Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar

#31
Ta informacja była ważna, b! Bardzo ważna. Dobrze, że dziewczę się zapytało o to, bo inaczej jeszcze by strzeliła gafę i pozamiatane, dla całego teatru. A nie była pewna czy aktorka wie z kim pracuje czy nie, lepiej grać debila. Oj tak.
-Dziękuję Pani primoge, będę już w takim razie iść.- Powiedziała miło, -Do widzenia- Kiwnęła głową jeszcze i posła w swoim kierunku, nieco się ciesząc, że wybywa, gdyż przyszedł dziwny Pan. Najwidoczniej jeszcze nie oswoiła się z faktem, jak naprawdę wygląda ten klan. oj długa droga przed nią i ciężka.

[z/t do tutaj ]
KARTA POSTACI: Kyleigh Buchanan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski | Hiszpanski
Opis Postaci | 
Dziewczyna ubrana jest, jak przystało na zimową porę, ciężkie buty, jeansy z prostą nogawką (nie
leginsy), pod szarym płaszczem ma na sobie zielony sweter. Jej dodatki to szalik. Zawsze posiada przy sobie plecak,
a w nie aparat, chusteczki, pieniądze i klucze do domu. Włosy ma koloru rudego i zielone oczy, na oko ma 165 cm.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar (02.14.1999)

#32
Image
Image
Primogen dzielnie wytrzymała spojrzenie paskudnych oczu Kwiatuszka, ale w końcu i ona - albo raczej przede wszystkim ona - poddała się i opuściła wzrok, patrząc gdzieś w bok. Wyglądała teraz jak człowiek, bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Rzuciła więc ciche "do widzenia", kiedy Kyleigh Buchanan podziękowała za udzielone informacje i ruszyła w stronę wyjścia. Chwilę później do Kyleigh miał dołączyć Nosferatu, ale nie zrobił więcej jak kilku kroków, gdy we foyer, przez i tak cichą już muzykę Pink Floyd, przebił się głos Elsie.
- Kwiatuszku! - zawołała nagle, tak, jakby sobie coś przypomniała. - Odezwij się proszę do Randy'ego. Chcę coś na wiosnę zrobić w teatrze, on będzie wiedział, o co chodzi. - Kwiatuszek również wiedział. Jeżeli Toreadorka prosi o przekazanie informacji temu konkretnemu Nosferatu, w grę wchodzi nic innego jak sprawy związane z architekturą, budową lub też jakimiś zabezpieczeniami. Elsie Page skinęła jeszcze raz głową, dając w ten sposób znak, że teraz wampir może już w spokoju opuścić nie tylko Elizjum, jakie mieściło się we foyer teatru, ale także i sam teatr.
Co Kwiatuszkowi i Kyleigh przyniesie reszta nocy, czas pokaże.
Jedno jest pewne - zarówno odrażający nieumarły, przypominający gnijące zwłoki wyciągnięte z samego dna Lake Union, jak i młoda, urocza, acz niedoświadczona wampirzyca zapamiętają te Walentynki na zawsze. Zostało tylko parę godzin do świtu; pierwsze, acz niezbyt gorące promienie słońca dotkną śpiące Seattle oznajmiając początek nowego dnia. Czy Spokrewnieni dotrą do swych schronień na czas? Czy też może coś ich zatrzyma?
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar

#33
Kwiatuszek, na ile pozwalała jego mimika, wyglądał na zawiedzionego. Wrażenie zdawało się pogłębiać po zawołaniu Elisabeth.
- Odeshfem siem. Jeshli rashem psheshyyemy, otshyfisthie - powiedział, po czym po dłuższej przerwie zadeklamował (a przynajmniej powiedział z większym namaszczeniem) - Why, lheth tfe strikhen fer go fhep, fe fart unfalet plai, foh sssom mas fatsh, fhajl som mas sliph, so rhans fe forlt afay.
Nim jednak ktokolwiek zdołał zareagować na ten dziwny monolog, Kwiatuszek już niknął - całkiem dosłownie, za rogiem.

Spoiler | 
Kwiatuszek cytuje Szekspira - a konkretnie Hamleta. A jako że Szekspir, to w originale.
Why, let the stricken deer go weep,
The hart ungalled play;
For some must watch, while some must sleep:
So runs the world away

w najbardziej znanym tłumaczeniu
Niech ryczy z bólu ranny łoś,
Zwierz zdrów przebiega knieje.
Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś,
To są zwyczajne dzieje.


lub też w przekładzie Barańczaka wg mnie lepiej oddającym sens
Niech się zraniony jeleń słania:
Stado już w bór odbiega;
Bo jest czas snu i czas czuwania --
Na tym ten świat polega.
KARTA POSTACI: Kwiatuszek
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: francuski,
Opis Postaci | 
Rozpadający się, napęczniały Nosferatu. Wysoki, noszący stare, brzydkie i obszerne ubrania. JEgo ciało wygląda, jakby zaraz miało odpaść, a on sam wdaje z siebie niesamowicie irytujące odgłosy.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar

#34
AKT I
Sześć lat minęło, jak przybył w te strony. Wszedł do klasztoru, czy światem znudzony, Czy za grzech jakiś pokutę odprawia, Ale przed nikim grzechu nie objawia.

„Giaur”, George Gordon Byron


Zagraj to jeszcze raz, Sam — poprosił tykowatego gospodarza tego miejsca, podnosząc na moment wzrok znad blatu szynkwasu oraz rozłożonej na nim gazety, gdy muzyka ucichła. Sięgając dłonią do kieszeni płaszcza, z którym nie rozstał się na wejściu, wyjął kilka banknotów mających opłacić jego zamówienie.
Potrójne zero — złożył je razem z papierami na blacie, mając na myśli grupę krwi, temperaturę serwowania oraz notorycznego alkoholika jako dawcę. Zakręciwszy się z wolna na stołku na którym siedział, obrócił się tak, by jego oczy mogły swobodnie krążyć po sali jako lew ryczący, czyhający kogo pożreć. Choć nie był pewien, czy w przypowieści dzisiejszego wieczora, on sam nie był Danielem, a miejsce w którym przesiadywał - jaskinią.

Sit in a theatre, to see
A play of hopes and fears


Pomyślał słowami poety, choć jego wargi ułożyły się wyłącznie w fucking hell, wypowiadane raczej ze zdumieniem niż ze złością. Starał przypomnieć sobie co dokładnie sprawiło, że ze wszystkich kontuarów w Seattle, opierał się właśnie o ten. Zaprzęgnięty do roboty umysł wsparty dedukcją dostarczył mu odpowiedzi, zanim facet za barem podał mu jego pustą do połowy szklankę. To było tak: korzystając z okazji, wyrwał się na moment z Fundacji, żeby poszukać miłego i pełnego przyjaciół miejsca na resztę wieczoru, a że takiego nie znalazł, przypełznął tutaj.

I siedział teraz, rozwalony na kiwającym się barowym krześle, odnajdując się na tutejszych salonach jak zespół raggae na zlocie Ku Klux Klanu. Znudzony jak najemnik na emeryturze. Jednak tym co naprawdę przegięło pałę goryczy i zapoczątkowało resztę wydarzeń dzisiejszego wieczora, była ta cholerna krzyżówka w najnowszym numerze „Seattle Times'a”, która pozostawała rozwiązaną od bitego kwadransa i żadne znaki na niebie i ziemi nie zapowiadały, by stan ten uległ zmianie w najbliższym czasie.
To właśnie wtedy Alex stanął twarzą w twarz ze swym najgorszym wrogiem. Nudą.

Choć uciekał przed nią przez pół miasta, dopadła go i tutaj, w uświęconych tradycją murach Elizjum, świątyni sztuki, przybytku sióstr Talii i Melpomeny. Thalberg nie wątpił, że jest śmiertelna. Miała na swym sumieniu wiele umysłów. Okaleczonych i zamordowanych bez litości. Powoli przetrawionych i zamęczonych aż do ostatniej synapsy. Potrzebował małego spięcia w tych ostatnich. Bo choć przyszedł tu karmić amygdalę, neocortex stanowczo dopominał się o swoje.

Z ciężkim westchnieniem wrócił do gazety. Times to poważne pismo. Oprócz krzyżówek drukowali w nim także inne zajmujące łamigłówki, zwykle opatrzone zdjęciami i krzykliwymi nagłówkami na pierwszych stronach.

KRWAWA NOC W LA SALLE

No proszę, okolica jego sąsiedztwa. Nazwa też znajoma. I poznana jeszcze w czasach zanim zaczął wykradać ponury blask nieżycia. Okazuje się, że w dniu dzisiejszego święta nie tylko amor wyruszył na polowanie. Co więcej, liczba tych którzy mieli to w planach właśnie powiększyła się o jednego zblazowanego faceta. Przewrócił pierwszą stronę, by znaleźć się na kolejnej, szukając drugiej kolumny. W tym samym czasie jego wolna ręka była zajęta wybieraniem w telefonie kontaktu do Mike'a Teetera, z zamiarem innym niż wyznanie kapitanowi skrywanego przez lata afektu. Choć nawet jeśli, nikogo by to nie zaskoczyło. Swego czasu widywał Alexa częściej niż własną żonę, z którą raczej nie spędzi tej nocy, biorąc pod uwagę konieczność zaostrzenia patroli w okolicy i związaną z tym papierologię.
KARTA POSTACI: Alexander Thalberg
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar [02.14.1999]

#35
Image
Image
Samuel Hook nie potrzebował zachęty do grania muzyki. Jedyne, co go zdziwiło to prośba o to, by to była ta sama melodia. Niemniej, posłał Alexandrowi zawadiacki uśmieszek, a następnie uniósł ramię trzymającą igłę na gramofonie i opuścił ją ponownie. To była "Zima" Vivaldiego, jedna z czterech pór roku. Zima, bo to dla Spokrewnionych najlepszy okres to właśnie ten, kiedy noce są takie długie; kiedy mają więcej czasu na polowanie czy knucie przeciwko swoim wrogom. Opiekun Elizjum usiadł dwa krzesła dalej od Tremere przyglądając się jego poczynaniom. Patrzył się tym swoim charakterystycznym spojrzeniem zbitego psa, ale kto wie, co mu chodziło po głowie. W całym Moore Theatre było pusto. Już niedługo miało świtać, a noc powoli ustępowała dniu.
Za barem stał i spoglądał to na jednego, to na drugiego wampira Ghul Elsie Page. Ostatnio relacja między nim, a Primogen Toreador nie była najlepsza; minę miał.... Bez wyrazu. Taką, jakby go w ogóle nic nie obchodziło. Nawet to, że ma przed sobą dwoje wampirów i będąc Ghulem, jest dla nich tylko marionetką. Posłał Thalbergowi krótkie spojrzenie, z ciekawym błyskiem w oku i przygotował mu zamówienie.
— Piętnaście dolarów. — Powiedział do niego patrząc wprost na twarz drapieżnika. Nie, nie prowokująco. Choć ta cała obserwacja mogła mu się przecież nie spodobać. A cena? Cóż. Pozyskanie krwi, zwłaszcza z grupy 0, to mimo wszystko niełatwe zadanie. Trzeba było mieć od tego Ghula, a jeśli nie Ghula, to zaufanego dostawcę, a jeśli nie to, to ukraść... Długowieczni musieli kombinować. I to tak, by działania nie ściągnęły na nich niepożądanej uwagi.
Gdy Alexander obrócił się na krześle, ujrzał tylko Hooka. Nikogo już nie było w Elizjum poza jego Strażnikiem i barmanem. W przeciwieństwie do niego, Sam nie był znudzony, lecz tak zaabsorbowany przyglądaniem się Tremere, że aż się w tym zatracił. I już miał się do niego odezwać, zagadując o krwawą noc w La Salle w związku z dłuższym spojrzeniem zatrzymanym na tytule artykułu, gdy ten niespodziewanie sięgnął po telefon. Westchnął tylko ciężko myśląc o jutrzejszym dniu. To będzie bardzo ważny dzień dla wszystkich Spokrewnionych. Do Elizjum zejdą się tłumy, by dostać najświeższe informacje z pierwszej ręki. Nie wiedział jak potoczy się zebranie Rady Primogenu i czy ktoś ważny tu zawita, ale jednego był pewien: przez najbliższe noce Elicjum będzie miało wielu, wielu gości. Dlatego też, gdy Thalberg wykręcał numer, on przyglądał się wnętrzu upewniając się czy przypadkiem nie ma niczego do naprawy czy zmiany.
Alexander nie musiał długo czekać na połączenie. Mike cały czas był pod telefonem - na jego stanowisku nie mogło być inaczej.
— Stary, mam tu mały pierdolnik. Jeśli jesteś przy jakimś miejscu zbrodni, wchodź na moje nazwisko. — Wyrzucił z siebie pospiesznie, a w słuchawce dało się posłyszeć jak na chwilę ją odstawia, by po chwili cichym, zniecierpliwionym szeptem powiedzieć coś jakiejś osobie. W tle rozlegał się dźwięk pospiesznego stukotu butów, przerzucania papierami, różnych rozmów między funkcjonariuszami. Słowem - na posterunku była gorąca noc Św. Walentego.
kolejka | 
→ Walter Wilkes
 → Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar

#36
Po cóż było mu prosić o muzykę, skoro równie piękna melodia płynęła właśnie ze słuchawki, uderzając w najbogatszy dla jego ucha ton, porównywalny tylko do melodii sfer. Poczuł się jak gdyby sami anieli, unosili go pod same podwoje Raju, zza których sączyła się lux perpetua i echo chóralnych zaśpiewów wszystkich Zastępów.

Innymi słowy, był teraz jak dzieciak, który za zdawkową i nieobecną zgodą zajętego pilnymi sprawami rodzica, biegł pograć z kumplami w gałę na ruchliwej jezdni albo pobawić w ciuciubabkę na czynnym torowisku. W samotny i pozbawiony planów wieczór taki jak ten, zwyczajnie nie mógłby prosić o więcej. No chyba, że o zgodę i opinię swoich przełożonych, ale primo, chwilowo nie miał innych obowiązków, secundo, zamiarował wyłącznie się rozejrzeć i to we własnym sąsiedztwie. Tetrio, nie, to właściwie należało do jego obowiązków. Być poinformowanym.

Ta nagła i niezapowiedziana niespodzianka od losu wprawiła go w szampański nastrój. Objawiający się kiwaniem palca w bucie oraz składaniem zdań z więcej niż trzeba sylabami, pozbawionych środków ekspresji takich jak „kurwa” lub „dupa”.

Jeszcze nie, ale będę. Na twoje nazwisko. — zdążył odpowiedzieć głosowi w słuchawce, zanim jego nadawca rozłączył się, odbierając Alexowi przyjemność w postaci komentarza, że chętnie pozostałby przy panieńskim.

Chowając telefon, odebrał swoje zamówienie, opłacając je swoim imiennikiem Alexandrem Hamiltonem oraz towarzyszącym mu Lincolnem. Nie robił przy tym uwag ani problemów. Krew nie woda, musiała kosztować. A ta tutaj i tak wychodziła taniej niż sazerac serwowany na Pioneer Square. Jego urękawiczona dłoń chwyciła podaną mu szklankę, wznosząc ją w niemym toaście posłanym w kierunku gapiącego się na niego Opiekuna Elizjum.

Nie ma to jak znajomy maître d, kiedy trzeba zarezerwować stolik — zagadnął do niego, pozornie w nawiązaniu do odbytej przed momentem rozmowy telefonicznej. Thalberg porzucił pierwotny zamysł, o skomentowaniu natrętnego gapienia się tamtego, które powodowało że z każdą minutą miał ochotę przejrzeć się w czymś, żeby upewnić czy przypadkiem nie jest zieloną żyrafą. Ta wzbudzałaby tutaj uzasadnioną sensację, choć może niewiele tylko większą niż Tremere bez kija w dupie. Tak czy inaczej zbastował. Wiedział, że bite psy miały to do siebie, że potrafiły się odgryźć i to zupełnie dosłownie. A także to, że gapiący się na niego gość utrafiał ze swoim nazwiskiem nie z powodu zamiłowania do wędkowania. Choć z łowieniem spojrzeń szło mu niezgorzej.

A, to — oznajmił wracając na otwartą przed sobą stronę, chcąc wyczytać coś z zawartości drugiej kolumny. — Pożar w burdelu na rogu i już cała dzielnia tonie w błękitnym świetle. Jedynym, które odstrasza miast wabić okoliczne ćmy. Co wyjaśnia tłumy tutaj — orzekł, z wolna składając papier po skończonej lekturze, spłukując gardło likworem całkiem osobliwym.

Zagaił zanim dopił i wybył. A chuj, co mu tam.
KARTA POSTACI: Alexander Thalberg
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar (02.14.1999)

#37
Image
Image
Moore Theatre nie było jedynym Elizjum w mieście.
Był jeszcze Bloodbath, klub o tak prostackiej, ale i zarazem dosłownej nazwie, że aż dziwnym jest, że to właśnie Ventrue sprawowali tam pieczę. Cóż, znak zmieniających się czasów. To, co niegdyś było charakterystyczne dla tak zwanego plebsu, dla niższych warstw, teraz rozlewało się coraz wyżej i wyżej, szturmem zdobywając klasę średnią, wyższą i tą najwyższą. A nade wszystko była jeszcze anarchistyczna speluna, gdzieś na północy Seattle, gdzie jedyną zasadą rzekomo była ta, kto bardziej będzie lżył Camarillę...
- Tłumów nie ma z innego powodu. - odezwał się Hook, rad, że w końcu może otworzyć gębę do kogoś innego niż śmiertelnik. Co z tego, że ghule byli zniewoleni wampirzą krwią, przeklętą vitae niosącą ból i trwogę pamiętającą samego Kaina, skoro to byli i tak ludzie? Samuel Hook był wampirem. Nie byle jakim, bo piastował naprawdę odpowiedzialne i ważne stanowisko, ba, był chyba jedynym Toreadorem w Seattle, który może stanąć w szranki z Gangrelem bądź Brujah i wyjść cało z takiego starcia.
- Walentynki są. - zaczął ponurym głosem, dając do zrozumienia, że sam chętnie by się wyrwał z teatru Moore'a. - W Midnight Fix jest jakaś gruba impreza. Brujah ponoć zorganizowali wystrzałową zabawę. - mówił dalej, tylko dlatego, że mógł. Ghule z niewiadomych powodów niechętnie nawiązywały bliższą rozmowę z wampirami niebędącymi ich panami. Więzi krwi swoje robiły; pierwotny instynkt nakazujący spieprzać co sił w nogach przed drapieżnikiem także. Hook nie był tutaj wyjątkiem, bo choć pochodził z klanu, który w jakimś stopniu krążył wokół kultury tak wysokiej jak i niskiej, to jednak był potworem. Monstrum. Musiał także walczyć z Bestią, czy tego chciał czy nie.
La Salle zaś, o którym czytał chwilę temu Alexander, było idealnym dowodem, że Bestia musiała zostawić tam jakiś ślad swej obecności. Bo to, że doszło tam do spotkania dwóch lub więcej grup przestępczych było po prostu kłamstwem.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar

#38
Jednym z rozlicznych następstw przejścia na drugą stronę drogi zwaną potocznie Nieżyciem było przekleństwo zrozumienia. Każda grubsza afera w mieście lub na świecie nieodmiennie nosiła na swym czole Znamię Bestii. Ślady wszędobylskich macek Rodziny, jej szponów i kłów. Afera Watergate? Podejrzewał, że zamieszani byli w nią przedsiębiorczy Ventrue. Zniknięcie Bursztynowej Komnaty? Na bank Ravnosi wynieśli ją po kawałku. Wielki Wybuch? Nawet co do niego nie był pewien. Tym bardziej, że z odtwarzaniem mniejszych radzili sobie ostatnio niezgorzej. Alex zakręcił substancją w szklance, by ta nie krzepła zbyt prędko.

Aha — zreplikował nie grzesząc wylewnością ani wylewaniem za kołnierz w wyniku czego dokonał transmutacji pustej do połowy szklanki w całkiem pustą. Technicznie rzecz biorąc „Fix” także był w jego sąsiedztwie. W dodatku o rzut kamieniem stąd. W Georgetown, a praktycznie na North Beacon. I jeszcze ta dodatkowa zachęta w postaci bujającej się z bronią większą od nich samych swołoczy, buntowników bez powodu, którym szukanie powodu na zrobienie komuś krzywdy zabierało większą część wolnego czasu. Ktoś powinien w końcu zrobić z nimi porządek i wystrzelać z nich jebane gówno, bo jak tak dalej pójdzie to natknie się na skurwieli we własnej kuchni jak robią sobie omlet. Ktoś, nie on. Bo choć miło było założyć ciężkie buciory, wziąć dobry nóż i wyjść na ulice, żeby dołożyć hołocie, nie miał już dwudziestu lat. A morderstwo zostawiał lepszym od siebie.

Pokiwał smutno głową, co było jego obecnym ekwiwalentem ciężkiego westchnięcia. Tyle wspaniałych alternatyw dla spędzenia wieczoru w towarzystwie grzyba na suficie i moli w szafie a on tylko jeden. Choć na dobrą sprawę...

Tym razem to na niego wypadła kolej aby się gapić.

Włącz wiadomości — oznajmił po dłuższej chwili. — Posłucham, kiedy będziesz zamykał bar. A potem mogę cię podrzucić. Nabrałem ochoty na przejażdżkę nad rzekę.


Zawczasu przełożył z wewnętrznej kieszeni płaszcza kluczyki do czekającego na zewnątrz Cadillaca, by mieć je pod ręką.
KARTA POSTACI: Alexander Thalberg
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar (02.14.1999)

#39
Image
Image
- Zamykał bar? - spytał zdziwiony wampir. - Jest zawsze otwarty. No, za dnia nie ma tu nikogo, ale drzwi zamykam dopiero gdy wschodzi słońce. - stwierdził powoli Samuel. Jako jedna z najważniejszych osób w klanie, a nade wszystko jedna z dwóch najważniejszych osób w budynku teatru Moore'a, to on właśnie pojawiał się tutaj pierwszy i wychodził ostatni. Coś za coś, niestety. Hook nie wydawał się jednak być tym nad wyraz przejęty, bo lubił te miejsce. Mógł w spokoju słuchać muzyki, mógł rozmawiać z innymi Spokrewnionymi, miał co pić, były tu komputery, internet, radio, telewizja, telefon, a czasem - aczkolwiek zbyt rzadko, co czasem sam wspomniał - mógł nawet połamać komuś kości.
Bo foyer teatru, gdzie znajdowało się Elizjum, było miejscem tylko dla nieumarłych.
Żywi też tu byli, rzecz jasna, ale tylko i wyłącznie w formie sług, niewolników oraz okazjonalnego posiłku. Być może z tego też powodu stosunek żywych do umarłych był taki, a nie inny? Hook pstryknął kilka razy palcami. Dźwięk nie był zbyt głośny, ale jako, że w Elizjum była w tej chwili tylko dwójka Spokrewnionych i w sumie nikt poza nimi nie prowadził rozmowy, to żywy personel od razu zareagował. Zgodnie z życzeniem Alexandra wybrano kanał szesnasty. KONG-TV transmitował wywiad z jakimś łysiejącym okularnikiem w swetrze wyciętym w serek, rozpływającym się w zachwycie nad pisaną przezeń książką. Jej treść, jak można się było spodziewać, dotyczyła impeachmentu prezydenta Clintona. Samuel Hook skrzywił się, słysząc agresywny monolog prezenterki.
- Chociaż z drugiej strony... - zaczął, ale nie dokończył. Nie musiał. Zamiast tego rozejrzał się po Elizjum. Tłumów nie ma, więc... wspólnie z Alexandrem opuścił Elizjum i Moore Theatre.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar

#40
Z Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście

Nie minęła chwila gdy znaleźli się przy barze. Thomas rozsiadł się wygodnie na jednym ze stołków rozstawionych po tej stronie kontuaru po czym gestem ręki przywołał barmana. - Dla mnie to co zawsze - oświadczył. Sekret podniebienia był jednym z ważniejszych z jakimi byli przemieniani Ventrue. Większość z nich, w tym Walker nie prędko zdradzała innym jaką vitae może przyjmować. Barmani w Elizjum byli jednak jednymi z tych ludzi, którym po prostu trzeba było się zwierzyć w tej kwestii. Inaczej nie mógłby cieszyć się przyjemnością przesiadywania tutaj i popijania ciepłej krwi. - A dla Pani... - zwrócił się pytająco w stronę Michelle. Nie znał jej upodobań, wolał by sama wybrała sobie trunek. Chociaż przy jej zachowaniu można było się pokusić o stwierdzenie iż ona sama nie wie jaka krew jej smakuje najbardziej. Gdy barman otrzymał zamówienie i zajął się swoimi sprawami można było przejść do dalszego etapu rozmowy.

A więc Michelle. - Zaczął nadając chwili suspensu. - Znam wielu spokrewnionych szmaragdowego miasta, większość przynajmniej kojarzę. Ciebie jednak nigdy tu nie widziałem. Zdradzisz mi dlaczego? - odwrócił się do niej przodem by móc obserwować jej reakcje. Miał teraz chwilę by lepiej się jej przyjrzeć. Stwierdził, że gdyby spotkał ją w innym miejscu niż to, z powodzeniem mógłby ją pomylić za śmiertelną. Dziewczyna oddychała tak naturalnie jakby była żywa, a jej skóra pomimo bladości wynikającej z oczywistej wady genetycznej była nad wyraz pełna życia. Nawet temperatura ciała była tylko nieznacznie niższa od tej którą posiadają śmiertelni co Walker mógł sprawdzić podczas ich uścisku dłoni. Spokrewniona miała szczęście, że spotkała Thomasa właśnie tutaj. W każdym innym barze mógłby ją postrzegać jako posiłek.
KARTA POSTACI: Thomas Walker
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
Ten spokrewniony zawsze wygląda elegancko. Koszula, marynarka i krawat to nieodłączne elementy conocnej stylizacji Walkera, a nienagannie wypastowanie buty czy zegarek na srebrnej bransolecie tylko dodają mu uroku. Ostatnio najczęściej można go zobaczyć w błękitnej koszuli i garniturze w kolorze navy blue razem z kontrastującym, najczęściej czerwonym krawatem. Do tego kompletu, podczas chłodniejszych nocy za ubranie wierzchnie służy mu czarny płaszcz, którego kołnierz często wywija do góry.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar

#41
Był uprzejmy. Dużo osób było uprzejmych, ale też nie dał Michelle specjalnie dużo powodów by się go bać. No może poza tym, że był krwiorzercza bestią która być może już sobie upatrzyła, w jaki sposób mogła by ją wykorzystać to swoich bliżej nieokreslonych celów. Tak jak ona. Jak wszyscy którzy znajdowali się w tym pomieszczeniu, rozmowa mogła doprowadzić do absolutnie niczego, albo pokierować jej nie-życiem w jakiś dziwny sposób. I vice versa.
Kiwnęła dwa razy głową. Raz, mrucząc pod nosem ciche "[indent]Mi również" przy przywitaniu, drugi raz gdy przyjmowała zaproszenie do baru. Usiadła sobie trochę boczkiem. Uczucie bycia ciągle ocenianą nie odpuszczało ani na moment. Była sprawdzana, badana, a jej wartość poddawana analizie. Było tak i tym razem, gdy niespodziewanie została postawiona przez wyborem być może mało znaczącym, ale jednak bardzo szerokim. Dłoń Michelle się od razu uniosła, zdradzając zagubienie. Jej wargi lekko się zacisnęły, oddech spłycił.[/indent]
-Um... Może... Um... Dla mnie... męska, dwudziestoletnia...-Jakby mogła to by... W ogóle tego nie robiła, ale poczuła nacisk. Po takim "zamówieniu" poczuła się trochę... Widać, że niezbyt dobrze. Oplotła swoje łokcie dłońmi, jakby chciała się schować przed sobą. To na moment wzięło górę nad tym, że ktoś mógłby na nią dziwnie spojrzeć. Biorąc jednak pod uwagę jej zachowanie to kto wie... Może i wszystko przed nią.
Chwila przerwy dała jej czas na to, by dosłownie zanurzyć stopę w swoich myślach. Przywołana do rzeczywistości na moment spojrzała na szlachcica, by następnie uciec ponownie wzrokiem na blat baru. Zacisnęła prawą dłoń wokół lewego przedramienia. Jeszcze się do niej obrócił bezpośrednio przodem. Chyba nie chciała, albo coś ją powstrzymywało przed wykonaniem podobnego ruchu, bo siedziała jak wmurowana.
-...Pochodzę z... z... Chichago... Przyjechałam niedawno... Niedawno... się przedstawiłam... Pozwolono mi zostać-Czekała na... Posiłek. Tak. Co jakiś czas go wypatrywała, ale z umiarkowanym zainteresowaniem. Oczywiście, biorąc pod uwagę czym była - to zawsze jakieś ono było.
-...Ładnie tu... Nie wszędzie... I... Ten czas... Pewnie słyszał Pan... O tej nieprzyjemnej sprawie...-Podjęła nagle taki temat... O ile można mówić tu o nagłości, gdzie wypowiadanie kolejnych fragmentów zdania sprawiało jej pewną trudność. Widać było, że już chyba wyrobiła w sobie umiejętność zastępowania wszelkich dźwięków zastanowienia ciszą, nawet w sytuacji wyraźnie stresowej... Z jakiegoś powodu. Nie miała co zrobić z rękami. Pozycję miała podkurczoną...
Coś ją bardzo stresowało. Tylko pytanie co.
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar

#42
Michelle miała rację, kiedy zdawało się jej że była obserwowana, oceniana. I to nie tylko przez Thomasa. W końcu, byli w Elizjum gdzie żaden twój ruch nie był anonimowy. Tutaj nie dało się ukryć nic, nawet najbardziej subtelne i delikatne skinięcia głowy czy spojrzenia były skrzętnie zauważane i oceniane. To z pozoru zajęte sobą towarzystwo było jak widownia, o ironio, teatralna złożona z samych recenzentów. Takich, którzy tylko czekają na jeden błąd, jedno potknięcie czy pomylenie tekstu by obsmarować aktora bądź aktorkę przy najbliższym wydaniu ich magazynu. Pomimo iż nie groziło im nic fizycznie, nikt tu nie był bezpieczny. Ostracyzm, był dla wampira równie groźny co drewniany kołek.
Nie robił nic antagonizującego, a mimo to dziewczyna dalej była wyraźnie przestraszona, prawie sparaliżowana. Postanowił nie zwracać na to uwagi i dalej prowadzić dość niezobowiązującą rozmowę. Hunter był zajęty, Shaw nie było nigdzie na horyzoncie a do spotkania z Ainstworth miał jeszcze trochę czasu więc nigdzie się nie śpieszył.
- Chicago? - Zapytał - Co w takim razie sprowadza Cię tutaj? W końcu Seattle mogło by robić za peryferia Chicago. - Barman nie pozwolił albinosce odpowiedzieć od razu przynosząc im ich vitae w eleganckich szklankach. Spokrewniony wziął delikatny łyk, z początku jedynie kilka kropel by zwilżyć usta i pozwolić na reakcję podniebienia. Gdy upewnił się, że jest to właściwa krew zgodna z jego upodobaniami wziął drugi, pewniejszy. Vitae nie była ciepła, jednak nie była też lodowato zimna. Zastanawiał się czy nie zgłosić tej uwagi obsłudze jednak to co powiedziała Michelle chwilę później całkowicie pochłonęło jego uwagę.
- Której konkretnie? Niestety ostatnio mamy tu epidemię nieprzyjemnych wydarzeń. - Nadstawił uszu, oczywiście metaforycznie. Spokrewniony był zawsze głodny wiedzy, szczególnie różnych plotek na temat innych członków Rodziny. Oczywiście nie dał po sobie tego poznać, kamienna twarz niezdradzająca lekkiego podekscytowania była dla niego prawie tak naturalna jak udawane oddychanie dla dziewczyny. Wiedział, że coś się wydarzyło. Znacznie częstsze niż normalnie podszeptywania które zauważał na sali mówiły mu to. Jedyne pytanie jakir zostało to co dokładnie stało się tej bądź poprzedniej nocy by tak zająć uwagę bywalców Moore.
KARTA POSTACI: Thomas Walker
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
Ten spokrewniony zawsze wygląda elegancko. Koszula, marynarka i krawat to nieodłączne elementy conocnej stylizacji Walkera, a nienagannie wypastowanie buty czy zegarek na srebrnej bransolecie tylko dodają mu uroku. Ostatnio najczęściej można go zobaczyć w błękitnej koszuli i garniturze w kolorze navy blue razem z kontrastującym, najczęściej czerwonym krawatem. Do tego kompletu, podczas chłodniejszych nocy za ubranie wierzchnie służy mu czarny płaszcz, którego kołnierz często wywija do góry.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar

#43
Wydawało się, że jakoś udało jej się przejść przez pierwsze próby. Przedstawiła się, przeszła do baru, odpowiadała... Jakoś. Nawet udało jej się wymyślić krew, która była czymś konkretnym. Ale to nie był jeszcze koniec jej zmagań z sytuacjami społecznymi, możliwe nawet, że pomimo tych wszystkich zdarzeń to dopiero początek. Całe szczęście, że chwila na przekazanie i skosztowanie... Poczęstunku dało jej możliwość odpowiedzi na pytanie. Jej wędrujący wzrok, sztywne palce... Musiała nad tym chwilę pomyśleć.
...ni to zimne... Ni to ciepłe... Ale nie narzekała, bo... Kim ona była, by narzekać...
-...Może dlatego tu jestem...-Dziewczę kiwnęło leciutko głową. Coś chodziło jej po głowie, ale nie można było powiedzieć na ten temat niczego konkretnego. Na moment nie patrzyła na Ventrue dlatego, że się go bała albo wstydziła. Myślała, zastanawiała się-Moja mistrzyni... Moja Sire.... Wysłała mnie tu... Um, oczywiście... Z pełną świadomością... I zgodą księcia Doe...-Na moment jednak impuls zakłopotania, może nawet strachu przeskoczył przez jej oblicze. Szybko wyjaśniła, by nie wyszło, że była tu w jakiś szemranych interesach nawet jak na społeczność spokrewnionych. Była syta, dlatego... Nie piła za dużo. To co na początku w zupełności wystarczyło, a przede wszystkim dawało jej to jakiś komfort... Mogła zająć dłonie... Przydało jej się to zwłaszcza, gdy ciekawski arystokrata zadał kolejne pytanie. Ramiona zeszły jej się trochę. Zamykała się fizycznie, czy psychicznie...
Zdecydowanie wyglądała jak Malkavianka. Zwłaszcza gdy ściszyła swój głos. Stała się kolejną osobą, która konspiracyjnie szeptała, by czasem ktoś nie usłyszał. Oczywiście, kto chciał... To znalazłby sposób. Nie chciała jednak za bardzo kusić losu.
-...Sabat... Krwawe łowy...-Nie nachylała się jednak. Ot, mówiła pod nosem. Mimo stroju dalej wyglądała jak skrzywdzone dziecko. Trzymała kieliszek oburącz, obracając go w dłoniach lekko. Za mocno go trzymała by sobie pozwolić na coś więcej-Przyjechałam... W ciekawy czas... Prawda?
Przymknięte, spuszczone oczy nie śmiały patrzeć bezpośrednio na Walkera. Zdawała się jednak trochę uspokoić. Może smutek wyczuwalny w jej głosie wziął górę nad nieśmiałością i paniką. Drobna, niewinna... Martwiła się. Zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa nocy, i tym bardziej... Jakoś potrafiła się zmobilizować. Przynajmniej na tyle, by nie potykać się o co czwartą sylabę.
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar [02,15,99]

#44
Wspomnienie o "krwawych łowach" mogło wywołać tylko jedną reakcję. I to nawet mimo głośnej muzyki o gwaru rozmów, w Elizjum było przecież naprawdę zaskakująca liczba Spokrewnionych. Kilku z nich, kilku z siedzących nieopodal wampirów, szybko podniosło głowy znad swych kieliszków i szklanek, filiżanek i kubków i - w jednym przypadku - masywnego, kryształowego pucharu. Przez parę chwil ich wzrok spoczywał na białej jak śnieg nieumarłej. Michelle mogła poczuć na sobie zaintrygowane spojrzenie wielu par oczu; wydanie rozkazu odnalezienia i zniszczenia wampira zawsze wywoływało emocje.
Czy pozytywne, czy negatywne, to już inna sprawa.
Strzępki rozmów były bowiem jednoznaczne. "...mówi o Ethanie...", "...nawet żółtodzioby już wiedzą...", "...u Anarchistów, w Bobrze...", "Maria i Melanie!", "...kutas narobił syfu, wyrwę mu za to kły...", "...Benny go widział...", "...Kassmeyer też mi się nie podoba...", "Szalona Królowa od razu powinna urwać mu łeb!", "O'Byrne podobno wie, gdzie jest Ethan!", "...słyszałem, jak Raul się chwalił!", "Toreadorką jest? Współczuję!" oraz "...może takich jak on jest więcej?".
Rodzina siedząca w dalszej części foyer, oddalona od Thomasa i Michelle, nie słyszała już tych słów. Byli zajęci, skupieni na rozmowach, na słuchaniu muzyki, na piciu krwi, na snuciu niekończących się planów i spisków. Primogeni Reeves i Page, wspierani przez Harpię Laurenta oraz towarzyszących im Hooka i Woods stanowili niejako centrum wszystkiego. To wokół tej piątki krążyli pozostali nieumarli i nieliczni śmiertelni, pełniący rolę kelnerów, kelnerek i jeszcze mniejszej obsługi teatralnej.
Hunter, znajomy zarówno Walkera jak i Mould, siedział kawałek dalej, przy oknach. Towarzyszyła mu jakaś młoda i zagubiona - niemalże tak samo jak Michelle! - dziewczyna oraz długowłosy, brodaty mężczyzna, co rusz spoglądający w stronę Primogena klanu Gangrel. W okolicy baru natomiast, najbliżej albinoski i jej eleganckiego towarzysza, siedział brodaty wampir o wyglądzie zbira, członku gangu motocyklowego, żłopiący krew z wielką wprawę. Obok niego była wysoka, szczupła kobieta o bladej jak mleko cerze i długich włosach w tym samym kolorze.
Spojrzenie w stronę tej dwójki mogło wiązać się z nieprzyjemnym uczuciem obecności czegoś złego, nieprzyjemnego, agresywnego wręcz.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar

#45
Odwrócił się w stronę w stronę sali, rozpiął marynarkę i wygodnie oparł się łokciami o blat baru. Bardzo lubił tą pozycję niezależnie czy stał czy siedział. Nie była ona może zbyt elegancka, jednak dla niego była komfortowa, no i przede wszystkim mógł bez większych przeszkód obserwować prawie całe foyer.
-Mhm... - zaczął leniwie. - Może jest w tym trochę racji. Mieszkałem jakiś czas w Nowym Jorku... Momentami było tak gwarno, że nie można było zebrać nawet jednej myśli. - Przekręcił się na bok, delikatnie złapał za kieliszek vitae po czym wziął kilka mniejszych łyków. W przeciwieństwie do albinoski Thomas ostatni raz posilał się jeszcze przed walentynkami. Mógł więc czuć lekki głód. Oczywiście silna wola Ventrue cały czas bezpieczenie górowała nad bestią jednak w obliczu tak łatwo dostępnej krwi mężczyzna nie mógł się powstrzymać przed jednym bądź dwoma łyczkami "ekstra".
- Więc zostałaś tu wysłana. W jakiejś konkretnej sprawie? - Zaczynało się robić ciekawie. Więc spokrewniona miała tutaj jakiś cel? Jakieś zadanie do wykonania. Miała powód by się tu znaleźć. Nie była więc jak bezdomny pies, błąkająca się bez celu, egzystująca dzień po dniu. Jednak naprawdę ciekawie zrobiło się dopiero gdy wspomniała o krwawych łowach.
Zdziwił się. Nawet bardzo słysząc te dwa słowa. Krwawe łowy były organizowane bardzo rzadko. Thomas do tej pory słyszał o nich tak naprawdę tylko z opowieści starszych. Jednak nie dał po sobie nic poznać, pomimo uderzenia tych dwóch słów maska trzymała się mocno. Zaraz jednak przyszło kolejne zaskoczenie. Reakcja okolicznych kainitów była czymś czego jeszcze nie doświadczył. Oczywiście podświadomie spodziewał się wzmożonych szeptów jednak ich magnituda była zaskakująca. Zamknął na moment oczy wyostrzając słuch. "...Ethan...", "...Anarchiści...", "...O'Byrne...", "...Toreadorzy...". Walker chłonął nową wiedzę jak gąbka wodę. Otworzył oczy, po czym spojrzał w kierunkach z których dochodziły ledwo słyszalne szepty. Przez chwilę, uwaga tej części foyer skupiła się na drobnej albinosce. Kainita jednak nie zastanawiał się nad wpływem jaki to będzie miało na dziewczynę. Zamiast tego rejestrował spojrzenia, gesty, delikatne ruchy głowy czy nawet samych warg. Elizjum żyło i na dźwięk tych dwóch słów zachowywało się jak nastroszone zwierzę.
- Wychodzi na to, że przez moment znalazłaś się w centrum uwagi tej części Foyer. - Skomentował, dodał jednak zaraz nie czekając na odpowiedź - Jest pewne chińskie przekleństwo " Obyś żył w ciekawych czasach". Niestety muszę się z tobą zgodzić. Czasy są nad wyraz ciekawe, a obawiam się, że będą jeszcze ciekawsze. - Odwrócił głowę spoglądając na dziewczynę. Przez moment zaciekawiła go jej reakcja na niedawną scenkę z gośćmi przybytku. Czy skuli się w sobie jeszcze bardziej? Czy może przełamie swoje lęki i wyprostuje się dumnie jak na kainitkę przystało?
KARTA POSTACI: Thomas Walker
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
Ten spokrewniony zawsze wygląda elegancko. Koszula, marynarka i krawat to nieodłączne elementy conocnej stylizacji Walkera, a nienagannie wypastowanie buty czy zegarek na srebrnej bransolecie tylko dodają mu uroku. Ostatnio najczęściej można go zobaczyć w błękitnej koszuli i garniturze w kolorze navy blue razem z kontrastującym, najczęściej czerwonym krawatem. Do tego kompletu, podczas chłodniejszych nocy za ubranie wierzchnie służy mu czarny płaszcz, którego kołnierz często wywija do góry.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar

#46
Dwa słowa. Krótkie, parę głosek, a wywoływały tyle emocji za każdym razem gdy się pojawiały. Niezależnie od tego czy wymawiał je książę czy najniższy w hierarchii Neonata. Czy ktoś je wykrzykiwał czy, tak jak zrobiła Michelle, ledwo co wymruczała je pod nosem. Efekt był taki sam, i poleciał jak domino - ktoś usłyszał, ktoś powiedział, przekazał dalej, poszło... Co najmniej parę par oczu, głodnych, drapieżnych, groźnych, utkwiło w postaci drobnej dziewczyny, która w tym momencie chyba najchętniej zniknęłaby dokładnie w tym miejscu w którym się znalazła. Jednak raz, to było elizjum, dwa - nawet gdyby zignorować to pierwsze, to wcale nie byłoby takie proste.
Dochodziły do niej różne dźwięki. Zacisnęła wyraźnie swoje uda na stołku, trzymając nogi blisko siebie. Nie musiała widzieć tych spojrzeń, chyba nawet nie chciała. Nie mogła uciec jednak od swojego słuchu, nie w formie która by zachowywała jakikolwiek cień subtelności. Na pewno coś ciekawego przy tym usłyszała, ale czy myślała teraz o tym w takich kategoriach - wątpliwe.
Siedziała w milczeniu. Rozglądała się niemrawo wokół, gdy chyba pierwszy szok z tą uwagą - co zresztą zostało wypomniane - jej w końcu przeszedł. Jakie to było okrutne, jeszcze wypomnieć jej to z czego tak doskonale zdawała sobie sprawę. Miało to może swój cel, jakby nad tym pomyśleć wszystko miało. Nie stawiła temu czoła, zamiast tego chowała się coraz bardziej w swojej strefie komfortu. Wyglądała jednak, w jakim jednak celu to tylko ona wiedziała. Dwa razy jedynie jej oczy zatrzymały się dłużej w pewnych punktach. Nic jednak nie zrobiła poza dalszym trzymaniem kieliszka i kuleniem się.
-To... Prawda... Noce są niespokojne... I... Tak... Czy to początek? Koniec? Nie wiem...-Gdy nie patrzyła wokół kątem, po cichu, wpatrywała się w powierzchnię kielicha. Gęsta, czerwona ciecz kusiła ją, ale opierała się przez jakiś czas. Przez zaciśnięte gardło w końcu dała za wygraną i upiła z niego trochę. Jej ruchy klatki piersiowej przez ten cały czas niemal ustały, dając chyba najlepszy wyraz jak bardzo na nią ta sytuacja wpłynęła. Dopiero gdy odsunęła jego brzeg od swoich ust i odłożyła go na kontuarze, mówiła dalej, z dłońmi splecionymi przez sobą na swoich udach.
-...A co do... Mojej Sire...-Zrobiła przerwę. Była tak ekstremalnie schowana do wewnątrz, że chyba kompletnie nie zauważała jak bardzo jej postawa kontrastowała z emocjami które reprezentowali sobą inni spokrewnieni. Może prawdziwe, może fałszywe, ale ona wszystko trzymając do wewnątrz dawała najbardziej wyraźny sygnał ze wszystkich możliwych. Pragnęła i walczyła o sferę komfortu, choćby w samej sobie-...To... Poufne... Przepraszam...-Tyle ostatecznie z siebie wydusiła. Pod nosem próbowała się uśmiechnąć, a jakże, ale zabrakło jej siły by spojrzeć w oczy jedynej osobie, która po tym czasie dalej na nią patrzyła i rozmawiała bezpośrednio.
-...Czy... Czy mogłabym... Tim... Royce... Czy słyszał Pan... To... Młody spokrewniony, szukam go...-Nagle Michelle jakby spróbowała na niego spojrzeć, ale było to bardzo przelotne. Zaraz popatrzyła gdzieś w bok, ale coś w środku przynajmniej spróbowało zachować się jak przystało na stworzenie nocy. Chociaż przez tą krótką chwilę. Cały czas wspomnienia tego, co właśnie na siebie zrzuciła było świeże. Nie było to racjonalne, ale musiało być silniejsze niż rozsądek czy nawet instynkt samozachowawczy.

KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar

#47
Walker obserwował z zaciekawieniem reakcję albinoski. Sam raczej by się nie przejął tym falą jaka się przetoczyła wokół nich. Ba, nawet pewnie by mu się to spodobało. Michelle jednak była inna... taka... wycofana. Tak, to było dobre słowo. Chyba nigdy nie spotkał podobnej spokrewnionej co Panienka Mould. W parze z jej ekstrawaganckim wyglądem jej zachowanie wydawało się jeszcze dziwniejsze. Zachowywała się jak myszka w gnieździe węży, z jednej strony udawająca martwą starająca się jak najmniej poruszyć by nie sprowokować drapieżników. Z drugiej, zerkająca co chwila w lewo bądź w prawo, szukająca okazji do natychmiastowej ucieczki. Walker nie mógł się powstrzymać przed delikatnym uniesieniem kącika ust.
- Rozumiem - powiedział, gdy już spoważniał. Nie było w tym gniewu bądź wyrzutu. Spokrewnieni jak nikt inny ze stworzeń dnia i nocy rozumieli wagę tajemnic i sekretów. Jeżeli Michelle uznała, że jest to prywatna sprawa, Walker nie miał zamiaru ciągnąć dalej tematu.
Gwałtownie odwrócił od niej wzrok, gdy usłyszał jak brodaty motocyklista uderza pięścią w stół tuż obok nich. Zmierzył go wzrokiem z nieskrywanym zaskoczeniem zmieszanym z irytacją tak jak i reszta zgromadzonych dookoła, jednak nie skomentował tego wybryku. Z jakiegoś powodu poczuł się nieswojo patrząc w tamtym kierunku więc szybko zmienił obiekt obserwacji. Omiótł salę, zauważając Josha i jego drobną partnerkę stojących dyskretnie i dyskutujących o czymś. Dziewczyna wydawała się bardzo zmieszana, prawie tak jak albinoska siedząca obok niego. Zastanawiał się, czy by do nich nie podejść gdy Michelle wyrwała go z rozmyślań.
- Royce? - zastanowił się przez chwilę wracając do niej z całą uwagą. - Nie. Niestety nie. Skłamałbym mówiąc, że go znam. A dlaczego go szukasz? Oczywiście jeśli można wiedzieć. - Wyłapał przelotne spojrzenie. Czerwone źrenice dziewczyny świeciły się jak rubiny w śnieżnobiałej koronie. Jakoś nie zwrócił na to wcześniej uwagi, teraz jednak przyznawał że mu się one wybitnie podobały. Zresztą każde stworzenie takie jak Thomas miało słabość do koloru swojego pożywienia.
KARTA POSTACI: Thomas Walker
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
Ten spokrewniony zawsze wygląda elegancko. Koszula, marynarka i krawat to nieodłączne elementy conocnej stylizacji Walkera, a nienagannie wypastowanie buty czy zegarek na srebrnej bransolecie tylko dodają mu uroku. Ostatnio najczęściej można go zobaczyć w błękitnej koszuli i garniturze w kolorze navy blue razem z kontrastującym, najczęściej czerwonym krawatem. Do tego kompletu, podczas chłodniejszych nocy za ubranie wierzchnie służy mu czarny płaszcz, którego kołnierz często wywija do góry.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar

#48
Dwa punkty. Jeden był tym, który później obrał Thomas. Minimalnie się uśmiechnęła widząc znajomą twarz. Drugi punkt... Może i generalnie sprawiała wrażenie bojaźliwej, ale przez moment w jej oczach zaświeciła żywa obawa. Na moment całkowicie zastygła, by potem trochę jakby próbować się odsunąć od tamtego miejsca, leciutko, ale osoby siedzące blisko mogły to zauważyć. Z tego stanu bliskiego transowi, a jeszcze bliższemu zachowaniu zwierzęcia wyrwało ją uderzenie pięści. Nawet udało jej się nie podskoczyć na stołku. Ogólnie jednak...
...rozglądała się, ale nie umknęła jej uwadze reakcja Walkera. Może właśnie dlatego, że była tak bardzo wyczulona na wszelkie możliwe konsekwencje jej działań. Jednak gdy dopiero jej odpowiedział zdobyła się na bezpośrednie spojrzenie na niego. Kiedy zaczęła mówić o Royce'u...
Poprowadziła linie wyobraźni do miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą spoglądał. Jakby... W sumie, to chyba niewykluczone? Możliwe... Joshua wydawał się być bardzo aktywnym spokrewnionym, więc pewnie był kojarzony. Pewnie jako ktoś bardzo kompetentny, zatem... Ummmm... Tylko co z tego?
Był tam z pewną dziewczyną. Zmieszaną, zdezorientowaną. Czyżby... Może? Ale chyba, poza pewnymi przypadkami, nie przyprowadzałby dziecięcia do Elizjum przed przedstawieniem go księciu? Zachowywała się tak, jakby... Ale też sama miała pewne przypadłości... I problemy... Może nie powinna się na ten temat odzywać... Zdecydowanie to tak jednak wyglądało. Młoda spokrewniona, trzymająca się kogoś bardziej doświadczonego. Ale też z drugiej strony właśnie dlatego mogła sympatyzować z tamtą osobą. A miała też wrażenie, że była w dość dobrych rękach...
Kolejne pytanie. Dużo tych pytań, ale wyjątkowo ją to nie dziwiło. Nawyk zbierania informacji gdzie się tylko dało był czymś naturalnym w tej... rodzinie... A też nie miała powodów, by akurat przed tym się uchylać. Wręcz lekko się uśmiechnęła gdy został podjęty ten temat. Rozluźniła się na tyle, na ile pozwalała jej atmosfera roztaczana przez to... Coś... Dłonie były dalej splecione wokół kieliszka, nogi zwarte, ale przynajmniej twarz i mięśnie były mniej spięte.
-Wyświadczając przysługę Panu Hunterowi zyskałam pewną konkretną przysługę u Royce... Nic wielkiego, ale pomyślałam... Że należałoby zacząć od znalezienia i porozmawiania z nim-Michelle zerknęła właśnie w stronę balkonów, ale okazało się właśnie, że zarówno młody Ventrue jak i jego towarzyszka oddalali się gdzieś wgłąb foyer. Zmarszczyła trochę brwi niepocieszona, ale o dziwo zaraz wróciła do Walkera. Dalej trochę onieśmielona, ale wysławiała się o niebo lepiej i robiła przynajmniej o połowę mniej przerw gdy mówiła.
-...Nie spieszy mi się jednak. Właściwie... Myślałam, czy może... nie poprowadzić współpracy dalej, ale... Chyba jest w tej chwili zajęty. Nie chciałabym przypadkiem przeszkadzać-Nawet udawało jej się trochę dłużej utrzymywać kontakt wzrokowy. Może nie cały czas, ale wystarczająco by zauważyć, że jej rozmówca nie miał absolutnie takich problemów. Był bardzo pewny siebie, jak większość spokrewnionych. Niektórzy jednak tego nie okazywali tak otwarcie jak inni. Ten jednak nie widział w tym problemu, co przy niej kontrastowało jeszcze bardziej.
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar

#49
Z uwagą słuchał to co miała mu do powiedzenia śnieżno-włosa. Na wzmiankę o Hunterze zmrużył oczy szybko kalkulując co to mogło oznaczać. Czy właśnie nadarzała się okazja by popchnąć albinoskę w stronę Josha jednocześnie samemu utrzymując kontakt? W przyszłości mogła by posłużyć jako wiarygodne źródło informacji jeżeli byłby w stanie to dobrze rozegrać. A może to on był tutaj rozgrywany i Michelle była podstawiona? Czy jednak faktycznie ktoś mógłby tak dobrze udawać roztargnienie i bojaźń tak mocno reprezentowaną w tej niepozornej spokrewnionej? Już miał odpowiadać, gdy w kieszenie zawibrował mu telefon. Spojrzał na dziewczynę przepraszająco gdy dyskretnie sprawdzał wiadomość, w końcu mogła być to Danielle w sprawie ich spotkania. Był to jednak nie kto inny jak sam Hunter. Walker nie dał po sobie poznać kto właśnie do niego napisał. Schował natomiast telefon z powrotem tam gdzie jego miejsce i podjął temat.
- Jeżeli mógłbym w tym Ci jakoś pomóc - zaczął powoli - Jestem do dyspozycji. Tak się fortunnie składa, że jestem dzisiejszej nocy umówiony z Joshem by omówić pewne kwestie. Mógłbym szepnąć słówko, by Royce się z tobą skontaktował. Musiałabyś mi tylko zostawić do siebie jakiś numer. - Przysługa? A może zwykła uprzejmość? Walker wszak miał reputację istoty która chętnie wspomaga innych spokrewnionych. Zresztą za moment będzie się widział z Hunterem, cóż zaszkodzi wspomnieć mu o Mould? A jeśli ma tym zarobić na dobrą opinię u niej, czemu nie?
KARTA POSTACI: Thomas Walker
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
Ten spokrewniony zawsze wygląda elegancko. Koszula, marynarka i krawat to nieodłączne elementy conocnej stylizacji Walkera, a nienagannie wypastowanie buty czy zegarek na srebrnej bransolecie tylko dodają mu uroku. Ostatnio najczęściej można go zobaczyć w błękitnej koszuli i garniturze w kolorze navy blue razem z kontrastującym, najczęściej czerwonym krawatem. Do tego kompletu, podczas chłodniejszych nocy za ubranie wierzchnie służy mu czarny płaszcz, którego kołnierz często wywija do góry.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar

#50
Moment dłużej zawiesiła wzrok na jego oczach. Z pewnością zauważyła, że udało jej się zwrócić na siebie uwagę, ale dokładnie czym - to już mogła się zastanawiać. Czy wspomnieniem o Roycu, Joshu, czy też chodziło o ten łańcuch przysług... Może chciał się stać jego częścią, i uzyskać z tego jakieś profity? Albo też miał inne plany co do... Czegoś. Z pewnością szukał jakiegoś sposobu, by skorzystać na tej sytuacji. Gdzie w tym wszystkim mogła się znajdować ta drobna dziewczyna?
Gdy sprawdził telefon Michelle kurtuazyjnie kiwnęła głową, co by się nie przejmował. Ciągły przepływ informacji zdawał się być nieodłącznym elementem życia współczesnych spokrewnionych. Kim ona zresztą byłą, by oceniać? Może to coś ważnego. Kto wie, może nawet dla niej... Co mogło być przerażającą perspektywą, jak się nad tym dłużej pomyśli. Plany potrafiły wybiegać setki lat do przodu, więc czym są takie tygodnie czy miesiące...
Umoczyła usta w szkarłatnym płynie. Tylko lekko, nie było potrzeby, by... Pobudzać bestii w środku aż tak bardzo. Trzeba było zachować balans nasycenia... Przesycenie też było czymś, co mogło zagrozić spokrewnionemu... Czasem...
Propozycja zbiła chyba albinoskę z tropu, ale nie z równowagi. Uśmiechnęła się wdzięcznie, opuściła skromnie oczy... Odstawiła też kieliszek na blacie baru. Jeszcze przez chwilę go trzymała, jakby nie wiedziała co potem zrobić ze swoją dłonią. W istocie - gdy w końcu się od niego odczepiła, przez moment miała dłoń w powietrzu, której palce na przemian zaciskały i rozluźniały się.
-To... Bardzo miłe... Jednak myślę... Jakby to... Może się Pan jego zapytać, acz... Mi polecił... upewnienie się w innych źródłach-Przepraszający uśmiech, jakby wiedziała, że to wyjaśnienie było dość grubymi nićmi szyte, ale z drugiej strony sprawa nie była na tyle poważna by się tym tak przejmować. W końcu jednak zorientowała się co można zrobić z rękoma. Na przykład mogła sięgnąć do torebki by wyrwać kolejną już kartkę z notatnika, i ponownie przepisać z telefonu swój numer. Michelle.
-Oh... To... Miłe, ale... Nie chciałabym, by Pan tracił czas na... Coś... Czym i tak się sama zajmę... Ale jakby Pan coś usłyszał... przypadkiem... Um... Może Pan będzie akurat... Sprawniejszy...-Dziewczę podała swój numer, trzymając go między kciukiem a palcem wskazującym. Trochę też musiała ze sobą walczyć by się tak wychylić ze swoją ręką, jakby wysuwała się z jakiejś niewidzialnej ochronnej strefy. Gdy Thomas przyjął kartkę, lekko rozchyliła usta jakby jeszcze chciała coś powiedzieć, ale zbierała myśli. A już tak dobrze jej szło, nawet patrzyła na niego gdy ją podawała...
-Bardziej... Albo nie, potem...-Pokręciła głową. Rozmyśliła się z czymś, i ostatecznie... Do czego ta rozmowa doprowadziła? Podzieliła się z przypadkowym spokrewnionym... Czyżby aż tak przypadkowym, od tego zacznijmy? Akurat zdawał się znać Huntera, i wpadł za nią niemal od razu, jak weszła do Foyer. Ale tak czy owak... Kontakt został nawiązany... Nawet jeśli był taki... Nietypowy.
-Mam nadzieję, że rozmowy... I noc... Przebiegną pomyślnie-Dziewczyna nawet z pewną sympatią uśmiechnęła się do Thomasa. Czy nawiązani nić porozumienia? Czy ta oto... Toreadorka? Malkavianka? Kimkolwiek by nie była, czy jednak się otwierała? Jeden rzut oka wystarczał by to zweryfikować. Dalej trzymała swoje przedramię ściśle drugą dłonią, dalej jej nogi przylegały do siebie ściśle, i mówiła tylko troszeczkę głośniej. Jednak zdawało się, że jest pewien postęp.
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar [02,15,99]

#51
Pozornie spokojną rozmowę Mould i Walkera przerwał w dość gwałtowny i brutalny sposób jakiś dzieciak z pierwszym wąsem pod nosem. Wampir, oczywiście, ale narodził się ponownie gdy dopiero wkraczał w wiek dorosły. Nie on pierwszy, nie ostatni.
- Dwa razy, szybko. Jebie mnie od kogo, byle tylko była zimna, Sierra przylazła, mam do niej sprawę, muszę się dobrze pokazać, no nie? - do baru dopadł jeden z młodszych wampirów i z miejsca rzucił swoje zamówienie. Uśmiechał się przy tym w łobuzersko uroczy sposób, pozując na kogoś kim w istocie nie był. W porównaniu do Thomasa, pełnego agresywnej elegancji i dominującego nad otoczeniem wdzięku wydawał się być jak dzieciak, który dorwał za duży o kilka numerów garnitur ojca i teraz udawał kogoś ważnego i wielkiego. Jednakże gdy chodziło o Michelle, tak nieśmiałej i niepewnej siebie wampirzycy, która niemalże przepraszała swym spojrzeniem za istnienie, ten młody nieumarły był bardzo do niej podobny.
Skrywał wszystko za maską. Udawał, z lepszym bądź gorszym skutkiem, najwyraźniej mając jakąś sprawę do jednej ze Spokrewnionych.
Walker widział to doskonale. W jego klanie od pierwszych nocy po Przemianie uczą i szkolą, zwracając uwagę na wszelkie tego typu szczegóły i detale. Każdy Spokrewniony z jego Rodziny wie, kiedy ktoś udaje i kłamie. Mould, będąc naturalnie wycofaną dziewczyną, po prostu mogła rozpoznać, czy ktoś jest naprawdę osobowością dominującą czy tylko na kogoś takiego pozuje. Ten młodzik w mokrych od śniegu trampkach, starych dżinsach z dziurami na kolanach i za dużej bluzie z logo lokalnego uniwersytetu był niczym podręcznikowy przykład dilera narkotyków krążącego w okolicach szkół.
- No szybko, ruszaj dupę. - burknął trochę zbyt agresywnie do bladego śmiertelnika stojącego za kontuarem. Mężczyzna, najwyraźniej przyzwyczajony już do pogróżek i bluzgów, tylko kiwnął głową i szybko spełnił życzenie młodego potwora. Postawił przed nim dwie wysokie szklanki do drinków, wypełnione prawie w całości szkarłatnym, gęstawym płynem. Wampir wyszczerzył kły, tak, jakby chciał rzucić jeszcze jedną groźbę i odwrócił się, szybko maszerując w stronę Sierry, wampirzycy, d której "ma sprawę". Spieszył się i to bardzo; nie zwracał też uwagi na resztę bywalców Elizjum.
Rozlał nawet kilka kropelek krwi, na całe szczęście żadna z nich nie trafiła ani na Thomasa, ani na Michelle, jednakże mała plamka bezcennej vitae pojawiła się niebezpiecznie blisko Walkera.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar

#52
Gdyby nie umiał tak dobrze udawać i trzymać się raz obranej roli z pewnością przy pierwszym zdaniu Michelle parsknął by śmiechem. To usprawiedliwienie musiało być szyte linami okrętowymi trzymającymi przy brzegu karaibskiego liniowca. Albinoska nie umiała kłamać, a raczej nie umiała kłamać na tym samym poziomie co on. Zresztą podejrzewał, że w porównaniu z nim większość Elizjum wypadła by blado w tej kategorii. Delikatny, kurtuazyjny uśmiech był jedyną reakcją jaką spokrewniona mogła dostrzec w Thomasie, zaraz też sięgnął po swój kieliszek i delikatnie dopił resztę vitae. Jeszcze przez kilka chwil obserwował, puste już szkło, kontemplując jakby nie słuchał tego co do niego mówi, Zareagował jednak od razu gdy Michelle zaczęła zapisywać swój numer na wyciągniętej kartce.
- Żaden problem. - powiedział odkładając szkło i wyciągając dłoń po kartkę. Spojrzał na nią i na numer na niej zapisany po czym powoli schował ją do wewnętrznej kieszeni marynarki. - Jeżeli uda się uwinąć szybko z agendą spotkania nie widzę powodów dla którego miałbym nie zapytać. - Spojrzał jeszcze raz na salę omiatając ją wzrokiem. Na moment zapadła między nimi cisza. Wiedział, że nadszedł czas by zakończyć to spotkanie. Hunter czekał już w jednym z pokojów na tyłach, byłoby niegrzecznie gdyby musiał czekać zbyt długo. Dziewczyna też zdawała się orientować w sytuacji - Dziękuję i tobie też, owocnej pracy nad zleceniem od Sire. Było miło Cię tu spotkać Michelle. Mam nadzieję, że nie ostatni raz. - Uśmiechnięty wyciągnął dłoń na pożegnanie. Wydawało mu się, że przez te ostatnie chwile rozluźniła się nieco. Była jednak bardzo daleko od zwykłego poziomu pewności siebie jaki przejawiali spokrewnieni. Cóż, mógł tylko mieć nadzieję, że trend się utrzyma i przy kolejnym spotkaniu nie będzie już tak wystraszona.
- Do Zob.... - Już miał odchodzić gdy pewien niezbyt rozgarnięty wampir przykuł jego uwagę. Nie, nie tym, że wydzierał się na barmana, to słyszał już wcześniej. Zirytował go brak szacunku dla vitae, bądź co bądź najświętszej substancji na tym świecie. Zmierzył młodzika wzrokiem oceniając go na tyle na ile pozwalała kilkunastosekundowa obserwacji. Neonata, chociaż pewniej jeszcze żółtodziób chciał zrobić dobre wrażenie na Sierze. Walker znał Malkaviankę. Pomimo całej tej wojny i przejęcia władzy przez jej klan miał z nią nawet dobre kontakty. Zresztą, kto nie miał. Trzeba było naprawdę nadepnąć jej na stopę, bądź złamać prawo by zasłużyć na gniew Baxter. Zawsze roześmiana i skora to rozrywki była jedną z tych spokrewnionych którzy rozjaśniali nieco mrok nieumarłej egzystencji. - Do zobaczenia. - Dokończył w końcu z uśmiechem i odszedł w stronę gdzie poszedł wampir z drinkami. Z oddali widział już Baxter czekającą na owego młodzika. Uśmiechnął się do niej szelmowsko wzrokiem wskazując właśnie jego i plamy vitae które za sobą zostawiał. Sierra wzruszyła ramionami śmiejąc się szeroko, Jej uśmiech był jednak inny. W rozumieniu Walkera o wiele bardziej szczery niż wszystkie jakie do tej pory mógł zaobserwować w swoim nieżyciu. Jednak jak to zwykle z Malkavianami bywa było też w nim coś dziwnego, coś szalonego i nieprzewidywalnego. Czyżby na tym polegało jej szaleństwo? Na ekspresji emocji? Ventrue zastanawiał się nad tym jeszcze przez chwilę jaka oddzielała go od spotkania z Joshem.


z/t Moore Theatre, foyer, piętro, pokoje gościnne
KARTA POSTACI: Thomas Walker
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
Ten spokrewniony zawsze wygląda elegancko. Koszula, marynarka i krawat to nieodłączne elementy conocnej stylizacji Walkera, a nienagannie wypastowanie buty czy zegarek na srebrnej bransolecie tylko dodają mu uroku. Ostatnio najczęściej można go zobaczyć w błękitnej koszuli i garniturze w kolorze navy blue razem z kontrastującym, najczęściej czerwonym krawatem. Do tego kompletu, podczas chłodniejszych nocy za ubranie wierzchnie służy mu czarny płaszcz, którego kołnierz często wywija do góry.

Re: Moore Theatre, foyer, piętro, bar

#53
W tej rozmowie albinoska była w zdecydowanej defensywie - większość osób która akurat patrzyła akurat w tamtym kierunku mogła to spostrzec. Być może nawet ujrzeliby rozbawienie Thomasa i przejęcie Michelle. Może gdyby znajdowała się gdzieś obok zauważyłaby to samo, ale teraz... Próbowała chyba ratować to, co zostało z jej prezencji i pewności siebie, i trzymać się tego jak najmocniej. I tak było już troszeczkę lepiej. Dużo poniżej przeciętnej, ale jednak...
-...dziękuję-Słowo klucz, które ponownie uszło z jej ust prędzej niż zdołała pomyśleć nad jego wagą. Opuściła skromnie oczy, ale poza zakłopotaniem jej twarz wyrażała wdzięczność. Nic nie było jednak za darmo, i najlepiej jeżeli szybko sama się zorientuje gdzie jest osoba, której poszukuje.
Pomógł jej chyba fakt, że Walkerowi jednak trochę się spieszyło na spotkanie. Wyciągnęła swoją dłoń do szybkiego, acz już nieco sprawniejszego uścisku dłoni. Dalej jego był znacznie silniejszy, ale nie sprawiała wrażenia jakby miała za chwilę uciec w panice. Jedynie impuls dyskomfortu przeszedł przez jej kręgosłup.
-Również... Mam taką nadzieję-Próbowała utrzymać kontakt wzrokowy w trakcie uścisku, co jej wyszło aż do momentu rozłączenia dłoni, po którym znowu jej oczy powędrowały w dół. Zaraz to miało się zmienić.
Obróciła głowę dość szybko. Zmierzyła spojrzeniem... Kogoś, kto chyba był jeszcze młodszy od niej. Kogoś, kto nie rozumiał jak powinno się zachowywać w tego typu miejscach, i któremu uderzyły te złudne benefity klątwy do martwej głowy. Ten wiek... To było za szybko dla spokrewnionego. Chyba najgorszy jaki może być, gdy tak myślała. A sam wyglądał tak, jakby i bez tego sprawiałby problemy... I sposób w jaki się zwracał...
Zacisnęła usta, czy to w irytacji, czy bezsilności. Na moment popatrzyła na kroplę krwi na kontuarze... Podświadomie uderzyło ją to jako ciężka oznaka braku szacunku. Ktoś przelał krew za to, by oni mogli tu się posilić. Ktoś złożył ofiarę. A on tym szastał jakby to był zwykły sok. Odprowadziła spojrzeniem młodzika, który to odszedł w stronę... Dość niepokojąco zachowującej się kobiety... To była ta Sierra?
Głos Thomasa przywrócił ją do rzeczywistości. Mruknęła cicho, odwróciła do niego głowę. Zmobilizowała się do uśmiechu, który dalej niósł ze sobą pewne oznaki wewnętrznego wzburzenia.
-Tak... Dobrej nocy, Panie Walker-Skinęła głową, gdy już spokrewniony się oddalał, tą samą ścieżką co tamten młodzian. Ale poszedł gdzieś indziej, tam, gdzie wcześniej Hunter z tą nieznajomą dziewczyną zniknęli... Michelle została sama z krwią jakiegoś młodego chłopaka. Nie wiedziała skąd, nie wiedziała jak... Ale miała obok siebie cząstkę tej osoby.
...Jeżeli ją zmarnuje, będzie taka jak tamten chłopak... Chociaż nie była głodna... Musiała oddać szacunek... dawcy...
Dziewczyną targały sprzeczne uczucia. Do momentu aż posoka nie dotknęła jej warg miała opory, ale gdy tylko przekroczyła tą barierę pierwotna siła zaczęła się odzywać. Na szczęście nie z taką siłą jakby faktycznie miała przed sobą jeszcze ciepłe, nabierające na bezwładności ciało, ale mimo wszystko chwilę poświęciła na opanowanie się gdy kieliszek ostatecznie oderwał się od jej ust. Czuła na kącikach ust zimną posokę, która miała jeszcze niższą temperaturę niż jej własne, martwe ciało. Kciukiem obtarła je, i jeszcze moment poświęciła na świadomym oczyszczeniu wnętrza ust. Gdyby miała szklankę wody...
Dalej było to jednak trochę niegrzeczne, przynajmniej tak słyszała. Przynajmniej zasłoniła usta zaciśniętą dłonią. W międzyczasie musiała chyba o czymś myśleć... Zerkała na boki. Noc właśnie w pełni została przejęta przez spokrewnionych wszelakiej maści. Nie zamierzała pozostawać w tyle... Przynajmniej nie aż tak bardzo.
Prawdopodobnie nie zostanie to zauważone, ale ukradkiem skinęła głową w podziękowaniu do śmiertelnika który ją obsłużył. Wstała powoli od kontuaru i udała się trochę bardziej na ubocze Foyer...

z/t Moore Theatre, foyer, piętro, centrum/wejście
KARTA POSTACI: Michelle Mould
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Włoski
Opis Postaci | 
Albinoska z włosami sięgającymi do obojczyków i grzywką, o lekko chłodnej skórze. Ubrana w czarną suknię, z gładkim torsem, bufkowanymi ramionami i falistym dołem. Na szyi, która normalnie przy tej spódnicy była odsłonięta, manałożoną półprezroczystą czarną "chustę" z eliptycznym fioletowym kamieniem pośrodku. Buty dość wysokie sięgające jej aż do połowy łydki, a gdyby to okazało się za krótkie - to miała do tego jeszcze rajstopy. Do chodzenia na zewnątrz miała ciemne futro oraz beret.

Zazwyczaj jednak nosi czarną spódniczkę, golf w biało-czarne pasy, oraz czerwonawą apaszkę. Pod golfem natomiast nosi lekką szarą lnianą podkoszulkę. Na nogach odzianych w czarne rajstopy ma buty na płaskim obcasie ze srebrnymi akcentami.
Odpowiedz

Wróć do „1932 2nd Ave, Moore Theatre”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość