Prolog. Bajka na dobranoc.

#1
    O tej porze większość Seattle spała i tylko nieliczni borykali się z problemami ze snem. Jedną z nich była blada, smutna dziewczyna, siedząca na brzegu skrzypiącej, skórzanej kanapy. Wpatrywała się w opadające leniwie płatki śniegu widoczne za oknem. Była późna, zimowa noc, pomarańczowy blask ulicznej latarni oświetlał niewielki kawałek dziedzińca, nadając stojącym tam drzewom oraz coraz to większym zaspom nienaturalną, ciepłą barwę. Blondynka z kucykami sięgającymi ramion odwróciła wzrok, wpatrując się w mokrą kartkę papieru, przedstawiająca chudą dziewczynę w zielono-czerwonej sukience, otoczoną wianuszkiem małych, również czerwonych dzieci. W rogu widniało szkarłatne kółko słoneczka z uśmiechniętą buźką, wyraźnie widoczne nawet w tak słabym świetle latarni. Jej blask nie był jednak jedynym powodem, dla którego kolory na papierze były zniekształcone.

Nie sposób opisać, jak wyjątkowym miastem jest Seattle u progu nowego tysiąclecia. Najprostszym wydaje się być stwierdzenie, że jest to "miasto, które nigdy nie śpi", ale jest to tak przebrzmiały, pusty i nic nie mówiący frazes, który można znaleźć w turystycznych broszurach czy opracowaniach dotyczących atrakcji zachodniego wybrzeża kraju, że aż wstyd. Suche fakty oraz liczby nie mówią także wiele, ale są już znacznie lepszym punktem wyjścia. Seattle - wedle roczników oraz urzędowych danych - to pełen drzew i lasów główny ośrodek administracyjny hrabstwa King w stanie Waszyngton, na Wybrzeżu Północno-Zachodnim Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Samo miasto, którego przydomek brzmi "Emerald City" i doskonale pasuje do zastraszającej ilości zieleni, znajduje się pomiędzy zatoką Puget Sound a jeziorem Lake Washington, niecałe sto siedemdziesiąt pięć kilometrów na południe od kanadyjskiej granicy. Stanowi dom dla grubo ponad pół miliona mieszkańców i jest jednym z ważniejszych - jak nie najważniejszym - portem, zarówno jeśli chodzi o drogę morską, jak i lotniczą z Azją oraz wyjątkowym w skali kraju centrum kulturalnym. Nieco ponad połowa mieszkańców to ludzie biali, mniej niż jedna piąta to Azjaci, niecałe dziesięć procent to czarnoskórzy, a jeden procent przedstawia rdzennych Amerykanów. Jeszcze mniejszy procent, właściwie jego ułamek, stanowią wampiry.

    Dziewczyna odłożyła ostrożnie obrazek namalowany kredkami i sięgnęła po rolkę papierowego ręcznika, próbując raz jeszcze wytrzeć plamę krwi. Stłuczona szklanka z podobizną Mushu z animowanego filmu Disney'a i rozlana świeża, ciągle ciepła vitae były tragedią, oczywiście, ale Jane Doe, młoda zastępczyni dyrektora sierocińca, cierpiała znacznie bardziej z powodu zniszczonego obrazka. Lubiła go. Był jednym z jej ulubionych, planowała go nawet oprawić i powiesić tuż przy wejściu do jej gabinetu, na miejscu dyplomu który kosztował ją grube pieniądze i połamane palce kilku ważnych osób, ale teraz... cóż, teraz będzie musiała go wyrzucić. Mark, rezolutny ośmiolatek i autor zarazem, nie powinien się jednak obrazić, to dobry chłopiec, zrozumie i pewnie namaluje nie jeden, a dwa kolejne obrazki. Jeszcze lepsze. "Tak, na pewno tak będzie", starała się myśleć Jane, byle tylko pozbyć się negatywnych myśli. Nie do końca jej to wychodziło, niestety.

Tak, wampiry istnieją. Zresztą nie tylko one, w mrocznych zakątkach świata czają się istoty, od których wielu ludziom zjeży się włos na głowie. Rzeczywistość, jaką znają, jest niczym innym jak deskami teatru, gdzie toczy się niekończące przedstawianie, pełna krwi zabawa. To nieskończona maskarada, gdzie krwiożercze monstra toczą bezustanną walkę nie tylko z otaczającym je światem, ale także z bestią we własnym wnętrzu, z potworem, który tylko czeka by wyrwać się na wolność. Seattle jest wampirzym domem, jednym z wielu zresztą. Stany Zjednoczone zamieszkują dziesiątki - a może nawet i setki - wampirów, którzy w ukryciu, z dala od oczu śmiertelników toczą swoje wojny, spiskują przeciwko sobie, pociągają za sznurki rządząc wieloma dziedzinami codziennego życia czy nawet kurczowo trzymają się resztek swego człowieczeństwa, starając się nie popaść w obłęd i szaleństwo.

    Ponure myśli nie były jednakże winą Doe, tylko Giny. To przez nią dziewczyna stłukła szklankę i rozlała krew, chociaż dziesięcioletnia dziewczynka nie miała żadnych złych zamiarów. Była po prostu sierotą, której rodzice zginęli w wypadku samochodowym na moście Montlake Bridge nie dalej jak miesiąc temu. Gina musiała się właśnie obudzić i najwyraźniej płakała, bo tylko coś takiego mogło wytrącić Jane z równowagi. Kochała dzieci. Tak po prostu. Chciała ich dobra i jeśli jeden z maluchów będących pod jej opieką zapłacze, poczuje ból czy coś, to Doe się o tym dowie. Nie da się tego wyjaśnić w żaden sposób, sama Jane nie do końca wie jak to działa, a jej ojciec, jeśli tak można nazwać tego nieumarłego sukinsyna, nie był dobrym nauczycielem. Mówił przede wszystkim zagadkami, a każde wypowiedziane przez niego słowo było metaforą czegoś zupełnie innego. Cóż, taki urok Malkavian.

Nie ma dwóch takich samych wampirów, można jednak zauważyć pewne podobieństwa pomiędzy nimi. Spokrewnieni czy też Kainici, jak sami siebie nazywają, dzielą się na wiele klanów i jeszcze więcej linii krwi, ale wszystko ma swój początek u źródła, u pierwszego wampira, u Kaina. Seattle do niedawna nie wyróżniało się pod tym względem: obok pyskatych, agresywnych przedstawicieli klanu Brujah, zwanych nie bez powodu "Krzykaczami" można było spotkać wycofanych z wampirzego, nieumarłego życia miłośników człowieczeństwa, kultury i sztuki, a także wszelkich związanych z tym przyjemności Toreadorów, czy odrażających, nienaturalnie zdeformowanych Nosferatu przypominających prawdziwe potwory. Wszyscy Spokrewnieni od dłuższego czasu żyli w miarę zgodnym społeczeństwie, kierowanym przez wampirów eleganckich i wyniosłych, dumnych aż do przesady, samozwańczych szlachciców o wybujałym ego, czyli Ventrue. To zresztą z tego klanu wywodził się najpotężniejszy wampir zasiadający na tronie nad zatoką Puget Sound i dzierżący tytuł Księcia Szmaragdowego Miasta.

    Raz jeszcze wytarła plamę, zbierając papierowym ręcznikiem resztę posoki. Przez moment patrzyła, jak vitae spływa jej po palcach, tworząc malutki, czerwony strumyk, znajdując wyżłobienia i nierówności w skórze o których sama Jane nie wiedziała, że istnieją. W końcu podniosła dłoń do ust, spijając krew, po czym wytarła ręce w i tak brudny już ręcznik. Musiała odwiedzić Ginę póki ma czas. Sięgnęła po grubą, sięgająca ud zimową, puchatą kurtkę i nałożyła na stopy skórzane, sztywne kozaki, po czym wyszła na korytarz i zamknęła swój gabinet, kilka razy sprawdzając, czy klucz naprawdę dokonał swego dzieła. Czym prędzej zbiegła po schodach, wyszła na wewnętrzny, zasypany śniegiem dziedziniec i szybkim krokiem w wydeptanych przez dzieci ścieżkach dotarła do części mieszkalnej, gdzie powinny spać wychowankowie sierocińca - powinny, ale doskonale wiedziała, że nie wszystkie śpią. Weszła do jasno oświetlonego holu i ledwo co postawiła nogę na pierwszym stopniu schodów, ujrzała jednego z wolontariuszy schodzącego z wyższego piętra. Ghul nerwowo poprawił okulary na nosie i skłonił głowę, uśmiechając się przepraszająco.

Anthony Wadsworth, bo tak brzmi jego imię, rządził twardą, acz sprawiedliwą ręką, pilnując by każdy wampir i każdy klan przestrzegali ustalonego, prastarego prawa. Tych, którzy je łamali, karał błyskawicznie w imię większego dobra, dla całej społeczności. Mało kto jednak wiedział, że Anthony od dłuższego czasu znajdował się pod wpływem kogoś innego. Na przestrzeni lat - dekad wręcz - toczyła się bardzo niebezpieczna, ryzykowna gra, której kulminacja miała miejsce na przełomie roku dziewięćdziesiątego ósmego i dziewięćdziesiątego dziewiątego. Wadsworth, mimo idealnych niemal predyspozycji zwyczajnie się nie nadawał do piastowanej roli i ostatnie lata były tego najlepszym świadectwem. Wszędzie węszył spiski i coraz bardziej przeszkadzał nie tylko w klanowych interesach, wymuszając na Spokrewnionych dziwaczne, często pozbawione sensu działania, ale także popełniał więcej i więcej zwyczajnych, biznesowych błędów. Stopniowo popadał w szaleństwo, by ostatecznie stać się największym przeciwnikiem wampirzej społeczności Seattle.

    Jane Doe uchyliła nieznacznie drzwi i szepnęła ciepłym głosem imię Giny, dziewczynki, przez którą nie mogła się skupić. Była na drugim piętrze, gdzie znajdowały się pokoje dzieci mających najwyżej trzynaście lat. Wspomniana dziewczynka była pyzatą dziesięciolatką w rogowych okularach, których nie zdejmowała nawet do snu. Siedziała na łóżku, z nosem przyciśniętym do zaparowanej szyby. Patrzyła na padający śnieg i pogrążone w ciemnościach Seattle. Na policzkach miała ślady łez, a na widok stojącej w progu dorosłej kobiety popłynęły kolejne. Doe uśmiechnęła się, zdjęła kurtkę, zsunęła kozaki i usiadła na łóżku obok wystraszonego malucha. Po chwili uniosła dłoń i starła łzy z jej policzków. Wszystkie dzieci w pokoju spały, czasem tylko przewracały się z boku na bok i mruczały coś niezrozumiale. Jedynie Gina nie była w stanie przespać dłużej niż pół godziny. Budziła się spocona, przerażona, a Jane czuła to wszystko aż za dobrze. I nie mogła tak tego zostawić, dlatego teraz otuliła mocno kołdrą małą dziewczynkę, tak, jak powinna to robić matka.

Ciężko powiedzieć, co było decydującym faktem, dla którego część klanów - na czele z Toreadorami, którzy wkrótce na dobre wycofali się z "publicznego", wampirzego życia ma się rozumieć - odwróciła się od swego przywódcy. Gangrele twierdzą, że był to bal charytatywny, którego główną "atrakcją" było pobieranie krwi na "szczytny cel". Malkavianie w swym obłędnym szaleństwie krzyczą, że sam fakt istnienia Wadswortha wystarczał, a Tremerzy tylko wzruszają ramionami, burcząc, że "to było nieuniknione". Toreadorzy jednak stracili jednego ze starszych - jak nie najstarszego Spokrewnionego - w Seattle. Był to bardzo poczytny pisarz, opisujący swe burzliwe życie sprzed wielu, wielu lat, nie wadzący pozornie nikomu. Nie sposób było skojarzyć tego, co przedstawiało słowo pisane ze stanem rzeczywistym, ale oszalały Anthony Wadsworth uznał, że jest to złamanie jednego z fundamentalnych praw, że jest to złamanie Maskarady. Skazał niewinnego Toreadora, ostoję Kainitów, na wieczny spoczynek, na ostateczną śmierć.

    - Zostanę z tobą aż zaśniesz. Opowiem ci nawet bajkę, chcesz? - spytała Jane, ale nie czekała na odpowiedź. Gina mruknęła coś pod nosem, kiwnęła lekko głową i spróbowała się uśmiechnąć. Lubiła bajki, jak każde dziecko, a zastępczyni dyrektora ośrodka potrafiła je opowiadać jak mało kto; większość wychowanków SCH się do tego nie przyzna, ale uwielbia słuchać opowieści Jane, które pozwalają na moment zapomnieć o wszystkim, co się dzieje wokoło. Doe przysunęła się bliżej i cichym, spokojnym głosem zaczęła opowiadać o złych czarownicach, okrutnym królu, niedobrym ojcu i smutnej dziewczynce, która tak naprawdę była księżniczką, ale nikt o tym nie wiedział. Zaczęła opowiadać swoją własną historię i, podobnie jak nieodżałowany Toreador, pomijała najważniejsza elementy i delikatnie naginała inne, tworząc cudowną opowieść, prawdziwą bajkę dla wystraszonego dziecka, gdzie zło zostaje ukarane, a dobro tryumfuje. Prawda była jednak zupełnie inna; bajka, jaką opowiadała Jane, nie miała ani dobrego początku, ani dobrego zakończenia, była zdecydowanie bardziej krwawa i brutalna i pełna przemocy, zarówno tej fizycznej, jak i psychicznej; był to koszmar, jakiego doświadczyła Jane w ciągu swego życia. To była historia jej życia, śmierci i powtórnego narodzenia. Opowieść jej drogi od samego dna aż po sam szczyt.

Napięcie w Seattle rosło. Coraz częściej można było usłyszeć nieprzychylne komentarze wypowiadane pod adresem Księcia, zarówno ze strony Spokrewnionych, jak i bydła; ludzie oczywiście nie wiedzieli, co się dzieje, ale wszystko, co miało miejsce za kurtyną, w świecie nieumarłych, miało swoje odbicie w realnym, rzeczywistym, skąpanym w dziennym świetle mieście. Kwestią czasu była otwarta wojna, bratobójcza walka która mogła narazić całą Maskaradę. Doszło do secesji i Seattle podzieliło się na dwa, trzy obozy - wampiry dystansujące się od całego konfliktu, wampiry popierające Wadswortha mimo coraz większych jego błędów oraz szaleństw a także wampiry pragnące spokoju oraz stabilności. Starcia na linii Brujah-Gangrel i Ventrue-Malkavian były szybkie i brutalne, a nade wszystko skuteczne. Dzięki temu ofiar nie było dużo, a gdy bitewny kurz i popiół z zamordowanych Spokrewnionych już opadł, nad Szmaragdowym Miastem władzę objął nowy Książę. Księżna właściwie. To ona, dzięki wyrafinowanej, acz niesamowicie ryzykownej grze oraz poparciu wampirów pozbyła się najważniejszego stronnika, Wadswortha i wampira, który mógł być jego godnym następcą. To wystarczyło, by wszystko rozsypało się jak domek z kart, tworząc fundamenty pod coś nowego.

    Ciche stuknięcie knykciami w drzwi brutalnie przerwało bajkę, w której było więcej niż jedno ziarenko prawdy. Gość nie czekał nawet na zaproszenie, tylko wszedł do środka. Próg przekroczył pryszczaty okularnik w postrzępionych, dżinsowych spodniach i grubym, czerwono-czarnym swetrze, ten sam, który nie tak dawno schodził po schodach i natknął się na Jane. Przez ramię miał przewieszoną przyprószoną śniegiem kurtkę, a szkła okularów z każdą kolejną chwilą pokrywały się coraz mocniej parą. Ziewnął przeciągle i ściągnął okulary z nosa, uśmiechając się przepraszająco w identyczny sposób. Widząc jednak nieruchomą, surową twarz Jane, zniekształconą grymasem złości, momentalnie się cofnął, doskonale rozumiejąc, co właśnie zrobił.
    - Pismaki już wiedzą - zaczął cicho, nie wiedząc, czy spotka go kara czy też nie za te słowa. - Billy... wie pani, mój znajomy rozwożący gazety... ten, którego postraszyła pani tym wielkim murzynem bo próbował poderwać Natalie w zeszłym tygodniu... właśnie do mnie dzwonił. Opisali wszystko co tylko się dało, twierdząc, że Wadsworth został zamordowany i... - zamilkł, widząc, jak Jane wstaje i powoli idzie w jego stronę. Szepnęła mu coś na ucho, obdarzyła Ginę uśmiechem i przeprosiła, tłumacząc, ze dokończy bajkę jutro. Szybkim, nieco nerwowym krokiem, wyszła z budynku.

Gra rozpoczęta dekady temu, gra, w której przez długi czas umacniano swoją pozycję, szukano sojuszników oraz podkopywano morale przeciwnika, zakończyła się na dobrą sprawę jednej nocy. Pomijając Toreadora Hugh Gardnera, kilku ghuli, mniej niż dwa tuziny najemników, ochroniarzy i stróżów prawa oraz zwykłych zbirów, ostateczną śmierć ponieśli Jeremy Hammond, primogen Brujah, "mięśnie" wykorzystywane przez rządzącą kastę Ventrue; Nicholas Jenkins, primogen Ventrue, wyniosły i dumny dyplomata, który do samego końca pozostał wierny ideałom; oraz sam Książę Anthony Wadsworth. Coraz mocniej utrudniał życie sobie i innym, aż w końcu stracił do reszty rozum, wieszcząc koniec wszystkiego, nadciągającą Gehenną i czas rzadkiej, słabej krwi oraz pariasów. Kto wie, Anthony może był gotów nawet samemu złamać Maskaradę?

    - Johnny, kochanie, zadzwoń proszę do Howarda. Jeśli Richard nie kłamie... - Jane, stojąc na zasypanym śniegiem dziedzińcu, szepnęła do stojącego pod masywnym drzewem czarnoskórego mężczyzny. Ten tylko kiwnął głową i bez słowa ruszył w kierunku budki telefonicznej, stojącej przy najbliższym skrzyżowaniu.
    Doe wpatrywała się w ciemne niebo, nasłuchując szumu wiatru. Płatki śniegu spadały na jej twarz i włosy, ale nie topniały. Tworzyły cieniutką, biała warstewkę, którą moment później wampirzyca starła dłonią. Na wschodzie widać już było ciemną, fioletową łunę; słońce wzejdzie najpóźniej za kilkadziesiąt minut. Nadchodził nowy dzień. Seattle budziło się do życia, ale Jane doskonale już wiedziała, że nic nie będzie takie, jak dawniej. Księżna będzie musiała walczyć o to, by zachować swój tron.

Jane Doe zajęła jego miejsce. Był to kontrowersyjny krok, w końcu Malkavianie słyną z szaleństwa i nieobliczalności, ale skoro to ona zdołała wybić się ponad resztę... została nową Księżną. Z początku wydawała się być trochę wycofana, nieobecna czy niepewna nawet, ale kiedy pozwoliła Spokrewnionym na naprawdę swobodne działanie w mieście i jego bezpośrednich okolicach, kiedy nie wciskała nosa w sprawy poszczególnych klanów, kiedy ograniczyła rolę tronu Szmaragdowego Miasta do najzwyklejszego arbitra, doradcy oraz zwyczajnego wsparcia dla wampirów, wszystko zaczęło iść ku lepszemu. Co prawda Ventrue jej nienawidzą, gardzą nią i coraz jawniej się jej sprzeciwiają, to nie stanowią wielkiego problemu; przynajmniej na razie. Mają swoje zmartwienia, w postaci małego rozłamu. Zanim będą stanowić jakiekolwiek zagrożenie, muszą najpierw uporać się ze swoimi demonami. Podobnie wygląda sytuacja z Anarchistami; wszystko to jest im na rękę. Trudne czasy dla Camarilli tylko im pomagają.
Odpowiedz

Wróć do „Tlo Fabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość