Port of Seattle, nabrzeże

#1
  Seattle leży nad brzegiem Pacyfiku. Może nie idealnie, bo do samego oceanu jest jednak kawał drogi i cały system wąskich, za to bardzo głęboko wbijających się w ląd zatok i do tego jest jeszcze Salish Sea, ale... tak, Seattle jest nad wodą. To miasto, w którym port odgrywa szczególnie ważną rolę i stanowi nierozerwalną część historii i, co ciekawsze, w sposób mniej lub bardziej bezpośredni dotyka każdego mieszkańca tego "szmaragdowego miasta".

I nie jest to wcale określenie na wyrost! Wręcz przeciwnie, port znajduje się bowiem w centralnej części miasta i siłą rzeczy każdy, kto jest choćby przejazdem w samym środku aglomeracji, odczuwa obecność portu. Wystarczy spojrzeć na nabrzeże; niby to najzwyklejsze tereny portowe, odpowiednio przystosowane do postoju i obsługi jednostek pływających ale to jednocześnie sfera niekończących się konfliktów na linii miasto-port dotyczących w sumie wszystkiego, od administracji, poprzez ekonomię, aż po przestrzeń jaką zajmuje nabrzeże i miasto.

To, co dzisiaj znajduje się w obrębie portu, jeszcze parę lat temu było fragmentem centrum miasta i odwrotnie. Nie trzeba więc być geniuszem, by zrozumieć, że takie zamieszanie (przynoszące mimo wszystko ogromne zyski), jest wręcz zachętą dla wszelkiego rodzaju przestępców. Gęsta sieć uliczek, mnóstwo magazynów i hal fabrycznych o gigantycznej powierzchni (lub wręcz przeciwnie, maleńkich jak kawalerka czy wolno stojący domek), sztuczne półwyspy, mola, pomosty... dla każdego coś się znajdzie.

Chcesz po prostu miło spędzić czas, pośród krzyków mew, syren okrętowych i słonego zapachu morza? Da się zrobić, deptak czeka, wraz ze sprzedawcami hot-dogów, hamburgerów i smażonych, świeżo złowionych ryb. Chcesz dyskretnie wynająć jakiś mały magazyn i nie martwić się o nic? Nie ma sprawy, wystarczy udać się w jedną z mniejszych alejek odchodzących od Alaskan Way i popytać tu i tam. Szukasz pracy? Stocznia czeka. Wózek widłowy czeka. Ciężarówka z naczepą też. Rybak, marynarz, sprzątacz, operator dźwigu, suwnicy, najróżniejszych urządzeń tak samo. Nawet, jeśli nie posiadasz odpowiednich umiejętności ani wiedzy, coś się znajdzie.

Tutaj zawsze coś się dzieje, chociaż nabrzeże to tylko ogólna część portu. Prawdziwy diabeł tkwi w szczegółach.

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#2
Z ->6700 S 112th Pl, Park'n'Ride
15.02.1999

Minęła już prawię umówiona godzina z nieznajomym, który przedstawił się Simonowi jako Bill. Zielona kurtka, o odcieniu zgniecionych na ziemi oliwek, wraz z wełnianą, uszatka z warkoczami, były przykryte dobrą warstwą świeżego śniegu, który z czasem tworzył zbite bryły. Jedynie czarny szalik, owijający szyję oraz usta, uchronił się jakość przed biały puchem, ale zimowa aura nie robiła wrażenia na Dollanie. Nie czuł przenikliwego mrozu, który na pewno doskwiera śmiertelnikom, więc równie dobrze mógł przejść trasę z auta do magazynu trzynaście, w samej bluzie oraz torbą przerzuconą przez ramię. Jednak chodziło o iluzję tego, że wampir faktycznie czuje jak lutowa aura doskwiera mu i po prostu jest równie żywy jak większość mieszkańców miasta.
Simon szedł przez jedną z uliczek, mijając kolejne numery magazynów, słysząc jak morskie fale oceanu uderzały w betonową podstawę portu, jak świeży opad, chrzęści pod jego zimowymi butami oraz jak jego narzędzia uderzały o siebie w torbie podróżnej na ramię. Można było od czasu do czasu też wychwycić głusze stuknięcie metalu o drewno, a dokładniej o drewnianą kolbę karabinu. Broń opinała torbę na skos, jednak napięty materiał nie mówił dokładniej co to za przedmiot, co najwyżej jego gabaryty oraz podłużny charakter. Jednak Dollan nie słyszał dobrze cudownej kakofonii natury wraz z materią nieożywioną, bo założył na jedno ucho słuchawki, rozkoszując się muzyką The Clash. Wydawało się, że Guns of Brixton był idealnym kawałkiem na spotkanie, a z resztą nie znosił ciszy. Wydawał się mu bardzo nienaturalna, wręcz budziła pewny lęk w jego sercu. Najpewniej to siedziało w jego głowię i nie miało to związku z prawdziwymi uczuciami, lecz bardziej z przyzwyczajeniami. Pewien lęki, który z biegiem lat zamienił się w odruch zmuszający go do takiego zachowania. Miał też inne takie maniery, ale z nich szybko wyrósł lub jest na drodze do tego.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#3
Był poniedziałkowy wieczór. Walentynki stanowiły już tylko echo przeszłości, odległe wspomnienie - dla wielu bolesne, dla innych przeciwnie, bardzo radosne i przyjemne. Port jednakże, jako fragment miasta skupiony przede wszystkim na ciężkiej pracy, nie był idealnym miejscem do świętowania dnia miłości oraz zakochanych. Dollan dostrzegł tylko parę smętnie zwisających wstęg z serduszkami, gdzieś w bezpośrednim sąsiedztwie alejek odchodzących od deptaków w stronę kawiarenek i kafejek.
Reszta tego monstrualnego nabrzeża była szczelnie przykryta białą, puchatą pierzynką, na której nieznacznie odznaczały się zarysy beczek, skrzyń, zwiniętych lin oraz złożonych kół ratunkowych. Simon był chyba jedynym, który o tej porze łaził po tej okolicy; a gdy zagłębił się w część przeznaczoną na magazyny, trafił do dość masywnego labiryntu. Brukowane uliczki szybko ustępowały miejsca betonowej lub asfaltowej drodze, szerokiej i równej, płaskiej, prowadzącej do poszczególnych hal. Odnalezienie numeru trzynastego nie trwało dłużej jak kilka minut.
Potężny gmach z cegły i stali, z masywnymi, metalowymi drzwiami na których wymalowano nieco wyblakłą, łuszczącą się już farbą cyfry jeden i trzy, stał obok mniejszej jedenastki i większej piętnastki. Po drugiej stronie drogi dojazdowej była dwunastka i czternastka - wszystkie, poza magazynem do którego zmierzał nieumarły, wydawały się być ciche i spokojne. Na każdym drzwiach i wrotach podzwaniał cicho gruby łańcuch i jeszcze grubsza, cięższa kłódka. Jedynie trzynastka nie miała łańcucha.
Metalowe ogniwa leżały zwinięte w kłębek w śniegu tuż obok, niczym jakiś stalowy wąż, a kłódki w ogóle nie było widać. Podobnie jak Billa. Malkavian, cierpiący najpewniej na jakąś odmianę psychozy i paranoi, mógł albo siedzieć już w środku, albo dopiero się pojawi. Póki co - w tej części portu, koło magazynów, był tylko i wyłącznie Simon. Nikt więcej. A śnieg dalej padał...
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#4
Dollan przyjrzał się numerom na drzwiach magazyny, by upewnić się, że to tutaj. Pęk metalowych ogniw, które były przy jego butach tylko upewniły go w tym, że trafił do dobrego miejsca, więc jedynie mógł sprawdzić czy ktoś nie widzi go. Obejrzał się kilka razy w prawo i lewo, chcąc dostrzec ruch lub inną oznakę, że ktoś zobaczy jak Bostończyk wchodzi do środka budynku. Wiadomym było, że jeśli komuś zależało na wypatrzeniu Simona i Billa, to taka osoba by lepiej się schowała lub znalazła inny, bardziej kreatywny sposób dobrania się do dup pary wampirów.
W końcu ruszył masywne drzwi, których ciężar i opór mechanizmu, nie był większym problemem dla nieumarłego. Choć jego ciało było poszarzałe i zimne, to przeklęta krew niosła w sobie energię mogącą pewnie przenosić góry lub chociaż pomagającą w bezproblemowym otwarciu wrót magazynu.
Uchylił drzwi na szerokość by wejść bez problemu do środka razem z torbą, po czym zamknął je za sobą, mając nadzieję, że to Malkavian jest w środku. Na wszelki wypadek trzymał rękę na suwaku swojej torby, by dobyć naładowany karabin, chociaż taki kaliber mógł co najwyżej odstraszać kreatury z jego rodziny. Bardziej widział w roli faktycznej broni strzelbę z grubym śrutem lub karabin maszynowy.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#5
Magazyn był ogromny, tyle Simon mógł stwierdzić. Dollan widział co prawda tylko na kilka metrów, bo reszta ginęła w gęstym jak smoła mroku; strop oraz ściany były poza zasięgiem jego wzroku. To, co wampir widział, było jednak całkiem przyjemne. Na gołej, betonowej wylewce (najbliżej wejścia były widoczne liczne siateczki pęknięć) stały liczne skrzynie, przykryte zakurzonym brezentem. W powietrzu czuć było zapach stęchlizny i, co nieumarły mógł z łatwością wyczuć, proch.
Źródło tego jakże charakterystycznego aromatu - wzbogaconego smarem, który można było wywąchać po chwili - znajdowało się w trzech podłużnych, drewnianych skrzyniach transportowych ustawionych jedna obok drugiej. Na środkowej siedział chudy, blady jak papier mężczyzna, w zdecydowaniu za dużym płaszczu z brązowej, taniej wełny i włochatej, białej czapce z różowym pomponem. Na kolanach trzymał lekki karabin AR-15, z zamontowanym tłumikiem. Na widok Simona podniósł broń do ramienia, ale nie dotknął palcem języka spustu. Przymknął jedno oko, celując mniej więcej w okolice martwego serca Dollana.
- Wiesz kim jestem? - spytał cicho, jednak jego głos, brzmiący tak samo nerwowo jak przez telefon, odbijał się lekkim echem w magazynie. - Wiesz, po co tu przyszedłeś? Odpowiadaj! - kolejne pytanie. I rozkaz, w dodatku. Nie ma się co dziwić, Bill, bo kim innym mógł być ten blady facet w czapce z pomponem, był Świrem przez duże "Ś" i miał wszelkie prawo zadawać takie pytania i żądać natychmiastowej odpowiedzi.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#6
Dollan zdążył rzucić okiem na wnętrze portowego magazynu. Drewniane skrzynię, misternie zbite z różnych gatunków drewna oraz wszelakich rozmiarach, zielony brezent w odcieniu przysłowiowych rzygów oraz szara, cementowa wylewka, która najwidoczniej przyjęła na siebie niejedno uderzenie. Momentalnie Simon również wyczuł swego rodzaju ducha pomieszczenia - trochę duszne, cięższe powietrze przypominające szpitalne wnętrze z powodu sztucznego, chemicznego smrodu przemysłowego smaru oraz prochu bezdymnego. To wszystko miało swój dziwny urok, któremu brakowało jedynie sztucznego oświetlenia w postaci pomarańczowej żarówki, który byłby niczym ciepły lukier na całości. Musiał jednak nacieszyć światłem zza jego pleców, o bladożółtym kolorze, które sączyło się przez uchylone drzwi.
Jednak centrum całego magazynu okazał się domniemany Bill, który był o tyle walnięty co uzbrojony, czyli bardzo. Jego ubiór sugerował również jego "ekscentryczną" naturę, ale Malkavianie tak mają podobno. Gówno wiedział o tym klanie, po za tym, że są zdrowo pierdolnięci i nie można było z nimi drażnić. Choć w odczuciu młodego wampira byli pewnym fenomenem, bo chyba muszą mieć to coś, by członek tego rodu rządził miastem.
Simon zabrał ręce od torby, podnosząc je trochę w powietrze i spojrzał na lufę broni, po czym na nieznajomego. Poznał karabin spod szyldu ArmLite, a później Colta, który już był swoistym reliktem, którego początku sięgają lat 50-60 i jego design się za bardzo się nie zmienił. Choć nie miał styczności z dużą ilością tych karabinów, to wiedział jedno - kurestwo mogło być jeszcze wyprodukowany w pełni automatyczne albo nowszy model być na taki przerobiony, więc bezpośrednie starcie karabinu Remingtona z tą bronią było dość oczywistym strzałem w stopę lub w głowę. Niby nic wielkiego, przyjąć na głowę kilogram ołowiu i rozsypać się w pył, ale miał ochotę jeszcze dziś zajechać do sklepu, skoro miał swoiste wychodne bez Samuela. Brakowało mu kaset do auta już, a może znajdzie jakieś amatorskie taśmy jakiegoś nowego zespołu.
-Dzwoniłeś do mnie koleś- zaczął tłumaczyć się na luzie Dollan -Dałeś miejsce, dałeś czas, więc przyjechałem na "kontrolę jakości"- tu zrobił cudzysłów manualny, z podniesionymi rękoma-Więc nie celuj już we mnie, pokaż co chcesz, biorę się do roboty i znikam jak śnieg w mikrofalówce.-mało subtelna analogia, ale chyba Colorado zaraził go tym. Jeszcze brakuje mu do jego porównań, ale ma jeszcze wiele lat by wyrobić się.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#7
Milczał. Długo.
- Czyli wiesz kim jestem i wiesz, po co ty tutaj jesteś. Nikt cię nie śledził? Wiesz o kim mówię, prawda? - zdjął palec ze spustu i oparł go obok, na zimnym metalu osłony, po czym wycelował karabinem w betonową posadzkę. Bill co prawda trochę się rozluźnił, gdy zdał sobie już sprawę z kim rozmawia, ale nie byłby sobą. Simon znał go tylko z krótkiej rozmowy telefonicznej, jednak nie przeszkodziło to wampirowi poznać jego paranoicznego przeświadczenia, że ktoś gdzieś go śledzi i obserwuje i czeka, by uderzyć. Ale samo pytanie było w pewnym sensie uzasadnione.
W końcu w Seattle, jak wszędzie, byli żywi i nieumarli którzy lubią węszyć. Malkavian nie czekał jednak na odpowiedź, bo tylko się obrócił, odłożył AR-15 i wyciągnął zza jednej ze skrzyń czerwono-szary łom i zabrał się do otwierania drewna. Trzasnęło, gdy deski ostatecznie się poddały i ukazały swe wnętrze; Bill mruczał coś niewyraźnie pod nosem.
Chwilę później wszystkie trzy skrzynie były już otwarte.
W pierwszej, na sianie, leżały upchnięte dziesiątki pistoletów maszynowych, poukładane na przemian z podłużnymi magazynkami. Wystarczył jeden rzut oka, by Dollan mógł dostrzec starsze modele Intratec TEC-9. Broń jak broń, tania i łatwa w obsłudze, wybierana przede wszystkim przez różnego rodzaju męty społeczne oraz członków gangów, którzy chcą szpanować w swojej dzielnicy, że mają taką spluwę. Bill pokiwał z uznaniem głową, gratulując samemu sobie tak sprawnego otwarcia skrzyń.
W drugiej skrzyni znajdował się przynajmniej tuzin morderczego sprzętu - pistolety Colta (w policyjnych wersjach M1991A1) i Beretty (85FS oraz 92FS), rewolwery S&W, w modelach 36 oraz 38, samotny Steyr TMP i dwie strzelby Mossberga 500. Pomiędzy całym tym arsenałem leżały niedbale rzucone pudełka amunicji, wepchniętego do środka byle jak. Simon aż za dobrze widział, jak znaczna ich większość była pogięta, a w paru przypadkach nawet kartoniki były rozdarte. W ostatniej, o dziwo, było tylko pięć egzemplarzy broni palnej.
Pięć belgijskich karabinów Fabrique Nationale Carbine. Pięć zabójczo groźnych i pięknych FN FNC-80. Przy lufie każdego znajdował się także mały bagnet oraz dwa magazynki. Bill stał przez chwilę bez ruchu, przyglądając się tym karabinom, aż w końcu sięgnął do skrzyni i wyciągnął bagnet. Wyglądał na zaskoczonego faktem, że obok broni palnej znalazła się tak klasyczna broń biała; przesunął nawet kciukiem po ostrzu, ciekaw, czy zrobi sobie krzywdę. Nie zrobił, oczywiście.
- To powinno tu być? - spytał, wymachując nożem. - Bo jeśli nie, to wiesz kto będzie zły. - zaczął się dopytywać, ciągle bawiąc się bagnetem. Jakość wszystkiego, co leżało w skrzyniach przed oczyma wampira była bardzo różna. Karabiny wyglądały jak nówki, prosto z fabryki, ale już pistolety (najpewniej zrabowane policjantom) były dalekie od ideału, zaś TEC-9 były loterią. Albo będą w porządku, albo będą mniej warte niż trociny i skrzynia. Bill kucnął właśnie przy środkowej i zaczął coś dłubać w drewnie, nie rozstając się z bagnetem.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#8
- Nie sądzę, by ktoś mnie śledził. - powiedział obojętnie, wzruszając ramionami - Jestem od niedawna, gówno robię, auto zaparkowałem dalej od portu, więc chyba nie jestem na niczyim celowniku. - po tych słowach założył ciemne, ciemne rękawicę zimowe z nadrukiem kości paców, jakby był kościotrupem. Kilka razy poprawił je między palcami i patrzył na poczynania Świra.
Pora było przejść do celu całego spotkania czy "kontroli jakości". Simona patrzył jak Świr otwierał pierwszą skrzynię, ukazując młodemu wampirowi jej niecodzienna zawartość, bo jak można określić trzy skrzynię wypełnione bronią w ciemnym magazynie. Jednak czego można było spodziewać się po spotkaniu w magazynie o poziomie tajności strefy 51 ?
Gdy nieznajomy wampir otwierał drugą skrzynię, po otrzymaniu od Bostończyka swojego cicho wkurwionego wzorku typowego dla jego krwi, zaczął zanurzył swoje dłonie w skrzyni z sianem by obejrzeć broń. Słabe światło magazynu nie pomagało, ale mógł dostrzec najważniejsze rzeczy. Było to pistolet, TEC-9 lub inaczej KG-99 z długimi magazynkami z chyba na 30 kul. Poznał go od razu dzięki charakterystycznemu kształtu oraz radiatorowi na lufie, który sugerował model sprzed 1994. Typowa broń spotykana na ulicy - szybka, stosunkowo poręczna i kurewsko tania jak na wykonanie. Często cięła się oraz trzeba było o nią dbać, ale z odrobiną miłości oraz produktów do konserwacji broni, był to nawet dobry nabytek. Tutaj było jednak widać, że część poprzednich właścicieli było totalnymi ignorantami w tej kwestii. Część sztuk było totalnym złomem do reperowania - nieprzyjemne zgrzyty podczas ruchów mechanizmu uwalniającego pocisk, ciężko chodzący spust, obicia na oksydowanej warstwie. Jakby ktoś zabrał pistolety z wojny latynoskich gangów, gdzie okładali się nimi po twarzy. Można było znaleźć kilka znośnych sztuk, ale nie trafił na perełki jak z fabryki. Sam by sobie nie kupił tego modelu - prędzej KG-9, który był trudniejszy do zdobycia na rynku amerykańskim, ale był łatwiejszy do przerobienia w automat.
Kończąc oględziny pistoletów, gospodarz imprezy zdążył dawno pokazać co kryje się w skrzyni numer 2. Tamtejszy sprzęt był już totalnym miszmaszem. Od rewolwerów do strzelb. Wyglądało to jak sprzęt zakoszony od policji lub policjantom, co jedynie potwierdziło jego przypuszczenia, że wszystkie fanty są z napadu, o którym mówiono w gazetach. Również rzucona niedbale amunicja sugerowała pośpiech i dość małą organizacje pakowania skrzyni w porównaniu do poprzedniej partii. Jednak, wciąż to nie była jego sprawa skąd jest broń.
Same egzemplarze były widocznie używane, co wywnioskował po wstępnych obejrzeniu każdej sztuki. Kilka porysowań, wgniecenia na kolbach strzelb, nadmiarowy smar w okolicach spustu przy rewolwerach, ale może nadawały się do czegoś. Trudno było tutaj coś powiedzieć przy tej jakości oświetlenia oraz braku narzędzi. Co do amunicji to trzeba było ją porządnie posortować i sprawdzić czy nadaje się jeszcze do czegoś. Wilgoć oraz uszkodzenia mechaniczne były zabójcze dla kul, a co za tym idzie - dla broni oraz właściciela wybuchowej pukawki.
Na końcu przyszedł istna czarna perła. Coś nie miał jeszcze okazji trzymać w swoich martwych czy nawet żywych dłoniach, ale słyszał o tym. Belgijski karabin szturmowy FC FNC-80. Wyglądał trochę jak kałach, gdy założy się magazynek, ale to była inna bajka. Był w pełni automatyczny i potrafił wyrzucić z siebie z 700 kul na minutę, o 50 mniej niż AR-15 z lata 60, który mógł mieć Billy, ale dalej to była dobra zdobycz. Dollan aż podniósł broń, by przymierzyć ją, jakby dobierał garnitur do swojej koszuli. Oparł niezaładowaną sztukę o ramię i przymierzył się do niej jak do strzelania z każdego innego karabinu. Czuł ten potencjał pełnego automatu, który pruje ołowiem w ludzi i tylko kolejne kliknięcia magazynku robią przerwę w serii huków. Wampir czuł jakby jego marny płomyczek pasji powoli rósł podsycany zachwytem nad bronią. Gdy jeszcze napatrzył się na broń, która leżała w jego dłoniach niczym noworodek, położył go na sianie ostrożnie na sianie razem z resztą rodzeństwa i spojrzał na Świra. Ten bawił się bagnetem w najlepsze jak dziecko, które dostanie scyzoryk, co momentalnie ostudziło Simona, który zawołał go:
- Hej. Odłóż ten jebany bagnet i posłuchaj. - podszedł jeszcze kilka kroków do Billa, chowając ręczę do kieszeni kurtki - Pierwsza skrzynka to typowe TEC-9 sprzed zakazu z dziewięćdziesiątego czwartego. Kilka dobrych, kila chujowy, do sprawdzenia i poczyszczenia. Potem mamy skrzynię numer dwa, zwaną kufrem rzeczy znalezionych. Jak domyślasz się jest tam wszystko i nic: rewolwery, pistolety, strzelby, a nawet trafił się Steyer TMP. Znośna jakość, może da się z tego walić, ale samemu bym nie próbował bez przeglądu. Amunicja ten sam temat, widać rozjebane pudełka, luźne pociski, pewnie złapały wilgoć. Jedyne porządne gówno to karabiny z ostatniej skrzyni. Pełen automat prosto z Belgii z amunicją oraz bagnetem - gotowy do pracy od zaraz, bo sztuki wyglądają na nówki. To chyba wszystko - nie sprawdzę tutaj nic więcej, bo nawet nie mam jebanego światła oraz pewnie nie chcesz siedzieć całej nocy w magazynie. - czekał co powie mu Malkavian
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#9
Bill przez cały czas bawił się bagnetem, czasem tylko spoglądając na Simona. Widać było aż za dobrze, że nie zna się na broni bardziej niż jest to niezbędne (czyli jak przeładować, jak strzelać i co robić, by się nie zepsuła od razu) i w całości polega tutaj na młodszym wampirze. Widać też było, że jest prawdziwym Malkavianem, bo zacząć dźgać wnętrze lewej dłoni, sprawdzając, czy bagnet naprawdę jest niebezpieczny. Gdy ostrze zagłębiło się delikatne w jego martwe ciało, uśmiechnął się lekko.
- Światło? - spytał półprzytomnie Bill. - To ty nie wiesz? Nie wiesz. No tak, nie jesteś... no dobra, mniejsza. Zaraz odpalę, myślałem, że jesteś jak ja i widzisz. - z wielką niechęcią odłożył bagnet i wyrzucił z siebie ciąg słów całkowicie pozbawiony sensu, a przynajmniej tak to się prezentowało. Świr to Świr. Raz trafisz na ogarniętego, który tylko rozmawia z widelcami a poza tym jest naprawdę w porządku kolesiem, a raz trafisz na... no, na Billa. Malkavian zostawił Simona i zniknął w mroku magazynu. Chwilę później rozległ się mało przyjemny, metaliczny zgrzyt, na betonową, spękaną wylewką sypnęło iskrami, a cały magazyn rozjarzył się mdłym, żółtawym światłem.
Z kilku lamp zawieszonych pod sufitem tylko jedna mrugała, reszta zaś działała całkiem sprawnie.
- Skoro rozróżniasz sprzęt na ten co jest w porządku i na ten co jest podstawiony przed wiesz kogo wiesz w jakim celu, to odrzuć złom gdzieś na bok. Klienci zaraz przyjdą. - wskazał na betonową posadzkę, wydając proste polecenie. Wstępnej selekcji Dollan dokonał w ciągu kilku chwil, teraz jednak przyszła pora na nieco dokładniejsze sprawdzenie co naprawdę może się przydać, a co jest po prostu nic nie wartym śmieciem. Najwięcej problemów będzie nawet nie z TEC-9, bo tam na pierwszy rzut oka widać wszystko, co z amunicją. Trzeba każde pudełeczko otworzyć, każdy nabój dokładnie obejrzeć...
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#10
Gdy Świr zniknął między skrzyniami, by włączyć światło, bostoński wampir złapał się za przestrzeń między oczami i powiedział pod nosem:
-Ja pierdolę. - mógł powiedzieć, że gówno tu zrobi i spierdala, ale wymyślił sobie wymówkę z oświetleniem. Teraz będzie musiał podjąć się dokładniejszych oględzin broni. Po kolejnych komendach Świra otworzył swoją torbę, wyciągając najpierw karabin, który oparł o skrzynię. Później wygrzebał zwinięty dywan lub narzutę, który jednym ruchem rozłożył na betonowej ziemi. Dawny płachta, na której rozkładał broń lub inne rzeczy w polowych warunkach, załatała dziury, które zrobiły się na płachcie do ochrony auta, którą naciągał podczas swoje podróży do Seattle. Wtedy dużo sypiał w pojeździe i musiał się jakoś ochronić przed słońcem. Zamiast tego miał kolorowy kawał materiału, przypominający fakturą oraz wzorem meksykańskie ponczo.

Resztę potrzebnego sprzętu zostawił w torbie pod ręką, a światła już bzyczały nad jego głową, więc zabrał się do dalszej pracy. Nie miał zamiaru ruszać skrzyni belgijskich karabinów, bowiem był to dobry kawał towaru, którego wadliwość była znikoma. Postanowił zająć się gorszymi modelami, jak pistoletami TEC-9 lub skrzynią skarbów z amunicją. Po chwili namysłu, ze skrzyżowanymi ramionami i zamyślonym wzrokiem rzuconym na broń, najpierw poszły KG-99. Szybciej posortuje i sprawdzi to, niż drugi ładunek. Wyładował zawartość pojemnika na materiałowej płachcie, układając każdą sztukę jedną koło drugiej. Później następowała selekcja pod kilkoma cechami. Podstawowa był wygląd zewnętrzny - sztuki mające ślady korozji, poważne wgniecenia, wygięcia lub braki części były odrzucane na bok. Takie wady świadczyły o niezdatności broni, a co za tym idzie jej niedziałaniu lub nieprawidłowej pracy. Nie chciał potem wielkiego ścigania jego dupska, bo pistolet wybuch w dłoni.
Później następowała dokładniejsze oględziny: działanie spustu, chodzenie mechanizmu do przeładowania, ogólne brzmienie pracującej broni. Simon kilka razy testował broń od lufy po rękojeść, nasłuchując dokładnie jak każda kosteczka szkieletu broni, współgra z kolejną i wydaje przy tym kolejne tony zakończone charakterystycznym szczękiem cofaniem się układu wyrzucającego łuskę. Niektóre egzemplarze wygrywały fałszywe tony lub nie chciały wydać końcowego tonu, więc musiał rozbierać takie sztuki i czyścić je albo podejmować inne pracę naprawcze chyba, że wymagały więcej czasu - wtedy odkładał je na stertę odrzuconych.
Gdy nadające się pistolety wróciły na miękkie siano w skrzyni, Dollan zabrał się za amunicję, która walała się po kolejnej skrzyni. Tutaj trzeba było rozłożyć całość, a nawet wyciągnąć ochronną warstwę, aby wydobyć każdy nabój spomiędzy pojedynczych źdźbeł. Broń poukładał tak, by wraz z amunicją zajmowała jak najmniej miejsca. Później zaczął przeglądać poszczególne pociski by wyłapać możliwe defekty, które dyskwalifikowały je do sprzedaży. Luźne kulę, które towrzyły swoisty kopczyk, będą przydzielone do odpowiednich pudełek lub podzbiorów, jeśli pudełko nie nadawało się do niczego.
- Billi chłopię, gadasz z kimś kto gówno wie. -powiedział obojętnie Simon oglądając kolejną łuskę do strzelby, pod światłem magazynowych lamp -Wiem tyle, że była jakaś sprawa, potem Ty powiedziałeś o co chodzi i w sumie to tyle. - rzucił czerwony walec do pudełka razem z porządnym śrutem i zabrał kolejny -Nie mam pojęcia: kto, z kim, po co, komu co wsadził co, a ten kurwa podstawił tamtemu - gadasz szyframi z człowiekiem, który nie zna tematu.- ostatnie zdanie było trochę bardziej wyraźnie drażniące dla Brujah. Nie wiedział co robi i dla kogo, a Bill zakładał, że zna całą misterną konspirację. Wiedział tyle, że jest broń i że robi sprawę dla Ike. Po chwili rzucił kolejną łuskę do pudełka, a gdy chwycił kolejny nabój, zobaczył jak czerwony plastik był popękany, a nawet ułamany na czubku. Ta powędrowała do kieszeni kurtki, gdzie może potem wróci do skrzyni, a może nawet pozwolą mu zabrać. Zawsze to dodatkowy śrut, ołów i proch do użycia. Zbierał taki i inny złom, co czasem doprowadzało do białej gorączki braci z którymi mieszkał. W sumie prawie wszystko ich wkurwiało, ale chomikowanie Dollana, było jedną z tych rzeczy.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#11
Sprawdzenie takiej ilości broni palnej (i amunicji!) siłą rzeczy musiało zająć trochę czasu.
Jedynie co trzeci TEC-9 nadawał się do użytku - nie była aż tak źle i tragicznie, jak Simon przypuszczał. No, nie było też dobrze, oczywiście, bo znaczna większość tych pistoletów maszynowych nadawała się albo na złom, albo jako przycisk do papieru. Ktokolwiek zamierzał kupić ten sprzęt, miał pecha. Z kolei jeśli chodzi o amunicję, to tutaj spokojnie ponad trzy czwarte wszystkich pocisków było w porządku. Koszmarny stan pudełek i opakowań był bardziej niż złudny, ale to, co się znajdowało w starych, pogiętych kartonach było bardzo dobre.
Została jeszcze skrzynia z mieszanką wszystkiego, ale zanim Dollan będzie mógł się tym zająć, najpierw musi stawić czoła Świrowi. Bill bowiem, słysząc jasne i proste wyjaśnienie, że Simon gówno wie, momentalnie spoważniał i podniósł swój karabin, AR-15 z tłumikiem. Lufę skierował mniej więcej w podbrzusze nieumarłego, a palec położył na spuście - nie na osłonie, nie na metalu czy gdzie indziej, tylko na języczku.
- Nie znasz tematu... - zaczął cichym, zirytowanym głosem. - Gadaj więc mi tu, czy to oni cię przysłali? Jesteś jednym z Czarnej Ręki? Odpowiadaj! - zaczął krzyczeć, po prostu panikując. Wycelował też w beton gdzieś w głębi magazynu i pociągnął za spust. Rozległ się zduszony dźwięk wystrzału, w powietrzu pojawiła się niewielka, szarawa chmura spalanego prochu, podobnie też dało się wyczuć ten charakterystyczny aromat. Bill naprawdę się wystraszył i zdenerwował świadomością, że Simon może być częścią Sabatu.
Bo to właśnie ta sekta kryła się określeniem Czarnej Ręki.
- Wykorzystaliście okazję, że nie ma Dave'a, że Ike jest zajęty, że Moses, Parker i Doe mają głowy pełne sami wiecie czego?! - zaczął krzyczeć i znowu wycelował w Simona, szczerząc kły w nienawistnym grymasie. Choć Malkavian nie powiedział tego wprost, to wyjaśnił, czemu był taki nerwowy i podejrzliwy; najważniejsze wampiry z Camarilli były zajęte. I to najwyraźniej bardzo zajęte, skoro tak zareagował.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#12
Simon był wpatrzony cały czas w kulę, które przerzucał między swoimi zimnymi palcami. Tworzył z nich niezgrabne kupki ołowiu i mosiądzu lub starannie chował do dobrych pudełek. Od czasu do czasu pociski wędrowały do kieszeni jego kurtki, wypełniając ją uszkodzonymi sztukami, które przy każdym ruchu ciała ocierały się o siebie. Wydawały wtedy specyficzny dźwięk podobny do szurania lub grzechotu. Jednak Bill wyrwał go z monotonnej, wręcz automatycznej, pracy przy sortowaniu. Zrobił to z pomocą swojego nerwowego krzyku uwieńczonego wystrzałem z karabinu. Młody wampir jeszcze chwilę kucał nad rozłożonym materiałem, lecz po rzuceniu ostatniej kuli kalibru 32 zaczął powoli wstawać. Również głowa podnosiła się w tym samym tępię, widząc co raz więcej szczegółów odbywającej się właśnie sceny. Najpierw widział buty Malkaviana na betonowej posadzce magazynu, później wzrok wędrował wyżej, przemierzając ścieżkę zagięć na spodniach. Potem doszedł do granicy między dołem, a górą jego ciała, wyznaczanej przez linię spodni. W pewnym momencie Dollan zobaczył palce, który spoczywał już w okolicach lub na cynglu broni od Colta. Na samym końcu zobaczył twarz Świra, mówiąca o tym jak bardzo zaszkodził sobię Bostończyk.
Simon miał wrażenie, że widzi w nim dziki lęk, który podsycała jeszcze sama Bestia. Furia mieszała się z paranojami Malkaviana, a słowa Neonata wyzwoliły nagromadzone szaleństwo niczym kotwiczka spiralną sprężynę, która nonstop magazynowała energię. Sam Dollan też czuł jak jego wewnętrzny demon szalał po jego głowię wraz z przyjacielem głodem i najwidoczniej chcieli by wampir sprawdził czy pierwszy dopadnie Billa czy raczej kulę karabinu jego. Już widział oczami wyobraźni jak uderza głową nieznośnego towarzysza o posadzkę magazynu i zapada cisza. Kurewsko przyjemna cisza, a on znika spokojnie by spędzić lepiej noc. Z resztą jeśli ciało Spokrewnionego przegra z bronią palną, to potem przestanie go cokolwiek obchodzić. Jak to mawia Samuel - zakład, który można tylko wygrać. Ta wizja kusiła go na swój sposób, ale istniała też trzecia siła tego konfliktu - Człowiek. Swoisty poskramiacz trzymający Bestię na łańcuchu i często używający kija jako element wychowawczy. Wiadomym było, że często smycz wyślizgiwała się z rąk Człowieka lub pałka przestawała dawać wymiernych skutków, ale na razie to był dobry system.
- Billy chłopie, wyluzuj kurwa. - zaczął mówić Simon, aby dogadać się z rozsierdzonym Świrem - Serio nie wiem o czym pierdolisz do mnie teraz. Zrozum, jestem kompletnie zielony w te całe gównologi. Czarna ręka, czerwona stopa, Doe, Jack, Tommy, Johnson - chuj wie kogo lub co rzucisz, a i tak nie wiem o co będzie ci biegać i nawet mam to w dupie. Wystarczy, że znam podstawy by nie zostać zajebanym po kilku krokach. Moje zrozumienie tego pierdolonego bałaganu jest na poziomie zabawy "Simon mówi", choć tutaj lepiej pasuje "Bill mówi". - gestykulował silnie, prawie w złości, jak stereotypowo mieli Włosi, a głos był sposobem ujścia jego irytacji -Bill mówi, przyjedź do magazynu - jestem. Bill mówi, oceń towar - oceniłem. Bill mówi, powybieraj towar - zrobiłem. Bill mówi, gadaj jebańcu - masz gadającego jebańca. Bill mówi teraz, że... - tutaj czekał, aż mistrz zabawy dokończy sentencję, podkreślając to wymownym gestem skierowanych w stronę mężczyzny z karabinem.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#13
Simon może i był młodym wampirem, który jest - dosłownie - niczym, ale nie był głupi. Szybko zrozumiał, gdzie popełnił błąd, co zrobił nie tak i jak może to naprawić. Szczerość była rzeczą niezwykle rzadko spotykaną, mało który ze Spokrewnionych naprawdę wierzył w to, co słyszał, ale czasami po prostu opłacało się mówić wprost. Bill powoli opuścił lufę karabinu, na powrót celując w betonową posadzkę. Twarz, jeszcze przed momentem wykrzywiona grozą i furią, teraz wyrażała bezkresne zdziwienie, a może nawet i niepewność, czy to, co wampir robi, ma sens.
Zdjął palec ze spustu.
- Ty naprawdę nie wiesz. - odezwał się z wyraźną ulgą w głosie. - Nie masz o niczym pojęcia. Teraz rozumiem, co Ike... no, dobra, nie jest to ważne. Przepraszam. Trochę nerwowy jestem, kumasz? Na Sabat trzeba zawsze uważać, a teraz mają najlepszą okazję by uderzyć. - nawet i Świr miał czasem przebłyski normalnego myślenia, gdzie zwyciężał zdrowy rozsądek. Simon chyba nieświadomie, ale całkiem skutecznie przebił się przez ścianę szaleństwa i zdołał naprawdę dotrzeć do Malkaviana, który zaczął nie tylko wypowiadać się w znacznie bardziej zrozumiały sposób, ale od razu też zdradził, co się dzieje w Camarilii w Seattle.
- W nocy ma być jakieś spotkanie na szczycie, wiesz, same grube ryby, płetwale kurwa błękitne, nie dziw się, że tak reaguję. No, ale kula nic ci nie zrobi, wiesz o tym, no nie? Najwyżej będziesz musiał ciuchy wywalić. - właśnie o tym mowa. Bill oparł karabin kolbą na betonowej posadzce i wsparł się na nim, uśmiechając się przepraszająco. To, że nagle zaczął tak się zachowywać było całkiem miłe. Świr czy nie, popełnił błąd i potrafił się do niego przyznać, a coś takiego jest prawdziwą cnotą. Odwrócił też wzrok od Dollana, który dosłownie przed chwilę kończył segregować amunicję.
- Co z tymi spluwami? - spytał, wskazując nieznacznym ruchem głowy na pięć Coltów, cztery rewolwery S&W, trzy Berrety, dwie strzelby Mossberga i samotny karabin Steyr. Na pierwszy rzut oka widać było, że część tego złomu trzeba będzie gruntownie wyczyścić, a w przypadku reszty upewnić się, że wszystko działa należycie i jest sprawne. Nie ma znaczenia, czy to broń policyjna czy też cywilna, tak długo jak działa, strzela i nie wybucha w łapach.
Ale rozróżnienie tego, czy Colt jest zdatny do użytku czy też nie, nie powinno stanowić żadnego problemu dla SImona.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#14
Sekundy grozy znów zostały zażegnane dzięki prostej szczerości Simona. Podobno to rzadki dar w dzisiejszej nocy, gdy Święta Wojna przesącza każdy aspekt wampirzej egzystencji. Z drugiej strony tak szczerość sprawiła, że Billowi podskoczył poziom paranoi do poziomu, gdzie był gotów podziurawić Simona, lecz było minęło - każda krew niesie ze sobą inne upośledzenie. Dollan też miał swoje ataki, lecz na razie było w porządku. Nie darł ryja, dłonie były otwarte, nawet mówił z sensem i cierpliwością.
- Cóż - taki świat. - rzucił krótko i obojętnie Simon, rozluźniając się wraz z Malkavianem - Sabat, wilkołaki, niekończąca się spirala konspiracji i potoki gówna przetaczające się przez społeczność Spokrewnionych, doprowadzają do szajby każdego. Tak przynajmniej sądzę. -dodał, aby dać zrozumienie, że to nie jest doświadczenie nieżyciowe, ale bardziej przemyślenia. Miał ich wiele, ale zazwyczaj nie było sytuacji lub osób do dzielenia się nimi. Bill wydawał się gościem, który jakby miał innego rodzica, byłby w porządku. Na razie był gdzieś pomiędzy "ujdzie", a "nie podchodzę do tego gościa" w skali Dollana.
- Wiem, że nic mi nie zrobią, ale wiesz planowałem dziś porobić inne rzeczy niż tłumaczyć się dlaczego moja kurtka i koszulka mają serię otworów. - Dollan mówił to odkładając skrzynkę z dobrymi pistoletami TEC-9 na swoje miejsce - Z resztą była tutaj kurewsko nieznośna atmosfera, a teraz jest nawet git.- wrócił do rozłożonego koca ze skrzynią belgijskich karabinów - Wydarłeś mordę, ja wydarłem się i po sprawię, ale wróćmy do broni- położył skrzynię obok miejsca pracy - TEC-9 w skrzyni są w porządku, ale sztuki za kocem to na razie gówno do kasacji lub dłuższego posiedzenia. - wskazał na sztuki pokładane w szeregu za materiałem -Dobre pociski są poukładane. - gestem dłoni wskazał kupki lub pudełka ułożone na kolorowej tkaninie, a potem wyciągnął wgnieciony kaliber 9mm z kieszeni -Chujowe powkładałem do kieszeni. Może nadają się do czegoś, ale nie ufam im. - schował pocisk do reszty metalowej braci i na końcu dodał stojąc nad pozostałymi egzemplarzami z drugiej skrzyni - Reszty jeszcze nie sprawdziłem, ale część pewnie poleci na bok skoro mam mało czasu, a muszę jeszcze sprawdzić karabiny maszynowe. - Dollan znów kucnął i chwycił jeden z rewolwerów Colta na oględziny. Obejrzał wizualnie czy nie ma jakiś poważnych defektów, później miał zamiar sprawdzić działanie ruchomych części i posłuchać jak każda część chodzi. To jak powinien brzmieć dobry rewolwer mógł wyczuć nawet mało wprawiony użytkownik broni, bo po prostu całość brzmiała instynktownie dobrze.
- Co potem, gdy skończę ? - zapytał się nasłuchując jak bęben obracał się o kolejne miejsce, za każdym pociągnięciem kurka i naciśnięciem spustu. Nie chciał czekać na kolejne rozkazy Billa, bo ten może znowu zniknąć lub szaleć po magazynie. Wolał z wyprzedzeniem znać plany Malkaviana.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#15
Już. Najgorsze minęło. Bill zamilkł, pozwalając, by Simon w spokoju robił swoje. No, było to określenie na wyrost, bo Malkavian krążył dokoła jak jakiś sęp i dosłownie zaglądał wampirowi przez ramię, przyglądając się jak ten pracuje. Czasem mrużył oczy i otwierał usta, tak, jakby chciał zadać jakieś fachowe pytanie, związane z nieformalną branżą Dollana, ale szybko z tego rezygnował. Może to i dobrze... Świr to w końcu Świr. Im krócej będzie trwała ta znajomość, tym lepiej dla każdej ze stron.
Dopiero gdy głos ostatecznie zabrał Simon, Bill się zatrzymał.
- Nic. - odparł nad wyraz spokojnie. - Serio mówię. Będziesz grzecznie czekał z boku, aż klient obejrzy towar, wybierze co chce, zapłaci i sobie pójdzie. Masz stanowić dla mnie moralne wsparcie, a jeśli sytuacja pójdzie źle... sam wiesz co wtedy się stanie. - podniósł jeden z wadliwych egzemplarzy TEC-9 i kilkakrotnie nacisnął na języczek spustu. Chodził ciężko, a po trzeciej próbie się zaciął. Malkavian jeszcze przez parę chwil naciskał na spust, ale ostatecznie się poddał i odrzucił bezwartościowy dla niego kawałek złomu na bok.
Na sam koniec wzruszył tylko ramionami i wyciągnął pierwszego z pięciu wytworów Fabrique Nationale Carbine. Karabin FN FNC-80 był naprawdę piękny, ale zarazem surowy i agresywny. Dobrze leżał w dłoni, a składana kolba pozwalała dopasować go do ciała i stylu każdego niemalże strzelca. Bill przymknął jedno oko i wycelował w sufit; delikatnie nacisnął na języczek spustu, aż usłyszał cichy klik. Uśmiechnął się, zadowolony. Może i nie znał się na broni, ale prawdziwe cudo potrafił docenić.
- Ma przyjść trzech śmiertelników. Ruskie czy ukraińskie bydło, nie znam się, ale jak sam wiesz, nie ma to wielkiego znaczenia. - rzucił luźno, odkładając ostrożnie karabin na miejsce. Cofnął się też o krok, dzięki czemu Dollan mógł w spokoju kontynuować swoją pracę. Malkavian zaczął jednak coraz częściej spoglądać w stronę wyjścia z magazynu, oczekując na "klienta".
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#16
Gdy Bill krążył w okół Simona, który miał przymknięte oczy i wsłuchiwał się w kolejny rewolwer. Seria kliknięć i ruchów metalowych części wydała pod koniec nieprzyjemny ton jakby miał problem z poruszaniem się bębna. Otworzył oczy i powtórzył proces załadowania z wystrzałem. Zobaczył jak magazynek rewolweru poruszał się bardziej opornie niż normalnie. Otworzył miejsce na kulę z typowym niesmakiem na twarzy, jakby wdepną w gówno i obejrzał go pod światłem. Miał wrażenie, że broń upadła z otwartym magazynkiem dlatego była brudna w niektórych miejscach. Podszedł do swojej torby by wygrzebać szczoteczkę do zębów, bo sam wycior oraz smarowanie mało dadzą, jeśli dalej będzie tam zanieczyszczenie różnej maści. Szukając szczotki, natrafił na inne skarby: pilnik, gumowy młotek, a nawet pudełko srebrnych kul, które najwidoczniej wrzucił razem z innymi gratami ze schowka do torby. W końcu wygrzebał plastikową szczoteczkę z powyginanym włosiem, który widocznie już była przez dłuższy czas używana. Przejechał nią kilka razy po wnętrzu broni, łącznie z igłą na której obracał się bęben broni. Potem przesmarował całość i rozprowadził śliską substancję z użyciem rękawiczek, które miał na dłoni oraz metalowego pręta zakończonego metalowym włosiem. Czuł, że teraz może nada się do dalszego użycia.
- Kapuję. - powiedział krótko Dollan po całej wypowiedzi Billiego, rozpoczynając kolejną sekwencje sprawdzającą broń. Miał jeszcze do sprawdzenia wiele innych sztuk, więc po pierwszej próbie naprawczej zazwyczaj odkładał na bok niedziałające sztuki.
- Co ze zjebaną bronią ? Na potem, na wyrzucenie czy co ? - zapytał Simon, mając nadzieje, że niedziałające sztuki polecą do bagażnika jego auta, a potem dopieści je lub chociaż odzyska części na kiedyś tam. Oczywiście w pokoju nie miał za dobrych warunków, ale był na tyle uparty by naprawić pistolety TEC-9 lub stwierdzić, że jakaś strzelba nie działa i tylko do kasacji. Choć próba wykiwania Świra może okazać się dla niego zgubna. Nie znał się pewnie na broni, ale też kontrolował pracę Brujah. Zasianie ziarna niepewności w jego szalonego wampira sprawi, że znów będzie celować do Bostończyka z karabinem w dłoni lub pójdą w ruch inne rzeczy.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#17
W porównaniu do TEC-9, praca przy zawartości drugiej ze skrzyń stanowiło prawdziwą przyjemność. Oczyścić, naoliwić, nasmarować, przetrzeć szmatką, znowu naoliwić, oczyścić i raz jeszcze przetrzeć - i już, po problemie. Oczywiście było to wszystko w wielkim uproszczeniu, ale Simon znał się na swoim fachu bardzo dobrze i wiedział, co i jak należy robić. W jakiej kolejności. Czego pod żadnym pozorem nie wolno ryzykować, i tak dalej i tak dalej, dlatego już po kilku chwilach mógł z dumą spojrzeć na niemalże w całości przygotowany sprzęt do handlu.
- Obchodzi mnie to tyle co zeszłoroczny śnieg. - odparł, wzruszając ramionami. Przez chwilę stał jeszcze blisko, po czym podniósł swój karabin, wyjął magazynek i zaczął uważnie przyglądać się jego zawartości. Nie było wątpliwości, że ten szurnięty wampir starał się zachowywać jak Simon w tej chwili; nie miał oczywiście żadnego pojęcia o broni, ale najwyraźniej spodobało mu się to, co robi Dollan.
- Chcesz, to bierz ten złom. Myślałem, by opchnąć go konkurencji, wiesz, coś w stylu trojańskiego konia, ale pewnie za dużo z tym kłopotu będzie. - dodał po chwili, wkładając magazynek na miejsce. Poddał się, po prostu. Nie wiedział jak sprawdzić broń, a długie wpatrywanie się w lśniące naboje, równo ułożone w metalowej kasecie jakoś traciło swoją "magię". Zarzucił więc karabin na ramię i powoli ruszył w stronę wyjścia z magazynu, oczekując na nadciągających śmiertelników ze wschodniej części Europy.
Malkavian aż podskoczył, gdy gdzieś na zewnątrz, na zaśnieżonym portowym nabrzeżu, rozległ się głośny metaliczny brzdęk i przeraźliwe ujadanie jakiegoś bezpańskiego kundla. Cóż, chyba każdy by się wystraszył takiego nagłego hałasu, a już na pewno tak paranoiczny nieumarły, jakim był Bill. Dość powiedzieć, że cofnął się o krok, klęknął na jedno kolano i wycelował w drzwi, czekając, aż nadejdzie nieprzyjaciel.
Nie nadszedł, oczywiście.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#18
- To wezmę. - powiedział Dollan, kończąc zdanie dźwiękiem przesuwanej suwnicy strzelby, która po kilku próbach w końcu ruszyła wyrzucając łuskę. Potem zaczął rozbierać strzelbę, by dobrać się do lufy i potraktować ją papierem ściernym. Najpewniej była zaniedbana, bo mało czyścików dochodzi do tej części broni, więc to jest najczęstsza przyczyna zacięć. Mając już podłużną rurę przez którą leciał śrut, wziął kawałek papieru ściernego, który owinął wokół dwóch paców, by móc wyszlifować koniec lufy, do którego wchodzi łuska.
W magazynie rozlegało się rytmiczne szorowanie drobnych ziaren o metal broni, który w magazynie przypominał spadanie kropel wody w jaskini. Jeszcze można było usłyszeć chodzenie Billa, który łaził z kąta w kąt jakby miał zaraz znieść jajko. W pewnym momencie nawet można było usłyszeć dźwięki z zewnątrz, które poderwały Malkaviana do trybu bojowego, a nawet zatrzymało na chwilę Simona w jego sprawdzaniu ostatniej strzelby, która była na nowo złożona. Wkładał do niej plastikowy, pusty walec, który teraz powinien gładko wejść i wyjść. Wtedy już będzie miał z głowy ostatnią broń z drugiej skrzyni, więc już będzie kończył swoje aktualne prace i wziąć się za belgijskie cudeńka.
- Słuchaj Bill szukam jakiejś graciarni w mieście. Wiesz - dużo, różnych śmieci, tanich jak barszcz. - zagaił do Świra licząc, że da radę poradzić młodemu wampirowi, gdzie zdobędzie wspomniane "śmieci". Lubił takie miejsca licząc, że znajdzie jakiejś skarby jak choćby ten koc, który jest mu wierny od połowy drogi do Seattle.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#19
Doprowadzenie dwóch strzelb Mossberga nie trwało wcale tak długo. Nie były w szczególnie złym stanie, nie wymagały cholera wie jak wiele wysiłku, ale trzeba było mimo wszystko się do nich przyłożyć. Ten wysiłek się jednak opłacił, bo już po chwili wszystko było w jak najlepszym porządku - została więc tylko skrzynia z piątką karabinów z samego serca Europy. Belgijski sprzęt może był zbyt charakterystyczny i mógł zwracać uwagę stróżów prawa oraz wszystkich innych szaleńców, ale... warto było.
- Śmieci? - spytał Bill, chcąc się upewnić o czym tak naprawdę mówi wampir. - Złomowisko jest za Georgetown Inn. Hotelik to nora, tani jak wiesz kto spod latarni, ale na tym śmietnisku mają... no... dużo śmieci. Ponoć handlują tam prochami, nie wiem. Kassmeyer mieszka w antykwariacie gdzieś na północ od Ballard, podobne miejsce też gdzieś na terenie Ravenna, ale nie wiem dokładnie gdzie. - odparł. Nie był jednak rozluźniony; przeciwnie, minęła już chwila od tego nagłego hałasu, ale Bill nie celował już w drzwi. Opuścił lufę karabinu i choć nie podnosił się z pozycji klęczącej, to coraz częściej spoglądał w stronę Simona.
Świr podzielił się jednak kilkoma informacjami. Nawet jeśli nie pochodził stąd, to był w Seattle zdecydowanie dłużej niż Dollan i po prostu znał miasto. Wiedział mniej więcej, co gdzie jest - wspomniał więc o złomowisku za podrzędnym hotelem. Wymienił dwa antykwariaty, w tym jeden z mieszkającym lub urzędującym tam wampirem... który z tego co Simon chyba już wiedział, nie cieszył się zbytnio popularnością pośród Camarilli. Cóż, bywa i tak, a Malkavian mógł powiedzieć mu coś zupełnie innego, znowu uciekając się do jakiegoś pieprzonego szyfru, czy nawet mógł podzielić się informacjami które nie były w ogóle ważne ani interesujące.
Taki urok tego klanu, niestety.
Z oddali dobiegł warkot silnika. Ktoś nadjeżdżał, powoli i ostrożnie, chyba z północy albo północnego wschodu. Ciężko dokładnie określić kierunek, bo wampiry znajdowały się w magazynie, a na zewnątrz hulał wiatr i nieustannie padał gęsty, gruby i ciężki śnieg. Nie było jednak wątpliwości, że ktoś jedzie. A raczej jechał, bo pisnęły hamulce i samochód się zatrzymał; do uszu nieumarłych jeszcze przez chwilę docierały odgłosy pracującego silnika, ale szybko ucichły. Bill momentalnie podniósł lufę karabinu, na powrót celując w drzwi wejściowe magazynu o numerze trzynastym.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#20
Dollan wysłuchał rady Świra i zanotował sobie te miejsca w jednej z przegródek w mózgu. Złomowisko to faktycznie zbiorowisko ciekawych śmieci, ale dziś nie miał nastroju do przeczesywania takich zwałów chyba, że zmieni mu się ta chęć. Zdarzało mu się to dość często ostatnio i gdy mógł sobie na to pozwolić, to poddawał się tym uczuciom. Zazwyczaj musiał trzymać to na wodzy, jak dzisiejsza chęć sprawdzenia ile kul może przyjąć z karabinu Billa, ale po za tym miał teoretycznie wolne, więc może porozbijać się po mieście. Na razie jednak myślał poważnie nad perspektywą zajścia do antykwariatu. Nie chodziło tutaj tylko o prawdopodobny wachlarz wyborów książek, broni czy dosłownie szmelcu sprzed wieku, ale bardziej właściciel w postaci niesławnego nazisty. Ike opowiadał o nim i najwidoczniej jego niechlubna opinia obija się o uszy innych Spokrewnionych, lecz to nie odstraszało Simona, a różnorodna gama poglądów Brujah to coś normalnego. Jedni są komuchami, inni kapitalistami, którzy spokojnie mogą wygryźć z biznesu członków klan Ventrue, więc to, że Kassmeyer lubił lub dalej wspiera poglądy Fuhrera, to jego sprawa. W sumie tak było ze wszystkim, z punktu widzenia młodego Bostończyka. Jeśli nie próbowało się mu wcisnąć czegoś na siłę, jest w porządku. Chciał poznać innych członków klanu i może zrozumieć lepiej kim naprawdę się stał oraz czemu jest taki rozstrzał między jego członkami.
Jednak znów nie było czasu na dalsze brnięcie w swoje rozmyślenia, bo jeszcze europejskie karabiny czekały na swoje obejrzenie. Simon, jedną ręką przerzucił dwie strzelby do skrzyni z dobrymi sztukami, a pozostałe rupiecie w postaci uszkodzonych sztuk zgarnął ręką na bok koca, aby zrobić miejsce dla karabinów. Chwilę później można było usłyszeć dźwięk nadjeżdżającego pojazdu, który świadczył o kupcach lub innych wizytujących. Porzucił więc plan sprawdzenia w ten sposób broni, zwinął kawałek materiału niczym worek, wypełniony metalowymi rewolwerami, pistoletami i innymi mechanizmami, który cisnął na bok. Tak samo zrobił z torbą na narzędzia i podszedł na szybkie oględziny FNC-80. Standardowy zestaw - obejrzenie zewnątrz, spradzenie jak chodzi mechanizm, posłuchanie współgrania całości. Resztą powinien zająć się Bill - od przywitania do obsługi, bo chyba po to był właśnie.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#21
Seattle było dużym miastem.
Życia nie starczy by zwiedzić wszystkie jego atrakcje. Na szczęście wampiry nie miały tego problemu - mogły istnieć w nieskończoność, tak długo, jak będzie dostępna krew i nie zostaną zniszczone. Wycieczkę po Szmaragdowym Mieście Simon musiał jednak odłożyć, teraz bowiem miał inne, ważniejsze rzeczy na głowie. Sprawnie belgijskich karabinów było w sumie formalnością - to były naprawdę nowe sztuki, z fabryki, jeszcze nie używane. Przy bliższych oględzinach Simon mógł nawet wyczuć zapach oleju oraz smaru.
Mechanizmy chodziły gładko i już po chwili wampir miał absolutną pewność, że jest to broń w naprawdę doskonałym stanie, nie mająca porównaniu do złomu, z którym musiał się męczyć dosłownie kilka chwil wcześniej. Gdy jednak Dollan zajęty był sprawdzaniem karabinów FN FNC, z portowego nabrzeża dobiegł stłumiony głos rozmowy w obcym języku.
- Znasz jakieś języki? Ukraiński, litewski, fiński? Polski? Rosyjski? - zadał dość ważne pytanie Bill, nie patrząc jednak w stronę Simona. Komunikacja z klientami była podstawą każdej udanej transakcji. Zwłaszcza, gdy chodzi o klientów ze wschodniej części Europy... jak to ujął sam Świr, "ruskie i ukraińskie bydło" bywa bowiem nieobliczalne. Wampir podszedł powoli do drzwi wejściowych magazynu i, po krótkiej chwili wahania, otworzył je szerzej. Karabin miał przy sobie, trzymał go jedną ręką (Dollan mógł zauważyć, że malkaviański palec spoczywa na języczku spustowym) i uśmiechał się szeroko, tak, jak to tylko Świry potrafią.
Do magazynu weszło powoli pięć osób.
Na ten widok Billowi zrzedła mina; po uśmiechu nie było ani śladu. Nie spodziewał się aż tylu osób, co nie wróżyło nic dobrego. Zwłaszcza, że byli to ludzie uzbrojeni. Pierwsza dwójka - niezbyt wysocy, za to masywni, o szerokich barkach bruneci w ciężkich, wełnianych płaszczach, acz bez czapek - miała dwie strzelby. Remington Model 31, stan niezbyt dobry, ale nie był też tragiczny. No i to była broń, która może wyrządzić naprawdę wiele szkód.
Kolejne dwie osoby, wyraźnie chudsze i bledsze na twarzach, miały dłonie wciśnięte do kieszeni płaszczy. Charakterystyczne wybrzuszenia jasno wskazywały na pistolety bądź rewolwery, a sposób, w jaki te dwa chudzielce się rozglądały po magazynie, nie wróżył nic dobrego. Ich sztywny, wojskowy chód także nie zwiastował żadnych przyjemności. Ostatni mężczyzna, wysoki blondyn, w elegancko skrojonym garniturze i narzuconym na ramiona futrze, nie miał broni. A przynajmniej żadnej broni nie było widać.
Miał za to niewielką walizkę. Neseser właściwie, dość wypchany.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#22
- Nic z tych rzeczy. - powiedział krótko Dollan odkładając karabin na miękkie łożę z siana - Liczę jednak, że kiedyś znajdę czas na takie rzeczy. - dodał na koniec odchodząc do swoich gratów. Faktem było, że chciał nauczyć się jeszcze jakiś języków w swoim życiu, choć bardziej widział siebie władającego greką i łaciną, aby móc krzywo podniecać się faktem, że umie. Nie było głębszego sensu w tym, lecz była to mała rzecz, która nie pozwoli mu zajebać się od razu, gdy Samuel spuści go ze smyczy, co kiedyś nadejdzie. Colorado nie raz mówił, że nie ma zamiaru całe życie ciągać za sobą Simona, więc młody wampir musiał przygotować się na ten magiczny moment. Pewnie jeszcze był jakiś obrządek związany z tym zdarzeniem, lecz na razie wydawała się to odległa wizja. Dziś był dalej rusznikarzem spod buta bostońskiego starszego, który został wypożyczony Cameronowi, a właściwie jego człowiekowi.
Simon opierał się o skrzynię, mając przy swoich nogach rusznikarski złom w postaci narzędzi i zepsutej broni, a dłonie miał zajęte swoim karabinem, który oglądał ze wszystkich stron, zerkając od czasu do czasu na gości ze wschodu Europy lub nawet Azji. Typowa ruska ekipa w składzie kilku karków z gnatami, choć brakowało mu jakiegoś kolesia z karabinem. Może nie od razu z kałachem, ale z czymś co pluje serią kul bez ściągania palca ze spustu. Chyba tylko raz zdarzyło mu się zobaczyć podobną ekipę w Bostonie, ale tamci przypominali gang Olsena niż faktyczną organizację przestępczą.
Sam szef ruskiej hołoty nie wyglądał na faceta bez kasy, który najpewniej rzuci się na karabiny belgijskie, potem na TEC, a na końcu kupi pomniejsze gnaty, jeśli odpuści sobie zakup wacików z futra norek syberyjskich czy czopków z kawioru. Jeśli jednak Bill znów zwariuje pod naporem klientów, to problem z wyborem towaru skończy się. Ruscy nauczą się amerykańskiej sztuki składania samochodów przy użyciu ciężkich maszyn na złomowisku lub nurkowania w bagażniku do oceanu. Na razie Dollan patrzył, analizował i czekał.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#23
Rosjanie też patrzyli, analizowali, ale nie czekali. Od razu przeszli do działania.
- Кто, черт возьми, этот педик прямо здесь? - zachrypnięty od wódki głos był bardzo gniewny. - Твой возлюбленный? Сын? Может, раб? - śmiech. A raczej obrzydliwe, ochrypłe, bardziej przypominające rżenie osła rechoty, niż normalny śmiech. Ci ze strzelbami, weseli jak po obaleniu litra na głowę, najpewniej rozmawiali o Simonie i Billu sądząc z nietęgiej miny Malkaviana. Świr otwierał już usta, by coś powiedzieć, ale nie miał ku temu okazji. Dla młodego wampira, który miał tylko zająć się stanem broni palnej, cała ta rozmowa równie dobrze mogłaby w ogóle nie mieć miejsca. Nie znał języka. Rosjanie najwyraźniej byli w podobnej sytuacji, a przynajmniej znaczna ich część.
- Покажите нам товары. Здесь и сейчас. Иван, проверьте дерьмо. Влад, помоги ему. - odezwał się wysoki blondyn, elegant w garniturze i płaszczu, śmiechy ucichły. Para chudzielców skinęła tylko głowami i podeszła do skrzyń z broń, które dosłownie chwilę temu sprawdzał Dollan; bliższy Simonowi nie dotykał niczego, tylko patrzył na sprzęt. Ten drugi spojrzał na wampira i uśmiechnął się szeroko, ukazując krzywe, zżółknięte od nikotyny zęby.
- Zdravstvuyte! Vot tovar, kotoryy vy zakazyvayete. Simon govorit, chto eto deystvitel'no khorosho. Da? - w końcu Malkavian zabrał głos, ale mówił bardzo łamanym, okropnym rosyjskim, wywołując tym samym kolejną salwę obrzydliwego śmiechu. Wszystko jednak ucichło, gdy tylko blondyn podniósł do góry szczupłą dłoń w cienkiej, skórzanej rękawiczce. Druga dłoń mocniej zacisnęła się na rączce wypchanego do granic możliwości nesesera. Bill trwał bez ruchu, starając się zrobić dobrą minę do złej gry, ale niezbyt mu to wychodziło.
Rusków było w cholerę za dużo!
- Da. - odparł blondyn, schylając się i odstawiając neseser na betonową, zakurzoną posadzkę. - Możemy po angielsku prowadzić tę rozmowę. Żal, by aż tak kaleczyć rodzimy nasz język. Ty, z twarzą pełną szram, o broni opowiedz. - na całe szczęście porzucił wschodnioeuropejskie, azjatyckie mlaskanie i przeszedł na znacznie bardziej zrozumiały język, aczkolwiek nie był to perfekcyjny angielski. Teraz jednak i Dollan mógł zrozumieć, o co chodzi; Bill wyraźnie się rozluźnił, chociaż Rosjanin odezwał się bezpośrednio do Simona. Ba, kazał mu krótko opowiedzieć o towarze.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#24
Rosyjska grupa najwidoczniej świetnie bawiła się podczas zakupu broni. Śmiali się, gadali, byli wyluzowani bardziej niż Dollan, który miał jak zwykle swój wkurwiony wyraz twarzy, choć jeszcze był stosunkowo spokojny. Zastanawiał się czy karki obrażały ich czy jeszcze z czego innego rechotali. Simon nie znał języka ludu pierogów i wódki, więc musiał zgadywać o czym mówili między sobą. Sam pewnie by obrabiał tyłek im, gdyby miał towarzysza do rozmowy, a na Billiego nie miał co liczyć, ponieważ ten rozmawiał z szefem grupy. Malkavian swoim rosyjskim kaleczył nawet uszy Krzykacza, więc nie dziwi się, że zwrócił uwagę na to kupujący broń.
W końcu został przywołany bostoński rusznikarz, który stał z boku całego zajścia i miał wcielić się w prezentera broni. Osobiście wolał ją składać niż sprzedawać, bo zazwyczaj ma wrażenie, że klienci to debile lub frajerzy z kijem w dupie. Szef gangu wydawał się tym drugim, lecz klamka zapadła. Simon "Szramy na mordzie" Dollan zaczął mówić:
- Przejdźmy od razu do prezentacji, bez zbędnych ceregieli. - głos miał zmęczony, bez entuzjazmu, ale ruchy dłoni nadawały energiczności jego postaci. Podniósł skrzynię z różnymi typami broni i postawił przed klientem. Przenosił ją z trudem i chciał aby jego martwe ciało udawało faktyczną wagę towaru.
- Pierwsza skrzynia, to mieszanka rewolwerów, pistoletów, strzelb, a nawet można znaleźć pistolet maszynowy Steyer TMP. W skrócie - do wyboru, do koloru. - płynnym ruchem stopy przesunął skrzynię na bok i zabrał kolejną z TEC-9, które postawił obok poprzedniego towaru - Teraz klasyk na mieście - TEC-9. Pistolet samopowtarzalny z możliwością przerobienia na automat, jeśli się zna. Bez przeróbek też pozwala strzelać jak z automatu, jeśli ktoś ma wprawę. W skrócie dobra broń w dobrej cenie. - znów przesunął towar, szorując o posadzkę magazynku skrzynią z karabinami, zapierając się o nią jakby pchał sanki -Na koniec coś ciekawego. FN FNC-80, belgijskie karabiny maszynowe z bagnetami. Szybkostrzelne, automatyczne i zabójcze. Wszystkie bronie były sprawdzone i mają dobrą amunicję, więc nie wybuchną od razu w dłoni. - skończył prezentacje i czekał co powie boss. Nie chciał zalewać go zbędnymi liczbami czy innym technicznym gadaniem, bo najpewniej ma to gdzieś.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#25
Gdyby tylko ten Świr nie kaleczył tak języka, to pewnie Simon mógłby stać z boku przez całe spotkanie i nikt by nawet na niego nie spojrzał. Niestety, nie ma na tym świecie nic przyjemnego, nic za darmo, więc Dollan musiał wystąpić przed szereg. Nie miał na szczęście trudnego zadania, bo znał się na broni palnej, a tę konkretną, znajdującą się w magazynie portowym, zdołał już dokładnie sprawdzić. Szybko i zwięźle przedstawił więc wszystko.
- что? - spytał jeden z żartujących Rosjan. Bill od razu zaczął mu tłumaczyć łamanym rosyjskim słowa Simona, co jakiś czas tylko zerkając na szefa całej tej bandy. Nieumarłemu nie do końca się podobał ten człowiek; dwóch Spokrewnionych teoretycznie nie powinno mieć żadnych problemów w ewentualnym starciu z gromadką śmiertelników, niezależnie od tego, jaką bronią mogą dysponować. Bill był jednakże Malkavianem, Świrem, którego klanowa klątwa obdarzyła prawdziwą paranoją i podejrzliwością wobec... wobec wszystkiego i każdego.
Na litość, przecież Simon o mało nie zarobił od niego kulki!
- автомат? - wtrącił się drugi z Rosjan. - мне очень нравится автомат! - Simon co prawda nie miał najmniejszego pojęcia, o czym ten facet pieprzy, ale patrząc na jego zachowanie mógł się domyślić. Dziewiątki najwyraźniej przypadły mu do gustu, bo niewysoki, masywny brunet o szerokich barach wcisnął trzymaną strzelbę pod pachę i pochylił się nad skrzynią. Wyjął jednego z TEC-9 i zaczął go uważnie oglądać, ale minę miał nietęgą; widać było, że spodziewał się czegoś innego, bo zaczął szeptać w tym swoich dziwacznym języku do kolegi.
Ostatecznie wręczył mu wspomniany pistolet maszynowy i przez kilka kolejnych chwil ta dwójka była pogrążona w rozmowie. Szczuplejsi i znacznie bardzie bladzi na twarzach Rosjanie kucnęli przy skrzyniach i zajęli się dokładnymi oględzinami broni. Pierwszy z nich zainteresował się rewolwerami i pistoletami, drugi ostrożnie podniósł belgijskie cudo. Bill spojrzał tęsknie na europejski karabin i na swoją własną spluwę, która choć skuteczna, wyglądała jakoś tak biednie w porównaniu.
- Belgijskie karabiny kupuję. - odezwał się najważniejszy z Rosjan. - Pięćdziesiąt tysięcy i pięćset dolarów za belgijskie karabiny. Za strzelby i za pistolety automatyczne zapłacę dwadzieścia tysięcy dolarów. - schylił się, by otworzyć neseser. Cena, jaką podał, z początku mogła oszołomić, ale jak się tak zastanowić... to wychodziło po jakieś szesnaście tysięcy za sztukę. Czy to dużo, czy też mało, ciężko powiedzieć. Ceny na czarnym rynku, a to przecież był czarny rynek, były dynamiczne. Nawet bardzo, dlatego Bill spojrzał pytająco na Simona.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#26
Simon patrzył jak zareaguje szef oraz jego banda na jego opis. Boss wydawał się niewzruszony reklamą Dollana, a pozostała ekipa nie rozumiała co mówi Bostończyk bez pomocy Billa, więc wydawało się, że cały zabieg był zbędny. Mógł rzucić broń przed ich stopami powiedzieć, że jedne walą ciągłym ogniem, drugie pojedynczym i sprawa z głowy, lecz czasu już nie cofnie, a język został nadmiernie użyty.
Potem wschodni gang zaczął dokładniej oglądać towar. Podnosili go, przyglądali się broni, ważyli w dłoni - innymi słowami bawili się nienaładowanymi zabawkami dla dużych dzieci. Przy tej zabawie, panował również szmer w obcym języku, którego nie był w stanie zrozumieć Simon, więc puszczał go mimo uszów patrząc się od czasu do czasu na Malkaviana, który w sumie jedyne co na razie zrobił to zawołał młodego wampira do magazynu, strzelił raz z karabinu i przekładał angielski na język kupujących. Zdaniem Krzykacza to było dość mało jak na gościa, który wydawał się mózgiem całej operacji. Chciałoby się powiedzieć, że Świr po prostu opierdalał się, a rusznikarz, zamiast tylko kontroli jakości, odpierdalał całą robotę za nieznane grosze. Miał nadzieje, że chociaż dostanie tyle by móc przewalić pieniądze na coś fajniejszego niż benzynę na jego gruchota.
Po dłuższym czekaniu padła pierwsza oferta kupna. Cena wydawała się kosmiczna względem faktycznych cen tych modeli, ale czarny rynek rządził się swoimi prawami i wszystko szło opchnąć kilkanaście razy drożej niż normalnie.
- 70 tysięcy i 500 dolarów w sumie. - powiedział zamyślonym głosem do siebie Dollan na tyle głośno, aby do uszów Billa doszła ta kwota -Belgowie mają jeszcze bagnety w zestawie, a do każdej sztuki broni dorzucam amunicję, więc może 75 tysięcy ? - rzucił ostrożnie propozycję, krzyżując ramiona, choć kusiło go powiedzieć 80. Jednak już samo 70 tysięcy było dla niego za dużo, a co dopiero dodatkowe 10 kawałków. Jednak był trochę realistą, więc chcąc zażyczyć sobie taką cenę, to musiałby dorzucić coś ekstra jeszcze. W głębi serca liczył również, że nieporadny Świr odda mu pozostałą broń i będzie mógł dorzucić do swojego osobistego złomowiska. Nie miał zamiaru robić własnego interesu, lecz lepiej spał gdy miał pod łóżkiem więcej gnatów.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#27
Simon miał tylko sprawdzić broń! Nic więcej!
- что? - kolejne pytanie. - что он говорит? - i jeszcze jedno. Rosjanie na moment przestali obmacywać broń palną i spojrzeli po sobie, aż w końcu przenieśli pytający wzrok na Billa. Malkavian milczał przez chwilę, starając się możliwie jak najlepiej dobrać słowa. Popełnił jednak błąd, bo był cicho o moment za długo; ruskie bandziory zaczęły się wyraźnie niecierpliwić. Jeden z nich nawet poklepał wymownie strzelbę, co dało Świrowi naprawdę mocnego kopa do szybszej odpowiedzi.
- Den'gi, seychas rech' idet o den'gakh. - odpowiedział pokracznym rosyjskim Bill, podnosząc jeden z pistoletów za lufę. Był to prosty gest, uprzejmy nawet, nie mający w sobie cienia wrogości. Rosjanom najwyraźniej przypadło to do gustu, w przeciwieństwie do jego antytalentu językowego, bo przez chwilę wszyscy szeptali między sobą. No, wszyscy poza szefem, przeliczającym w milczeniu pieniądze. Widok dziesięciodolarówek, dwudziestek i setek, zwiniętych w rolkach o różnej grubości i owiniętych różnokolorowymi gumkami-recepturkami.
- Просто заплати, черт возьми, все, что захочет! - zawołał jeden z niskich, barczystych mężczyzn, próbując podnieść belgijski karabin. Z racji tego, że miał przy sobie strzelbę od Remingtona, niezbyt mu to wyszło. Zaklął szpetnie, bo pewne rzeczy wypowiada się w taki sposób, że nawet mimo bariery językowej można je zrozumieć, odłożył swoją broń na ziemię i podniósł FN. Przyłożył karabin do ramienia, wycelował w głąb magazynu i uśmiechnął się, pociągając za spust. Nic oczywiście się nie stało.
- тише, пожалуйста. - wtrącił się szef. - Siedemdziesiąt i dwa tysiące dolarów, cena taka będzie. Dobrze, dobrze. - zaczął odliczać, zgadzając się na kwotę nieznacznie tylko niższa od tej, jaką zaproponował Simon. Bill zaś, rad, że nie musi się już męczyć i może korzystać z angielskiego, ochoczo kiwnął głową zgadzając się na coś takiego. Siedemdziesiąt dwa kafle to kupa kasy. Jeśli Dollan dostałby z tego jakiś procent, byłoby wspaniale; jakaś część jego problemów by zniknęła. Albo przynajmniej stała by się znacznie mniej denerwująca.
Pozostali Rosjanie znowu pogrążyli się w cichej rozmowie. Sam Malkavian podszedł do przywódcy rosyjskiej bandy i wyciągnął ku niemu dłoń, na znak przypieczętowania całego handlu i oficjalnie zakończenie dyskusji. Nikt - albo prawie nikt - nie zdawał sobie sprawy, że na zewnątrz magazynu zaczął szczekać bezpański pies.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#28
Bill znowu musiał posłużyć się swoimi zdolnościami lingwistycznymi i tłumaczył wschodniej hołocie co powiedział Bostończyk. Jego głos był ciszy niż rozgadani mężczyźni, więc ci zaczęli dominować nad Malkavianem, który trochę pękał pod presją. Mimo presji dalej był grzeczny i nie walił ze swojego karabinu w sufit, a nawet uspokoił sytuację. Później Rosjanie znowu bawili się bronią i wrócili do swojej beztroskiej postawy.
- Dobrze. - dodał od siebie jeszcze Simon, choć nic one nie znaczyły. Interes został ubity nim Dollan mógł zmienić jeszcze cenę lub chociaż zgodzić się na propozycję Ruska, lecz nie miał powodu by starać się na początku negocjacji. Mógł zgodzić się na 70 tysięcy i może dostałby jakiś procent z tego. Po prostu była to zboczenie zawodowe, które nie pozwalało sprzedaży tych rusznikarskich dzieł za drobniaki, jeśli można określić proponowane początkowe pieniądze.
Wschodnie gadanie oraz dźwięki metalowych mechanizmów broni, przeplatało się z ledwie słyszalnym zwierzęcym hałasem, a dokładnie szczekiem. Nikt najwidoczniej nie zwrócił uwagi na psi jazgot, który pochodził zza drzwi magazynu, lecz Dollan był przeczulony na to. Słyszał różne rzeczy, które normalnie ludzie olewają jak skrzekot nietoperzy w nocy lub brzmienie gitary w zależności od nośnika muzyki. Częściej wkurzało to niż pomagało w jego nieżyciu, lecz taki już był i zostanie.
Na początku pies nie przeszkadzał mu, ale co raz bardziej irytowało go. Drażniące tony uderzały w jego bębenki i za każdym razem wbijały mu szpilkę w głowę lub nawet w inne części ciała. Zdenerwowanie demonstrował strzelając palcami swojej ręki - bardzo szybko w jednym rytmie. Do tego wzrok miał wpatrzony w magazynowe wrota, a jego mina sugerowała, że krew buzuje w nim bardziej. W końcu szpila żgnęła go za mocno i postanowił zająć ręce łomem, który leżał gdzieś przy jego rzeczach. Podszedł energicznym krokiem do Świra, który odbierał pieniądze i powiedział do niego:
-Billi, chłopie, prośba. - głos Brujah był niezdrowo pobudzony i cichy, aby szef szajki nie słyszał, a twarz dalej mówiła o wkurwieniu - Powiedz, że idę na papierosa i łom dla obrony czy chuj wie co. Muszę zająć się tym jebanym kundlem, który drze ryja. Jesteś wielki. - dodał ostatnie zdanie na odczepne i ruszył w stronę drzwi. Trzymał się daleko od kupujących, by nie próbowali zatrzymać go lub zagadywać.

Miał zamiar sprawdzić czy wszystkie psy idą do nieba.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#29
Blondyn kiwnął głową i zaczął odliczać pieniądze. Robił to powoli, metodycznie. Bardzo dokładnie, a gdy doszedł do tysiąca - sprawdzał, czy się nie pomylił. W ciągu kilku chwil powstało więc tylko parę kupek pieniędzy. Cała suma była przecież ogromna; podobnie jak ilość towaru, który Rosjanie właśnie kupowali.
- Pies? - spytał wyraźnie zaskoczony Malkavian. - No faktycznie coś tam szczeka, faktycznie. Izvinite moyego druga, on dolzhen na minutku. On ne lyubit sobaku, hehe. - Świr z początku nie miał pojęcia o czym mówi jego kompan; szybko jednak zrozumiał, o co chodzi. Przez krótką, bardzo krótką chwilę na jego twarzy malowało się napięcie, ale gdy w końcu usłyszał ujadanie jakiegoś kundla, momentalnie się rozluźnił. Kto jak kto, ale wampir z tego konkretnego klanu akurat doskonale wiedział, co to znaczy "działać na nerwy". Kiwnięciem głowy pozwolił, by Simon wyszedł.
Od razu też przeszedł na pokraczny, kaleczący uszy rosyjski. Goście zza oceanu skrzywili się, słysząc tłumaczenie.
- Что? Какие собаки? Это полиция? тебе лучше не лгать человеку! - od razu zaczęli tez rozmowę między sobą, nie zwracając najmniejszej uwagi na Billa, czy Simona. A raczej zwłaszcza na niego, Dollan bowiem mógł spokojnie i bez żadnych problemów przejść przez magazyn aż do wyjścia. Rosyjscy gangsterzy jeszcze przez kilka chwil dyskutowali w swoim rodzimym języku, zanim ich szef zabrał głos, zwracając się do Malkaviana. Raz tylko spojrzał w stronę Dollana, gdy ten wychodził na zewnątrz; do wnętrza magazynu wpadło wtedy całkiem sporo śniegu, niesionego zimnym powietrzem.
Na pokryte białym puchem betonowe nabrzeże padało słabe światło z hali oznaczonej numerem trzynaście. Leniwie opadające płatki śniegu lśniły bardzo mocno; jakieś pięć, może dziesięć metrów dalej, w stronę centrum Seattle, Simon widział zaśnieżone, czarne BMW, z krzywo przykręconą tablicą rejestracyjną. Numery nie były stąd, nawet laik nieobeznany w świecie motoryzacji zrozumiałby, że to blacha z Kanady (czerwony liść klonu miał tutaj akurat sporo do gadania). Ślady stóp Rosjan już dawno były zasypane.
To, co zwracało uwagę nieumarłego było trochę dalej.
Ślady stóp przynajmniej trzech osób, prowadzące z jednego z sąsiednich magazynów. Śnieg jeszcze ich nie przykrył, w świetle padającym z "trzynastki" widać było wyraźnie, jak dwie z trzech osób poszły w dwóch różnych kierunkach, trzecia zaś ruszyła w stronę portu. I to stamtąd dobiegało ujadanie psa, głośne i nieustanne. Teraz wzbogacone także i warczeniem. Gdzieś dalej, z wód Puget Sound, dało się słyszeć niski i przeciągły dźwięk syreny jednego z okrętów zbliżających się do portu. Z miasta docierały słabe odgłosy nocnego życia - delikatny szum aut sunących odśnieżonymi ulicami, rytmiczna muzyka z jakiegoś bliskiego klubu, syrena karetki pogotowia... Seattle tętniło życiem, choć było to życie uśpione.
K o l e j k a | 
→ Thomas, Joshua, Chloe
 → Kwiatuszek, Randy, Mits
  → Michelle
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#30
Simon zostawił w końcu rosyjską hałastrę z Malkavianem i bronią za blaszanymi drzwiami magazynu. Gdy zasunął za sobą metalowe, podrdzewiałe wrota, które poruszały się na sporych łożyskach, dźwięki kupujących zostały zastąpione naturalną melodią. Szum słonych fal, ryk syreny statku, szmery wiatru noszącego ze sobą śnieżny puch i co raz wyraźniejszy jazgot jebanego kundla, który wydawał co raz nowszą gamę dźwięków. Normalnie Dollan napawałby się trochę widokiem, zwłaszcza, że w grudniu w Bostonie jeszcze padało, a śniegu nie widział dopóki nie przejechał połowy stanów, lecz teraz inne rzeczy były w jego głowię. Miał w dłoni łom, który miał skutecznie wyłączyć psa z grona żywych. Pragnął odrobiny ciszy, którą też normalnie nie trawił, ale wolał ją niż zwierzęcą kakofonię.
Chwilę wyczekiwał na kolejną porcje skowytu, oglądając przy tym otoczenie, aby znaleźć swego oprawcę. Zobaczył samochód gangu, który miał najwidoczniej kradzione blachy, ale to było trochę do przewidzenia. Jednak nie BMW sprawiło, że Dollan ochłoną trochę, tłumiąc swój gniew równie dziką ciekawością. Zauważył ślady stóp, które jeśliby należały do kogoś z pechowej trzynastki, to dawno znikłyby pod grubą warstwą śniegu. Były stosunkowo świeże, bo można było wnioskować w jakie strony poszły trzy osoby. Dwie odeszły w przeciwne sobie kierunki, ale trzecia postać zniknęła w głębi kompleksu. Nie podobało się to wampirowi z Bostonu, wietrząc niechcianych gości. Sabat ? Wilkołaki ? Śmiertelnicy ? Żadna z opcji nie była dobra, choć ostatnią dało się jeszcze łatwo ogarnąć. Chciał nawet wrócić po karabin do magazynu, lecz to mogło niechcący nakręcić Świra, który znów zacznie wariować, a wtedy nie będzie jak okiełznać ekipy z nowymi karabinami szturmowymi oraz nieznanych gości.
Ciekawość znowu zniknęła, gdy dotarła do niego kolejna porcja psich krzyków i podążył za nim, utrzymując szybki krok. Łom jeszcze mocniej zacisnął się na dłoni, a usta pokazały rząd jego zębów, przez które wycisnął:
- Zajebie kundla, a może nawet dwa. - cała sytuacja była mocno irracjonalna, ale taka już jego klątwa. Pamiętał jak jego brat połamał krzesło na gościu, który mlaskał podczas oblizywania palców albo jak wyrzucili zlew przez zamknięte okno bo przeciekał. Z pewnością i Samuel miał na swoim koncie podobne przygody, choć nigdy się nie przyznawał do tego.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?
Odpowiedz

Wróć do „2711 Alaskan Way, Port of Seattle”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość