9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#1
  Niewielka plaża, którą regularnie obmywają wody Puget Sound jest oddalona o jedną ulicę, nie więcej jak dwadzieścia, może trzydzieści metrów. Samo osiedle liczy sobie półtora ara (czyli niemal sto pięćdziesiąt metrów kwadratowych powierzchni) i jest domem dla tuzina pojazdów oraz kilkudziesięciu osób, którzy z takiego czy innego powodu wybrali takie właśnie życie.

Są tutaj białe i szare przyczepy kempingowe, obok których stoją zaparkowane "od zawsze" pickupy, półciężarówki i stare osobówki. Są kampery, te nowsze i starsze, wokół których rozstawione są krzesła i kanapy, a w paru przypadkach nawet i niskie, drewniane płotki. Są nawet i furgonetki przerobione na malutkie i niesamowicie ciasne domki. Jest nawet jeden samotny Volkswagen Transporter T1 Camper z lat sześćdziesiątych, trochę rdzewiejący, z zapadniętymi oponami i zbitymi reflektorami, ale ciągle widać na nim różowe i czerwone kwiatki, a w miejscu charakterystycznego loga VW jest pacyfka.

Oto parking barakowozów, czyli najzwyczajniej w świecie trailer park, gdzie każdy kto ma wóz kempingowy albo odpowiednio duży samochód może przyjechać i za naprawdę niską opłatą zaparkować i cieszyć się życiem na tym nietypowym osiedlu. Pieniądze naprawdę nie są wielkie i dosłownie każdego na to stać - bo w skali rocznej bardzo rzadko wszelkie opłaty przekroczą tysiąc dolarów. Zwykle jest to sto czy dwieście dolarów na kwartał, czasem trochę więcej, czasem trochę mniej, zależnie od wielu czynników. Najważniejsze jest jednak to, że mieszkając w takim miejscu nie trzeba się o nic tak naprawdę martwić. Przyczepa czy wóz jest tylko i wyłącznie właściciela i nikt nie ma prawa do niego wejść bez odpowiedniego uzasadnienia i nakazu.

Ma to oczywiście swoje mroczniejsze strony i tego typu osiedla bardzo często przyciągają margines, co widać aż za dobrze. NB Trailer Park jest otoczony drzewami i krzewami; niesamowicie grube pnie dębów i olch, porośnięte mchem wyznaczają granice osiedla, podobnie jak niewysoka, druciana siatka rozciągnięta między nimi. Rozłożyste wiązy z masywnymi, uginającymi się od ciężaru liści gałęziami rosną dziko tu i tam, a w ich cieniach zaparkowane są samochody, wokół których tworzone są małe domostwa.

Tam jest przywiązany za tylną nogę biszkoptowy kundel z niesamowicie puchatym ogonem. Tu leży góra worków na śmiecie, wokół których bez przerwy fruwają stada much. Dalej widać ukradziony wózek z supermarketu, przy którym bawi się jakiś malutki chłopiec. Obok jest stary stół piknikowy, na którym rozstawione są pogniecione puszki po piwie. Tutaj trzy nastoletnie dziewczyny (dziewczynki właściwie) opierają się o przeżartą rdzą maskę starego Chevroleta i uśmiechają się w upiorny, prowokujący sposób. Tam jakiś brzuchaty, łysiejący koleś oddaje mocz na drzewo i przeklina swoją żonę. W powietrzu czuć nieprzyjemny zapach śmieci, potu, stęchlizny oraz chemicznego odoru, jaki wydobywa się podczas produkcji narkotyków.

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#2
Szła przez śnieg, nie czuła zimna, lecz nauczyła się sprawiać pozory, jakby owe zimno w istocie jej przeszkadzało; nogawki ciemnych obcisłych dżinsów wsunięte były w wysokie skórzane buty na płaskiej podeszwie, a spod skórzanej kurtki, wciąż koloru nocy, spiętej kraciastą apaszką wokół szyi, wystawał kaptur bawełnianej bluzy chroniący głowę przed śniegiem. Smukłe kosmyki, które wymknęły się ze spiętego warkocza przerzuconego przez ramię, znajdującego się pod ubraniem, zaczynały pokrywać się szronem. Omijała światła latarni rozjaśniające nocne ciemności, lekko pogarbiona parła przed siebie, nie rozglądając się wokół.

Minęła parking, znała go, czasem widywała tu - och, były - nastolatki, utkwiła wzrok na wyzywającym spojrzeniu jeden z nich, ściągając na siebie jej uwagę, nie zatrzymała się jednak przy niej - wędrowała dalej przystając dopiero przy pobliskiej nagiej olsze, wysuwając dłoń z kieszeni kurtki, którą musnęła mech porastający jej korę. Zawahała się, drgnęła w przód, w tył, po czym zgrabnym krokiem obeszła drzewo, prędzej czy później dziewczynki się rozejdą, było już późno. Jej wzrok na dłużej zatrzymał się na stole piknikowym, znajdował się kilka metrów od niej - wycofała się kolejne parę kroków, po czym zanurzyła dłonie w śniegu, lepiąc z niego niedużą śnieżkę, mocno ją zbijając. Gotową obróciła w dłoni, nim cofnęła się jeszcze pół kroku i, wychylając się lekko w przód, cisnęła nią w jedną z puszek. Niecelnie, przeleciała tuż obok, wprawiając ją swoim lotem w drżenie. Wampirzyca żachnęła się z niezadowoleniem, raz jeszcze śledząc spojrzeniem tor lotu śnieżki i krótką chwilę przyglądając się miejscu, o które się roztrzaskała, pokręciła przecząco głową - po czym schyliła się, żeby ulepić drugą. Podobno do trzech razy sztuka, choć nie podejrzewała, że będzie jej potrzebne tyle prób.

Zaczęła pogwizdywać trudną do rozpoznania melodię.
KARTA POSTACI: Calpurnia
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: rosyjski
Opis Postaci | 
Nogawki ciemnych obcisłych dżinsów wsunięte były w wysokie skórzane buty na płaskiej podeszwie, a spod skórzanej kurtki, wciąż koloru nocy, spiętej kraciastą apaszką wokół szyi, wystawał kaptur bawełnianej bluzy chroniący głowę przed śniegiem. Smukłe kosmyki, które wymknęły się ze spiętego warkocza przerzuconego przez ramię, znajdującego się pod ubraniem, zaczynały pokrywać się szronem.

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#3
Impala stała wyciszona na parkingu przed Trailer Parkiem. Piękny samochód, o symetrycznych kształtach, wypolerowanej do granic możliwości powierzchni i czarnym niczym krucze pióra kolorze. A przynajmniej, tak opisał by swoją dziecinę Frank Richmond, mężczyzna siedzący w środku z ramionami skrzyżowanymi na kierownicy. Dzisiejsza noc była zimna, wietrzna, a do tego wiatr uderzał z siłą małego huraganu. Frank w duszy dziękował za to, że nie czuje już zimna. Chociaż intrygowało go, że pomimo, swej fizycznej odporności na niskie temperatury, jego umysł dalej podpowiadał mu, że jest zimno i powinien założyć grubszą kurtkę. Muzyką dobiegającą z głośników był nieśmiertelny kawałek "Don't Stop Belivin'" w wykonaniu Joruney. Frank znał swoją ulubioną płytę na pamięć, wiedział, że zaraz nadejdzie Freddie Mercury wraz z Queen, by wykonać "Bohemian Rapsody" a następnie stary dziadek Louis Armstrong z "What a Wonderful World". Nienawidził ciszy, a na tym zadupiu, tylko tego można było się spodziewać, przynajmniej w taką noc. Uderzył palcami w powierzchnię tapicerki, czujnym okiem wyglądając swojego brata Harrego. - "Lepiej, żebyś nie wpakował się w jakieś tarapaty ty ćwoku." - Ostatnim razem kiedy Harry powiedział, ze ma sprawdzone źródło towaru dla klientów VIP, musieli zatłuc na śmierć trzech obrażonych rosyjskich dealerów.

Jego wzrok przykuła młoda kobieta, chociaż Frank raczej nazwałby ją dziewczyną, która została w pobliżu parkingu, kiedy pozostałe nastolatki rozeszły się do swoich "domów na kółkach". Nie potrafił sobie wyobrazić, czego można szukać na zewnątrz w taką pogodę. Dziewczyna sama odpowiedziała na jego pytanie. Wzięła w dłonie śnieg, ulepiła z niego solidną kulę, a następnie cisnęła w stronę stołu na którym stały, niedbale pozostawione puszki oraz butelki. Śnieżna kula, wielkość mniej więcej, piłki do gry w baseball, przeleciał nad parkingiem, stołem piknikowym, znikając w kolejnej zaspie śnieżnej. Doskonały wzrok wampira, pozwolił mu dostrzec to delikatne drżenie, oznajmujące, że pocisk prawie dotarł do celu. Frank pociągnął za niewielką dźwignię, zwolnił blokady na drzwiach samochodu, a następnie wyszedł na zewnątrz, zamykając wrota do swego królestwa za sobą. Wyciągnął z kieszeni paczkę "Lucki Strików", delikatnym ruchem nadgarstka, wysunął jeden z papierosów, a następnie uniósł płomień złotej zapalniczki zippo, odpalając jego końcówkę. Obserwowanie jak nastolatka stara się śnieżkami strącić rozstawione butelki, wydawało się znacznie bardziej interesujące niż oczekiwanie na wybuch jakiejś aparatury do produkcji metamfetaminy.
KARTA POSTACI: Frank Jr. Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Wietnamski
Opis Postaci | 
Głos Franka

Przybył do Seattle jakiś czas temu. Jeszcze przed rozwiązaniem całego sporu księcia z Malkavianami, ale już pod sam jego końcu. Niewiele osób wie, że Frank w ogóle istnieje. W środowisku wampirów Seattle nie znaczy praktycznie nic. Przybywając na Elizjum do nowej księżnej, nie udało mu się nawet zaprezentować. Zajęta, znacznie ważniejszymi sprawami, wydelegowała przedstawiciela, który z kolei zakomunikował, że przybycie Frank'a zostało odnotowane. Nie wydaje się być szczególnie zainteresowany wampirzą polityką i zwykle pojawia się w miejscach publicznych z przystojnym mężczyzną, który jest do niego trochę podobny. Jest współwłaścicielem zakładu mechanicznego "Midnight Repair" przy 6311 Corgiat Dr S, Seattle, WA 98108.]

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#4
->START<-

Odkąd była w tym dziwnym mieście, niemal nieustannie zwiedzała. Starała się poznać dzielnicę, ogólną topografię miasta. Jak myśliwy badała i poznawała teren, na którym odtąd przecież będzie polować. Zaskoczyła ją ilość zieleni w tej betonowej dżungli. Pełno drzew, w koło lasy, dużo wody, parki nawet w centrum miasta, dla takich ostoja, bez której nie potrafiłaby się obejść. Oczywiście wielka aglomeracja miała ogromne minusy i pełno wad, ale Szmaragdowy Klejnot miał też na tyle pozytywów, by Wilczyca mogła śmiało przyznać sobie rację... decyzja o pozostaniu tutaj była dobrą. Anchorage, przynajmniej te, które ona znała i pamiętała nie umywało się do Seattle i pewnie wciąż tak jest. Ostatecznie to czas pokaże czy decyzja była słuszna, czy Blake powinna wrócić w głuszę, gdzie było jej miejsce.
Dziś znalazła kolejny... "park". Co prawda były tu drzewa, zieleń... to znaczy obecnie przysypana śniegiem, ale jednak. Ten park był jednak dalece inny od jej wyobrażeń i oczekiwań. Po pierwsze było tu mnóstwo gratów. Puszki na kołach, śmieci, stoły, kontenery jakieś i masa innych rzeczy, z których połowy nawet nie potrafiła nazwać! Do tego potwornie tu śmierdziało! O ile zdążyła już przywyknąć do betonowego zapachu tej dżungli, gryzącego odoru spalin i tytoniu, tak tutaj waliło niemiłosiernie. Nie miała pojęcia co to za paskudny, chemiczny, gryzący zapach. Coś nieopisanie paskudnego, sztucznego w jej odczuciu. Kanały waliły gównem, szczochami, pleśnią i wilgocią... to były naturalne zapachy, choć nie można powiedzieć, że przyjemne, to jednak było niemal nie do zniesienia! Jak tutaj bydło mogło egzystować!? No tak... oni nie mają tak wyczulonych zmysłów i pewnie już zdążyli przywyknąć!
Wiał przenikliwy, zimny wiatr, dmuchał porywiście, ale Blake nie robiło to absolutnie żadnej różnicy. Minę miała skrzywioną. Śmierdziało tutaj! Nos zmarszczony, brwi tak samo. Szła jednak spokojnym, pewnym krokiem przed siebie. Wyprostowana, choć z pochylonym lekko karkiem i rękoma luźno po bokach ciała. Prezentowała jakąś czujność i pewność, a jednocześnie rozglądała się w każdą stronę jakby kogoś szukała, albo zwiedzała. Nawet nie zadrżała przy żadnym z podmuchów, nie poprawiła targanych wiatrem kruczych włosów. Czarne poły długiego płaszcza łopotały wściekle, sam płaszcz zapięty był jedynie na kolka guzików na wysokości torsu i brzucha kobiety. Jej wzrok padł na stojącego obok czarnej bryki faceta odpalającego papierosa. Nigdy nie lubiła tych wszystkich skrętów,
które dymiły śmierdząco i truły wszystko w koło. Zatrzymała się krok obok jegomościa i podążyła swoim wzrokiem za jego, na dziewczynę, która usiłowała trafić śnieżką w puszki na zaśnieżonym stoliku.
-Zdajesz sobie sprawę jak koszmarnie śmierdzisz przez to chujostwo? - Rzuciła w powietrze, ale ewidentnie kierowała pytanie do mężczyzny. Mówiła płynnie po angielsku, ale z wyraźnym obcym, twardym akcentem. Rosyjskim, albo jeszcze jakim w podobnym stylu. Stała niewzruszona jak posąg. Wyprostowana, z rekami luźno. Teraz mogłaby uchodzić za posąg ubrany w płaszcz...

Po co się zatrzymała? Chyba tylko po to by zwrócić uwagę palącemu. Była wystarczająco podrażniona smrodem tego "p a r k u" by mieć humor na zaczepianie obcych bezpośrednim komentarzem.
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#5
Żywy Frank w momencie, w którym ktoś dał radę się do niego podkraść - a był to nie lada wyczyn - wyciągnąłby z kabury gnata i począł walić w stronę głosu, ile wlezie. Nie podkradasz się na człowieka, który samotnie stojąc na parkingu pali swojego ulubionego ćmika. A już na pewno nie czynisz mu wywodów na temat zapachów, zmiany koloru paznokci, raka czy czegokolwiek powiązanego z propagandą antynikotynowego lobby. Nowy Frank był jednak martwy, zaś odruchy, jakie wyniósł z dżungli dalekiego azjatyckiego kraju, którego nazwa brzmiała jak marka zupek instant nie miały już tej samej władzy. Wampir powoli obrócił głowę w stronę, z której dochodził dźwięk w żaden sposób nieprzypominający dmącego zimnego nocnego wiatru. To, co zauważył co-najmniej go zaskoczyło otóż okazało się, że w Trailer Park nie mieszkają tylko nastolatki z zamiłowaniem do strącania puszek, ale także prawdziwe dzikusy wyciągnięte z jakiegoś Rosyjskiego gułagu. Atletyczna budowa ciała kocia gracja ruchów pewność siebie. Frank znal takie osobistości, ale cechy te rzadko dostrzegał w kobietach. Wiatr wył wiec przeraźliwie zasypując parking coraz to nowa pokrywa świeżego mokrego śniegu, który przyjemnie trzaskał pod podeszwami butów.Frank nareszcie zdecydował się przemówić - "W mieście, lepiej pachnieć jak miasto. Zresztą, mogę rzucić, kiedy tylko zechcę. Mój lekarz powiedział, że albo fajki, albo życie. Na razie wygrywają fajki" - Jego głos był niski, przyjemny dla ucha, trochę usypiający. Zaciągnął się tytoniową ekstazą w papierowej rolce, a następnie wypuścił dym nosem formując kilka obręczy, które momentalnie rozwiały się, smagane dzikim podmuchem powietrza. Frank burknął do siebie przekleństwo w jakimś azjatyckim języku, a następnie zwrócił swoją uwagę ponownie na dzikuskę - "Rozumiem, że włócznie się na Syberii skończyły więc wpadłaś do Wallmart kupić kilka nowych? Jeśli tak to spóźniłaś się. Cały zeszły tydzień to "Tydzień Kultury Indiańskiej". Wszystkie białasy jarające się Tezcatlipocą i pierzastymi wężami już obrobiły market z całego zapasu. Możesz jeszcze spróbować na Fifth Avanue. Podobno tam mają wszystko ." - Dokończywszy zdanie, zgasił swój niedopałek w śniegu znajdującym się obok Impali. - "Chyba że jesteś tutaj w innym celu. Jeśli tak to polecam trzymać się z daleka od mobilnych trailerów w środku parku. To zwykle własność jakiś dzianych przedstawicieli świata przestępczego. Gotują tam metamfetaminę i inne dragi. Nie chcesz się w to mieszać" - Ponownie zebrał się na równe nogi wycierając dłonie w ich ośnieżoną powierzchnię. - "Chłodno dzisiaj nie?" - Ponownie przeniósł wzrok w stronę Trailer Parku, który pod śnieżną pokrywą przypomniał trochę kwatery pracownicze dla meksykańskich elfów Świętego Mikołaj. Swoją drogą ciekawe czy Mikołaj musi przestrzegać kodeksu pracy. Wampir zastukał niecierpliwie w dach samochodu i począł bawić się złotą zapalniczką zippo.
KARTA POSTACI: Frank Jr. Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Wietnamski
Opis Postaci | 
Głos Franka

Przybył do Seattle jakiś czas temu. Jeszcze przed rozwiązaniem całego sporu księcia z Malkavianami, ale już pod sam jego końcu. Niewiele osób wie, że Frank w ogóle istnieje. W środowisku wampirów Seattle nie znaczy praktycznie nic. Przybywając na Elizjum do nowej księżnej, nie udało mu się nawet zaprezentować. Zajęta, znacznie ważniejszymi sprawami, wydelegowała przedstawiciela, który z kolei zakomunikował, że przybycie Frank'a zostało odnotowane. Nie wydaje się być szczególnie zainteresowany wampirzą polityką i zwykle pojawia się w miejscach publicznych z przystojnym mężczyzną, który jest do niego trochę podobny. Jest współwłaścicielem zakładu mechanicznego "Midnight Repair" przy 6311 Corgiat Dr S, Seattle, WA 98108.]

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#6
Parking barakowozów wyglądał intrygująco. Nie było to w żadnym wypadku miejsce ładne, zadbane ani przyjazne, skądże znowu - po prostu padający bez przerwy śnieg przykrywał wszelkie brudy dość grubą warstwą białego puchu. Ukrywał wszystko złe, paskudne i niedobre przez wzrokiem postronnych osób. Ciemna noc, z niebem pokrytym chmurami zza których słabo błyskało światło gwiazd oraz księżycowy blask, tylko potęgowała ten efekt swoistej maskarady.
Pierwszą osobą, która zawitała o tak późnej porze na parking była młodą dziewczyną. Korzystając z pustki i ciszy, zaczęła miotać śnieżkami w pozostałości po alkoholowej zabawie, stojące na jednym ze stołów. Miała także szczęście w nieszczęściu, bo gdyby rzuciła odrobinę mocniej, dalej, to trafiłaby nie w ścianę najbliższej przyczepy, a w małe okienko. Szybka może i by wytrzymała, ale lokator mógłby się obudzić... i nie byłby pewnie zadowolony.
Drugą osobą był palący papierosa mężczyzna - teoretycznie pasował idealnie do NB Trailer Park, ale praktycznie wydawał się być wyjęty z zupełnie innego świata. Klasyczny samochód, jaki znajdował się obok, tylko to potwierdzał. Impala w żaden sposób nie należała do tego miejsca, była zbyt zadbana i zbyt sprawna. I zbyt rzucająca się w oczy, bo nie tylko trzecia osoba, dość ponuro i agresywnie wyglądająca dziewucha rzucająca niewybredne komentarze na temat papierosów, zaczęła zbliżać się w stronę samochodu.
Czwartą, póki co ostatnia osobą, był brzuchaty, zarośnięty facet, idący wyraźnie chwiejnym krokiem.
Przeszedł parę kroków i zatrzymał, rozglądając dokoła. Szukał czegoś, najpewniej swojej własnej przyczepy, ale zmrużone powieki i rozbiegane spojrzenie, a także gęsta para jaką wydychał zdawały się krzyczeć, że jest tak pijany, że cudem w ogóle trafił na ten parking. W końcu jednak dojrzał samochód Richmonda, jego samego oraz Blake i, uśmiechając się szeroko, ruszył w jego stronę. Potknął się przy okazji o zakopaną w śniegu butelkę; zachwiał się, zaklął siarczyście pod nosem i gdy odzyskał równowagę, zawołał do Franka.
- Ładne cacko, zadbane takie, cycuś normalnie. - odparł tłuścioch rubasznym głosem, patrząc to na Impalę, to na Blake stojącą obok, tak jakby mówił zarówno o samochodzie, jak i dziewczynie. Calpurnia stała jednak zbyt daleko, więc na swoje szczęście była poza zasięgiem wzroku grubego pijaczyny. Słyszała jednak wszystko wystarczająco dobrze; głos mężczyzny, choć zniekształcony przez litry wyżłopanego alkoholu, był donośny i niósł się przez większość parkingu.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#7
Nic, nigdy nie idzie tak jak powinno. Trailer Park ma złą reputacje z bardzo dobrego powodu - lądują tutaj tyko dwa rodzaje ludzi: tacy co nie mają na własny apartament oraz tacy co potrzebują coś ukryć w Ballard. Frank bardzo dobrze wiedział, że te dwa typy ludzi mają wiele wspólnego. Oczy Franka spoczęły na grubym, pijanym niczym ksiądz po siódmym kazaniu, mieszkańcu tej cudownej krainy metamfetaminy i przemocy domowej. Wzniósł prawą rękę w powitalnym geście - "Tak, dbam o nią lepiej niż o własną żonę. Mój samochód jednak nie narzeka i daje w siebie wchodzić, kiedy tylko zechcę." - Stary dowcip pamiętający jeszcze czasy, kiedy amerykańskie samoloty zrzucały płonący napalm na dżungle gównianego, azjatyckiego kraju na drugim końcu kuli ziemskiej. Franka jdna nie uśmiechał się, a jego oczy pozostały skupione na zbliżających się kłopotach. Wiedział, że jeśli grubas dojdzie do Betty, zechce ją podotykać, sprawdzić czy jest nawoskowana, a potem zapewne opróżni swój żołądek wprost na maskę. Mając tę cudną wizję w głowie, Frank postanowił reagować zanim będzie musiał gołymi pięściami, w wampirzym szale, zatłuc pijanego skurwiela. Zrobił kilka korków, obszedł samochód od lewej strony i ulokował się na trasie pomiędzy grubym gościem, a swoim ukochanym pojazdem. - "Radzę zawrócić w stronę Trailer Park. Dzisiaj nie noc na przechadzki." - Wampir, miał tylko głęboką nadzieję, że do pijanego mężczyzny dojdzie informacja mentalna - ZAWRACAJ DO DOMU CAPIE -. Nie miał na razie ochoty wykorzystywać swych groźnych min czy noża spoczywającego bezpiecznie w pochwie doczepionej do skórzanego paska. Poprawił kurtkę, jakby zasłaniał się przed zimnym powietrzem oraz atakującym śniegiem.
KARTA POSTACI: Frank Jr. Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Wietnamski
Opis Postaci | 
Głos Franka

Przybył do Seattle jakiś czas temu. Jeszcze przed rozwiązaniem całego sporu księcia z Malkavianami, ale już pod sam jego końcu. Niewiele osób wie, że Frank w ogóle istnieje. W środowisku wampirów Seattle nie znaczy praktycznie nic. Przybywając na Elizjum do nowej księżnej, nie udało mu się nawet zaprezentować. Zajęta, znacznie ważniejszymi sprawami, wydelegowała przedstawiciela, który z kolei zakomunikował, że przybycie Frank'a zostało odnotowane. Nie wydaje się być szczególnie zainteresowany wampirzą polityką i zwykle pojawia się w miejscach publicznych z przystojnym mężczyzną, który jest do niego trochę podobny. Jest współwłaścicielem zakładu mechanicznego "Midnight Repair" przy 6311 Corgiat Dr S, Seattle, WA 98108.]

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#8
Zmarszczyła lekko nos, mocniej zbijając płatki śniegu w kulkę; łypnęła okiem na wciąż stojące na blacie zaśnieżone puszki, kiedy jej uwagę przykuł ślizg nadjeżdżającego pojazdu; samochód wyglądał na wymuskany, ale nigdy nie interesowała się blaszakami. Obserwowała go ukradkiem i kątem oka, leniwie wyciągany papieros, i, wreszcie, spojrzenie ukierunkowane prosto na nią. Udawała, że tego nie widzi, nie tracąc czujności - z lekko przekrzywioną głową na dłużej zatrzymując wzrok na błysku swojego celu. Lekko podrzuciła w ręku śnieżkę, przymierzając się do kolejnego uderzenia. Następna osoba - kobieta - czyżby jego znajoma? Nie dosłyszała wymiany zdań pomiędzy nimi, stali zbyt daleko. Usłyszała dopiero ostatniego mężczyznę - brzuchaty, otyły, a do tego chamski, ucieleśnienie obleśności, skrzywiła się, mocniej marszcząc nos na jego niewybredny komentarz. Sam jesteś cycuś, baranie, przy takiej nadwadze miał biust pewnie większy tak o niej, jak i od dziewczyny przy samochodzie. Powróciła spojrzeniem na stół piknikowy, unosząc wzrok nad okienko, które tylko cudem ominęła rzutem. Przez chwilę się wahając, przestępując z lekko wysuniętej w przód stopy na drugą, cisnęła drugą śnieżkę w puszki.
KARTA POSTACI: Calpurnia
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: rosyjski
Opis Postaci | 
Nogawki ciemnych obcisłych dżinsów wsunięte były w wysokie skórzane buty na płaskiej podeszwie, a spod skórzanej kurtki, wciąż koloru nocy, spiętej kraciastą apaszką wokół szyi, wystawał kaptur bawełnianej bluzy chroniący głowę przed śniegiem. Smukłe kosmyki, które wymknęły się ze spiętego warkocza przerzuconego przez ramię, znajdującego się pod ubraniem, zaczynały pokrywać się szronem.

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#9
wysłuchała słów mężczyzny stojąc jak posąg. Nawet nie drgnęła, nie mrugnęła obserwując dziewczynę walczącą z puszkami nieco głębiej w parku. Kiedy pociągnał bucha i zaczął nawijać w jakimś "obcym języku", z którego zrozumiała niemalże tylko włócznia i Syberia, przeniosła spojrzenie swoich wyrazistych oczy na niego. Był wyższy.
-Dureń patentowany... - Ona też zaklęła w obcym języku mierząc rozmówcę od czubka głowy po koniec butów. Postawny facet, sporo zapewne przeszedł, nos nieco nie taki jak po urodzeniu, pewnie łamany więcej niż raz... rasowy mieszkaniec miast... nic tylko lać się po spelunach, albo na noże iść...
albo i jeszcze co lepszego...
-Imperium Rosyjskie jest gigantyczne. Skąd myśl, że pochodzę z Syberii? Tylko ten region tam znasz? - Odpowiedziała równie uszczypliwie co on, ale znacznie zwięźlej. Nie traciła spokoju, choć znowu zaczęła wzrokiem wodzić po całym parku.
-Więc to ta... metafetamiana... tak tutaj cuchnie... - Warknęła gardłowo. Jak można tak psuć cudowny zapach drzew czymś tak sztucznym?! Drażniło ją to,
ale zdążyła już się powoli do tego przyzwyczajać. Nie ta ziemia nie ten czas.

Obserwacje walki z puszkami i ich rozmowę, może niezbyt uprzejmą, ale ostatecznie spokojną, przerwało nadejście jakiegoś cuchnącego alkoholem obleśnego grubasa. Napity jak beczka zatrzymał się przy nich i wyrzucił z siebie zagajenie, jakby stał z kumplem i oglądał konie na wybiegu. Mężczyzna z zapalniczką odpowiedział wyraźnie niezadowolony i ustawił się tak, by grubasowi zablokować drogę do swojego wozu. Blake obserwowała sytuację. Zrobił krok na bok. Minęła miała co najmniej zniesmaczoną. Gruby, pijany pojemnik na krew w obrzydliwej wymianie zdań z drugim mężczyzną. Takie odzywki to do siebie potrafią rzucać tylko samce tego dziwnego gatunku jakim jest człowiek.
-..nie narzeka i daje w siebie wchodzić, kiedy tylko zechcę... - Powtórzyła gardłowym warknięciem wywracając oczami. Nad ich głowami głośno zakrakał kruk, ukryty gdzieś w gałęziach. Jakby w odpowiedzi na warknięcie kobiety. Natasha obserwowała dalej stojąc lekko na boku tą interakcję. Każda taka sytuacja uczyła ją czegoś nowego. Nowych zachowań behawiorystycznych dwunogich zwierząt betonowej dżungli. Ewidentna próba zastraszania. Kolejna śnieżka świsnęła tez przez powietrze w stronę biednych puszek. Co z tego będzie... dla niej na pewno jakaś lekcja.
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#10
Calpurnia jako jedyna nie musiała się przejmował pijanym, wyjątkowo chamskim tłuściochem. Robiła po prostu swoje, czyli raz jeszcze rozpoczęła formowanie śnieżki i już przymierzała się do kolejnego - być może celnego - rzutu. I dobrze robiła, bo przebywanie w towarzystwie grubego pijaczyny było bardzo wątpliwą przyjemnością. Zwłaszcza w tej chwili, bo brodacz machnął tylko niedbale ręką i podszedł bliżej Impali. Oparł się o szybę od strony pasażera i mrużąc oczy zaglądał do środka.
- A tam, pierdolisz, noc jak każda inna. Trochę zimno, ale wystarczy kielonek i od razu się tak cieplutko robi. - rzucił w stronę Franka, jawnie ignorując jego ostrzeżenia. Na szybie, w miejscu gdzie się opierał, pojawiły się wyraźne plamy tłustych palców. Był jednak tak mocno ogłuszony alkoholem, że nie docierały do niego żadne ukryte sygnały, ani drugie dno poszczególnych wypowiedzi. Beknął porządnie, zachwiał się i już miał tracić równowagę, gdy w ostatniej chwili oparł się raz jeszcze o samochód.
Uśmiechnął się głupio.
- Albo, zamiast kielonka, okład z młodej piersi! Mam rację czy mam rację? Tak się ogrzewa na dalekiej Rosji, no nie товарищ? - odwrócił się do Blake, zaintrygowany nie tyle jej akcentem, co samym obcym językiem. Znał najwyraźniej rosyjski, a sądząc po określeniu "towarzyszu" lub też "towarzyszko", mógł służyć w wojsku w ostatnich latach zimnej wojny. To, że wylądował na parkingu barakowozów, w zwyczajnym trailer park w Seattle, idealnie do tego pasował.
Nie wiedział jednak, jak wiele ryzykuje zachowując się w tak ordynarny sposób. Był sam jeden przeciwko trzem nieumarłych potworom i najwyraźniej nie miał instynktu samozachowawczego, bo z każdą kolejną chwilą pogarszał swoją sytuację. A jakby tego mało, gdzieś z głębi parkingu, gdzie stały trochę większe wozy kempingowe, zaczęły dochodzić dość niepokojące dźwięki. Coraz głośniejsze pykanie i zgrzyty nie zwiastowały niczego dobrego.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#11
Frank potrafił trzymać swój gniew na wodzy. W tym momencie był oazą spokoju. Pierdolonym kurwa zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu na zajebiście spokojnej tafli jebanego jeziora. W tej chwili był wręcz jak jebany wagon pełen pierdolonych medytujących tybetańskich mnichów. Każdy z nich miał własne źródełko spokoju. Wszystko było w porządku, do momentu w którym facet położył łapy na Betty. Pociąg, wykoleił się w iście "Hollywodzkim stylu". Lokomotywa eksplodowała, dwa pierwsze wagony z mnichami, rozniosło w drobny mak, rozrzucając ich "spokojne szczątki" po całym wnętrzu czaszki Franka. Kolejne wagony, wypadły z torów, zamieniając się w kotłującą masę mięsa, metalu, ognia i krzyku. Na samym końcu była cisza. Ten najstraszniejszy rodzaj ciszy, bo połączony z bezradnością. Jeśli tylko Harry byłby gdzieś w pobliżu, ale brat zapewne jeszcze załatwiał swoje interesy. W takich momentach tylko siły ratunkowe ze szpitala "Harrego" mogą uratować jakiś mnichów, którzy z kolei spowodują, że mózgoczaszka Franka nie eksploduje gniewem. A gniew wampira był niczym kawałek zimnego żelaza. Nie wrzeszczał, nie machał pięściami, nie rzucał obelg. Po prostu zaczynał działać. Ten sam automatyczny system przetrwania w wersji "Karaluch" pomógł mu nie raz uniknąć śmierci w gównianej dżungli, pewnego gównianego kraju, na drugim końcu świata. Automatyczny Frank, założył na dłonie parę czarnych, skórzanych rękawiczek. Takich, które miały zabezpieczyć palce i naskórek przed uszkodzeniami, kiedy będzie robił komuś z mordy galaretę. Odwrócił się jednym, płynnym ruchem, postąpił kilka kroków i położył jedną rękę swojemu nowemu "przyjacielowi" na ramieniu - "Noc może jak każda inna, ale wypierdalaj od mojej Betty" - a następnie zacisnął żelazny uścisk na trzymanym ramieniu. Drugą ręką złapał pasek od spodni i z cichym warknięciem postarał się cisnąć tłustym jegomościem w pobliską, śniegową zaspę. Nie chciał zabić tego pijanego skurwiela. Z ciałem zawsze jest masa problemów. Z resztą miał pewne mgliste pojęcie, że zaraz i tak będą musieli się wynosić z tego cudnego miejsca. Dźwięki, które dochodziły z centrum Trailer Parku, nie napawały go optymizmem.
KARTA POSTACI: Frank Jr. Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Wietnamski
Opis Postaci | 
Głos Franka

Przybył do Seattle jakiś czas temu. Jeszcze przed rozwiązaniem całego sporu księcia z Malkavianami, ale już pod sam jego końcu. Niewiele osób wie, że Frank w ogóle istnieje. W środowisku wampirów Seattle nie znaczy praktycznie nic. Przybywając na Elizjum do nowej księżnej, nie udało mu się nawet zaprezentować. Zajęta, znacznie ważniejszymi sprawami, wydelegowała przedstawiciela, który z kolei zakomunikował, że przybycie Frank'a zostało odnotowane. Nie wydaje się być szczególnie zainteresowany wampirzą polityką i zwykle pojawia się w miejscach publicznych z przystojnym mężczyzną, który jest do niego trochę podobny. Jest współwłaścicielem zakładu mechanicznego "Midnight Repair" przy 6311 Corgiat Dr S, Seattle, WA 98108.]

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#12
Instynkt to instynkt. A Blake miała kawał swojego instynktu i potrafiła go słuchać. Teraz jej mówił, patrz i nie wtrącaj się. Tak też robiła. Stanęła sobie kroczek na boku i obserwowała. Wciąż miała zmarszczoną minę. Zapachy były ledwo do zniesienia dla jej wrażliwego nosa, a gruby samą swoją obecnością wcale nie poprawiał sytuacji. Jego szczęściem położył łapy na samochodzie nie na jej cyckach. Bełkotał co prawda, że mile by mu było dorwać je w swoje parówkowate palce,
ale nic więcej nie zdołał zrobić. Działały jej instynkty i przeczucia, niemal oczami wyobraźni widziała wykolejający się pociąg pod kopułką weterana. Nie wtrąciła się,
nie przerwała mu wysyłania grubego w daleki lot w zaspę. I tak był delikatny. Gdyby grube łapy wylądowały na jej piersiach gruby, w najlepszym wypadku, leżałby już nieprzytomny u jej stóp z wielkim sińcem na łbie... w gorszym, co bardziej prawdopodobne, bo Blake nie była typem osoby, która wstrzymuje łapę, leżałby trupem z przetrąconym karkiem.
-Betty? - Zapytała jawnie zainteresowana. Co mogłoby dziwić, w jej głosie nie było cienia kpiny. Tylko szczera ciekawość, niemal tak do bólu naiwna jak ta,
którą prezentują dzieci, kiedy dostrzegą coś nowego. On nazwał swój samochód Betty?
-Teraz nazywa się imionami swoje rzeczy? - No doprawdy niesłychane! Można dać imię psu czy kotu... w sumie nie nazwała jeszcze swoich pupili... ale samochodowi? Rzeczy, bez wnętrza, głębi uczyć i duszy? Ten świat był chyba bardziej pojebany niż myślała, albo po prostu pojebany był ten facet. Wiadomo było jej jedno, tak czy siak, typ kochał ten wóz i biada temu, kto go zbruka. Za to szacunek. Walkę i obronę swojego doskonale rozumiała.

Kruk znowu zakrakał głośno kilka razy przyciągając uwagę Blake. Oderwała wzrok od dupy grubasa wystającej z zaspy, spojrzała w górę w korony zaśnieżonych drzew, po czym w kierunku hałasów z przyczep.
-Mniejsza o tą kupę gówna. Te dźwięki chyba nie są normalne... nawet tutaj...? - Wyrzuciła z siebie niepewnym tonem. Jej sylwetka jednak z prostego posągu zmieniła się w kocią czujność. Odruchowo rozstawiła i ugięła nogi, pochyliła lekko kark i czekając na odpowiedź otworzyła swoje zmysły na bodźce dobiegające z głębi parku. Czy były dodatkowe oznaki, poza dziwnym, głośnym bulgotaniem i trzaskami, że coś jest bardzo nie tak jak ktoś sobie to umyślił.
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#13
Trafiła; puszka z brzdękiem przewróciła się na stół, a ona włożyła dłonie w śnieg, formując z niego kolejną śnieżkę, mocno zbijając śnieg - wyprostowała się z wyczuciem, przenosząc wzrok na towarzystwo znajdujące się przy samochodzie. Obleśny tłuścioch brzmiał, jakby naprawdę szukał kłopotów, a rosyjskie wtrącenie instynktownie przykuło jej uwagę. Z daleka obserwowała ruchy właściciela luksusowej bryki, w tym czasie wsłuchując się w melodię nocy; czym były te odgłosy? Słyszała je kiedykolwiek wcześniej? Zmarszczyła nos, wyczuwała zapach narkotyków bardzo wyraźnie -szybko skojarzyła rosyjską inwokację z socjetą byłych żołnierzy, a połączenie byłych żołnierzy i kucharzy amfy nie zwiastowało niczego dobrego. Ten człowiek był pijany jak bela i zasługiwał na karę za każde pojedyncze chamskie słowo - tak, tak, na karę - ale jeśli był częścią czegoś większego... Wyglądał na pewnego siebie, tutejszego i żywego zarazem, choć żywego już zapewne niedługo. Myśl za myślą błądziły szybko, objęła obiema rękoma śnieżkę, zapominając, że nie ma dłoniach rękawic. Spojrzenie w popłochu objęło plac, towarzyszył temu szybki ruch głowy; kąciki ust naturalnie ściągnięte w dół opadły niżej w trudnym do odgadnięcia wyrazie. Korzystając z zamieszania, tak brzdęku puszki, jak i szamotaniny przy samochodzie, z tego, że nikt nie zwracał na nią w tym momencie uwagi, zwinnym susem umknęła za najbliższy barakowóz, mając w zamiarze zniknąć z widoku - i kryjąc się za kolejnymi pojazdami podejść nieco bliżej towarzystwa znajdującego się przy pojeździe: na tyle, żeby móc słyszeć ich rozmowę, nie bliżej - czujnie poszukując zmysłami źródła dziwnych odgłosów. Pyknięcie, zgrzyt, czy to brzmiało jak... cokolwiek? Nie przestawała obracać w dłoniach twardo ulepionej śnieżki.
KARTA POSTACI: Calpurnia
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: rosyjski
Opis Postaci | 
Nogawki ciemnych obcisłych dżinsów wsunięte były w wysokie skórzane buty na płaskiej podeszwie, a spod skórzanej kurtki, wciąż koloru nocy, spiętej kraciastą apaszką wokół szyi, wystawał kaptur bawełnianej bluzy chroniący głowę przed śniegiem. Smukłe kosmyki, które wymknęły się ze spiętego warkocza przerzuconego przez ramię, znajdującego się pod ubraniem, zaczynały pokrywać się szronem.

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#14
Gdyby nie to, że zbyt cenił swój klub nocny, to zapewne "prochy", przygotowywał by w piwnicy znajdującej się wprost pod budynkiem. Zapach który temu towarzyszył, odrzucał go jednak wystarczająco, by z tego pomysłu zrezygnować i po prostu kupować towar od zewnętrznych źródeł. Nie potrzebował wiele bo takie rzeczy tylko dla gości V.I.P, ale akurat zeszłej nocy, skończyła się amfa i dzisiejszej, należało skoczyć na zakupy.
Harry, opuszczał właśnie przyczepę jednego ze swoich dostawców. Marnie wyglądający, niemal rozlatujący się trailer był lokum prawdziwego artysty, który, zapewne próbuje własnego towaru. Tyle przynajmniej wyczytał z jego tików nerwowych Harry. Nie dyskutował zbyt długo, nie wchodził w detale dla kogo, po co, dlaczego. Zwykła wymiana, pieniądze za produkt, dziękuje, do zobaczenia ponownie.
Gdy opuścił pełen destylującej maszynerii trailer, uderzył go chłód powietrza, chociaż musiał przyznać, że w obecnym stanie, niewiele mu to przeszkadzało. Chłód, to najmniejszy z problemów, z którymi borykał się po swojej własnej śmierci.
Poprawił szarą, markową kurtkę, przystosowaną do zimowego klimatu i spojrzał w górę. Dziś niebo było wyjątkowo, zaśnieżone, więc w klubie zapewne nie będzie się roiło od gości. Śnieżyce, źle robiły na interesy.
Ruszył w stronę parkingu, śnieg pod jego sportowymi butami, wydawał z siebie jęknięcie, gdy ugniatały go do swej formy. Na szczęście sam parking nie był daleko, może dwieście, trzysta metrów dzieliło go od ciepłego wnętrza Impali należącej do jego brata.
Betty, stała tam gdzie ją zostawił, wraz z Frankiem oraz nie znajdującą się tam wcześniej nieznajomą. Nie dziwiło go, że ktoś przyszedł popatrzyć sobie na to cacko, zwłaszcza, że Frank sam przy nim robił, on tylko dostarczał fundusze na to co było potrzebne.
- Hej, bracie, mam to co nam potrzeba, możemy zwijać manatki i jechać do domu. - miał, przyjemny dla ucha głos, ten typ który mógłby czytać nawet abecadło a ludzie i tak siedzieliby i słuchali. Zbliżył się na tyle, by móc stanąć obok większego od siebie mężczyzny. Jego wzrok przeniósł się na kobietę, obadał ją od stop aż po czubek głowy, a na ustach zagościł przyjazny uśmiech. Znikł jednak, gdy oczy opadły na grubasa, którego tyłek wystawał właśnie z zaspy.
- Chyba umówiliśmy się, że nie będziesz już rzucał grubasami w zaspy. Frank. - zmienił ton na żartobliwy, przenosząc wzrok na brata. Jego dłonie spoczęły na bokach, ciało przechyliło się nieco, a głowa popędziła za nim. Brakowało tylko by jeszcze machał palcem i mówił "Nu, nu tak nie wolno". To przypominało nieco odwrotność zabawnych obrazków "oh, you", które internetowi koneserzy tak lubili.
KARTA POSTACI: Harry Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#15
Frank nie wytrzymał. Starał się, próbował opanować swoje emocje i nerwy, nie chciał, by Bestia wzięła nad nim górę - ale nie był w stanie. Nie dał rady. Zapijaczony tłuścioch zbrukał jego ukochaną maszynę, zbezcześcił jej lakier, karoserię i szyby - i zasłużył na karę. Zdołał tylko rzucić "spieprzaj z tymi ręcoma" i już jęczał z bólu, próbując wydostać się z zaspy, plując śniegiem oraz otrzepując się z białego puchu. Gdy w końcu zdołał stanąć na własnych, nieco chwiejnych nogach, sięgnął do kieszeni.
Wyciągnął Colta. Pistolet był brudny, miał lufę pokrytą jakimś tłustym nalotem, a na osłonie języczka spustowego widać było wyraźne nacięcia. Broń, której historia sięga czasów przed pierwszą wojną, z pewnością zasługiwała na lepszego posiadacza - obecny był pijany, oszołomiony i po prostu głupi, bo właśnie celował spluwą we Franka i bełkotał coś niezrozumiale pod nosem. Kilka razy spoglądał też w stronę Blake, jakby dopiero teraz ujrzał ją po raz pierwszy w życiu.
Kawałek dalej natomiast, z dala od tego zamieszania, Calpurnia w spokoju prowadziła swoją śnieżną krucjatę wymierzoną przeciw butelkom i puszkom. Kolejny okazał się już zdecydowanie celniejszy - walka ze śniegiem nie była jednak aż tak satysfakcjonująca. Dziewczyna skorzystała więc z pijackiego marudzenia tłustego gbura i, po rozejrzeniu się dokoła, przemknęła zdecydowanie bliżej miejsca akcji. Ledwo co skryła się za jednym barakowozem, z którego dochodziły stłumione odgłosy płaczu dziecka, a nietypowe pykanie przeszło w narastający gwizd.
Aż w końcu pieprznęło zdrowo.
Ten jakże prostacki, dosadny opis wbrew pozorom doskonale pasował do tego, co miało miejsce na parkingu. Gdzieś w głębi North Beach Trailer Park rozległ się głośny trzask i jęk pękających desek oraz wyginanego metalu, bardzo szybko ginące w donośnym huku towarzyszącym wybuchowi przynajmniej jednej butli gazowej. Mrok nocy w jednej chwili ustąpił swego miejsca jaśniejszej od słońca kuli płonących gazów; gęsty, śmierdzący i niesamowicie duszący dym o szaro-czarnej barwie zaczął wypełniać okolicę.
Praktycznie cały parking barakowozów rozjaśnił się rożnymi odcieniami czerwieni, żółci oraz pomarańczy. Pośród trzasku palącego się drewna i pękającego szkła, zgrzytu rozgrzanego metalu i buchających zewsząd iskier, dało się słyszeć z pół tuzina najróżniejszych głosów, krzyczących, wrzeszczących i wołających o pomoc. Były tam przekleństwa, dzikie, zwierzęce niemal wrzaski i przeraźliwy, dziecinny płacz. Noc stała się dniem i chociaż niebo ciągle było ciemne, pokryte gęstymi chmurami zza których błyskał księżyc i gwiazdy, to dla Spokrewnionych ułuda przebywania w słońcu była aż nazbyt wyraźna.
- Och kurwa... - stęknął tłuścioch, którego fala uderzeniowa powaliła na plecy. Momentalnie wytrzeźwiał i chyba nawet trochę popuścił, bo mokre plamy na jego spodniach z pewnością nie powstały w wyniku kontaktu ze śniegiem. Szyby w Impali zatrzęsły się niebezpiecznie, podobnie jak w pobliskich przyczepach; wozy kempingowe stojące bliżej epicentrum wybuchu straciły wszystkie szyby. Przez trzask i szum płonącego ognia dało się słyszeć coraz głośniejsze płacze dzieci.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#16
Światło - beznadziejne światło, skrzywiła się, wciskając się głębiej za barakowóz, przykucnąwszy tuż przy jego kole, w nadziei, że jego cień ochroni ją przed najjaśniejszym blaskiem rozprzestrzeniającego się pożaru oraz rozchodzącymi się odłamkami wszystkiego, była przecież bardzo drobna, nie potrzebowała dużej kryjówki; huk, hałas, żar, lejący się z nieba żar; jasność, jasność jest wrogiem, przed jasnością - uciekaj! Ogień - ogień też jest wrogiem, a duszny dym był brzydki i nieprzyjazny, ale nie dla kogoś, kto nie potrzebował oddechu. W śnieg posypały się skrzące drobiny szkła szyby wybitej falą uderzeniową, ostrożnie, ale bez zastanowienia, chwyciła większy odłamek między palce, wypuszczając z rąk ulepioną śnieżkę.
W pierwszej chwili wpadła w popłoch, cofnęła się pół kroku gotowa do instynktownej ucieczki od dziennej łuny, która nagle zakryła czarne niebo i płoszyła wampiry jak płomień leśne wilki. Straciła zainteresowanie towarzystwem znajdującym się z boku, które najwyraźniej - jak ona - pełniło w tym przedstawieniu jedynie rolę statystów, marszcząc i nos i brwi, kiedy nie przestawała nasłuchiwać. Początkowo nie rozumiała, przekrzywiła lekko głowę, wsłuchując się w dźwięki uderzeń i łamania, trzask szalejącego ognia, ciepła. Wybuch, głosy, przekleństwa i dzieci, PŁACZ. Przekrzywiła głowę w drugą stronę, słyszane dźwięki miały przecież sens, melodia nocy niosła... niosła za sobą coś więcej. Instynktownie zadarła brodę ku górze, naturalnie zwrócony w dół kącik ust - uniósł się lekko ku górze. Niewiele myśląc, stąpając na palcach, położyła stopę na wierzchu koła barakowozu, podskakując tak, by sięgnąć dłonią krawędzi wybitej szyby - i wspiąć się do okna z zamiarem dyskretnego spoglądnięcia do środka barakowozu. Jej ciemne oczy były szeroko otwarte, usta lekko rozchylone, a naturalnie blada, wampirza twarz nie wyrażała zbyt wielu emocji - mogła się wydawać wystraszona. Starała się poruszać ostrożnie i powoli, spodziewając się dostrzec w środku - co? - dziecko? Informację. Proroctwo, przestrogę... oznajmienie, rozkaz... propozycję?
Nie. Zagadkę.
KARTA POSTACI: Calpurnia
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: rosyjski
Opis Postaci | 
Nogawki ciemnych obcisłych dżinsów wsunięte były w wysokie skórzane buty na płaskiej podeszwie, a spod skórzanej kurtki, wciąż koloru nocy, spiętej kraciastą apaszką wokół szyi, wystawał kaptur bawełnianej bluzy chroniący głowę przed śniegiem. Smukłe kosmyki, które wymknęły się ze spiętego warkocza przerzuconego przez ramię, znajdującego się pod ubraniem, zaczynały pokrywać się szronem.

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#17
Do wesołej kompanii dołączył jeszcze jeden mężczyzna. Brat nerwusa od Impali. Nie dane było im jednak zamienić słowa, nawet się przedstawić. Gruby był tak pijany, że usiłował popełnić samobójstwo. Wygrzebał się z zaspy, nawet wstał jakimś cudem i wyciągnął starą broń. Wycelował ją w weterana i łympał świńskimi oczkami.
Blake patrzyła w stronę przyczep, zerknęła tylko na grubego. Nie jej były z nim porachunki, w nią nie celował tym gnatem. Co innego się teraz liczyło. Eksplozja. Ogromny wybuch jednej z przyczep czy wozów. Kula ognia i gorąca fala uderzeniowa. Grubego powaliła jej siła. Blake stała twardo, gorący wiatr ściągnął z twarzy wilgotne włosy i szarpnął poły płaszcza agresywnie w tył z takim impetem, że puściły guziki. Bestia ryknęła wściekle ze strachem na widok ognia. Natasha jednak od razu ją stłumiła. Przez trzask ognia, wszechobecny chaos, przekleństwa grubego i całe to piekło do uszu kobiety przebiły się jedyne dla niej ważne dźwięki.
Płacz dzieci. Gruby przestał istnieć. Bracia z ich gazelą przestali istnieć. Ogień przestał istnieć. Wszystko... teraz liczyło się tylko to, że wśród tych zgliszczy były uwięzione, przerażone, może ranne dzieciaki. Może i była zimnym trupem, potworem, który żywi się krwią, może była nieokrzesanym dzikusem, ale była też matką!
A ten instynkt, jako chyba jedyny z jej śmiertelnego życia pozostał aktywny i wciąż niewyobrażalnie silny. Nie mogła odejść bo tam był pożar, bo było niebezpiecznie... tam były dzieci. Nie liczyło się nawet to, że ktoś może zobaczyć jej ogon czy pazury... w takim chaosie i tak nikt na to uwago nie zwróci, a nawet gdyby to można zgonić wszystko na szok urazowy.

Peleryna długiego płaszcza łopotała na wściekłym wietrze, a Blake nie mówiąc ani słowa wysunęła czarne pazurska, długie, matowe i ostrzejsze od brzytw,
po czym ruszyła biegiem w stronę przyczep. Przeskoczyła ogrodzenie jeśli jakieś stało jej na drodze i zaczęła działać. Dzieci, to był jej priorytet. Każdy ryk bestii na widok ognia dusiła, każdy jej bunt pacyfikowała w zarodku. Póki mogła wyciągnąć stamtąd dzieci to będzie to robić... chyba, że wszystko stanie w tak wielkim ogniu,
że nie będzie miała manewru...

Skupiła się na dźwiękach, na tych konkretnych, na dziecięcym płaczu. Wyodrębniła go z całej kakofoni, skupiła się na nim i za nim podążała. Nie węszyła,
w powietrzu było za dużo dymu i toksycznego odoru chemicznego po eksplozji, oparów narkotyków i bogowie raczą wiedzieć jakiego jeszcze świństwa. Nie oddychała nawet. Wzrokiem kierowała się by ustalić trasę do celu, cel jednak lokalizowała słuchem. Kierowała się do najbliższego dziecka, które słyszała. Musiała sprawdzić czy płacze jedynie ze strachu po eksplozji. Jeśli tak i było bezpieczne to super, mogła biec dalej. Jeśli nie, jeśli dzieciak był zagrożony, uwięziony w przyczepie czy czymś przywalony, to go wyciągnie, nawet jeśli będzie musiała pazurami przeorać się przez blachę przyczepy to dostanie się do dziecka i je wyciągnie. Ewentualne przeszkadzające jej płomienie szybko zasypie śniegiem, którego przecież nie brakowało...
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#18
Grubas chciał popełnić samobójstwo. Frank był świadom wycelowanej w siebie broni, był jednak także świadom, że broń ta nie jest w stanie zranić go śmiertelnie. Będąc człowiekiem, zastanawiałby się zapewne w jaki sposób broń może pijanemu i skonfundowanemu śmierdzielowi zabrać. Obawiałby się, postrzału w wątrobę, nerki, płuca. Obawiałby się, zadławienia na śmierć własną krwią, ale jak to miał w zwyczaju, zacząłby działać. Działanie, bowiem - dobre czy złe w swych skutkach - było zawsze preferowanym wyjściem do pasywnego oczekiwania na swój los. Zanim jednak zdołał zrobić cokolwiek, jego wyczulone zmysły doszedł dźwięk wysokiego syczenia, rozprężającego się gazu wchodzącego zapewne w interakcję z jakimś niedopałkiem. Pochwycił jedną dłonią Harrego i szybkim ruchem wsunął go za siebie, zasłaniając przed wybuchem oraz nadlatującymi odłamkami. Miał nadzieję, że wybuch nie był tak silny, by kompletnie roztrzaskać szyby w jego samochodzie. Wzmocnione i oklejone taśmą zabezpieczającą zadrgały, a następnie ucichły. Wiele przyczep, samochodów i mieszkań na kółkach nie miało tyle szczęścia. Wybuch wywołał pożar, to było do przewidzenia. Uszu dochodziły płacz, krzyki, trzaskające pod stopami kawałki szkła, gnący się metal, smród topionego plastiku, posrebrzanej izolacji oraz tanich mebli z Wallmart wykończał nos. Frank obrócił się w stronę obrazu nędzy i rozpaczy, który teraz jeszcze dodatkowo stanął w płomieniach.
Nim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć - dzikuska - wystrzeliła w stronę niebezpieczeństwa i płomieni, jakby to był najlepszy pomysł na świecie. Tak jakby to, że wszyscy ludzie naturalnie obawiają się ognia, kompletnie jej nie interesowało. Brujah był świadom jak wiele szkód może poczynić jeśli bestia wydostanie się w czasie gdy będzie w pobliżu miejsca wybuchu. Nie mówiąc już o ilości złamanych przepisów maskarady. Frank Jr. Richmond, wiedział jednak, że ten pokaz heroizmu wymagał od dzikuski więcej niż od zwykłego człowieka. Czujne oczy dostrzegły, bowiem czarne szpony na dłoniach. Czarne, ostre niczym brzytwa szpony, nim kobieta ruszyła do akcji. Wampir. Tego się tutaj akurat nie spodziewał. Jeszcze tylko jedno porozumiewawcze spojrzenie w stronę Harrego. Nie musiał tego robić, nie musiał obserwować swojego brata by wiedzieć co będzie chciał uczynić. Harry prezentował się światu jako opiekun, jako najlepszy barman i lek na wszystkie problemy. Teraz, gdy w powietrzu unosił się zapach katastrofy i krzyk dzieci, nie było nic co Frank mógł zrobić by powstrzymać go od działania. Przez chwilę rozważał co prawda ogłuszenie brata, wrzucenie go do samochodu i odjazd w stronę warsztatu, ale potem musiałby spędzić przynajmniej trzy tygodnie na wysłuchiwaniu o tych wszystkich biednych dzieciach którym nie pomogli. A brońcie wszyscy bogowie jeśli coś byłoby o tym w wiadomościach.
- "Trzymamy się razem" - powiedział w stronę Harrego. Śnieg zaczął trzeszczeć pod jego ciężkimi butami. W Wietnamie zdążył się przyzwyczaić do ognia, ogień był tam wszędzie. Płonęły całe hektary dżungli, samochody, ziemia, ludzie..nawet woda czasami zamieniała się w gorące, pomarańczowe piekło. W tym małym, azjatyckim kraju, na końcu świata oswoił się z drapieżną i zachłanną naturą ciepłodajnego zjawiska. Wziął głęboki wdech przechodząc przez bramę wejściową. Wyciszył wszystko w okolicy, skupił się na poszukiwaniu rannych, wykorzystując wszystkie swoje umiejętności, starał się skoncentrować. W aktualnym momencie miał jeden cel - utrzymać swojego brata w nieżyciu, jakichkolwiek głupot nie chciałby dokonać w imieniu ratowania biednych śmiertelników. Wiedział, że gdzieś tam jest dzikuska, zapewne rwąca metal swymi pazurami. Tęsknił za swoim warsztatem. Miejscem ciszy i spokoju. Stłumił swój wewnętrzny gniew. Grubas z tłustym coltem nie był już żadnym zmartwieniem. Niech się cieszy, że przeżył dzisiejszą noc. Rzucił jeszcze tylko spojrzenie w stronę Harrego upewniając się czy brat dalej tam jest - "No to gdzie teraz, Supermanie?" -
KARTA POSTACI: Frank Jr. Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Wietnamski
Opis Postaci | 
Głos Franka

Przybył do Seattle jakiś czas temu. Jeszcze przed rozwiązaniem całego sporu księcia z Malkavianami, ale już pod sam jego końcu. Niewiele osób wie, że Frank w ogóle istnieje. W środowisku wampirów Seattle nie znaczy praktycznie nic. Przybywając na Elizjum do nowej księżnej, nie udało mu się nawet zaprezentować. Zajęta, znacznie ważniejszymi sprawami, wydelegowała przedstawiciela, który z kolei zakomunikował, że przybycie Frank'a zostało odnotowane. Nie wydaje się być szczególnie zainteresowany wampirzą polityką i zwykle pojawia się w miejscach publicznych z przystojnym mężczyzną, który jest do niego trochę podobny. Jest współwłaścicielem zakładu mechanicznego "Midnight Repair" przy 6311 Corgiat Dr S, Seattle, WA 98108.]

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#19
Sytuacja bardzo szybko wymknęła się spod kontroli. Grubas, którego Frank rzucił w śnieg, przeszedł do obrony swojego nieistniejącego honoru. Prawdopodobnie, pchany zapijaczoną odwagą, dobył broni i wycelował nią w niebezpiecznie wyglądającego, weterana Wietnamu. Za życia, Harry przejął by się tą sytuacją, ale teraz, gdy nie żył, a kula, o ile nie uderzyła w głowę, nie była tak niebezpieczna, postanowił postąpić krok do przodu. Na jego twarzy wyrósł przyjacielski uśmiech, tak, ten numer siedem, który ma zapewniać o tym, że jest tu by załagodzić ten wybrany konflikt.
Zanim jednak zdążył się odezwać, skorzystać ze swych mocy prezencji by udobruchać śmierdzącego menela, poczuł jak żelazny uścisk Franka chwyta go za ramię i kryje za sobą, jak za jakimś żywym murem lub tarczą. Od dawna wiedział, że jego brat ma o wiele lepiej wyczulone zmysły. Tylko dlatego jeszcze żyli. Gdyby nie one, pewnie Wietnam pochłonął by ich tak samo jak wiele innych ofiar. Poczuł falę uderzeniową, usłyszał wybuch a w powietrzu, pomimo śnieżycy, uniósł się zapach topionego metalu.
Nie mógł pozostać obojętny. Nieznajoma już zniknęła w ciemności Trailer Parku, którą teraz rozświetlały płomienie. On nie mógł być gorszy, zarówno jako bohater wojenny jak i lekarz, było to co najmniej jego obowiązkiem by uratować tak wielu jak tylko mógł.
- Czuję się niemal jak na pierwszej turze, wybuchy i płomienie. - zażartował Harry, porywając apteczkę pierwszej pomocy z Impali i ruszając w stronę miejsca tragedii. Nie dziwiło go to, że coś tu wyleciało w powietrze. Wiele sprzętu pewnie nie było odpowiednio zabezpieczone, a przy pracy ze środkami chemicznymi, jeden fałszywy ruch mógł prowadzić do wielkiego boom.
Najpierw starał się kierować do epicentrum eksplozji, sprawdzić, czy tam nie ma kogoś kto przetrwał. Fale uderzeniowe były nieprzyjemne, gdyż powodowały wibracje całego ciała, a co za tym idzie i organów, niektóre z nich doznawały w ten sposób uszkodzenia.
Z kieszeni wewnętrznej kurtki wydobył telefon, wstukał kciukiem numer pogotowia i przy okazji poszukiwań, zdecydował się zawiadomić o tym wypadku służby państwowe. Niech pracują na swoje pieniądze, które biorą z jego podatków.
- Przyjedźcie pilnie na 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park, była tu jakaś eksplozja! Nie, nie wiem co było powodem, nie nie jestem ranny...cholera po prostu przyślijcie tu co możecie! - dźwięczny głos, uniósł się do gniewu, a potem opadł do swego przyjemnego ja, gdy Brujah przycisnął czerwony przycisk na telefonie. Jak Dr. Jekyll i pan Hyde. Pozostało tylko pomóc jak największej ilości osób, a potem zmyć się, zanim państwowi przyjadą przepytać zebranych. Nie chciał by go tu złapali z paczką metamfetaminy.
- Kierujemy się do centrum, tylko trzymaj się z dala od płomieni, wiesz, że nam nie służą a szał to zły pomysł w tym momencie...- nikomu nie służyły płomienie, ale wampirom, tak jak światło słoneczne, nie służyły jeszcze bardziej.
KARTA POSTACI: Harry Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#20
Niewielki, malutki skrawek północnej części Seattle stanął w ogniu. Najbliższa okolica rozświetliła się łuną, a szalejący żywioł pochłaniał coraz to większe połacie terenu - parking barakowozów mniej więcej w jednej czwartej przestał istnieć. W miejscu kamperów, przyczep kempingowych, czy nawet i zwyczajnych samochodów z podczepionymi przyczepkami widniały teraz tylko smętne resztki zwęglone drewna, poskręcanego metalu oraz błyszczącego, potłuczonego szkła rozsypanego po topniejącym w zastraszającym tempie śniegu.
Ogień zbierał śmiertelne żniwo.
Calpurnia skorzystała z zamieszania i skierowała się do najbliższego jej barakowozu. Bestia ryczała i miotała się w szale, ostrzegając przed światłem i ogniem, chcąc instynktownie ratować nieumarłe ciało... ale cienkie ściany i dach z drewna, stali i z tworzywa dawały jakąś ochronę. Pomagały. Uspokajały plugawy byt skryty w głębi duszy Spokrewnionej, przynajmniej na jakiś czas. Kiedy więc znalazła się w bezpiecznym względnie miejscu, trzask płonącego ognia nieznacznie ucichł.
W jego miejsce pojawił się dziecinny płacz. Pod wygiętymi drzwiami od starej szafki, przysypana odłamkami szkła z rozbitego akwarium, leżała nastolatka, chociaż to określenie na wyrost. Dziewczynka mogła mieć z dziesięć lat, nie więcej, a długie włosy w kolorze słomy miała uplecione w warkoczyk z jednej strony; z drugiej były rozpuszczone. Miała też na sobie przydługą, czarną koszulkę z wielką, wysuszoną głową jakiegoś trupa oraz krzykliwym napisem "iron maiden", pełniąca rolę pidżamy. Obok dziewczynki, na rozsypanym, mokrym żwirku, leżały dwie złote rybki, trzepocząc ogonkami.
Przez szczeliny w drzwiach oraz wybite falą uderzeniową okna do przyczepy zaczął napływać gęsty dym. Nastolatka jęknęła, próbując się podnieść, ale zaczęła kaszleć. Z rozciętej skroni spływała cienkim strumyczkiem krew. Na parkingu krzyk i wrzaski przybierały na sile, ale to było nic w porównaniu do tego, co się działo w umysłach wampirów. Bestia drapała pazurami, wyła przeraźliwie i krzyczała "uciekaj". Blake jednak nie zamierzała odpuścić, walczyła w niej bowiem natura monstrum i natura człowieka, instynkt przetrwania i instynkt macierzyński.
Spokrewniona rzuciła się do biegu - wpadła między żar i iskry, nie bacząc na to coraz głośniejsze, coraz agresywniejsze wycie w jej wnętrzu. Gdy jednak z najbliższego kampera buchnął snop iskier oraz słup gęstego, brunatnego dymu wspomagany pomarańczowymi jęzorami ognia, musiała się zatrzymać. Nie mogła iść dalej, nie była w stanie. Ściana ognia przed nią była nie do przejścia, ale płacz dziecka był przecież tak blisko, niemalże na wyciągnięcie ręki... może w tej przyczepie... albo w tamtej, tuż obok.
Tak blisko, a jednocześnie tak daleko! Huk szkła pękającego wskutek wysokiej temperatury uderzył Blake. Wampirzyca stała praktycznie na samym środku parkingu, pośród szalejącego żywiołu. Na wprost i po bokach miała dwie płonące przyczepy i stojący w ogniu samochód, pickup. Kawałek dalej, w kamperze, płakała przynajmniej dwójka dzieci. Wiedziała gdzie są, ale nie miała zbyt wielu możliwości by tam dojść. Bestia ją paraliżowała, nie pozwalała zbliżyć się do ognia.
Frank z kolei chciał działać. Naprawdę chciał, układał w głowie całkiem sprawny plan, zaczął wypatrywać rannych i starał się za wszelka cenę ignorować szalejące płomienie - i już-już był blisko sukcesu, gdyby nie to, że z głębi parki wybiegł chuderlawy chłopaczyna, w za dużej, fioletowej bluzie z logo Washington Huskies, ogarnięty płomieniami. Wrzeszczał z bólu i przerażenia, a postępujący za nim rozszalały żywioł trawił doszczętnie wszystko na swej drodze. Chłopak przeszedł ledwo kilka kroków i padł w śnieg, drgając coraz wolniej i wolniej.
Smród i widok palonego, ludzkiego ciała były okropne dla śmiertelników, to prawda, ale dla nieumarłych Dzieci Nocy... Frank nie był w stanie nad sobą zapanować. Rzucił się do panicznej ucieczki, nie przejmując się niczym, nawet swym bratem. Liczyło się tylko to by uciec, by oddalić się od ognia, by być w bezpiecznym miejscu. Biegnąc potrącił nawet tłuściocha, który tylko zdołał rzucić w jego stronę jakimś wulgaryzmem i zatrzymał się dopiero po drugiej stronie ulicy, pod drzewami rosnącymi w niewielkiej alejce między dwoma budynkami. Było tam ciemno, cicho i, co ważniejsze, zimno i mokro. Ogień nie miał tu wstępu.
Harry zdołał tylko wezwać pomoc.
Dyspozytorka - kobieta o znudzonym, acz całkiem miłym głosie - chciała jeszcze upewnić się, kto dzwoni i skąd ma takie informacje, ale nie było już na to czasu. Potwierdziła, że wysyła karetkę pogotowia, straż pożarną oraz radiowóz policji. Richmond widział tylko jak Blake wbiega pomiędzy płomienie, jak z ognia wypada płonący chłopak, jak z pozostałych przyczep w panice wybiegają ludzie i zaczynają uciekać w każdą stronę, ratując co tylko się da. To było prawdziwe piekło. A będzie jeszcze gorzej.

Spoiler | 
Frank poddał się działaniu Rötschrecku i ogarnął go Czerwony Szał. Harry na chwilę stracił nad sobą panowanie, podobne jak Blake, zaś Calpurnia zdołała oprzeć się działaniu Rötschrecku, przynajmniej na tę chwilę.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#21
Bestia szarpała, jak trzymany na łańcuchu pies, wywracała jej trzewiami, gryzła, drapała i wyła, skamlała: przerażona językami ognia. Ponad lękiem i zdrowym rozsądkiem zwyciężyła jednak głupota, kiedy udało jej się zachować zimną krew i wskoczyć do środka, odnajdując ułudę bezpieczeństwa, oszukując instynkt. W pierwszej odruchu uniosła wzrok wzwyż, oceniając strukturę barakowozu, wydawał jej się stary i niezbyt stabilny, chwiejny, ale zasłaniał jej przynajmniej widok szalejących płomieni, których trzask nie dominował już nad innymi dźwiękami. Czy jej się wydawało - czy to strach? - czy może jednak wokół naprawdę zrobiło się nieco... cieplej? Ciepło przypomniało jej o zagadce, za którą tutaj wskoczyła - obejrzała się przez ramię na dziecko, którego płacz nieustannie niósł się nocną, przerażającą melodią. Zmarszczyła lekko brew, starannie dodając do układanki kolejne elementy, nie będąc pewną, czy nie powinna wywrócić fragmentów na drugą stronę i rozpocząć od nowa, kątem oka uchwyciła trzepoczące się złote rybki, po czym raz jeszcze obejrzała się drzwi, przez które zaczynały napływać gęste kłęby dymu - niegroźne, relatywne i dwuznaczne, co jest martwe, nie może zginąć. Kto z tej czwórki był martwy - a kto wciąż żywy? Rybkom brakowało wody, a ludziom powietrza. Pamiętała, że nie była na tym parkingu sama, podeszła bliżej dziewczynki, przykucnęła przy niej, lekko przekrzywiając głowę na widok strużki krwi spływającej z jej skroni, instynktownie wsłuchując się w hałasy na zewnątrz barakowozu.

KARTA POSTACI: Calpurnia
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: rosyjski
Opis Postaci | 
Nogawki ciemnych obcisłych dżinsów wsunięte były w wysokie skórzane buty na płaskiej podeszwie, a spod skórzanej kurtki, wciąż koloru nocy, spiętej kraciastą apaszką wokół szyi, wystawał kaptur bawełnianej bluzy chroniący głowę przed śniegiem. Smukłe kosmyki, które wymknęły się ze spiętego warkocza przerzuconego przez ramię, znajdującego się pod ubraniem, zaczynały pokrywać się szronem.

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#22
Frank był świadom, że płomienie zaraz ogarnął praktycznie całe, zawrotne 150 metrów kwadratowych tego pipidówka, pełnego ludzkich odpadów. W pierwszym momencie zadziała jego ludzki instynkt, powiedział, że Frank musi pomóc, w końcu są tam dzieci, starzy, pewnie jacyś pijani dorośli. Ranni, poparzeni, cierpiące, umierający. Jednak widok biegnącego, płonącego młodzieńca zbudził instynkt przetrwani. Bestia obudziła się, a tylko chwila nieuwagi wystarczyła by przejęła kontrolę, wyrywając stery z rąk Franka. Przed oczami spokrewnionego stanęły całe pola jaśniejące od napalmu, ludzie, których ciało odchodziło od kości pod wpływem temperatury. Krzyki, wrzaski, opętańcze zawodzenie. Odgłos wystrzeliwującego chmurę łatwopalnej substancji, miotacza płomieni. Kiedy wizja minęła, Frank stał już pod drzewami, po drugiej stronie parkingu, wewnętrznie wdzięczny swojemu dzikiemu przyjacielowi za okazanie więcej zdrowego rozsądku niż heroizmu. Wewnątrz pozostało jednak to palące poczucie, że musi coś zrobić chociażby dlatego, że ta walnięta dzikuska wskoczyła wprost w płomienie. Frank w końcu nie był potworem, za jakiego mieliby go co niektórzy. Osoby żyjący na tym parkingu to ludzkie śmieci. Jednak nie wszyscy oni świadomie wybrali taką egzystencję. Matki pozostawione same z dziećmi, weterani wojen, których opuściły rodziny, starzy i chorzy, którzy nie mieli pieniędzy na lepsze lokum. Nie było co rozmyślać. Trzeba było działać. Plany były dwa.

1) Frank rozejrzał się za jedną z rur niosących wodę, może dopływ kanalizacyjny, przy największym przypływie szczęścia hydrant przeciwpożarowy, który powinien być standardowym wyposażeniem, każdej egzystującej w ramach miasta lokalizacji. W utopijnym świecie, na pewno był. Niestety, tutaj było Seattle, a nie kraina szczęśliwych misiów. Plan jednak zakładał, ze wykorzysta płynącą pod ciśnieniem wodę, wybije odpowiednią dziurę z pomocą swojej nadludzkiej siły, a następnie wykorzysta przednią klapę silnika stojącego na parkingu, zardzewiałego samochodu, by skierować strumień w stronę pożogi. Przeciętnego człowieka strumień pod takim ciśnieniem zapewne zwaliłby z nóg, ale Frank do ułomków nie należał.

2) Drugi plan zakładał wykorzystanie jakiegoś dużego wozu oraz tego, że wszędzie wala się to białe, zimne tałatajstwo. W razie gdyby żadna linia wodna pod ciśnieniem nie znalazła się w pobliżu, Frank planował uprowadzić jeden ze stojących na parkingu pojazdów (w ostateczności wykorzystać swoją Betty) a następnie rozpędzając się zarzucać samochodem tak by zaspy śniegu runęły na przemieszczający się z szaloną prędkością ogień. Miał nadzieję, że ilość śniegu wystarczyła, by przynajmniej zdusić płomienie.

Rozpoczął, więc przygotowania do wykonania jednego z dwóch planów. Miał nadzieję, że w tym czasie Harry zdoła wykorzystać swoje cudaczne umiejętności medyczne i będzie mógł potem dumnie opowiadać jak to ratował życie podczas największej tragedii jaka nawiedziła Trailer Park od czasu jego powstania.
KARTA POSTACI: Frank Jr. Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Wietnamski
Opis Postaci | 
Głos Franka

Przybył do Seattle jakiś czas temu. Jeszcze przed rozwiązaniem całego sporu księcia z Malkavianami, ale już pod sam jego końcu. Niewiele osób wie, że Frank w ogóle istnieje. W środowisku wampirów Seattle nie znaczy praktycznie nic. Przybywając na Elizjum do nowej księżnej, nie udało mu się nawet zaprezentować. Zajęta, znacznie ważniejszymi sprawami, wydelegowała przedstawiciela, który z kolei zakomunikował, że przybycie Frank'a zostało odnotowane. Nie wydaje się być szczególnie zainteresowany wampirzą polityką i zwykle pojawia się w miejscach publicznych z przystojnym mężczyzną, który jest do niego trochę podobny. Jest współwłaścicielem zakładu mechanicznego "Midnight Repair" przy 6311 Corgiat Dr S, Seattle, WA 98108.]

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#23
Bestia nienawidziła ognia niemal tak samo mocno jak słońca. Wewnątrz wampirzycy rozgorzała prawdziwa wojna, która patem zatrzymała ja na samiutkim środku parkingu, w otoczeniu płonących przyczep i wozów wewnątrz kakofonii krzyków, trzasków, jęków i dziecięcego płaczu. Chciała biec, ale stanęła jak wryta przed ścianą ognia, która wystrzeliła w powietrze. Bestia w jej wnętrzu ryknęła i szarpnęła ze strachu, ona ryknęła jak gryzli z wściekłości i wysiłku, by powstrzymać tego tchórzliwego potwora przed ucieczką. Zacisnęła zęby, rozpostarła szponiaste palce i ugięła nogi, oczy miała wlepione za kamper czy przyczepę poza płomieniami, tam skąd słyszała dwójkę dzieci.
Instynkt macierzyński ścierał się w niej z zachowawczym. Matka walczyła z Bestią. Jak dwa tornada, dwa nieopisanie silne i przerażające monsuny. Żaden nie był w stanie wziąć jednak góry. Jeden chciał biec dalej, wyciągnąć z tego piekła dzieci, drugi chciał zawracać, też biec, ale by ratować jej martwy zad. Siły równoważyły się i wampirzyca stała w miejscu, tocząc niewidzialną batalię, która mało co nie rozerwała jej od środka na strzępy. Nie miała pojęcia co stało się dalej z braćmi.
Zdołała zarejestrować, że ruszyli również w tą pożogę by pomóc, potem jednak musiała ostatecznie skupić się na własnym celu i własnej strachliwej Bestyjce.

Ocucił ją nieco wybuch szkła z pękającej szyby. Gorący podmuch i roziskrzone odłamki, które w nią uderzyły. Uskoczyła kawałek zasłaniając twarz ramieniem.
-Yebena mat'! - Wrzasnęła zarówno w powietrze jak i na samą siebie. Musiała działać, te dzieciaki były tak blisko. ten kaper... tylko jak przejść przez ogień... Traci czas. Sfrustrowana własnym strachem raz jeszcze ryknęła i zrobiła szybki rekonesans. Zlokalizowała dwójkę dzieci w kamperze, tylko trzeba się tam dostać. W koło stały dwie płonące przyczepy i jakiś wóz. Skoro nie była w stanie wskoczyć w ogień by go przelecieć i dotrzeć do celu, musiała więc płomienie sprawnie ominąć. Samochód był znacznie mniejszą przeszkodą niż przyczepy i kampery, jeśli ogień z tamtej strony był też przez to mniejszy tamtą stronę wybrała. Warcząc wściekle wzięła rozbieg by sprawnie obiec przeszkodę, albo jeśli faktycznie płomienie były tam mniejsze, bo przecież jak bardzo mogła palić się blacha samochodu, to przeskoczy wrak. Wybije się wysoko jak zdoła by przeskoczyć wrak i jęzory ognia i szybko znaleźć się po drugiej stronie. Tam z miejsca wystartuje omijając to co wcześniej stawało jej na drodze, by dostać się do płaczących szkrabów. Cały czas warczała i prychała jak rozjuszony wilk by stłumić Bestię,
by ją schować do kieszeni, by ta mogła jedynie skomleć ze strachu, a nie kierować nią samą! Nie była jej teraz potrzebna! Cel - Dostrzec do kampera z dzieciakami,
nie mogła bezpośrednio więc zrobi to na około. Jeśli Bestia uniesie łeb na tyle wysoko by być w stanie znowu chwycić za wodze, zdusi ją przywołując obraz swojej córeczki i motywując się, by inna matka nie musiała mieć swoich dzieci już tylko we wspomnieniach. Oby pojazd, w którym były szkraby też bezpośrednio nie płonął... biedactwa... co to za koszmar?!


OOC | 
Jeśli Bestia znowu wpadnie w Czerwony Strach, poświęcam Punkt Siły Woli, by zdławić jej opór i zachować tymczasowo pełną kontrolę.
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#24
Jedna rzecz z głowy. Policja, straż pożarna, karetki w drodze. To był kres jego możliwości, jak chodziło o pomoc, bez ingerencji w płonący trailer Park. Obecnie przypominało mu to trochę ognisko rozpalone na biwaku, takie z ciepłymi ziemniakami czekającymi w popiele, tyle że tu ziemniakami byli ludzie i raczej nie byli zadowoleni z tego, że się upieką. Schował komórkę do wewnętrznej kieszeni swej kurtki, zacisnął dłoń na uchwycie pateczki pierwszej pomocy którą porwał z "betty" i ruszył przed siebie. Teraz jak nad tym myślał, to chyba od zawsze chciał pomagać innym i to z tego brał się ten głupi heroizm, który wysłał go do Wietnamu, pakując mu kulę w ramię.
Wbiegł w piekło i czuł, że bestia wewnątrz błaga go by to przemyślał, gdy błagania nie starczyły, zaczęła wierzgać jak dziki pies na uwięzi, do którego zbliża się nieznajomy ze strzykawką. W strzykawce miał jedyną rzecz którą mógł zaaplikować temu monstrum wewnątrz. Swą siłę woli. Nie raz przemógł swój strach, gniew, rozczarowanie i inne niepozytywne emocje, dzięki płynącej z żelaznej woli determinacji. Tym razem nie będzie inaczej. Ci ludzie potrzebowali pomocy a on, on był przecież lekarzem.
Nie był tak silny jak brat, ale był gotów skorzystać z vite, by zwiększyć swe możliwości, nawet wyrwać drzwi, jeżeli to będzie potrzeba. Nie musiał oddychać, nie dławił się więc dymem i przychodzącymi z nim nieproszonymi wiązaniami chemicznymi. Nieżycie miało swoje zalety.
Może trafią się tacy którzy wylecieli na zewnątrz otuleni płomieniem, wtedy po prostu będzie musiał zepchnąć ich w śnieg, by zdusić żar. Śnieżyca była tu jednak jako tako pomocna.

Spoiler | 
Wydaje tymczasowy punkt siły woli, by trzymać bestię w ryzach. W razie znalezienia jakiegoś poszkodowanego, którego trzeba wyciągnąć z trailera, a ten jest zatrzaśnięty na amen, używam krwi by zwiększyć statystykę siły.
KARTA POSTACI: Harry Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#25
Calpurnia zniknęła wewnątrz barakowozu. Od samego początku była na terenie Trailer Park sama i teraz nic nie wskazywało, by ta sytuacja miała się jakoś drastycznie zmienić. Przynajmniej z punktu widzenia osób postronnych, ma się rozumieć. Zresztą, Spokrewnieni mieli na głowie zdecydowanie poważniejsze zmartwienia, niż zachowanie jednej, dość dziwnej dziewczyny, która kilka chwil wcześniej miotała śnieżkami przed siebie, w mrok nocy.
Frank chyba nawet nie wiedział, że ktoś taki jak Calpurnia znajduje się w okolicy. Szukał czegoś innego - hydrantu. Był, owszem. Z pół ulicy dalej, oddalony od terenu parkingu, tuż przy skrzyżowaniu. Geniusz projektujący Seattle (czy raczej Ballard, nie Emerald City samo w sobie) odpowiadał za tę niezbyt przychylną lokalizację. Czerwona, metalowa i niesamowicie gruba oraz twarda rura z zaworami była po prostu za daleko. Ale była.
Zejście do kanalizacji i bawienie się w hydraulika oraz manipulacja rurami, na czele z kolankami i trójnikami nie wchodziła w grę, dlatego Richmond mógł się teraz skupić na Na samym brzegu parkingu, ledwo liźnięty płomieniami, stał spory samochód. Dodge, w wersji pochodzącej sprzed blisko dekady, był dość masywnym, granatowym vanem z drabinką na tylnych drzwiach i sporym kołem zapasowym. Zbita i zaklejona taśmą boczna szyba (od strony pasażera) wraz z ogromną ilością rdzy zżerającej błotniki nie przeszkadzały.
Wejście do środka (cuchnącego starą, zatęchłą już marihuaną) nie stanowiło problemu; spięcie maszyny na krótko tak samo. Silnik zaczął rzęzić, krztusić się, aż w końcu z rury wydechowej buchnęły spaliny. Plan nieumarłego się udał... w jakimś stopniu. Van miał dość masy, by wzbić w powietrze śnieg i zadusić przynajmniej część płomieni krążących najbliżej Spokrewnionych. Żywioł szalał jednak dalej na terenie Trailer Park i pewnie w ciągu kilku chwil znowu ogarnie utracony teren.
Blake się tym jednak nie przejmowała - zdołała tymczasowo stłumić szalejącą w jej wnętrzu Bestię i, po przeanalizowaniu tej przeklętej sytuacji, podjęła bardzo ryzykowną decyzję. Ruszyła w stronę samochodu i, nie bacząc na syk padającego na rozgrzany metal śniegu, przeskoczyło na drugą stronę, prosto do piekła. Kiedy wylądowała na ziemi poczuła pazury Bestii, rozpaczliwie próbujące wyrwać się na wolność.
Poczuła, jak jej ciało na nowo zaczyna ogarniać szał, ale nadludzkim wysiłkiem zmusiła się, by stłumić tego potwora. Instynkt macierzyński wygrał z instynktem przetrwania. Blake zbliżała się do kampera; do szarego, małego rodzinnego wozu, z brązowymi panelami po bokach i dachem załadowanym walizami oraz torbami i plecakami.
To wszystko, oczywiście, stało w ogniu.
W szoferce była dwójka bliźniąt. Chłopcy nie mieli więcej niż pięć lat i tłukli małymi piąstkami w popękaną szybę; na fotelu kierowcy leżała nieprzytomna matka. Harry także miał gdzieś Bestię. Nie tylko wezwał pomoc, ryzykując w ten sposób Maskaradę (bo przecież służby z pewnością się zainteresują kto i jak i czemu je wezwał), ale z apteczką w garści rzucił się do pierwszego lepszego wozu kempingowego, by nieść pomoc. Był trupem, nieumarłym potworem, ale nie miało to teraz znaczenia. Szarpnął raz, a porządnie za drzwi, wyrywając je z zawiasów i wpadł do środka, prosto w czarny dym.
Jego źródłem były nie tylko płonące meble, w znacznej mierze składające się z taniego tworzywa, ale także ogromne ilości kabli, taśmy izolacyjnej oraz części komputerowych. No i jedna ze ścian kampera także stała w ogniu. Płomienie lizały ją bez ustanku i stopniowo ogarniały coraz to więcej wnętrza; na podłodze zaś, owinięty rozgrzanymi kablami, trzymając w dłoniach klawiaturę, leżał młody chłopak o żółtej cerze i skośnych oczach. Chińczyk, Japończyk czy inny Koreańczyk najwyraźniej chciał ratować przede wszystkim swój sprzęt, ale niezbyt mu to wyszło.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#26
Niech to szlag!! W którą stronę się nie obejrzała było jeszcze ogrzej! Pożoga szalała nieprzerwanie, wściekła i dzika. Rozjuszona wybuchem pochłaniała wszystko i wszystkich na swojej drodze. Piekło na ziemi, w którego samiutkim środku znalazła się ona. W duchu przyznawała rację swojemu instynktowi zachowawczemu, przetrwanie było najważniejsze, Bestia doskonale to wiedziała. Blake powinna uciekać stamtąd pędem i to już. Nie potrafiła jednak. Była potworem... nie ona jedna tutaj, ale czy to znaczy, że musiała być potworna?! Oczywiście, że nie. Wilczyca nie przejawiała specjalnie szacunku dla życia bydła samego w sobie... dzieci jednak były ponad wszystko. Póki mogła coś zrobić, to przynajmniej musiała spróbować. Dręczyłoby ją to do końca jej długich nocy... tak jak dręczą ją wspomnienia córki...
Ta determinacja dawała jej siły i odwagi. Pozwalała wykrzesać z siebie tyle zaparcia by móc spiłować pazury Bestii. Dopadła do wozu. Płonącej przyczepy, czy co to tam w zasadzie było. Cały tył płonął, dach i bagaż płonęły. Przednia puszka, szoferka, jeszcze nie. Tam były bliźnięta... bliźnięta... kilkuletnie maluchy, płakały i dusiły się... ich matka była nieprzytomna na siedzeniu pasażera. Wampirzyca doskoczyła do szoferki. Sprawdziła czy drzwi są otwarte, z jednej lub drugiej strony, jeśli się zatrzasnęły, jeśli nie chciały się otworzyć, to spróbuje je wyrwać, nawet jeśli będzie musiała pokroić pazurami miejsce zamka lub zawiasów. W razie gdyby jednak i to szło opornie, wskoczy na maskę i rozprawi się z szybą. Wbije w nią pazury, jeśli się nie posypie, to szarpnie nią i wyrwie całą szybę i odrzuci na bok.
Gdy i jeśli dostanie się do szoferki, schowa szpony i sięgnie po maluchy. Bliźniaki weźmie pod jedną pachę, nie miały szans stawiać oporu, pod drugą pachę zgarnie matkę. Z delikatnym bagażem rozejrzy się by zlokalizować najmniej niebezpieczną ścieżkę do wyjścia z tego piekła. Miejsce, które nie będzie płonęło, gdzie nie będzie ognia... Tamtędy ruszy biegiem by opuścić park. W razie gdyby musiała jednak znowu skakać przez ogień, albo minąć jakąś paskudną przeszkodę niebezpiecznie blisko, zatrzyma się wpierw. Rzuci dzieciaki i matkę w śnieg, ściągnie płaszcz, w wilgotną skórę zawinie chłopców i siup, na nowo pod pachę dzieci,
pod druga matkę i wtedy w dalsza drogę... byle dalej od ognia, byle w bezpieczne miejsce, dla dzieci, dla niej... Czy tam ktoś właśnie nie podgasił ognia falą śniegu!?
To chyba najlepszy kierunek, jeśli oczywiście zdoła dostrzec tą ścieżkę.
KARTA POSTACI: Blake
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: - Rosyjski
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór: Czarna bluzka na grubych ramiączkach, kończąca się ściągaczem pod piersiami. Ciemne jeansy. Stare, czarne cichobiegi. Na tym skórzany, lekki płaszcz w oczywiście czarnym kolorze, długi niemal do samej ziemi. Chyba trochę na nią za długi, choć na barach leży w miarę dobrze. Zdecydowanie za cienki jak na mroźną zimę.
Znaki szczególne: Wilczy, czarny, puchaty ogon do kompletu z czarnym futrem ciągnącym się od niego wzdłuż kręgosłupa po sam kark. Kilka kruczych piór we włosach. Czarne opuszki palców zakończonych czarnymi paznokciami, bardziej przypominającymi pazury. Czerwone, wilcze oczy.

Aktualnie: Wampir z czarnymi pazurami i jarzącymi się czerwienią oczami.

Przy sobie: Złoty amulet na szyi

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#27
Drugi plan wyszedł znacznie lepiej niż pierwsza szarżą prosto w płomienie. Dodge co prawda był na początku trochę oporny, ale w końcu poddał się zręcznym palcom spokrewnionego, a silnik przyjemnie zacharczał. Fala śniegu posłana przez boczny ślizg była wystarczająco by przynajmniej przygasić na trochę płomienie. To więcej niż to na co liczył Frank, kiedy wsiadał do Vana. Tutaj jednak robota miała się nie skończyć. Samochód był znacznie wytrzymalszy na płomienie, niżeli ciało wampira, więc powinien zostać wykorzystany w bardziej aktywny sposób. Frank miał zamiar zmienić bieg, wykręcić Van, a następnie wycofać w płomienie. Kolejna część planu zakładała otwarcie lub wyważenie tylnych drzwi tak by stworzyć "bezpieczny" tunel. Zmrożony samochód powinien trochę wytrzymać w ogniu, a trochę to było tyle czasu ile miała biedna wampirzyca, która miała na tyle szalonej odwagi by wskoczyć prosto w płomienie. Nie mając czasu na głębokie rozmyślania, czy też dywagacje z bestią, zacisnął dłonie na kierownicy. Tej nocy stanowczo nie będzie się nudził. Miał tylko nadzieję, że Harry nie zrobi po drodze nic głupiego i nie spali się na popiół.

Spoiler | 
Żeby być pewien, że moja cykorowata bestia tym razem nie wejdzie mi w drogę zużyję jeden tymczasowy punkt Siły Woli
KARTA POSTACI: Frank Jr. Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Wietnamski
Opis Postaci | 
Głos Franka

Przybył do Seattle jakiś czas temu. Jeszcze przed rozwiązaniem całego sporu księcia z Malkavianami, ale już pod sam jego końcu. Niewiele osób wie, że Frank w ogóle istnieje. W środowisku wampirów Seattle nie znaczy praktycznie nic. Przybywając na Elizjum do nowej księżnej, nie udało mu się nawet zaprezentować. Zajęta, znacznie ważniejszymi sprawami, wydelegowała przedstawiciela, który z kolei zakomunikował, że przybycie Frank'a zostało odnotowane. Nie wydaje się być szczególnie zainteresowany wampirzą polityką i zwykle pojawia się w miejscach publicznych z przystojnym mężczyzną, który jest do niego trochę podobny. Jest współwłaścicielem zakładu mechanicznego "Midnight Repair" przy 6311 Corgiat Dr S, Seattle, WA 98108.]

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#28
Harry czuł się jak te wyciągnięte z zamrażalnika bułeczki które supermarkety wpychają do pieca, opiekają na złocisty kolor i sprzedają nigdy nienażartej, amerykańskiej tuszy. Z absolutnego zera stopni, wszedł właśnie do piekła i dziwił się, że Lucyfer nie powiedział mu dzień dobry. Omotał szybko płonące pomieszczenie pełne sprzętu elektronicznego, ale nie miał czasu nic podwędzić, z resztą, zaraz będzie z tego tylko kupa popiołu. Obecnym priorytetem było, by ten idiota na podłodze nie zlał się na stałe ze swoim sprzętem. Nie musiał oddychać, dym nie gryzł go w oczy, podbiegł więc do chłopaka, przerzucił jego rękę przez swoje ramię i jak w scenie rodem z "USA ARMY MOVIE" ruszył do wyjścia. Dobrze, że było niedaleko. Teraz tylko odeskortować nieszczęśnika na parking, sprawdzić jego stan, pomóc jak by co i wracać po innych. Ilu jednak może uratować zanim będą musieli się zwinąć?

Spoiler | 
Odprowadzam chłopaka na parking, sprawdzam czy żyje i oddycha a następnie ruszam ponownie. Jeżeli nie oddycha, to stosuję masaż serca
KARTA POSTACI: Harry Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#29
Współpraca.
Tak to można najlepiej podsumować, bo nieumarłe monstra, nie związane ze sobą w żaden szczególny sposób, zaczęły niejako koordynować swoje działania. Dlaczego? Po co? Przecież każdy rozsądny, żywy trup zrozumiałby, że aż taka ingerencja w śmiertelny świat może się wiązać z naruszeniem pierwszej Tradycji. Maskarady, dotyczącej istnienia w tajemnicy, tuż poza wzrokiem śmiertelników. Korzystając jednakże z oślepiających płomieni i coraz gęstszego dymu - a także i cuchnących oparów czegoś, co bez wątpienia było benzyną oraz innymi chemikaliami - Spokrewnieni mogli zdziałać naprawdę wiele.
Tylko czy zdążą, zanim przyjadą służby... straż pożarna, pogotowie, policja. Gdzieś daleko, ponad ogniem i kakofonią najróżniejszych dźwięków, można było wyróżnić pierwsze syreny. Rozpoczęła się walka z czasem. To już nie był tylko wyścig z Bestią o to, kto uzyska kontrolę. Blake rzuciła się do wozu, szarpiąc wściekle za drzwi; zamek pod wpływem temperatury nie chciał się z początku otworzyć, ale po dwóch, trzech szarpnięciach w końcu się poddał. Z cichym zgrzytem drzwiczki ustąpiły, ukazując zadymione, dość przytulne wnętrze.
Wampirzyca mogła bez trudu wejść do środka i zająć się maluchami oraz matką. Dzieci na widok dość paskudnego potwora, jakim bez wątpienia była Blake, zawyły jeszcze głośniej i rzuciły się do panicznej ucieczki - nie miały jednak gdzie uciekać, więc naparły na szybę szoferki. W miejscach, gdzie ich dziecinnie, malutkie piąstki uderzyły, pojawiły się siateczki pęknięć. Zamek nie był jedyną rzeczą osłabioną przez gorąc; szkło również było na granicy swej wytrzymałości.
Zanim jednak nieumarła opuściła wóz z rodziną, do akcji włączył się Frank. Van, który najzwyczajniej w świecie ukradł, zaparkował niedaleko i obrócił w taki sposób, by można było wykorzystać jego wnętrze w postaci tunelu, w miarę bezpiecznej drogi prowadzącej w mniej ogarnięte ogniem tereny. Richmond nie zamierzał też podejmować niepotrzebnego ryzyka i teraz, choć był tak blisko, był w stanie się opanować. Utrzymał Bestię w ryzach, ale na jak długo - nie wiadomo.
Drugi Spokrewniony o tym nazwisku z kolei porwał Azjatę i możliwie jak najdalej z nim uciekł; sam nie oddychał, nie przeszkadzały mu opary, dym ani temperatura, ale ogień... ogień był najgorszym wrogiem. Płomienie tańczące po parkingu utrudniały skupienie się. Rozpraszały, a za każdym razem, gdy z mroku buchał snop iskier, Bestia rwała się do ucieczki. Próba reanimacji nieprzytomnego, nieoddychającego skośnookiego była znacznie trudniejsza, niż można się było spodziewać. Harry robił co mógł, ale serce nie chciało ruszyć.
Nie biło.

Spoiler | 
Calpurnia zostaje pominięta.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 9634 28th Ave NW, NB Trailer Park

#30
Frank, który był przecież prawdziwym przedstawicielem delikatności, otworzył tylne drzwi na oścież z siłą nadchodzącego huraganu. Nie musiał wystawiać głowy, żeby wiedzieć w jak złej sytuacji znajdowała się ta dziwaczna kobietka. Dwójka dzieciaków, ich matka, masa dymu, płomienie, wiecznie padający śnieg, temperatura - to tylko kilka problemów, które dojrzał Frank, a to wszystko bez wystawiania głowy poza samochód. Wziął głęboki wdech, a następnie krzyknął w stronę dzikuski. - "Kurwa będziesz się tak gapić do przyszłych świąt?! Zabieraj je stamtąd!" - Wtedy frank uświadomił sobie, że jest jeszcze jeden drobny problem. Przecież wyniesienie dwójki dzieciaków oraz ich rodzicielki to nie zadanie dla kobiety, poza nienaturalnie muskularnymi, naszprycowanymi sterydami oraz hektolitrami testosteronu, amazonkami z podium dla "Miss Universum", nie sadził, żeby jakakolwiek ŚMIERTELNA kobieta miała na tyle siły. Pozostało mu podjąć męską decyzję i zrobić to, czego w gruncie rzeczy nie robił od czasów Wietnamu. Wyciągnąć kogoś prosto z ognia, a przynajmniej postarać się to zrobić. Zebrał się w sobie, sprawdził jeszcze czy bestia będzie miała coś przeciwko. Miała. Po krótkich konsultacjach ze swoim wewnętrznym ja, Frank poczuł znajome drganie w klatce piersiowej, kiedy jego serce przypomniało mu jak to jest być istotą, która jednak posiada jakieś elementarnie ludzkie zachowania, a następnie wyszedł z przez tylne drzwi. - "Dawaj tę większą! Ty bierzesz dzieciaki!" - Rzucił niedbale, wyciągając ramiona w stronę dzikuski. Dostawszy kobietę, przejdzie ponownie przez metalowy tunel, ułoży ją wygodnie w śniegu na krańcu Trailer Parku - zapewne w miejscu gdzie jest Harry Richmond, by lekarz mógł ją obejrzeć - a następnie będzie chciał jak najszybciej zawinąć się w swojej Impali jak najdalej od tego płonącego piekła. Dosyć wrażeń jak na jeden dzień.

Spoiler | 
Jeśli jest to konieczne jeszcze jeden punkt tymczasowej Siły Woli. Nie pamiętam czy to zapewniało odporność na całą scenę czy tylko na jedną akcję.
KARTA POSTACI: Frank Jr. Richmond
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Wietnamski
Opis Postaci | 
Głos Franka

Przybył do Seattle jakiś czas temu. Jeszcze przed rozwiązaniem całego sporu księcia z Malkavianami, ale już pod sam jego końcu. Niewiele osób wie, że Frank w ogóle istnieje. W środowisku wampirów Seattle nie znaczy praktycznie nic. Przybywając na Elizjum do nowej księżnej, nie udało mu się nawet zaprezentować. Zajęta, znacznie ważniejszymi sprawami, wydelegowała przedstawiciela, który z kolei zakomunikował, że przybycie Frank'a zostało odnotowane. Nie wydaje się być szczególnie zainteresowany wampirzą polityką i zwykle pojawia się w miejscach publicznych z przystojnym mężczyzną, który jest do niego trochę podobny. Jest współwłaścicielem zakładu mechanicznego "Midnight Repair" przy 6311 Corgiat Dr S, Seattle, WA 98108.]
Odpowiedz

Wróć do „North Beach”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron