711 NW 120th St, Broadview - Walter House

#1
Northwest, Broadview, 711 NW 120th St. Wąska, rzadko uczęszczana droga z jednej strony sąsiadująca z zielenią Carkeek Park, z drugiej z luźno rozrzuconymi wzdłuż niej jednorodzinnymi domkami. W okolicy dominują drzewa. Dom Waltera otacza niski, żeliwny płotek, nieco zaniedbany przez właściciela, co można wywnioskować po opinającym go gdzieniegdzie bluszczu. Niewielki ogródek przypomina bardziej porzucony sad – kilka dzikich jabłoni i parę innych drzew owocowych rośnie luzem na bujnym, niekoszonym od dawna trawniku. Od niewielkiej furtki w płocie do drzwi wejściowych prowadzi wysypana żwirkiem ścieżka. Dom jest niedawno zbudowany, kremowa elewacja jest czysta i świeża. Można spostrzec także, że wszystkie okna w budynku są szczelnie zasunięte kotarami. Eleganckie dębowe drzwi ze złotą tabliczką z wygrawerowanymi inicjałami W.M. Wilkes są stale oświetlone dwoma niewielkimi lampkami wbudowanymi w ścianę.

Wchodzący przez frontowe drzwi na próżno jednak będą szukać przejść do innych pomieszczeń domu, czy schodów – Po wejściu do środka wchodzącego przywita przytulny korytarz z rzędem wieszaków na ścianie i dwoma czarnymi, eleganckimi stojącymi wieszakami na dłuższą odzież wierzchnią i Pojedynczą kanapą, znajdującą się niewiele dalej, w głębi pomieszczenia. Światło, pochodzące z trzech wbudowanych w sufit, okrągłych lamp jest delikatne, w nieco żółtej barwie, dodające pastelowym ścianom w kolorze cappuccino jeszcze więcej ciepła. Przytulności dodaje także puszysty, bordowy dywan na podłodze. Jedyne drzwi z korytarza prowadzą do gabinetu znajdującego się po prawej stronie od wejścia.

Gabinet sprawia wrażenie schludnego i komfortowego. Na drewnianej podłodze z ciemnych paneli znajduje się spore biurko, na wprost drzwi, oraz stojąca niedaleko niego, oprawiona w białe płótno kozetka. Dookoła ścian znajdują się biblioteczki, z wieloma starodawnie oprawionymi książkami. Na biurku znajduje się rzucający się w oczy bibelot przedstawiający pierścień na cokole, na którym znajdują się jakieś napisy w języku niemieckim. Obok niego na biurku stoi elegancki, biały telefon stacjonarny. W biurku znajdują się teczki i papiery, w których wampir zapisuje swoje spostrzeżenia i porządkuje je wedle własnych kryteriów. Na półce znajdującej się najbliżej biurka znajduje się kilka stojących kalendarzy, nie ma tu jednak nazwisk i godzin, a jedynie różnokolorowe kropki zrobione markerem - żółte, fioletowe, czerwone i niebieskie.

Wejść do właściwej części domu, przeznaczonej do zamieszkania da się jedynie od strony ogrodu, obchodząc dom z lewej strony od wejścia. Tam też, po przekroczeniu progu ukaże się wchodzącemu surowa kuchnia, wykonana w całości z drewna. Zarówno podłoga, jak i ściany wykonane są z drewna – ciemne panele i boazeria kontrastują z jaśniejszymi meblami – szafki kuchenne i stół są wykonane z dużo jaśniejszego drewna. Jedynym elementem jawnie stojącym w opozycji do drewnianego wystroju jest lodówka – metalicznie biała, wysoka z niewielkim logo na wysokości oczu przeciętnego człowieka. Jedynym źródłem światła jest starodawny, mosiężny żyrandol z stylowymi żarówkami. Aneks kuchenny i szafki znajdują się jednak w cieniu, nawet przy zapalonym świetle. Świecące pustkami półki sugerują, że właściciel nie korzysta z kuchni zbyt często. W pomieszczeniu znajdują się dwa okna – jedno od strony drzwi, drugie przy schodach, po lewej stronie pomieszczenia patrząc od wejścia. Z niego też rozciąga się widok na zarośnięty ogród za domem.

Wychodząc po drewnianych schodach, przybysz znajdzie się w wąskim korytarzu wyłożonym ciemnogranatową (lub grafitową, w zależności od oświetlenia) wykładziną, Kontrast z białymi ścianami sprawia wrażenie, jakby pomieszczenie to było jeszcze węższe, niż jest w rzeczywistości. Przybysz wychodzący po schodach może skręcić w prawo, w korytarz, lub wejść do salonu, znajdującego się bezpośrednio przed nim. Nie ma tu drzwi, jedynie jasnobrązowa, drewniana framuga. W salonie znajduje się niewielka biała, skórzana sofą i dość duży telewizor, między którymi stoi mały stolik kawowy. W tym pomieszczeniu znajduje się też półka, na której stoją dzieła Goethego i innych klasycznych twórców weimarskich.

Głębiej w korytarzu znajdują się jeszcze dwa pomieszczenia. Po prawej stronie niewielka, wyłożona białymi kafelkami łazienka z prysznicem, umywalką, szafką pod nią, lustrem zawieszonym na ścianie i niewielka, zamontowana w ścianie apteczka. Naprzeciwko łazienki znajduje się sypialnia ze ścianami pomalowanymi na ciemny kolor bordo, z ciemną, drewnianą podłogą i sporym łóżkiem. Poza szafka nocną i dużą szafą z ubraniami jest tutaj całkiem pusto. Duże okno na przeciwległej do wejścia ścianie jest całkowicie zasłonięte przez grube, zwisające do ziemi kotary w kolorze krwi.

Na samym końcu korytarza znajdują się ciemne, drewniane schody z rozłożonych na nich, ciemnozielonym dywanikiem. Drzwi prowadzące na drugie piętro są zamknięte na klucz.

Re: 711 NW 120th St, Broadview - Walter House [02.15.1999]

#2
| Początek nocy 15 lutego dla Waltera Wilkesa

Noc piętnastego lutego tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku. Poniedziałek. Dla Waltera mogła to być noc jak co noc, lecz wczoraj były walentynki. Przez najbliższe doby mógł się spodziewać od pacjentów z depresją czy brakiem samoakceptacji jednego tematu. Ciężko było patrzeć na pary zakochanych nie mając własnej połówki, z którą spędziłoby się ten dzień. Ci co bardziej rozeznani w ekoomii wiedzieli, że to tylko kolejne święto napędzające gospodarkę, ale ludzi to przecież nie obchodziło. Mieli znacznie poważniejsze zmartwienia.
Daniel Arnight. Godzina siedemnasta trzydzieści. Lat dwadzieścia. Niedoszły samobójca, który kilka miesięcy temu nieskutecznie strzelił sobie w głowę. To go zmieniło o sto osiemdziesiąt stopni. Zmienił się. Włosy już zdążyły odrosnąć i zakryć ranę znajdującą się w okolicy ucha. Był jednym z trudniejszych do wyjaśnienia przypadków medycznych, ale tych przecież było coraz więcej. Nie pierwszy raz komuś kula utkwiła w głowie lub po prostu przeleciała nie wyrządzając niemal żadnych szkód. Daniel był jednym z takich niewytłumaczalnych przypadków. Mawiał, że znalazł sobie przyjaciela. Często z nim rozmawiał w towarzystwie doktora Wilkesa. To był jednak wyimaginowany przyjaciel. Iście Malkaviański przypadek. A jednak chłopak przejawiał nadzwyczajną inteligencję. Czasami miewał zaniki pamięci. Miał sarkastyczne poczucie humoru i równie sarkastyczne podejście do życia. Mimo próby samobójczej mówił, że już nie chce kończyć ze swoim życiem. Nie można stwierdzić, że z nieśmiałego, niepewnego siebie chłopca zmienił się w duszę towarzystwa, ale to już nie była ta sama osoba.
Godzina siedemnasta czterdzieści pięć. Daniela Arnighta wciąż nie ma. Furtka w płocie wejściowym wciąż stała nieporuszona; tylko zalegające nań łyse łodyg bluszczu poruszały się to w prawo to w lewo w rytm podmuchów wiatru. Godzina siedemnasta pięćdziesiąt pięć. Wysypana żwirem alejka od kilkunastu godzin była przysypana grubą, nienaruszalną warstwą śniegu. Biały puch był wszędzie: na drzewach, płocie, na klamce od furtki i na jej grzbiecie, na dachu domostwa i jednocześnie gabinetu Walkera, na krzewach i innej zieleni, o którą nikt nie dbał.
Godzina osiemnasta zero zero. Furtka wciąż się nie poruszyła. Elegancki, biały telefon wciąż cicho leżał. Nawet z oddali, pod żółtawym blaskiem ulicznej lampy nie dało się dostrzec charakterystycznej sylwetki Daniela.
Rzadko się zdarza, by po raz kolejny stali pacjenci ot tak, bez żadnego słowa wyjaśnienia, znikali.
kolejka | 
→ sprawy administracyjno-fabularne
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 711 NW 120th St, Broadview - Walter House

#3
  Luty. Paskudny miesiąc. A może to po prostu sąsiedztwo tego niesławnego święta Walentego, które z biegiem czasu stawało się coraz bardziej wypaczeniem pierwotnego zamysłu. Wbrew pozorom, nie było to święto nowe. Jedynie współczesna komercjalizacja wszystkiego co dało się sprzedać – nawet rzeczy tak nieuchwytnej jak miłość – sprawiała, że wiele osób odczuwała odruch wymiotny na samą myśl o wpychającym się drzwiami i oknami kiczu i tandecie.
  Walter także za Walentynkami nie przepadał, łagodnie mówiąc, choć odruchu wymiotnego się nie obawiał – z pustego to i Salomon nie wyleje. Jak przez cały rok miał kontakt z różnymi ludźmi – bardziej lub mniej ciekawymi przypadkami do analizy, to jak sięgał pamięcią luty był miesiącem-dziurą. Prawie żadnych ciekawych spostrzeżeń zanotowanych w dzienniku. Żadnych nowych wniosków. A to z tego prostego powodu, że w miesiącu tym większość ludzkich problemów kręciła się wokół jednego czułego punktu – rozbuchanego, ociekającego erotyzmem ego które chciało już, teraz, natychmiast! Byleby zaspokoić żądzę, a mówią, że to tylko kainici posiadają w sobie bestię. Bzdura. Ludzie po prostu lepiej się okłamują. Udają przed samymi sobą. Owijają prosty, fizyczny mechanizm popędu seksualnego w aksamitny woal czegoś wzniosłego i pięknego. I zazwyczaj to działa, dopóki nie nadejdzie dzień rozczarowania i moment, gdy nagromadzona frustracja szuka już ujścia, wylewając się z człowieka. Czy jest bardziej oczywisty dzień do tego celu, niż ten osławiony, czternastego lutego?
  ’’W pewnym sensie wampiry są bardziej szczere od ludzi. Nikt nie zawija w śliczne sreberko swojej żądzy krwi. Ona po prostu jest, wszyscy zainteresowani o tym wiedzą. I nikt nie udaje. Choć zawsze znajdzie się ktoś, kto z jakichś samodowartościowujących pobudek nie tknie człowieka, wybierając zwierzęcą krew. A podobno to my jesteśmy klanem świrów.’’ – Walter snuł swoje przemyślenia. Nie dalej jak piętnaście minut temu dom jego opuściła ledwie dwudziestoletnia Amelia Icelake. Nowa pacjentka, temat to oczywiście – zawód miłosny. Problem trywialny. Nieciekawy. W ogóle nieodkrywczy. Ale bywali też pacjenci wyjątkowi. Mający to coś. Jak, nie szukając daleko, młody Arnight. Walter zerknął na zegar na wyświetlaczu ładującej się komórki. 17:25. Chłopak powinien zjawić się u niego lada chwila. Oczywiście, Walter nie czynił rozróżnienia między pacjentami w trakcie sesji – każdemu starał się pomóc w granicach możliwości. Nigdy nie powiedziałby wprost dziewczynie, że jej problem jest trywialny. Na czas rozmowy potrafił idealnie wczuć się w emocje człowieka. Zdusić jego ból, czy to samą rozmową i profesjonalnym wypunktowaniem przyczyn problemu i rozwiązań, czy też nadnaturalnie, skrycie korzystając z darów, którymi obdarzyła go Przemiana. Nie mógł jednak nie odnieść wrażenia, że przez zajmowanie się głównie infantylnymi zaburzeniami ludzi, traci czas, który mógłby przeznaczyć na coś wznioślejszego.
  17:35. Daniel nadal nie nadchodzi? Nie był typem człowieka, który by się spóźniał. Choć z drugiej strony, pogoda za oknem nie rozpieszczała. Mimo dość długiej znajomości, w zasadzie Daniel był jednym z pierwszych pacjentów Waltera po przybyciu do Seattle, lekarz nie wiedział gdzie dokładnie mieszka chłopak. Gdyby było to gdzieś w okolicach południowego krańca miasta, opóźnienie taksówki mogłoby być znaczne. Walter na nowo zaczął analizować kolejne fakty o młodzieńcu. ‘’Lat dwadzieścia z ochłapem. Mowa ciała.. sprzeczna. Z jednej strony nieco buntownicza i zacięta, z drugiej – aż nazbyt wycofana. Typowe objawy fobii społecznej, choć ostatnio nieco nad tym popracowaliśmy i widać pierwsze efekty. Twarz i mimika? Młody mężczyzna był całkiem przystojny, choć gdyby częściej się uśmiechał zadziałałoby to zdecydowanie na jego korzyść. Oblicze całkowicie bez wyrazu, bez śladu emocji. Dopiero Bobby – wyimaginowany przyjaciel - wywoływał w nim jakąś zmianę. Jakby ktoś palcem przestawił włącznik z pozycji ‘emocjonalnie upośledzony’ na ‘sangwinik’. Chłopak uciekł w imaginację, ale dlaczego – nie wiadomo. Nie pamięta. Albo tylko udaje? Ale jak z świra wyczytać, czy mówi prawdę? I te jego koszmary. Zawsze motyw windy bądź miejskiego autobusu. Niewielu jest ludzi, którzy panicznie boją się wind i autobusów. Co jeszcze? Na integrację z przyjacielem jest jeszcze za wcześnie. Teraz priorytetem jest wymuszenie na nim, aby wróciła mu choć cząstka pamięci. Brakuje jednego fragmentu układanki – powodu. Za każdym szaleństwem kryje się jakiś powód.”
  17:45. Za oknem biały puch. Nie musiał patrzeć na furtkę. Wiedziałby, gdyby ktoś ją otwierał. To skrzypienie usłyszałby nawet w najgłębszym śnie. ’’Zmarłego by obudziło. Nomen omen’’ – dopowiedział w myślach. Pedantyczny i skrupulatny, przynajmniej w kwestii czasu. Daniel miał jakby szósty zmysł, jeśli chodziło o wyczucie tego jakże elastycznego wymiaru. Walter zaczął się niepokoić. To nie była typowa sytuacja. Popatrzył na swój kołoszytowy kalendarz. Fioletowa kropka. Data dzisiejsza. Nie mogło być mowy o jakiejś błahej pomyłce.
  Walter niemal usłyszał zgrzytnięcie, gdy godzina na wyświetlaczu z 17:59 zmieniła się na 18:00. Jakby ktoś zimną dłonią przeciągnął po plecach lekarza. Nie mogło być mowy o spóźnieniu. Na pewno coś się stało. ’’I co teraz, krwiopijco? Jak odszukasz gościa, o którym nawet nie wiesz w jakiej dzielnicy mieszka? Trzeba było wypytać go o takie szczegóły. Więc jak, mam wyjść i go szukać? W półmilionowym mieście? Jesteś za niego odpowiedzialny’’ – myśli Waltera zaczęły się kotłować coraz szybciej i mniej składnie – ’’Mogłeś go spytać, gdzie mieszka. Może chociaż.. do niego, może odbierze? Olej dziada, może w końcu strzelił.. A konsekwencje? To ciekawy przypadek, marnujesz.. Ale jak, kiedy on nawet nie ma telefonu? ..sobie.. kilka miesięcy analiz. A jego znajomi? Kto mógłby.. ..w głowę, tym.. Nie znam nikogo. Był całkowicie.. go znać? .. razem celnie! ..Sam.
  - ‘’Dosyć. Uspokój się.’’ – powiedział na głos, sam do siebie. Na zegarze nadal widniała 18:00. –”Tylko kto mógłby coś o nim wiedzieć? Może Valerie? Czasami mijali się w drzwiach. Raz czy dwa chyba nawet odwiozła go do domu. Można powiedzieć, że w pewien sposób nawet się lubili. Albo tak ci się wydaje, staruszku. Telefon o tej porze to nie najście, może coś będzie wiedzieć. Cokolwiek. Gówno się dowiesz. To wariatka. Nie pamiętasz już, jak przyniosła do twojego gabinetu zwłoki psa, którego specjalnie potrąciła, jadąc do ciebie? Jak udowodniła ci wtedy, że.. Ale tak na dobrą sprawę to i tak nie mam innego punktu zaczepienia. Nie mam. Więc bez dyskusji. Nie ma czasu zwlekać. – po krótkiej dyskusji na łonie własnej wyobraźni Walter postanowił pójść za ciosem. Pierwszy pomysł często jest najlepszy, po co kombinować.
  Złapał czarną komórkę, wystukał numer z wizytówki wyciągniętej z portfela. Valerie Canari. Biuro projektowania wnętrz Acheron. Po kilku sygnałach nikt nie odbierał. Walter nie wiązał wielkich nadziei z pamięcią kompulsywnej dziewczyny. Oczekiwał jakiejkolwiek wskazówki. Choćby dzielnicy, w której mieszkał chłopak, lub miejsce, gdzie go ostatnio podwiozła. Valerie bywała porywcza i wulgarna, ale dla doktora Wilkesa okazywała coś w rodzaju respektu i zazwyczaj odnosiła się do niego z szacunkiem, niemal jak do wyidealizowanego starszego brata. Czasami zresztą nazywała go w ten sposób, pieszczotliwie – Braciszku. Lekarz pozwalał jej na to, jego celem było wyeliminowanie jej agresji, nie narzucanie jej etykiety. Kolejne dwa sygnały. Zegar przełączył się na 18:01. Walter zaczął lewą ręką chować papiery Daniela do teczki opisanej jego nazwiskiem. Na razie chyba nie będzie potrzebna. Kolejny, krótki sygnał. W słuchawce dało się słyszeć, miast standardowego przywitania, nieco przydługie ‘hmm?’, wydane tonem, który ktoś mógłby nazwać kokietującym, bądź uroczym. Dla lekarza był to jedynie sygnał, że podopieczna wstała dziś w dobrym humorze. Odchrząknął i rozpoczął rozmowę, mówiąc powoli, głębokim głosem, jaki posiadają jedynie terapeuci i kaznodzieje.
  - Witaj Valerie. Mówi doktor Wilkes. Jak upłynął ci dzisiejszy dzień, młoda damo? – przerwał na chwilę, dając jej chwilę czasu na odpowiedź, po czym zadał kolejne pytania – Byłaś dzisiaj spokojna? Nikt nie cię nie zdenerwował? Jak się dzisiaj czujesz? Przemyślałaś to, o czym rozmawialiśmy ostatnio? Pamiętasz dziecinko, kwestię zwierząt. – Uprzejmie zadawał kolejne pytania mające wykryć jakieś drobne nieprawidłowości w jej zachowaniu. Doskonale wiedział, kiedy kłamała. Sprawa ze zwierzętami była prosta – Walter starał się przekierować jej agresję ze zwierząt na, najpierw, nieożywione obiekty, aby na końcu terapii starać się ją ograniczyć i wyeliminować. Po jej odpowiedzi niewzruszenie, nie dając po sobie żadnych oznak pochwały, czy przygany dla jej zachowania kontynuował wywiad, tym razem zadając pytanie najbardziej go interesujące dzisiejszego wieczoru. –’’Zapewne pamiętasz, droga Valerie, jednego z moich pacjentów, Daniela Arnight’a. Minęliście się kilka razy w poczekalni, a raz nawet specjalnie poczekałaś na niego w przedpokoju. Odwiozłaś go wtedy do domu, prawda? Czy masz może jakiś namiar na to, gdzie mieszka lub może masz zapisany numer telefonu do niego? Mam do niego pilną sprawę, a nie mam jak się z nim skontaktować do następnej wizyty.’’ – Na upartego, można by powiedzieć, że to co powiedział Walter było czystą prawdą. Przemilczenie zniknięcia chłopaka było tylko delikatnym nagięciem faktów. Nie chciał drażnić dziewczyny – w końcu nie wiadomo było, na ile dobrze pamięta Daniela i czy czuje do niego jakąś głębszą sympatię, czy po prostu raz zdarzyło się jej być dla niego uprzejmą. Lekarz zamilkł, oczekując w napięciu, co odpowie dziewczyna.
KARTA POSTACI: Walter M. Wilkes
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Niemiecki, Hiszpański
Opis Postaci | 
Walter jest obecnie ubrany w ciemnofioletową koszulę, zapiętą pod samą brodę, zielonkawy płaszcz z licznymi łatami z różnych materiałów i w różnych kolorach, do tego ciemnobrązowe sztruksowe spodnie spięte szerokim, parcianym paskiem w kolorze popielatym z srebrną klamrą i eleganckie skórzane mokasyny.

Re: 711 NW 120th St, Broadview - Walter House [02.15.1999]

#4
Luty. Srogi. Okrutny. Nieprzyjemny. To właśnie od tych słów pochodzi etymologia lutego. Grudzień to okres, gdy ziemia jest zamarznięta, pokryta grudami, ale to luty jest miesiącem nieprzystępnym, okrutnym dla człowieka, zmuszającym go do poddania się. I to niemal dosłownie: wystarczyło jedno spojrzenie za okno, by potwierdzić tę tezę. Jedno spojrzenie, by przekonać się, że wychodząc na zewnątrz — nawet będąc Spokrewnionym dla którego nie miało to większego znaczenia — pogoda nie pozwala na jakiekolwiek ustępstwa. Zmusza wręcz do poddania się. Tym to zabawniejsze, że luty dał brzmienie słowa litość. Jakżeż tu jednak mówić o litości, kiedy stopy grzęzną w białym puchu, a wiatr bije po twarzy jakby chciał kogoś bezlitośnie ukarać..!
Okrutny jest więc owy Święty Walenty. Ludzie w istocie chcieli dostać na już, zaraz coś… Nie, to uczucie — tak silne, że aż przeszywające ciało i umysł na wskroś. Tak silne, że aż zaburzające świadomość. Będące niczym rzadko spotykany i nie dla każdego dostępny afrodyzjak. Nawet Walter, który przecież nie raz i nie dwa — jak i wielu innych Dzieci Nocy — doznawał wtenczas novum mógł kiedyś podjąć próbę zrozumienia go. Każdy inaczej je interpretuje. Każdy inaczej do niego podchodzi. Niektórzy absolutnie się mu poddają zapominając o sobie samym, jakby własne życie, własne pragnienia, nie miały już żadnego znaczenia. Inni, powściągliwi, sceptycznie nastawieni do tego, co czują… Poddawali się. Nikt nie umiał się oprzeć. Oni jednak zachowywali jakieś pozory chłodnej logiki. Często w wyniku bolesnych doświadczeń związanych z odrzuceniem czy to rozczarowaniem. Ta niezrozumiała otoczka popychała śmiertelników do rzeczy, których w normalnych okolicznościach by nie zrobili.
Miłość. Ale doktor Wilkes już wiedział. Już ją znał. Badając ludzką psychikę, poznając umysły wielu “lutowych pacjentów”, obserwując mowę ciała. I nawet on musiałby przyznać, że każdy przypadek jest inny. Zdawać by się mogło, że jeden nie różni się od drugiego. A jednak… A może wcale nie było to coś trywialnego? Może to właśnie w tym leżało źródło wielu problemów, których nie dało się wyjaśnić, a odnajdywały swoje zrozumienie w miłości? Tak samo jak w zemście i nienawiści. Wszystkie inne uczucia były po prostu miałkie, chwilowe, ledwo odczuwalne. Przemijające z czasem. A szczęście? Przecież szczęście nie zawsze równało się miłości.
Daniel Arnight. Nigdy nie powiedział dlaczego tak właściwie strzelił sobie w głowę. Albo jego umysł schował tak głęboko, głęboko powody tegoż… Albo Arnight celowo ukrywał ten fakt przed doktorem zasłaniając to utratą pamięci. Jego zachowanie, jego zmiana osobowości i iluzoryczny przyjaciel, który był dla niego jak prawdziwy — to wszystko wskazywało na coś wyjątkowo silnego. Coś, co miało niebywale ogromne znaczenie dla tego chłopaka. Miał nieco ponad dwadzieścia lat! Był młody. Nie nawykł opowiadać o swoim życiu, dzieciństwie. Wracać do przeszłości.
Jakieżby poczuł doktor Wilkes uczucie gdyby okazało się, że w tym wszystkim nie ma nic wzniosłego? Że za tym wszystkim kryje się zawód miłosny tak silny, że aż doprowadzający do zmian w osobowości? Cóż mogło być równie silnego? Wszak Daniel niewiele się uśmiechał. Często popadał w melancholię. Lubił prowadzić rozważania o teraźniejszości, o egzystencjalizmie. A sarkazm? Nie miał w sobie ani krzty ułudy. Zdawał się widzieć świat w swoich własnych barwach. Koszmary? A kto powiedział, że musiały one dotyczyć czegoś typowo dla nas strasznego? Może koszmarem Arnighta było wieczne odrzucenie przez miłość? Walter nie był nawet blisko poznania przyczyny takiego stanu rzeczy. Dotychczas zdołał jedynie poznać powierzchowność swojego pacjenta. To, kim się stał i cząstkę tego, kim był. To tylko jedne z niewielu puzzli. Brakowało mu jeszcze wielu, wielu innych, by choćby odrobinę zbliżyć się do całokształtu postaci Daniela.
Znał go już jednak na tyle, by mieć pewność, że druga nieobecność bez uprzedzenia to coś nienormalnego. Coś musiało się stać. Przecież pacjenci przychodzący tak długi czas nie znikają ot tak, bez żadnego wyjaśnienia. Ponadto Arnight nie przejawiał żadnych oznak chęci skończenia ze sobą. Było zupełnie na odwrót! A może jednak nie? Może Wilkes się pomylił? Może dzieciak gdzieś leżał w rowie z rozbryzganym mózgiem na ścianie w uliczce, do której nikt nie zaglądał? Niezależnie od przyczyny, nie mógł tego tak zostawić. Musiał poznać odpowiedź. Musiał znać zakończenie historii Daniela Arnighta i doktora Waltera Wilkesa. To nie mogło się skończyć jak książka bez epilogu.
— Dobry wieczór, Braciszku! — Wampir mógł z głosu swojej podopiecznej wyczytać, że jest w bardzo dobrym humorze i z pogodnym nastawieniem względem niego. Minęła jednak wyjątkowo długa cisza zanim Valerie odpowiedziała mu na serię pytań. Tak jakby ta porywczość została odsunięta gdzieś na bok. — Dzisiejszy dzień, hm… Wiesz, Braciszku, czasem bywają tacy klienci, którym chce się po prostu przypierdolić w głowę patelnią. I nieomal bym to zrobiła gdyby ten chujek, co do mnie przyszedł, prędko nie uciekł. Wiesz jak cenię swój zawód. Uwielbiam projektować, mieć przed oczami coś, co ma dopiero powstać. I to z mojej, niczyjej innej, głowy! A ten kurwiszon przychodzi do mnie piąty raz z kolei i narzeka, że źle, że to nie powinno być tak tylko siak i śmak! Kazałam mu sobie poszukać innego architekta. Dobrze zrobiłam, prawda Braciszku? Że wyeliminowałam ze swojego otoczenia kogoś, kto działa mi na nerwy i wywołuje we mnie tak ogromne fale złości? To nic, że to duży, ale jebnięty klient, znajdą się inni. — Canari rozgadała się o swoim dniu; jak już zaczęła opowiadać, to z taką werwą, że nawet gdyby Walter chciał, to nie zdołałby jej przerwać. Trajkotała bez przerwy, nakręcona silnymi emocjami. — Otworzyłam sobie wino. Siedzę na kanapie i czytam książkę. Nie zgadniesz jaką! O kobiecie, która kocha zwierzęta i traktuje je jak własne dzieci. Porzygać się można. Czekam na opis całowania się z psem. Jak to może być słodkie i urocze? Ja bym... — Chciała mówić dalej, chciała powiedzieć jakby potraktowała tego cholernego psa, który by ją w jakiś sposób wkurzył, ale się powstrzymała. Dało się słyszeć jedynie uderzenie, jakby ktoś rzucił książką w ścianę. Wiedział, że nie kłamała. Pytanie tylko czy czytanie takich lektur to dobry pomysł w przypadku tak specyficznego problemu pacjenta. Wszak mogło mieć to odwrotny skutek od zamierzonego. Gdy zadał jej kolejne pytania, na powrót dało się wyczuć pozytywną aurę w zachowaniu. — Pamiętam go. Młody, uroczy chłopak. Gdyby częściej się uśmiechał, to dziewczyny ustawiałyby się do niego w kolejce, prawda? Zdziwiło mnie, że nie odczuwa żadnego pociągu seksualnego. W takim wieku ma się przecież wysokie libido, a on nic, jakby mu kutas nigdy nie stawał. — Znowu się nakręciła, znowu się rozgadała. — Przepraszam, Braciszku. Nie dał mi swojego numeru telefonu, ale wiem gdzie mieszka. Mówił, że studiuje budowę maszyn. Coś z podwodnymi statkami. W każdym razie mieszka nieopodal Uniwersytetu. 5844 NE 75th St, Condominiums Sand Piper dokładniej, w drugim szeregowcu, znajdującym się na środku. Mieszkanie 45 lub 46, nie pamiętam dokładnie. To to, które jest zaraz na prawo od wejścia. Naprzeciwko mieszka jakaś stara, wredna jędza…

Spoiler | 
To chyba najdziwniejszy post jaki dotąd napisałam... Zwłaszcza pierwszy akapit. Mam jednak nadzieję, że nie aż taki zły!
kolejka | 
→ sprawy administracyjno-fabularne
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 711 NW 120th St, Broadview - Walter House

#5
  Trajkotanie Valerie na chwilę uspokoiło niepokój lekarza. Jednak złe przeczucie, że chłopakowi stało się coś złego ciągle czaiło się gdzieś z tyłu martwej czaszki, wgryzając się w umysł, nie dając spokoju. Zaciekawiła go wypowiedź dziewczyny. W jednym zdaniu zawierały się dwie informacje, o których Walter nie wiedział. – „Studiuje budowę maszyn.. Wiedziałem, że jest studentem, ale nigdy o tym nie opowiadał. Przynajmniej o samym kierunku, snuł przecież swoje wywody na temat zepsucia współczesnej młodzieży. Sprawnie punktował przywary zakompleksionych, jak i maniery kolegów o zbyt rozbuchanym ego." Daniel znał się na ludziach, choć niemal zawsze widział ich w nieco zbyt ciemnych barwach. Same niedoskonałości, które wpływają na zachowanie. Gry pozorów. Materializm i krótkowzroczność. Pusta, chełpliwa chęć zaimponowania innym, czy w końcu desperackie próby zintegrowania się ze swoją społecznością. Tak, Daniel z pewnością był pesymistą, jeśli chodziło o innych ludzi. Ale może to nie czarnowidztwo, a zwyczajna rzeczywistość? Ile to już przypadków dziwnych zachowań, zdawałoby się, że całkowicie bezsensownych, a w istocie dążących do zaspokojenia jakiejś skrytej, zwierzęcej potrzeby widział Walter u swoich pacjentów nie tylko w Stanach, ale też za oceanem? Ludzie tylko pozornie zachowują się w sposób ‘bezsensowny’. Po prostu mało kto dostrzega ukryte motywy działania. Druga rzecz zainteresowała go jednak nieco bardziej. Sam kierunek studiów.. Ile tak naprawdę mówi o człowieku? Większość ludzi wybiera kierunek studiów ze względu na znajomych bądź nacisk rodziców. Tak naprawdę rzadko trafia się ktoś w pełni zdecydowany swojego wyboru. Valerie była takim rzadkim przypadkiem. Jej pasja do projektowania wpływała dobrze na jej psychikę. Dobrze, że ukończyła studia – Gdyby tak się nie stało, mogłaby skończyć o wiele gorzej, jako jedna z wielu brudnych, bezdomnych psychopatów. Wrócił jednak myślami do swojego podopiecznego. -„To jego zaburzone libido.. To może być cenna wskazówka. Być może cały czas trzymałem się błędnego wniosku, że jego samobójstwo miało ścisły związek z jego nieprzystosowaniem do współczesnego świata i bezradnością? Ale przecież wszystko na to wskazuje! Czy jednak.. byłoby możliwe, że Daniel nie powiedział czegoś istotnego? Dziewczyna. Nic nie wspominał. Na pytania na ten temat odpowiadał obojętnie. Czyżby to była gra pozorów? Udawanie przed samym sobą? Może te jego koszmary mają związek z kimś ważnym w jego życiu. Może to wspomnienie windy z bloku, do którego dojeżdżał tym felernym autobusem.. Budynku, w którym mieszkał ktoś naprawdę dla niego ważny. Biorąc to pod rozwagę razem z kwestią jego ‘sflaczałego kutasa’, jakby to określiła Valerie.. Być może Daniel stracił kogoś ważnego? Niekoniecznie dziewczynę. Mogła to być również matka. Zbyt silny związek z matką połączony z przymusem odnalezienia się w nowej sytuacji.. Może po utracie matki, stracił też dach nad głową? Lub musiał w końcu się przełamać i żyć wśród ludzi, gdzie wcześniej byłby przez nią w pewien sposób izolowany? A gdyby to była dziewczyna? Ale w takim razie – rozstali się, czy coś jej się stało? Nie mam żadnej pewności. Trzeba to sprawdzić, bo po prostu nie wiem – Walter błyskawiczne przeanalizował sytuację. Wyglądało na to, że teraz będzie musiał wypytać najbliższe otoczenie Daniela. Sąsiadów, ewentualnie wykładowców i kolegów z uniwersytetu. ‘’Tak. I oczywiście zdążysz odwiedzić ich wszystkich dzisiejszej nocy. ’’
  Przez chwilę milczał. Nieco dłużej, niż zwykle, kiedy robił przerwę. Oczywiście zauważyła to Valerie i szybko rzuciła -„Coś się stało?” Nie chciał jej do tego mieszać, ale podopieczna chyba wyczuwała, że coś jest nie w porządku. Postanowił powiedzieć jej coś zbliżonego do prawdy. -,,Nie wiem, moja droga. Daniel miał dziś umówioną wizytę, ale nie przyszedł. Ale trwa teraz sesja, więc może wypadł mu jakiś egzamin, albo się uczy i zapomniał mnie poinformować. Chciałem zadzwonić, żeby go zapytać, ale nie mam numeru. Dziękuję za adres, ratujesz moją reputację” – zaśmiał się krótko, po czym kontynuował -„Jestem już dzisiaj wolny, więc nie zaszkodzi, jak się do niego przejadę, zobaczyć co u niego. Miał nadzieję, że Valerie nie zaproponuje, żeby z nim jechać, choć znając jej temperament i dzisiejszy humor był niemal pewny, że ta zechce mu towarzyszyć. Dziewczyna zresztą często wyskakiwała z różnymi propozycjami – żeby wyskoczyć na kawę, na zakupy, pooglądać wykończenia w sklepie budowlanym. Na początku lekarz starał się grzecznie odmawiać, jednak z czasem stwierdził, że dziewczynie może to wyjść na dobre. Gdy przy nim była, pilnowała się, by nie popełnić jakiegoś błędu. Panowała nad swoim gniewem, choć jej, czasami niemal infantylny entuzjazm sprawiał, że zwracała na siebie uwagę okolicznych ludzi. Dziewczyna potrafiła zachwycać się wzorami i fakturą kafelków, kabiną prysznicową, która będzie pasować do parapetów w łazience, czy też nad oświetleniem, które podkreśli minimalistyczny styl w kuchni. Czasami więc zgadzał się z nią pojechać, choć starał się unikać kawiarni i innych obiektów gastronomicznych – raz, gdy zgodził się na taką przejażdżkę, podopieczna niemal wcisnęła w niego jakieś ciastko, co mogło się skończyć złamaniem maskarady. Walter stwierdził jednak, że terapia niekoniecznie musi odbywać się w ścianach gabinetu. Czasami niekonwencjonalne metody działały lepiej, dlatego też czasami pozwalał zabrać się wielkim, czerwonym Jeepem na okoliczne targi architektoniczne, lub w inne miejsce związane z pasją dziewczyny. Czasami musiała się wygadać, a Walter był najlepszym słuchaczem, jakiego mogła mieć. Kontynuował jednak, zmieniając temat. -„Wygląda więc na to, że dzisiaj nie będzie mi dane położyć się o ludzkiej porze” – ponownie się zaśmiał -„Niemniej, przepraszam, że tak zbaczam z tematu. Wróćmy do twojego dnia, Mädchen. Odwiedził cię ten burkliwy Irlandczyk, który stawia biuro niedaleko Madison Park, czy to jakiś inny upierdliwiec? Dobrze zrobiłaś. Pieniądze nie są najważniejsze, ważne że rozwijasz swoją pasję. Jeśli ktoś podcina ci skrzydła i nie podoba mu się to, co tworzysz, pamiętaj, ze znajdzie się kilku na jego miejsce, którzy z ucałowaniem ręki wezmą twoje projekty.” –Wrócił myślą do książki, którą czytała jego podopieczna. Z jednej strony, nie jest to zbyt dobre, żeby denerwowała się takimi rzeczami. Z drugiej strony, denerwując się opisaną historią, wyładowuje swoją agresję na przedmiocie, więc.. w pewnym sensie jest to jakiś postęp, prawda? Walter utrzymywał ciepły ton głosu, nie zdradzając nerwowości związanej z zaginięciem Daniela. Miał nadzieję, że dziewczyna nie wsiądzie za kółko po alkoholu. Choć wino piła raczej w ilościach przystających bardziej degustatorom, niż ulicznemu koneserowi, to mimo wszystko, nie chciał mieć na koncie drugiej osoby, której coś się stało tego dnia. Nieco rozbawionym tonem zapytał jeszcze -„Książka cała?” Z telefonem przy uchu pochował kilka leżących luźno teczek do szuflady, zamykając ją na klucz, zarzucił na grzbiet stary, podarty płaszcz, do kieszeni wrzucił kluczyki od wozu i rozejrzał się jeszcze po gabinecie, słuchając podopiecznej. Gasząc światło, pozamykał za sobą drzwi i ruszył w stronę niewielkiej, drewnianej wiaty, która chwilowo służyła mu za garaż. Otworzył bramę, znajdującą się kawałek dalej, po czym zabrał się do odgarniania nawianego śniegu i skrobania szyby. Gdy był już w samochodzie rzucił do telefonu -„Dobrze, moja droga. Ja jestem już po skrobaniu, wyjeżdżam do Daniela.” – przełączył telefon na głośnomówiący, po czym odpalił silnik i zapalił światła. Kremowe Malibu ożyło, cicho bucząc. Samochód wytoczył się na cichą, pustą jezdnię, zasypaną śniegiem, z dość starymi śladami jakiegoś zbłąkanego samochodu. -„Co za cholerny miesiąc. W tych warunkach dojechanie do kampusu zajmie mi pewnie z godzinę. Czy jak już jest pora roku, kiedy noc jest dłuższa, niż zazwyczaj, to musi być dodatkowe utrudnienie w postaci spowalniającej wszystko pogody?” Valerie przypomniała sobie o Danielu, gdy Walter o tym wspomniał. Trajkotanie o klientach i książce całkowicie ją pochłonęło. Dziewczyna zamilkła na chwilę po czym kolejny raz spytała, czy na pewno wszystko jest w porządku. -„Po prostu muszę się upewnić, dlaczego nie przyjechał” odpowiedział Walter, nie ukrywając już dręczącego go niepokoju.

Do 5844 NE 75th St, Condominiums Sand Piper >>>

Spoiler | 
Jeżeli dziewczyna będzie chciała jechać, Walter zaproponuje jej podwózkę i pojedzie po nią do jej domu w Laurelhurst Triangle, a następnie pod blok Daniela. Jeżeli dziewczyna nie będzie chciała jechać, Walter po dojechaniu na miejsce rozejrzy się po okolicy i pójdzie w stronę bloku. Jeśli dziewczyna będzie chciała dojechać na własną rękę, Walter poczeka na nią pod blokiem Daniela.
KARTA POSTACI: Walter M. Wilkes
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Niemiecki, Hiszpański
Opis Postaci | 
Walter jest obecnie ubrany w ciemnofioletową koszulę, zapiętą pod samą brodę, zielonkawy płaszcz z licznymi łatami z różnych materiałów i w różnych kolorach, do tego ciemnobrązowe sztruksowe spodnie spięte szerokim, parcianym paskiem w kolorze popielatym z srebrną klamrą i eleganckie skórzane mokasyny.

Re: 711 NW 120th St, Broadview - Walter House [02.15.1999]

#6
Doktor Wilkes — możnaby rzec — to wyjątkowo wnikliwy obserwator. Wystarczyły dwie informacje, by zaczął prowadzić wewnętrzne rozważania nad psychiką Daniela. Zbierał kolejne puzzle do układanki. Każdą informację traktował jak cenną wskazówkę dającą pełniejszy portret pacjenta, którym się zajmował. Analizował przyczyny takiego, a nie innego zachowania biorąc pod uwagę to, co widział i usłyszał od podopiecznego, a także co inni mówili o nim. Studia — one mogły dawać wskazówki co do zainteresowań, przyszłego zawodu, a nawet stanu finansowego i tego, co podświadomie kryło się za decyzją o ukierunkowaniu przyszłości. Walter nie wiedział jednak jednej istotnej rzeczy: kiedy tak właściwie Daniel rozpoczął swoje studia? Przed czy po wypadku? Zważywszy na to, jak na niego wpłynął… Możliwe, że był już w trakcie studiów, a po strzeleniu sobie w głowę zaczął poprzez tematykę tychże patrzeć na ludzi inaczej. Mogło to też nie mieć z nimi nic wspólnego. Mogło, ale nie musiało. Doktor Wilkes dostrzegł jednak jedną bardzo ważną rzecz: Arnight był typem architekta, badacza. Wiedział, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a jedno zdarzenie lub przedmiot może prowadzić do przeróżnych konsekwencji. Patrzył na ludzi jako trybiki w maszynie… Oceniając ich według pewnych, negatywnych cech. Choć niekoniecznie nieprawdziwych!
Libido z kolei… Ono nie musiało mieć nic wspólnego z wypadkiem. Mógł być przecież całe życie aseksualny albo mieć jakiś określony fetysz, którego jeszcze nie odkrył. Lub — po prostu nie spotkał dotąd kobiety, która wzbudziłaby weń pożądanie. Każdy ma przecież inny typ urody i osobowości, która go pociąga. Z drugiej strony — nie miał -nastu lat kiedy to wchodzi się w etap zainteresowania fizycznością, erotyką i seksem. Bardzo możliwe, że było tak, jak Spokrewniony sądził… Mógł przecież targnąć się na życie po utracie bliskiej mu osoby. Matki — o ile ta miała niebagatelny wpływ na jego życie. Kobiety — o ile znalazł taką, o której myślał, że to ta jedyna powierzając całe swoje serce. I duszę, w tym przypadku.
— To zależy jaki z niego typ studenta… Jeśli mu zależy, mógł się rzucić w wir nauki i zapomnieć o tym jaka jest godzina i dzień. Wiem z doświadczenia jak bardzo wymagające są kierunki ścisłe. — Odpowiedziała Valerie bardzo poważnie. Może i miała problemy z agresją, ale doskonale wiedziała jak istotna jest nauka i jak studia mogą wpłynąć na człowieka i jego psychikę. Nigdy nie zapomni swojej pierwszej sesji egzaminacyjnej. — Mógł wypić kilka kubków kawy, uczyć się przez kilkanaście godzin i zasnąć z wyczerpania… — Dodała ciszej, ale Walter już znał ten ton głosu i wiedział, że Canari zastanawia się nad tym co chce teraz — lub w najbliższej przyszłości — zrobić. Jakby na zawołanie w słuchawce rozległ się szelest sugerujący, że wstała z kanapy i zaczęła się przemieszczać. — Pomogę Ci, jeśli nie masz nic przeciwko, Braciszku. Mogę przyjechać na miejsce i rozejrzeć się razem z Tobą. To pewnie nic takiego, ale wiem, że nie dzwoniłbyś gdyby to był zwyczajny pacjent. Nie mówił niczego o rodzinie… Wiem jednak, że jeśli ktoś mieszka na kampusie lub w jego pobliżu, to raczej nie jest z Seattle i nie posiada tu własnego mieszkania… Mógł się wplątać w jakieś bagno i jacyś skurwiele go porwali. No nie ma opcji żebym teraz została w domu! Przyjadę pod adres Daniela. — Malkavian wiedział już, że Valerie sama zaczęła się niepokoić, a jej ciekawość wzrosła. Ciężko będzie mu ją przekonać, że nie powinna z nim jechać, ale ona już wiedziała swoje. Wciąż była przy telefonie, ale wampir mógł być pewien, że właśnie zaczęła szykować się do wyjścia.
— Nie, to był chujek, który kupił mieszkanie w Blue Ridge. Jakiś nowobogacki skurwiel życzący sobie odjebanego w kosmos mieszkania, które odwiedzałby raz na jakiś czas. Nie dość, że przyjeżdżał tu zbyt rzadko, bym mogła mu zaprojektować mieszkanie tak, jak chciał, to jeszcze kurwa narzeka, że mu w dupę nie weszłam. — Na samo wspomnienie o tym ton głosu Valerie podniósł się o kilka ton, a ona zaczęła mówić z coraz większym przejęciem. Gdy skończyła przystanęła na chwilę i westchnęła ciężko. Chwilę później trzasnęła drzwiami; najwyraźniej kłębiące się w niej emocje jeszcze nie zdążyły opaść. — Książka jest chujowa i nadaje się tylko na opał. Domyśl się więc, Braciszku, czy będzie cała. — Pani Architekt odpowiedziała z rozbawieniem i już schodziła po schodach. Podobnie jak jej psychiatra, wciąż miała telefon przy uchu. Lubiła głos swojego lekarza i rozmowy z nim. W jakiś dziwny sposób ją uspokajały. Bardzo możliwe, że nie miała wcześniej odpowiedniego lekarza i dopiero Walter zaczął mieć na nią wpływ. Pozytywny, rzecz jasna. Niemal w tym samym momencie oboje zaczęli odgarniać śnieg z samochodu i skrobać szyby, choć Valerie zajęło to znacznie mniej czasu — kilka godzin temu wróciła do mieszkania, więc pojazd nie był aż tak zasypany ani oszroniony. Nie przeszkadzała jednak w poczynaniach Waltera; wsiadła do samochodu, odpaliła silnik i była już w drodze gdy Doktor Wilkes ruszył z miejsca. — W takim razie upewnimy się razem. Do zobaczenia! — Powiedziawszy to, wyłączyła telefon, by skupić się na drodze i odłożyła go na bok. Nieznacznie przyspieszyła.

| do Condominiums Sand Piper
kolejka | 
→ sprawy administracyjno-fabularne
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE
Odpowiedz

Wróć do „Broadview”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość