Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#31
Coś było nie tak. Simon nie wiedział jeszcze, o co dokładnie chodzi, niestety. Sam fakt śladów czyichś stóp, o tak później porze, w porcie, nie był jednakże niczym pocieszającym. Co gorsza, ślady te mogli zostawić dosłownie wszyscy. Można chyba nawet powiedzieć, że szaleństwo Malkaviana i jego ogromna paranoja zaczęły się udzielać i Dollanowi. Oczyma wyobraźni wampir najwyraźniej już widział przedstawicieli wrogiej sekty, dzikich i okrutnych wilkołaków, stróżów prawa, czy też zwyczajnych bandziorów, próbujących przeszkodzić jednemu z wielu gangów w dokonaniu takiej a nie innej transakcji.
Z łomem w dłoni - zwykłym narzędziem przecież, nie budzącym żadnych podejrzeń w tej części Seattle - ruszył w kierunku szczekającego psa. Nie musiał się nawet szczególnie starać, wystarczyło tylko iść w stronę coraz głośniejszego ujadania kundla, przerywanego naprawdę gardłowym, wściekłym warczeniem. Po kilku chwilach, kiedy to Simon przeszedł może z kilkanaście metrów, wiedział już gdzie znajduje się ten wszarz. Ryk syreny okrętowej raz jeszcze przetoczył się potężnym basem nad portem, tłumiąc wszelkie inne odgłosy; łajba była naprawdę blisko i lada moment pewnie będzie cumować.
W malutkiej alejce, prowadzącej na tyły magazynów (w tym magazynu trzynastego, gdzie odbywała się nielegalna sprzedaż i równie nielegalny zakup broni), stał całkiem spory, bezpański psiak. Był wychudzony, miała zapadnięte boki i bardzo krótki ogon. Ciemna, brunatna sierść była naprawdę mocno najeżona; szczerzył kły i warczał na bezskutecznie próbującego go uciszyć czarnoskórego faceta. Mężczyzna ten nie był zbyt wysoki, za to całkiem dobrze umięśniony, z plecakiem zarzuconym na jedne ramię, prostymi, trochę tylko brudnymi ciuchami i kominiarką na głowie. Czerń jego skóry niemal idealnie komponowała się z czarną barwą wełny.
Na widok Simon murzyn znieruchomiał. Jasne oczy przez chwilę wpatrywały się to w niego, to w psa, po czym gwałtownie sięgnął do plecaka. Wyszarpnął rewolwer, małą trzydziestkę ósemkę o krótkiej lufie.
- Lenny! - zakrzyknął przepitym głosem. - Kurwasz, Lenny, cho no tu ino szybko! - wycelował w Dollana i pociągnął za spust, jednak zamiast wystrzału, rozległ się tylko suchy klik. Rewolwer był zabezpieczony przed przypadkowym wystrzałem; rzecz prosta, którą każdy kto choć trochę zna się na broni palnej był w stanie przewidzieć. Ten czarnoskóry zbir najwyraźniej nie był w stanie sprostać temu zadaniu.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#32
Simona w końcu zajrzał zza winkla gdzie było poszukiwane zwierzę. Po chwili okazało się, że w alejce jest więcej zwierząt, bowiem po za psem był też ktoś w kominiarce. Dollan zauważył, że był to jakiś czarnoskóry menel, który pewnie kradł z magazynu jakieś fanty. Syna Samuela, nie interesowały relacje murzyna z prawem oraz jak zarabia na chleb. Sam przecież zajmował się nielegalną bronią, a to była tylko jedna z działalności, które można nazwać nielegalne wedle prawa Stanów Zjednoczonych. Jednak sprawa zmienił się, gdy nieznajomy wyciągnął broń i zaczął drzeć się po swojego kolegę o imieniu Lenny. Gdy pociągnął potem za spust, odruchowo Simon wzdrygnął się spodziewając się huku oraz dziury w okolicach klatki. Jednak nastało głuche kliknięcie, więc jedynie co poczuł młodzik to jak krew, zacisnęła mu bladziej dłoń na łomie oraz usta wykrzywiły się w gniewy grymas, ukazując zestaw zębów ze schowanymi kłami.
- Jesteś kurwa martwy. - kolejny raz wampir powiedział coś do siebie. Gdyby Dollan był człowiekiem, a menel nie był idiotą to nazwisko Bostończyka pojawiłoby się w jutrzejszym nekrologu. Murzyn nie chciał przestraszyć, ale chciał zabić - celował w jego stronę i usilnie ciągnął za cyngiel, aby wysłać śmiertelny ołów w oszpeconą twarz rusznikarza. Simon nie miał skrupułów co do takich frajerów, więc bez wahanie pobiegł w stronę niedoszłego zabójcy w celu samemu dostania tego tytułu. Metalowy pręt gotowy był do zadania ciosu w głowę lub w inną część. Wampir nie miał zamiaru tracić sił na użycie Dyscyplin, więc jedynie posiłkował się możliwościami swojego ciała.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#33
Simon nie miał pojęcia, jak prorocze były jego słowa.
Czarnuch - bo na mniej obraźliwe określenie ten koleś nie zasługiwał w żadnym stopniu - raz jeszcze pociągnął za spust. Efekt był identyczny jak przy pierwszej próbie; ciche, suche kliknięcie. Broń była zabezpieczona właśnie przed takimi ludźmi jak on, przed kimś, kto może wyrządzić krzywdę nie komuś innemu, tylko samemu sobie. Z siarczystym przekleństwem na ustach, w rozpaczliwym odruchu, rzucił w Dollana rewolwerem. Trafił, a jakże, ale nie osiągnął w ten sposób nic konkretnego. Równie dobrze mógł rzucić w wampira puszką po piwie.
Chociaż wtedy osiągnąłby znacznie lepszy efekt, bo resztka starego piwska mogłaby przynajmniej poplamić mu ciuchy. A tak murzyn po prostu pozbawił się jedynej broni, jaką przy sobie miał. Co gorsza, nie zdołał nawet wyrzucić z siebie drugiego przekleństwa, bo z chwilą, gdy otwierał usta, Simon przypieprzył mu łomem. Inne słowa nie oddadzą sensu tego, co się właśnie stało.
Cios był celny. Metalowy pręt z łatwością roztrzaskał kość czołową, nad lewym okiem. Czarnoskóry zbir stęknął i opadł na jedno kolano pod wpływem tego uderzenia; z chwilą, gdy gęsta, gorąca krew zaczęła zalewać mu twarz osunął się na drugie kolano, a moment później upadł na brzuch. Żył rzecz jasna, bo cios choć śmiertelny, to nie zabił od razu. Do zgonu zostało nieszczęśnikowi kilka długich, pełnych cierpienia chwil. Jego ciałem wstrząsnęły dreszcze. Dłonie, które dosłownie sekundy temu zaciskały się na rewolwerze, teraz powędrowały do rozwalonego łba, próbując rozpaczliwie zatamować wypływającą krew.
Kominiarka przesiąkła posoką. Dollan wyraźnie czuł jej zapach, a Bestia zamruczała z zadowolenia; nie można jednak tego było powiedzieć o psie. Kundel szczeknął jeszcze parę razy i czmychnął z miejsca zbrodni, którą najpewniej nikt się nie przejmie - ot, jeszcze jeden trup, kolejna pozycja w statystykach, nic szczególnego. Czarnoskóry jęknął, a drżące dłonie opadły, gdy stracił przytomność. Chwilę później skonał.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#34
Jedno przypieprzenie w głowę - tyle wystarczyło, aby powalić murzyna. Koleś zwalił się na kolana, a wzrok odpływał równo z krwią, nawet nie było trzeba poprawiać. Gdy Simon już miał brać się za kundla, ten czmychnął mu wcześniej, wykorzystując powstały chaos. Dollan próbował nawet złapać zwierzę, ale uciekło mu. Chwilę popatrzył w kawałek magazynu, za którym zniknął i chwilę później naszła wampira większa fala gniewu. Przez zaciśnięte zęby popłynęły niezrozumiałe przekleństwa, twarz dalej miała wkurwiony wyraz. Spojrzał na jeszcze ciepłe zwłoki i uderzył je kilka razy łomem, wkładając w każdy ruch możliwe dużo siły oraz swoistej pasji w tym co robił. Gdyby był spokojny i mógł obserwować to z boku, uznał by to za pewną przeciwieństwo wyluzowanego, chłodnego wampira, która ma gdzieś wszystko, a przecież na takiego zachowywał się. Gdyby w całą tą akcje włożył tyle zawziętości oraz motywującego gniewu co w sprawy wiecznej Maskarady, to pewnie za kilka lat piastowałby oficjalne stanowisko w hierarchii Sekty.
- Kuuuuuuuuuurwa - odarł wampir kładąc dłonie na swojej twarzy, aby zagłuszyć swój głośny monolog. Czuł jak wilgotna prawica zostawia mu ślady na bladej skórze, zapach (a właściwie smród) krwi wędruje przez martwe nozdrza, a paznokcie wbijały się gniewnie w jego twarz. Dał się ponieść, lecz nie czuł złości bo zatłukł murzyna, ale dlatego, że chciał więcej. Pragnął złapać przeklętego kundla, cisnąć jego truchło o ziemię i na dokładkę znaleźć Lennego, aby dodać jego truchło do listy martwych. Jednak nie było już nikogo żywego pod ręką, a Besta harcowała radośnie nad jego głową, więc nie mógł wrócić do ekipy w magazynie. Postanowił w końcu zabrać dłonie ze swojej twarzy i może chwilę przeczekać gdy mu przejdzie oraz zająć czymś głowę.
Chodził wkurwiony w okolicach ciała, zbierając rzeczy nieboszczyka. Na początku zgarną rewolwer - mała pukawka, pasująca do jego srebrnych kul. Nerwowo odbezpieczył bęben i zamaszystym ruchem drugiej ręki, szarpną bronią ukazując magazynek. Chciał upewnić się, że jeszcze w bębnie były jakieś kulę, jakby jednak przyszło mu strzelać z tego. Na celowniku jeszcze był sam trup, którego miał ochotę przetrzepać chociaż z papierków po cukierkach, byle tylko samemu nie zatłuc się łomem z nerwów. Potem będzie musiał wrzucić ciało do wody lub wymyślić coś innego. W końcu lepiej, aby ciało zniknęło niż zaciekawiło niepotrzebne postacie, choć w końcu to był jakiś żul, którego śmierć zainteresuje jedynie tutejszych krawężników i może stażystów w gazecie.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#35
Złość? Agresja? Irytacja? A może wszystko po trochu?
Spokrewniony przez dobre kilka chwil okładał łomem ciało czarnego bandziora, który miał po prostu pecha trafić na wampira. Dopiero potem pozwolił sobie na chwilę przerwy. Następnie zajął się przeszukaniem truchła i zabraniem wszystkiego, co tylko mogło się przydać w taki czy inny sposób. Trzydziestka ósemka zamordowanego - zmasakrowanego - czarnoskórego miała w bębenku cztery kule. Nie było to dużo, raptem cztery strzały, ale w rękach wprawnego strzelca powinno w zupełności wystarczyć. Zresztą, do kogo miałby teraz SImon strzelać? Do stygnących zwłok czarnucha? Do psa, który uciekł cholera wie gdzie? Do Rosjan, których najpewniej męczył Bill swoim pokracznym rosyjskim?
Dollan miał spluwę, miał dodatkową amunicję, tyle. To się liczyło. Nic więcej. Grabież zwłok zakończyła się dodatkowo dwoma prostymi, metalowymi kluczami, pokrytymi w znacznej mierze patyną. Najpewniej były do jakiejś kłódki lub mieszkania, pewności jednak Simon nie będzie mógł już mieć. Trup nie miał też portfela, tylko niecałe pięć dolców w drobnych monetach, kawałek bliżej nieokreślonego kawałka drutu, dwa cukierki miętowe i trzy puste papierki po nich, ogryzek ołówka, paczkę papierosów oraz pudełko zapałek z zapisanymi trzema słowami.
Magazyn. Trzynaście. Kasa.
Wrzucenie ciała do wody to już czysta formalność. Wystarczyło tylko podnieść truchło, przeciągnąć przez nabrzeże i cisnąć w czarną, wzburzoną toń, by zajęły się nim ryby i inne morskie żyjątka. Seattle miało tę zaletę, że znajdowało się może nie bezpośrednio nad oceanem, ale wody było tutaj od cholery i jeszcze więcej. Nikt lub prawie nikt nie będzie tęsknił za tym pechowcem i, jeśli informacje zapisane na pudełeczku zapałek były prawdziwe, to prędzej niż później dołączą do niego jego koledzy. Tylko gdzie oni są?
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#36
Simon oglądał skarby znalezione przy menelu, lecz to nie było nic cennego. Zwykły rewolwer z kilkoma kulami, pasujący kalibrem do jego srebrnych pocisków, kilka dolarów, fajki oraz inny szmelc, który chował do kieszeni jakby żył w świecie po wojnie nuklearnej. Jednak gdy otworzył pudełko z zapałkami, aby policzyć czerwone łebki, zauważył komunikat wypisany w środku: "Magazyn. Trzynaście. Kasa". Jakże oczywista wydawała się ta wiadomość zimnokrwistej istocie, która za życia wyciągnęła by teraz papierosa z paczki i zapaliła go w zadumie nad całą sprawą. Szykowała się nielicha draka w porcie wokół magazynu z bronią i pieniędzmi za nią. Za kwotę, którą zostawili Rosjanie można by urządzić się na kilka lat, a może na całe życie jeśli ma się łeb.
Dollan zagryzł chłodnę wargi i wpatrywał się w pudełko, klęcząc nad trupem. Oczy biegały po taniej tekturze, a mózg rzucał tysiące myśli na raz, które sprowadzały się do neutralizacji potencjalnego zagrożenia. Rozwiązanie pokojowe wydawało się teraz wampirowi jakże nudne i bezcelowe wobec bezmyślności debili pokroju czarnucha, który nawet nie wiedział jak strzela się z posiadanej broni. Teraz tylko zostało pytanie czy zrobić to w sposób mało widowiskowy sposób z użyciem broni palnej i wychodzącej bandy osiłków czy raczej targnąć się na małe polowanie. W końcu był wampirem - ludzkim drapieżnikiem, który ruchem dłoni łamał karki, wysysał krew i według niektórych legend, potrafił zamienić się w nietoperze i przemierzać nocną otchłań. Choć moc przemiany w gacka nie były w zasięgu jego klanu lub innego, to reszta się zgadzała. Czuł wciąż gniew, który szeptał mu słodko, aby znaleźć i wybić hałastrę łasą na pieniądze. Jak mógł odmówić takim propozycją ?
Jego instynkt podpowiadał mu, że pewnie jest więcej tych ludzi i musiał znaleźć choć jedną, samotną osobę w tej bandzie, która powie mu, gdzie jest reszta. Musiał znaleźć Lennego i trochę przycisnąć go. Również musiał zająć się ciałem, lecz teraz wydawał się sprawą drugorzędną, ważniejsze było wytropić resztę rozbójników, więc Simon przerzucił cieknące ciało w bardziej zacienioną część uliczki, aby ruszyć w poszukiwania reszty.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#37
No tak, czegoś takiego można się było spodziewać. Port, późna noc. Jeden z wielu magazynów. Od cholery broni. Walizka z pieniędzmi. Sprzedający i kupujący. I ktoś, kto chciał zabrać to wszystko dla siebie... nieumarli, Rosjanie i czarnoskórzy. I bezpański, ujadający bez końca pies, rzecz jasna, ale kundel na ten moment zszedł na daleki, daleki plan. Ważniejsi stali się bandyci o wątpliwej inteligencji, którzy porywali się z motyką na słońce, zgodnie z tym starym przysłowiem. Wampir przejrzał więc wszystko, co posiadał przy sobie nieboszczyk o zmasakrowanej głowie i ruszył dalej na polowanie.
Był drapieżnikiem. Potworem, któremu niestraszne były kule, dlatego mógł czuć się pewnie. W starciu ze śmiertelnikami, i to takimi którzy najwyraźniej byli zwyczajnymi tępakami z jednego z wielu, ulicznych gangów w każdym z miast w Stanach, miał absolutną przewagę. Przesunął truchło dalej, by nikt przypadkowo nie zobaczył ciała i ruszył dalej, w głąb labiryntu magazynów i portowych uliczek. Szedł powoli. Rozglądając się, nasłuchując, może nawet i węsząc, jak przystało na myśliwego polującego na ofiarę.
Kolejna syrena.
Tym razem brzmiała znacznie głośniej, znacznie dłużej i znacznie bliżej. Statek - niezależnie od tego czy była to większa czy mniejsza łajba - najwyraźniej dobijał już do portu, cumował. Prawie każdy, kto pracował w Port of Seattle musiał teraz skupić się na tej jednostce. Każdy, kto nie pracował, miał odwróconą uwagę. Jak by nie patrzeć, była to sytuacja wygrana. Złych stron nie było jeszcze widać. Niestety, nie było też widać nikogo, kto by pasował do zamordowanego kilka chwil wcześniej czarnoskórego. Dollan spędził już trochę czasu włócząc się po najbliższej okolicy, ale nikogo nie zauważył.
Jedyne, co usłyszał, to wspomniana syrena okrętowa, wycie psa gdzieś daleko i coś, co można było uznać za kichnięcie. Ten ostatni dźwięk, pasujący tylko do śmiertelnika, który zdecydował się na nocny wypad w portowe rejony miasta, miał swe źródło gdzieś po prawej stronie nieumarłego. W pobliżu jednego z mniejszych magazynów, małego, blaszanego baraku, nieznacznie tylko większego od jednego czy dwóch kontenerów. Magazyn o numerze trzynastym, czyli ten, w którym aktualnie znajdowali się Rosjanie i prawdziwy Świr, był nie dalej niż pięćdziesiąt, może siedemdziesiąt pięć metrów stąd.
Niezbyt daleko, ale też nie za blisko. W sam raz, można powiedzieć.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S
Odpowiedz

Wróć do „2711 Alaskan Way, Port of Seattle”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość