Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#61
Moore Theatre, foyer, piętro, przy oknach ->

Frank odnalazł swoją ofiarę - czarnoskórego Księdza. Jak tylko opuścił Księżną i odszedł na wystarczającą odległość, to rzucił się w jego kierunku jak jakiś drapieżnik. Oczywiście tak mogłoby się wydawać Bestii Russella. Dla reszty po prostu starzec spokojnym krokiem ruszył w kierunku odchodzącego Adewale, aby go zatrzymać, zanim ten mógłby być zatrzymany przez kogoś innego. Z uśmiechem na twarzy, starzec spojrzał na księdza. Jednak widać było po ruchach, że śpieszyło mu się.
- Wybaczcie, Ojcze Adewale, ale czy macie chwilę? - zaczął Frank, ale nie czekał jednak na odpowiedź. - Nie mam czasu wyjaśniać teraz sprawy, ale czy znacie się może na pierwszej pomocy? Potraficie prowadzić samochód? Potrzebuję kogoś kto mi w tej kwestii pomoże, teraz, a Ojciec wydawał się oczywistym wyborem. - Adewale mógł zauważyć, że przy Tremere nie było jego ghula. Peter Walker stał przy wyjściu z Elizjum spoglądając na Kwiatuszka oraz Mitsa. Ojciec tego nie wiedział, ale ghul był już gotów zaprowadzić ich do samochodu Franka.
KARTA POSTACI: Frank Russell
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
Postać aktualnie jest ubrana w ciepły, szary sweter. Pod nim ma białą koszulę oraz czerwony krawat. Pozostała część ubioru to elementy ciemnoniebieskiego garnituru. Podpiera się często starą laską, której rękojeść jest zaokrąglona. Typowa laska "dla starców."

Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#62
Przeniósł wzrok na Franka, widząc, że ten najwyraźniej potrzebuje jego szybkiej atencji. Tremere się spieszył, co więcej wyglądał na podenerwowanego i zestresowanego sytuacją... Czyżby pogawędki z klanem Nosferatu nie były aż nadto owocne? A może wręcz właśnie przeciwnie?
- Coś się komuś stało, Panie Russell? Ktoś jest ranny? - naturalna reakcja na zachowanie rozmówcy. Pełnia empatii i skupienia. Mag prosił go o pomoc, widocznie sprawa wymagała szybkiego podejścia. Zegar tyka.
- Nie jestem ekspertem, znam podstawy pierwszej pomocy. Cokolwiek się dzieje mam nadzieje, ze to wystarczy chociaż ustabilizować poszkodowanego... Chodźmy - ruszył do przodu w stronę wyjścia wiedząc że Frank pójdzie za nim. Niczym wystrzelony z procy. Było jednak co się dziwić? Kadewa pomagał bliźnim zawsze i wszędzie. Zwłaszcza tym, którzy w jego opinii potrzebowali tego najbardziej. Idąc do drzwi mówił jeszcze - Co miało miejsce? Jaki jest stan? Potrzebuje sprzętu medycznego bądź apteczki - nie pytał kim jest delikwent, bo teraz go to wcale nie interesowało.
KARTA POSTACI: Adewale Kadewa
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: , Łacina
Opis Postaci | 
Adewale Kadewa swoim wyglądem nie budzi żadnych specjalnych i konkretnych skojarzeń. Zwykły, średniego wzrostu i średniej budowy afroamerykanin, który zdecydował się oddać w posłudze Bogu. Zawsze ubrany zgodnie z pełnioną w parafii funkcją, nosi czarne koszule z krótkim bądź długim rękawem, które opięte na jego masywnych barkach dodają wrażenia bardziej wysportowanej postury. Ciemne jeansy, czarny skórzany pas ze srebrną klamrą oraz zamszowe eleganckie buty to wieczny styl tego osobnika. Szyje zdobi biała koloratka - jasno pokazująca fach i status mężczyzny. Ważnym dodatkiem jest różaniec, wiecznie trzymany przy karku albo ściskany w dłoni. Stare drewniane koraliki wydają się nieco przetarte od modlitwy - widocznie często jest używany. Na twarzy przystrzyżona starannie bródka, która tworzy spójną całość z równo zapuszczanymi wąsami.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#63
- Prosiłbym zostawić wszelkie pytania, jak dojdziemy na miejsce, dobrze? Nie jest to miejsce na takie rozmowy. - po czym starzec ruszył w stronę wyjścia wraz z Księdzem. Nosferatu byli już gotowi do opuszczenia Elizjum. Cała piątka mogła zejść po klatce schodowej i przejść do samochodu, który Peter sprowadził wcześniej bliżej wejścia. Temu ghulowi nie trzeba było wszystko rozkazywać, wiedział co robić. - Ojcze Adewale, to pan Kwiatuszek oraz pan Mits. Panowie, to Ojciec Adewale. - pozwolił sobie być osobą przedstawiającą wampiry. Nie wiedział czy się znali, ale nie miał, według niego, czasu się dowiadywać na ten temat.
Pojazd okazał się Bentley Arnage model 1998. Wykwintny samochód dla bogatego człowieka. Boczne szyby były przyciemnione. Prawdziwa skóra wewnątrz. Deska rozdzielcza prawdopodobnie z imitacji kości słoniowej. Oczywiście, nie można było zabraknąć czerwonego koloru, bo jakżeby inaczej. Głównie karmazynowa karoseria. Wszystko cud miód. Peter Walker otworzył tylne drzwi, aby zaprosić do środka trójkę gości. Kwiatuszek, Mits oraz Adewale musieli się dogadać jak usiądą z tyłu wozu, a Adewale pogodzić, że będzie musiał siedzieć blisko rozkładającego się Nosferatu. W tym czasie Frank usiadł na siedzeniu pasażera, a ghul niebawem miał zasiąść za kierownica.
- Poproszę adres, panie Kwiatuszek. - odezwał się do gości z tyłu. Ghul przecież nie odezwał by się do nich od tak. Musiał zatem o to poprosić Frank. Nie miał ochoty rozmawiać ani męczyć gości zbędna rozmową, więc prawdopodobnie to było wszystko o co zapyta. Zatem zapiął pasy i był gotowy do podróży.

-> Union Street
KARTA POSTACI: Frank Russell
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
Postać aktualnie jest ubrana w ciepły, szary sweter. Pod nim ma białą koszulę oraz czerwony krawat. Pozostała część ubioru to elementy ciemnoniebieskiego garnituru. Podpiera się często starą laską, której rękojeść jest zaokrąglona. Typowa laska "dla starców."

Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#64
Jak widać, obydwoje czymś się zaskakiwali. Ivy zaskoczyła Felixa swoim młodzieżowym powitaniem (co świadczyło o tym, że nie należała do starych wampirów), a z kolei młodzian w masce okazał się być nieco cieplejszy niż zwykłe wampiry. To było wyczuwalne, zwłaszcza że przedstawicielka klanu Dzikusów była chłodna jak większość Spokrewionych. Czyżby Felix używał Vitae do ogrzania swojej skóry? Jego sprawa. Dla Ivy było to zwyczajne marnotrawstwo. Owszem, pewne sytuacje wymagały, aby się wtopić w tłum śmiertelników, ale w Elizjum zdecydowanie nie było to konieczne. Bo przecież byli tu sami swoi - nieboszczyki bardziej lub mniej odrażające.
- Arystokrata na celowniku? Cóż, jakoś mnie to nie dziwi. Po ostatnich wydarzeniach ich wpływy znacznie spadły - powiedziała wampirzyca, marszcząc przy tym brwi. Wciąż zachowywała ten sam, bardzo poważny wyraz twarzy. Wolała jednak nie mówić nic więcej, bo nie wiadomo kto podsłuchuje.
- Nie wiem jak ty, ale wolę się trzymać z daleka od spraw, które mi za bardzo śmierdzą - stwierdziła dość mało subtelnie - Miło się gadało, ale skoro to już wszystkie nowinki, to chyba pora się stąd zmywać...
Wbrew temu, co można było pomyśleć na pierwszy rzut oka, Ivy wcale nie przyszła się tu socjalizować, tylko zasięgnąć informacji. Z resztą nie czuła się za dobrze w tym miejscu. Było zbyt dystyngowane, bogate i oderwane od rzeczywistości. Przydałby się tu jakiś powiew świeżości, naprawdę...
I dziwnym trafem, kiedy Collins o tym pomyślała, rozległ się głośny łomot jak na imprezie u Brujahów. To było bardzo zabawne, kiedy ci wszyscy ważniacy nagle się obejrzeli, zdegustowani i zniesmaczeni tym nagłym hałasem. Chociaż czy Szeryf się tym przejął? Wyglądał na gościa, który raczej nie gustował w Mozarcie czy Vivaldim. Ivy obserwowała kątem oka "pana władzę", bo oczywiście w pewnym momencie zorientowała się, że facet co jakiś czas na nią zerka. Takie rzeczy po prostu się czuje.
- No proszę, to się nazywa niezłe wejście - tak skomentowała wpadkę opiekuna Elizjum, oczywiście nie za głośno, żeby przypadkiem nie dotarło to do uszu grubych ryb.
Ech, że też wszystkie wampiry musiały mieć kije w dupsku. Właściwie to tylko pan "bramkarz" wydawał się wyluzowanym i pozytywnym typem, zwłaszcza że machał do wszystkich przyjaźnie. Ivy ograniczyła się tylko do uniesienia kciuka w górę, co miało być takim typowym, młodzieżowym gestem oznaczającym, że jest cool. Zwykle nie była aż tak wymowna, ale pomyślała sobie, że skoro facet jest opiekunem Elizjum, to znaczy, że mógł podsłuchać większość interesujących nowinek i może wiedzieć więcej niż Felix. Warto więc zwrócić na siebie jego uwagę.
KARTA POSTACI: Ivy Collins
Opis Postaci | 
Ivy aktualnie ma na sobie skórzaną, motocyklową kurtkę, spodnie-bojówki w kolorze khaki oraz buty przypominające Martensy (będące tak naprawdę całkiem udaną podróbką). Pod kurtką wampirzyca nosi t-shirt z wytartym nadrukiem (nie wiadomo, czy to taki design czy po prostu efekt "zmęczenia materiału").
Włosy wciąż pozostają luźno rozpuszczone, w nieco buntowniczym nieładzie.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#65
Nagła zmiana muzyki spotkała się z zainteresowaniem Felixa rzecz jasna. Ograniczyła się jednak do nieznacznego skrzywienia i rzucenia okiem w stronę osób odpowiedzialnych za ten wyczyn. Do samej Ivy, zaś rzekł. - Nie trudno docenić ten przerywnik. Muzyka bywa tutaj chwilami nazbyt spokojna. Wolę bardziej...żywą muzykę. - Kilka chwil szukał stosownego słowa, które według niego właściwie określiłoby jest gust muzyczny. O ile rzecz jasna nie mijał się z prawdą.

- Zgodzę się również, że krążenie wokół, jak to ujęłaś śmierdzących, spraw, jest niebezpieczne jednak czy wiele rzeczy takich nie jest gdy jest się jednym z nas ? - Mimo, że wypowiedź zachowała strukturę oraz barwę pytania, to jednak ton z jakim wypowiedział to Felix, nie pozostawało wątpliwości, że jest to przykład pytania retorycznego.

Więcej od siebie nie dodał już, a jeśli Ivy planowała oddalić się w dowolnym kierunku, uprzejmym gestem skinąłby jej głową i nie powstrzymywałby jej. Ów gangrel był przyjemnym akcentem dzikości w tym Elizjum, przynajmniej dla niego - Felixa. Aczkolwiek, co za dużo to nie zdrowo.

Jeśli mniej więcej w tym czasie wampiry z księdzem w grupie by opuszczały ten zacny przybytek rzuciłby Adewale pytające spojrzenie kciukiem lewej ręki wskazując wyjście.
KARTA POSTACI: Felix Ouellette
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski
Opis Postaci | 
Obecnie Felix ma założoną parę szarych adidasów, które w czasach świetności pewnie były białe, ciemnoniebieskie jeansy oraz czarną bluzę z kapturem i długim rękawem. Przerzucony przez ramię plecak dawno powinien zakończyć swą powinność jednak najwyraźniej mężczyzna nie ma dla niego alternatywy, choć może tez mieć jakąś wartość sentymentalną. Wyróżniający go w tłumie detal to założona na lewej stronie twarzy biała maska, z otworem na oko, nie okrywająca nosa ani ust.

"So eager to play, so reluctant to admit it."

Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#66
Szedł za Russellem, przyspieszając i nerwowo kierując się w stronę wyjścia. Widać było po reakcji tego spokrewnionego głębokie przejęcie przemieszane z niepewnością. Adewale najzwyczajniej na świecie nie wiedział co dokładnie miał sobie myśleć, nie znając konkretnych szczegółow. To jednak nic, gotów był iść gdzie trzeba by działać.
Widząc gest Felixa, kątem oka, tylko szybko zanegował ruchem głowy. Co jednak z tym zrobi wampir to jednak wielka niewiadoma. Może ksiądz był w potrzebie? Zachowywał się conajmniej niespokojnie.
Witając się z Kwiatkiem i Mitsem wymienił uprzejmości, skinienia i uściski dłoni. Na pierwszy rzut oka nie wydawał się przejęty stanem rozkładającego się Nosferatu, ale równie dobrze odór i zaduch mógł po prostu uprzejmie przemilczeć. Bez ceregieli wszedł do auta, oczywiścoe ostatni, pozwalając by dwaj klanowcy rozgościli się najpierw sami i zajęli najpewniej najlepsze miejsca siedzące. Zamknął drzwi. Ruszyli

-> Union Street
KARTA POSTACI: Adewale Kadewa
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: , Łacina
Opis Postaci | 
Adewale Kadewa swoim wyglądem nie budzi żadnych specjalnych i konkretnych skojarzeń. Zwykły, średniego wzrostu i średniej budowy afroamerykanin, który zdecydował się oddać w posłudze Bogu. Zawsze ubrany zgodnie z pełnioną w parafii funkcją, nosi czarne koszule z krótkim bądź długim rękawem, które opięte na jego masywnych barkach dodają wrażenia bardziej wysportowanej postury. Ciemne jeansy, czarny skórzany pas ze srebrną klamrą oraz zamszowe eleganckie buty to wieczny styl tego osobnika. Szyje zdobi biała koloratka - jasno pokazująca fach i status mężczyzny. Ważnym dodatkiem jest różaniec, wiecznie trzymany przy karku albo ściskany w dłoni. Stare drewniane koraliki wydają się nieco przetarte od modlitwy - widocznie często jest używany. Na twarzy przystrzyżona starannie bródka, która tworzy spójną całość z równo zapuszczanymi wąsami.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#67
Parę chwil po wyjściu księdza zastanawiał się nad swoimi dalszymi krokami. Elizjum nie przyniosło tego czego w nim szukał. Mógł się jeszcze pokręcić ale nie wyglądało na to by miało to większy sens. Rozejrzał się raz jeszcze po zgromadzonych spokrewnionych poświęcając każdemu z osobna kilka sekund swojej uwagi, nie dostrzegając jednak kogokolwiek kto zmieniłby jego nastawienie do dalszego przebywani w sali podszedł do tablicy ogłoszeń i umieścił swoje.

Chwilę mu się przyglądał i dwa razy je przepiął z miejsca początkowego tak, że ostatecznie ogłoszenie wylądowało w prawym, dolnym rogu tablicy. Skinął głęboko i powoli głową samemu przed sobą potwierdzając, że to miejsce i spisane słowa mu odpowiadają.

Dopiero wtedy ruszył do wyjścia. Nim jednak opuścił salę skierował się przodem w stronę Księżnej i kładąc lewą dłoń na mostku skłonił się niezbyt mocno acz zauważalnie. Nie była to idealna sytuacja bo nie powitał nikogo przychodząc, uznając jednak, ze jego obecność nie jest koniecznie pożądana w rozmowach osób z wyższych sfer. Jednak odczuwał potrzebę wykonania chociaż prostego gestu pod adresem Jane Doe. Nie miało też dla niego znaczenia czy gest zostanie dostrzeżony przez adresatkę czy też nie. I gdy zadośćuczynił swojej potrzebie wyszedł z Elizjum.

>>
KARTA POSTACI: Felix Ouellette
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski
Opis Postaci | 
Obecnie Felix ma założoną parę szarych adidasów, które w czasach świetności pewnie były białe, ciemnoniebieskie jeansy oraz czarną bluzę z kapturem i długim rękawem. Przerzucony przez ramię plecak dawno powinien zakończyć swą powinność jednak najwyraźniej mężczyzna nie ma dla niego alternatywy, choć może tez mieć jakąś wartość sentymentalną. Wyróżniający go w tłumie detal to założona na lewej stronie twarzy biała maska, z otworem na oko, nie okrywająca nosa ani ust.

"So eager to play, so reluctant to admit it."

Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#68
Pierwszy post fabularny za zgodą Mortariona.
12 lutego 1999 r.

Gdyby Markiza Ainsworth przybyła do Moore Theatre kilka godzin wcześniej to zapewne mogłaby spotkać i Księżną Doe, i kandydatów na Primogena Ventrue, być świadkiem wystąpienia Nathana Gray. Pojawiła się jednak zbyt późno, by jeszcze zdążyć zamienić z kimkolwiek słowo czy dwa; spotkała się jedynie z jednocześnie zdziwionym, jak i podejrzliwym spojrzeniem Hooka. Jeśli ktokolwiek jeszcze tu przebywał, to przywitała się skinieniem głowy dłuższą uwagę poświęcając ewentualnym członkom swojego klanu. Ventrue w ostatnich czasach zdecydowanie nie wiedli prymu w Seattle.
Helenie nie pozostało nic innego jak rozejrzenie się po tablicy korkowej - być może dowie się czegoś interesującego. Wbrew pozorom zdobycze technologiczne nie były w stanie uwzględnić wszystkiego. Zarówno telefony, jak i stare metody zdobywania informacji były w cenie. Pierwsze cztery ogłoszenia nie zwróciły uwagi Heleny. To przedostatnie, napisane przez Kwiatuszka z pewnością jej się kiedyś przyda, teraz jednak nie widziała takiej potrzeby. Co innego ostatnie, należące do Felixa. Panna Ainsworth nie zwykła iść ślepą drogą, toteż poprosiła Elizabeth Page o przekazanie Ouellette wiadomości z prośbą o spotkanie. Była to treść niezwykle oficjalna i pozbawiona jakichkolwiek frazesów. Następnie zaś podziękowała i udała się do wyjścia i odjechała w stronę Talaris Institute - na spoczynek.

[z/t]
KARTA POSTACI: Markiza Helena Ainsworth
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Łacina
Opis Postaci | 
14.02.1999 r.
"Tej nocy miała na sobie kremowy płaszcz, a pod nim czarną marynarkę oraz tego samego koloru koszulę wykonaną z luźnego poliestru. Do tego bordowe spodnie typu pegged podkreślające jej talię. Czarne, lakierowane szpilki oraz skórzana, prostokątna torebka pozbawiona jakichkolwiek ozdób dodawały jej zewnętrznemu wyglądowi klasy. Ciemnobrązowe włosy spięła w ciasny kok, a w uszy wsunęła rubinowe kolczyki. Na prawą rękę założyła bransoletkę z rubinami do kompletu. Jedyna część biżuterii, mogąca wzbudzić wrażenie niedopasowania, to srebrny pierścień rodowy linii krwi będący na małym palcu lewej ręki."

+ ekwipunek

Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#69
14 lutego 1999

Światła, obściskujące się pary i zaśnieżone chodniki - tak teraz wygląda Seattle. To miejsce zdecydowanie ma coś w sobie, może nawet i nie jedno "coś". Żadne jednak nie przemawiało do Edwarda. Mimo że było to miasto w którym Edward przyszedł na świat i, co ważniejsze, miasto możliwości, von Berna nic tu nie trzymało. Nic. Oprócz jednej rzeczy... a raczej osoby której opuszczenia nie mógł sobie nawet wyobrazić.
Bał się.
Bał się jak diabli.
Co jeśli zawiedzie? Co jeśli zrobi coś tak nieodpowiedniego że nie tylko utraci łaskę Mistrza, a nawet swoje życie? Liczył się z tym.
Jednak w utracie życia nie była najstraszniejszą sama śmierć. Nie, nie, absolutnie nie... Najgorszym byłoby już nigdy nie móc ujrzeć Edgara.
Wkrótce mężczyźni znaleźli się u bram Moore Theatre. Edward, wyszedłszy z samochodu, założył na głowę kapelusz i podążył za Wolfem.
W szatni obaj pozbyli się odzieży wierzchniej, a von Bern na krótką chwilę spojrzał w lustro w celu skontrolowania poprawności elementów swojego ubioru.
Potem zdał się na Mistrza - to on był gwarantem bezpieczeństwa. Edward tylko towarzyszł, a raczej służył. A może pełnił obie te funkcje?

Po kilku dłuższych chwilach byli już u celu wędrówki - Edward odetchnął głęboko i przygotował się psychicznie. Będzie musiał uważnie obserwować i analizować otoczenie, jednak teraz liczyło się nic innego jak pierwsze wrażenie.

Spoiler | 
Edward chce przywoicie, właściwie i godnie się zaprezentować, Wygląd+Etykieta
KARTA POSTACI: Edward von Bern
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: niemiecki
Opis Postaci | 
Równo uczesany, dokładnie ogolony, na głowie nosi homburg. Ma na sobie ciemnoszary, wełniany (naturalna faktura) płaszcz dwurzędowy. Pod płaszczem ubrany jest w szary, wełniany garnitur trzyczęściowy. Koszula ma klasyczny kołnierzyk, pod którym związany węzłem Victoria wisi jednolitego koloru, ciemnozielony krawat z widoczną z bliska teksturą skosu.Edward nosi oksfordy z ciemnej, brązowej skóry.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro (02,14,99)

#70
Dla śmiertelnika zima nie była łaskawa. Nieprzerwanie padający śnieg był bardzo lepki i mokry, a nade wszystko zimny i w dziwny sposób znajdywał drogę do gołej skóry; jego dotyk paradoksalnie parzył niczym rozgrzane żelazo. Nie pomagał też silny, porywisty wiatr, huczący po ulicach i między budynkami Seattle, bo przy każdym jego podmuchu w powietrze wzbijały się chmury przeklętego, białego puchu. Jazda samochodem była więc męcząca, a przedostanie się przez masywne zaspy nie należało do rzeczy łatwych i przyjemnych.
A jednak ta pogoda nie przeszkadzała ludziom! Śmiertelni mieszkańcy Szmaragdowego Miasta spacerowali ulicami i oddawali się radosnej, walentynkowej zabawie oraz przyjemnościom ciała i duszy. Jedni truli się alkoholem i papierosami, czy nawet i narkotykami. Drudzy wyznawali nieskończoną miłość, ba, prosili nawet o rękę swoją ukochaną, drugą połówkę. Jeszcze inni szukali tak zwanego szybkiego numerka na jedną noc. Tej niedzieli, w okolicach teatru Moore'a, znalazła się jednak wyjątkowo para.
Dwaj mężczyźni wkroczyli do teatru i, idąc wolno acz pewnie, udali się do miejsca przeznaczonego tylko i wyłącznie dla wybrańców.
Elizjum mieszczące się w Moore Theatre było otwarte dla każdego wampira. Każdy nieumarły w Seattle mógł tam wejść, jeśli tylko będzie przestrzegać zasad i reguł; naprawdę nieliczni śmiertelnicy mieli tu wstęp. Edward był jednym z nich. Był ghulem. Niewolnikiem krwi, który bez swego pana, Edgara, mógłby pewnie nie wyjść żywy z teatru.
Opiekun tego miejsca - wysoki, szczupły Spokrewniony - powitał jednego i drugiego gościa lekkim uśmiechem i skinieniem głowy. Nic nie mówił, jednakże jego uśmiech, tak przyjazny i łagodny, kazał być dobrej myśli. Podobnie było w przypadku pozostałych nieumarłych. Część z nich nawet nie zwracała uwagi na Wolfa, był w końcu tylko kolejnym żywym trupem. Co innego towarzyszący mu człowiek. Chyba wszyscy zdali sobie sprawę z jego obecności.
Z pół tuzina Spokrewnionych szczególną uwagę na Edwarda zwróciła grupka trzech, eleganckich wampirzyc w wieczorowych sukniach. Jedna z nich, blondynka o wyjątkowej urodzie, odstawiła nawet kryształowy puchar na stolik i pomachała śmiertelnikowi szczupłą dłonią. Długie paznokcie miała pomalowane na tę samą, ciemną czerwień co krew obecna w kielichu oraz szminka ust. Przy barze zaś, kawałek dalej, była pozostała trójka - jakiś brudny, obdarty jegomość, niewysoka rudowłosa dziewczyna oraz Primogen Toreadorów, Elizabeth Page. Wszyscy byli pogrążeni w rozmowie i tylko Primogen szczerym uśmiechem obdarzyła von Berna.
Wolf skłonił nisko głowę w powitaniu; nie zamierzał podchodzić do tak ważnej osobistości, gdy ta jest zajęta rozmową nie z jednym, a z dwoma wampirami. Zamiast tego (upewniwszy się uprzednio czy w ogóle może ruszyć dalej) skierował swe kroki do stolika z trzema wampirzycami. Do uśmiechniętej blondynki, najwyraźniej zafascynowanej Edwardem. Do ponurej szatynki o krótkich, kręconych na modłę lat dwudziestych włosach. Do czarnoskórej piękności, o wyzywającym makijażu.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#71
Edward powitał podobnym skinieniem głowy wysokiego, szczupłego... nieumarłego, jak mógł wywnioskować.
W jednej chwili Edward poczuł się jak ewenement, jak swego rodzaju zwierzyna, potencjalna zdobycz. Poczuł wiele par oczu na sobie. Był śmiertelnikiem i, dla zgromadzonych tu Spokrewnionych, tym właśnie był - potencjalnym posiłkiem.
Nie speszył się jednak, nie zwolnił kroku. Szedł nadal pewnym krokiem tuż obok Mistrza który był gwarantem bezpieczeństwa.

Von Bern został powitany z życzliwością przynajmniej przez dwie osoby.
W pierwszej kolejności przez elegancką blondynkę, której odwzięczył się krótkim uśmiechem. Pan polecił mu jednak zwracać uwagę na kolejność witania się, dlatego Edward wrócił do obserwowania otoczenia.
Krótką chwilę później kolejna wampirzyca obdarzyła go uśmiechem na co Ghul odpowiedział tym samym. Gdy Wolfe ukłonił się w odpowiedzi, Edward uczynił to samo i, wnioskując że ma wysoki status, postarał się zapamiętać kobietę.
Śmiertelnik poczuł się nieco bardziej komfortowo jednak nadal zwracał dużą uwagę na Edgara i otoczenie.
Zaczęli zmierzać w kierunku stolika.
Wszystko wskazywało na to, że spędzą tu więcej niż krótką chwilę. Edward czekał aż Pan wykona pierwszy krok i, jeśli przywita się z kobietami, Edward ukłoniłby się i przedstawił uśmiechając się miło.
- Edward von Bern, miło mi.

Spoiler | 
Edward chce zrobić dobre wrażenie na kobietach przy stoliku, rzut Charyzma+Etykieta
KARTA POSTACI: Edward von Bern
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: niemiecki
Opis Postaci | 
Równo uczesany, dokładnie ogolony, na głowie nosi homburg. Ma na sobie ciemnoszary, wełniany (naturalna faktura) płaszcz dwurzędowy. Pod płaszczem ubrany jest w szary, wełniany garnitur trzyczęściowy. Koszula ma klasyczny kołnierzyk, pod którym związany węzłem Victoria wisi jednolitego koloru, ciemnozielony krawat z widoczną z bliska teksturą skosu.Edward nosi oksfordy z ciemnej, brązowej skóry.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro (02,14,99)

#72
Edward był ghulem. Niewolnikiem. Narzędziem. Niczym więcej jak workiem mięsa, ale kiedy spoglądał na tych paru mężczyzn i kilka kobiet we foyer miał coraz większą pewność, że nic mu tutaj nie grozi. Oczywiście, jeśli nie popełni żadnej gafy ni błędu, rzecz jasna. Jego pan, Edgar, wymienił niezbędne uprzejmości oraz przedstawił siebie zgodnie z zasadami oraz regułami znanymi tylko wampirom. Dla kogoś nienależącego do tego nieumarłego świata wymienianie szeregu pozornie nic nie znaczących nazwisk, wraz z tytułami oraz pochodzeniem nie mówiło wiele, ale kiedy w końcu padło imię i nazwisko wraz z klanem, Edward miał już pewność, że tak najwyraźniej należy się przedstawiać w obecności wampirów.
Sam był jednak tylko człowiekiem, więc ograniczył się do swego imienia i nazwiska.
I bardzo dobrze zrobił, bo naprawdę, mało które Dziecię Nocy interesują szczegóły ze śmiertelnego życia ghuli. Co innego to, kim jest, skąd się wziął i dlaczego znalazł się w Elizjum. Długowłosa blondynka kiwnęła głową i, ująwszy kielich z krwią, wysączyła kolejny łyk. Ponura szatynka prychnęła tylko, aczkolwiek nie można mieć pewności, czy ta reakcja dotyczyła Edwarda, czy Edgara, pogrążonego teraz w rozmowie z czarnoskórą pięknością z wyrazistym, mocnym (zapewne specjalnie przygotowanym na Walentynki) makijażem.
- Elegancki, z klasą i cudnym gustem, przystojny... - zaczęła blondynka, oblizując ciemnoczerwone usta. - Jakaż to szkoda, że żywy! I jakaż prowokacja, panie Wolf. Opowiedz mi proszę, Edwardzie, o sobie. Kimże jesteś? - wampirzyca odstawiła kielich i, gdy rozsiadła się wygodniej, zadała jedno, jakże wymowne pytanie. Edgar zaś, przerywając na moment dyskusję z murzynką na tematy giełdowe i finansowe względem sztuk pięknych, skinął tylko głową wyrażając zgodę na tak prywatną dyskusję.
Muzyka nagle zniknęła. Albo raczej ucichła, bo do uszu Edwarda docierał ciągle ten charakterystyczny szum nagrania mającego przynajmniej kilka dekad - po paru chwilach bowiem na nowo z głośników rozległa się przyjemna dla ucha, acz nieco psychodeliczna, pozornie chaotyczna symfonia. Osoba odpowiedzialna za tło dźwiękowe Elizjum miała naprawdę cudowny gust. Pink Floyd był klasą samą w sobie i w dziwny sposób pasował do tego miejsca. Moore Theatre był w końcu teatrem, miejscem sztuki, kultury, ale także i miejscem, gdzie przelewano krew i dyskutowano na najróżniejsze, często traumatyczne i przerażające tematy.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#73
Edward skłonił głową w podzięce za komplement. Zaczął się jednocześnie zastanawiać czy doceniony jest bardziej za swoją prezencję jako człowiek, czy raczej jako ładne i interesujące opakowanie na półce w sklepie spożywczym dla Nieumarłych. W końcu, czy jest to jakaś różnica?
Mimo wszystko jednak rozmowa z jasnowłosą wampirzycą zmierzała w dobrym kierunku i to w jakiś sposób radowało von Berna.
- Schlebia mi Pani. - uśmiechnął się nieznacznie. - Jestem tylko sługą i aż sługą. Nie należy się tego wstydzić gdyż, jak przypuszczam, każdy komuś lub czemuś służy. Dla przykładu: Mamonie, władzy, sztuce czy bliźnim, nauce albo porządkowi... rozrywce.
- Służba może być rzeczą dumną, może też być godna potępienia. Wszystko zależy od jakości służby i, co ważniejsze, od samego Pana. - zrobił krótką przerwę by spojrzeć przez chwilę na Wolfa. Wrócił jednak wzrokiem do rozmówczyni. Nie wiedział jak inaczej może się określić. Bo kimże jest jeśli nie sługą? Całe życie Ghula skupiało się wokół Pana i zadań przez Pana powierzonych. Oprócz tego życie praktycznie nie istniało, dlatego też wiele nie mogł o sobie opowiedzieć.
- Dlatego czerpię z mojej służby dumę. - uśmiechnął się znów nieznacznie.
Mógł tak powiedzieć z czystym sercem. Praca dawała Edwardowi i dumę i poczucie całkowitego spełnienia. Wszystko dla Pana zrobi, przepełnia Ghula nieopisanym szczęściem i satysfakcją.
Przez myśl przeszło mężczyźnie zadanie pytania wampirzycy, jednak szybko porzucił ten pomysł. Musiał poświęcić jeszcze chwilę aby wyczuć grunt a zadawanie pytań niesie ze sobą ryzyko dotknięcia niewygodnej sprawy - a na to nie mógł sobie pozwolić.
Dlatego też da sobie jeszcze nieco czasu.

Spoiler | 
Jeśli jest potrzeba - rzut na przemawianie?
KARTA POSTACI: Edward von Bern
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: niemiecki
Opis Postaci | 
Równo uczesany, dokładnie ogolony, na głowie nosi homburg. Ma na sobie ciemnoszary, wełniany (naturalna faktura) płaszcz dwurzędowy. Pod płaszczem ubrany jest w szary, wełniany garnitur trzyczęściowy. Koszula ma klasyczny kołnierzyk, pod którym związany węzłem Victoria wisi jednolitego koloru, ciemnozielony krawat z widoczną z bliska teksturą skosu.Edward nosi oksfordy z ciemnej, brązowej skóry.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro (02,14,99)

#74
Obok - dosłownie na wyciągnięcie ręki - czarnoskóra wampirzyca zaśmiała się głośno i przysłoniła dłonią usta. Edgar uśmiechnął się grzecznie i nieznacznie skłonił głowę, najwyraźniej rad, że udało mu się rozweselić rozmówczynię. Edward wiedział, że rozmowa dotyczyła obecnej sytuacji na mapie politycznej Seattle, a przede wszystkim stosunków pomiędzy poszczególnymi klanami, dlatego tak żywiołowa i szczera reakcja ze strony nieumarłej była dobrym zwiastunem. Blondynka i szatynka tylko zerknęły na swoją koleżankę, już radośnie dyskutującą o wszystkim i o niczym. Teraz głównym tematem był ostatni skandal związany z sierocińcem należącym do najważniejszego wampira w Seattle, do Księcia Doe.
O wszystkim - oczywiście - wampirzyce dowiedziały się od Danielle Shaw.
Którą, tak w ogóle, skomentowały w bardzo ostry sposób. "Zima suka" była najłagodniejszym określeniem, ale nieumarłe trio mogło sobie na to pozwolić. Shaw nie było w Elizjum. Przebywała na terenie należącego do Ventrue Penthouse'u, zajmując się Kain jeden wie czym. Te słowa zaś zrobiły na Edgarze naprawdę wielkie wrażenie i, gdyby tylko żył, pewnie by głęboko westchnął.
- Sługa, który czerpie dumę ze swej służby. - powtórzyła wolno blondynka, zwracając się już do von Berna. - Albo przemawia przez ciebie krew pana Wolfa, albo naprawdę jesteś dumny z bycia sługą. Imponujące, acz ryzykowne. Wystarczy bowiem jeden, nieuważny krok, drogi Edwardzie, by wszystko szlag trafił... staraj się jednak, bądź dobrym sługą a kto wie, może pan Wolf obdarzy cię wyjątkowym darem i... - urwała, w pół słowa. Nie było jej dane dokończyć tej wypowiedzi, bo ledwo co otwierała usta, by powiedzieć coś więcej, coś ważnego i najpewniej interesującego, w stronę Edwarda nachyliła się ostatnia z wampirzyc, ta, która przeważnie milczała.
- Szalona Królowa się nie zgodzi na coś takiego. - obruszyła się ponura szatynka. Czarnoskóra, słysząc te słowa, również zamilkła, podobnie jak Edgar Wolf. On jednak, mrużąc oczy, przez kilka dobrych chwil wpatrywał się w tę nieumarłą. Nawet coś do niej powiedział, ale zbyt cicho, by Edward mógł to usłyszeć; reakcje całego grona były jednak natychmiastowe. Blondynka uśmiechnęła się szeroko, błyskając równymi zębami. Murzyna zaśmiała się i zaczęła kiwać głową, zachwyconą tą ripostą.
Szatynka przygryzła wargę i burknęła coś, co można było uznać za przeprosiny.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#75
Edward pokiwał głową i zaczął przyglądać się rysującej się na jego oczach sytuacji. Rozumiał co się stało, jednak nie widział powodu dla którego miałby o tym mówić. Wrócił więc do rozmowy z wampirzycą.
- Jeśli tak się stanie, może oznaczać to iż moja służba była godna potępienia i nie mogę winić nikogo prócz siebie. Zyskałem wiele, jednak wszystko ma swoje warunki i cenę. - przyznał, powołując się na przedstawioną przed chwilą filozofię. - A wyjątkowym darem jest dla mnie to co już otrzymałem i w dalszym ciągu otrzymuję od Pana Wolfa. Dziękuję, jestem jednak przywiązany do mojego... życia i staram się czerpać z niego pełnymi garściami. Jeszcze długa droga przede mną nim dostąpię tego zaszczytu, Pani. - ukłonił się nieznacznie. Domyślił się co może oznaczać "wyjątkowy dar" i na tym etapie wątpił aby odbierał to w kategoriach daru. Klątwa. Klątwa która czasem może być wybawieniem, nieskończonym darem wiecznego życia w obliczu śmierci... jednak póki co nie był skuszony jej wizją. Zbyt mocno był przywiązany do swojej kruchej powłoki duszy, zwykłych i prostych przyjemności doczesnego życia.
Dzięki wampirzej krwi zaczął korzystać z nieznanych dotąd części swojego umysłu, stał się silniejszy fizycznie i psychicznie, był homo superior, Übermensch.
Pójście o krok dalej oznaczałoby rezygnację z ważnej części siebie, zrezygnowanie z człowieczeństwa na rzecz jeszcze większej mocy. Teraz był człowiekiem. Owszem, słabym i kruchym bytem. Bez względu na możliwości swojego umysłu dla wszystkich krwiopijców był niczym więcej jak ciepłym posiłkiem. Wszystkich oprócz Edgara Wolfa. On ujrzał, docenił i wydobył z Edwarda esencję umiejętności, spotęgował ją, i wykorzystał dla swojej korzyści. Układ w którym obaj zyskiwali.
- Dzięki takiej formie bytu i ja i Pan Wolfe odnosimy, jak mniemam, największe korzyści ze wzajemnej współpracy. - uśmiechnął się znów.

Spoiler | 
Znów rzut na perswazję?
KARTA POSTACI: Edward von Bern
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: niemiecki
Opis Postaci | 
Równo uczesany, dokładnie ogolony, na głowie nosi homburg. Ma na sobie ciemnoszary, wełniany (naturalna faktura) płaszcz dwurzędowy. Pod płaszczem ubrany jest w szary, wełniany garnitur trzyczęściowy. Koszula ma klasyczny kołnierzyk, pod którym związany węzłem Victoria wisi jednolitego koloru, ciemnozielony krawat z widoczną z bliska teksturą skosu.Edward nosi oksfordy z ciemnej, brązowej skóry.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro (02,14,99)

#76
Coś poszło nie tak.
Ciężko powiedzieć, czy była to wina kiepskiego doboru słów, czy też sposobu, w jaki Edward je wypowiedział. Te parę zdań bowiem zdawało się być wypowiedziane sensownie, z należytym szacunkiem, odpowiednim tonem i tak dalej i tak dalej, ale wystarczyło spojrzeć na twarze trzech wampirzyc i jednego wampira - tak, nawet i Edgara - by stało się jasne, że von Bern popełnił faux pas. Psychodeliczne, wściekle atakujące uszy dźwięki raz jeszcze ustąpiły długiej i przejmującej ciszy; można było odnieść wrażenie, że nawet i członkowie zespołu Pink Floyd poczuli się zawstydzeni, czy wręcz zażenowani.
- Ależ co ty mówisz! - zakrzyknęła blondynka, wyraźnie zdegustowana. Krótko i modnie ścięta szatynka pokręciła zniesmaczona głową, czarnoskóra wampirzyca zaś zacmokała parę razy i wbiła pełne odrazy spojrzenie w Wolfa. Edgar przymknął oczy, milcząc. To było gorsze niż niekończący się ciąg obelg i przekleństw, wyrzutów i zwyczajnych wrzasków. Milczenie było naprawdę bolesne. Przykre, wstydliwe.
- Służba godna potępienia? Śmiesz twierdzić, że coś takiego, że Pocałunek i Spokrewnienie... że... - podjęła dalej ponura nieumarła, ale coś tak ją uraziło, że nie była w stanie dokończyć swej wypowiedzi. inicjatywę przejęła więc trzecia ze Spokrewnionych, czarnoskóra piękność, dotychczas zajęta dyskusją z panem Edwarda. Aczkolwiek ograniczyła się tylko do dwóch, bardzo dosadnych i bezpośrednich słów, wyraziła w ten sposób więcej niż jej koleżanki razem wzięte.
- Pieprzysz, Edwardzie!
- Panie Wolf, sądziłam, że lepiej wychował pan... swojego sługę. - kontynuowała blondynka, kręcąc z niesmakiem głową i patrząc to na wampira, to na ghula. Raz nawet zerknęła w stronę baru i przebywających tam wampirów, ale na całe szczęście, nikt z tamtejszego grona nie zwracał zbyt wielkiej uwagi na to co się działo przy stolikach. I bardzo dobrze!
- Jakież to szczęście, że nie ma w pobliżu Shaw! Och, Boże mój, ależ Danielle miała by używanie! - szatynka, odgarniając krótkie pasemka włosów z bladego czoła, naprawdę wyraziła żal i rozpacz, że nie było w Elizjum Harpii. Coś takiego, taki afront, z pewnością ucieszyłby taką plotkarę jak ta Ventrue. Nie było jej niestety w Moore Theatre, co z kolei mogła spisać wizytę w teatrze na straty.
- Edwardzie, zamilcz proszę na chwilę. Dokąd udała się panna Shaw, jeśli mogę spytać? - głos zabrał w końcu Edgar Wolf. Krótko skarcił swego niewolnika, nie patrząc nawet na niego; całą swą uwagę zwrócił do zacnego, acz niezbyt przyjemnego grona trzech wampirzyc. Zadał jedno, ważne pytanie, które póki co pozostawało bez odpowiedzi.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#77
Serce Edwarda przestało bić.
Szlag, szlag, szlag.
Nie!
Dlaczego? Przecież... nie, nie miałem tego... Nie!
Nie, nie, nie, Nie! Nie! NIE! NIE! SZLAG!
To nie miało tak... czy ja...
...czy tak właśnie...

Serce znów zaczęło bić, jednak szybciej niż powinno. Fala niepokoju i stresu spadła ciężko na mężczyznę.
Odetchnął głęboko i skinął głową na słowa Mistrza. Oznaczało to jednak że nie mógł teraz wyjaśnić znaczenia swoich słów. Z drugiej jednak strony, gdyby teraz spróbowałby to zrobić to z pewnością naraziłby się na gniew Edgara. Ogromny, niszczący gniew - i zdawał sobie z tego sprawę.
Dzięki temu miał jednak chwilę aby zapanować nad swoimi emocjami, przeanalizować sytuację i odpowiednio zareagować. Jeszcze nie jest zbyt późno by naprawić swój błąd i wyjść z twarzą z tego nieporozumienia. Wyjść z życiem.
Nikt tutaj nie był idiotą, jednak jaką dozą empatii dysponowało towarzystwo aby chociażby chcieć zrozumieć Edwarda? Z pewnością był już teraz na straconej pozycji ale, taką miał von Bern nadzieję, uda się odrobić straty. Wystarczy tylko zaczekać na swój moment i odpowiednio zareagować.
Emocje nieco ucichły, a na pierwszy plan wysunął się rozsądek i surowa analiza sytuacji.
Powinien wytłumaczyć tragiczne nieporozumienie, ale w jaki sposób?
Co było przyczyną? Prawdopodobnie nieodpowiedni dobór słów. Konstrukcja zdania, odpowiedzi, przez którą wampirzyce źle zinterpretowały przesłanki Edwarda. Jest to duży błąd, ciążący całkowicie na samym von Bernie, jednak z drugiej strony nie jest to błąd przekreślający wszystko. Z pewnością istnieje chociażby jedno przyzwoite rozwiązanie tego problemu.
Pozostawało pytanie - jaki będzie najlepszy sposób?
Szczęśliwie towarzystwo chwilowo nie skupiało się na mężczyźnie więc sytuacja tym bardziej była mu na rękę.
Czuł jakby teraz ważyło się wszystko, na czele z łaską i życzliwością Mistrza, więc tym bardziej zaangażował swój umysł.

Spoiler | 
Edward czeka na odpowiedni moment (prawdopodobnie kiedy Edgar otrzyma odpowiedź na pytanie) i chce w tym czasie znaleźć najlepszy sposób aby wyjaśnić nieporozumienie. (wpływ na trudność następnego rzutu na Przemawianie?) Rzut: Inteligencja/Spryt/Percepcja + Empatia/Przebiegłość
KARTA POSTACI: Edward von Bern
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: niemiecki
Opis Postaci | 
Równo uczesany, dokładnie ogolony, na głowie nosi homburg. Ma na sobie ciemnoszary, wełniany (naturalna faktura) płaszcz dwurzędowy. Pod płaszczem ubrany jest w szary, wełniany garnitur trzyczęściowy. Koszula ma klasyczny kołnierzyk, pod którym związany węzłem Victoria wisi jednolitego koloru, ciemnozielony krawat z widoczną z bliska teksturą skosu.Edward nosi oksfordy z ciemnej, brązowej skóry.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro (02,14,99)

#78
Pink Floyd znowu dał o sobie znać. Z głośników strategicznie rozstawionych w kątach foyer popłynęła głośna, nieco przeraźliwa muzyka; kobiecy wokal rozbrzmiewał coraz głośniej i głośniej i zapewne ktoś pozbawiony gustu powiedziałby, że ta piosenkarka po prostu wyje. Ale wydobycie z siebie takiego głosu wymaga nie lada talentu i chyba każdy Toreador w Moore Theatre to doceniał. Von Bern poczuł, jak bije mu serce. Był zwierzyną otoczona przez najgroźniejszych drapieżników, jaki stąpali po tej planecie. W starciu z nieumarłymi potworami nie miał absolutnie żadnych szans.
Chyba, że wykorzysta swoje talenty, charyzmę i po prostu... naprawi błąd.
- Danielle? O tej porze? - blondynka wzruszyła ramionami w odpowiedzi, aczkolwiek równie dobrze mogła milczeć. Nic konkretnego tak naprawdę nie powiedziała; uniosła za to kryształowy puchar do ust i wysączyła niewielki łyk, nie spuszczając wzroku z Edwarda. Ghul bardzo rozsądnie wykorzystał te kilka chwil na przeanalizowanie tej jakże tragicznej sytuacji, w jakiej się znalazł. Domyślał się, gdzie popełnił błąd i niemal na pewno wiedział, jak go naprawić. Przeprosić , wyjaśnić... najważniejsze jednak było to, że nie został wyrzucony z Elizjum.
I ciągle żył.
- Albo jest w redakcji, albo w domu, panie Wolf. Nic innego nie wchodzi w grę. - odparła uprzejmie murzynka, nachylając się nieznacznie w stronę wampira. Zmianę tematu przyjęła z ochotą; rozmowa o jednej z Harpii była cudowną odmianą po dość przykrym wrażeniu, jakie niechcący wywołał von Bern. W sumie to jedyną wampirzycą, która naprawdę poczuła się dotknięta przez słowa śmiertelnika była ponurą szatynką o krótkich włosach. I to ona właśnie, jako jedyna z całej trójcy, wpatrywała się w ghula w milczeniu. Jej oczy wyrażały niestety tylko paskudną mieszankę nienawiści i odrazy.
- Nie ma więc szans na spotkanie z panną Shaw na terenie Elizjum... - podsumował ostatnie kilka chwil Edgar. Nie było to pytanie ani stwierdzenie, tylko coś pomiędzy, tak, jakby stary wampir zastanawiał się nad swymi dalszymi krokami. Kiwnął jednakże głową, niezbyt zauważalnie, ale był to na tyle wymowny gest, by Edward mógł poczuć się nieco pewniej. Jego pan pozwolił mu znowu zabrać głos; wszystko bowiem wskazywało na to, że lada moment będą musieli opuścić teatr Moore'a.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#79
Edward wykorzystał dany mu przez los czas na dobranie i ułożenie odpowiednich słów w proste, jednak pełne treści zdania.
Patrzył po zgromadzonych, dopóki jego wzrok nie zatrzymał się na jednej z wampirzyc, szatynce. Patrzył również w jej oczy, jednocześnie jednak nie patrzył na nią gniewnie. Odwzajemnieniem spojrzenia, zgodnie ze słowami Edgara, chciał oddać szacunek nieumarłej.
Przestał w końcu, gdy Wolfe ledwo zauważalnie oddał mu głos. Na ułamek sekundy spojrzał na Mistrza, potem jednak wrócił wzrokiem do trio wampirzyc.
- Jeśli mogę. Szanowne Panie. - skinął głową. - Panie. - skinął głową Edgarowi. W następne swe słowa przelał cały swój umysł i całe swoje serce, aby tylko wyjść jak najlepiej i, miał nadzieję, zapomnieć o zaistniałym nieporozumieniu. Teraz starał się już patrzeć na odbiorców, spojrzeniem pragnąc zaznaczyć każdemu swój szacunek.
- Chciałbym wyrazić głęboki wstyd za moje słowa. Pragnę jednak zaznaczyć że mogły one zostać zrozumiane opacznie gdyż moją intencją nie jest i nie było obrażenie Państwa lub niezwykle nobilitującego aktu jakim jest Spokrewnienie. - ukłonił się niejako w przeprosinach, jednak na tyle krótko by móc wrócić do swojej przemowy. Uniósł swoją dłoń i położył ją na sercu w geście przysięgi.
- W żadnym stopniu nie wyrzekam się jednak swojej winy jako że to ja jestem odpowiedzialny za nieprawidłowy dobór słów. Z tego powodu Szanownych Pań reakcja jest całkowicie zrozumiała i uzasadniona i, pragnę przyznać, godna pochwały. Chciałbym prosić o przebaczenie i abyśmy mogli zażegnać to nieporozumienie. - ukłonił się ponownie i delikatnie kiwnął głową swojemu Panu, aby zaznaczyć definitywny koniecy tej wypowiedzi.
Poczuł się wyczerpany psychicznie. To krótkie starcie, którego wyniku jeszcze nie znał, zmęczyło Ghula. Nic dziwnego, jako że Edward praktycznie otarł się o Śmierć i jeśli jego słowa pozytywnie wpłyną na sytuację - poczułe ogromną ulgę. Jeśli tak się jednak nie stanie, Edward prawdopodobnie nigdy nie pojawi się u boku swojego Pana w sytuacjach towarzyskich. A to była ogromna porażka.
Teraz ważyła się cała przyszłość Edwarda.

Spoiler | 
Rzut Charyzma+Etykieta + spalam Siłę Woli
KARTA POSTACI: Edward von Bern
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: niemiecki
Opis Postaci | 
Równo uczesany, dokładnie ogolony, na głowie nosi homburg. Ma na sobie ciemnoszary, wełniany (naturalna faktura) płaszcz dwurzędowy. Pod płaszczem ubrany jest w szary, wełniany garnitur trzyczęściowy. Koszula ma klasyczny kołnierzyk, pod którym związany węzłem Victoria wisi jednolitego koloru, ciemnozielony krawat z widoczną z bliska teksturą skosu.Edward nosi oksfordy z ciemnej, brązowej skóry.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro (02,14,99)

#80
Teraz, albo nigdy! Edward ponownie zabrał głos i chociaż nie był wampirem, nie był Spokrewnionym klanu Ventrue, to jakieś pojęcie o zasadach oficjalnego przemawiania posiadał. I postanowił je wykorzystać, bo w sumie nie miał innego wyjścia. Mówił więc krótko, ale szczerze. Prosto, ale dosadnie. Z emocjami, prawdziwymi, ludzkimi, niemożliwymi do podrobienia ani ukrycia. Był w końcu w obecności istot nieumarłych, wampirów, które słyszą jego szybsze, nerwowe bicie serca.
Gdy piosenkarka znowu zawyła, a jej głos odbił się od ścian Elizjum, Edward przemówił.
- Och, przyznanie się do błędu! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz coś takiego słyszałam! - blondynka aż klasnęła w dłonie, najwyraźniej zachwycona słowami ghula. Jej koleżanki, a w szczególności ta szatynka o grobowej minie, nie podzielały jednak takiego entuzjazmu. Więcej nawet! Ta krótko ścięta wampirzyca spojrzała na zadowoloną nieumarłą spod przymrużonych powiek i potrząsnęła głową, wyrażając swój niesmak. Czarnoskóra wzruszyła tylko ramionami, przerywając na moment dyskusję z Edgarem.
- Mogłabyś się od niego czegoś nauczyć. - burknęła. - Naprawdę, przyznanie się do błędu i przeprosiny to bardzo rzadki talent, godny pochwały. Nieliczni są w stanie zdobyć się na coś takiego, osobiście nie znam żadnego Arystokraty, ani Krzykacza który byłby w stanie powiedzieć te kilka słów. No, wyjątek stanowi Elsie, ale ona jest tak bardzo ludzka...- nie dokończyła, za to spojrzała w stronę baru. Tam właśnie tkwiła Primogen Toreadorów, zajęta niezobowiązującą rozmową z innymi Spokrewnionymi.
- Ale następnym razem trzymaj język na wodzy, bo możesz go stracić. - rzuciło cicho szatynka, zakładając prowokacyjnie nogę na nogę. Moment później nachyliła się do siedzącej bliżej długowłosej blondynki i szepnęła jej coś na ucho. Na bladej twarzy wampirzycy pojawił się kpiący uśmieszek, jednak gdy i ona zerknęła w stronę baru, uśmiech zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- Dziękuję. Jestem pewien, że Edward zrozumiał swój błąd i wyciągnął z niego odpowiednią lekcję. - odparł wampir, obdarzając swego niewolnika wymownym spojrzeniem. Zatrzymał wzrok na śmiertelniku tylko przez kilka chwil, ale to wystarczyło, by von Bern mógł poczuć niewielką ulgę. Oczy jego pana nie wyrażały gniewu czy niechęci, ale, niestety, nie wyrażały też żadnych cieplejszych uczuć. Może to i dobrze?
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#81
Za wejściem, a na pewno za stanowiskiem ochrony, pojawił się Noferatu Kwiatuszek.
Wyglądał, jakby pęczniał, jak topielec niedawno wyłowiony z kanałów. Nawet jego obszerna bluza i spodnie pełne kieszeni były brudne. Tym bardziej kontrastowało to z wielką, niebieską paczką przewiązaną czerwoną kokardą, którą trzymał. Nawet w jego potężnych ramionach wyglądała ona na całkiem sporą.
Pewnym, choć lekko powłóczącym krokiem zmierzał w kierunku jednego z lepiej oświetlonych miejsc. Nieustannie pzy tym mlaskał i wydawał z siebie inne niekontrolowane a obrzydliwe dźwięki. Stanął, upewnił się, że ma uwagę - lub przynajmniej potencjał na uwagę - wszystkich, odstawił delikatnie paczkę na stolik obok.
- Monshieur Hook - zwrócił się do gospodarza uprzejmie - Jeshli moshna proshic na chfilem trochem sishej.
Pokazał też palcami, jak niewiele ciszy potrzebuje. Dwa palce, przypominające rozkładające się kawałki mięsa, zbliżyły się do siebie.
- Meh dames et meshieuhrs - odezwał się do zgromadzonych donośnym, lecz zniekształconym głosem - Sgodniem s shapofiedsiom, rosnoshem falentynki. Fiemkshostsh s fas ma fantasjem khartofla, a thym parhu, któshy umiejom siem bafitsh, gratulujem.
Kwiatuszek mówił dalej, nawet, jeśli nikt go nie słuchał. Zobowiązanie to zobowiązanie.
- Usnajomc to miejscem sa sentrum fampishego śśśfiata - wciągnął powietrze, kiwając jednocześnie ręką do opiekuna Elizjum - posfolem sobie ogłoshitsh niejakie "falentynki spiorhofe". A satem.
Odchrząknął, a zabrzmiało to raczej tak, jakby ktoś się dławił.
- Nhieyaki Prafcify nieumharuy shytshy fsysthkim brutasom ostatetshnej śmierci. Usnauem, she pofinnistshie fiedsiets. Do tego, phanna Beferly shytshy wshythkim shtshenstshia i miłości. Phanna Sierrha saprashaua na rhomantytshnom kolacjem f Blodbaf, ale - podniósł rękę, jak do kazania - s dobshe poinformofanych śródeu fiem, she to jush nieakthualne, a panna shierra utsesthnitshy teras f pshygotsie gruphowey.
Westchnął i odczekał chwilę. Może zastanawiając się nad czymś, może dla efektu. Naciągnął rękawy, tak, by nie pobrudzić prezentu i podniósł go. Wzrokiem wyszukał Elisabeth Page i zaczął iść w jej stronę.
-Dla phani Phejż od thaajemnitshego fielpiciela - powiedział, wręczając prezent z lekkim skinięciem głową.
KARTA POSTACI: Kwiatuszek
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: francuski,
Opis Postaci | 
Rozpadający się, napęczniały Nosferatu. Wysoki, noszący stare, brzydkie i obszerne ubrania. JEgo ciało wygląda, jakby zaraz miało odpaść, a on sam wdaje z siebie niesamowicie irytujące odgłosy.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro (02,14,99)

#82
- Prawda, Edwardzie? - Edgar powtórzył swoje słowa, oczekując na odpowiedź niewolnika jakim był ghul. Zanim jednak von Bern mógł cokolwiek powiedzieć, do Elizjum wkroczył kolejny wampir. Nieumarły z klanu, który dość rzadko odwiedza takie miejsca jak teatr, Spokrewniony budzący swym wyglądem odrazę oraz poruszenie. Trup, który doskonale pasuje do tego określenia. Nosferatu pojawił się znikąd, nagle i szybko. Zamienił tylko parę słów z Opiekunem tegoż miejsca i, gdy psychodeliczna muzyka Pink Floyd nieznacznie ucichła, rozpoczął dość dziwaczną, acz paradoksalnie będącą na miejscu przemowę.
Były w końcu Walentynki!
Trzy wampirzyce, które w ostatnich chwilach miotały się od jednego uczucia do drugiego względem jedynego śmiertelnika, teraz z ciekawością zmieszaną z odrazą spoglądały w stronę przybysza. Blondynka poddała się jako pierwsza i odwróciła szybko wzrok, nie będąc w stanie wytrzymać widoku kogoś - czegoś - tak odrażającego. Jej koleżanki przeciwnie, z coraz większą fascynacją spoglądały na nabrzmiałe, tłuste i pulsujące gdzieniegdzie cielsko wampira.
Szatynka w końcu potrząsnęła głową i spojrzała ponownie na śmiertelnika.
Murzynka natomiast twardo patrzyła w stronę Nosferatu, chociaż na jej twarzy można było dojrzeć coraz wyraźniejsze obrzydzenie. Nie do końca jednak wiadomo, czy chodziło tutaj o wygląda Kwiatuszka i, nie ma co ukrywać, specyficzny zapach gnijącego ciała, czy też o słowa kolejnych walentynek. Tajemniczy "prawdziwy nieumarły" w końcu zachował się chamsko, bezczelnie i okropnie, zaś Beverly - będąca przecież nieumarłą dziwką spędzającą kolejne noce pod latarniami i w zaułkach - brzmiała pusto i żałośnie.
Dopiero wzmianka o Malkaviance przywołała na twarz czarnoskórej nieumarłej uśmiech, szeroki i szczery - widoczne znały się, co nie było wcale takie dziwne, jak się mogło wydawać. Podobnie było też w przypadku prezentu dla Primogen. Gdy tylko Nosferatu powiedział, że ma podarek dla Page, oczy chyba wszystkich zwróciły się w stronę baru. To tam bowiem była nieśmiertelna aktorka, pogrążona w rozmowie z jakąś młodo wyglądającą dziewczyną.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#83
Edward zdążył tylko kiwnąć głową w odpowiedzi, gdy nastąpiło niespotykane zjawisko.
Stwór, prawdziwy stwór pojawił się w pomieszczeniu. Odrażające bydle rozpoczęło swoją przemowę, skupiając na sobie wzrok całej sali.
Von Bern obruszyłby się, odwrócił z obrzydzeniem i najchętniej zapomniałby o całym wydarzeniu, jednak... nie byłby wtedy sobą. Zamiast tego postarał się przybrać neutralny wyraz twarzy i, jak i wszyscy, skupić swoje spojrzenie na przybyłym. Niewątpliwie był częścią tej nieumarłej społeczności. Bardziej martwą i o wiele bardziej ropiejącą niż pozostałe częśći, jednak niewątpliwie spełniał w niej jakąś swoją funkcję.
Z przemowy nie zrozumiał wiele. Prawdę powiedziawszy większą uwagę przykładał teraz do zdarzeń niż do słów. Niewątpliwie działo się coś bardzo interesującego i kto wie jak się skończy?
Edward odwzajemnił spojrzenie szatynki i kiwnął nieznacznie głową, lekko unosząc kąciki ust. Wrócił jednak do obserwowania jak wampirzyca dostaje i otwiera prezent i jak potwór zaczyna wycofywać się w kierunku wyjścia.
Niewątpliwie interesująca sytuacja.
- Tak, Panie. - odpowiedział w końcu, starając się nie być zaskoczonym sceną sprzed chwili.
- Dołożę wszelkich starań aby podobna sytuacja więcej się nie wydarzyła.- ukłonił się delikatnie.
KARTA POSTACI: Edward von Bern
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: niemiecki
Opis Postaci | 
Równo uczesany, dokładnie ogolony, na głowie nosi homburg. Ma na sobie ciemnoszary, wełniany (naturalna faktura) płaszcz dwurzędowy. Pod płaszczem ubrany jest w szary, wełniany garnitur trzyczęściowy. Koszula ma klasyczny kołnierzyk, pod którym związany węzłem Victoria wisi jednolitego koloru, ciemnozielony krawat z widoczną z bliska teksturą skosu.Edward nosi oksfordy z ciemnej, brązowej skóry.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro (02,14,99)

#84
Pojawienie się stwora - tak przecież został określony przez Edwarda Nosferatu i nie było to wcale zbyt dalekie od prawdy - wywołało wiele różnych reakcji. Von Bern, jako śmiertelnik, został raz jeszcze wystawiony na próbę, ale tym razem wyszedł z niej obronną ręką praktycznie z miejsca, od razu. Jego żołądek nie buntował się bardziej, niż było to niezbędne w towarzystwie kogoś takiego, a uczucie odrazy wcale nie zdominowało jego woli. Co ważniejsze, Edward nie zapomniał się i gdy tylko usłyszał pytanie z ust swego pana, od razu na nie odpowiedział.
I dobrze zrobił.
- Wracając do naszej rozmowy, dość brutalnie przerwanej przez Szczura, dziękuję szczerze za wasze, drogie panie, informacje. - wampir skłonił się w pas, uśmiechając się szerzej, zadowolony ze swego ghula. Von Bern również uraczył wampirzyce ukłonem, zapewniając zarazem, że nie dojdzie do powtórki z tej przykrej i niebezpiecznej sytuacji. Blondynka uniosła kryształ ku górze, jako znak, że rozumie i docenia. Umoczyła również usta w szkarłatnym płynie, spijając powoli i dość prowokacyjnie krew, nie spuszczając wzroku ze śmiertelnika.
Jej naburmuszona, ponura koleżanka nawet nie patrzyła na ghula, tylko na jego pana. Wykonała nieznaczny ruch głową, a czarnoskóra, najbardziej otwarta i póki co najbardziej skłonna do współpracy wampirzyca, obdarzyła i żywego, i nieumarłego ciepłym, szczerym uśmiechem. Jako jedyna też sprawiała wrażenie, że chce pomóc Edwardowi. Albo po prostu Danielle Shaw, Harpia i Ventrue w jednej osobie, miała dla niej jakieś szczególne znaczenie.
- Biorąc pod uwagę, że ma pan przy sobie ghula... - przerwała na moment, by spojrzeć uważniej na von Berna. - Śmiertelnika który choć popełnia błędy to jednak potrafi się do nich przyznać, lepszym wyjściem będzie wizyta w redakcji, panie Wolfe. - dodała przyjaźnie. Blondynka pokiwała tylko głową, ale ostatnia, ponura, marudna szatynka, tylko zacisnęła mocno usta tworząc z nich cienką, wąską linię.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#85
Edward starał się być niewzruszony widokiem wampirzycy spijającej krew z kielicha.
Krew, Vitae, która prawdopodobnie jeszcze nie tak dawno temu płynęła w żyłach nieszczęśliwego śmiertelnika którego jedyną winą było to, że znalazł się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. A może nie?
Może zasłużył na to? Może jego żywot, zakończony lub nie, był warty tyle co kurz u wejścia do Moore Theatre? Może bycie posiłkiem lub śmierć z ręki wampira była dla tego śmiertelnika nobilitacją?
Von Bern nie mógł jednak poddawać tego faktu zbytniej krytyce samemu będąc przecież jednym z krwiopijców. Nie bezpośrednio oczywiście - nie czuł nigdy pod palcami powoli słabnącego pulsu swojej ofiary, nie żywił się nigdy przegryzając krtań i spijając z niej ciepłe Vitae.
Nie, nie...
Oczywiście że nie.
Niejednokrotnie jednak po jego wargach spływała ciepła, pyszna krew.
Jak więc mógł wzruszyć się na prowokację wampirzycy? Zamiast tego uśmiechnął się nieznacznie. Tak jak spacerujący ze swoją żoną mężczyzna uśmiecha się do mijającej go kochanki.
Ja wiem i Ty wiesz.
Na spojrzenie i uśmiech wampirzycy Edward kiwnął z uznaniem głową, także uśmiechając się z grzecznością. Słowa i spojrzenia otaczające śmiertelnika uspokoiły oszalałe przed chwilą serce. Czuł się bezpieczniej. Zdecydowanie i znacząco bezpieczniej.
Teraz tylko czekał, czekał na słowa i ruch swojego Pana. Nie pozostanie nic, jak tylko podążyć za Mistrzem.
KARTA POSTACI: Edward von Bern
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: niemiecki
Opis Postaci | 
Równo uczesany, dokładnie ogolony, na głowie nosi homburg. Ma na sobie ciemnoszary, wełniany (naturalna faktura) płaszcz dwurzędowy. Pod płaszczem ubrany jest w szary, wełniany garnitur trzyczęściowy. Koszula ma klasyczny kołnierzyk, pod którym związany węzłem Victoria wisi jednolitego koloru, ciemnozielony krawat z widoczną z bliska teksturą skosu.Edward nosi oksfordy z ciemnej, brązowej skóry.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro (02,14,99)

#86
W czasie wcale nie tak długiej rozmowy Edgara z wampirzycami w Elizjum teatru Moore'a wydarzyło się naprawdę wiele. Foyer opuściło kilku nieumarłych; jedni w pośpiechu, inni przeciwnie. Ich miejsce zajęli kolejni Spokrewnieni, w tym jeden szczególny (który choć martwy jak głośniki z których sączyły się dźwięki Pink Floyd, nie pasował do towarzystwa bardziej niż von Bern). Primogen i najważniejsza persona, Elizabeth Page, przespacerowała się po sali z jednego miejsca w drugie; chuderlawy wampir pilnujący wejścia opuścił na moment swój posterunek, by ściszyć muzykę.
- Redakcja... - powtórzył cicho Edgar, pocierając w zamyśleniu policzki. Przeniósł na moment spojrzenie na Primogen klan Toreador i dwójkę wampirów, z którymi rozpoczęła właśnie rozmowę, ale nie zamierzał się tam wtrącać, ba, nie chciał nawet niepokoić żadnego z tamtej trójki swym spojrzeniem. Dopiero po dłuższej, naprawdę dłuższej chwili (w trakcie której wampirzyce zaczęły między sobą szeptać, a blondynka co i rusz zerkała na Edwarda) kiwnął głową.
[indent]Podjął decyzję.

- Edwardzie. - odparł nagle, zwracając się bezpośrednio do swego sługi. - Będziesz miał okazję wykazać się w siedzibie The Seattle Times. Twoim zadaniem będzie umożliwienie mi spotkania z Brygadzistką Ventrue, Harpią Danielle Shaw. - niespiesznie wydał polecenie, spoglądając Edwardowi prosto w oczy. Przysłuchujące się tej krótkiej wymianie zdań wampirzyce zachichotały, nie mogąc się doczekać dalszego rozwoju. Co prawda bardzo wątpliwe jest, by którakolwiek z nich miała cokolwiek ważnego do dodania, ale z pewnością wszystkie chciały wiedzieć jak zakończyła się ta noc dla von Berna.
Śmiertelnik został bowiem poproszony - przy świadkach! - o zorganizowanie spotkania z wampirzycą z klanu Ventrue. I to nie byle jakiego spotkania, bo wizyty w siedzibie największej w mieście i stanie redakcji. Wampir mógł tam wejść bez problemu, korzystając z dostępnych mu dzięki przeklętej krwi dyscyplin, ale człowiek? No, to będzie prawdziwe wyzwanie.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#87
Serce Edwarda przystanęło na chwilę, gdy ten usłyszał wezwanie Pana. Mężczyzna niemalże automatycznie odwrócił nieznacznie ciało w stronę Mistrza i skłonił nieznacznie głową, zaznaczając tym swoją gotowość do przyswajania dalszych komunikatów. Przełożona kawałek dalej laska stuknęła o ziemię.
Upewniwszy się że Pan skończył mówić i nie ma nic do dodania, Edward kiwnął powoli głową.
Dostał Zadanie. Wyzwanie o którym wiedział tylko tyle, że jest. Nie znał stopnia skomplikowania czy trudności, jednak szybko doszedł do wniosku że z pewnością nie należy do najłatwiejszych. Czy była to kara? Czy po prostu zwykłe zlecenie? Nie wiedział i nie przejmował się analizą tego. Najważniejszy był fakt że polecenie zostało wydane i dla von Berna nic więcej się już nie liczyło.
- Oczywiście, Panie. - potwierdził swoją gotowość do działania.
Nie miał pojęcia jak się za to weźmie, nie znał szczegółów zadania ani nie posiadał praktycznie żadnych informacji... to na tę chwilę musiało wystarczyć. Edward postarał się zapamiętać całą sentencję Mistrza w niezmienionej formie. Nie spuszczał wzroku z Edgara, nie patrzył na wampirzyce ani nie zwracał uwagi na chichoty tychże. Teraz liczyły się tylko słowa Pana.
- Czy powinienem natychmiast przystąpić do realizacji zadania? - spytał.
KARTA POSTACI: Edward von Bern
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: niemiecki
Opis Postaci | 
Równo uczesany, dokładnie ogolony, na głowie nosi homburg. Ma na sobie ciemnoszary, wełniany (naturalna faktura) płaszcz dwurzędowy. Pod płaszczem ubrany jest w szary, wełniany garnitur trzyczęściowy. Koszula ma klasyczny kołnierzyk, pod którym związany węzłem Victoria wisi jednolitego koloru, ciemnozielony krawat z widoczną z bliska teksturą skosu.Edward nosi oksfordy z ciemnej, brązowej skóry.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro (02,14,99)

#88
Coś się działo. Coś może niekoniecznie złego, ale z pewnością nieprzyjemnego; wystarczyło się rozejrzeć. Niedaleko wejścia do foyer grupka wampirów była pogrążona w nerwowej rozmowie. Ba, jeden z nieumarłych co kilka chwil wybuchał furią emocji, o które trudno podejrzewać Spokrewnionego. Edward był tylko człowiekiem, śmiertelnikiem spętanym więzami krwi, a doskonale wyczuwał rozpacz i przerażenie wampira wokoło którego krążyli pozostali. Pod tym względem byli do siebie podobni.
indent]Pod każdym innym byli różni tak bardzo, jak to tylko możliwe.[/indent]
- Pozdrów od nas Danielle. - blondynka uniosła niemalże pusty kielich w stronę Edwarda. - Przekaż, że Sarah tęskni. - przechyliła kryształowe szkło i wypiła resztkę krwi, oblizując usta w dość prowokujący sposób. Jej koleżanki nie zwróciły na to zbyt wielkiej uwagi, pogrążone były bowiem w rozmowie między sobą. Sądząc jednak z faktu, że co kilka chwil spoglądały w stronę wyjścia z Elizjum i krążących tam wampirów, jasne było o czym tak zawzięcie plotkują. O tamtejszym, zarośniętym acz ciągle eleganckim Ventrue. O zagubionym Toreadorze. O własnej Primogen, która raz nawet podeszła do baru i skorzystała z tamtejszego telefonu.
- Owszem, natychmiast. - Edgar skinął głową. - Udaj się do redakcji i zrób wszystko, co trzeba, by doszło do mojego spotkania z Brygadzistką Shaw. Potem wróć do mnie, będę tutaj czekał, w towarzystwie tych trzech zacnych dam. - przeniósł wzrok na każdą z trzech nieumarłych. Każda z nich, poza oczywiście wiecznie naburmuszoną, ponurą i nieprzyjaźnie nastawioną szatynką, zachichotała zadowolona. Prosty, acz wymowny komplement zawsze działał. Co więcej, Edward nie musiał się już tak stresować; lada moment będzie mógł opuścić Elizjum i na powrót wkroczy do znanego, zwyczajnego i bezpiecznego świata śmiertelników.
Dopiero potem przyjdzie mu stanąć przed prawdziwym wyzwaniem.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Moore Theatre, foyer, piętro

#89
Edward na krótką chwilę spuścił wzrok z Mistrza, tylko po to aby w odpowiedzi kiwnąć głową blondynce. Czy był to głupi żart albo prztyczek w nos? Wątpił.
Z powrotem spojrzał na Wolfa.
Szlag. To zmienia postać rzeczy.
Śmiertelnik nie był na to gotowy. Powoli już zaczynał myśleć w jaki sposób podejdzie do wykonania tego zadania. Może wypożyczenie jakiegoś drogiego samochodu, towrzystwo szofera i ochroniarza - samo to podniosłoby po stokroć rangę Edwarda przychodzącego do redakcji z ulicy. Na to raczej już nie było czasu. Von Bern miał jednak język i własne nazwisko i o ile nie popełni jakiegoś straszliwego błędu, wszystko powinno być w porządku.
- Oczywiście, Panie. - Edward skłonił się. Wolał nie zadawać więcej pytań. Zresztą - o co zapytać mógłby? Zamiast tego skłonił się wampirzycom.
- Życzę Szanownym Paniom miłego wieczoru, na wypadek gdyby jednak okazało się że nie wrócę żyw. - uśmiechnął się.
Jeśli nikt nie miał już nic do dodania, Edward oddalił się powoli, podpierając się laską.
Zwrócił uwagę aby w pierwszej kolejności ukłonić się zapamiętanej wcześniej kobiecie, jednak kiwał głową także każdemu kto zwrócił na śmiertelnika uwagę.
Po paru dłuższych chwilach von Bern wyszedł, ubrany już, przed Teatr i wsiadł w taksówkę na postoju. Kierowcę poprosił o kurs do redakcji The Seattle Times.
KARTA POSTACI: Edward von Bern
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: niemiecki
Opis Postaci | 
Równo uczesany, dokładnie ogolony, na głowie nosi homburg. Ma na sobie ciemnoszary, wełniany (naturalna faktura) płaszcz dwurzędowy. Pod płaszczem ubrany jest w szary, wełniany garnitur trzyczęściowy. Koszula ma klasyczny kołnierzyk, pod którym związany węzłem Victoria wisi jednolitego koloru, ciemnozielony krawat z widoczną z bliska teksturą skosu.Edward nosi oksfordy z ciemnej, brązowej skóry.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro (02,14,99)

#90
Wampirzyce znowu zachichotały. Wszystkie odprowadziły von Berna aż do drzwi wyjściowych z Elizjum, po czym na nowo pogrążyły się w rozmowie z Edgarem. On natomiast, nie musząc się już martwić swym ghulem, mógł swobodnie rozmawiać na zupełnie inne, często poważniejsze, tematy. Śmiertelnik, spętany przeklętymi więzami krwi, musiał się naprawdę postarać. Pierwszą rzeczą, jaką musiał zrobić, była podróż do siedziby gazety - wystarczyło tylko przejść kilka, kilkanaście metrów chodnikiem i wsiąść do charakterystycznego samochodu oferującego usługi transportowe.
Taksówkarzem był wąsaty mężczyzna o ogorzałej twarzy i kręconych, ciemnych włosach. Śmierdział curry i mówił z tak twardym, mocnym indyjskim akcentem, że ciężko było cokolwiek zrozumieć - zgodził się jednak bez wahania na kurs pod redakcję. I, na całe szczęście, nie zamierzał zagadywać do swego pasażera, być może dlatego, że dostrzegł laskę Edwarda, a jego garnitur i twarz wskazywały na kogoś ze znacznie wyższej klasy społecznej.
Podróż do celu nie trwała długo. Denny Way o numerze tysięcznym nie było wcale tak daleko. Redakcja dodatkowo pracowała w sumie dwadzieścia cztery godzin na dobę, ale oczywiście nie wszyscy pracownicy byli obecni w tej samej chwili w potężnym, piętrowym gmachu, pogrążonym najpewniej w półmroku. Na Edwarda mogła tam czekać tylko mała grupka pełniąca dyżur i - jeśli wierzyć słowom wampirzyc z teatru - Danielle Shaw. Ventrue. Harpia. Kobieta piękna, drapieżna i niebezpieczna, posiadająca władzę i kontakty, zdolna zniszczyć bądź stworzyć legendę z danego wampira.
Lub ghula, w tym przypadku.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S
Odpowiedz

Wróć do „1932 2nd Ave, Moore Theatre”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość