powiedziała, poprawiła tylko pas i zaczęła spoglądać w okno. Uśpione Seattle wyglądało bardzo ładnie, ślicznie nawet; zwłaszcza drzewa sprawiały, że miasto wyglądało jak wyjęte z bożonarodzeniowej kartki, chociaż od tych świąt minęły dwa miesiące. Śnieg był po prostu piękny. Oczywiście inne zdanie na ten temat mieli pracownicy miejscy, użerający się opadami, ale kto by się tam nimi przejmował.
Margaret wyciągnęła dłoń, wskazując na dość masywne zaspy, które najpewniej były skuterem lub motocyklem, nierozsądnie zostawionym przy krawężniku
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Parking

#24
Odcienie szarości, zabarwione od czasu do czasu brudną żółcią samochodowych lub drogowych lamp była widokiem, za którym Mits w sumie przepadał. Takie drobne elementy przypominały mu o sytuacji w jakiej się znajdował i tylko upewniały w nim cel, jaki obrał wiele lat temu za swój priorytet. Przesiadując na tylnim siedzeniu taksówki, okryty całunem Niewidoczności, jedynie kierowca-ghul był świadomy jego obecności w samochodzie. A przynajmniej tak zakładał.

Obserwacja była aktualnie więcej niż połową nieżycia Mitsa. Fakt że ostatniej nocy udało mu sie uczestniczyć w eliminacji dwóch spokrewnionych był miłą odmiana dla monotonii istnienia Nosferatu. Jednak Kanałowy Szczur doskonale zdawał sobie sprawe że czas taki jak ten nadejdzie prędzej czy później, a lata przygotowań nie poszły na marne. Pozwolił swojemu ghulowi załatwić wszystkie formalności ze stróżem nocnym by na spokojnie mogli zająć miejsce pośród samochodów zgromadzonych na parkingu.

W momencie gdy pojazd zatrzymał się, a jego kierowca pozwolił dislowemu silnikowi odpocząć, Mits wcisnął guzik w swojej komórce, wysyłając przygotowane wcześniej instrukcje do ghula. Musiał przyznać, że pomysł Kwiatuszka na uzbrojenie wszystkich lokalnych Nosferatu w telefony osobiste był dobrym, mimo że nieco kosztownym pomysłem. Mitsowi z pewnością ułatwiło to nieco komunikacje, chociaż wciąż były momenty, gdy jego klątwa wchodziła w drogę. Momenty takie jak ten.

Ghul otrzymał proste zadanie - miał odwiedzić sierociniec i grzecznie poinformować, ze Mits chciałby spotkać się z Ksieżną Doe. Oczywiście z racji jego klątwy krwi, chciałby to zrobić we wmiare bezpiecznym miejscu. Nie widział potrzeby narażania mieszkańców sierocińca na niepotrzenby stres.

Następnie Mits spokojnie rozsiadł się na tylnim siedzeniu i czekał, leniwie rozglądając po przestrzeni poza samochodem.
KARTA POSTACI: Mits
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Średniego wzrostu mężczyzna, ubrany w dopasowany garnitur z ciemnoczerwoną koszulą i czarnym krawatem. Jego dłonie skryte są w rękawiczkach, w czasie gdy reszta widocznej skóry owinięta jest w bandaże, za wyjątkiem nieprzyjemnych, nieco rybich oczu oraz ust z wiecznie odkryty, żółtymi zębami. Zupełnie jakby miał za krótkie wargi by schować swoje nieciekawe uzębienie.

Re: Parking

#25
Image
Całun Niewidoczności… Dla Nosferatu umiejętność stawania się niedostrzegalnym dla innych była absolutną podstawą. Szczur Kanałowy bez niej byłby właściwie tylko zwykłym Szczurem, którego inni tolerują jedynie przez wzgląd na przynależność. Swoich, nieważne jakich, się nie porzuca. Nie w przypadku wampirów z tego klanu.
Mits słusznie podejrzewał, że całe dotychczasowe doświadczenie związane z walką mu się przyda. Wspólne polowanie z innymi członkami klanu nie tylko na Tzimisce, ale i sforę Sabatu było zaledwie początkiem. Wstępem do otwartej, prawdziwie brutalnej i wyniszczającej miasto wojny. Ona była już tuż-tuż i tylko nieliczni Spokrewnieni zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji. Nosferatu Mits był jednym z nich. I nie było nic paranoicznego w podejrzewaniu, że dosłownie w każdej chwili coś lub ktoś może zakłócić spokój Szczura Kanałowego. Wystarczyło, by jakiś shovelhead zostałby wysłany w pogoń za tym właśnie Spokrewnionym i natrafił na niego w najmniej spodziewanym momencie…
Mało było w życiu Spokrewnionego rzeczy dlań niemożliwych. Mits zaś świetnie sobie radził z własną wadą uniemożliwiającą mu swobodną komunikację. Był pomysłowy, a na dodatek wyposażony w technologię. Nie było łatwo, ale i też nie można powiedzieć, że bardzo trudno. Ot, niedogodność, którą w ten czy inny sposób dało się obejść.
Nikt nie widział Nosferatu na tylnym siedzeniu samochodu, lecz za to on widział innych. W rogu budynku, po prawej stronie, stało dwoje dzieciaków, które sobie popalały. Rozmawiały ze sobą jednocześnie obserwując otoczenie. W jednym z okien dało się dostrzec młodą dziewczynę próbującą grać na skrzypcach. Paliły się okna w budynku z pokojami dla dzieci, na parterze przy wejściu i kilka w głównej kondygnacji, na drugim piętrze. Śnieg sypał nieustannie, a Mits w tej absolutnej ciszy słyszał świst wiatru zza drzwi.

Image
Ghul zniknął na dobrych kilkanaście minut. Gdy wyszedł z Sierocińca, za nim szła jeszcze jedna osoba. Nosferatu bez trudu ją rozpoznał: to Seneszal, Charles Champbell. Był jednocześnie tak zwyczajny i przeciętny, że aż nietrudny do zapamiętania. Seneszal słynął z wiecznie roztaczającej go depresyjnej aury. I tym razem było podobnie: minę miał taką jakby chciał się zaraz rzucić pod samochód albo pociąć żyletkami, byleby tylko zniknąć z tego padołu. Ręce zwisały mu tak, jakby byłyby bezwładne. Nogi — zdawało się — same go niosły, jakby to one musiały go zmuszać do wykonania kolejnych kroków.
Aż w końcu i Ghul, i Seneszal pojawili się obok strony, po której siedział Mits. Lemon zapukał w okno gestem głowy dając mu znać, że może wysiąść.
— Księżna się z Tobą zobaczy, ale ma niewiele czasu. — Rzekł Charles przygnębiającym, mogącym małe dzieci doprowadzić wręcz do płaczu. Było w nim coś takiego, co niejedne osoby mogłoby wprawić w paskudny, smutny nastrój. Przyjrzał się Nosferatu w miejscu, w którym zdawało się, że stał i ruszył przed siebie. — Jane nie chce martwić i straszyć dzieci, więc dopóki nie wejdziemy do gabinetu, nie ujawniaj się. — Rzucił jeszcze przystając na chwilę. Potem ruszył dalej. Wprost do wnętrza Seattle Children`s Home.
kolejka | 
  → Walter Wilkes
   → Amelia Fosbery
    → Wiktor Smiertin
     → David Knightley
      → Avery Blanchard
       → Leopold
        → ?
         → ?
   
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: Parking

#26
Mits spokojnie oczekiwał przez te kilkanaście minut, spokojnie spoglądając po okolicy. Przez jego żywe, jak i martwe lata pewien rodzaj zdrowej paranoi zdążył wykształtować w nim pare przydatnych odruchów, które nie raz uratowały jego życie. Aktywne spoglądanie po otoczeniu zamiast gapienia się w jeden punkt był właśnie jednym z nich.

Dostrzegając seneszala, Mits najzwyczajnie wyszedł z samochodu - czy to pomogło przełamać urok Niewidoczności, która ostatecznie była dyscypliną działająca na umysły innych, czy nie - nie za bardzo go to interesowało. Pozwolił mu dokończyć swoją wypowiedź, po czym najzwyczajniej w świecie ruszył za seneszalem. W miedzyczasie palce jego lewej dłoni wystukały wiadomość do ghula - który miał przypilnować samochodu i oczekiwać aż wróci. To nie był ostatni przystanej dzisiejszej nocy.
KARTA POSTACI: Mits
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Średniego wzrostu mężczyzna, ubrany w dopasowany garnitur z ciemnoczerwoną koszulą i czarnym krawatem. Jego dłonie skryte są w rękawiczkach, w czasie gdy reszta widocznej skóry owinięta jest w bandaże, za wyjątkiem nieprzyjemnych, nieco rybich oczu oraz ust z wiecznie odkryty, żółtymi zębami. Zupełnie jakby miał za krótkie wargi by schować swoje nieciekawe uzębienie.
Odpowiedz

Wróć do „2142 10th Ave W, Seattle Children's Home”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość