2026 NW Market Street, piwnica, magazyny

#1
  W każdej bibliotece znajduje się też magazyn i archiwum, gdzie przechowuje się książki zanim zostaną udostępnione czytelnikom. Czasami też niezbędna jest ich renowacja, czy nawet i całkowita naprawa, jeżeli okładka się rozpadnie w skutek nadmiernego użytkowania lub zwykłego niechlujstwa. Pod parterem, tuż obok schodów, mieści się mała pracownia pełna klejów, pędzelków, nożyczek, przezroczystej taśmy klejącej, małej i podręcznej maszyny do szycia i klejenia papieru oraz mnóstwo sznurka i papieru, zarówno miękkiego, jak i twardego.

Wszystko to jest wykorzystywane przy próbach przywrócenia książkom ich dawnej chwały, bo jeśli przykładowo grzbiet danej pozycji odklei się od twardej okładki, to wystarczy tylko posmarować klejem, albo przyszyć papier do papieru i po sprawie. Problem pojawia się, jeżeli strony zostają rozdarte, zalane, czy zniszczone w inny sposób; Paul lub Martha spędzają wtedy często całą noc, próbując doprowadzić tom do stanu sprzed katastrofy.

Ta pracownia jest więc ciasnym, zagraconym pomieszczeniem, w którym zapach papieru miesza się z zapachem kleju, a na drewnianym blacie piętrzą się najróżniejsze narzędzia i sprzęty; wisząca pod sufitem mała, ale nad wyraz potężna żarówka daje wystarczająco dużo światła, by można było pracować w spokoju za zamkniętymi, solidnymi drzwiami. Idąc dalej korytarzem można trafić do magazynu i archiwum, gdzie w grubych, zaimpregnowanych kartonach są poukładane książki stare, niepotrzebne, nieużywane już czy nawet i przeznaczone na makulaturę, podobnie jak gazety i inne czasopisma (aczkolwiek najróżniejsze magazyny są układane rocznikami na samym końcu magazynu będącego labiryntem stworzonym przez piętrzące się stosy kartonów, pudeł i mebli).

I to właśnie tam, pomiędzy archiwalnymi numerami The Seattle Times, Seattle Post-Intelligencer, The Daily UoW, Forbes, NY Times, Boston Globe i innych gazet znajdują się drzwi widoczne tylko dla wybranych. Spokrewnieni je widzą, to prawda, ale tylko nieliczni z nich są w stanie je otworzyć, o przekroczeniu progu nie wspominając - Frank już o to zadbał, szczególnie po problemach z Wadsworthem. Nikt poza Regentem tam nie wejdzie; wymagane jest jego wyraźne zaproszenie i zgoda. Nikt też nie wie, co tak naprawdę znajduje się w środku i czym jest ta tajemnicza "Fundacja", jak czasami szepczą do siebie Paul i Martha.

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny

#2
| z holu wejściowego Ballard Carnegie Library

Migoczące czerwono-szare światełka, owszem, były bardzo wymowne. Zwłaszcza, że znajdowała się na terenie Biblioteki - nie jakiejś państwowej, nadzwyczajnej czy posiadającej specjalne, rzadkie zbiory, ale zwykłej, miastowej. To też świadczyło między innymi o bogactwie właściciela bądź posiadania sporej ilości sojuszników. Lub - jeśli już naprawdę głęboko doszukiwać się przyczyny - o ważności budynku, w którym się znajdowała. A ona, jako Nieumarła, mająca dostęp do wiedzy, do której śmiertelnicy nie byli dopuszczani, aż nadto dobrze znała wartość Ballard Carnegie Library. O księgozbiorach i artefaktach Tremere chodzą przecież legendy. Nieważne jacy byli. Nieważne jaką mają historię. Nieważne jak bardzo hermetyczni i zacofani społecznie byli. Tremere się nie lekceważyło. Tak, jak nie lekceważyło się Ventrue. W pewien sposób, w pewnym sensie, Czarnoksiężnicy i Arystokraci stanowili najpotężniejsze klany Camarilli.
Helena cierpliwie i spokojnie czekała aż Weaver wyraźnie odezwie się do niej i Seneszala. Jeszcze gdy zbliżał się do nich w asyście nieznajomego, przysunęła się do Charlesa. To bardzo ważne, by byli widziani jako jedność. Chociażby symbolicznie. Asystujący Regentowi mężczyzna wyglądał na młodego i niezwykle przystojnego. Najpewniej Spokrewniony - na takie rozmowy, nieważne czy z Brujah czy może Malkavianami - nie zabierało się ani śmiertelników ani Ghuli. Musieliby być naprawdę wartościowi, a to zdecydowana rzadkość. Nie wspominając już o jego postawie i ubiorze, tak bardzo przypominającej jednego z Arystokratów. Helena do obu Spokrewnionych nabrała szacunku. Do Weavera po przelotnym spojrzeniu w jego oczy, bo przecież nie patrzył na nią bezpośrednio, nawet nie starał się odwrócić wzroku. A dostrzegła w nich niczym niezmącony spokój. Zdystansowanie do świata zewnętrznego. Powagę, ale nie taką, jaką widuje się u Ventrue - taką, która pokazuje, że nie ignoruje się tego, co się dzieje dookoła mimo braku zainteresowania rzeczami przyziemnymi, mało istotnymi czy po prostu będącymi częścią czegoś większego. Ten drugi z kolei... Cóż, zdecydowanie miał wysoką charyzmę. Markizie wystarczyło jedno krótkie spojrzenie, by wiedzieć, że pod żadnym pozorem nie powinna go lekceważyć.
Kątem oka przyjrzała się jaką książkę Frank kazał zniszczyć Marcie. Jeśli dostrzegła chociażby niemiecki tytuł, to postarała się go zapamiętać, przynajmniej po to, by później spróbować dowiedzieć się czym zajmuje się Weaver. Co wcale nie znaczyło, że tym własnie, ale to wciąż stanowiło informację. Drobną, ale informację. A to najdroższa waluta wśród Spokrewnionych.
Gest Franka poprzedzony słowami uznała za nakaz, by udać się za nim. Odczekała chwilę aż ten ze swoim asystentem wyprzedzą ich o stosowną odległość nie naruszającej strefy prywatności, a następie spojrzała krótko na Charlesa. I postąpiła za Regentem Weaverem oraz towarzyszącym mu mężczyźnie.
KARTA POSTACI: Markiza Helena Ainsworth
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Łacina
Opis Postaci | 
14.02.1999 r.
"Tej nocy miała na sobie kremowy płaszcz, a pod nim czarną marynarkę oraz tego samego koloru koszulę wykonaną z luźnego poliestru. Do tego bordowe spodnie typu pegged podkreślające jej talię. Czarne, lakierowane szpilki oraz skórzana, prostokątna torebka pozbawiona jakichkolwiek ozdób dodawały jej zewnętrznemu wyglądowi klasy. Ciemnobrązowe włosy spięła w ciasny kok, a w uszy wsunęła rubinowe kolczyki. Na prawą rękę założyła bransoletkę z rubinami do kompletu. Jedyna część biżuterii, mogąca wzbudzić wrażenie niedopasowania, to srebrny pierścień rodowy linii krwi będący na małym palcu lewej ręki."

+ ekwipunek

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny (02,14,1999)

#3
Image
Image
Image
Image
Kwestią bardzo dyskusyjną jest, czy Czarnoksiężnicy i Arystokraci stanowili najpotężniejsze klany Camarilli. Ogółem, na świecie, może i tak jest, ale w Seattle sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Ventrue stracili władzę, stali się pośmiewiskiem i synonimem czegoś niedobrego, paskudnego. Tremere stali się niejako obiektem żartów, szkalowania, głównie za sprawą poprzedniego Księcia i jego dość niecodziennego zachowania. Ale teraz, kiedy na tronie Szmaragdowego Miasta zasiadał ktoś inny, wszystko się może zmienić.
Wampiry zeszły poziom niżej.
Biblioteczne piwnice pachniały cudownie - starym papierem, wyschniętą skórą i tekturą, klejem służącym do łączenia grzbietów książek - i wbrew pozorom nastrajały optymistycznie. Choć w Ballard Carnegie Library kryła się tremerska Fundacja, bez wątpienia jedno z najniebezpieczniejszych miejsc w Seattle dla żywych i nieumarłych, to było tutaj... przytulnie. Miło. Helena widziała po swojej prawej stronie otwarte drzwi, prowadzące do - najpewniej - pracowni. Było to małe i ciasne, zagracone niemalże do granic możliwości pomieszczenie, gdzie na starym, wysokim stole leżały najróżniejsze książki i mnóstwo pędzelków, nożyczek i całe mnóstwo innych przyborów pomocnych przy pracy. Wisząca pod sufitem pojedyncza, stara żarówka rzucała ciepłe, pomarańczowe światło na wszystko dokoła.
Wąski korytarz, którym szedł Regent z depczącym mu po piętach nieumarłym był niemal całkowicie skąpany w mroku. Światło tej jednej, jedynej żarówki z pracowni nie było w stanie zwalczyć ciemności. Ainsworth słyszała ciche marudzenie Charlesa. Seneszal nie komentował jednak nic konkretnego, by nie narazić się Frankowi, ograniczał się po prostu do swojego zwyczajnego narzekania. Był z tego przecież znany.
- Panno Ainsworth, panie Campbell, jeżeli nie macie mi nic do powiedzenia, możecie opuścić budynek. Nowicjusz Black was odprowadzi. - odezwał się nagle Weaver, nie patrząc jednak na swych gości. Mówił uprzejmie, ale fakt, że Ventrue i Malkavian nie rozpoczęli rozmowy zdawał się go trochę irytować. Tremere zwolnił kroku i zatrzymał się przy rozwidleniu powstałym przez stare meble, kartony, szafy oraz regały. Zdjął jedną ze starych książek i otworzył ją gdzieś w połowie, bez wątpienia czegoś szukając.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny

#4
W istocie, w Seattle zarówno Ventrue, jak i Tremere nie cieszyli się ani popularnością ani przychylnością. Ci pierwsi mieli co najwyżej niewielkie poparcie wśród członków klanu Brujah, którzy byli ich zbrojnym ramieniem gdy jeszcze rządził Anthony Wadsworth. Historia potoczyła się jednak tak, a nie inaczej, i teraz trzeba było przyjąć konsekwencje z nich wynikające, nawet jeśli samemu nie było się w stanie im zaradzić mimo chęci. Może gdyby Helena była bardziej starsza i miała wysoką pozycję w klanie, wówczas mogłaby podjąć stosowne kroki. Co nie zmieniało jednak faktu, że na skalę światową to Ventrue byli u władzy. I Markizie Ainsworth bardzo nie podobało się to, że tu, w Seattle, nie są. Gorzej: że upadli, a podniesienie się będzie nie tyle co trudne, ale czasochłonne. Nadwerężonego zaufania nie tak łatwo odzyskać. O ile w ogóle kiedykolwiek się uda.
Zapach bibliotecznych piwnic był cudowny. Gdyby nie tak poważne spotkanie, na jakim aktualnie była, z pewnością pozwoliłaby sobie na delektowanie się zapachem historii. Na pewno było tu miło i przytulnie, choć to wrażenie bardzo szybko zostało wyparte przez chwilową nostalgię - myśl, ile ludzie, czy nawet ghule i wampiry, musieli się natrudzić, by odzyskać zniszczone skrawki historii. Bo ona mimo wszystko była ważna. To na niej opierało się życie. W pewnym sensie. Gdyby nie historia, kultura, opowieści, legendy - nie byłoby tego, co świat oferuje teraz. Dlatego, mimo iż Helena nie bywała w takich miejscach, to bardzo je ceniła.
Obserwowała plecy Franka Weavera i asystującego mu mężczyzny, Nowicjusza Blacka, jak się chwilę później dowiedziała. Gdy Ci się odwrócili, żarówka z mijanego zagraconego pokoiku nie dawała wystarczająco światła, by mogła podjąć próbę empatycznej interpretacji zachowania obu Tremere. Musiała się powołać na swoje dotychczasowe doświadczenia, a dyscypliny nadwrażliwości nie śmiała próbować aktywować. Nie mogła sobie pozwolić na zdenerwowanie Regenta jeszcze bardziej. Charlesa już nawet nie musiała - jego niebywale fatalistyczny nastrój był niezmienny. Nie odezwała się pierwsza. To Weaver był tutaj gospodarzem, to na jego pozwolenie czekała. A gdy je w końcu uzyskała, odezwała się po kilku sekundach ciszy.
- Regencie Weaver, Nowicjuszu Black. - Zaczęła, nie bez powodu wspominając również Blacka. Przyszła do Regenta, to prawda, ale powołała się na polityczne doświadczenie: nie ignorowało się towarzyszącej osoby, nawet jeśli była niższa rangą. Skoro została zabrana na rozmowy, to znaczy, że w jakiś sposób była ważna. Prawda, Tremere to nie Ventrue, ale pewne zasady etykiety obowiązywały wszędzie. Miała tylko nadzieję, że w tym przypadku jej nie zawiodą. - Ostatnie wydarzenia w Seattle; nie tylko te mające miejsce w ciągu ostatnich kilku nocy, ale i lat, spowodowały nie tylko wzmocnienie pozycji Sabatu, lecz również rozłam Sekty w mieście. Chcę stworzyć Sojusz. Sojusz klanów Camarilli, by razem, wspólnie, bez jakichkolwiek podziałów czy antypatii, podjąć walkę z Sabatem. W chwili obecnej Sabat korzysta z naszego rozłamu i coraz śmielej sobie poczynia w Seattle. Uważam, że największe szanse na jego pokonanie mamy razem. Korzystając z doświadczenia członków innych klanów, ich umiejętności i wzajemnego wsparcia. Nie musimy znać naszych klanowych spraw, Regencie. Wystarczy, iż dopasujemy grupy tak, by nasza różnorodność stanowiła miażdżącą względem Sabatu przewagę. - Zdawała sobie sprawę jak bardzo brzmiało to teraz jak mrzonki, jak puste nadzieje i słowa, jak zaledwie próba przekonania nie mająca w tej chwili pokrycia w czynach. - Chciałabym, aby klan Tremere dołączył do Sojuszu i wspomógł nas nie tylko swoimi umiejętnościami, ale i radą. - To ostatnie zdanie było kluczowe. Ważne. Nie podjęła się próby tłumaczenia politycznych gierek, przewin Ventrue ani wyjaśnień, że przyszła do Tremere jako do jednego z pierwszych, bo stawia ich wyżej, niż inne klany. Nie.
Najpierw musiała mieć chociaż odrobinę iskierki pewności, że Regent jest jakkolwiek zainteresowany sprawą.

Spoiler | 
Wydaję 1 Punkt Siły Woli na automatyczny sukces.
KARTA POSTACI: Markiza Helena Ainsworth
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Łacina
Opis Postaci | 
14.02.1999 r.
"Tej nocy miała na sobie kremowy płaszcz, a pod nim czarną marynarkę oraz tego samego koloru koszulę wykonaną z luźnego poliestru. Do tego bordowe spodnie typu pegged podkreślające jej talię. Czarne, lakierowane szpilki oraz skórzana, prostokątna torebka pozbawiona jakichkolwiek ozdób dodawały jej zewnętrznemu wyglądowi klasy. Ciemnobrązowe włosy spięła w ciasny kok, a w uszy wsunęła rubinowe kolczyki. Na prawą rękę założyła bransoletkę z rubinami do kompletu. Jedyna część biżuterii, mogąca wzbudzić wrażenie niedopasowania, to srebrny pierścień rodowy linii krwi będący na małym palcu lewej ręki."

+ ekwipunek

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny (02,14,1999)

#5
Image
Image
Image
Image
Towarzyszący Frankowi wampir - Nowicjusz, a więc ktoś stojący dość nisko w wewnętrznej hierarchii klanu, można sądzić - patrzył uważnie na Helenę, mrużąc nieznacznie oczy. Nie odzywał się rzecz jasna, przestrzegał zasad i reguł, po prostu stał obok z rękoma założonymi za plecami, milczał jak posąg i nie spuszczał wzroku z nieumarłej. Jeden raz tylko przeniósł wzrok na Seneszala, ale widząc, że Charlies również milczy, ba, stoi jak skazaniec ze wzrokiem wbitym w podłogę, szybko powrócił do obserwacji Ainsworth.
Frank Weaver natomiast nie patrzył na nikogo. Kartkował książkę i na pierwszy rzut oka wydawało się, że ma wszystko gdzieś, że nijak nie obchodzi go Helena i Charles, że wręcz gardzi swoimi gośćmi; wystarczyło jednak przyjrzeć mu się uważniej, by zrozumieć, że uważnie słucha i analizuje każde wypowiedziane słowo. Ba, więcej nawet! Kiwnął nawet głową, choć był to ledwo zauważalny, acz bardzo wymowny gest. W ten sposób bowiem Regent, najważniejszy przedstawiciel klanu Tremere w Seattle, pozwolił mówić dalej, wyrażał zaciekawienie tematem rozmowy i, kto wie, może zmieniał swoje nastawienie względem władzy...
- Panno Ainsworth, zawsze stoimy po stronie Rodziny. - odparł tak cichym głosem, że szelest kartek książki wydawał się być głośniejszy. - Ostatnimi czasy to jednak Rodzina wydaje się być przeciwko nam. - przerwał i zamknął wolumin, po czym odłożył go na miejsce. Otrzepał dłonie z kurzu i pyłu, zrobił kilka kroków dalej i przez naprawdę długą chwilę wodził palcem po rozłożył niedbale, starych jak świat tomach. Ostatecznie wybrał jeden z nich, ale niemal od raz go odłożył i sięgnął po sąsiedni.
Znowu przerzucił kilka kartek.
- W chwili obecnej nie można Jane Doe niczego zarzucić. Nie próbuje wyważyć naszych drzwi i wedrzeć się do środka. Mimo to, niewątpliwie tak jak każdego, zastanawia ją co ukrywamy. Niech zastanawia się dalej, ale wiedz, panno Ainsworth, że Książę tegoż miasta może liczyć na wsparcie Tremere. - odparł w końcu, ale dalej nie patrzył na Helenę. Seneszal Campbell natomiast, choć był trupem, wyraźnie się rozluźnił. Markiza doskonale widziała na jego twarzy rozczarowanie, bo z całą pewnością liczył na zupełnie inny przebieg spotkania i inną odpowiedź ze strony Franka. Nowicjusz tak samo, bo zrobił aż krok do tyłu, wyraźnie zaintrygowany.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny

#6
Helena nie przejmowała się spojrzeniem Blacka. W tej chwili było to czymś absolutnie naturalnym i w żaden sposób jej nie przeszkadzało. Podejrzewała zresztą, że Ventrue był ciekawszą personą do obserwacji niźli stojący obok niej Seneszal, którego aura nie zachęcała nawet do nawiązania zeń kontaktu. Nie to jednak zaprzątało głowę Panny Ainsworth. Przybyła tu w innym celu, i ten cel zamierzała osiągnąć. Nie za wszelką cenę, oczywiście, że nie. Zależało jej jednak na tym, by przywrócić Camarilli właściwy porządek w Seattle. Miała pod tym względem niebywale konserwatywne poglądy, ale to były jedyne jakie miała - zwłaszcza, że nie potrafiła w nie prawdziwie uwierzyć. Umiała je podeprzeć racjonalnymi argumentami, ale to wszystko. Być może właśnie dlatego była tak uparta.
Na takim spotkaniu nie użyłaby mocy Widzenia Aury, gdyż byłoby to zbyt oczywiste. Jednakże, pobudziła swoje zmysły nadwrażliwości - wzroku i słuchu - by lepiej zrozumieć zachowanie i postawę Franka. Nowicjusza Blacka również. Nawet najdrobniejsze zmiany na twarzy, nawet ledwo widoczne grymasy czy uwypuklenia żyłek mogły jej dać skrawek informacji. To, w jakiej pozie Weaver stał i czy było to zgodne z jego słowami. Czy mimo wyraźnej niechęci do niej jako Ventrue okazywanej poprzez brak bezpośredniej konwersacji, było coś jeszcze. Może nie umiała interpretować emocji tak dobrze jakby chciała, ale w przyszłości mogłoby się to okazać pomocne. Zwłaszcza gdy przeczyta nieco teorii.
Dostrzegała zainteresowanie Franka, zauważyła również nieznaczny gest głową. Jak na początek to dobre znaki. Mimo to, nie było to jeszcze zwycięstwo. Przed nią - i przed Sojuszem - jeszcze bardzo, bardzo długa droga. Nie skomentowała słów odnoszących się do Rodziny stojącej przeciwko Czarnoksiężnikom. To był niesamowicie śliski temat i Helena mogła niechybnie wpaść w bagno. Zawsze ostrożnie stąpała, i tym razem nie było inaczej. Z zainteresowaniem obserwowała poczynania Weavera. Był enigmatyczny, intrygujący, wzbudzał szacunek nawet wtedy gdy nie miał wobec niej jako Ventrue jakiejkolwiek sympatii. Było w nim coś, czego nie dało się zignorować.
- Cieszą mnie Pańskie słowa, Regencie Weaver. - Słowem nie wspomniała o tym, że Tremere właśnie bezsprzecznie, w obecności Charlesa, okazał co najmniej neutralną pozycję względem obecnie panującej. Nie przeciwną. Nie ciepłą. Neutralną i tolerancyjną. To dużo mówiło o polityce Czarnoksiężników na chwilę obecną. Nie przejęła się wyraźnym, wręcz nieodpowiednim w tej chwili rozczarowaniem ze strony Seneszala. Niczego od niego nie oczekiwała, ale tak jawne emocje... Cóż, przynajmniej Ventrue nie pozwoliłby sobie na takie zachowanie. Champbell nie był jednak Arystokratą. Z kolei słowa Regenta były jasne i ewidentnie wskazywały na to, że to Markiza powinna się tutaj wykazać. Przedstawić jakiś plan, działanie. - Na chwilę obecną do Sabatu przynależą tereny Harbor Island, The Jungle i jego okolice. Aby ich pokonać nie wystarczy jedna akcja raz na jakiś czas, nie wystarczą też pojedyncze działania. Sabat można pokonać, ale nie jest to łatwe. Uważam, że musimy przede wszystkim zacząć coraz bardziej wpływać na ludzi, zebrać ich pod sobą - nie tylko tych zwykłych śmiertelników, ale również kluczowych - między innymi po to, aby ograniczyć Sabatowi dostęp do pożywienia i tworzenia żołnierzy. Powinniśmy także gromadzić ich wokół siebie na większa skalę niż dotychczas w celu zwiększenia naszych możliwości. Wykupywać ważne nieruchomości i ziemie, które w jakiś sposób mogłyby przysłużyć Sabatowi. Niezwykle ważne są działania wywiadowcze - poza znanymi nam rejonami, wroga Sekta posiada niejedną kryjówkę w Seattle. Gangrele, posiadający władzę nad zwierzętami i możliwość manipulowania nimi, mogą tworzyć zwierzęcych szpiegów oraz co noc atakować tereny Sabatu. Skupienie się w wiadomościach na terenach do nich należących, by skupić tam uwagę i ludzi, i władz. Stworzenie fałszywej wiadomości o epidemii, chociażby za sprawą chorych szczurów. - Ainsworth przerwała na chwilę. Mogła jeszcze wiele, wiele mówić, ale nie o to tutaj chodziło. Nie wszystko na raz. Poza tym - nie miała nieograniczonego czasu. - Jest wiele możliwości, Regencie Weaver, lecz pojedynczo nie zdołamy aż tak rozciągnąć wpływów Camarilli. Razem - to już zupełnie inna sytuacja.
KARTA POSTACI: Markiza Helena Ainsworth
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Łacina
Opis Postaci | 
14.02.1999 r.
"Tej nocy miała na sobie kremowy płaszcz, a pod nim czarną marynarkę oraz tego samego koloru koszulę wykonaną z luźnego poliestru. Do tego bordowe spodnie typu pegged podkreślające jej talię. Czarne, lakierowane szpilki oraz skórzana, prostokątna torebka pozbawiona jakichkolwiek ozdób dodawały jej zewnętrznemu wyglądowi klasy. Ciemnobrązowe włosy spięła w ciasny kok, a w uszy wsunęła rubinowe kolczyki. Na prawą rękę założyła bransoletkę z rubinami do kompletu. Jedyna część biżuterii, mogąca wzbudzić wrażenie niedopasowania, to srebrny pierścień rodowy linii krwi będący na małym palcu lewej ręki."

+ ekwipunek

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny (02,14,1999)

#7
Image
Image
Image
Image
To był skok na głęboką wodę. Helena - a przecież była zwyczajną wampirzycą, Arystokratką jedną z wielu w tym mieście - miała niewątpliwy zaszczyt przebywać w towarzystwie tak znakomitych osobistości. Seneszala, dziecię Księcia Seattle, już poznała. Teraz zaś poznawała coraz głębiej i głębiej Regenta klanu, który wzbudzał równie często przerażenie, jak i irytację (a także i śmiech, w kilku przypadkach). Obserwowała Franka. Patrzyła jak się porusza, w jaki sposób się wypowiada, jak reaguje na usłyszane słowa, ba, starała się nawet dostrzec coś nietypowego w sposobie, w jaki kartkował trzymaną książkę.
Wspomnienie o terenach przejętych przez wrogą i niebezpieczną sektę przyjął jako coś oczywistego, podobnie też proponowane przez Helenę rozwiązania tegoż problemu. Powoli zamknął trzymaną książkę i odłożył ją na właściwe miejsce, po czym po raz pierwszy od początku spotkania, odwrócił się twarzą do Markizy i Seneszala. Charles dzielnie wytrzymał spojrzenie Tremere, ale w końcu musiał się poddać; zaczął masować skroń. Frank Weaver przeniósł wzrok na wampirzycę i spokojnym, nieco znudzonym, flegmatycznym wręcz głosem zaczął długą przemowę.
- Mówisz rzeczy oczywiste, panno Ainsworth, ale zarazem bąrdzą mądre. - zaczął cicho, zerkając przelotnie na Nowicjusza, tak, jakby chciał mu przekazać by się nie wtrącał. - Manipulacja wiadomościami, mediami oraz opinią publiczną winna być domeną Ventrue i Nosferatu. Ufam, że Arystokratami zajmiesz się sama, korzystając z wsparcia Księcia, co zaś się tyczy Szczurów z Kanałów to z pewnością już sami z siebie robią coś na tym polu. Niemniej podtrzymuję me słowa i będziemy służyć Camarilli pomocą, dla wspólnego dobra, nawet mimo dzielących nas różnić i... nieprzyjemnej historii. Osobiście zajmę się kwestią ziemi i nieruchomości, które w jakimś sposób pokrywać się mogą z interesami wrogiej nam Sekty. - przerwał na chwilę ten nad podziw długi wywód. Regent był znany z oszczędności w słowach, dlatego tak potężna wypowiedź z jego strony była naprawdę ważna i niosła za sobą wiele treści, często ukrytych.
Najłatwiej i najprościej było to podsumować jako "pomożemy, Tremere wspaniałomyślnie wybaczają krzywdy, ale o nich nie zapominają".
- Mogę wam poświęcić jeszcze kilka minut, ale jeżeli to wszystko, co macie mi do powiedzenia... - urwał. Nie musiał kończyć, bo i tak było wiadome, że Regent prędzej niż później po prostu wyprosi i Helenę, i milczącego do tej pory Charlesa. Seneszal stanowił w sumie tylko dowód troski i sympatii Jane, był przedłużeniem jej ręki; więcej nawet, był jej częścią. To w końcu potomek Księcia, który wedle wiedzy Spokrewnionych naprawdę wysoko ceni sobie dzieci. Cambell zrobił jednakże krok do przodu, w stronę Regenta. Nowicjusz, pomny na słowa Weavera, nie ruszył się z miejsca, tylko patrzył złowrogo na depresyjnego wampira.
- Regencie, wiedz, że miałem złe przeczucia dotyczące naszego spotkania. - powiedział krótko, mocniej akcentując czas przeszły tej wypowiedzi. To, w połączeniu z opinią marudy i nadzwyczajnego pesymisty, jaką się cieszył pośród Kainitów z Seattle mówiło naprawdę wiele. Weaver co prawda się nie uśmiechnął, ale Helena widziała bardzo dobrze subtelne zmiany w jego osobie. Spojrzenie, dotychczas uprzejmie neutralne i nie poświęcające gościom więcej uwagi stało się nieznacznie cieplejsze.
Była to mała zmiana, ale jakże wymowna!
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny

#8
Skok na głęboką wodę, i to jeszcze w wykonaniu Neonaty. I chociaż Książę Wadsworth na kilka miesięcy przed Ostateczną Śmiercią nieoficjalnie uznał Helenę za Ancilla, to jednak zmiana kursu politycznego całkowicie zmieniła położenie Markizy Ainsworth. Zapewne gdyby była Stevensonem, wyraźnie dałaby odczuć innym, że to niedopuszczalne, iż jeszcze nie dostała tego, co jej się należy. Sire nauczył jednak Helenę, że najpierw należy się wykazać, a dopiero potem można o cokolwiek prosić. W przeciwnym wypadku jakiekolwiek roszczenia byłyby bezzasadne i śmieszne. A przed nowym Księciem musiała się na nowo pokazać, w pewnym sensie od nowa budować swoją pozycję.
Frak Weaver w istocie wzbudzał przerażenie i irytację. Ainsworth rozumiała jednak i pierwsze i drugie wrażenie; traktowała je jak coś naturalnego. Frank bowiem był Regentem Czarnoksiężników - kto wie jakie posiadał umiejętności i jak daleko sięgały jego wpływy. Bez względu na to jak patrzono na klan Tremere, nie można było lekceważyć Weavera. A przynajmniej takie nauki wyniosła o tym klanie. Dyscypliny Spokrewnionych to jedno, ale magia to coś głębszego, potężniejszego. Irytacja? Owszem, zwłaszcza gdy było się kimś butnym lub zadzierającym nosa. Gdyby Markiza posiadała jeszcze jakieś uczucia, z pewnością nie byłaby taka spokojna w obliczu tak bezczelnie ignoranckiego zachowania gospodarza. A mimo to - rozumiała je. Była Ventrue. Członkiem klanu, który w przeszłości nie raz i nie dwa zlekceważył Tremere. Byłaby niezwykle głupia żądając od Franka czegokolwiek więcej, jak ledwie uprzejmości.
Wytrzymała spojrzenie Regenta. Jej spojrzenie, nawet teraz było tak puste i nie wyrażające emocji. Choćby chciała, to i tak nie potrafiłaby ich pokazać. Umiała sprawić, by jej mimika twarzy, by uśmiech czy zmrużenie sprawiały wrażenie emocji, lecz wyraz oczu zawsze miała taki sam. Z jednej strony był to dar, z drugiej zaś - przekleństwo. W kontakcie ze Spokrewnionymi nie miało to większego znaczenia. Co innego jednak ludzie.
- Zrobię wszystko co w mojej mocy, by Ventrue okazali jak najlepsze wsparcie dla sprawy. Zależy mi również na tym, by i inne klany się przyłączyły. - I chociaż Frank Weaver mówił nie o dołączeniu do Sojuszu, ale o wsparciu Rodziny i Camarilli, to jednak był to bardzo dobry początek współpracy i podziału zadań. Ziemie i nieruchomości przypadły więc w udziale Tremere. A Helena już zadba o to, by nikt inny nie wchodził w drogę Czarnoksiężnikom. Było jeszcze wiele dziedzin, w których możnaby się wykazać, a grunty były tylko jedną z nielicznych. Co zaś się samych Arystokratów tyczy... Cóż. Markiza Ainsworth była pewna, że teraz już nie mieli wyboru. Wycofanie się lub okazanie braku zainteresowania katastrofalnie wpłynęłoby na reputację klanu, która przecież już i tak była wątpliwa.
- Z mojej strony to wszystko, Regencie Weaver. Gdybym chciała się skontaktować, powinnam dzwonić do Biblioteki lub prosić o Pannę Marthę Rooney, tak? - To właściwie było retoryczne pytanie. Helena chciała się upewnić, że Weaver życzy sobie, by kontaktowała się poprzez punkt informacyjny, a także czy nie potrzebuje kontaktu do niej, choć równie dobrze mógł przecież dzwonić do Talaris Institute lub Ainsworth Law Firm. Wszystko zależało od tego na jakiej płaszczyźnie chce zachować ich relację. Markizie z kolei zależało na tym, by mieć łączność z personami, które są ważne dla Sojuszu. W przyszłości będzie on bardzo ważny.
W żaden sposób nie zareagowała na słowa Seneszala, choć w istocie wiele one mówiły. Być może nawet ociepliły ich spotkanie, mimo że Spokrewnieni jak nikt inny potrafili perfekcyjnie udawać emocje. Mimo wszystko jego zachowanie nie okazało się fatalne dla spotkania. Nieznacznie tylko przeniosła spojrzenie na Charlesa, jednocześnie wciąż obserwując Franka. Tak subtelne zmiany były niezwykle istotne i ważne dla przyszłych rozmów.
KARTA POSTACI: Markiza Helena Ainsworth
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Łacina
Opis Postaci | 
14.02.1999 r.
"Tej nocy miała na sobie kremowy płaszcz, a pod nim czarną marynarkę oraz tego samego koloru koszulę wykonaną z luźnego poliestru. Do tego bordowe spodnie typu pegged podkreślające jej talię. Czarne, lakierowane szpilki oraz skórzana, prostokątna torebka pozbawiona jakichkolwiek ozdób dodawały jej zewnętrznemu wyglądowi klasy. Ciemnobrązowe włosy spięła w ciasny kok, a w uszy wsunęła rubinowe kolczyki. Na prawą rękę założyła bransoletkę z rubinami do kompletu. Jedyna część biżuterii, mogąca wzbudzić wrażenie niedopasowania, to srebrny pierścień rodowy linii krwi będący na małym palcu lewej ręki."

+ ekwipunek

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny (02,14,1999)

#9
Image
Image
Image
Image
Cisza. Wszyscy milczeli, oczekując na odpowiedź Franka.
- Jeżeli inne klany nie chcą zostać pożarte przez wrogów Rodziny, przyłączą się. - po krótkiej chwili milczeniu Regent zabrał głos. - Nie będą miały wyjścia. - podsumował. Odwrócił też wzrok od Markizy i Seneszala, skupiając się na członku swego własnego klanu, osobie, której ufał z pewnością znacznie bardziej niż Arystokratce i Świrowi. Patrzył na eleganckiego Nowicjusza dosłownie przez moment, po czym raz jeszcze odwrócił się w stronę swych gości. Skłonił nieznacznie głowę i, wziąwszy jedną ze starych książek, ruszył w stronę wyjścia z bibliotecznych piwnic.
Helena i Charles zostali sami, w towarzystwie pana Blacka.
- Panie Black? - głos zabrał Seneszal. I, jak można się było spodziewać, oczekiwał najgorszego możliwego rozwoju sytuacji. Weaver w końcu odszedł, chociaż mieli jeszcze parę minut do końca umówionego spotkania. Nowicjusz wykonał ledwo zauważalny gest głową, wskazując na widniejące w oddali schody i słabiutki blask bijący z żarówki znajdującej się obok pracowni.
- Kontakt z Fundacją, z zachowaniem należytych środków ostrożności, jest możliwy poprzez pana bądź pannę Rooney. - odparł lekko znudzonym głosem, tak, jakby rozmawiał nie z przedstawicielką klanu Ventrue oraz wampirem będącym bezpośrednim przedłużeniem władzy Księcia, tylko z kimś poniżej jego godności. Ale tak chyba już musi być w przypadku Czarnoksiężników...
Nowicjusz Black uniósł dłoń w stronę schodów, jednoznacznie prosząc gości biblioteki - i Fundacji - o opuszczenie tego miejsca. Z jego twarzy nie dało się zbyt wiele wyczytać, aczkolwiek nie było to koniecznie. Bez Regenta w pobliżu obecność Spokrewnionych z innego klanu niż Tremere była... niepożądana. A z czymś takim nie należy dyskutować, tym bardziej, że Helena dopięła swego. Skłoniła Franka do wspomożenia Camarilli, a nawet więcej, poleciła, by zajął się terenami które mogłyby zainteresować Sabat!
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny

#10
O dziwo, Markiza Ainsowrth nic nie odpowiedziała na słowa Regenta. Jedynie nieznacznie skinęła głową w geście potwierdzenia jego słów. Ponownie to zrobiła, choć nieco bardziej subtelnie, gdy Frank w podobny sposób się z nimi pożegnał. Nie musiała się wyrywać słowami. Nie było takiej potrzeby. Odprowadziła go tylko pustym spojrzeniem, z lekko uniesioną głową, którą przechyliła w stronę Blacka tuż po zadaniu mu pytania przez Charlesa. Jej szare oczy utkwiły w tęczówkach Tremere. W ciszy, bez słów, z niesamowitą powagą bijącą od jej osoby. Sprawdzała go? Testowała? Chciała zobaczyć czy jest tak hardy, na jakiego się kreuje? A może chciała się dowiedzieć czy wytrzyma jej spojrzenie - spojrzenie przedstawiciela klanu Ventrue, będącego przecież mistrzem w Dominacji? Któż to wie. W międzyczasie spróbowała użyć Widzenia Aury. Sprawdzić siebie. I przy okazji Czarnoksiężnika. Nie chciała się zbytnio zagłębiać w jego osobę; poświęciła na to zaledwie chwilę, niezależnie od tego czy jej się udało, czy nie.
Dopiero gdy Nowicjusz uniósł dłoń ku schodom, na twarzy Heleny pojawił się nieznaczny uśmiech, który w świetle bladego światła z żarówki wyglądał... Trochę makabrycznie. Szanowała Tremere, to nie ulegało wątpliwości. Respektowała jednak tylko tych Spokrewnionych, którzy w jakiś sposób zdążyli już coś osiągnąć, zaprezentować sobą. Black zaś... Cóż. Na pewno nie powinna go lekceważyć mimo nieodpartego wrażenia, że nie jest tym, za kogo się podaje.
- Trafimy do wyjścia, Nowicjuszu Black. - Przeniosła wzrok na Champbella, a z jej warg zniknął uśmiech.
Markiza ruszyła przed siebie gdy tylko Seneszal się poruszył.
KARTA POSTACI: Markiza Helena Ainsworth
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Łacina
Opis Postaci | 
14.02.1999 r.
"Tej nocy miała na sobie kremowy płaszcz, a pod nim czarną marynarkę oraz tego samego koloru koszulę wykonaną z luźnego poliestru. Do tego bordowe spodnie typu pegged podkreślające jej talię. Czarne, lakierowane szpilki oraz skórzana, prostokątna torebka pozbawiona jakichkolwiek ozdób dodawały jej zewnętrznemu wyglądowi klasy. Ciemnobrązowe włosy spięła w ciasny kok, a w uszy wsunęła rubinowe kolczyki. Na prawą rękę założyła bransoletkę z rubinami do kompletu. Jedyna część biżuterii, mogąca wzbudzić wrażenie niedopasowania, to srebrny pierścień rodowy linii krwi będący na małym palcu lewej ręki."

+ ekwipunek

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny (02,14,1999)

#11
Image
Image
Gdy tylko stało się jasne, że można bez żadnych konsekwencji opuścić bibliotekę - Fundację Tremere - Charles Campbell, Seneszal i dziecię Księcia Seattle niemalże odetchnął z ulgą. Coś mu nie pasowało w tym miejscu. Atmosfera starej jak samo miasto, albo i starszej nawet biblioteki była wspaniała, cudownie było kroczyć pośród regałów pełnych książek, ale zarazem nie sposób było pozbyć się uczucia, że coś jest nie tak. Była to jednak tylko delikatna sugestia, tkwiąca gdzieś w głębi umysłu, zbyt mało znacząca by nawet zdawać sobie z niej sprawę. Ale po spędzeniu w bibliotecznych murach kilkunastu minut każdy Spokrewniony zaczynał coś takiego odczuwać; coś, co ciężko było wytłumaczyć słowami.
Albo po prostu Seneszal coraz bardziej i bardziej roztaczał wokoło siebie aurę rozpaczy i desperacji.
A skoro o aurach mowa, to Ainsworth postanowiła sprawdzić Nowicjusza. Dlaczego? Bo mogła. Kto jej zabroni? Wampir przecież i tak milczał, trwał niczym posąg, stanowił więc idealny cel. Aura otaczającą nieumarłego była naprawdę intensywna, ale zarazem blada, jasna, w odcieniach delikatnej zieleni. Dla kogoś niewtajemniczonego, kogoś, kto nie zna się na aurach i tajnikach, które w sobie skrywają coś takiego mówiło by bardzo niewiele - dla Heleny jednakże aurę Blacka można było podsumować jednym, prostym acz bardzo wymownym słowem. Nieufność.
Zarówno skierowana do sprawujących władzę Malkavian, jak i do okrytych niesławą Ventrue.
- Jane chyba będzie zadowolona. - głos zabrał Charles, ale oczywiście nie mógł powiedzieć, że wizyta u Regenta przebiegła całkiem dobrze, ba, nie mógł powiedzieć, że Frank Weaver zgodził się wspomóc Księcia i Camarillę. Campbell musiał wyrazić swoje zmartwienie, niepokój i pesymizm, bo nie byłby sobą. Jakiż on musiał być za życia, skoro po przemianie stał się takim wrakiem?
- Co teraz? Jedziemy do Thorburna? Czy do Zarządu? - spytał, wychodząc z bibliotecznych piwnic. Szedł wolnym krokiem w stronę wyjścia z Ballard Carnegie Library. Nie spojrzał nawet w stronę zaspanej śmiertelniczki, tylko zmierzał prosto do drzwi wyjściowych. Zatrzymał się przy nich i otworzył szeroko, pozwalając, by do środka wpadło mnóstwo śniegu niesionego wiatrem. Widząc białe płatki zmarszczył nieco czoło.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny

#12
I Helena mogła odczuć, że faktycznie z tym miejscem coś jest nie tak. Że za tym, co widzialne, kryje się niewidzialne. W przeciwieństwie do Charlesa jednak w odpowiedzi uśmiechnęła się wewnętrznie do własnych myśli stwierdzając po prostu, że to najpewniej musi być wpływ magii Tremere. Owszem, kryła się w tym nuta ostrzeżenia i niebezpieczeństwa, ale nie w negatywnym znaczeniu tego słowa. Fundacja Czarnoksiężników miała... Wyjątkowe zabezpieczenia. Takie, które doprowadzały do zaniechania zagłębiania się w "treść" budynku. Takie, które z pewnością odstraszały śmiertelników. Jakże więc potężna musiała być owa magia!
Sprawdzenie aury Blacka było dla Heleny po prostu próbą własnych umiejętności. Chęcią dowiedzenia się czy w jego osobie kryje się coś, co mogłoby być dla niej niespodzianką, ale nie dostrzegła nic, co byłoby zaskakujące. Nieufność - trudno spodziewać się czegoś innego po wspólnej, niezbyt sympatycznej historii obu klanów. Niemniej, najważniejsze było to, że dopięła swego celu. W tej chwili tylko to miało duże znaczenie.
Nie skomentowała słów Charlesa. W normalnych okolicznościach - to znaczy, gdyby nie była Arystokratką; Ventrue, dla której nie tylko oznaka emocji, ale także jakikolwiek przejaw tychże, był niedopuszczalny. Czuła malutkie ukłucie irytacji, ale nie dała mu urosnąć. Nie mogła sobie na to pozwolić. A nawet gdyby ono urosło - nie umiałaby go okazać tak, jak to okazuje się rozdrażnienie. Jakże musiała być dla innych bezbarwna i pusta, tak posągowa i prawdziwie nieludzka! Dla Spokrewnionych nie było to nic dziwnego. To w końcu Ventrue. Co innego jednak ludzie, najzwyklejsi ludzie, dla których zrozumienie zachowania Heleny bywało niekiedy okraszone nadzwyczajnym trudem.
Ainsworth nie od razu odpowiedziała na pytania Seneszala. W przeciwieństwie do niego jednak spojrzała na Marthę pochylając ku niej głowę w niemym podziękowaniu. Ludzie lubili czuć się dowartościowani, dostrzegła to już jako śmiertelniczka. To jednak musiało jej wystarczyć, bo Markiza nie przywdziała na twarzy swego wystudiowanego uśmiechu. Za to wyszła z Ballard Carnegie Library jedną ręką przytrzymując poły płaszcza, by się nie rozwarły, wprost na śnieg i lodowatą atmosferę. Gdy ich kroki ponownie się wyrównały, wówczas udzieliła Świrowi odpowiedzi.
- Chcę się jeszcze dziś spotkać z Kwiatuszkiem, Seneszalu Champbell. - Zamilkła, by przenieść spojrzenie na facjatę Malkaviana. - I to by było na tyle, na dzisiejszy wieczór. Jutro chcę się udać do Elizjum i spróbować spotkać przede wszystkim z Primogen Elisabeth Page po zebraniu Rady Primogenu. Wie może Seneszal, o której się ono odbędzie? - No, nie do końca było tak, jak mówiła. Do Ventrue Penthouse musiała się udać sama. Obecność Seneszala w tym wypadku mogła jedynie znacznie pogorszyć sytuację.
A raczej pozycję Heleny w klanie.
KARTA POSTACI: Markiza Helena Ainsworth
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Łacina
Opis Postaci | 
14.02.1999 r.
"Tej nocy miała na sobie kremowy płaszcz, a pod nim czarną marynarkę oraz tego samego koloru koszulę wykonaną z luźnego poliestru. Do tego bordowe spodnie typu pegged podkreślające jej talię. Czarne, lakierowane szpilki oraz skórzana, prostokątna torebka pozbawiona jakichkolwiek ozdób dodawały jej zewnętrznemu wyglądowi klasy. Ciemnobrązowe włosy spięła w ciasny kok, a w uszy wsunęła rubinowe kolczyki. Na prawą rękę założyła bransoletkę z rubinami do kompletu. Jedyna część biżuterii, mogąca wzbudzić wrażenie niedopasowania, to srebrny pierścień rodowy linii krwi będący na małym palcu lewej ręki."

+ ekwipunek

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny (02,14,1999)

#13
Image
Image
Zostawili bibliotekę za sobą.
Charles z początku nie odpowiedział. Milcząc podszedł do zaparkowanego nieopodal samochodu. Silnik mruczał cicho, a z rury wydechowej unosiły się kłęby ciemnych, szarych spalin. Kierowca, w świetle samochodowej lampki, czytał gazetę, ale gdy zorientował się, że wampiry są tuż obok, odłożył dziennik na bok i zgasił światło. Seneszal otworzył drzwi od strony pasażera, z prawej strony i zaprosił Helenę do środka. Dopiero gdy nieumarła znalazła się już na tylnej kanapie, on sam obszedł wóz i usiadł po drugiej stronie.
- Nie mogę tego powiedzieć. Nie chodzi o brak zaufania ani nic takiego, po prostu nie wiem, Jane mi nie powiedziała. Sądzę, że ona sama jeszcze tego nie ustaliła do końca. - odparł po długim milczeniu, zamykając za sobą drzwi i zapinając pas. Choć był trupem, którego na dobrą sprawę mogły zabić tylko promienie słoneczne, to coś kazało mu zadbać o ten dodatkowy aspekt bezpieczeństwa. To, co powiedział, miało sens. Miało go bardzo wiele. Primogen z każdego klanu miał mnóstwo spraw na swojej głowie, niektóre klany nie posiadały nawet swoich przywódców, a przecież chodziło także o wyciągnięcie dłoni do anarchistycznego ruchu, jaki przycupnął na północy miasta.
Charles i tak się postarał, bo mógł powiedzieć coś w stylu "i tak się spóźnimy, więc co za różnica".
Kierowca ruszył. Samochodem rzuciło trochę do przodu, gdy koła w końcu wygrały walkę z zaspami, ale potem sunął już gładko przed siebie, z niską prędkością. Chyba nikt oprócz samej Ainsworth nie wiedział tak naprawdę, dokąd mają się udać. Dopiero gdy wóz dotarł do skrzyżowania i zatrzymał się na czerwonym świetle, kierowca obrócił się w miejscu i spojrzał pytającą na wampirzycę. Podobnym spojrzeniem obdarzył Helenę Charles.
- Wątpię, by Jane sama odezwała się do Alexandra, ale jeśli będzie trzeba, to pójdę do niego. Przecież mnie nie zabije, prawda? Możecie mnie wysadzić przy jednym z mostów, dalej sam trafię. - stwierdził cicho, a jako głos władzy w ten dość pokrętny sposób zgodził się, by Arystokratka ruszyła na spotkanie ze Szczurem.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny

#14
Na kierowcę nie zwróciła szczególnej uwagi. Powiedziała mu, iż będzie po północy, choć pewnie zaledwie dochodziła 00:00. Spotkanie z Regentem, choć wyjątkowo krótkie, było mimo to niezwykle owocne. Osiągnęła to, co chciała. Nie, osiągnęła to, co służyło dobru Camarilli. Zasiadła we własnym samochodzie gdy Charles otworzył jej drzwi - najpierw siadając przodem do niego, następnie zaś okręcając się na fotelu w pozycji na wprost do siedzenia naprzeciwko. To jeden z tych niuansów charakteryzujących kobiety z wyższych sfer od tych zwyczajnych. Im bowiem nie wypadało rozkraczać nóg, a Helena była elegancka nie tylko przez ubiór, lecz również za sprawą tak drobnych zachowań.
- Rozumiem. - Odpowiedziała tylko, i szczerze przyjęła wyjaśnienie Champbella. To, co powiedział mogło wzbudzać podejrzenia, ale przecież Jane miała wszelkie prawo zadecydować o dokładnym terminie zebrania na dzień tegoż. W końcu pełniła funkcję Księcia. Nie drążyła też tematu, i w przeciwieństwie do Seneszala nie zapięła pasu bezpieczeństwa. Nie przez brak ostrożności, lecz wygodę. Nie lubiła tego wynalazku krępującego ruchy i nie korzystała z niego dopóki naprawdę nie musiała. To znaczy, dopóki nie siedziała z przodu lub nie była w czyimś samochodzie.
Nie skomentowała słów Charlesa. Już wcześniej wyraziła się w tej kwestii jasno: dopóki klany Camarilli nie staną pod jednym sztandarem lub nie wyklaruje się skonkretyzowany podział sił, dopóty nie widziała sensu w spotkaniu z Alexandrem Thorburnem. Mimo wszystko, jakikolwiek by nie był, przewodził on Anarchistom - Sekcie, która była przeciwna Camarilli. Według Heleny pójście do niego mogło być przedwczesne, ale to nie ona dyktowała tu warunki.
- Dobrze. Będę jutrzejszej nocy w Elizjum. - Odpowiedziała swemu towarzyszowi. Nie rzekła nic więcej. Nie poruszyła żadnej innej sprawy. Poprosiła szofera, by ten podjechał do najbliższego mostu od Sierocińca tak, aby Champbell nie musiał się przedzierać przez zaspy śniegu. Jeśli jednak zażyczył sobie, by go podwieźć w inne miejsce, to tak właśnie się stało. Ainsworth pożegnała się z Seneszalem, a następnie, gdyż już odjechała kawałek, poprosiła kierowcę o skierowanie się do Smith Tower, gdzie znajdowało się Ventrue Penthouse. W międzyczasie wysłała wiadomość do Kwiatuszka.

| do Ventrue Penthouse
KARTA POSTACI: Markiza Helena Ainsworth
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Łacina
Opis Postaci | 
14.02.1999 r.
"Tej nocy miała na sobie kremowy płaszcz, a pod nim czarną marynarkę oraz tego samego koloru koszulę wykonaną z luźnego poliestru. Do tego bordowe spodnie typu pegged podkreślające jej talię. Czarne, lakierowane szpilki oraz skórzana, prostokątna torebka pozbawiona jakichkolwiek ozdób dodawały jej zewnętrznemu wyglądowi klasy. Ciemnobrązowe włosy spięła w ciasny kok, a w uszy wsunęła rubinowe kolczyki. Na prawą rękę założyła bransoletkę z rubinami do kompletu. Jedyna część biżuterii, mogąca wzbudzić wrażenie niedopasowania, to srebrny pierścień rodowy linii krwi będący na małym palcu lewej ręki."

+ ekwipunek

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny

#15
z placu przed biblioteką
White wszedł do biblioteki z powrotem. Szedł szybkim krokiem. Zanim pojawił się ponownie przed Ghulem, który zaprowadził go do Yvonne, upewnił się, że ściągnięcie całunu niewidoczności będzie bezpieczne. Jeśli było w porządku stanął koło Paula i powiedział.
- Zaprowadź mnie do magazynu. Polecenie Pani Strauss.
Rozejrzał się dookoła, czy czasem jego nemzis nie postanowiła podążyć za nim. Podejrzewał, że ewentualna następna potyczka będzie bardziej zawzięta niż przed chwilą. Yvonne wspominała o tym, że będzie jeszcze ktoś. Czyli troje na... Całe pieprzone mrowie. Nieźle.
KARTA POSTACI: Randy White
Opis Postaci | 
Osobnik mający niezbyt wiele wspólnego z pięknem. Zniekształcona twarz, chropowata skóra, okrągly bebech kontrasujący ze wychudzoną resztą ciała, przygarbiona sylwetka bujająca się na boki przy ruchy oraz bardzo długie palce będące nieustannie w wolnym, płynnym, ruchu. Obecnie odziany w znoszony płaszcz, a pod spodem bluza z kapturem, do tego jeansy i buty trekkingowe.

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny (02.15.1999)

#16
Image
Image Image
Trzepot przynajmniej kilkunastu par skrzydełek towarzyszył Randy'emu do chwili przekroczenia progu Fundacji. Yvonne miała rację twierdząc, że budynek ten został naprawdę należycie zabezpieczony. Przecież dosłownie chwilkę temu White miał świadomość coraz bliższej obecności tej skrzydlatej zarazy, a teraz nic, kompletna pustka i przejmująca cisza. Może Tremere nie są wcale tacy źli? Może po prostu nikt nie jest w stanie ich zrozumieć? Może te wampiry są najzwyklejszymi ofiarami uprzedzeń?
Śmiertelnik spętany krwią aż podskoczył, gdy nagle objawił się przed nim ktoś taki jak Randy.
Pewnych rzeczy się nie da niestety przeskoczyć, ludzka odraza względem obłożonych klątwą Nosferatu istniała, istnieje i będzie istnieć. Ghule jednakże mieli tę przewagę, że wiedzieli czego się spodziewać, dlatego już po krótkiej chwili, gdy pan Rooney się oswoił z nietypowym gościem, wszystko wróciło do względnej normy. Względnej, bo Strauss gdzieś zniknęła i White został sam na sam z człowiekiem. Bibliotekarz kiwnął tylko głową, odłożył na biurko masywny dziennik w którym zapisane były najpewniej dane czytelników i książki przez nich wypożyczane i zaprowadzić wampira do podziemi.
Już chwilę po tym, jak Randy prowadzony przez ghula zszedł poniżej poziomu gruntu, mógł poczuć ulgę - to był jego świat. Może nie do końca, bo kanały to jednak co innego niż piwnice i magazyny, ale bezpieczne i gruby mury w zupełności wpisywały się do tego, co odpowiadało Nosferatu. Rooney poprowadził Randy'ego labiryntem korytarzy pełnych starych regałów, kartonów, pudeł, skrzyń i, przede wszystkim, książek. Spacer ten nie trwał wcale tak długo, ale nie należał też do krótkich - kiedy zaś ghul wygrzebał z kieszeni mały, mosiężny kluczyk i przekręcił go w zamku grubych, sękatych drzwi, White poczuł jak powietrze wokoło zaczęło lekko wibrować.
Moment później wokoło zawiasów oraz klamki dostrzegł lekkie, czerwonawe lśnienie, ale równie dobrze wyobraźnia mogła mu płatać figle.
- Pani Strauss zaraz przyjdzie. - zapewnił i cofnął się, tak, by Randy mógł wejść do pomieszczenia. - Powodzenia. - szepnął, odwracając się. Pospiesznym krokiem wyszedł z bibliotecznych piwnic, zostawiając wampira samego. Magazyn nie prezentował się imponująco; nieumarły widział to doskonale nawet i teraz, gdy drzwi były tylko lekko uchylone, ukazując niewielką część ciemnego, pustego pokoiku. Było w nim mnóstwo regałów i półek oraz podłużnych skrzyń, ustawionych jedna na drugiej, dzięki czemu całość sprawiała wrażenie zwyczajnego, kwadratowego - może prostokątnego - pomieszczenia.
Wprawne oczy Randy'ego od razu jednak dostrzegły, że to tylko złudzenie, prosta acz zmyślna próba zamaskowania prawdziwego wyglądu tego miejsca. Magazyn ten był pomieszczeniem o siedmiu bokach. Pozbawiony okien, z pojedynczą, nagą żarówką zwisająca niemal na samym środku, z posadzką będąca niczym więcej jak zwykłą betonową wylewką (trochę obniżoną względem korytarza, na którym teraz stał wampir).
- Nowicjuszu Wagner, oto on. - głos należał do Yvonne. Strauss zbliżała się do Randy'ego, ale nie była sama. Towarzyszył jej młody, elegancko odziany mężczyzna o gęstej, ciemnej czuprynie. Dopasowany, kaszmirowy garnitur miał uzupełniony szkarłatnym, jedwabnym szalem owiniętym wokoło szyi. Mężczyzna ten z uprzejmym zainteresowaniem spoglądał na Randy'ego.
- Nosferatu. - przywitał się. - Szczur w bibliotece. - dodał, nieco prowokacyjnym głosem, po czym przyspieszył kroku i minąwszy Randy'ego, szerzej otworzył drzwi. Pierwszy też wszedł do magazynu. Dotknął ściany przy wejściu w kilku losowych miejscach, a słaby poblask, jaki White widział już wcześniej, zniknął w jednej chwili.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny

#17
A więc Tremerzy byli zapobiegawczy. To dobrze, Randy nie mógł na to narzekać. Szelest został w tyle, czyli demony także. Rooney został przez niego zaskoczony, White się z tym liczył, nawet na jego parszywym pysku pojawił się ślad uśmiechu, kiedy sytuacja miała miejsce. Dał się poprowadzić ghulowi, urządzając sobie jednocześnie dłuższy spacer. Pod ziemią wampir wyraźnie odżył. Przejechał dłonią po grubych murach fundacji. Nie były tak wilgotne jak te z kanałów ale dawały dobre skojarzenia. Zapamiętał też drogę, tak w razie potrzeby, jakby trzeba było się ewakuować. Z uwagą też obserwował poczynania Paula i jego mosiężnego klucza.
Poświata, czy zwidy? Tremere chyba lubili takie efekty. Randy postawiłby na dyskrecję, wynikało to z czystej nosferackiej dyskrecji. Zwidy czy nie - przykuło uwagę wampira.
- Dzięki.
Powiedział do odchodzącego ghula i zanim przyjrzał się izbie - zerknął na zamek od drzwi - a znał się na tym. Kiedy jego ciekawość została zaspokojona, rozejrzał się po pomieszczeniu z poziomu drzwi. Kształty tego typu nie umkną oku architekta. Kształt, jak sądził White, pewnie miał znaczenie - jak chyba wszystko w świecie Tremerów. Przynajmniej takie sprawiali wrażenie...
Usłyszał głos Yvonne. A potem dostrzegł eleganckiego pana.
Nowicjusz Wagner przywitał się z nim w sposób oczekiwany przez wampira.
- Lepszy szczur w bibliotece, niż szczury w murach, Panie Wagner.
Randy i jego żarciki... nawet nie spostrzegł, że nadał temu żrtowi iście Lovecraftowskiego tonu.
Trochę się zdziwił, że humor mu wrócił ale wiązał to z powrotem pod ziemię i brakiem szelestu pewnych małych skrzydełek.
- Randy White.
Powiedział, kiedy mężczyzna go minął. Raczej nie była to dla niego przydatna informacja, no ale trzeba było z grzeczności dla gospodarzy pokazać jakąś klasę. Pomagali mu do tego. Spojrzał na Strauss, a potem za Wagnerem, uważnie obserwując jego poczynania. Czekając na instrukcje zdjął płaszcz i przerzucił go sobie przez przedramię.
KARTA POSTACI: Randy White
Opis Postaci | 
Osobnik mający niezbyt wiele wspólnego z pięknem. Zniekształcona twarz, chropowata skóra, okrągly bebech kontrasujący ze wychudzoną resztą ciała, przygarbiona sylwetka bujająca się na boki przy ruchy oraz bardzo długie palce będące nieustannie w wolnym, płynnym, ruchu. Obecnie odziany w znoszony płaszcz, a pod spodem bluza z kapturem, do tego jeansy i buty trekkingowe.

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny (02.15.1999)

#18
Image
Image Image
- Twe imię mnie nie interesuje. - żachnął się Wagner. - Jesteś tylko kotwicą. Niczym więcej jak zaczepieniem nadnaturalnego bytu w rzeczywistym świecie, sednem całego problemu. Interesuje mnie wyłącznie miano stworzenia, któremu pozwoliłeś się opętać. - Nowicjusz, cokolwiek by to nie znaczyło, w dość gorzkich i bezpośrednich słowach wytłumaczyć co się naprawdę dzieje z Nosferatu. To, że nie chciał uznać imienia Randy'ego, tylko zwracał się do niego per "szczur" lub " Nosferatu" właśnie, również mówiło wiele. Strauss może i była chłodna i zdystansowana, ale rozmawiała z nim bezpośrednio i w jakiś sposób chyba nawet go szanowała.
Ale Wagner?
Och, on jawił się jako ktoś zupełnie inny. Dość powiedzieć, że czuł się w obecnej sytuacji doskonale. Rozprostował i zgiął kilkukrotnie palce obu dłoni, po czym wykonał serię skomplikowanych symboli, które dla kogoś nieobeznanego z okultyzmem mogły uchodzić za zwyczajne machanie łapami i może wykonanie dwóch czy trzech obelżywych gestów. Zatrzasnął drzwi. Cały ich obrys zalśnił słabym blaskiem, ale trwało to tylko mgnienie oka; moment później Wagner ruszył na sam środek magazynu.
- Nowicjusz Wagner ma rację. Z własnej i niczym nie przymuszonej woli zgodziłeś się oddać wszystko tej diabelskiej istocie. Łączy was więź i wystarczy tę więź przerwać. - uzupełniła wampirzyca, mijając Randy'ego i zmierzając w głąb pomieszczenia. Dołączyła do elegancko ubranego Spokrewnionego, który w żaden sposób nie kojarzył się z władającym krwawą magią okultystą, lecz z jakiś znudzonym życiem bogaczem, czy wręcz przedstawicielem klanu Arystokratów. Ventrue chyba uwielbiali takie drogie i wymuskane ciuchy, prawda?
- Nie masz prawa się odezwać. - zaczął Wagner, wyciągając z wewnętrznej kieszeni marynarki wulgarnie duży sygnet z masywnym rubinem. Kamyk był pęknięty i na ile White mógł stwierdzić, wyrwa w jego powierzchni zdawała się emanować szkarłatnym blaskiem. Wampir wsunął sygnet na palec i ucałował go, a następnie przegryzł sobie wargę i raz jeszcze dotknął zimnymi ustami pęknięcia. Tym razem rubin został zroszony krwią, którą błyskawicznie zaczęła krążyć wzdłuż szczeliny.
- Klęknij, zamknij oczy i pochył głowę. - poleciła Strauss i odczekała, aż Randy klęknie przed dwójką z Tremere.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny

#19
Odprowadził Wagnera spojrzeniem, potem spojrzał na Strauss. Jeszcze nie tak dawno jawiła się jemu tak samo chłodno i oschle jak Wagner. Może wspólnie spędzony czas i intymne wyznanie Randy'ego zmieniły jego postrzeganie jej. Nowicjusz raczej nie znał całej historii White'a, był tutaj - jak sądził Nosferatu - aby zrobić co do niego należy, albo się czegoś nauczyć. Obserwował ruchy Wagnera, zapamiętał je odruchowo i chyba niepotrzebnie. Sam Tremere wyglądał, jakby tonął w powietrzu. Pomyślał o jego krwii, zdecydowanie młodszej od Strauss, może łatwiejszej do zdobycia. Skinął głową na słowa Yvonne.
- Przerwijmy więc więź jaka łączy mnie z Elohimem i Croatoanem.
Po słowach Nowicjusza, które sugerowały milczenie, nie otwarł już swojej parszywej jadaczki. Odrzucił swój płaszcz na bok. Potem bez wahania podszedł do dwójki Czarodziei i ukląkł przed nimi. Minę miał zdecydowaną, nastawioną na kolejną walkę o swój byt, z którym tak lekkomyślnie się związał.
Zamknął oczy.
Nie żałuje jednak swojego błędu, dzięki niemu stał się tym kim jest obecnie. Był z siebie zadowolony, czując się nadzwyczaj zdeterminowanym do bycia sobą w pełni.
Pochylił łeb.
Jakąkolwiek zapłatę za to będą chciały Tremery, będzie to warte wolności.
KARTA POSTACI: Randy White
Opis Postaci | 
Osobnik mający niezbyt wiele wspólnego z pięknem. Zniekształcona twarz, chropowata skóra, okrągly bebech kontrasujący ze wychudzoną resztą ciała, przygarbiona sylwetka bujająca się na boki przy ruchy oraz bardzo długie palce będące nieustannie w wolnym, płynnym, ruchu. Obecnie odziany w znoszony płaszcz, a pod spodem bluza z kapturem, do tego jeansy i buty trekkingowe.

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny (02.15.1999)

#20
Image
Image Image
Randy był zdany na łaskę dwóch innych wampirów. Sam, dobrowolnie, klęknął przed nimi i pochylił karnie głowę; z pewnością gdyby ujrzał go ktoś z klanu, docinkom i żartom (często niewybrednym i bardzo wulgarnym) nie byłoby końca. Pewne rejony sieci podczepionej pod internet, czy wręcz stanowiącej jego bardzo głębokie rejony, błyskawicznie stały by się miejscem zdominowanym przez burzliwe dyskusje na temat wizyty White'a w Fundacji. I kto wie, może już coś takiego tam się pojawiło... w końcu pewien Nosferatu żywi bardzo szczególne uczucia względem Tremere i większość czasu poświęca na obserwację Ballard Carnegie Library.
Randy jednakże był chyba pierwszym ze swego klanu, który tak swobodnie poruszał się w murach Fundacji. Ghule i inni Spokrewnieni oczywiście nie odstępowali mu na krok, ale nie miało to znaczenia; od momentu, kiedy Wadsworth próbował wtargnąć do biblioteki, tylko trzy, może cztery wampiry dostąpiły tego zaszczytu. White był jednym z nich właśnie.
A teraz klęczał, słuchając niekończących się inkantacji w nieznanym mu, acz bardzo melodyjnym i śpiewnym języku. Strauss prowadziła; była bez wątpienia starszą, potężniejszą nieumarłą i dysponowała nieporównywalnie większą wiedzą oraz umiejętnościami. Trwała bez ruchu, jedynie jej usta się poruszały, gdy szeptała obco brzmiące słowa. Wagner przeciwnie; dał się poznać jako ktoś znacznie bardziej żywiołowy, nawet, jeśli nie było to odpowiednie określenie.
Zaczął recytować modlitwę - czy cokolwiek to było - chwilkę później niż Yvonne, ale to dlatego, że krążył dokoła Nosferatu i najpewniej dłońmi kreślił w powietrzu skomplikowane wzory symboli. Dwugłos, jaki słyszał Randy, urwał się jednak gwałtownie. Do uszu wampira dotarł dźwięk szeleszczącego papieru, cichy szum ostrza wysuwanego z pochwy i obrzydliwy odgłos rozcinanej skóry i mięsa. Cokolwiek Tremere właśnie robili, dla klęczącego z zamkniętymi oczyma Nosferatu nie zwiastowało to nic dobrego.
- Wszystko jest we krwi. - szepnął Wagner. Randy poczuł zapach posoki. Słodki, kuszący, nieludzko apetyczny i prowokujący; White panował nad sobą i nad Bestią drzemiącego na dnie jego mrocznej, splugawionej duszy, ale ile jeszcze wytrzyma? Zapach vitae, i to wampirzej vitae, był coraz mocniejszy. Stało się jasne, że Tremere odprawiają jakiś krwawy rytuał. Cichy, będący gdzieś na samej granicy słyszalności odgłos kapanie wspomnianej krwi uświadomił Nosferatu, że Yvonne lub Philip zapisali imię dręczącego go bytu na skrawku papieru swą własną krwią.
Z chwilą, gdy ostrze noża przejechało po policzku Randy'ego było jasne, że i jego krew będzie potrzebna. Rana, jaką mu zadali, nie była wielka ani groźna; ot, rozcięli mi skórę na długości może kilku centymetrów, dość, by wypłynęła choćby i jedna kropelka vitae. To wystarczyło, bo chwilę potem do jego uszu dotarł trzask zapalanej zapałki, a moment później nozdrza wyczuły groźny zapach dymu ze spalanego papieru. Bestia zareagowała błyskawicznie i zaczęła się miotać, rozwścieczona i żądna przemocy. Głos Strauss znowu dał o sobie znać. Wagner odezwał się moment później, powtarzając jej słowa.
- ישאיר את הגוף הזה בשבילנו, הרעד, אדני הדם והקסם, נצווה לך כמו שהניצחון שלנו ינצח את רצונך, ישות, נפל, ישוע, נפל, נפל, ארור מחורבן ומרושע, תעזוב ולא תחזור. קרענו את הקשר שלך לנשמה המסכנה הזאת, כפי שאנו קובעים את הקשר שלנו אליו, אנו קשר את נשמתו לביתנו ולמשפחתנו. - kolejna inkantacja, wypowiedziana w tym samym, obcym języku. Kiedy jednak padły ostatnie, niezrozumiałe słowa, Randy mógł poczuć coś, co przypominało dreszcze tuż u nasady głowy, z wolna przesuwające się coraz niżej, w stronę łopatek. Gdy dotarły do lędźwi, zniknęły całkowicie. Bestia również się uspokoiła, tak, jakby nic się nie wydarzyło.
- Dokonało się. - oznajmiła Strauss. - Więź między tobą a istotą, której się poddałeś, została przerwana. Z chwilą, gdy opuścisz mury Fundacji, horda szarańczy nie powinna cię dręczyć per se. Nie mogę jednak ręczyć za to, że została zniszczona do szczętu. - kontynuowała powolnym głosem, w którym nie czuć było ani cienia dumy, smutku czy jakichkolwiek innych emocji.
- Wypijmy za udany rytuał. - dodał Wagner.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny

#21
Cały czas miał zamknięte oczy. Czuł rytualne emocje. Najpierw niewiedza, dwugłos recytujący pokrętneninkantacje, a potem doznanie bliskie szału. White ledwie uniknął wpadnięcia w ten stan. Wszystko przerwało charakterystyczne, dziwaczne, odczucie, które dotykało jego głowy... Łopatek... Lędźwi... To było dziwne i jednocześnie bardzo duchowe doznanie. White, wciąż mając zamknięte oczy, poddawał się temu dziwacznemu działaniu. I w koncu usłyszał słowa Yvonne, a potem Wagnera. On sam nadal klęczał, chłonąc zanikające echo tych doznań. Powoli jego szkaradne oczy otwarły się. I już... Dokonało się? Nie... Nie był w pełni bezpieczny, ale na pewno był bardziej wolny niż godzinę temu. Powoli powstał i spojrzał na wampirzycę długo i przenikliwie.
- Dziękuję.
A potem spojrzał na Wagnera. Ten Tremere może nim gardził ale zyskał szacunek Nosferatu. Możliwe, że był świadomy co to niesie dla społeczności Tremere. White na pewno szepnie dobre słowo o nich. Jego oczy powróciły do Yvonne.
- Mój klan na pewno dowie się o waszej pomocy. Ale to nie załatwia sprawy do końca.
Randy przyłożył długie palce swoich dłoni do swojej powykręcanej brody
- Mam spory dług wdzięczności wobec klanu Tremere. Jeżeli chcecie czegoś konkretnego - mówcie. Jeżeli jeszcze musicie się naradzić... Mogę zostawić mój numer telefonu oraz e-mail w recepcji.
Propozycja Wagnera o napiciu się kołatała w głowie White'a. Spojrzał na Nowicjusza.
- Chętnie ale... Chyba jeszcze sporo roboty przede mną, żeby całkowice się wyzwolić. Do tego chyba... Za bardzo nadużyłem waszej gościnności.
KARTA POSTACI: Randy White
Opis Postaci | 
Osobnik mający niezbyt wiele wspólnego z pięknem. Zniekształcona twarz, chropowata skóra, okrągly bebech kontrasujący ze wychudzoną resztą ciała, przygarbiona sylwetka bujająca się na boki przy ruchy oraz bardzo długie palce będące nieustannie w wolnym, płynnym, ruchu. Obecnie odziany w znoszony płaszcz, a pod spodem bluza z kapturem, do tego jeansy i buty trekkingowe.

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny (02.15.1999)

#22
Image
Image Image
Po dreszczach nie było śladu. Melodia inkantacji w obcym - hebrajskim przecież - języku stanowiła tylko echo przeszłości. White, wedle zapewnień Tremere, był wolny. Jego więź z demonicznym bytem już nie istniała. Groźba ponownego spotkania z hordą jednakże była teraz znacznie bardziej realna, niż można było się spodziewać. Czy z chwilą, gdy Randy opuści bezpieczne mury biblioteki Ballard Carnegie rzuci się na niego ogromne stado diabelskiej szarańczy? Czy usłyszy złowrogi trzepot dziesiątek, setek par skrzydełek? Czy od teraz do końca swych dni będzie musiał oglądać się przez ramię?
Czy...
- Jesteś naszym gościem. - odezwał się Nowicjusz Wagner. - Nalegam. - dodał już, nadając całej swej wypowiedzi jednoznaczne brzmienie groźby. Słowa te, choć uprzejme, niosły ze sobą cień czegoś nieprzyjemnego, podobnie jak nieznaczny gest uniesienia kielicha trzymanego oburącz. Nie był duży ani szczególnie bogato zdobiony. Był zwyczajny, można rzec, ot, puchar z kryształowego, delikatnego mlecznego szkła. Krwi nie było w nim wcale tak dużo; poziom szkarłatnego płyn nie przekraczał nawet połowy objętości naczynia.
Strauss zrobiła krok do przodu, w stronę Nosferatu. Zatrzymała się tuż przed wampirem i powoli, ostrożnie dotknęła jego policzka. Miejsca, w którym ostrze noża rozcięło starą, martwą skórę i wydobyło z niej pojedyncze kropelki jego własnej krwi. Rana nie była groźna ani przerażająca, nie wymagała też nasycenia Bestii czy głodu (aczkolwiek Bestia nie była zadowolona z takiego wykorzystania vitae). Yvonne przesunęła palcem po rozcięciu Randy'ego i cofnęła się.
- To tradycja. Dług spłacisz tylko pijąc krew. Nie dziękuj. - zabrała głos i, w przeciwieństwie do swego młodszego, acz nieznacznie tylko mniej utalentowanego kolegi nie groziła. Mówiła powoli, powołując się na wampirzą tradycję oraz spłatę długu. White nie dysponował aż tak silną wolą, by wprost odmówić komuś, kto mu pomógł (i być może ocalił jego istnienie). Bestia zaś, czując aromat krwi, znów się poruszyła. Nie była głodna, jednak ostatnie przeżycia i fakt, że ktoś zranił Nosferatu przeważyły. Vitae w kielichu było apetyczne, świeże, kuszące. Jeżeli zapłatą ma być skosztowanie krwi z kielicha...
Co złego może się stać?
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny

#23
White spoglądał w oczy Wagnerowi. Kąciki jego szkaradnych ust powędrowały ku górze, a sekundę potem po ścianach izby rozniósł się oszkliwy, charczący, śmiech White'a. Jego oczy przeniosły się na Strauss, a jego groteskowa sylwetka pochyliła się do przodu w dworskim ukłonie.
- Panno Strauss, jest w Pani tyle uroku, że wprost nie mogę odmówić...
Więzy krwii, tak podejrzewał. Mógł się domyślić. Roześmiał się, bo nic innego mu innego nie pozostało. Poza tym dał słowo, a byl słowny. Nie miał drogi ucieczki od tej procedury, nie we fundacji Tremere, a pozatym chciał zirytować Wagnera choć troszkę. Podniósł głowę, wygłodniale spoglądając na wampirzycę.
-... Sam bym tego lepiej nie zmajstrował. Wyrazy uznania. Cena będzie wysoka, nieprawdaż?
White czuł jakiś niewypowiedziany, erotyczny wręcz pociąg do krwii wampirzycy.
Potem oddał się działaniu bestii, która rwała się do przodu, do vitae. Dobyl naczynia i nasycił jej chciwość, wypijając zawartość.
KARTA POSTACI: Randy White
Opis Postaci | 
Osobnik mający niezbyt wiele wspólnego z pięknem. Zniekształcona twarz, chropowata skóra, okrągly bebech kontrasujący ze wychudzoną resztą ciała, przygarbiona sylwetka bujająca się na boki przy ruchy oraz bardzo długie palce będące nieustannie w wolnym, płynnym, ruchu. Obecnie odziany w znoszony płaszcz, a pod spodem bluza z kapturem, do tego jeansy i buty trekkingowe.

Re: 2026 NW Market Street, piwnica, magazyny (02.15.1999)

#24
Image
Image Image
Nowicjusz prychnął, słysząc Randy'ego. Oczywiście, że cena była wysoka! Musiała taka być. Klan Tremere nie bez powodu cieszył się swoją opinią. Na twarzy Nowicjusza pojawił się jednak tryumfalny uśmiech, gdy Randy ujął kielich; Strauss również uniosła kąciki ust ku górze, zadowolona, że wszystko przebiegło zgodnie z jej planem. Nawet Bestia wrzasnęła z radości kiedy usta Randy'ego zanurzyły się w kielichu z krwią.
Spośród posoki tylu ludzi (i zwierząt...), których Nosferatu wyssał w ciągu swego długiego życia, nic nie mogło się równać z zawartością kryształu. Już sam zapach doprowadzał do szaleństwa ten mroczny byt czający się na dnie duszy; kiedy zaś Randy przechylił naczynie, Bestia była zadowolona jak nigdy. Wampirza vitae była cudowna, jedyna w swym rodzaju; słodka i gorzka zarazem, gorąca i zimna, drażniąca wszystkie zmysły w perwersyjnie przyjemny sposób. Martwe ciało na jedną, zdecydowanie zbyt krótką chwilę poczuło się tak, jakby ciągle żyło.
I nie była to wcale przesada.
- Mówiłam, że nasza pomoc ma swoją cenę, Randy. - zgodziła się Yvonne i, co ciekawsze, chyba po raz pierwszy zwróciła się do Nosferatu jego imieniem. We krwi kryła się zresztą prawdziwa moc. Potęga, o której wiedzieli nieliczni. Wystarczyła jedna jej kropla, by spętać praktycznie każdego. Więź wytworzona w ten sposób była silniejsza niż cokolwiek innego; ghule chyba najlepiej wiedziały o przywiązaniu do kogoś. Ale czy Randy White będzie właśnie takim ghulem, czy może kimś znacznie, znacznie gorszym? Bestia mruczała z rozkoszy, delektując się krwią. Chciała jeszcze. Chciała więcej.
Gdy kielich był już pusty, stała się rzecz dość intrygująca. Dla White'a Strauss dalej prezentowała się nad wyraz apetycznie i smacznie, ale było coś jeszcze. Coś, czego nie dało się w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć - Nosferatu czuł wobec niej niezdrowe uczucie, chęć bliskości. Nie było to w żaden sposób seksualne, ani nawet związane z głodem wobec krwi, którą przecież dopiero co przełknął. Randy chciał być przy niej. Po prostu.
K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S
Odpowiedz

Wróć do „2026 NW Market Street, Ballard Carnegie Library”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość