Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#31
Coś było nie tak. Simon nie wiedział jeszcze, o co dokładnie chodzi, niestety. Sam fakt śladów czyichś stóp, o tak później porze, w porcie, nie był jednakże niczym pocieszającym. Co gorsza, ślady te mogli zostawić dosłownie wszyscy. Można chyba nawet powiedzieć, że szaleństwo Malkaviana i jego ogromna paranoja zaczęły się udzielać i Dollanowi. Oczyma wyobraźni wampir najwyraźniej już widział przedstawicieli wrogiej sekty, dzikich i okrutnych wilkołaków, stróżów prawa, czy też zwyczajnych bandziorów, próbujących przeszkodzić jednemu z wielu gangów w dokonaniu takiej a nie innej transakcji.
Z łomem w dłoni - zwykłym narzędziem przecież, nie budzącym żadnych podejrzeń w tej części Seattle - ruszył w kierunku szczekającego psa. Nie musiał się nawet szczególnie starać, wystarczyło tylko iść w stronę coraz głośniejszego ujadania kundla, przerywanego naprawdę gardłowym, wściekłym warczeniem. Po kilku chwilach, kiedy to Simon przeszedł może z kilkanaście metrów, wiedział już gdzie znajduje się ten wszarz. Ryk syreny okrętowej raz jeszcze przetoczył się potężnym basem nad portem, tłumiąc wszelkie inne odgłosy; łajba była naprawdę blisko i lada moment pewnie będzie cumować.
W malutkiej alejce, prowadzącej na tyły magazynów (w tym magazynu trzynastego, gdzie odbywała się nielegalna sprzedaż i równie nielegalny zakup broni), stał całkiem spory, bezpański psiak. Był wychudzony, miała zapadnięte boki i bardzo krótki ogon. Ciemna, brunatna sierść była naprawdę mocno najeżona; szczerzył kły i warczał na bezskutecznie próbującego go uciszyć czarnoskórego faceta. Mężczyzna ten nie był zbyt wysoki, za to całkiem dobrze umięśniony, z plecakiem zarzuconym na jedne ramię, prostymi, trochę tylko brudnymi ciuchami i kominiarką na głowie. Czerń jego skóry niemal idealnie komponowała się z czarną barwą wełny.
Na widok Simon murzyn znieruchomiał. Jasne oczy przez chwilę wpatrywały się to w niego, to w psa, po czym gwałtownie sięgnął do plecaka. Wyszarpnął rewolwer, małą trzydziestkę ósemkę o krótkiej lufie.
- Lenny! - zakrzyknął przepitym głosem. - Kurwasz, Lenny, cho no tu ino szybko! - wycelował w Dollana i pociągnął za spust, jednak zamiast wystrzału, rozległ się tylko suchy klik. Rewolwer był zabezpieczony przed przypadkowym wystrzałem; rzecz prosta, którą każdy kto choć trochę zna się na broni palnej był w stanie przewidzieć. Ten czarnoskóry zbir najwyraźniej nie był w stanie sprostać temu zadaniu.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#32
Simona w końcu zajrzał zza winkla gdzie było poszukiwane zwierzę. Po chwili okazało się, że w alejce jest więcej zwierząt, bowiem po za psem był też ktoś w kominiarce. Dollan zauważył, że był to jakiś czarnoskóry menel, który pewnie kradł z magazynu jakieś fanty. Syna Samuela, nie interesowały relacje murzyna z prawem oraz jak zarabia na chleb. Sam przecież zajmował się nielegalną bronią, a to była tylko jedna z działalności, które można nazwać nielegalne wedle prawa Stanów Zjednoczonych. Jednak sprawa zmienił się, gdy nieznajomy wyciągnął broń i zaczął drzeć się po swojego kolegę o imieniu Lenny. Gdy pociągnął potem za spust, odruchowo Simon wzdrygnął się spodziewając się huku oraz dziury w okolicach klatki. Jednak nastało głuche kliknięcie, więc jedynie co poczuł młodzik to jak krew, zacisnęła mu bladziej dłoń na łomie oraz usta wykrzywiły się w gniewy grymas, ukazując zestaw zębów ze schowanymi kłami.
- Jesteś kurwa martwy. - kolejny raz wampir powiedział coś do siebie. Gdyby Dollan był człowiekiem, a menel nie był idiotą to nazwisko Bostończyka pojawiłoby się w jutrzejszym nekrologu. Murzyn nie chciał przestraszyć, ale chciał zabić - celował w jego stronę i usilnie ciągnął za cyngiel, aby wysłać śmiertelny ołów w oszpeconą twarz rusznikarza. Simon nie miał skrupułów co do takich frajerów, więc bez wahanie pobiegł w stronę niedoszłego zabójcy w celu samemu dostania tego tytułu. Metalowy pręt gotowy był do zadania ciosu w głowę lub w inną część. Wampir nie miał zamiaru tracić sił na użycie Dyscyplin, więc jedynie posiłkował się możliwościami swojego ciała.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#33
Simon nie miał pojęcia, jak prorocze były jego słowa.
Czarnuch - bo na mniej obraźliwe określenie ten koleś nie zasługiwał w żadnym stopniu - raz jeszcze pociągnął za spust. Efekt był identyczny jak przy pierwszej próbie; ciche, suche kliknięcie. Broń była zabezpieczona właśnie przed takimi ludźmi jak on, przed kimś, kto może wyrządzić krzywdę nie komuś innemu, tylko samemu sobie. Z siarczystym przekleństwem na ustach, w rozpaczliwym odruchu, rzucił w Dollana rewolwerem. Trafił, a jakże, ale nie osiągnął w ten sposób nic konkretnego. Równie dobrze mógł rzucić w wampira puszką po piwie.
Chociaż wtedy osiągnąłby znacznie lepszy efekt, bo resztka starego piwska mogłaby przynajmniej poplamić mu ciuchy. A tak murzyn po prostu pozbawił się jedynej broni, jaką przy sobie miał. Co gorsza, nie zdołał nawet wyrzucić z siebie drugiego przekleństwa, bo z chwilą, gdy otwierał usta, Simon przypieprzył mu łomem. Inne słowa nie oddadzą sensu tego, co się właśnie stało.
Cios był celny. Metalowy pręt z łatwością roztrzaskał kość czołową, nad lewym okiem. Czarnoskóry zbir stęknął i opadł na jedno kolano pod wpływem tego uderzenia; z chwilą, gdy gęsta, gorąca krew zaczęła zalewać mu twarz osunął się na drugie kolano, a moment później upadł na brzuch. Żył rzecz jasna, bo cios choć śmiertelny, to nie zabił od razu. Do zgonu zostało nieszczęśnikowi kilka długich, pełnych cierpienia chwil. Jego ciałem wstrząsnęły dreszcze. Dłonie, które dosłownie sekundy temu zaciskały się na rewolwerze, teraz powędrowały do rozwalonego łba, próbując rozpaczliwie zatamować wypływającą krew.
Kominiarka przesiąkła posoką. Dollan wyraźnie czuł jej zapach, a Bestia zamruczała z zadowolenia; nie można jednak tego było powiedzieć o psie. Kundel szczeknął jeszcze parę razy i czmychnął z miejsca zbrodni, którą najpewniej nikt się nie przejmie - ot, jeszcze jeden trup, kolejna pozycja w statystykach, nic szczególnego. Czarnoskóry jęknął, a drżące dłonie opadły, gdy stracił przytomność. Chwilę później skonał.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#34
Jedno przypieprzenie w głowę - tyle wystarczyło, aby powalić murzyna. Koleś zwalił się na kolana, a wzrok odpływał równo z krwią, nawet nie było trzeba poprawiać. Gdy Simon już miał brać się za kundla, ten czmychnął mu wcześniej, wykorzystując powstały chaos. Dollan próbował nawet złapać zwierzę, ale uciekło mu. Chwilę popatrzył w kawałek magazynu, za którym zniknął i chwilę później naszła wampira większa fala gniewu. Przez zaciśnięte zęby popłynęły niezrozumiałe przekleństwa, twarz dalej miała wkurwiony wyraz. Spojrzał na jeszcze ciepłe zwłoki i uderzył je kilka razy łomem, wkładając w każdy ruch możliwe dużo siły oraz swoistej pasji w tym co robił. Gdyby był spokojny i mógł obserwować to z boku, uznał by to za pewną przeciwieństwo wyluzowanego, chłodnego wampira, która ma gdzieś wszystko, a przecież na takiego zachowywał się. Gdyby w całą tą akcje włożył tyle zawziętości oraz motywującego gniewu co w sprawy wiecznej Maskarady, to pewnie za kilka lat piastowałby oficjalne stanowisko w hierarchii Sekty.
- Kuuuuuuuuuurwa - odarł wampir kładąc dłonie na swojej twarzy, aby zagłuszyć swój głośny monolog. Czuł jak wilgotna prawica zostawia mu ślady na bladej skórze, zapach (a właściwie smród) krwi wędruje przez martwe nozdrza, a paznokcie wbijały się gniewnie w jego twarz. Dał się ponieść, lecz nie czuł złości bo zatłukł murzyna, ale dlatego, że chciał więcej. Pragnął złapać przeklętego kundla, cisnąć jego truchło o ziemię i na dokładkę znaleźć Lennego, aby dodać jego truchło do listy martwych. Jednak nie było już nikogo żywego pod ręką, a Besta harcowała radośnie nad jego głową, więc nie mógł wrócić do ekipy w magazynie. Postanowił w końcu zabrać dłonie ze swojej twarzy i może chwilę przeczekać gdy mu przejdzie oraz zająć czymś głowę.
Chodził wkurwiony w okolicach ciała, zbierając rzeczy nieboszczyka. Na początku zgarną rewolwer - mała pukawka, pasująca do jego srebrnych kul. Nerwowo odbezpieczył bęben i zamaszystym ruchem drugiej ręki, szarpną bronią ukazując magazynek. Chciał upewnić się, że jeszcze w bębnie były jakieś kulę, jakby jednak przyszło mu strzelać z tego. Na celowniku jeszcze był sam trup, którego miał ochotę przetrzepać chociaż z papierków po cukierkach, byle tylko samemu nie zatłuc się łomem z nerwów. Potem będzie musiał wrzucić ciało do wody lub wymyślić coś innego. W końcu lepiej, aby ciało zniknęło niż zaciekawiło niepotrzebne postacie, choć w końcu to był jakiś żul, którego śmierć zainteresuje jedynie tutejszych krawężników i może stażystów w gazecie.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#35
Złość? Agresja? Irytacja? A może wszystko po trochu?
Spokrewniony przez dobre kilka chwil okładał łomem ciało czarnego bandziora, który miał po prostu pecha trafić na wampira. Dopiero potem pozwolił sobie na chwilę przerwy. Następnie zajął się przeszukaniem truchła i zabraniem wszystkiego, co tylko mogło się przydać w taki czy inny sposób. Trzydziestka ósemka zamordowanego - zmasakrowanego - czarnoskórego miała w bębenku cztery kule. Nie było to dużo, raptem cztery strzały, ale w rękach wprawnego strzelca powinno w zupełności wystarczyć. Zresztą, do kogo miałby teraz SImon strzelać? Do stygnących zwłok czarnucha? Do psa, który uciekł cholera wie gdzie? Do Rosjan, których najpewniej męczył Bill swoim pokracznym rosyjskim?
Dollan miał spluwę, miał dodatkową amunicję, tyle. To się liczyło. Nic więcej. Grabież zwłok zakończyła się dodatkowo dwoma prostymi, metalowymi kluczami, pokrytymi w znacznej mierze patyną. Najpewniej były do jakiejś kłódki lub mieszkania, pewności jednak Simon nie będzie mógł już mieć. Trup nie miał też portfela, tylko niecałe pięć dolców w drobnych monetach, kawałek bliżej nieokreślonego kawałka drutu, dwa cukierki miętowe i trzy puste papierki po nich, ogryzek ołówka, paczkę papierosów oraz pudełko zapałek z zapisanymi trzema słowami.
Magazyn. Trzynaście. Kasa.
Wrzucenie ciała do wody to już czysta formalność. Wystarczyło tylko podnieść truchło, przeciągnąć przez nabrzeże i cisnąć w czarną, wzburzoną toń, by zajęły się nim ryby i inne morskie żyjątka. Seattle miało tę zaletę, że znajdowało się może nie bezpośrednio nad oceanem, ale wody było tutaj od cholery i jeszcze więcej. Nikt lub prawie nikt nie będzie tęsknił za tym pechowcem i, jeśli informacje zapisane na pudełeczku zapałek były prawdziwe, to prędzej niż później dołączą do niego jego koledzy. Tylko gdzie oni są?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#36
Simon oglądał skarby znalezione przy menelu, lecz to nie było nic cennego. Zwykły rewolwer z kilkoma kulami, pasujący kalibrem do jego srebrnych pocisków, kilka dolarów, fajki oraz inny szmelc, który chował do kieszeni jakby żył w świecie po wojnie nuklearnej. Jednak gdy otworzył pudełko z zapałkami, aby policzyć czerwone łebki, zauważył komunikat wypisany w środku: "Magazyn. Trzynaście. Kasa". Jakże oczywista wydawała się ta wiadomość zimnokrwistej istocie, która za życia wyciągnęła by teraz papierosa z paczki i zapaliła go w zadumie nad całą sprawą. Szykowała się nielicha draka w porcie wokół magazynu z bronią i pieniędzmi za nią. Za kwotę, którą zostawili Rosjanie można by urządzić się na kilka lat, a może na całe życie jeśli ma się łeb.
Dollan zagryzł chłodnę wargi i wpatrywał się w pudełko, klęcząc nad trupem. Oczy biegały po taniej tekturze, a mózg rzucał tysiące myśli na raz, które sprowadzały się do neutralizacji potencjalnego zagrożenia. Rozwiązanie pokojowe wydawało się teraz wampirowi jakże nudne i bezcelowe wobec bezmyślności debili pokroju czarnucha, który nawet nie wiedział jak strzela się z posiadanej broni. Teraz tylko zostało pytanie czy zrobić to w sposób mało widowiskowy sposób z użyciem broni palnej i wychodzącej bandy osiłków czy raczej targnąć się na małe polowanie. W końcu był wampirem - ludzkim drapieżnikiem, który ruchem dłoni łamał karki, wysysał krew i według niektórych legend, potrafił zamienić się w nietoperze i przemierzać nocną otchłań. Choć moc przemiany w gacka nie były w zasięgu jego klanu lub innego, to reszta się zgadzała. Czuł wciąż gniew, który szeptał mu słodko, aby znaleźć i wybić hałastrę łasą na pieniądze. Jak mógł odmówić takim propozycją ?
Jego instynkt podpowiadał mu, że pewnie jest więcej tych ludzi i musiał znaleźć choć jedną, samotną osobę w tej bandzie, która powie mu, gdzie jest reszta. Musiał znaleźć Lennego i trochę przycisnąć go. Również musiał zająć się ciałem, lecz teraz wydawał się sprawą drugorzędną, ważniejsze było wytropić resztę rozbójników, więc Simon przerzucił cieknące ciało w bardziej zacienioną część uliczki, aby ruszyć w poszukiwania reszty.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#37
No tak, czegoś takiego można się było spodziewać. Port, późna noc. Jeden z wielu magazynów. Od cholery broni. Walizka z pieniędzmi. Sprzedający i kupujący. I ktoś, kto chciał zabrać to wszystko dla siebie... nieumarli, Rosjanie i czarnoskórzy. I bezpański, ujadający bez końca pies, rzecz jasna, ale kundel na ten moment zszedł na daleki, daleki plan. Ważniejsi stali się bandyci o wątpliwej inteligencji, którzy porywali się z motyką na słońce, zgodnie z tym starym przysłowiem. Wampir przejrzał więc wszystko, co posiadał przy sobie nieboszczyk o zmasakrowanej głowie i ruszył dalej na polowanie.
Był drapieżnikiem. Potworem, któremu niestraszne były kule, dlatego mógł czuć się pewnie. W starciu ze śmiertelnikami, i to takimi którzy najwyraźniej byli zwyczajnymi tępakami z jednego z wielu, ulicznych gangów w każdym z miast w Stanach, miał absolutną przewagę. Przesunął truchło dalej, by nikt przypadkowo nie zobaczył ciała i ruszył dalej, w głąb labiryntu magazynów i portowych uliczek. Szedł powoli. Rozglądając się, nasłuchując, może nawet i węsząc, jak przystało na myśliwego polującego na ofiarę.
Kolejna syrena.
Tym razem brzmiała znacznie głośniej, znacznie dłużej i znacznie bliżej. Statek - niezależnie od tego czy była to większa czy mniejsza łajba - najwyraźniej dobijał już do portu, cumował. Prawie każdy, kto pracował w Port of Seattle musiał teraz skupić się na tej jednostce. Każdy, kto nie pracował, miał odwróconą uwagę. Jak by nie patrzeć, była to sytuacja wygrana. Złych stron nie było jeszcze widać. Niestety, nie było też widać nikogo, kto by pasował do zamordowanego kilka chwil wcześniej czarnoskórego. Dollan spędził już trochę czasu włócząc się po najbliższej okolicy, ale nikogo nie zauważył.
Jedyne, co usłyszał, to wspomniana syrena okrętowa, wycie psa gdzieś daleko i coś, co można było uznać za kichnięcie. Ten ostatni dźwięk, pasujący tylko do śmiertelnika, który zdecydował się na nocny wypad w portowe rejony miasta, miał swe źródło gdzieś po prawej stronie nieumarłego. W pobliżu jednego z mniejszych magazynów, małego, blaszanego baraku, nieznacznie tylko większego od jednego czy dwóch kontenerów. Magazyn o numerze trzynastym, czyli ten, w którym aktualnie znajdowali się Rosjanie i prawdziwy Świr, był nie dalej niż pięćdziesiąt, może siedemdziesiąt pięć metrów stąd.
Niezbyt daleko, ale też nie za blisko. W sam raz, można powiedzieć.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#38
Dollan poruszał się po ciasnych zakamarkach magazynów, niczym szczur po labiryncie. Wielki, wkurwiony szczur, który prędzej wygryzie dziurę w ścianach labiryntu niż spokojnie dotrze do sera. Czuł się jakby wbiegł z ulicy na koncert hardcore punk i wbił się w sam środek ludzkiej masy, która spontanicznie nawalała siebie wszelkimi częściami ciała. Irytacja zamieniła się spontaniczną, radosną chęć niszczenia wszystkiego, wszystkich i nawet siebie. Rzadko wpadał w ten stan, który był zmienny bardziej niż notowania na nowojorskiej giełdzie i pojawiał się równie losowo. Za chwilę może wpadnie w stan irytacji, apatii, a może nawet ogarnie się i wróci do Ruskich.
Cholerny statek znowu zawył gorzej niż pies spod magazynu, więc jeszcze chwila i Simon pobiegłby, aby zatłuc osobę, która odpowiedzialna jest za ten dźwięk. Jednak w tym ryku usłyszał też kichnięcie - prostą czynność fizjologiczną ciepłych, która wyszła z metalowego baraku, który nie był tak daleko od magazynu z pechowym numerem. Możliwe, że tam zbierała się ferajna na napad na dzianą ekipę albo to była jakaś budka dla ciecia czy chociaż pracowników magazynu. W tym momencie dla wampira był to jeden chuj - wszyscy byli warci siebie po równo, więc nie zastanawiał się zbliżając się do konstrukcji. Zaciągnął kaptur kurtki na głowę , poprawił szalik, który zakrył jego usta i zacisnął ponownie dłoń na brudnym łomie. Szedł krokiem dziarskim, pewnym i czuł się z tym dobrze. Nie chciał czaić się niczym przysłowiowy jeż do kopulacji, lecz chciał zrobić to szybko i ze swoistą klasą.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#39
Czasami bywa tak, że nie da się zrobić nic szybko i z klasą. Los bywa złośliwy, kapryśny i wkurwiający. Simon doskonale już o tym wiedział, bo jak nie bełkoczący po rusku Świr, to prawdziwy Rosjanie świergotali w tym swoim śmiesznym języku, a jak nie wyjący kundel, to pieprzona syrena okrętowa rozdzierała nocną ciszę. Tyle dobrego, że Dollan zdołał praktycznie jedynym ciosem rozwalić łeb tępego czarnoskórego bandziora. Teraz jednak, znając los i jego przewrotne poczucie humoru, nie pójdzie tak łatwo.
Zbliżając się do blaszanej budy Simon miał tylko jeden cel. Poprawiwszy chwyt na kawałku stali, jakim był łom, był gotów na wszystko - i miał ogromną przewagę względem każdego, kto mógł na niego czekać wewnątrz. Problem w tym, że kiedy wampir był dosłownie kilka kroków od baraku, metalowe drzwi ustąpiły z całkiem głośnym zgrzytem, ukazując blisko pół tuzina czarnoskórych, kipiących od testosteronu, alkoholu i marihuany bandziorów. Ciężko więc powiedzieć, kto był bardziej zaskoczony.
Simon Dollan, wampir, nieumarłe monstrum które bez trudu mogło przyjąć i kilogram ołowiu na klatę, uzbrojony w łom. Pięciu czarnoskórych dryblasów, z których dwóch pierwszych miało typową broń dla wszelkiego rodzaju ulicznych gangów - pistolet maszynowy Ingram MAC-11, mały, zabójczy, pochłaniający amunicję jak żona pieniądze z wypłaty męża. Jako jedyni byli bez czapek, mieli głowy ogolone na łyso i parudniowy zarost pokrywający policzki oraz brodę. Bliższy Simonowi miał też bliznę przechodzącą przez krzywy nos, ot, detal, który rzucał się w oczy.
Dwóch kolejnych miało taką samą trzydziestkę ósemkę jak czarnuch, którego czaszka spotkała się z łomem Simona, wyglądali też na dość młodych i niedoświadczonych; sprzęt, jakim dysponowali, był w sam raz dla żółtodziobów. Łatwy w obsłudze, solidny i morderczy. Zatrzymali się od razu, gdy tylko ujrzeli Dollana i, nie wiedząc co robić, zaczęli patrzeć na kolegów. Dopiero ostatni z nich, z przyprószonym siwizną zarostem i małymi okularkami, przepchnął się do przodu. Krótką lufę masywnego UZI wycelował prosto w Simona, trzymając broń jedną ręką, nieznacznie tylko przekrzywioną. Utrudniało to poprawne celowanie, sprawiało, że odrzut był znacznie, ale to znacznie potężniejszy, ale przynajmniej wyglądało imponująco.
Niepraktycznie, ma się rozumieć, ale imponująco.
- Żeś w złe miejsce trafił, kutasie. - odezwał się ponurym głosem. - Rzućże te żelastwo na glebę i na kolana, szmato. - dodał, wywołując w ten sposób salwę śmiechu u większości swych kamratów. To chyba był Lenny, przywódca, szef, koleś, którego zmasakrowany niedawno czarnuch wzywał na pomoc. Murzyni z Ingramami odeszli na boki, tak, że przynajmniej trzech gangsterów (aczkolwiek czy warto tak ich nazywać?) miało na muszce wampira. Jedynie dwójka z rewolwerami nie wiedziała jak się zachować, ale można to było im wybaczyć z racji wieku.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#40
Simon szedł przed siebie, czując jak śnieg uderza w jego oczy oraz jak jego szalik przesiąka wodą z rozpuszczonego opadu. Krew buzowała, a dłonie chodziły jakby przędł dywan z chłodnego powietrza. Dalej czuł jak mistyczny ogień pasji Brujah napędzał jego martwe ciało. Zazwyczaj to uczucie nie jest tak wyraźne, ale też przyjemne, bowiem Dollan odczuwał to jako nieprzyjemne obciążenie, które popycha go do dziwnych rzeczy. Idealnym przykładem była aktualna sytuacja, gdzie w pogoni za psem, teraz polował na nieznaną bandę, a w tym czasie przechodził z gniewu, irytacji, po ciekawość oraz nienawiść. Zaraz miała nadejść kolejna zmiana uczuć.
Czarnoskóra ekipa wyskoczyła z blaszanego baraku. Pijana, uzbrojona i najpewniej wkurwiona. Simon zdążył policzyć ludzi oraz rozeznać ich broń - 2 chłopy z pistoletami maszynowymi, 2 dzieciaki z pistoletami na kasztany oraz jeden gość, który najpewniej był słynnym Lennym. Ten też miał lepszy sprzęt, więc w sumie musiał poradzić sobie z trzema typami. Parka z rewolwerami wydawała się świeża w tej zabawię oraz byli młodsi niż reszta bandy.
W końcu starzy murzyn wydał swoje polecenia do Simona, dbając o styl podobny do jego poprzedniej ofiary. Dollan poruszył ustami, które chowały się pod szalikiem, wydobywając z siebie proste:
- OK. - po chwili poczuł jak pewna porcja krwi, która krążyła po jego ciele zniknęła, a świat zwolnił, jakby znów bawił się odtwarzaczem do kaset. W takich sytuacjach musiał używać Akceleracje, która potrafiła zdziałać cuda. Normalnie wampir uznaje, że taka zabawa swoimi mocami może zaciekawić w niechciany sposób żywych, więc nie łamał belek gołymi dłońmi gdy nie musiał.

Cisnął łom w nogi domniemanego Lennego, aby na chwilę zdezorientować czarnoskórego oprawcę. Chciał, aby żelastwo spadło mu na stopy, a ten na chwilę był zamroczony bólem. To miało dać mu jeszcze więcej czasu na chwycenie go, aby mieć swoistego zakładnika do dalszych rozmów z bandą. Pewnie będzie groził skręceniem karku lub połamaniem starszego mężczyzny.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#41
Pięciu na jednego. Albo jeden na pięciu, zależy jak patrzeć. Ciężko było jednoznacznie stwierdzić, kto miał przewagę w obecnej sytuacji - nieumarły potwór, który przynajmniej w teorii nie kłaniał się kulom, czy gromada czarnoskórych bandziorów, z bronią palną zdolną wypluwać dziesiątki, setki kul w ciągu kilku chwil. Zwłaszcza, że wszystko rozgrywało się błyskawicznie. Zbyt szybko, by można było to uznać za coś naturalnego, normalnego. Zwyczajnego wręcz, bowiem z chwilą, gdy Simon pobudził krew krążącą w jego żyłach, świat dokoła zwolnił.
Przynajmniej takie wampir mógł odnieść wrażenie.
W rzeczywistości świat dalej istniał i toczył się swoim nieprzerwanym, zwyczajnym tempem i rytmem. To nieumarły, dzięki mocy płynącej z klątwy, zdołał wprawić swe martwe ciało w znacznie szybszy niż zwyczajnie ruch. Dollan poruszał się znacznie szybciej i zwinniej, niż moment wcześniej. Widział doskonale, jak płatki śniegu zwalniają w powietrzu, a łom - którym przecież cisnął dosłownie chwilkę temu - dopiero co opadł na buciory czarnoskórego okularnika z UZI. Twarz mężczyzny w nienaturalnie wolnym tempie wykrzywiła się w grymasie bólu; nos zmarszczył się jak u psa, wargi rozchyliły się ukazując krzywe, zżółknięte zęby, a powieki nieznacznie opadły.
Lenny nie zdążył nawet poprawić chwytu broni, bo Simon już był przy nim i z tą samą, nieludzką łatwością i szybkością pochwycił go. Czarnoskóry nie miał szans się obronić. Nie był w stanie w żaden sposób zareagować, podniósł tylko nieco wyżej broń, ale to wszystko. Podobnie jego ludzie, a przynajmniej jakaś ich część; dwóch łysych zbirów z kilkodniowym zarostem i Ingramami z wyraźnym opóźnieniem podnieśli pistolety. Nie byli wkurzeni czy chętni do bitki, wydawali się być po prostu zaskoczeni tym wszystkim.
Pierwszy trzymał MAC-11 oburącz, tak, by w razie strzelaniny, odrzut był minimalny. Drugi, jak przystało na prawdziwego ulicznego gangstera, wyrzucił przed siebie ramię ze spluwą przekręconą o dziewięćdziesiąt stopni celując mniej więcej w nos Simona. Jeśli pociągnie za spust, pierwsze kilka kul dosięgnie celu, reszta poleci cholera jedna wie gdzie. Na przykład w twarz szefa, dlatego nikt jeszcze nie strzelał. Wszyscy byli w tak zwanym impasie - zwłaszcza ostatnia dwójka. Najmłodsi po prostu się wystraszyli. Nie mieli pojęcia, co się właśnie stało i co się może stać za chwilę.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#42
Udało się Dollanowi chwycić murzyna i tym samym nie był jedyną osobą na linii strzału ekipy. Złapał go od tyłu, oplatając jego szyję lewą ręką, a prawą wykręcał jego nieuzbrojoną dłoń za plecami. W ten sposób mógł połamać go jak ludzika z zapałek albo skręcić kark, a reszta ekipy stała by przez wieki jak widły w gonuj. Simon miał jednak lepszy pomysł na wykorzystanie tej sytuacji, więc zaczął mówić:
- Broń na glebę, a wasze dupska do baraku, bo jak nie to połamie starego, a potem dobiorę się do waszych dupsk. - w jego głosie nie było typowego dla niego spokoju i obojętności, ale gniew oraz energia, której brak wypominał mu ciągle Samuel. Choć Colorado nie byłby dumny z całego zajścia w jakie wplątał się jego Syn, tak z pewnością przyglądałby się temu wszystkiemu czując, że jednak Bostończyk jest jego Dzieckiem oraz klanu.

Groźby rzucane wobec ekipy, były prawdziwe, a sam wampir gotowy był złamać kark Lennego i powybijać kolejne grupki. Najpierw chciał zająć się karkami, potem pewnie pobawiłby się chwilę młodzikami, a może nawet by skubną to i owo. Marzył o zanurzeniu kłów w czymś lepszym niż szczury lub krew z torebek. Nie był wygłodniały również, choć pewnie będzie jeśli grupa nie posłucha się go. Chciał zagonić ich do blaszanego budynku, aby tam spokojniej się zająć całą zgrają - bez broni oraz bez zbędnych oczów.
KARTA POSTACI: Simon Dollan
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: Port of Seattle, nabrzeże 02,15,1999

#43
Wszystko wróciło do swego zwyczajowego, normalnego tempa. Śnieg, praktycznie zawieszony bez większego ruchu w powietrzu, gwałtownie przyspieszył, opadając tak jak przed kilkoma chwilami. Twarze murzyńskich bandytów przestały się karykaturalnie wykrzywiać i teraz Dollan doskonale widział wymalowaną na nich nienawiść (i strach, gdy chodziło o dwóch żółtodziobów). Kawałek dalej, po raz ostatni tej nocy, rozległa się syrena łajby dobijającej do portu. Lada moment pewnie marynarze zejdą na ląd, a pracownicy nabrzeża zajmą się resztą.
To zadziwiające, do czego jest zdolna klątwa.
Owszem, to straszna rzecz, zmieniająca ludzi w nieumarłe monstra żerujące na innych i żywiące się ich krwią. Niszczy psychikę; sprawia, że ktoś wygląda jak potwór z najgorszego, koszmarnego snu; działa jak najlepsze kajdany tworząc niemal idealnych niewolników; każdy noc i każdy dzień stają się rozpaczliwym polem bitwy o resztki człowieczeństwa. Mimo tych okropnych i oczywistych wad oraz problemów, klątwa ta niesie ze sobą też kilka zalet. Jedną z nich wykorzystał właśnie Simon, przyspieszając do nieludzkich prędkości. W ciągu paru chwil zdołał bez większych trudności obezwładnić przywódcę czarnoskórej bandy i teraz mógł stawiać im warunki.
- Bez bolca jesteś, żeś dostał pierdolca i o dupach nam tu nawijasz ziom?! - wrzasnął pierwszy z gangsterów, ten z Ingramem obróconym o dziewięćdziesiąt stopni. Jego kolega, znacznie lepiej trzymający broń, zaniósł się krótkim, nerwowych śmiechem. Dwóch amatorów spojrzało po sobie i od razu rzuciło rewolwerami na zaśnieżony beton. Unieśli też dłonie ku górze i wycofali się, robiąc powoli krok za krokiem do tyłu, w stronę baraku. Przynajmniej ta dwójka chciała współpracować, w przeciwieństwie do pozostałych...
- Pussy, Bumpy, wy kurwy niedomyte, nie celujcie we mnie! - wrzasnął Lenny, podejmując pierwszą, oczywiście skazana na porażkę próbę wyrwania się z uścisku wampira. - Bardziej boję się was niż tego kutasa co to mnie przytula i chyba się bardzo cieszy bo coś gniecie. Co szmato, mocnyś tylko w gębie, ha? - Lenny spróbował odwrócić niego głowę, by móc spojrzeć na Simona, ale niezbyt mu to wyszło. Uzbrojeni w MAC-11 gangsterzy, "Pussy" oraz "Bumpy", zaśmiali się krótko.
W ten sam, nerwowy sposób. Jedynym, który naprawdę zachowywał zimną krew, był sam Lenny.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#44
5 V 1999

Z King's Cross<<<

Podróż do doków nie zajęła im zbyt wiele czasu, no bo przecież lokal Huntera był o (mocny) rzut kamieniem od linii brzegowej. O tej godzinie i przy takiej pogodzie, doki wyglądały na opuszczone, bo wszyscy ludzie albo pochowali się w okolicznych „tawernach” albo też po prostu zrobili sobie spacer do serca Downtown i znajdujących się tam pubów. Wciąż jednak, porty zawsze rządziły się swoimi prawami, czyli ani Hunter ani Esteban nie mogli sobie pozwolić na nacieszenie się nocą. Fakt, że nikogo nie widzieli nie znaczyło od razu, że nikt ICH z kolei nie widział. Co więcej, jeśli tej nocy w tym miejscu kręcili się Malkavianie-już o Nosferatu w ogóle nie wspominając-Josh nie miał szans innych wampirów zobaczyć. Dlatego też wraz z gangerem z Lagrimas zaparkowali w jednej z licznych bocznych uliczek i po prostu czekali. Esteban upewnił się, że jego pasażer ani nie ma ochoty palić ani nie przeszkadza mu dym nikotynowy, po czym uchylił swoje okno minimalnie i zapalił sobie papierosa. Hunter zaczął go wypytać o najnowsze akcje Łez, dyskretnie i po hiszpańsku, a Esteban zdawkowo udzielał odpowiedzi, na wypadek gdyby byli podsłuchiwani. Potencjalni świadkowie pewnie uznaliby ich za podejrzanych-samochód, który zatrzymał się na zadupiu i nikt z niego nie wychodzi-ale pewnie „zbagatelizowaliby” to jako umowę narkotykową. W końcu sprzedaż dragów miała też i taką formę: omówienie interesów w samochodzie, z dala od wścibskich spojrzeń.

Miejsce, w którym Esteban postanowił się zatrzymać, nie było przypadkowe. Magazyn, przy którym się zatrzymali był już od dawna opuszczony i już nieraz służył Lagrimas jako tymczasowe schronienie czy skrytka. Z pożyczonym od Estebana dorobionym kluczem Hunter wyszedł z samochodu- gdy już oczywiście upewnił się, że nikt ich nie obserwuje-po czym otworzył główne drzwi grubym kluczem. Następnie, razem ze śmiertelnym, wnieśli szybko skrępowanego człowieka z workiem na głowie do środka i zamknęli za sobą drzwi. Pusta, przestronna przestrzeń magazynu była skąpana w łagodnym półmroku, który na szczęście był rozbijany przez słabe, ale ciepłe żółte światło okolicznej latarni. Bez problemu znaleźli krzesło-tak jak w tych Estebanowych filmach!-po czym przywiązali do niego gościa tak, żeby nie mógł się nawet palcem ruszyć. Następnie Hunter poprosił Estebana, żeby ten poczekał przy drzwiach, albo lepiej nawet w samochodzie. Chłopak nie był z tego powodu zbytnio zadowolony, ale przytaknął i wyszedł z magazynu.

Josh szybko obmacał kieszenie skrępowanego gościa i szybko znalazł portfel w jego kieszeni, którego wyłowił i zaczął przeglądać. Nie słuchał oczywiście stłumionych jęków i odgłosów protestów, na to jeszcze przyjdzie czas. Otworzywszy portfel Hunter od razu znalazł prawo jazdy, które było wystawione na niejakiego „ Stevena Deshpande.” Gdy następnie wampir ściągnął temu Steve'owi worek z głowy, zobaczył zakneblowanego brązowo-skórego chłopaka, który nie mógł mieć więcej jak dwadzieścia lat. Etniczność(dla wampira) nieznana: Grek, Hindus, Indianin, mieszanego pochodzenia? Nie było to jednak na ten moment ważne. Dla Josha najważniejszym było to, że chłopak był młody i zgnębiony przez życie, a przy tym pochodził z gangu na którego wampir właśnie polował. Nic innego nie było ważne.

Telefon zabrzęczał i Hunter zerknął na odpowiedź Chloe, po czym uśmiechnął się i już nie odpisywał. Nie było potrzeby. Za to, czując na sobie wzrok człowieka, Hunter wyjął rewolwer zza pazuchy i go odbezpieczył. - No to możemy zaczynać-oznajmił człowiekowi, a następnie odbezpieczył broń i przystawił ją do jego lewego kolana. -Krótka piłka Steve-zaczął lodowato mroźnym tonem- odpowiesz na moje pytania i wrócisz cały do domu...albo dam ci kasę na bilet, żebyś mógł miasto opuścić. To już zależy od tego, która opcja Ci bardziej pasuje-rzucił z nadmiernie, wręcz szaleńczo szerokim uśmiechem. -Jeśli jednak będziesz milczeć, albo co gorsza spróbujesz mnie okłamać, to zacznę do ciebie strzelać. W stawy, kości, sploty nerwów-dopóki to zadaje ból, ale od razu cię nie zabije, tam właśnie będę strzelał-w jego głosie czuć było obietnicę, a nagłe użycie Dyscypliny tylko potęgowało to wrażenie. Odkneblował gościa i od razu zaczął go zalewać obietnicami i pytaniami. -Będę wiedział, kiedy kłamiesz, więc daruj to sobie. Kto was napuścił na Kingz? Gdzie macie bazę wypadową? Kto wami przewodzi?-rzucił trzy szybkie pytania, po czym dodał grobowym głosem-gadaj, bo już nigdy kurwa chodzić nie będziesz.

Spoiler | 
Rzut na Przerażające Spojrzenie[Prezencja]
KARTA POSTACI: Joshua Hunter
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Hiszpański Dominacja
Opis Postaci | 
W tym momencie Hunter biega w stylu tzw business casual. Czarne, skórzane buty w nienagannym stanie. Ciemnogranatowe dżinsy z brązowym, skórzanym pasem. Czarna koszula, zapięta na dworze, ale gdy tylko wchodzi do środku budynku górne dwa guziki są natychmiast odpinane. Nieodłączny elegancki zegarek na prawym nadgarstku i srebrny pierścień na prawym środkowym palcu. Do tego jeszcze granatowa marynarka, pasująca kolorem do spodni. Ponieważ jest luty, nosi dodatkowo ładny szary szal i czarny płaszcz.

Re: Port of Seattle, nabrzeże 05/05/99

#45
Dobrze, że Esteban odszedł. Bez świadków Joshua mógł - w razie potrzeby - pokazać swoje drugie, prawdziwsze oblicze nieumarłego potwora. Chociaż spętany i trzymany na celowniku śmiertelnik w teorii nie miał innego wyjścia jak tylko współpracować, to był jednak przestępcą. Mógł być przygotowanym na przesłuchania. Mógł, zgodnie z tak zwanym prawem ulicy, zachować lojalność i wierność aż do grobu, bo zdradzanie tajemnic nie cieszyło się dobrą opinią.
- Nikt nie napuścił, kurwa! Trzynastka nie słucha się nikogo, sami jesteśmy swoimi panami! Mieliśmy zajebać Kingz by zyskać szacun, to wszystko! Jak Boga kocham, to wszystko! - wykrzyczał z mocnym, obco brzmiącym akcentem. Steve nie miał najmniejszego zamiaru kłamać. Mówił prawdę, bo świadomość przestrzelenia kolana, czy czegoś równie paskudnego nie była w żaden sposób miła i przyjemne. A nade wszystko widział w wampirzych oczach coś niepokojącego, coś, co sprawiało, że Josh bardziej przypominała prawdziwą bestię czekającą tylko na okazję by dokonać mordu.
Śmiertelnik nie wiedział jednak, że prawdziwa Bestia była tuż obok.
Czaiła się w pobliżu, czując narastający strach i przerażenie. Zapach lęku, ten charakterystyczny smród, jaki roztacza wokoło każda żywa istota, był nie do podrobienia. Większość Spokrewnionych nie jest w stanie go zauważyć; wyjątek stanowią oczywiście przedstawiciele paru klanów dysponujących odpowiednimi predyspozycjami. Nie stanowiło to jednak zbyt wielkiego problemu. Bestia, choć zwykle przeszkadzała i utrudniała egzystencję, czasami się przydawała... tak jak i teraz. Deshpande odchylił głowę do tyłu, w desperackim geście zwiększenia dystansu oddzielającego go od napastnika. Bez powodzenia.
- Larra! To Carlos Larra rządzi! Casas i Martinez pomagają! Pepe! Ricarte i Guzman! I... jesteśmy wszędzie i nigdzie! - zaczął sypać nazwiskami. Sześć wymienionych osób bez wątpienia stanowiło trzon gangu El Monte Flores 13, czyli tak zwanej Trzynastki, która wyprowadziła podstępny i haniebny atak. Z tego co mówił wynikała rzecz tak prosta i oczywista zarazem... to nie były nawet zwyczajne porachunki gangów. Po prostu jedna banda chciała pokazać, jacy to są zajebiści i groźni. To był przypadek. Nic więcej, tylko tyle.
Carlos Larra i jego ludzie chcieli przetrzebić The Kingz tylko po to, by pokazać, że są kimś ważnym. Z daleka dobiegł dźwięk syreny okrętowej.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#46
Siedzący przed Hunterem człowiek był zbyt przerażony, żeby coś przed nim ukrywać. Na tym świecie byli ludzie, którzy mogliby siłą własnego charakteru przeciwstawić się mocy jego Dyscypliny. Tak samo nie brakowało też osób, które mogłyby idealnie odegrać skrajną panikę i zachować zimną krew, zwłaszcza w tak niebezpiecznej sytuacji. Za to człowiek, który posiadałby obie te cechy...Joshua nie wątpił w jego istnienie, nie wierzył jednak w to, że takiej klasy człowiek zostałby zwykłym „żołnierzem” upierdliwego-lecz ostatecznie małego-gangu. Dlatego też, choć był naturalnie podejrzliwy, Ventrue uwierzył w to, co mu przesłuchiwany człowiek sprzedał.

-Facet na pewno wierzy w te swoje zapewnienia o niezależności Trzynastki, na pewno tak mu szefowie przedstawili tą sytuację-pomyślał sobie Hunter, patrząc na człowieka zimnym i złowrogim wzrokiem. [K]-Albo jego szefowie wcisnęli mu taki kit albo też bossowie sami wierzą w takie bajki, ale ktoś ich dyskretnie popchnął do takiego działania. Jeśli już ktoś w Trzynastce znał prawdę na ten temat, to musiał to być co najmniej porucznik, jak nie lider gangu. Zwykli żołnierze, tacy jak spętany na krześle Steven byli dobrym początkiem dla śledztwa, ale nie byli niestety wtajemniczeni w najważniejsze sekrety. Josh od razu zapisał sobie w myślach wszystkie zasłyszane nazwiska i przydomki, które z pewnością przydadzą mu się w dalszym śledztwie. Największym zainteresowaniem obdarzył oczywiście Carlosa Larrę, wytypowanego przez Deshpande na lidera gangu. Wiedział już, o kogo trzeba było pytać w półświatku i czyją chatę szukać.

-Albo Monte Flores sami uznali, że będzie to najlepszy moment na atak, albo też ktoś ich podpuścił do tego. Kto wie, może Carlos został przekupiony przez Nortenos lub inny gang i tylko sam szef wie, że Trzynastka nie jest w pełni niezależna? Wampir nie dowie się prawdy, dopóki nie wypyta o to najwyższych szczebli gangu.

Hunter uśmiechnął się do człowieka złym, mściwym uśmiechem i powiedział na głos-Dziękuję za współpracę, jesteś naprawdę pomocny Steve, więc nie musisz się martwić na razie strzelaniem-z tymi słowami Hunter zabezpieczył swój rewolwer. Nie pozwolił jednak człowiekowi zbytnio się tym nacieszyć zanim nie spytał-Wszędzie i nigdzie? Brzmi zajebiście, jestem pewien, że niejedną dupę wyrwałeś na takie enigmatyczne hasło-Hunter uśmiechnął się, po czym poprawił chwyt na rewolwerze i uderzył nim Steve'a mocno w twarz. Trafienie w skroń mogłoby zamroczyć gościa, a cios w szczękę mógłby ją zwichnąć i utrudnić przesłuchanie. Dlatego też Ventrue celował w kość policzkową, bo choć bolały jak diabli, to jednak kości te były jednym z najtwardszych elementów twarzoczaszki. -Ja nie jestem jedną dupą i nie kupuję takie bajeczki. Gdzieś musicie się spotykać, przynajmniej raz na jakiś czas, żeby szefowie mogli rozdać rozkazy. Dlatego spytam teraz grzecznie, ale po raz ostatni-znów odbezpieczył broń i spytał-Jak kurwa nie macie bazy wypadowej, to gdzie się za to kurwa zbieracie? U któregoś z poruczników, a może u samego Carlosa? Dasz mi adres, to ja z kolei zapewnię ci ochronę przed dalszym bólem. Jeśli jednak nie masz żadnych odpowiedzi-z tymi słowami lufa rewolweru wampira zjechała z twarzy przesłuchiwanego człowieka w dół, aż do jego krocza-Zacznę strzelać i ostatnie co zobaczysz za życia, to krwawe dziury w swoim ciele!-Hunter wręcz warknął, pokazując zastygłe w
grymasie zęby Deshpande, który w pierwszej chwili zupełnie się nie odzywał .
KARTA POSTACI: Joshua Hunter
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Hiszpański Dominacja
Opis Postaci | 
W tym momencie Hunter biega w stylu tzw business casual. Czarne, skórzane buty w nienagannym stanie. Ciemnogranatowe dżinsy z brązowym, skórzanym pasem. Czarna koszula, zapięta na dworze, ale gdy tylko wchodzi do środku budynku górne dwa guziki są natychmiast odpinane. Nieodłączny elegancki zegarek na prawym nadgarstku i srebrny pierścień na prawym środkowym palcu. Do tego jeszcze granatowa marynarka, pasująca kolorem do spodni. Ponieważ jest luty, nosi dodatkowo ładny szary szal i czarny płaszcz.

Re: Port of Seattle, nabrzeże 05/05/99

#47
Czego innego można się było spodziewać po takiej płotce? Steve i jego kumple (teraz pewnie już martwi) byli zajęci rabowaniem. Do takich zadań posyła się ludzi, których ewentualna strata nie będzie jakoś szczególnie mocno odczuwalna, natomiast zysk będzie bardzo duży. Mimo to, wampir zdołał wyciągnąć ze śmiertelnika naprawdę sporo informacji; wystarczyło go tylko skutecznie zastraszyć. Broń w połączeniu z Dyscypliną oraz pobranymi odpowiednio wcześniej naukami była bardzo skuteczną mieszanką.
Cios okazał się trochę mocniejszy, niż Joshua mógł zakładać. Głowa spętanego gangstera odskoczyła w bok i przez jedną, krótką chwilę można było wysnuć nieprzyjemny wniosek, że biedak stracił przytomność. Przymknął oczy i przestał się ruszać. Moment później jednak jęknął z bólu i z wielkim, nadludzkim niemal wysiłkiem splunął na brudną, magazynową posadzkę. Różowa mieszanka śliny i krwi była dowodem, że pechowiec przygryzł sobie mocno język, albo doznał jakieś innej, podobnej krzywdy.
I dobrze.
- Okolice mostów. - odezwał się po chwili, z grymasem bólu i strachu na twarzy. - Wiesz, Montlake, 15th Ave, Magnolia, ten z posągiem na Fremont, cholera każdy się nada... co spotkanie to inny teren! Nie wiem gdzie i kiedy się spotkamy, parę godzin wcześniej dostajemy na komórkę adres. Ja nie kłamię, jak Boga kocham. - zaczął mówić coraz szybciej i nie patrzył już na nieumarłego. Wzrok miał skupiony na trzymanej przez Huntera broni. Zaczął się pocić, choć nie było wcale tak ciepło; zimno też nie, a już do styczniowych czy lutowych mrozów w ogóle nie było porównania. Stres i nerwy obciążały jednak organizm śmiertelnika, który starał się jak tylko mógł, by jakoś sobie z tym wszystkim poradzić.
- Kurwa. - zaklął głośno Esteban. - Mamy towarzystwo. Jakiś łysy pierdolec i niezła dupa idą w tę stronę. - szofer zamknął za sobą drzwi magazynu, wyraźnie zaniepokojony. Zaczął po angielsku, ale szybko przeszedł na hiszpański, najwyraźniej w celu uniknięcia informowania więźnia. W teorii był to bardzo dobry plan, w praktyce jednak sytuacja była trochę inna. Steve musiał znać hiszpański, bo na wykrzywionej z bólu twarzy pojawił się cwaniacki uśmieszek. Nie był głupi, nie zaczął wołać pomocy, zaczął się jednak wiercić, chcąc zrobić jak najwięcej hałasu. Tupnął nawet raz czy dwa buciorami.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#48
Słuchając wyjaśnień swojego więźnia Hunter miał mieszane uczucia. Z jednej strony miał powód do zadowolenia, bo oto otrzymał wreszcie odpowiedź na palące go od niejednej nocy pytanie. Trzynastka była zdecydowanie zbyt dobrze zorganizowana jak na bandę „zwykłych rabusiów”, ktokolwiek nimi przewodził miał dobrą głowę na karku. Teraz jednak Josh znał mniej więcej teren ich spotkań i wiedział już, w jaki sposób decydują o konkretnej lokacji. Hunter niewiele myśląc wyłowił telefon Steve'a z jego kieszeni i na razie schował go do kieszeni swojej kurtki. Oto otworzyły się przed wampirem kolejne opcje.

Z drugiej jednak strony, te opcje właśnie komplikowały całą sytuację. Telefon spętanego na krześle człowieka był na tyle przydatny, na ile kumple Steve'a nie wiedzieli, że ten numer jest już spalony. Czy reszta gangu wiedziała już o porwaniu, czy chociaż zaginięciu Deshpande? Czy spisali go już na straty i zablokowali jego numer telefonu czy też wyślą mu SMSa z lokacją następnego spotkania? Może do następnego spotkania minie parę dni, podczas których prawda wyjdzie na jaw, więc Hunter powinien pierwszy wysłać wiadomość ze skradzionego telefonu. Jeśli jednak adresat wiadomości będzie chciał przedzwonić, żeby usłyszeć głos Steve'a i upewnić się, że rozmawia z właściwą osobą? Czy Hunter miał zabić tego człowieka, żeby Trzynastka nie dowiedziała się, ile Ventrue zdążył już od gościa usłyszeć? Może powinien go zachować przy życiu, ale przekazać Łzom, żeby go gdzieś zamknęli i mieli na oku? Zawsze mógł też puścić tego gangera żywcem, uprzednio Dominując go, żeby przesyłał mu potrzebne Arystokracie informacje. Tylko czy Dominacja Huntera była już na tyle silna, żeby mogła działać dłużej niż jedną chwilę, jedną dobę?

Zanim Ventrue zdołał podjąć decyzję, odłożyć na moment wątpliwości czy też po prostu zadać przesłuchiwanemu kolejne pytanie, Esteban powiadomił go o zbliżającym się w ich stronę towarzystwie. -Zawsze coś musi się spierdzielić-pomyślał Hunter niechętnym tonem, po czym zwrócił uwagę na zmianę w postawie swojego więźnia. Strach i ból ustąpiły nagle miejsca dla nadziei, że oto przyszła kawaleria z odsieczą. Czyżby Desphande rozpoznał w tym opisie jakiś swoich znajomych? Czy też po prostu liczył na to, że jacyś przypadkowi „cywile” mogli go uratować, chociażby dzwoniąc na policję? To akurat nie było teraz ważne, o wiele ważniejszym było stłamszenie siedzącego przed Hunterem faceta, zanim wpadnie na jakiś głupi pomysł. -Co, spodziewasz się przyjaciół?-spytał po hiszpańsku po czym znów uderzył Steva'a w głowę, tym razem z drugiej strony i prosto w skroń. Jego ofiara zdążyła jeszcze zajęczeć z bólu zanim głowa osunęła mu się bezwiednie w dół. Czy stracił przytomność czy też po prostu zamroczyła go fala bólu, tego Hunter na szybko nie mógł ocenić. Upewnił się jeszcze, że człowiek wciąż oddycha, po czym zawołał do Estebana- Ja wyjdę do nich, ty za to chodź towar przypilnować. Mijając się z Latynosem przy drzwiach Hunter zatrzymał go na moment i dodał cicho-Postaram się ich spławić, ale miej spluwę w gotowości. Jak usłyszysz strzały to zrób wszystko, żeby się do auta przebić-doradził chłopakowi, który jedynie ponuro skinął głową, nieraz już przecież był w podobnej sytuacji.

Gdy Hunter wychodził na zewnątrz, z odbezpieczonym rewolwerem schowanym w kieszeni swojego płaszcza, uśmiechnął się delikatnie do swoich myśli. Nie wiedzieć czemu, opis podany przez Estebana przywołał mu przed oczy obraz Szeryfa i Sierry. Sam Josh nigdy nie odważyłby się nazwać Parkera pierdolcem nawet w myślach, ale dla jego młodego towarzysza każdy obcy facet zasługiwał na takie miano. -Ta, to by była akurat miła niespodzianka-pomyślał sobie wampir, opierając się o ścianę zaraz przy drzwiach i wypatrując upatrzonej przez Estebana pary. - Biorąc pod uwagę to, co się ostatnio dzieje w mieście, jaka jest szansa na to, żeby jakakolwiek niespodzianka była akurat miła?-zapytał sam siebie w myślach i z uśmiechem na twarzy-oraz spluwą w kieszeni-wypatrzył dwie zbliżające się postaci.
KARTA POSTACI: Joshua Hunter
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Hiszpański Dominacja
Opis Postaci | 
W tym momencie Hunter biega w stylu tzw business casual. Czarne, skórzane buty w nienagannym stanie. Ciemnogranatowe dżinsy z brązowym, skórzanym pasem. Czarna koszula, zapięta na dworze, ale gdy tylko wchodzi do środku budynku górne dwa guziki są natychmiast odpinane. Nieodłączny elegancki zegarek na prawym nadgarstku i srebrny pierścień na prawym środkowym palcu. Do tego jeszcze granatowa marynarka, pasująca kolorem do spodni. Ponieważ jest luty, nosi dodatkowo ładny szary szal i czarny płaszcz.

Re: Port of Seattle, nabrzeże 05/05/99

#49
Nokia, z antenką. Model 1610 chyba. Ekranik był zarysowany, a obudowa poznaczona drobnymi pęknięciami. Telefon jednak działał, był naładowany w trzech czwartych i miał jedno nieodebrane połączenie z nieznanego numeru, sprzed blisko dziesięciu godzin. Zanim Steve zdołał jakoś zaprotestować, dostał znowu w twarz. Tym razem cios był mocniejszy i pozbawił biedaka przytomności, a na skórze pojawiło się niewielkie rozcięcie. Z rany zaczęła się sączyć krew. Niedużo, ale wystarczająco, by Bestia się poruszyła, zainteresowana zapachem posoki.
Gdy Josh zbliżał się do wyjścia z magazynu, jego myśli mogły krążyć wokół pewnej nieumarłej - Sierry.
Pieprznięta wampirzyca była nieobliczalna i śmiertelnie niebezpieczna, do tego przejawiała naprawdę niezdrową fascynację narkotykami. Ale, paradoksalnie, mogła się teraz przydać najbardziej ze wszystkich Spokrewnionych z Seattle. Z Joshem łączyły ją dość specyficzne stosunki, a jako Malkavianka potrafiła manipulować umysłami, zwłaszcza tymi należącymi do śmiertelników... jednak szansa na to, że to właśnie ta popielata blondynka szła przez port była bardzo mała. Nie wspominając już o tym, że "łysy pierdolec" to Parker. Szeryf był zbyt charakterystyczny.
Esteban zdusił na ustach kolejne przekleństwo. Tym razem hiszpańskie. Zajął też miejsce w pobliżu więźnia, ale nie na tyle blisko, by wiązało się to z jakimś ryzykiem. Szofer nie był głupcem, wiedział, że zawsze lepiej jest zachować dystans. Ustawił się więc za krzesłem, wykorzystując jednego z Trzynastki jako tarczę gdyby coś poszło nie tak. Hunter natomiast czekał na niewątpliwe spotkanie z tajemniczą parą, spacerującą w nocy, po terenie portu. Wstęp tutaj w teorii był dla wszystkich, jednakże niektóre części nabrzeża były wyłączone z użyteczności publicznej; wstęp do nich był zastrzeżony dla pracowników.
Łysy mężczyzna okazał się całkiem wysokim, chudym Azjatą. Chińczykiem albo Japończykiem, może nawet mieszkańcem jednego z bardziej egzotycznych państw Dalekiego Wschodu. Szedł trochę przyspieszonym krokiem, kołysząc ramionami na podobieństwo jakiegoś goryla czy innego potężnego zwierza; to, że był chudzielcem w płaszczu nadawało mu trochę komicznego wyglądu. Towarzyszyła mu trochę niższa kobieta o czarnych, gęstych włosach, spływających lokami na ramiona. Miała na nosie przeciwsłoneczne okulary, szerokie biodra i dobrze zarysowane piersi; bez wątpienia wpadła w oko Estebanowi.
No i dźwigała sportową torbę z logo Adidasa. Zwolniła nieco kroku i wspięła się na czubki palców, by szepnąć coś swemu towarzyszowi.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#50
To nie byli niestety Szeryf ze swoją Ogar. Hunter naturalnie nie przykładał większej wagi do swoich dziwnych myśli, ot dawno nie widział ani Parkera ani Sierry i być może chciał po prostu się z nimi zobaczyć. Nie było to wcale tak niespotykane zjawisko, jeszcze za życia Josh nieraz widział w obcych ludziach swoich znajomych, nagle spotykając na zadupiu swoich starych znajomych. Gdy nagle z zakamarków pamięci wyłaniał się obraz dawno niewidzianych przyjaciół, człowiek potrafił ujrzanych kątem oka ludzi nieznacznie podobnych do tych znajomych ubrać w nagle przypomnianą twarz. „Tak dawno nie widziałem Johna.....o Boże, czy to John?!” Ile razy ten konkretny scenariusz, może jedynie ze zmienioną osobą, rozgrywał się w myślach Josha? Zwłaszcza teraz, gdy Eunika i jej niezastąpiony ghoul spotkali się nagłym końcem, Hunter odczuwał tęsknotę za Szeryfem i Sierrą.-Może powinienem się z nimi spotkać?-spytał sam siebie Ventrue, gdy kątem oka spoglądał na zbliżających się ludzi. Na moment odłożył na bok wszelkie myśli o nieodebranym numerze na telefonie Steve'a. To musiało niestety poczekać na koniec zbliżających się do wampira potencjalnych problemów.

Czy na pewno byli oni ludźmi, śmiertelnymi przedstawicielami Trzody, na którą Spokrewnienie polowali? Tego Hunter nie mógł jednoznacznie określić na pierwszy rzut oka. Mogli równie dobrze być ghoulami, a może nawet wampirami, którzy użyli częściowej mocy by idealnie naśladować żyjących. Zerkający cały czas kątem oka Arystokrata nie mógł znaleźć odpowiedzi na to pytanie z takiej odległości, musiał czekać na to, aż ta dwójka podejdzie bliżej. Pomimo odbezpieczonego rewolweru w kieszeni Hunter wciąż czuł się bardzo niepewnie.

Udając, że nie widzi zbliżającą się niespiesznie parę, Joshua wyciągnął swój telefon i napisał krótką wiadomość do swojego najnowszego ghoula. Nie mógł on oczywiście sprawić, żeby potrzebne wampirowi siły wyczarowały się nagle z powietrza, ale przynajmniej mógł dać nieumarłemu nadzieję na przybycie posiłków. Chowając z powrotem telefon do kieszeni i widząc nadchodzącą jego stronę dwójkę, Hunter jedynie kiwnął lekko głową. Jeśli ci”ludzie” zwracali na niego uwagę, to na pewno odebrali grzeczne i nienachalne pozdrowienie w tym geście. Jeśli jednak ignorowali oni Josha, to z pewnością nie zarejestrowaliby najmniejszego ruchu z jego strony. Choć torba niesiona przez dziewczynę trochę go zaniepokoiła, bo można było w niej łatwo broń większego kalibru przenosić-Hunter cały czas utrzymywał pozę nienachalnej nonszalancji...ale ręka wampira cały czas była na gotowej do strzałów broni.

Gdy para ta zbliżyła się na wystarczającą odległość, żeby Ventrue nie musiał krzyczeć, to Hunter normalnym tonem głosu rzucił krótkie -Dobry wieczór. Ukłonił lekko głową i obdarzył ludzi delikatnym uśmiechem, ale cały czas miał nieśmiałą nadzieję, że usłyszy od nich krótkie i urwane pozdrowienie i ominą ich magazyn. Trzymając w myślach kciuki, Hunter znów wyciągnął telefon i udawał człowieka, który był pochłonięty przez wiadomości na telefonie. Z wciąż wycelowanym w obcych rewolwerem Ventrue miał nadzieję, że przynajmniej tej nocy nie będzie musiał się użerać z czyjąś wrogością.
KARTA POSTACI: Joshua Hunter
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Hiszpański Dominacja
Opis Postaci | 
W tym momencie Hunter biega w stylu tzw business casual. Czarne, skórzane buty w nienagannym stanie. Ciemnogranatowe dżinsy z brązowym, skórzanym pasem. Czarna koszula, zapięta na dworze, ale gdy tylko wchodzi do środku budynku górne dwa guziki są natychmiast odpinane. Nieodłączny elegancki zegarek na prawym nadgarstku i srebrny pierścień na prawym środkowym palcu. Do tego jeszcze granatowa marynarka, pasująca kolorem do spodni. Ponieważ jest luty, nosi dodatkowo ładny szary szal i czarny płaszcz.

Re: Port of Seattle, nabrzeże 05/05/99

#51
Joshua była sam.
Esteban był śmiertelnikiem i chociaż potrafił się bić, umiał strzelać i był bardzo dobrym kierowcą (w końcu uważał się za szofera) to jednak był tylko człowiekiem. W ewentualnym starciu mógł się przydać, ale pierwsza lepsza zbłąkana kula mogła go na trwałe wyłączyć z potyczki. Hunter potrzebował wsparcia. Ot tak, dla bezpieczeństwa. Na wszelki wypadek.
Łysol zatrzymał się i skłonił niemalże w pas, odpowiadając w ten sposób na delikatny gest głową wampira. Trwał w tej niewygodnej pozycji przez parę długich sekund, najwyraźniej wzbudzając irytację towarzyszki. Dopiero gdy się wyprostował, wyrzucił z siebie kilkanaście słów w obcym języku, brzmiących jak coś żywcem wyjętego z tanich filmów z Hongkongu. Tak, to był prawdziwy Azjata, bez wątpienia jakiś Chińczyk, czy ktoś taki, nie żaden Amerykanin o azjatyckich korzeniach. Nie powinno to też dziwić, do portu przybijała masa statków, a i do Chinatown nie było przecież tak daleko... chociaż chyba szło się tam w przeciwną stronę.
Dziewczyna tylko odwzajemniła uśmiech, ale nie zatrzymała się. Szła dalej.
- Dobry wieczór, proszę pana. - odezwała się nienaganną angielszczyzną, z akcentem nasuwającym oczywiste skojarzenia z Anglią. - Proszę wybaczyć mi tak bezpośrednie pytanie, ale... dlaczego pan tutaj jest? Nie wygląda pan na pracownika portu, na członka ochrony czy kogoś takiego. Raz jeszcze przepraszam za swoją zuchwałość... ale dziwi mnie fakt, że jest tu ktoś jeszcze. - zapytała, a uśmiech zszedł jej z twarzy. Zwolniła kroku jeszcze bardziej. Stojący z tyłu łysy i chudy Chińczyk wsunął dłonie do kieszeni płaszcza; nie ruszył się jednak z miejsca. Obserwował wszystko z dystansu, tak, jakby na coś - lub na kogoś - czekał. Nie była to zbyt komfortowa sytuacja dla żywego człowieka. Martwy, a taki był przecież Josh, mógł czuć się może trochę lepiej.
Wygadana dziewczyna odstawiła sportową torbę na ziemię i w końcu się zatrzymała. Joshua, jako doświadczony nieumarły, obyty w przestępczym półświatku, z daleka mógł poznać charakterystyczny kształt materiału zniekształconego przez broń palną. To, co było w torbie, z całą pewnością nie przypominało żadnej spluwy, ani niczego takiego. Były tam jakieś metalowe śmiecie, oczywiście, na pewno łom i inne cuda, ale pistolet? Strzelby ze spiłowaną kolbą i lufą? Złożony karabin? Nie. Nic takiego.
Czy ta para to złodzieje?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#52
Hunter raz jeszcze ukłonił się, widząc zginającego się w pas mężczyznę. Szacunek powinno się przecież odpłacać szacunkiem, czyż nie? Następnie jednak poczuł wibracje telefonu, który otrzymał wiadomość i z lekkim, przepraszającym uśmiechem szybko odczytał wiadomość. Treść tej wiadomości nie wywarła na nim pionującego wrażenia, raczej potwierdziła jego domysły, dlatego też uśmiech niezmiennie gościł na twarzy wampira. Ot, z nieśmiałego i przepraszającego stał się radosny i nawet rozbawiony, jakby nagle dostał jakąś śmieszną odpowiedź lub urocze zdjęcie. Starając się zachować tą rozbawioną nonszalancję, wampir szybko wybrał numer ze swojej listy kontaktów i wysłał skróconego SMSa do swojego dobrego kumpla. Dłuższe pisanie byłoby stanowczo niegrzeczne, zwłaszcza teraz, gdy usłyszał potok słów dobiegających od Azjaty. Brak znajomości języka nie było wystarczającym uzasadnieniem, żeby mógł sobie pozwolić na chamstwo, nieprawdaż?

A propos znajomości języka, Hunter odruchowo już, wręcz instynktownie postanowił zwracać uwagę na reakcje mężczyzny. To, że towarzysząca mu kobieta wydawała się służyć za tłumacza nie znaczyło wcale, że nie znał on zupełnie angielskiego. Może posługiwał się perfekcyjną angielszczyzną, ale ukrywał tą swoją znajomość, żeby obcy ludzie czuli się swobodniej w jego towarzystwie i pozwalali sobie na większą swobodę przy gadaniu. A może miał twardy akcent i męczył się przy składaniu zdań po angielsku, ale za to rozumiał praktycznie wszystko co anglojęzyczni ludzie dookoła niego mówili. Joshua nie miał powodów, żeby odrzucać którąkolwiek z tych opcji, dlatego też postanowił się pilnować przy stojącej przed nim parze.

Hunter skwitował słowa kobiety wpierw przytaknięciem i krótkim „-Dobry wieczór”- a następnie włączył swoją Prezencją i uśmiechnął się do ludzi. O ile oczywiście stojące przed nim osoby były zwykłymi śmiertelnikami, a nie ghoulami czy nawet Spokrewnionymi symulującymi Pozory Życia. Choć Arystokrata skłaniał się do pierwszej z podanych opcji, nie miał żadnych dowodów, które pozwoliłyby mu wykluczyć pozostałe wariaty. -To ja proszę o wybaczenie, ale równie dobrze mógłbym Państwo spytać o to samo. Z tego co zdążyłem zaobserwować, okoliczna ochrona nigdy nie zatrudnia ani tak pięknych kobiet, ani tak dystyngowanych mężczyzn-uśmiech Huntera lśnił czystą sympatią, z mocą tysiąc-wattowej żarówki. Następnie jednak trochę spoważniał, choć wciąż kąciki jego ust drżały w oczekiwaniu na kolejny okaz radości. -Niemniej jednak, niegrzecznie jest odpowiadać pytaniem na pytanie, stąd też śpieszę już z odpowiedzią. Otóż proszę sobie wyobrazić, że pojawił się wreszcie jakiś pomysł na zagospodarowanie tego magazynu, po tylu latach braku użytkowania-zaczął snuć swoją opowieść, kiwając głową w stronę drzwi, za którymi chował się Esteban z ich ofiarą. Cała postawa wampira wyrażała czystą nonszalancję i lekką niechęć do budynku, zupełnie jakby był człowiekiem, którego wezwano późnym wieczorem do roboty. -Oczywiście, jak można się łatwo domyślić, przez ten cały okres nieużytku magazyn był wystawiony na działanie żywiołów i zaczął gnić i kruszyć się, Mieliśmy wraz z chłopakami ustalić stan budynku już na wczoraj rano, ale jak pewnie się państwo domyślacie, nic w tym cholernym mieście nie można załatwić bez znaczących poślizgów-pozwolił sobie na okazanie odrobiny gniewu i frustracji, całkowicie ludzka reakcja na komplikacje w planach. - A biorąc pod uwagę to, że od siódmej rano jutro mamy kolejne zlecenia, to razem z chłopakami musimy to już dzisiaj załatwić....-zawiesił na moment głos, jakby przez chwilę sam ze sobą walczył, po czym znów uśmiechnął się niepewnym uśmiechem. -Tak naprawdę to chłopaki to ogarniają, ja jestem tutaj tylko po to, żeby potem przybić stempel i złożyć podpis-z tymi słowami wzruszył ramionami, jakby się trochę nabijał z bezsensowności swojego pobytu tutaj. Ot, urzędas, który miał dopilnować ludzi prawdziwie pracujących.

-Państwo za to idziecie coś do swojego magazynu odnieść, dobrze zgaduję?-powiedział niewinnym tonem człowieka podtrzymującego rozmowę, po czym dodał-Albo też coś z magazynu zabrać. Bo w sumie to są jedyne dwie opcje, jakie mamy przy użytkowaniu tych „składnic.”-rzucił żartobliwie i nawet w jego oczach nie można było się dopatrzeć podejrzenia, które ukrywało się w jego duszy.

Spoiler | 
Rzut na Zachwyt[Prezencja]
KARTA POSTACI: Joshua Hunter
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Hiszpański Dominacja
Opis Postaci | 
W tym momencie Hunter biega w stylu tzw business casual. Czarne, skórzane buty w nienagannym stanie. Ciemnogranatowe dżinsy z brązowym, skórzanym pasem. Czarna koszula, zapięta na dworze, ale gdy tylko wchodzi do środku budynku górne dwa guziki są natychmiast odpinane. Nieodłączny elegancki zegarek na prawym nadgarstku i srebrny pierścień na prawym środkowym palcu. Do tego jeszcze granatowa marynarka, pasująca kolorem do spodni. Ponieważ jest luty, nosi dodatkowo ładny szary szal i czarny płaszcz.

Re: Port of Seattle, nabrzeże 05/05/99

#53
Cała ta bajeczka, jaką Joshua wymyślił na poczekaniu, mogła się okazać najzwyklejszym marnowaniem czasu. Albo jeszcze gorzej, niezbyt wymyślną prowokacją, lub czymś takim. Dopiero gdy wampir wspomniał, że nie jest tutaj od tak zwanej brudnej roboty, że ma tylko postawić pieczątkę i nadać wszystkiemu prawnego i legalnego znaczenia, atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Hunter prowadził ryzykował grę, ale nie był już takim żółtodziobem. Był graczem. Nie jakimś naprawdę dobrym czy wspaniałym, ale porządnym, znającym reguły gry i jej zasady. Wiedział co i jak należy robić.
Dlatego taki długi wstęp w wykonaniu kogoś innego mógłby się zakończyć bardzo szybko.
Josh jednak zaryzykował i, korzystając ze swego wrodzonego i nadnaturalnego uroku zdołał przekonać Azjatów do swych racji. Mężczyzna kiwnął lekko głową w stronę swej towarzyszki, oczekując na jakąś reakcje z jej strony; ten pozornie prosty gest zdawał się też potwierdzać podejrzenia nieumarłego, że łysy Chińczyk (albo inny Koreańczyk) istotnie znał angielski. Po prostu się z tym nie zdradzał. Co innego kobieta, najwyraźniej spragniona komplementów i uroczych słów. Uśmiechnęła się szeroko, a policzki pokryły się delikatnym rumieńcem, świadcząc o żywym, bijącym sercu.
- Chcemy zostawić kilka drobiazgów, to prawda. - odezwała się w końcu, tylko trochę wahając się nad wyjawieniem celu wizyty w porcie. - Ewentualnie zabrać kilka innych. Jedynie wieczorami i rankami mamy trochę wolnego, chcemy więc jak najlepiej korzystać z danego mam, tak przecież ograniczonego, czasu. Rozumie pan to doskonale, czyż nie? - dodała moment później. Mówiła spokojniejszym już tonem i chyba była zadowolona. Na pewno była w znacznie lepszym nastroju niż chudzielec. Joshua widział też po jej twarzy, że chciała powiedzieć coś jeszcze, a było to coś, czego zdecydowanie nie podejrzewała jeszcze kilka chwil wcześniej. Znalazła się w końcu pod wpływem wampirze Prezencji. Zachwyt tak działał na ludzi.
Telefon zadzwonił.
Sygnał był jeden, samotny i krótki. Coś, co można było uznać za pomyłkę, za zwyczajny błąd i niedopatrzenie. Nic, co mogło i powinno zwracać uwagę - dla wtajemniczonych, a taki był przecież i Josh - sygnał był... no, sygnałem. Znakiem, że wiadomość została odebrana, a odbiorca zgadza się z nią w pełni i już się zbiera do działania. Coś takiego było prostsze, niż pisanie jakiegokolwiek esemesa i skupianie się na szyfrach mniej lub bardziej skomplikowanych. Dla stojących w pobliżu Azjatów była to więc rzecz normalna. On przekrzywił lekko głowę, zirytowany. Ona, ciągle pod wpływem pochlebstw Josha, nawet nie zwracała uwagi na coś tak trywialnego.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#54
Nie można było powiedzieć, żeby Hunter w pełni panował nad obecną sytuacją. Mężczyzna, który wydawał mu się dowodzić w tej parze był uspokojony, lecz ponieważ nie uległ mocy jego Dyscypliny, wciąż posiadał trzeźwy osąd sytuacji i w pełni zrozumiałą w tym miejscu i o tym czasie podejrzliwość. Co więcej, Josh wciąż nie wiedział, czy miał do czynienia z dwójką złodziei, wysunięta na przód forpocztą większej bandy czy też-mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe-po prostu ze zwykłymi ludźmi, którzy po prostu mieli w ten wieczór interesy do załatwienia. Niewiedza zawsze miała tą upierdliwą właściwość, że mogła w najgorszym momencie po prostu wybuchnąć człowiekowi-lub też wampirowi-prosto w twarz.

Niemniej jednak, w tej chwili to właśnie Hunter miał silniejsze karty w ręku. Tak jak on nie znał tych ludzi, tak też i oni nie znali jego. Teraz zaś, gdy im wcisnął pierwszej świeżości kit, mieli całkowicie niewinny i fałszywy obraz stojącego przed nimi mężczyzny. Hunter miał już rolę do odegrania, naładowany pistolet w kieszeni i jak to ogłosił mu telefon krótkim sygnałem, miał już wsparcie w okolicy.Młody Ventrue miał na ten moment tyle asów w rękawie, że może karetę by nie ułożył, ale za to miał szansę na mocnego fula.

Wcielając się w rolę zmęczonego i nie pasującego do tego miejsca urzędasa Hunter sięgnął po telefon, po czym puścił poły płaszcza, gdy dla wszystkich wiadomym było, że po pierwszym sygnale nie będzie już dalszego dzwonienia. Z przepraszającym uśmiechem na twarzy, z mową ciała wyrażającą jedynie zakłopotanie, Josh szybko przeprosił stojącą przed nim parę. -Przepraszam najmocniej, od paru godzin jestem pod ciągłym telefonem-przeprosił miłym tonem, choć jego głos był dodatkowo zabarwiony zmęczeniem i znużeniem. -Gdyby tak tylko można było się rozdwoić, lub chociaż wydłużyć dobę-zażyczył sobie udawany urzędnik, po czym obdarzył oboje ludzi nieśmiałym uśmiechem, jakby szukał u nich akceptacji.

-Ale tak, wiem doskonale, o czym pani mówi-wrócił nagle do słów kobiety i sedna tej rozmowy. -Cały dzień od świtu do zmierzchu ma się rozplanowane co do minuty, więc żeby można było cokolwiek dodatkowo jeszcze zrobić, to trzeba to opłacić ostatnimi wolnymi chwilami-pokiwał smutno głową, jakby właśnie w myślach liczył, kiedy to ostatni raz wziął jakiś urlop czy też zwolnienie chorobowe. -I choć muszę przyznać, że najchętniej bym państwa jeszcze do rozmowy zatrzymał, bo będę musiał pewnie jeszcze czekać co najmniej pół godziny na chłopaków, to nie śmiem jednak państwa zatrzymywać już dłużej. Im szybciej państwo załatwicie swoje sprawy, tym szybciej powrócicie do domu, czego Wam serdecznie zazdroszczę. Na moment zawahał się, jakby nie wiedział jak zakończyć tą rozmowę, po czym z miłym uśmiechem na twarzy dodał -Jakby mieli państwo jeszcze chwilkę tej nocy by się czegoś napić, to mam nadzieję, że wypijecie za szansę naszego ponownego spotkania. W lepszej, nie tak pracowitej chwili. Ja na pewno będę o tym pamiętać po powrocie do domu-z tymi słowami mrugnął do dziewczyny, jakby nagle poczuł się ośmielony jej urodą. Do mężczyzny zaś ukłonił się, z szacunkiem, lecz nie przesadnie. -No już, zmykajcie stąd i idźcie do swojego magazynu- dodał w myślach, mentalnie popychając ludzi do dalszej drogi.
KARTA POSTACI: Joshua Hunter
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Hiszpański Dominacja
Opis Postaci | 
W tym momencie Hunter biega w stylu tzw business casual. Czarne, skórzane buty w nienagannym stanie. Ciemnogranatowe dżinsy z brązowym, skórzanym pasem. Czarna koszula, zapięta na dworze, ale gdy tylko wchodzi do środku budynku górne dwa guziki są natychmiast odpinane. Nieodłączny elegancki zegarek na prawym nadgarstku i srebrny pierścień na prawym środkowym palcu. Do tego jeszcze granatowa marynarka, pasująca kolorem do spodni. Ponieważ jest luty, nosi dodatkowo ładny szary szal i czarny płaszcz.

Re: Port of Seattle, nabrzeże 05/05/99

#55
Azjata dalej trwał niewzruszony, niczym skała ignorująca coraz to większe i potężniejsze fale. Ta metafora wbrew pozorom była całkiem trafna; mężczyzna miał jakieś podejrzenia, może nawet obawy wobec Josha. Jego towarzyszka jednakże, kupiona urokiem i ogólną prezencją nieumarłego, dosłownie jadła Hunterowi z dłoni. Uśmiech jej twarzy mówił to wszystko aż za dobrze; słowa Josha poświęcone godzinom, minutom spędzonym na oczekiwaniu i na pracy najwyraźniej tknęły czarnowłosą dziewczynę. Zdjęła z nosa ciemne okulary w sposób który wyraźnie wskazywał na ochotę do dalszego flirtu i skinęła ostatecznie głową.
Westchnęła ciężko i, odwracając się do Azjaty, wyrzuciła z siebie kilka ostro brzmiących acz paradoksalnie miłych dla ucha słów w obcym języku. Łysy przedstawiciel Państwa Środka lub Półwyspu Koreańskiego mruknął coś niewyraźnie w odpowiedzi i wziął torbę sportową. Niespiesznym krokiem ruszył dalej alejką, co kilka chwil odwracając głowę w kierunku wampira i dziewczyny. Marzenie Josha, by ta dziwaczna para sobie poszła w cholerę w połowie się spełniło.
- Może kiedyś spotkamy się na drinku i wspólnie ponarzekamy na brak czasu. - powiedziała cichym, zalotnym niemal głosem. - Kto to wie? Noce są długie, a spędzanie ich samotnie nie jest niczym przyjemnym. Dobrej nocy panu życzę. - uśmiechnęła się szerzej, błyskając równymi, białymi zębami. Kłów nie stwierdzono, ale za wiele to nie mówiło. Oczy także nie wskazywało na nadnaturalne pochodzenie, lecz Kain sam jeden wie, co się może czaić za tymi ładnymi, zielonkawymi tęczówkami. Niechętnie zrobiła kilka pierwszych kroków, oczekując, że Josh pociągnie tę zabawę dalej, lecz w końcu przyspieszyła.
Chwilę później zrównała się z łysolem. Joshua Hunter został w końcu sam. Niebezpieczeństwo - jakiekolwiek by nie było - zostało ostatecznie zażegnane.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#56
Właz od studzienki kanalizacyjnej w jednej z ciemniejszych zaułków nadbrzeża uchylił się. I, jak zwykle, na tym się skończyło - tak przynajmniej powiedziałby każdy śmiertelny w promieniu kilkunastu metrów.
Gdyby przypadkiem był tu ktoś dysponujący dyscypliną Nadwrażliwości, mógłby wykryć coś więcej. Przez coś można też rozumieć gigantyczną masę martwego, rozkładającego się mięsa z rybimi oczyma i paszczą, która wyglądała jak potworne rozcięcie w głowie. Gnilec ten nie tylko powoli wyszedł ze studzienki, gubiąc przy tym płaty żółto-zielonego tłuszczu, ale też mlaskał, ciamkał i siorbał, jakby jutra miało nie być.
Brudne i obwisłe ubrania z mnóstwem kieszeni które miał na sobie wcale nie sprawiały, że wyglądał normalnie. Upewnił się, że nikt go nie widzi i powoli zasunął właz.
Powoli człapiąc i zostawiając za sobą strużkę żółci z pękniętego ropienia, martwy gnilec ruszył w stronę portu. Plan był prosty - zdobyć łódź i skoczyć zobaczyć, o co chodzi z całym tym lodołamaczem. Musiał być ważny, skoro wszyscy tak koło niego skakali, a odkąd Sabat zrobił co zrobił, to i on sam był na wojennej ścieżce.
KARTA POSTACI: Kwiatuszek
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: francuski,
Opis Postaci | 
Rozpadający się, napęczniały Nosferatu. Wysoki, noszący stare, brzydkie i obszerne ubrania. JEgo ciało wygląda, jakby zaraz miało odpaść, a on sam wdaje z siebie niesamowicie irytujące odgłosy.

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#57
Słysząc słowa dziewczyny Hunter odegrał zaskoczenie, choć spodziewał się takich słów już przy pierwszych oznakach zauroczenia u żyjącej. Prezencja była potężną Dyscypliną. Niechęć i nieufność potrafiły zamienić w sympatię, a jeśli osoba na której ją użyto odczuwała najlżejszy nawet afekt dla wampira, nagle pojawiały się uczucia przyjaźni, fascynacji czy miłości. Nawet jeśli było to sztuczne uczucie i nawet jeśli potrafiło bardzo szybko przeminąć, jeśli wie się wystarczająco wiele o naturze ludzi, można zwojować cały świat dzięki takiemu nadnaturalnemu urokowi. Josh, jako jeszcze młody i niedoświadczony Spokrewniony, póki co ograniczał swoje ambicje do Seattle. Zanim dziecko może nauczyć się biegać, powinno wpierw nauczyć się chodzić, czyż nie?

Człowiek, którego Hunter postanowił udawać, był przyjemnie zaskoczony ale też i zawstydzony. Nic nie powiedział, gdy Azjata opuścił ich towarzystwo, choć widać było, że próbował coś z siebie wykrzesać. Dopiero, gdy kobieta oddaliła się na parę dłuższych kroków zawstydzony urzędas zdołał wykrztusić z siebie-Ja, ja też na to liczę. Jakaś kawa czy dobry drink...-zawiesił głos, jakby próbował przezwyciężyć nieśmiałość, cały czas patrząc na plecy kobiety. Przez moment wydawało się, że zatrzyma się ona w pół kroku, lub chociaż zwolni żeby go w pełni wysłuchać. Niemniej jednak jej towarzysz-a może jednak szef?- cały czas na nią czekał i nie mogła sobie pozwolić na chwilę zwłoki. -Również dobrej nocy państwu życzę i oby udało nam się spotkać wkrótce ponownie, niekoniecznie w dokach-zawołał jeszcze za żyjącą kobietą, po czym gdy ta parka zniknęła mu z oczu, pozwolił sobie na nieśmiały uśmiech.

Gdy został wreszcie sam, Hunter wyciągnął telefon i powiadomił swoich ludzi o postępach w planie i wydał kolejne rozporządzenia. Następnie rozejrzał się raz jeszcze po okolicy, żeby upewnić się, że nikogo nie ma w pobliżu. Gdy już upewnił się, że jest bezpiecznie, Arystokrata ponownie wślizgnął się do środka starego magazynu. Gdy już znalazł się w środku pokazał Estebanowi, że ma do niego podejść. -Powinno być teraz ok-wyszeptał do chłopaka, po czym dodał-miej jednak oczy otwarte. Rodrigo ma zaraz podejść i zajrzeć tutaj, a Jorge też będzie na czatach stał-zapewnił chłopaka, po czym nie tracąc już czasu podszedł do ich zakładnika. Drzwi zatrzasnęły się za młodym Latynosem, a Josh podszedł do leżącego na podłodze Steve'a. Gość z Trzynastki był ledwo przytomny, ale wydawał się wciąż mieć kontakt ze światem.

-Nikt cię nie uratuje-powiedział Hunter cichym, ale wyraźnym głosem, po czym wyciągnął z kieszeni telefon chłopaka i położył go na podłodze jakieś trzy czy cztery kroki od właściciela. Następnie przyłożył rewolwer do pleców Steve'a na wysokości odcinka lędźwiowego kręgosłupa i dodał-Postrzelenie kręgosłupa może się zakończyć paraliżem ciała. W tym odcinku, kula mogłaby cię sparaliżować na całe życie od pasa w dół-powiedział lekkim tonem i dał żyjącemu sekundę czy dwie na przetrawienie tego faktu. -Będziesz kaleką, ale przeżyjesz...o ile oczywiście nie dojdzie do rykoszetu. Nie jestem ekspertem i akurat nie jest to coś, co filmy akcji pokazują. Kula jest w stanie łatwo przejść przez miękkie tkanki-skóra, mięśnie, organy-ale jak nie ma się zajebistego kalibru to pocisk nie przejdzie przez kość. Odbije się od niej-tutaj zaczął dociskać lufę rewolweru i przesuwać nią po ciele Deshpande, jakby starał się przewidzieć trasę kuli. -Jednemu facetowi w Illinois kula wpadła w pachwinę zaraz obok jaj, po czym odbiła się od obojczyka i poszła w górę, masakrując mu serce i płuco zanim wyszła przez tył jego pleców. Koronerom zajęło to w chuj czasu, zanim odnaleźli wreszcie dziurę wlotową-znów zawiesił głos i dał chłopakowi czas do przemyślenia swojej sytuacji.

-Kto do ciebie dzwonił, Steve?-Hunter kliknął telefon, żeby jego ofiara mogła zobaczyć nieodebrany numer. -Ktoś z gangu zapewne? Po ataku Lagrimas pewnie znowu macie mieć spotkanie, dobrze mówię? Popraw mnie jeśli się mylę-poprosił i docisnął rewolwer znów do pleców człowieka , tym razem bliżej wątroby. -Chcę wiedzieć, kiedy i gdzie macie kolejne spotkanie Steve. Od twoich odpowiedzi zależy to, czy wyjdziesz stąd żywy, więc lepiej żebyś miał coś ciekawego do powiedzenia... i lepiej, żebyś nie kłamał. Brzydzę się kłamstwem i kłamcami, a będę wiedział, jeśli mi spróbujesz kit wcisnąć-zagroził czy też raczej enigmatycznie obiecał człowiekowi, jaki los go będzie czekał
KARTA POSTACI: Joshua Hunter
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Hiszpański Dominacja
Opis Postaci | 
W tym momencie Hunter biega w stylu tzw business casual. Czarne, skórzane buty w nienagannym stanie. Ciemnogranatowe dżinsy z brązowym, skórzanym pasem. Czarna koszula, zapięta na dworze, ale gdy tylko wchodzi do środku budynku górne dwa guziki są natychmiast odpinane. Nieodłączny elegancki zegarek na prawym nadgarstku i srebrny pierścień na prawym środkowym palcu. Do tego jeszcze granatowa marynarka, pasująca kolorem do spodni. Ponieważ jest luty, nosi dodatkowo ładny szary szal i czarny płaszcz.

Re: Port of Seattle, nabrzeże 05/05/99

#58
Na terenie portu w tej chwili przebywały przynajmniej dwa wampiry.
Mniej więcej w tej samej chwili, gdy Josh zniknął za drzwiami magazynu i posłał na zewnątrz Estebana, trochę dalej drgnęła pokrywa studzienki ściekowej. Nikt jednak tego nie zauważył - w porcie nie było aż tak tłoczno, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. Kwiatuszek, bo to ten Nosferatu wydostał się z kanalizacji, był niewidoczny gołym okiem. I chwała Bogu, bo klanowe przekleństwo, będące najzwyklejszym okrucieństwem, nie było łaskawe w jego przypadku. Groteskowa i obrzydliwa sylwetka wampira poczłapała dalej, w stronę szumu wody.
Fale atakowały nabrzeże raz za razem. Zacumowane bliżej małe stateczki i łodzie kołysały się równym tempem. Dalej, na znacznie bardziej już otwartej wodzie, przy wysuniętych pirsach, zacumowane były znacznie większe jednostki, górujące nad wszystkim dokoła. A już dalej, na otwartej przestrzeni Elliott Bay, widać było potężną i nieruchomą sylwetkę lodołamacza. Mrok pokładu rozświetlały pojedyncze lampy; wokół "Iriny" krążyły przynajmniej dwie łajby patrolowe straży, omiatając szperaczami wzburzoną wodę dokoła.
Znalezienie czegokolwiek, co pozwoliło by dostać się do "Iriny" było proste.
Problemem był tylko wybór. Ukraść łódkę? Jacht? Kuter? Koło ratunkowe? Niezależnie od tego, co Kwiatuszek wybierze, droga do lodołamacza nie była wcale tak trudna ani daleka. Podróż potrwa może dziesięć minut. Może nawet mniej. Tak samo było też w przypadku znajomych Josha: Ventrue poczuł wibracje telefonu, gdy ktoś zadzwonił. Tym razem dwa sygnały i chociaż znowu można było uznać to za niewinną pomyłkę, to dla Arystokraty była to rzecz bardzo wyraźna, doskonała wręcz odpowiedź. Wsparcie nie było już tak potrzebne.
Kwiatuszek mógł dostrzec nadjeżdżający samochód. Honda, niepozorna, zwyczajna, w szarawym kolorze. Idealny wóz dla kogoś, kto nie chce się zbytnio wyróżniać. Kierowca zwolnił mniej więcej w pobliżu jednego z niewielkich parkingów, gdzie zresztą zaparkował. Chwilę później trzasnęły drzwi i przez port ruszyły dwie kolejne osoby - wyraźnie zadowolone, o czym świadczył nieco chwiejny chód jednego z nich. Pierwsza z nich, wysoka i szczupła, mocno opalona, z włosami spiętymi w koński ogon i potężnym zarostem na twarzy wyraźnie się zataczała. Druga, znacznie niższa, ale i tęższa, miała równy i prosty chód. Rozmawiali szeptem i w końcu się rozdzielili; brodacz skierował się w jedną stronę, jego niższy towarzysz od razu wszedł do magazynu.
W chwili, gdy gnijącym ślepiom Kwiatuszka udało się zauważyć dwie, małe łódki zacumowane jedna obok drugiej, pełne rybackiego sprzętu, Steve stracił panowanie nad pęcherzem. Zsikał się ze strachu; Hunter bardzo mądrze postąpił wbijając mu lufę w plecy. Zaczął coś niewyraźnie bełkotać, że nie wie, że nie ma pojęcia, że fiasko z napadem zmieniło plany i tak dalej, i tak dalej. Rodrigo natomiast oparł się o ścianę magazynu i, patrząc na kałużę moczu, klasnął parę razy dłońmi.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#59
Plask, plask.
W porcie było więcej wody, a i kilkudniowe opady które poprzedziły tę noc jeszcze dały się we znaki.
Plask, plask - woda pod butami gnijącego, obrzydliwego truchła rozpryskiwała się na boki.
Mlask, mlask - samo truchło mówiło, nie wiadomo do kogo, nie wiadomo czy świadomie.

Kwiatuszek podszedł do mola, mijając budki ochrony portu, strażnicze i tym podobne. Nie było tu zbyt wielu ludzi, a Ci którzy tu byli uważali, by nie dać się poznać, umieli pilnować własnego nosa. Kto nie umiał, szybko był tego uczony.
Nosferatu wciągnął zapach oceanu. Nie było to trudne w Seattle, otoczonego - czy wręcz wypełnionego - wodą, ale zawsze znajdował to uspokajającym. Pewnie gniłby mniej w bardziej suchym klimacie, ale nigdy go to jeszcze nie skusiło. Woda, toń, spokój. I to przekonanie, że gdzieś na morza dnie czai się coś gorszego niż on sam, więc może nie jest jeszcze tak źle.

Kwiatuszek znalazł najmniejszą łódź w porcie z napędem silnikowym. Zgarnął też trochę lin i inne przybory które mogłyby mu się przydać. Chwila zabawy z zamkiem i łódź zmieniła posiadacza. Chwila zabawy z silnikiem i łódź bezszelestnie wypływała już z portu, a silnik szumiał aż miło.
Kwiatuszek rzucił też okiem na Seattle, coraz bardziej w oddali, być może ostatni raz.

Zaczął już grzebać przy silniku. Gdy nadejdzie odpowiedni moment, puści łódkę bokiem, zaprószy ogień, a sam wykorzysta linę i haki by wspiąć się na statek.
[potencjalne przejście na priv]
KARTA POSTACI: Kwiatuszek
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: francuski,
Opis Postaci | 
Rozpadający się, napęczniały Nosferatu. Wysoki, noszący stare, brzydkie i obszerne ubrania. JEgo ciało wygląda, jakby zaraz miało odpaść, a on sam wdaje z siebie niesamowicie irytujące odgłosy.

Re: Port of Seattle, nabrzeże

#60
Patrząc na rozrastającą się kałużę moczu, Hunter już wiedział, że wola Steve'a była całkowicie złamana. Nie był już w stanie kłamać czy zachować milczenie, żeby ratować resztę gangu. Niestety, ewidentnie nie posiadał już żadnych odpowiedzi, które zadowoliłyby wampira, inaczej już by je wypaplał, żeby móc tylko przeżyć tę noc. Niewiele już mógł się przydać Arystokracie i chyba domyślał się tego, bo strach plątał mu język i zaczynał beblać niezrozumiale.

-To nie są odpowiedzi, które chciałem usłyszeć-powiedział grobowym tonem, a leżący na podłodze człowiek wyraźnie się skulił. -Ale nie będę cię karał za niewiedzę Steve, bo wciąż możesz mi się przydać. Wciąż możesz stąd wyjść w jednym kawałku-powiedział już nieco łagodniejszym tonem, żeby dać gangerowi iskierkę nadziei. Poczekał chwilę, aż żyjący uspokoi się trochę i wyrówna oddech, a także żeby nadzieja zdążyła się zatlić w jego sercu. Uważając na kałużę, Josh obrócił spętanego człowieka tak, żeby znalazł się na boku.

Następnie Hunter wyciągnął telefon zabrany od Deshpande i położył na podłodze obok gościa. Nachylając się nad twarzą człowieka Josh powiedział cichym, ale nieznoszącym sprzeciwu głosem-Spójrz na mnie. Spójrz mi w oczy, żebyś wiedział, że nie kłamię-wydał polecenie, które skrępowany mężczyzna wykonał, choć miał problem z poruszaniem poobijanej głowy. -Wyjdziesz stąd żywy, dopóki wykonasz to jedno polecenie. Wola człowieka była już skruszona, więc użycie Dominacji było tutaj zbyteczne....ale Ventrue i tak wolał zmaksymalizować swoje szanse. Zadzwonisz na ten nieodebrany numer. Jeśli spytają o zasadzkę wyjaśnisz im, że udało ci się ledwo zwiać z życiem, a następnie spytasz ich co masz dalej robić. Hunter zakończył swój hipnotyczny urok po czym dodał jeszcze-Jeśli spróbujesz ich ostrzec, to cię zabiję, bez wahania. Ale jeśli zrobisz jak mówię, to nie tknę cię nawet palcem-obiecał Stevenowi, po czym wziął znów telefon i kliknął nieodebrane połączenie. Ręka z telefonem zawisła nad twarzą człowieka, rewolwer wciąż był wymierzony pomiędzy jego oczy, a wzrok Josha był zimny i bezwzględny. Jeśli tylko Deshpande powie jedno słowo, które nie będzie Spokrewnionemu pasować, zamierzał bezzwłocznie zerwać połączenie....a następnie ukarać leżącego przed nim człowieka.
KARTA POSTACI: Joshua Hunter
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Hiszpański Dominacja
Opis Postaci | 
W tym momencie Hunter biega w stylu tzw business casual. Czarne, skórzane buty w nienagannym stanie. Ciemnogranatowe dżinsy z brązowym, skórzanym pasem. Czarna koszula, zapięta na dworze, ale gdy tylko wchodzi do środku budynku górne dwa guziki są natychmiast odpinane. Nieodłączny elegancki zegarek na prawym nadgarstku i srebrny pierścień na prawym środkowym palcu. Do tego jeszcze granatowa marynarka, pasująca kolorem do spodni. Ponieważ jest luty, nosi dodatkowo ładny szary szal i czarny płaszcz.
Odpowiedz

Wróć do „2711 Alaskan Way, Port of Seattle”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość