Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#31
Coś było nie tak. Simon nie wiedział jeszcze, o co dokładnie chodzi, niestety. Sam fakt śladów czyichś stóp, o tak później porze, w porcie, nie był jednakże niczym pocieszającym. Co gorsza, ślady te mogli zostawić dosłownie wszyscy. Można chyba nawet powiedzieć, że szaleństwo Malkaviana i jego ogromna paranoja zaczęły się udzielać i Dollanowi. Oczyma wyobraźni wampir najwyraźniej już widział przedstawicieli wrogiej sekty, dzikich i okrutnych wilkołaków, stróżów prawa, czy też zwyczajnych bandziorów, próbujących przeszkodzić jednemu z wielu gangów w dokonaniu takiej a nie innej transakcji.
Z łomem w dłoni - zwykłym narzędziem przecież, nie budzącym żadnych podejrzeń w tej części Seattle - ruszył w kierunku szczekającego psa. Nie musiał się nawet szczególnie starać, wystarczyło tylko iść w stronę coraz głośniejszego ujadania kundla, przerywanego naprawdę gardłowym, wściekłym warczeniem. Po kilku chwilach, kiedy to Simon przeszedł może z kilkanaście metrów, wiedział już gdzie znajduje się ten wszarz. Ryk syreny okrętowej raz jeszcze przetoczył się potężnym basem nad portem, tłumiąc wszelkie inne odgłosy; łajba była naprawdę blisko i lada moment pewnie będzie cumować.
W malutkiej alejce, prowadzącej na tyły magazynów (w tym magazynu trzynastego, gdzie odbywała się nielegalna sprzedaż i równie nielegalny zakup broni), stał całkiem spory, bezpański psiak. Był wychudzony, miała zapadnięte boki i bardzo krótki ogon. Ciemna, brunatna sierść była naprawdę mocno najeżona; szczerzył kły i warczał na bezskutecznie próbującego go uciszyć czarnoskórego faceta. Mężczyzna ten nie był zbyt wysoki, za to całkiem dobrze umięśniony, z plecakiem zarzuconym na jedne ramię, prostymi, trochę tylko brudnymi ciuchami i kominiarką na głowie. Czerń jego skóry niemal idealnie komponowała się z czarną barwą wełny.
Na widok Simon murzyn znieruchomiał. Jasne oczy przez chwilę wpatrywały się to w niego, to w psa, po czym gwałtownie sięgnął do plecaka. Wyszarpnął rewolwer, małą trzydziestkę ósemkę o krótkiej lufie.
- Lenny! - zakrzyknął przepitym głosem. - Kurwasz, Lenny, cho no tu ino szybko! - wycelował w Dollana i pociągnął za spust, jednak zamiast wystrzału, rozległ się tylko suchy klik. Rewolwer był zabezpieczony przed przypadkowym wystrzałem; rzecz prosta, którą każdy kto choć trochę zna się na broni palnej był w stanie przewidzieć. Ten czarnoskóry zbir najwyraźniej nie był w stanie sprostać temu zadaniu.
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#32
Simona w końcu zajrzał zza winkla gdzie było poszukiwane zwierzę. Po chwili okazało się, że w alejce jest więcej zwierząt, bowiem po za psem był też ktoś w kominiarce. Dollan zauważył, że był to jakiś czarnoskóry menel, który pewnie kradł z magazynu jakieś fanty. Syna Samuela, nie interesowały relacje murzyna z prawem oraz jak zarabia na chleb. Sam przecież zajmował się nielegalną bronią, a to była tylko jedna z działalności, które można nazwać nielegalne wedle prawa Stanów Zjednoczonych. Jednak sprawa zmienił się, gdy nieznajomy wyciągnął broń i zaczął drzeć się po swojego kolegę o imieniu Lenny. Gdy pociągnął potem za spust, odruchowo Simon wzdrygnął się spodziewając się huku oraz dziury w okolicach klatki. Jednak nastało głuche kliknięcie, więc jedynie co poczuł młodzik to jak krew, zacisnęła mu bladziej dłoń na łomie oraz usta wykrzywiły się w gniewy grymas, ukazując zestaw zębów ze schowanymi kłami.
- Jesteś kurwa martwy. - kolejny raz wampir powiedział coś do siebie. Gdyby Dollan był człowiekiem, a menel nie był idiotą to nazwisko Bostończyka pojawiłoby się w jutrzejszym nekrologu. Murzyn nie chciał przestraszyć, ale chciał zabić - celował w jego stronę i usilnie ciągnął za cyngiel, aby wysłać śmiertelny ołów w oszpeconą twarz rusznikarza. Simon nie miał skrupułów co do takich frajerów, więc bez wahanie pobiegł w stronę niedoszłego zabójcy w celu samemu dostania tego tytułu. Metalowy pręt gotowy był do zadania ciosu w głowę lub w inną część. Wampir nie miał zamiaru tracić sił na użycie Dyscyplin, więc jedynie posiłkował się możliwościami swojego ciała.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#33
Simon nie miał pojęcia, jak prorocze były jego słowa.
Czarnuch - bo na mniej obraźliwe określenie ten koleś nie zasługiwał w żadnym stopniu - raz jeszcze pociągnął za spust. Efekt był identyczny jak przy pierwszej próbie; ciche, suche kliknięcie. Broń była zabezpieczona właśnie przed takimi ludźmi jak on, przed kimś, kto może wyrządzić krzywdę nie komuś innemu, tylko samemu sobie. Z siarczystym przekleństwem na ustach, w rozpaczliwym odruchu, rzucił w Dollana rewolwerem. Trafił, a jakże, ale nie osiągnął w ten sposób nic konkretnego. Równie dobrze mógł rzucić w wampira puszką po piwie.
Chociaż wtedy osiągnąłby znacznie lepszy efekt, bo resztka starego piwska mogłaby przynajmniej poplamić mu ciuchy. A tak murzyn po prostu pozbawił się jedynej broni, jaką przy sobie miał. Co gorsza, nie zdołał nawet wyrzucić z siebie drugiego przekleństwa, bo z chwilą, gdy otwierał usta, Simon przypieprzył mu łomem. Inne słowa nie oddadzą sensu tego, co się właśnie stało.
Cios był celny. Metalowy pręt z łatwością roztrzaskał kość czołową, nad lewym okiem. Czarnoskóry zbir stęknął i opadł na jedno kolano pod wpływem tego uderzenia; z chwilą, gdy gęsta, gorąca krew zaczęła zalewać mu twarz osunął się na drugie kolano, a moment później upadł na brzuch. Żył rzecz jasna, bo cios choć śmiertelny, to nie zabił od razu. Do zgonu zostało nieszczęśnikowi kilka długich, pełnych cierpienia chwil. Jego ciałem wstrząsnęły dreszcze. Dłonie, które dosłownie sekundy temu zaciskały się na rewolwerze, teraz powędrowały do rozwalonego łba, próbując rozpaczliwie zatamować wypływającą krew.
Kominiarka przesiąkła posoką. Dollan wyraźnie czuł jej zapach, a Bestia zamruczała z zadowolenia; nie można jednak tego było powiedzieć o psie. Kundel szczeknął jeszcze parę razy i czmychnął z miejsca zbrodni, którą najpewniej nikt się nie przejmie - ot, jeszcze jeden trup, kolejna pozycja w statystykach, nic szczególnego. Czarnoskóry jęknął, a drżące dłonie opadły, gdy stracił przytomność. Chwilę później skonał.
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#34
Jedno przypieprzenie w głowę - tyle wystarczyło, aby powalić murzyna. Koleś zwalił się na kolana, a wzrok odpływał równo z krwią, nawet nie było trzeba poprawiać. Gdy Simon już miał brać się za kundla, ten czmychnął mu wcześniej, wykorzystując powstały chaos. Dollan próbował nawet złapać zwierzę, ale uciekło mu. Chwilę popatrzył w kawałek magazynu, za którym zniknął i chwilę później naszła wampira większa fala gniewu. Przez zaciśnięte zęby popłynęły niezrozumiałe przekleństwa, twarz dalej miała wkurwiony wyraz. Spojrzał na jeszcze ciepłe zwłoki i uderzył je kilka razy łomem, wkładając w każdy ruch możliwe dużo siły oraz swoistej pasji w tym co robił. Gdyby był spokojny i mógł obserwować to z boku, uznał by to za pewną przeciwieństwo wyluzowanego, chłodnego wampira, która ma gdzieś wszystko, a przecież na takiego zachowywał się. Gdyby w całą tą akcje włożył tyle zawziętości oraz motywującego gniewu co w sprawy wiecznej Maskarady, to pewnie za kilka lat piastowałby oficjalne stanowisko w hierarchii Sekty.
- Kuuuuuuuuuurwa - odarł wampir kładąc dłonie na swojej twarzy, aby zagłuszyć swój głośny monolog. Czuł jak wilgotna prawica zostawia mu ślady na bladej skórze, zapach (a właściwie smród) krwi wędruje przez martwe nozdrza, a paznokcie wbijały się gniewnie w jego twarz. Dał się ponieść, lecz nie czuł złości bo zatłukł murzyna, ale dlatego, że chciał więcej. Pragnął złapać przeklętego kundla, cisnąć jego truchło o ziemię i na dokładkę znaleźć Lennego, aby dodać jego truchło do listy martwych. Jednak nie było już nikogo żywego pod ręką, a Besta harcowała radośnie nad jego głową, więc nie mógł wrócić do ekipy w magazynie. Postanowił w końcu zabrać dłonie ze swojej twarzy i może chwilę przeczekać gdy mu przejdzie oraz zająć czymś głowę.
Chodził wkurwiony w okolicach ciała, zbierając rzeczy nieboszczyka. Na początku zgarną rewolwer - mała pukawka, pasująca do jego srebrnych kul. Nerwowo odbezpieczył bęben i zamaszystym ruchem drugiej ręki, szarpną bronią ukazując magazynek. Chciał upewnić się, że jeszcze w bębnie były jakieś kulę, jakby jednak przyszło mu strzelać z tego. Na celowniku jeszcze był sam trup, którego miał ochotę przetrzepać chociaż z papierków po cukierkach, byle tylko samemu nie zatłuc się łomem z nerwów. Potem będzie musiał wrzucić ciało do wody lub wymyślić coś innego. W końcu lepiej, aby ciało zniknęło niż zaciekawiło niepotrzebne postacie, choć w końcu to był jakiś żul, którego śmierć zainteresuje jedynie tutejszych krawężników i może stażystów w gazecie.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#35
Złość? Agresja? Irytacja? A może wszystko po trochu?
Spokrewniony przez dobre kilka chwil okładał łomem ciało czarnego bandziora, który miał po prostu pecha trafić na wampira. Dopiero potem pozwolił sobie na chwilę przerwy. Następnie zajął się przeszukaniem truchła i zabraniem wszystkiego, co tylko mogło się przydać w taki czy inny sposób. Trzydziestka ósemka zamordowanego - zmasakrowanego - czarnoskórego miała w bębenku cztery kule. Nie było to dużo, raptem cztery strzały, ale w rękach wprawnego strzelca powinno w zupełności wystarczyć. Zresztą, do kogo miałby teraz SImon strzelać? Do stygnących zwłok czarnucha? Do psa, który uciekł cholera wie gdzie? Do Rosjan, których najpewniej męczył Bill swoim pokracznym rosyjskim?
Dollan miał spluwę, miał dodatkową amunicję, tyle. To się liczyło. Nic więcej. Grabież zwłok zakończyła się dodatkowo dwoma prostymi, metalowymi kluczami, pokrytymi w znacznej mierze patyną. Najpewniej były do jakiejś kłódki lub mieszkania, pewności jednak Simon nie będzie mógł już mieć. Trup nie miał też portfela, tylko niecałe pięć dolców w drobnych monetach, kawałek bliżej nieokreślonego kawałka drutu, dwa cukierki miętowe i trzy puste papierki po nich, ogryzek ołówka, paczkę papierosów oraz pudełko zapałek z zapisanymi trzema słowami.
Magazyn. Trzynaście. Kasa.
Wrzucenie ciała do wody to już czysta formalność. Wystarczyło tylko podnieść truchło, przeciągnąć przez nabrzeże i cisnąć w czarną, wzburzoną toń, by zajęły się nim ryby i inne morskie żyjątka. Seattle miało tę zaletę, że znajdowało się może nie bezpośrednio nad oceanem, ale wody było tutaj od cholery i jeszcze więcej. Nikt lub prawie nikt nie będzie tęsknił za tym pechowcem i, jeśli informacje zapisane na pudełeczku zapałek były prawdziwe, to prędzej niż później dołączą do niego jego koledzy. Tylko gdzie oni są?
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#36
Simon oglądał skarby znalezione przy menelu, lecz to nie było nic cennego. Zwykły rewolwer z kilkoma kulami, pasujący kalibrem do jego srebrnych pocisków, kilka dolarów, fajki oraz inny szmelc, który chował do kieszeni jakby żył w świecie po wojnie nuklearnej. Jednak gdy otworzył pudełko z zapałkami, aby policzyć czerwone łebki, zauważył komunikat wypisany w środku: "Magazyn. Trzynaście. Kasa". Jakże oczywista wydawała się ta wiadomość zimnokrwistej istocie, która za życia wyciągnęła by teraz papierosa z paczki i zapaliła go w zadumie nad całą sprawą. Szykowała się nielicha draka w porcie wokół magazynu z bronią i pieniędzmi za nią. Za kwotę, którą zostawili Rosjanie można by urządzić się na kilka lat, a może na całe życie jeśli ma się łeb.
Dollan zagryzł chłodnę wargi i wpatrywał się w pudełko, klęcząc nad trupem. Oczy biegały po taniej tekturze, a mózg rzucał tysiące myśli na raz, które sprowadzały się do neutralizacji potencjalnego zagrożenia. Rozwiązanie pokojowe wydawało się teraz wampirowi jakże nudne i bezcelowe wobec bezmyślności debili pokroju czarnucha, który nawet nie wiedział jak strzela się z posiadanej broni. Teraz tylko zostało pytanie czy zrobić to w sposób mało widowiskowy sposób z użyciem broni palnej i wychodzącej bandy osiłków czy raczej targnąć się na małe polowanie. W końcu był wampirem - ludzkim drapieżnikiem, który ruchem dłoni łamał karki, wysysał krew i według niektórych legend, potrafił zamienić się w nietoperze i przemierzać nocną otchłań. Choć moc przemiany w gacka nie były w zasięgu jego klanu lub innego, to reszta się zgadzała. Czuł wciąż gniew, który szeptał mu słodko, aby znaleźć i wybić hałastrę łasą na pieniądze. Jak mógł odmówić takim propozycją ?
Jego instynkt podpowiadał mu, że pewnie jest więcej tych ludzi i musiał znaleźć choć jedną, samotną osobę w tej bandzie, która powie mu, gdzie jest reszta. Musiał znaleźć Lennego i trochę przycisnąć go. Również musiał zająć się ciałem, lecz teraz wydawał się sprawą drugorzędną, ważniejsze było wytropić resztę rozbójników, więc Simon przerzucił cieknące ciało w bardziej zacienioną część uliczki, aby ruszyć w poszukiwania reszty.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#37
No tak, czegoś takiego można się było spodziewać. Port, późna noc. Jeden z wielu magazynów. Od cholery broni. Walizka z pieniędzmi. Sprzedający i kupujący. I ktoś, kto chciał zabrać to wszystko dla siebie... nieumarli, Rosjanie i czarnoskórzy. I bezpański, ujadający bez końca pies, rzecz jasna, ale kundel na ten moment zszedł na daleki, daleki plan. Ważniejsi stali się bandyci o wątpliwej inteligencji, którzy porywali się z motyką na słońce, zgodnie z tym starym przysłowiem. Wampir przejrzał więc wszystko, co posiadał przy sobie nieboszczyk o zmasakrowanej głowie i ruszył dalej na polowanie.
Był drapieżnikiem. Potworem, któremu niestraszne były kule, dlatego mógł czuć się pewnie. W starciu ze śmiertelnikami, i to takimi którzy najwyraźniej byli zwyczajnymi tępakami z jednego z wielu, ulicznych gangów w każdym z miast w Stanach, miał absolutną przewagę. Przesunął truchło dalej, by nikt przypadkowo nie zobaczył ciała i ruszył dalej, w głąb labiryntu magazynów i portowych uliczek. Szedł powoli. Rozglądając się, nasłuchując, może nawet i węsząc, jak przystało na myśliwego polującego na ofiarę.
Kolejna syrena.
Tym razem brzmiała znacznie głośniej, znacznie dłużej i znacznie bliżej. Statek - niezależnie od tego czy była to większa czy mniejsza łajba - najwyraźniej dobijał już do portu, cumował. Prawie każdy, kto pracował w Port of Seattle musiał teraz skupić się na tej jednostce. Każdy, kto nie pracował, miał odwróconą uwagę. Jak by nie patrzeć, była to sytuacja wygrana. Złych stron nie było jeszcze widać. Niestety, nie było też widać nikogo, kto by pasował do zamordowanego kilka chwil wcześniej czarnoskórego. Dollan spędził już trochę czasu włócząc się po najbliższej okolicy, ale nikogo nie zauważył.
Jedyne, co usłyszał, to wspomniana syrena okrętowa, wycie psa gdzieś daleko i coś, co można było uznać za kichnięcie. Ten ostatni dźwięk, pasujący tylko do śmiertelnika, który zdecydował się na nocny wypad w portowe rejony miasta, miał swe źródło gdzieś po prawej stronie nieumarłego. W pobliżu jednego z mniejszych magazynów, małego, blaszanego baraku, nieznacznie tylko większego od jednego czy dwóch kontenerów. Magazyn o numerze trzynastym, czyli ten, w którym aktualnie znajdowali się Rosjanie i prawdziwy Świr, był nie dalej niż pięćdziesiąt, może siedemdziesiąt pięć metrów stąd.
Niezbyt daleko, ale też nie za blisko. W sam raz, można powiedzieć.
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#38
Dollan poruszał się po ciasnych zakamarkach magazynów, niczym szczur po labiryncie. Wielki, wkurwiony szczur, który prędzej wygryzie dziurę w ścianach labiryntu niż spokojnie dotrze do sera. Czuł się jakby wbiegł z ulicy na koncert hardcore punk i wbił się w sam środek ludzkiej masy, która spontanicznie nawalała siebie wszelkimi częściami ciała. Irytacja zamieniła się spontaniczną, radosną chęć niszczenia wszystkiego, wszystkich i nawet siebie. Rzadko wpadał w ten stan, który był zmienny bardziej niż notowania na nowojorskiej giełdzie i pojawiał się równie losowo. Za chwilę może wpadnie w stan irytacji, apatii, a może nawet ogarnie się i wróci do Ruskich.
Cholerny statek znowu zawył gorzej niż pies spod magazynu, więc jeszcze chwila i Simon pobiegłby, aby zatłuc osobę, która odpowiedzialna jest za ten dźwięk. Jednak w tym ryku usłyszał też kichnięcie - prostą czynność fizjologiczną ciepłych, która wyszła z metalowego baraku, który nie był tak daleko od magazynu z pechowym numerem. Możliwe, że tam zbierała się ferajna na napad na dzianą ekipę albo to była jakaś budka dla ciecia czy chociaż pracowników magazynu. W tym momencie dla wampira był to jeden chuj - wszyscy byli warci siebie po równo, więc nie zastanawiał się zbliżając się do konstrukcji. Zaciągnął kaptur kurtki na głowę , poprawił szalik, który zakrył jego usta i zacisnął ponownie dłoń na brudnym łomie. Szedł krokiem dziarskim, pewnym i czuł się z tym dobrze. Nie chciał czaić się niczym przysłowiowy jeż do kopulacji, lecz chciał zrobić to szybko i ze swoistą klasą.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#39
Czasami bywa tak, że nie da się zrobić nic szybko i z klasą. Los bywa złośliwy, kapryśny i wkurwiający. Simon doskonale już o tym wiedział, bo jak nie bełkoczący po rusku Świr, to prawdziwy Rosjanie świergotali w tym swoim śmiesznym języku, a jak nie wyjący kundel, to pieprzona syrena okrętowa rozdzierała nocną ciszę. Tyle dobrego, że Dollan zdołał praktycznie jedynym ciosem rozwalić łeb tępego czarnoskórego bandziora. Teraz jednak, znając los i jego przewrotne poczucie humoru, nie pójdzie tak łatwo.
Zbliżając się do blaszanej budy Simon miał tylko jeden cel. Poprawiwszy chwyt na kawałku stali, jakim był łom, był gotów na wszystko - i miał ogromną przewagę względem każdego, kto mógł na niego czekać wewnątrz. Problem w tym, że kiedy wampir był dosłownie kilka kroków od baraku, metalowe drzwi ustąpiły z całkiem głośnym zgrzytem, ukazując blisko pół tuzina czarnoskórych, kipiących od testosteronu, alkoholu i marihuany bandziorów. Ciężko więc powiedzieć, kto był bardziej zaskoczony.
Simon Dollan, wampir, nieumarłe monstrum które bez trudu mogło przyjąć i kilogram ołowiu na klatę, uzbrojony w łom. Pięciu czarnoskórych dryblasów, z których dwóch pierwszych miało typową broń dla wszelkiego rodzaju ulicznych gangów - pistolet maszynowy Ingram MAC-11, mały, zabójczy, pochłaniający amunicję jak żona pieniądze z wypłaty męża. Jako jedyni byli bez czapek, mieli głowy ogolone na łyso i parudniowy zarost pokrywający policzki oraz brodę. Bliższy Simonowi miał też bliznę przechodzącą przez krzywy nos, ot, detal, który rzucał się w oczy.
Dwóch kolejnych miało taką samą trzydziestkę ósemkę jak czarnuch, którego czaszka spotkała się z łomem Simona, wyglądali też na dość młodych i niedoświadczonych; sprzęt, jakim dysponowali, był w sam raz dla żółtodziobów. Łatwy w obsłudze, solidny i morderczy. Zatrzymali się od razu, gdy tylko ujrzeli Dollana i, nie wiedząc co robić, zaczęli patrzeć na kolegów. Dopiero ostatni z nich, z przyprószonym siwizną zarostem i małymi okularkami, przepchnął się do przodu. Krótką lufę masywnego UZI wycelował prosto w Simona, trzymając broń jedną ręką, nieznacznie tylko przekrzywioną. Utrudniało to poprawne celowanie, sprawiało, że odrzut był znacznie, ale to znacznie potężniejszy, ale przynajmniej wyglądało imponująco.
Niepraktycznie, ma się rozumieć, ale imponująco.
- Żeś w złe miejsce trafił, kutasie. - odezwał się ponurym głosem. - Rzućże te żelastwo na glebę i na kolana, szmato. - dodał, wywołując w ten sposób salwę śmiechu u większości swych kamratów. To chyba był Lenny, przywódca, szef, koleś, którego zmasakrowany niedawno czarnuch wzywał na pomoc. Murzyni z Ingramami odeszli na boki, tak, że przynajmniej trzech gangsterów (aczkolwiek czy warto tak ich nazywać?) miało na muszce wampira. Jedynie dwójka z rewolwerami nie wiedziała jak się zachować, ale można to było im wybaczyć z racji wieku.
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#40
Simon szedł przed siebie, czując jak śnieg uderza w jego oczy oraz jak jego szalik przesiąka wodą z rozpuszczonego opadu. Krew buzowała, a dłonie chodziły jakby przędł dywan z chłodnego powietrza. Dalej czuł jak mistyczny ogień pasji Brujah napędzał jego martwe ciało. Zazwyczaj to uczucie nie jest tak wyraźne, ale też przyjemne, bowiem Dollan odczuwał to jako nieprzyjemne obciążenie, które popycha go do dziwnych rzeczy. Idealnym przykładem była aktualna sytuacja, gdzie w pogoni za psem, teraz polował na nieznaną bandę, a w tym czasie przechodził z gniewu, irytacji, po ciekawość oraz nienawiść. Zaraz miała nadejść kolejna zmiana uczuć.
Czarnoskóra ekipa wyskoczyła z blaszanego baraku. Pijana, uzbrojona i najpewniej wkurwiona. Simon zdążył policzyć ludzi oraz rozeznać ich broń - 2 chłopy z pistoletami maszynowymi, 2 dzieciaki z pistoletami na kasztany oraz jeden gość, który najpewniej był słynnym Lennym. Ten też miał lepszy sprzęt, więc w sumie musiał poradzić sobie z trzema typami. Parka z rewolwerami wydawała się świeża w tej zabawię oraz byli młodsi niż reszta bandy.
W końcu starzy murzyn wydał swoje polecenia do Simona, dbając o styl podobny do jego poprzedniej ofiary. Dollan poruszył ustami, które chowały się pod szalikiem, wydobywając z siebie proste:
- OK. - po chwili poczuł jak pewna porcja krwi, która krążyła po jego ciele zniknęła, a świat zwolnił, jakby znów bawił się odtwarzaczem do kaset. W takich sytuacjach musiał używać Akceleracje, która potrafiła zdziałać cuda. Normalnie wampir uznaje, że taka zabawa swoimi mocami może zaciekawić w niechciany sposób żywych, więc nie łamał belek gołymi dłońmi gdy nie musiał.

Cisnął łom w nogi domniemanego Lennego, aby na chwilę zdezorientować czarnoskórego oprawcę. Chciał, aby żelastwo spadło mu na stopy, a ten na chwilę był zamroczony bólem. To miało dać mu jeszcze więcej czasu na chwycenie go, aby mieć swoistego zakładnika do dalszych rozmów z bandą. Pewnie będzie groził skręceniem karku lub połamaniem starszego mężczyzny.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#41
Pięciu na jednego. Albo jeden na pięciu, zależy jak patrzeć. Ciężko było jednoznacznie stwierdzić, kto miał przewagę w obecnej sytuacji - nieumarły potwór, który przynajmniej w teorii nie kłaniał się kulom, czy gromada czarnoskórych bandziorów, z bronią palną zdolną wypluwać dziesiątki, setki kul w ciągu kilku chwil. Zwłaszcza, że wszystko rozgrywało się błyskawicznie. Zbyt szybko, by można było to uznać za coś naturalnego, normalnego. Zwyczajnego wręcz, bowiem z chwilą, gdy Simon pobudził krew krążącą w jego żyłach, świat dokoła zwolnił.
Przynajmniej takie wampir mógł odnieść wrażenie.
W rzeczywistości świat dalej istniał i toczył się swoim nieprzerwanym, zwyczajnym tempem i rytmem. To nieumarły, dzięki mocy płynącej z klątwy, zdołał wprawić swe martwe ciało w znacznie szybszy niż zwyczajnie ruch. Dollan poruszał się znacznie szybciej i zwinniej, niż moment wcześniej. Widział doskonale, jak płatki śniegu zwalniają w powietrzu, a łom - którym przecież cisnął dosłownie chwilkę temu - dopiero co opadł na buciory czarnoskórego okularnika z UZI. Twarz mężczyzny w nienaturalnie wolnym tempie wykrzywiła się w grymasie bólu; nos zmarszczył się jak u psa, wargi rozchyliły się ukazując krzywe, zżółknięte zęby, a powieki nieznacznie opadły.
Lenny nie zdążył nawet poprawić chwytu broni, bo Simon już był przy nim i z tą samą, nieludzką łatwością i szybkością pochwycił go. Czarnoskóry nie miał szans się obronić. Nie był w stanie w żaden sposób zareagować, podniósł tylko nieco wyżej broń, ale to wszystko. Podobnie jego ludzie, a przynajmniej jakaś ich część; dwóch łysych zbirów z kilkodniowym zarostem i Ingramami z wyraźnym opóźnieniem podnieśli pistolety. Nie byli wkurzeni czy chętni do bitki, wydawali się być po prostu zaskoczeni tym wszystkim.
Pierwszy trzymał MAC-11 oburącz, tak, by w razie strzelaniny, odrzut był minimalny. Drugi, jak przystało na prawdziwego ulicznego gangstera, wyrzucił przed siebie ramię ze spluwą przekręconą o dziewięćdziesiąt stopni celując mniej więcej w nos Simona. Jeśli pociągnie za spust, pierwsze kilka kul dosięgnie celu, reszta poleci cholera jedna wie gdzie. Na przykład w twarz szefa, dlatego nikt jeszcze nie strzelał. Wszyscy byli w tak zwanym impasie - zwłaszcza ostatnia dwójka. Najmłodsi po prostu się wystraszyli. Nie mieli pojęcia, co się właśnie stało i co się może stać za chwilę.
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#42
Udało się Dollanowi chwycić murzyna i tym samym nie był jedyną osobą na linii strzału ekipy. Złapał go od tyłu, oplatając jego szyję lewą ręką, a prawą wykręcał jego nieuzbrojoną dłoń za plecami. W ten sposób mógł połamać go jak ludzika z zapałek albo skręcić kark, a reszta ekipy stała by przez wieki jak widły w gonuj. Simon miał jednak lepszy pomysł na wykorzystanie tej sytuacji, więc zaczął mówić:
- Broń na glebę, a wasze dupska do baraku, bo jak nie to połamie starego, a potem dobiorę się do waszych dupsk. - w jego głosie nie było typowego dla niego spokoju i obojętności, ale gniew oraz energia, której brak wypominał mu ciągle Samuel. Choć Colorado nie byłby dumny z całego zajścia w jakie wplątał się jego Syn, tak z pewnością przyglądałby się temu wszystkiemu czując, że jednak Bostończyk jest jego Dzieckiem oraz klanu.

Groźby rzucane wobec ekipy, były prawdziwe, a sam wampir gotowy był złamać kark Lennego i powybijać kolejne grupki. Najpierw chciał zająć się karkami, potem pewnie pobawiłby się chwilę młodzikami, a może nawet by skubną to i owo. Marzył o zanurzeniu kłów w czymś lepszym niż szczury lub krew z torebek. Nie był wygłodniały również, choć pewnie będzie jeśli grupa nie posłucha się go. Chciał zagonić ich do blaszanego budynku, aby tam spokojniej się zająć całą zgrają - bez broni oraz bez zbędnych oczów.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#43
Wszystko wróciło do swego zwyczajowego, normalnego tempa. Śnieg, praktycznie zawieszony bez większego ruchu w powietrzu, gwałtownie przyspieszył, opadając tak jak przed kilkoma chwilami. Twarze murzyńskich bandytów przestały się karykaturalnie wykrzywiać i teraz Dollan doskonale widział wymalowaną na nich nienawiść (i strach, gdy chodziło o dwóch żółtodziobów). Kawałek dalej, po raz ostatni tej nocy, rozległa się syrena łajby dobijającej do portu. Lada moment pewnie marynarze zejdą na ląd, a pracownicy nabrzeża zajmą się resztą.
To zadziwiające, do czego jest zdolna klątwa.
Owszem, to straszna rzecz, zmieniająca ludzi w nieumarłe monstra żerujące na innych i żywiące się ich krwią. Niszczy psychikę; sprawia, że ktoś wygląda jak potwór z najgorszego, koszmarnego snu; działa jak najlepsze kajdany tworząc niemal idealnych niewolników; każdy noc i każdy dzień stają się rozpaczliwym polem bitwy o resztki człowieczeństwa. Mimo tych okropnych i oczywistych wad oraz problemów, klątwa ta niesie ze sobą też kilka zalet. Jedną z nich wykorzystał właśnie Simon, przyspieszając do nieludzkich prędkości. W ciągu paru chwil zdołał bez większych trudności obezwładnić przywódcę czarnoskórej bandy i teraz mógł stawiać im warunki.
- Bez bolca jesteś, żeś dostał pierdolca i o dupach nam tu nawijasz ziom?! - wrzasnął pierwszy z gangsterów, ten z Ingramem obróconym o dziewięćdziesiąt stopni. Jego kolega, znacznie lepiej trzymający broń, zaniósł się krótkim, nerwowych śmiechem. Dwóch amatorów spojrzało po sobie i od razu rzuciło rewolwerami na zaśnieżony beton. Unieśli też dłonie ku górze i wycofali się, robiąc powoli krok za krokiem do tyłu, w stronę baraku. Przynajmniej ta dwójka chciała współpracować, w przeciwieństwie do pozostałych...
- Pussy, Bumpy, wy kurwy niedomyte, nie celujcie we mnie! - wrzasnął Lenny, podejmując pierwszą, oczywiście skazana na porażkę próbę wyrwania się z uścisku wampira. - Bardziej boję się was niż tego kutasa co to mnie przytula i chyba się bardzo cieszy bo coś gniecie. Co szmato, mocnyś tylko w gębie, ha? - Lenny spróbował odwrócić niego głowę, by móc spojrzeć na Simona, ale niezbyt mu to wyszło. Uzbrojeni w MAC-11 gangsterzy, "Pussy" oraz "Bumpy", zaśmiali się krótko.
W ten sam, nerwowy sposób. Jedynym, który naprawdę zachowywał zimną krew, był sam Lenny.
K o l e j k a | 
→ Elizjum Moore
 → Sprawy Administracyjne i Fabularne
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S
Odpowiedz

Wróć do „2711 Alaskan Way, Port of Seattle”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość