6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#1
  Budynek północno-wschodniego oddziału biblioteki publicznej w Seattle znajduje się na niewysokim wzniesieniu. No, na zboczu tegoż wzniesienia, można powiedzieć, chociaż wysokość względna wcale nie taka wielka i nie przekracza metra, metra kilkunastu centymetrów. W każdym razie Northeast Public Library to elegancki budynek o lekko pochyłym dachu, o ścianach z drobnej cegły i terakoty, na kamiennej podmurówce. Znajduje się w cieniu kilku wysokich modrzewi, a niewysoki żywopłot z cisów okalający pobliski parking jest cudowną, naturalną barierą odgradzającą bibliotekę od miasta.

Nie jest to w żadnym wypadku największa biblioteka w Seattle, ale kolekcja sześćdziesięciu kilku tysięcy książek i tak robi wrażenie. Zwłaszcza, gdy doda się do tego tuzin nowiutkich komputerów, na widok których oczy każdego z młodszych czytelników zaczynają niezdrowo błyszczeć. Najmłodsi są więc zachwyceni biblioteką, jej przestronnym wnętrzem i wysokimi sufitami, ale nie można tego samego powiedzieć o nastolatkach, czy studentach. Nie wspominając już o dorosłych, którzy przecież też korzystają z bibliotek.

Oni wszyscy nie są do końca przekonani, czy coś takiego jest dobrym rozwiązaniem; w tak otwartej (acz przytulnej i miłej, to trzeba przyznać; terakota na ścianach działa cuda) przestrzeni dość ciężko skupić się na treści czytanych książek i na sporządzaniu notatek, a obecność dzieciaków szalejących w czytelni wcale nie pomaga. Pracownicy robią co mogą, by tak rozmieścić czytelników by nikt nikomu nie przeszkadzał, ale co z tego, skoro jedyne, co oddziela poszczególne stoły od siebie to niewysoki regał z książkami?

Tak, nie ma tutaj wielu osobnych sal. Jest co prawda wypożyczalnia, jest czytelnia, jest biuro i gabinet, ale to wszystko - całość sprawia wrażenie jednego wielkiego pawilonu ze ściankami działowymi powstałymi z regałów, z szafek i ze stołów. Ba, jak ktoś wejdzie na krzesło, to będzie miał w sumie widok na całą bibliotekę! Gdyby nie lokalizacja, bardzo prawdopodobne jest, że prędzej niż później większość czytelników by zrezygnowała z Northeast Public Library i wybrała inne, znacznie bardziej ciche i spokojne miejsce.

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#2
Z -> Parking przy motelu

Nie bardzo mogła się zdecydować co teraz. Jechać do Elizjum i zdać łowców w ręce tych wszystkich ważniaków, którzy lepiej będą wiedzieć jak zrobić z nich użytek, albo jak z nimi skończyć...? Niby okej, bo przecież sama ich nie zamorduje, Nosferatu ich nie podrzuci, bo te krety gotowe przypisać wszystko sobie. Ciężka sprawa dla żółtodzioba, który słabo się orientuje w tym co w takich sytuacjach trzeba zrobić, w niuansach i zawiłościach. Nie mogła też puścić bokiem informacji o zakołkowanym wampirze, o mapie z zaznaczonym rejonem i o wskazówkach pijanego, ledwo przytomnego Jensena. To przeważyło. Mieszkała w Seattle kupę lat już,
znała miasto, może nie na wskroś, ale dość dobrze, by wiedzieć gdzie jechać.


Northeast. O ile nazwiska nie mówiły jej kompletnie nic, o tyle dzielnica plus biblioteka, już mogły ją naprowadzić na jakiś trop. Upewniła się jeszcze raz czy dobrze odczytała mapę. Jeździła jakiś czas po okolicy, nie będąc pewną czy znajduje się tutaj biblioteka. Nie pomyliła się. Była. Może nie największa czy najwspanialsza w mieście, ale tak, bibliotek tu była.

Zajechała na parking, zgasiła auto i wysiadła zamykając samochód. Nie bała się niego i o dwóch jeńców wewnątrz. Oba spali jak baranki. Nawet jeśli ktoś zajrzy do środka to zobaczy burdel na tylnej kanapie, jakąś stara torbę wciśniętą pod nogi przedniego siedzenia pasażera i jakieś pozwijane koce leżące przy kanapie z tyłu. Z resztą kto o tej porze miałby tu zaglądać. Kolejną sprawą był śnieg, który za parę chwil zasypie szyby bryki i kompletnie nic widać nie będzie. Mogła trochę powęszyć. Znowu użyczyła sobie widzących w ciemnościach oczu swojej Bestii, by niczego nie przeoczyć w ciemną śnieżną noc, przy odgrodzonym drzewami od miasta terenie biblioteki. Szła powoli w stronę budynku. Ręce wcisnęła w kieszenie, zgarbiła się, pozwoliła by wiatr rozwiał jej kłaki. By nie zwracała na siebie uwagi. Jeśli to tutaj, zwracała uwagę na ślady krwi. Mięli zakrwawioną kurtkę w aucie, może po drodze zostawili jakieś ślady. Przez wiecznie padający śnieg może i juz nic widać nie będzie, zapach może wciąż unosił się w powietrzu...

Tak czy siak chciała obejść bibliotekę. Jensen wspomniał coś o piwnicy. Starała się więc wypatrzeć czy budynek nie ma osobnego wejścia do piwnicy, piwnicznych okienek, zsypu na węgiel, albo innego zewnętrznego wejścia. Nie obstawiała, że łowcy skorzystali z głównego wejścia by wtedy dostać się do biblioteki. Kolejną kwestią było to, czemu akurat takie miejsce?! Przypadkiem trafili tu na wampira? Załatwili go na jego własnej domenie? Przywlekli go tu,
bo to ich jakaś kryjówka? Kurcze... wszystko było równie możliwe i prawdopodobne. Zachowała więc maksymalną czujność. Jeśli te dwie osoby, o których wspomniał Jensen też byli łowcami, to musiała mieć się na baczności! Widać jej łowy tej nocy mogły nie dobiec jeszcze końca.
Jeśli coś wypatrzy, wywęszy, znajdzie jakieś okienka czy zsypy, to najpierw postara się rozejrzeć w okół nich szukając więcej wskazówek, może zajrzeć ostrożnie do środka. Ciemność była jej sprzymierzeńcem, mroku więc starała się trzymać...
KARTA POSTACI: Anastasia Bale
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski,
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór - Anastasia ma na sobie glany, jeansy, szarą bluzkę z długim rękawem i czarną skórzaną kurtkę. Włosy ma rozpuszczone i w nieładzie. Biżuterii brak.

Co przy sobie:
- portfel ze 120$ i dokumentami
- gumy do żucia
- telefon komórkowy
- garść suchych chrupek dla zwierzaków
- buteleczka chloroformu i gaza w małym plastikowym etui

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#3
Praktycznie cała biblioteka wraz z przyległym do niej parkingiem i placem była pogrążona w mroku. Wysokie drzewa, żywopłot, a i sam gmach Northeast Public Library skutecznie blokowało światło ulicznych latarni - jezdnia lśniła pomarańczowym, ciepłym blaskiem. Reszta była skąpana w zimnych błękitach, powstałych w wyniku odbicia światła gwiazd i księżyca. Jeśli, oczywiście, ten blask zdołał się przebić przez chmury. Chevrolet Impala z lat sześćdziesiątych bądź siedemdziesiątych zdecydowanie się wyróżniał. Głośny, potężny silnik, mocne reflektory i połyskująca czernią karoseria pasowały bardziej do baru, niż do miejsca, gdzie można w spokoju poczytać, poszerzyć wiedzę czy wypożyczyć książki.
Samochód zatrzymał się na zaśnieżonym parkingu, znacząc w głębokich zaspach koleiny i bruzdy. Gdy otworzyły się drzwiczki od strony kierowcy i Anastasia wyszła ze środka, nikt jej nie widział. Był tylko jakiś cień, zarys sylwetki, nic więcej. Mogła być spokojna o swoją tożsamość, tak samo jak o to, że nikt nie dojrzy dwóch spacyfikowanych łowców, skrytych we wnętrzu wozu.
Bale rozejrzała się. Wedle tego, co usłyszała od Jensena, gdzieś tu miał być "Clive" i "Johnny". Problem w tym, że budynek biblioteki... nie miał piwnicy. A przynajmniej z zewnątrz nic nie wskazywało na to, by istniała tutaj piwnica. Northeast Public Library był naprawdę elegancki, nowoczesny, śliczny wręcz, tak, jakby niedawno zostało odnowiony, odremontowany. Co innego sąsiadujące budynki, tam widać było zaspy, wskazujące na piwniczne wejście, czy nawet dodatkowe zejście poniżej gruntu; ale tu, przy bibliotece? Nie, nic takiego nie było.
Gdzieś zaczął wyć pies. Długo, przeraźliwie. Zza chmur wyłonił się srebrzysta tarcza księżyca, najpewniej powód, dla którego czworonóg zaczął swój śpiew. Krótka chwila bez chmur sprawiła jednakże, że Anastasia mogła się lepiej, łatwiej rozejrzeć po okolicy - wszystko jednak wskazywało na to, że biblioteka NPL naprawdę nie ma piwniczne zejścia od zewnątrz. Ale w środku...?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#4
Obeszła budynek jak i gdzie mogła. Nie zanosiło się na to, żeby miał jakieś wejście do piwnicy. Żadnych okienek, zsypów... nic co mogłoby wskazywać na obecność piwnicy. Z drugiej strony jednak nie chciało jej się wierzyć, że takI budynek nie ma podpiwniczenia. Żaden z niej architekt, no ale... Wróciła do auta zagryzając wargę i zastanawiając się co dalej. Włamać się po nocy do biblioteki!? Słaby pomysł, tym bardziej, że nie miała żadnych solidnych podstaw ani tropów...
tylko niewyraźną mapę i bełkotliwe słowa Jensena.


Gdy już miała kopnąć w koło i zrezygnować, wpadł jej do głowy pomysł. Vigo uczył ją, że ich Klan jest wyjątkowo blisko z własną Bestią. Że dzięki temu swoistemu zezwierzęceniu też blisko im do zwierząt, że posiadają łatwość w komunikacji z nimi, a nawet potrafią im rozkazywać. Czemu nie sięgnąć po to jak zawiodło wszystko inne? Może pomogą właśnie te małe bestie. Rozejrzała się, przypomniała sobie wszystkie nauki i wskazówki swojego Stwórcy. Przeanalizowała też, do jakich bestii się zwrócić. Psy, koty, kruki... potrzebowała czegoś o bystrym wzroku, z dobrym węchem, czegoś mądrego i skorego do pracy. Koty odpadały,
były zbyt niezależne, z resztą nigdy nie były jej ulubieńcami. Psy... niby w porządku, słyszała jakieś w okolicy, ale to nie był typ szpiega. Kruki. Tak, one się nadawały.
Nie bez kozery ongiś w niektórych rejonach świata kruki stosowano zamiast gołębi pocztowych. Są silne i wytrzymałe. Mają dobre zmysły, krew wyczują bez problemu. Do tego są zaskakująco mądre i stosunkowo łatwo jest je wyszkolić. Postawiła na kruki. Nie robiła tego zbyt często, w zasadzie to tylko podczas szkoleń i treningów, które zdążyła odbyć z Vigo. Nadszedł jednak moment, by sprawdzić swoje umiejętności w praktyce. Co będzie to będzie. Nabrała powietrza w płuca i sięgnęła do swojej Bestii by ta oddała jej Głos, po czym uniosła głowę w górę i zakrakała donośnie kilka razy niosąc tym samym wezwanie.


Gdy jej wezwanie wybrzmiało, otworzyła auto i sięgnęła po poplamioną krwią, podartą kurtkę, którą łowcy mięli w środku. Zamknęła wóz i ściskając kurtkę w dłoni czekała w napięciu. Jakieś ptaszydło odpowie na wezwanie, czy nie? Słyszały je w ogóle... Czuła się niemal jak w szkole po recytacji wiersza, czekając na ocenę nauczycielki...
KARTA POSTACI: Anastasia Bale
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski,
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór - Anastasia ma na sobie glany, jeansy, szarą bluzkę z długim rękawem i czarną skórzaną kurtkę. Włosy ma rozpuszczone i w nieładzie. Biżuterii brak.

Co przy sobie:
- portfel ze 120$ i dokumentami
- gumy do żucia
- telefon komórkowy
- garść suchych chrupek dla zwierzaków
- buteleczka chloroformu i gaza w małym plastikowym etui

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#5
Nocną ciszę przerwał krzyk kruka. Niby nic dziwnego, nienaturalnego, zwłaszcza gdy chodzi o Seattle. Emerald City było pełne ptactwa - od mew i innych morskich ptaków, poprzez najzwyklejsze wróble i sikorki, aż po kruki, wrony, orły, jastrzębie i czaple wszelkiego rodzaju. Zwierząt było tu pełno, nawet w zimę, gdy pada gęsty śnieg, a temperatura oscyluje w granicach zera lub wręcz poniżej. Anastasia wyciągnęła okrwawioną kurtkę z Chevroleta, wydała z siebie kilka zwierzęcych dźwięków i... czekała.
Minęło parę minut i nic. Cisza, z rzadka przerywana ujadaniem jakiegoś psa i warkotem silnika przejeżdżającego samochodu, była przejmująca. Dopiero po kolejnych kilku minutach Bale usłyszała słaby trzepot skrzydeł i ciche krakanie; z początku ciężko było wychwycić coś więcej, ale wraz z upływem czasu stało się jasne, że Anastasia przywołała przynajmniej kilka ptaków. Czarne, pierzaste bestie z lśniącymi, ciemnymi oczkami przysiadły na ośnieżonych gałęziach modrzewi i żywopłocie, czekając.
Najbliższy ptak przekrzywił łebek to w lewo, to w prawo. Drugi otworzył dziób i zakrakał parę razy, tak, jakby starał się coś powiedzieć. Spokrewniona nie mogła się jednak pozbyć wrażenia, że ptactwo po prostu ją przedrzeźnia, drażni się z nią czy wręcz kpi. Ale na zew, na wołanie, kruki odpowiedziały. Przyleciały. I teraz wpatrywały się w nieumarły i trzymaną przezeń kurtkę. W końcu pierwszy kruk wzbił się w powietrze i wylądował na ramieniu Anastazji, atakując dziobem zakrwawiony materiał.
Potem drugi. Trzeci. I czwarty.
W ciągu paru chwil Bale przypominała stracha na wróble, tak ją obsiadło ptactwo. Kruki otwierały i zamykały swe dzioby, szarpiąc wściekle kurtkę. Dopiero wtedy, gdy ubranie przypominało raczej zwyczajną, brudną od krwi szmatę, zatrzepotały mocno skrzydłami i wzbiły się w powietrze. Przez dobre parę minut krążyły nad biblioteką i parkingiem, zlewając się z ciemnym niebem. Jedynie ich małe oczka odbijały w jakimś stopniu blask księżyca i gwiazd.
W końcu stadko przeniosło się znad biblioteki w stronę jednego z domów w dole ulicy. Ptaki krążyły nad parterowym, nieco zaniedbanym domkiem stojącym vis-a-vis Northeast Public Library, krzycząc coraz głośniej i głośniej. Jeszcze trochę i jakiś sąsiad się obudzi, a to było chyba ostatnią rzeczą, której by sobie Anastasia życzyła.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#6
Czekała. Coraz bardziej się denerwowała. Nie podziałało? Żadne ptaszysko nie usłyszało jej wezwania? Coś zrobiła źle? Zaczęła wątpić, ale dała sobie i ptakom czas. Słusznie. Po kilku, może małych kilkunastu minutach ptaki nadleciały. Stadko składające się z kilku kruków. Przysiadły na drzewie, patrzyły na nią tymi perłowymi oczkami, krakały. Powinny być jej przychylne skoro odpowiedziały. Uniosła zakrwawioną kurtkę. Nie musiała czekać na reakcję. Przyleciały do niej,
przysiadły na ramionach, dziobały kurtkę, szarpały i smakowały krew, smakowały zapach, łapały trop. Gdyby serce Bale biło teraz łomotałoby jak dzwon, z zadowolenia i ekscytacji! To było wspaniałe! Władczyni Kruków! Obłęd! Czekała spokojnie dając krukom wysmakować co chciały. Gdy z kurtki zostały już tylko postrzępione wióry, ptaki wzbiły się w powietrze. Szybko wrzuciła resztki tej szmaty do auta, zamknęła na powrót wóz i ruszyła za małym stadem.


Była naprawdę pod dużym wrażeniem. Co innego usiłować gadać do psa sąsiada, a co innego to! Stado kruków prowadziło ją za tropem krwi z kurtki!
Niesamowite! Naprawdę! Czuła się niemal jak po odebraniu papierów, że dostała się na uczelnię w Seattle. Miałaby wspaniałe wsparcie i wiernych, mądrych kompanów, gdyby zrobiła z nich swoje ghule. O ile Ana miała jakieś dziwaczne opory przed podaniem krwi człowiekowi... wydawało jej się to niemal niestosowne i takie...blee, o tyle ze zwierzętami sprawa miała się zgoła inaczej. Chyba musi powtórzyć numer z krukami u siebie w domku i poczęstować ptaszydła mięskiem nasączonym jej Vitae! Z takimi myślami zeszła w dół, w stronę domu naprzeciw biblioteki. Nad nim krążyły ptaki... czyżby o piwnicę tego domu, obok biblioteki chodziło Jensenowi? Odetchnęła i przywróciła się do porządku. Zgasiła szeroki uśmiech i powróciła do swojej czujności.


Kiedy ptaki nie przestawały krakać wściekle i powstało zagrożenie, że wreszcie kogoś obudzą jak będą się tak darły, uniosła w górę na nie wzrok.
-Przestańcie się drzeć! - Zawołała na głos jak i w myślach mając nadzieję, że któreś ptaszysko patrzało w jej czerwone, błyszczące w ciemnościach gały.
Potem zakrakała raz jeszcze usiłując powiedzieć to po ichnemu. Pomogło czy nie, wróciła uwagą do budynku. Wejście do piwnicy, ślady krwi. Domki, jeśli miały piwnice, to zwyczajnie posiadały też osobne zewnętrzne do niej wejścia. Druga sprawa, to jeśli łowcy byli tutaj i wyszli góra godzinę, może troszkę więcej temu,
powinny być resztki ich śladów. Mniej śniegu w miejscu klapy do piwnicy, odciski stóp. Jeśli doszło tam do jakiejś walki, rozlewu krwi, to może i ona zdoła coś już wyniuchać, w końcu zapachu Vitae nie da pomylić się z żadnym innym. Podążając swoja ścieżką, uważała żeby nie nadziać się przypadkiem na przechodnia, bądź mieszkańca cierpiącego na bezsenność. Kogokolwiek. Nie potrzebowała towarzystwa... ewentualnie kolacji...
KARTA POSTACI: Anastasia Bale
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski,
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór - Anastasia ma na sobie glany, jeansy, szarą bluzkę z długim rękawem i czarną skórzaną kurtkę. Włosy ma rozpuszczone i w nieładzie. Biżuterii brak.

Co przy sobie:
- portfel ze 120$ i dokumentami
- gumy do żucia
- telefon komórkowy
- garść suchych chrupek dla zwierzaków
- buteleczka chloroformu i gaza w małym plastikowym etui

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#7
Chociaż ptactwo początkowo okazało się wspaniałym, acz niecodziennym sojusznikiem, to bardzo szybko dała się poznać ich mroczniejsza, perfidniejsza natura. Trzepocząc skrzydłami krążyły nad jednym z domostw, krzycząc wniebogłosy - i pewnie gdyby nie dość stanowcza reakcja Anastazji, to krzyczałyby dalej, zwracając uwagę wszystkich w sąsiedztwie. Ptaki zakrakały jeszcze parę razy i przycupnęły na ośnieżonym dachu, szyderczo wgapiając się w Spokrewnioną.
Nie były to tępe wróble, głupiutkie zwierzaki które da się wytresować. Przeciwnie, były to diabelnie inteligentne bestie, które teraz zdawały się po prostu drwić z nieumarłej, krążącej po posesji i szukającej jakichkolwiek śladów świadczących o obecności. I to nie tyle obecności łowców, co obecności kogoś z Rodziny. Dom był małym, parterowym budyneczkiem, o niemalże płaskim dachu dzielonym na dwie części i podwórzem otoczonym rozłożystym żywopłotem. Wszystko pokrywała gruba warstwa białego puchu; jak jednak Anastasia przewidziała, widać było całkiem sporo śladów.
Wgłębienia tu i tam były co prawda prawie zasypane, ale jasno wskazywały, że całkiem niedawno ktoś tędy przechodził.
A przecież był to zaniedbany, wyraźnie opuszczony dom! Okna miały co prawda szyby, ale ziała w nich pustka, czerń, nicość - nie sposób było dojrzeć co kryje się wewnątrz. Drzwi wejściowe, jakkolwiek wyglądały na zwyczajne, tanie, były dodatkowo zaklejone starą taśmą, na której z trudem można było dojrzeć litery "for sale".
Wgłębienia w śniegu prowadziły od drzwi wejściowych aż na tyły, na podwórze. Tam, mimo znacznie większych ciemności, widać było coraz więcej śladów - z pewnością miała tu miejsce jakaś przepychanka, może nawet ktoś został rzucony na ziemię. Krwi jednak nie było nigdzie widać, a drzwi kuchenne były ozdobione trochę rdzewiejącym łańcuchem. Z kolei ta duża, masywna zaspa niedaleko wyglądała jak zejście do piwnicy.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#8
Skoro kruki umilkły i przysiadły na dachu, przestały być problemem. Mogły sobie skrzeknąć od czasu do czasu i gapić się na nią. Nie robiło jej to różnicy.
Liczył się fakt, że odpowiedziały na jej wezwanie pomogły. Zaprowadziły ją do starego, małego, opuszczonego domku. Spokrewniona bez trudu pokonała żywopłot i zaczęła buszować po posesji. Ślady. Były. Chyba zaczynała lubić zimę. Nawet bez większych zdolności w tym zakresie można było łatwo odkryć slady i podążyć za nimi. A te prowadziły na tył domu. Korzystała z oczu swojej Bestii, więc jej własne błyszczały szkarłatem krwi, dzięki temu jednak mogła widzieć w nawet w doskonałych ciemnościach. Perfekcyjny drapieżca. Nocny łowca.


Nie miała możliwości nie zostawić śladów po sobie, ale cóż, taka mała niedogodność. Liczyło się, że ślady na tyłach wskazywały na zamieszanie. Przepychankę, może tutaj doszło do walki między łowcami, a wampirem. Może tutaj powalili go i obezwładnili. Kto wie. Tylne, kuchenne drzwi były zabezpieczone łańcuchem. Przyjrzała się im. Tędy raczej nie szli... zbędna fatyga. Przysypana śniegiem klapa piwnicy była bardziej obiecująca. Upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu wzięła się za nią. Przycupnęła i zanurzyła ręce w śniegu by zlokalizować uchwyty. Musiała jakoś tą klapę otworzyć. Przy odrobinie szczęścia nie będzie będzie zamknięta na żadną kłódkę albo inny badziew. Jeśli zlokalizuje uchwyty, albo inne coś za co będzie mogła złapać, to otworzy ostrożnie klapę. Jeśli jednak będzie jakieś zamknięcie, odkopie całość rozgarniając śnieg by zobaczyć co to. Zamek, kłódka... jeśli tak, to w pierwszej kolejności sprawdzi rzeczy, które zabrała braciom.
Pęk kluczy, przy którym były kluczyki do auta, może będzie tam pasujący do ewentualnego zamka klucz. Albo jakiś samotny kluczyk któryś miał przy sobie gdy ich przeszukiwała i rozbrajała w motelu. Ostatecznie rozejrzy się za jakimś łomem, starym szpadlem, albo jakim innym kawałkiem złomy by rozwalić zamek. Trudno.
Jeśli nie da się po dobroci, to czasami trzeba brutalnie...


Raz jeszcze zakraka cicho by zwrócić na siebie uwagę ptaków, choć pewnie te wciąż kpiły sobie z jej wysiłków i cały czas ją obserwowały. Tym lepiej.
-Ostrzeżcie mnie gdyby ktoś TUTAJ nadchodził. Potraficie być głośne. - Wydała telepatyczny przekaz tej czarnej, ale jakże użytecznej zgrai. Podkreśliła też,
że mają zacząć się drzeć, gdyby ktoś przyszedł tutaj, na tył podwórza, do klapy od piwnicy, a nie przechodził tylko chodnikiem. W końcu Jensem wspomniał o jakiś bliżej niezidentyfikowanych dwóch osobnikach... musiała być czujna.
Gdyby tą czy inną drogą udało jej się otworzyć piwnicę, to powoli, ostrożnie stawiając kroki zanurzy się w nieprzeniknioną ciemność piwnicznej otchłani.
KARTA POSTACI: Anastasia Bale
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski,
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór - Anastasia ma na sobie glany, jeansy, szarą bluzkę z długim rękawem i czarną skórzaną kurtkę. Włosy ma rozpuszczone i w nieładzie. Biżuterii brak.

Co przy sobie:
- portfel ze 120$ i dokumentami
- gumy do żucia
- telefon komórkowy
- garść suchych chrupek dla zwierzaków
- buteleczka chloroformu i gaza w małym plastikowym etui

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#9
Kruki otworzyły dzioby i nastroszyły pióra, drwiąc ze Spokrewnionej i jej słów. Milczały jednak, nie krzyczały ani nie trzepotały głośno skrzydłami, więc chyba zrozumiały, co Anastasia od nich oczekiwała. Były inteligentne i co ciekawsze, całkiem łatwo dawało się nimi manipulować; jedyny problem wynikał z ich natury i zachowanie. To były w końcu dzikie zwierzęta, których nie da się udomowić. Zew natury zawsze będzie w nich siedział i odzywał się co jakiś czas.
Tak, jak Bestia odzywa się w duszy Kainitów.
Nieumarła krążyła po podwórzu, szukając wszelkich śladów świadczących o pobycie Jareda i Jensena, aż w końcu skierowała się w stronę jednej z większych zasp, znajdującą się bezpośrednio przy tylnej ścianie domu. Chwilę zajęło jej rozgrzebanie śniegu - który, jak się okazało, w znacznej mierze został tutaj nasypany rękoma bądź jakąś szuflą. Naturalnie opadający puch stanowił nieznaczną tylko ilość. I bardzo dobrze! To wystarczyło by Bale mogła poczuć dumę. Trafiła na miejsce ważne dla łowców.
Głupich łowców, trzeba dodać. Dysponowali całkiem ciekawym sprzętem, ale to wszystko. Nie grzeszyli inteligencją ani wyczuciem, mieli trochę umiejętności i totalny brak instynktu samozachowawczego. Doskonale świadczyło o tym nie tylko to, że wpuścili do swojego motelowego pokoju obcą dziewuchę, ale także to, że zejście do piwnicy, że dwuskrzydłowa, drewniana klapa wzmocniona stalowymi pasami... była otwarta.
Niezabezpieczona w żaden sposób, nie licząc oczywiście zwyczajnych zawiasów.
Jakim cudem udało im się więc przetrwać tak długo, pozostaje prawdziwą zagadką. Wystarczyło przecież tylko lekko pociągnąć, by drzwiczki z całkiem głośnym zgrzytem się otworzyły; za nimi kryły się szerokie, ale dość strome schody z cementu, trochę tylko skruszone przy krawędzi. Blisko pół tuzina stopni prowadziło w dół, do ciemnej, wilgotnej i bardzo zagraconej piwnicy: pierwsze, co widziała Bale, to masywne, drewniano-metalowe regały i półki, zastawione szklanymi i ceramicznymi słojami, plastikowymi skrzynkami oraz workami z tworzywa.
Nikogo żywego ani martwego nie było w zasięgu wzroku.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#10
Piwnica była otwarta. Ana ucieszyła się, na to miała nadzieję. Niemniej jednak głupota i nieostrożność braci nieustannie ją zadziwiały. Ona odkąd została zmieniona, odkąd Vigo wprowadził ją w ten świat i zaczął uczyć... odkąd na własne oczy zobaczyła wilkołaka... nie traciła czujności, a przynajmniej bardzo rzadko. Pierwsze co sobie wpoiła to czujność, zwłaszcza gdy robiła takie rzeczy i była w takich miejscach. akcja w Bloodbath to co innego, inny kaliber, inna sytuacja. Nie ma o czym mówić. Nie mogła się przestać dziwić braciom, którzy mają się za łowców, którzy weszli w ten Świat Mroku za kurtyną, którzy polują na największych myśliwych nocy, a prezentują tak skrajną nieodpowiedzialność... Szok.

Zeszła do piwnicy, powoli i ostrożnie. Rozejrzała się i nic! Na pierwszy rzut oka, była to ciemna, zagracona piwniczka. Zazgrzytała zębami. Nie miała zamiaru się poddać. Nie po to tu przyjechała, nie po to kruki złapały tutaj trop. Nie po to znowu się naraża by nic nie znaleźć w tej zapyziałej norze! Nie potrzebowała światła by móc efektywnie tu działać, więc nikogo łuną tutaj nie ściągnie, a w razie jakby ktoś się przypałętał, to kruki powinny ją ostrzec. Zostało więc wziąć się do roboty.
Ruda miała zamiar przekopać piwnicę. Zajrzeć na każdą półkę, w każdą skrzynię czy worek, za każdy regał nos wetknąć. Poszukać czy gdzieś jeszcze nie ukryli przejścia dalej do innego pomieszczenia, lub jakiejś klapy w podłodze co by zasłaniała głębszą piwnice, czy wykopany choćby dół. Starała się przy tym nie hałasować.
Nie chciała tu nikogo zwabić a znaleźć ofiarę tych dwóch debili, o której mówili wjeżdżając na parking motelowy. Cóż, a jeśli nie przywlekli go tutaj, to może znajdzie jakieś inne interesujące rzeczy wyłączając z tego dżemy truskawkowe babuni.
KARTA POSTACI: Anastasia Bale
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski,
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór - Anastasia ma na sobie glany, jeansy, szarą bluzkę z długim rękawem i czarną skórzaną kurtkę. Włosy ma rozpuszczone i w nieładzie. Biżuterii brak.

Co przy sobie:
- portfel ze 120$ i dokumentami
- gumy do żucia
- telefon komórkowy
- garść suchych chrupek dla zwierzaków
- buteleczka chloroformu i gaza w małym plastikowym etui

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#11
Nic. Pusto, nie licząc oczywiście typowych dla starej piwnicy śmieci. Tam był rower, tutaj kartony oznaczone krzywymi napisami dotyczącymi zawartości ("ciotka Irma", "D i B, wakacje '88", "studia Beatrice", "praca D i B", "szpital Dean", "stare zabawki", "książki" i tak dalej, i tak dalej), telewizor ze stłuczonym kineskopem, pordzewiałe narzędzia ogrodnicze i warsztatowe... a tam...
Wnęka na węgiel.
Po prawej stronie od stromych schodów, za regałami pełnymi śmieci znajdowała się całkiem spora przestrzeń, niemal w całości czarna od węglowego pyłu. Betonowa, popękana posadzka była nie tylko pokryta czarnymi drobinami, ale także z wolna krzepnącą już krwią. Posoki nie było wcale tak dużo, większość juchy pewnie została na kurtce i tylko jej resztka znalazła się na brudnej podłodze, tworząc dość paskudną mieszankę naprawdę drażniącą nozdrza Anastazji.
Samego węgla nie było to też za dużo, ot, może ze dwa, trzy tuziny niedużych bryłek upchniętych w kącie na jednej, nieco podłużnej górce. W pobliżu było trochę rozlanej krwi. Pomiędzy bryłkami widać było tępą końcówkę kołka, najpewniej wbitą w pierś wampira przykrytego dla spokoju węglem. Wygląda na to, że Jared i Jensen, w swej nieskończonej głupocie, zakołkowali Spokrewnionego i zasypali węglem w starym domu, który od dawna już jest wyłączony z użytku.
Tylko ten kołek trochę tak dziwnie wyglądał, jakby nie został poprawnie wbity w klatkę piersiową, ale tego akurat można się było spodziewać po braciach. Nie należeli do najbystrzejszych i najskuteczniejszych, ale sprzęt mieli pierwsza klasa, trzeba przyznać. Dobrze, że nie potrafili z niego dobrze korzystać!
Coś brzdęknęło na górze, nad piwnicą. Dźwięk był nagły, nieco tylko stłumiony przez grube ściany, ale z całą pewnością pochodził z tego samego budynku. Kruki nie krzyczały, bo nikt nie nadchodził - ktoś już tu był. Perfidne zwierzaki wykonały polecenie Bale aż za dokładnie; nie ostrzegły nieumarłej o czyjejś obecności. Pewnie teraz trzepotały skrzydłami, dumne i zadowolone z siebie, że znowu udało im się zadrwić ze Spokrewnionej, czającej się w piwnicy, przy wnęce z węglem.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#12
Przeszukała piwnicę centymetr po centymetrze! Kawałek za kawałkiem. Półka za półką! Nic. Pajęczyny, kurz, stare weki, i kartony z pamiątkami. Nic interesującego! Żadnej klapy w podłodze, żadnego worka na zwłoki. Dopiero kiedy bez nadziei już zajrzała do składzika na węgiel, nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. Szyderczego, trochę niedowierzającego. No durnie, naprawdę. Zakołkowali wampira i przysypali go niezbyt dokładnie węglem... matko, gdyby Vigo to widział chyba zacząłby tarzać się tutaj ze śmiechu! Takim to żal życie odbierać... litość i smutek konkretnie....

Weszła do składziku by upewnić się. Sterczący między węgielkami kołek rozwiewał wątpliwości! Gdy podeszła bliżej i ostrożnie rozgarnęła trochę węgla...
on był źle wbity? Nie znała się co prawda na takiej robocie, ale mistrzem być nie trzeba, żeby stwierdzić, że robota jest spartaczone, kołek krzywo, ledwo się trzymał.
Mieli sprzęt, może trochę umiejętności, ale rozum im chyba uszami uciekł. Szybka medyczna ocena, tak wbity kołek pewnie ledwo serce ukuł. Skoro wampira sparaliżowało - musiał, ale bracia mięli więcej szczęścia niż rozumu. Chciała przyjrzeć się bliżej, może spróbować ocenić ilość krwi w ciele Spokrewnionego, wolała nie ryzykować by ten od razu wpadł w szał jakiś gdy go odkorkuje. Śladów krwi było jednak mało, łącznie zbierając wszystkie plamy krwi z piwniczki, może było jej tyle samo co na kurtce. Wampir musiał zostać zakołkowany szybko, prawdopodobnie z zaskoczenia. Nie zdążyła jednak nic stwierdzić bo u góry dobiegły jakieś hałasy. Ktoś był w domu! Niech to szlag! Przycupnęła i znieruchomiała przy kupce węgla. Uśmiechnęła się pod nosem... kruki wykonywały dokładnie jej polecenie.
Nie ostrzegły jej przed kimś w domu, bo kazała ostrzec się przed nadchodzącym intruzem. Zanotowała. Uczyła się na błędach, przynajmniej niektórych. Będzie pamiętała, żeby lepiej dobierać słowa poleceń.


Nasłuchiwała. Kroki? Zbliżają się? Ktoś schodzi do piwnicy? Ktoś ją usłyszał może? Jakieś rozedrgane, wątłe światełko było gdzieś widać? Człowiek nie podoła w takiej ciemności, musiał posiłkować się światłem, a ono najpiękniej zdradzić powinno jej pozycję intruza. Uważając, żeby nie nadepnąć na nic, nie zrobić hałasu czy żadnego szmeru choćby, postara się przesunąć na pozycję skrytą przy wejściu do składzika, dającą jej największą możliwość szybkiego ataku z zaskoczenia. Czekała...
KARTA POSTACI: Anastasia Bale
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski,
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór - Anastasia ma na sobie glany, jeansy, szarą bluzkę z długim rękawem i czarną skórzaną kurtkę. Włosy ma rozpuszczone i w nieładzie. Biżuterii brak.

Co przy sobie:
- portfel ze 120$ i dokumentami
- gumy do żucia
- telefon komórkowy
- garść suchych chrupek dla zwierzaków
- buteleczka chloroformu i gaza w małym plastikowym etui

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#13
Znała się na medycynie i to bardzo dobrze - problem w tym, że ludzka, a zwierzęca anatomia były tylko podobne. Różnice między nimi były naprawdę znaczne, zwłaszcza teraz, gdy chodziło o martwe ciało ożywione przeklętą krwią Kaina. Pewne rzeczy się jednak po prostu wie - kołek wbity w ciało wampira paraliżuje go. Nie zabija, wbrew temu, co wmówiły śmiertelnym powieści i filmy. Spokrewniony z kawałkiem drewna sterczącym z piersi po prostu zapadał w letarg do czasu, aż ktoś tego drewienka nie wyciągnie.
Problem w tym, że ten Kainita nie wyglądał na typowego przedstawiciela żadnego ze znanych Anastazji klanów.
Był wysoki. Nawet bardzo, a przynajmniej tyle mogła Bale stwierdzić, w końcu całe jego ciało było zasypane węglem. Miał bladą, kredową skórę, zbyt dużą jak na jego wychudzone cielsko; wyglądała jak płaszcz kilka numerów za duży wiszący na drobnym chłopczyku. Ramiona, zwisające swobodnie po bokach, sięgały aż do kolan i miały stawy w dziwnych miejscach. W piersi, po lewej stronie, tkwił wbity kołek. Nie jakoś głęboko, ledwie czubek zanurzał się w kredowej, wiszącej skórze. Drewno było też przekrzywione, tak, jakby Jensen - albo Jared - nie do końca wiedzieli, pod jakim kątem należy poprawnie wbić kołek w wampirze ciało.
Nie to jednak było najgorsze. Ten wampir - bo to był wampir, nie ma co do tego wątpliwości - nie miał oczu. Był ślepy. Łysa, pozbawiona włosów głowa miała nieco podłużny, jajowaty kształt, a w miejscu, gdzie znajdowały się oczy, była skóra. Teoretycznie pasowałby do Nosferatu, w końcu to oni są znani ze szpetnego wyglądu, ale...
Ale nie aż tak. Zwłaszcza, że dalsze i dokładniejsze oględziny jasno wskazywały, że ten Spokrewniony nie zyskał tej jakże specyficznej urody w wyniku Przemiany, tylko sam sobie to wszystko zrobił albo co gorsze, ktoś mu to zrobił. Zupełnie tak, jakby ktoś rzeźbił jego ciałem starając stworzyć odzwierciedlenie największych, najbardziej obrzydliwych nocnych koszmarów. I chyba mu się udało. Wiszące płaty skóry, kości wykrzywione pod nienaturalnymi kontami, brak oczu, wydłużona nieznacznie czaszka i wysunięta do przodu, masywna szczęka to nie jest coś urokliwego.
Dźwięki dobiegające z góry ucichły. Co prawda Anastasia dalej słyszała czyjeś kroki - teraz wiedziała już, czego ma nasłuchiwać - ale nikt nie zbliżał się do piwnicy. Prędzej ktoś krążył po kuchni, bądź też po pokoju, który znajdował się poziom wyżej. Może był to kolejny łowca, pilnujący przebywającego w letargu wampira?
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#14
Bale czekała nieruchomo kilka chwil. Było słychać kroki. Przynajmniej jedna osoba była w domu. Tylko po ciemku? Nie widziała żadnego światła w oknach w tej rudery. Może od wewnątrz były zawieszone jakieś koce, albo okna były zabite, czort tam wie. W każdym razie nikt do piwnicy nie schodził. W tej chwili to było najważniejsze. Mogła spokojnie odkopać z węgla wampira i przyjrzeć mu się.

Ale wstrętny Nosferatu. Pomyślała widząc zniekształcone ciało. Szybko jednak doszła do wniosku, że to NIE jest Nosferatu. Ten Klan był brzydki,
czasami wręcz odrażający, ale ten osobnik... Jak oni się nazywali... Tsi... Tsimisi...Tsimisce...? yh... Próbowała sobie przypomnieć co mówił jej Vigo. Nie było tego dużo, wręcz szczątkowe informacje. Gdy opowiadał jej wampirzych Klanach, wspomniał, że są takie, które potrafią formować ciało. To był jeden z nich, albo jego ofiara... Aż ją otrząsnęło. Leżący tutaj Kainita był wręcz potworny. Przez chwilę przeszło jej przez myśl czy zabicie tego czegoś nie byłoby łaską. Szósta Tradycja - Destrukcja : "Nie będziesz zabijał nikogo z rodzaju swego. Prawo destrukcji jeno Starszemu twemu przysługuje..." Nie. Miała dwa wyjścia. Zostawić to coś tutaj i niech się dzieje co chce. Albo wyjąć kołek, obudzić delikwenta i się stąd wydostać. Jedna opcja gorsza od drugiej. Westchnęła bezdźwięcznie. Zostawić go tutaj przecież nie mogła! Koleś który był piętro wyżej mógł być łowcą! Może szykował się na świt, byt wampira wystawić na słońce i spopielić od razu! Wyjęcie kołka było jednak kurewsko ryzykowne. Co prawda mała ilość krwi wskazywała na to, że leżący tu wampir nie powinien być suchy, ale szok po letargu kołkowym... mógł się od razu na nią rzucić.


-Psia krew... - Warknęła pod nosem. W summie była trzecia droga. Mogła spacyfikować typa u góry, wyciągnąć wampira na śnieg i tam odkołkować od razu schodząc mu z drogi. Wolała jednak nie ryzykować, że skończy z kołkiem obok tego brzydala, bezradnie czekając na koniec. To było najgorsze wyjście.
-Nie wiem czy mnie słyszysz... zostałeś złapany przez łowców i zakołkowany. Jestem Ana, jestem z Rodziny. Zaraz wyjmę kołek. Musisz być cicho, jesteśmy w piwnicy, a nas nami ktoś jest. - Powiedziała półszeptem nachylając się ku jajowatej głowie. Nie miała pojęcia jak wygląda taki paraliż. Czy wampir jest wszystkiego świadom, tylko nie może działać w żaden sposób. Nie może drgnąć ani nic, ale w dalszym ciągu wie co się dzieje, widzi wszystko i słyszy... Nie wiedziała. Do tego Vigo nie dotarł jeszcze. Co jej szkodziło spróbować. Może słyszy jej słowa. Może ją rozumie i nie narobi rumoru po pozbyciu się drzazgi z serca. A jak nie... to i tak nikt jej za wariatkę nie weźmie, bo nikt jej nie słyszy.


Wstała. Ugięła miękko nogi, by przygotować się w razie na gwałtowny zryw brzydala. Raz kozie śmierć. Co będzie to będzie, najwyżej trzeba będzie improwizować, a w tym była dobra. Zacisnęła palce na kołku, zagryzła zęby i odliczywszy w myślach do trzech, pociągnęła w górę. Jeśli kołek ustąpił i go wyciągnęła, natychmiast odskoczy w tył gotowa w razie co się bronić.
-Cicho, cicho, cicho... Spokojnie... - Powie łagodnie mając nadzieję, że na kupę zaraz nie zwali im się tu towarzystwo...
KARTA POSTACI: Anastasia Bale
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski,
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór - Anastasia ma na sobie glany, jeansy, szarą bluzkę z długim rękawem i czarną skórzaną kurtkę. Włosy ma rozpuszczone i w nieładzie. Biżuterii brak.

Co przy sobie:
- portfel ze 120$ i dokumentami
- gumy do żucia
- telefon komórkowy
- garść suchych chrupek dla zwierzaków
- buteleczka chloroformu i gaza w małym plastikowym etui

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#15
Spokrewniona szybko przeanalizowała sytuację, zarówno tę, w której obecnie się znajdowała jak i tę, w której brała udział wcale nie tak dawno. Łowcy z pewnością zakołkowali wampira - przynajmniej jednego, trzeba dodać - ale nie byli zadowoleni z nocy. Gdy Bale z nimi skończyła w motelu, byli w stanie powiedzieć tylko kilka, pozornie niezwiązanych ze sobą słów. Biblioteka i piwnica oznaczały miejsce, w którym obecnie stała nieumarła. Clive i Johnny to musiały być wampiry, albo ich ofiary, albo ghule, albo w skrajnym przypadku łowcy.
Brzydal przysypany węglem, z kołkiem wbitym w kościsty, skórzasty tors, mógł mieć na imię Clive lub Johnny.
Nie miało to jednak zbyt wielkiego znaczenia w tej chwili. Anastasia nie była potworem, a widząc członka swej Rodziny, drugiego Kainitę, leżącego w piwnicy starego domu przysypanego węglem, z kołkiem wbitym w pierś, nie mogła zadziałać inaczej. Musiała mu pomóc. Zaczęła go uspokajać, tłumaczyć kim jest i co zamierza zrobić, prosiła, by nie poddawał się Bestii i tak dalej, i tak dalej. Ryzykowała bardzo wiele; nie wiadomo w końcu, kim może być ten nieumarły, leżący w letargu.
Złapała za kołek. Był bardzo słaby wbity, praktycznie przebił tylko skórę i zatrzymał się gdzieś pomiędzy żebrami, nie będąc w stanie porządnie naruszyć serca; jeśli w ogóle trafił w serce. Anastasia nie musiała się nawet specjalnie starać, by go wyciągnąć - wystarczyło, że zacisnęła mocniej dłonie na kawałku drewna i lekko szarpnęła pod odpowiednim kątem. Ciało wampira wygięło się gwałtownie w łuk, masywna szczęka rozchyliła się ukazując charakterystyczne dla Spokrewnionych kły oraz nienaturalnie długi język.
Szponiaste dłonie zacisnęły się mocno w pięści. Palce, zakończone grubymi pazurami, wbiły się w ciało. Z dziury na piersi wypłynął cieniutki strumyk ciemnej, niesamowicie gęstej krwi. Gdyby ta istota miała oczy, to z pewnością by je otworzyła; nie posiadała ich jednak. Nozdrza zaczęły się szybko ruszać, tak, jakby wampir węszył. Uszy, małe i skarlałe, stanowiące niejako część jajowatej głowy, drgnęły lekko. Stało się jasne, że zakołkowany nie korzystał ze wzroku, tylko z pozostałych zmysłów.
Ze słuchu. Z węchu. Z dotyku.
Długa, dziwacznie powykrzywiana ręka wystrzeliła spomiędzy węglowych bryłek, zaciskając się na gardle Anastazji z nienaturalną (nawet jak na wampira) siłą. Uwolniony z pułapki, świeżo wybudzony z letargu Spokrewniony węszył coraz mocniej i mocniej, a jego paskudny łeb zwracał się w stronę plam krwi. Szybko jednak bezoka twarz spojrzała prosto w oczy Bale, jeśli w ogóle coś takiego było możliwe. Uścisk na jej gardle zelżał, stał się niemal delikatny, pieszczotliwy, tak, jakby nieumarły zdołał się cudem opanować przez rozszarpaniem ciała wampirzycy.
- Kiedy? - wycharczał, unosząc głowę wyżej. Wsłuchiwał się w cichutkie odgłosy dobiegające z parteru.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#16
Zdawała sobie sprawę, że podejmuje cholerne ryzyko. Nie znała wampira, przypuszczała, że został zakołkowany kilka godzin temu, maksymalnie, ale nie potrafiła w żaden sposób tego potwierdzić, ani sprawdzić jak pełen jest Vitae. Mogło stać się niemal wszystko, on mógł być niemal każdym. Musiała jednak to zrobić.
Nie mogłaby spojrzeć w lustro gdyby tak po prostu bezpiecznie odeszła. Nie mogłaby patrzeć sobie w twarz i zielone oczy. To byłoby nie do zniesienie, sumienie,
może teraz nieco wykrzywione, ale jednak nie dałoby jej spokoju.


Pociągnęła za kołek. Nie wystrzeliła, żadna fontanna krwi, czerwona esencja nie splamiła mu obrzydliwego torsu. Pociekła ledwo widoczna stróżka czarnej,
gęstej juchy. Wystrzeliła za to długa, szponiasta jej łapa prosto do jej gardła. Nie zdążyła drgnąć. Stalowy uścisk zamknął się na jej szyi, a twarz bez oczu spojrzała prosto na nią. W pierwszej chwili otworzyła japę zaskoczona i przestraszona. Szybko jednak stłumiła panikę i Bestię, która podskoczyła niemal na równe łapy w jej wnętrzu. Wysunęła kły. Taka manifestacja własnej przynależności, instynktowna zdecydowanie bardziej niż logiczna, bo przecież było ciemno, a on był ślepy. Panikę szybko zgasiła, przecież już nie musi oddychać, uścisk na gardle jej nie udusi, najwyżej nie będzie mogła mówić sprawnie. Szczęściem Brzydal złagodził chwyt.
Ana też się nie szarpała, nie okazała agresji, starała się też nie okazywać strachu, choć jawne dla każdego było raczej jej zaskoczenie i zmieszanie, zwłaszcza po pytaniu jakie wycharczał.


Zbił ja z tropu. Kiedy? Co to za pytanie? On sam mógł być skołowany po kołku w sercu, ostatecznie Bale nie znała tego uczucia, nie była nigdy zakołkowana.
Jednakowoż takie pytanie mogło wskazywać, że typ leżał tu znacznie dłużej niż godzinę czy dwie. Skołowana nie wiedziała co powiedzieć. Nagle straciła swoją pewność, co do tego, że leży tu krótko. Że to o nim rozmawiali bracia wjeżdżając na parking. Wszystko na to wskazywało, ale jak na spojrzeć, równie dobrze mogło być wielkim zbiegiem okoliczności.
-Nie jestem pewna... godziny... może...? Mamy 13 luty 99-tego roku... - Zaczęła odpowiadać. Nie mówiła płynnie, w końcu wciąż trzymał ją za gardło no i straciła pewność jaką miała jeszcze kilka minut wcześniej. Ostatecznie wybrała najlepsze wyjście. Poinformowała go o dzisiejszej dacie, sam najlepiej policzy czy minęło kilka godzin od utraty władzy nad własnym ciałem czy więcej.
-Piętro wyżej... ktoś jest. Możliwe że łowca... nie zdążyłam sprawdzić. - wydusi jeśli ten wciąż będzie ją trzymał za gardło i nie zareaguje jakoś nieprzewidywalnie na informację o dzisiejszej dacie. Ostatecznie wolała też żeby to w typka na górze wbił tą paszczę zębów nie w nią...
KARTA POSTACI: Anastasia Bale
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski,
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór - Anastasia ma na sobie glany, jeansy, szarą bluzkę z długim rękawem i czarną skórzaną kurtkę. Włosy ma rozpuszczone i w nieładzie. Biżuterii brak.

Co przy sobie:
- portfel ze 120$ i dokumentami
- gumy do żucia
- telefon komórkowy
- garść suchych chrupek dla zwierzaków
- buteleczka chloroformu i gaza w małym plastikowym etui

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#17
Uścisk na gardle zelżał. Potwór nieznacznie rozchylił swe szponiaste palce, ale nie cofnął ręki, tak, jakby szykował się do ponownego ściśnięcia szyi Anastazji. Spokrewniona czuła aż za dobrze, jak palce nieumarłego rozwierająca się i na powrót zaciskają, ale nie robiły tego z jakąś wielką siłą. Wyglądało to na jakąś wewnętrzną walkę z samym sobą albo, co gorsza, z Bestią szalejącą wewnątrz jego splugawionej duszy. I tylko ostatkiem sił, nadludzkim wysiłkiem woli nie pozwalał, by zawładnęła nim zwierzęca niemal chęć mordu i żądza pożywienia się.
- Pięć lat. - wyszeptał złowrogim tonem, cofając już ostateczne dłoń. - Gdzie jestem? Nie poznaję tego miejsca. Czuję znajomych zapach, ale ... - urwał, kręcąc głową to w lewo, to w prawo. Wydawał się naprawdę rozkojarzony, a teraz, gdy wyjawił, że nie ma pojęcia o tej piwnicy, w jego głosie Anastazja mogła usłyszeć cień czegoś, co pasowałoby do lęku. Nie, nie bał się, skądże znowu, był raczej zaniepokojony, że straci czas na odnalezienie się w nowym miejscu i nowej sytuacji.
Ale przynajmniej nie będzie się musiał martwić polowaniem.
Z góry znowu coś stuknęło. Oślepione monstrum podniosło swój parszywy łeb i przez kilka chwil trwało bez ruchu. Potem kąciki ust uniosły się w uśmiechu, ukazując długie kły. Wielki, długi język wysunął się spomiędzy wąskich ust i drżał przez moment, jak u węża, badającego okolicę i teren, na którym się znajdował. Co gorsza, chociaż Tzimisce wycofał już rękę, ta znowu się uniosła, tak, jakby żyła swoim własnym życiem i chciała zadusić Anastazję. Drugie ramię tak samo, aczkolwiek tutaj szponiasta dłoń zaciskała się na węgielkach, krusząc je na popiół z zadziwiającą łatwością.
Kruki, przycupnięte na zaśnieżonym dachu, dopiero teraz dały o sobie znać wypełniając w końcu polecenie Bale - ktoś się zbliżał do domu. Zaskrzeczały głośno i przeraźliwie, tak, że słychać było to małe stadko nawet w piwnicy. Spokrewniony wybudzony z letargu powstałego w wyniku wbicia kołka w pierś znowu przechylił głowę, nasłuchując. Brak wzroku wcale mu nie przeszkadzał. Stanowił wręcz zaletę; rezygnując z jednego zmysłu doskonalił swe pozostałe.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#18
Puścił ją, ale stwierdzenie, że leżał tu pięć lat, ścisnęło je krtań równie mocno co jego łapa. 5 lat?! To nie był wampir, o którym mówili bracia. Nie ta robota,
nie to miejsce zaznaczyli na swojej mapie. Teraz może i dorwali jakiegoś młodzika, który im podpadł, albo przypadkiem na niego wpadli. Ten tu był inny. Do tego spędził w letargu 5 lat. Dopiero teraz naprawdę poczuła strach. Cofnęła się ostrożnie o krok, ale nie więcej. Wampir przed nią nie miał w sobie ani kropli życiodajnej Vitae, był wygłodniały, a jego Bestia szalała w jego wnętrzu domagając się krwi! Uświadomiła sobie, że to ona jest najbliższym składzikiem Vitae i jak blisko było tego by on zatopił w niej swoje wielgachne kły.


Ona miała jednak szczęście, a on cholerną samokontrolę. Węszył, nasłuchiwał i zadał pytania.
-W piwnicy domku naprzeciwko biblioteki, w północno wschodniej dzielnicy Seattle, gdzieś w... Ravenna-Bryant. - Odpowiedziała starając się zachować spokój i za wszelką cenę swoją Bestię zgasić do minimum. Teraz potrzebowała tylko jej oczu, nic innego. Wystarczy, że sama czuła strach, nie potrzebowała jeszcze walczyć z reakcjami swojego demona. Balansowała na bardzo cienkim lodzie, nie mogła popełnić teraz błędu i skierować wściekłość przebudzonego wampira i jego głód na łowcę u góry... jeśli nim był.


Jeśli chodzi właśnie o gościa u góry, znowu coś stuknęło. Oboje spojrzeli w górę, choć żadne z nich i tak nic dostrzec nie mogło. Nasłuchiwali. Coś się działo.
Zaraz dało się też usłyszeć wrzaski kruków na zewnątrz. Ktoś nadchodził.
-Ktoś zbliża się do domu. Może do wejścia do piwnicy. - Szepnęła cichutko, chcąc dać znać, że te wrzaski były ostrzeżeniem. Nic więcej jednak się nie odezwała, znieruchomiała by nie wydać żadnego więcej dźwięku. Miał dużo lepszy słuch, dużo lepiej określi co, ilu i skąd nadchodzą. Nie chciała mu przeszkodzić,
ani wejść w drogę. Napięła jednak mięśnie i przygotowała się w razie czego na akcję. Jaką będzie trzeba. Czy to prędka ucieczka z piwnicy w razie jakby Brzydal postanowił jednak posilić się na niej. Czy to skoku do ataku jeśli do piwnicy wpadłaby jakaś łowców kawaleria. Ewentualnie da działać Brzydalowi jeśli sam zechce rozprawić się z tymi palantami, co najwyżej mogła go wtedy osłaniać i pilnować by pod żadnym pozorem nie wejść mu w drogę.
KARTA POSTACI: Anastasia Bale
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski,
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór - Anastasia ma na sobie glany, jeansy, szarą bluzkę z długim rękawem i czarną skórzaną kurtkę. Włosy ma rozpuszczone i w nieładzie. Biżuterii brak.

Co przy sobie:
- portfel ze 120$ i dokumentami
- gumy do żucia
- telefon komórkowy
- garść suchych chrupek dla zwierzaków
- buteleczka chloroformu i gaza w małym plastikowym etui

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#19
Anastasia zdołała się wycofać. Wybudzony Kainita pozwolił się jej odsunąć, być może pod wpływem szoku, gdy zrozumiał ile minęło czasu i gdzie się obecnie znajdował. Przez jedną chwilkę wyglądał też na zasmuconego. Trwało to jednak zbyt krótko, by można było mu współczuć czy nawet poczuć względem tego monstrum jakieś cieplejsze odczucia. Zwłaszcza po tym, jak się odezwał do nieumarłej i rozłożył ręce w bezradnym geście. Ręce, które praktycznie sięgały od ściany do ściany.
- Daleko od brzegu... za daleko... - wycharczał, przekręcając nerwowo głowę w jedną i drugą stronę. To było ostatecznym potwierdzeniem, że Anastazja ma do czynienia z członkiem klanu Tzimisce; gdzieś nad brzegiem musiało się znajdować jego schronienie! Ziemia, z którą był związany w taki czy inny sposób! Niby niewiele mówiący szczegół, tym bardziej biorąc pod uwagę okoliczności, ale lepsze to niż nic. Monstrum podniosło się z węgla i zrobiło krok do przodu, skracając dystans dzielący go od dziewczyny.
- Boisz się? - spytał po chwili. Był naprawdę wysoki, gdy staną na równych nogach musiał pochylić kark, inaczej dotykałby czubkiem swej odrażającej głowy sufitu. - Idzie tu bydło. Są... są pijani. Jak możesz się ich bać?! - mówił coraz głośniej, agresywniej. Zrobił także pierwszy krok w stronę Anastazji, ale był to krok chwiejny, słabowity, tak, jakby lada moment Tzimisce miał się przewrócić i na powrót upaść na węgiel. Stało się jasne, że nie był w stanie już nad sobą panować. O ile leżał czy tez kucał i zaciskał szponiaste łapsko na gardle Bale, był w miarę nieszkodliwy.
Straszny, obrzydliwy, ale nie stanowił bezpośredniego zagrożenia.
Teraz, gdy stał przed Spokrewnioną i zaczynał drżeć na całym, skórzastym i wychudzonym cielsku, sytuacja wyglądał zupełnie inaczej. Był w letargu prze pół dekady, przez pięć lat leżał bez ruchu, a teraz miał okazję się posilić. I to nie tylko na bydle, jak nazwał śmiertelników, ale także - a może nawet przede wszystkim - na wampirzycy. Był to akt przerażający, zbrodniczy, jednak Tzimisce był na to gotów. Był głodny. A głód sprawia, że Bestia przejmuje kontrolę.
Rzucił się więc na Anastazję, ale w przeciwieństwie do niej, dopiero co się wybudził. Zdołał co prawda powalić ją na brudną, piwniczną posadzkę, jednak to było wszystko. Kłapnął raz i drugi szczękami, próbując wgryźć się w jej szyję, ale nie udało mu się. Coś takiego tylko potęgowało jego furię i agresję, a szał, w jaki wpadł nie ustawał. Hałas, wytworzony przez starcie dwóch Spokrewnionych z pewnością zaalarmował nie tylko lokatora, ale i bydło - jak Tzimisce ich określił - zbliżających się do domu.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#20
Jednak... to nie wyjątkowo brzydki i wyrośnięty Nosferatu, tylko przedstawiciel Tsimisce. Niektórzy chyba nazywali ich Diabłami. To nie był Klan Sabatu?
Kicha, naprawdę ruda ostatecznie ma pecha. Nie mogła trafić na jakiegoś paszczaka, którego by uwolniła i tyle. Szaraczka nawet z Camarilli... nie no po co, musiała trafić na zakołkowanego 5 lat temu Diabła imieniem Clive albo Johnny. Ekstra!


Głos miał straszny niemal tak samo jak aparycję. Dobrze, że na martwej skórze dziewczyny nie mogły pojawić się ciarki, bo zagościłyby tam licznie.
-Nie ich się boję. - Wydusiła. Wstał. Zbliżył się. No co, prawdę mu powiedziała. Pijane nastolatki nie mogły nic jej zrobić. Absolutnie nic! On... jeśli wpadnie w szał głodowy... mógł urwać jej głowę i wypić do cna! Oczywiście miała zamiar się bronić, łatwo skóry nie sprzeda! Była najedzona, co prawda Vitae już nie wzmacniała jej ciała, ale miała jej na tyle by znowu sobie pomóc. Śmiertelnicy nie nadchodzili szybko, za to Brzydal, przegrał z Bestią.


Jej szczęście, że był suchy jak wiór, osłabiony po letargu, może niezbyt zdolny do walki, a jedynie do nieskładnego, głodowego obłędu. Zdołał ją powalić,
ale nic poza tym. Nie ugryzł. Szczęki kłapnęły w powietrzu. Był od niej większy i silniejszy, ale ona była drobna i gibka jak wąż! Miała na uwadze to, że robią rumor,
że w pobliżu są ludzie, że balansują na skraju złamania Maskarady. Tyle dobrze, że gnoje byli pijani, nic nie będą pamiętać, wezmą wszystko za haluny. Pytanie,
czy osoba z piętra była łowcą czy po prostu dzikim lokatorem... Postara się jednak wpierw uwolnić od niego. Nie mogła dać się dziabnąć. Przez głowę przeszło jej pytanie, co by się stało gdyby to ona go ugryzła, zaczęła pić mimo że nie ma w sobie krwi...? Vigo nigdy nie wyjaśnił jej takiej sytuacji. Odrzuciła jednak tą myśl i postarała się wyswobodzić. Jeśli bezpośrednio jej nie przytrzymywał, to będzie chciała przeturlać się w bok i prześlizgnąć między jego długaśnymi kończynami w stronę wyjścia z piwnicy. Wolała w razie co mieć furtkę do ucieczki. Jednocześnie nie bardzo mogła pozwolić by ten sam wyskoczył na miasto będąc owładnięty głodem! Trochę patowa sytuacja. Nie może go puścić, ale nie może też dać się wypić! Jeśli udał jej się manewr wyswobodzenia spomiędzy długich kończyn, cofnie się z trzy stopnie w górę schodów, by zyskać lepszą pozycję do obrony. Póki na szczyt schodów nie przybiegnie "bydło", Ana przyjmie postawę defensywną, zaciśnie pięści i będzie odpierać ataki wampira. Walka na pięści była tym, w czym kobieta była dobra. Będzie parować i odbijać rękoma i nogami jego długie szpony, jeśli znajdzie lukę, to sprzeda mu też kopniaka prostego stopą w twarz by zwalić go na powrót w głąb piwnicy. Jeśli jednak jego ataki będą bardzo zacięte i agresywne,
na tyle, że nie będzie sobie z nimi pewnie radziła, to będzie stopniowo cofać się w górę schodów. Ostatecznie zamieszanie będzie działało na jej korzyść...
KARTA POSTACI: Anastasia Bale
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski,
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór - Anastasia ma na sobie glany, jeansy, szarą bluzkę z długim rękawem i czarną skórzaną kurtkę. Włosy ma rozpuszczone i w nieładzie. Biżuterii brak.

Co przy sobie:
- portfel ze 120$ i dokumentami
- gumy do żucia
- telefon komórkowy
- garść suchych chrupek dla zwierzaków
- buteleczka chloroformu i gaza w małym plastikowym etui

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#21
Hałasy dobiegające z piwnicy starego domu nieopodal biblioteki przykuły uwagę młodzieży. Nastolatków, których Clive - czy też Johnny, nie wiadomo do końca jak brzmiało imię Tzimisce - wyczuł i uznał, że to oni stanowią powód lęku Anastazji. Teraz jednak, gdy Spokrewniony w furii i szale rzucał się i starał się za wszelką cenę wgryźć w ciało nieumarłej, nie miało to już znaczenia. Tzimisce poddał się Bestii. Stał się potworem, agresywnym monstrum, które nie zwraca uwagi na nic, tylko kieruje się instynktem i głodem.
Wbrew pozorom, nie był to wcale taki wielki problem.
Wampir stanowił oczywiście ogromne zagrożenie, ale wystarczyło tylko wykorzystać jego szał przeciw niemu. Bale cudem zdołał się wydostać spomiędzy jego szponiastych łap; gdyby żyła, to wyszłaby z tego starcia nie tylko z poszarpanymi rękawami kurtki i bluzy, ale także z głębokimi szramami na ramionach oraz siniakami. Skończyło się na niegroźnych zadrapaniach i porwanych ubraniach.
Anastazja dopadła schodów. Tzimisce podniósł się chwiejnie, kłapnął zębiskami jeszcze parę razy i rzucił się do ponownego ataku - tym razem jednak Bale była gotowa. Każdy cios, jaki zadawał jej wampir, był niesamowicie silny i brutalny, a ich celem było schwytanie dziewczyny i sprowadzenie jej do parteru. Ledwo zdołała je odbijać, płacąc przy tym na szczęście niewielką cenę - odzież to rzecz nabyta, można kupić nową.
Nawet mimo cofnięcia się na kolejne stopnie, potwór nie ustępował.
- ...wracajmy - cichy, stłumiony głos należał bez wątpienia do jakiejś wyraźnie podchmielonej dziewczyny. Nastolatki dotarły do domu. Ktoś się także zaśmiał, ktoś inny stłukł coś, co mogło być butelką taniej wódki. Tzimisce nie zaprzestał jednak swego ataku, podniósł tylko swój łeb w stronę sufitu. To wystarczyło, by Anastasia wyprowadziła jedno, celne kopnięcie; trafiła w masywną szczękę i już w następnej chwili skórzasta, wychudzona sylwetka zatoczyła się i runęła w dół schodów, padając na plecy.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#22
Pat. Miała tutaj sytuację patową. Patową przez jej charakter, człowieczeństwo... zapragnęła zniknąć i by nigdy ta sytuacja nie miała miejsca. Nie mogła wybrać co zrobić dalej. Nie było dobrego rozwiązania. Same złe! Co jeden to gorszy. Resztki instynktu samozachowawczego krzyczały "uciekaj idiotko, ratuj dupę,
jesteś jego daniem głównym na tej kolacji!" Chciała posłuchać tego cichego głosiku i wiać. Uciekłaby bez problemu. Nie mogła jednak tego zrobić. W pobliżu były jakieś pijane dzieciaki pewniakiem wracające z imprezy. Tzimisce nie będzie wybrzydzał, zabije ich, wypije do sucha byleby tylko ugasić mordercze pragnienie,
narazi, albo co gorsza od razu złamie Maskaradę! Pomijając już to, że za to by oberwało się też jej, jako zamieszanej w sytuację, to ważniejsze było dla rudej to,
że życie mogli stracić ludzie. Nie to, żeby tych gnoi darzyła specjalnym szacunkiem, nie personalnie. Miała jednak ogromny szacunek dla życia! Była w końcu lekarzem!! Jeśli nie chciała by nic nie stało się dzieciakom, musiała je przepłoszyć i nie pozwolić wyjść monstrum z piwnicy. Ta myśl, postawiła jej własne na równe łapy.


Postanowiła w jednej chwili. Musiała go zatrzymać. Jego też nie chciała zabić, ale w ostateczności, jeśli będzie do tego zmuszona zrobi to. Zagrożone było jej życie, życie ludzi i Maskarada. Wyszczerzyła kły, ugięła lekko nogi. Przywołała wszystkie nauki Vigo i zbliżyła się do swojej Bestii tak blisko jak tylko mogła nie tracąc nad sobą panowania. Poczuła jej żar. Żądzę polowania, żądzę krwi, poczuła jej siłę i wściekłość, ale nie spuściła cholerstwa z łańcucha. Na to jej Stwórca kładł chyba największy nacisk podczas ich treningów. Ich moc i zdolność płynęły z bliskości z Bestią, z umiejętności bycia blisko niej, ale trzymania jej na wodzy. Ona miała być na rozkazy wampira, a nie odwrotnie!

Ana zaczęła więc realizować szybko ułożony plan. Zdołała zwalić Brzydala ze schodów, miała kilka chwil, nim ten na trzęsących się szczudłach zdoła się pozbierać i znowu ruszyć na nią po schodach. Punkt pierwszy: wypłoszyć ludzi. Sięgnęła znowu do swojej Bestii. Szczerząc kły wydała z siebie głośny, niski, zwierzęcy warkot. Gardłowy i dudniący. Oczu nie spuszczała z Brzydala, na niego musiała być gotowa, nasłuchiwała za to co się dzieje wyżej za jej plecami, przed wejściem do piwnicy. Kłapnęła zębami, nie przestawała warczeć, podszczekiwać głucho i gulgotać gardłowo. Jak rozwścieczony dziki pies, na którego terytorium ktoś wszedł i któremu bardzo się to nie spodobało. Głównym celem tych zwierzęcych hałasów było wypłoszyć dzieciaki, niech zwiewają stąd jeśli nie chcą zostać pogryzione! Drugim zaś, bardziej pobocznym, danie znać Brzydalowi, że się NIE BOI, że ma być spokój i najlepiej to ma tam leżeć cicho w tej norze jeśli chce żyć! Przypuszczała,
że szał czynił go niewrażliwym na jakiegokolwiek rodzaju groźby i próby zastraszania, ale skoro i tak warczała... a nóż może się jednak przestraszy i zwątpi czy powinien atakować tego rudego zwierzaka! Oby zapijaczone paskudy uciekły, tak czy siak czekała ją zapewne walka, walka, której nie wygra na pięści. Pożałowała,
że nie zabrała teraz już swojego kolczastego kija. Jakby takim przypieprzyła w ten brzydki czerep wampira... ulala... Zacisnęła zęby, ale nie przestała głucho warczeć, pomagało jej to zostać blisko Bestii i zachować jednocześnie jasność umysłu. Takie sytuacje były trudne i stresujące, ale lubiła działać pod taką presją,
potrafiła to robić. To tak jak przy skomplikowanym zabiegu weterynaryjnym. Pełne skupienie, jasność umysłu i swoboda pozwalająca dostosować się do ewentualnych, nagłych zmian sytuacji.


Jej oczy jarzyły się niemal czerwienią w ciemności piwnicy i schodów na korytarzu. Dobrze, dzięki temu doskonale widziała Brzydala i jego poczynania.
W postawie defensywnej była gotowa na niego... no może nie gotowa całkiem, ale czujna. Wiedziała, że nie może wiecznie się bronić na schodach. Brzydal wyprowadzał morderczo silne ciosy. Machał łapami jak cepami, to działało na jej plus, ale siła ciosów sprawiała, że parowanie ataków było trudne i bolesne.
Tak nie mogła walczyć... bronić się. Ta sytuacja nie była dobra. Oczami wyobraźni kierowanymi żądzami Bestii widziała jak jej paznokcie rosną, jak zamieniają się w śmiercionośną broń. Czarne i ostre jak brzytwy, twarde jak diamenty, przywołane bez najmniejszego wysiłku. Widziała jak zeskakuje na Brzydala w dół, jak wbija mu szpony w tors przyszpilając do ziemi, jak zatapia w nim własne kły... jak... jak to zrobić? Mocniej zacisnęła zęby przypominając sobie nauki Mentora,
jego słowa i dobre rady i gotując się na następny zryw oszalałego stwora. Skupienie, jedność i synchronizacja z Bestią. Spokój i pewność działań. Przekonanie o słuszności poczynań bez względu na sytuację.
-Skup się Ana skup... - Rzuciła do siebie, ale przez zaciśnięte zęby brzmiało to bardziej jak kolejny gardłowy pomruk. Idąc za tymi wszystkimi radami i wspomnieniami z jaką łatwością szło to Vigo, z jaką płynnością i swobodą! Postarała się przekierować całą siłę i wściekłość swojej Bestii w ręce. W swoje pazury. Musiała nakierunkować jej potęgę by mogła sprawnie ją wykorzystać. By móc nad nią panować i skupić, by nie była tylko dzikim zrywem, nieposkromionym,
szaleńczym instynktem, a śmiercionośną, potężną bronią! Niech Bestia teraz prócz swoich wspaniałych oczu użyczy jej też broni, swoich pazurów zdolnych metal ciąć, by mogła przeżyć, by obie mogły przeżyć.


Czy jej paznokcie zaczęły się utwardzać i zmieniać czy nie, musiała stawić czoła Brzydalowi. Wciąż będzie starała się zmusić Bestię by ta ujawniła się nie w potwornym, destrukcyjnym szale, a w szponach rudej. Kiedy jednak Tzimisce zaatakuje wspinając się po schodach, znowu będzie się bronić. Cofnie się może o stopień wyżej, może nie. Ostatecznie wiecznie też nie utrzyma szału... chyba. Postara się wykorzystać swoją przewagę pozycji, mniej ciosów parować, czerpiąc z tego, że atakuje silnie, ale nieskładnie umykać spod jego szponów, odbijać je, może nawet korzystając z ich siły znajdzie okazje by kopnięciem wbić jego pazury w ścianę bądź schody i unieruchomić go tym samym choć na chwilę! Postara się parować bezpośrednio jak najmniej ataków, to zawsze było ryzyko, ze ją chwyci,
poza tym był piekielnie silny! Na tym polu Ana mu nie dorównywała. Jeśli nie da rady unieruchomi mu łapska, to może wypali kolejny kopniak na płaską gębę i kolejne dechy na dnie piwnicy... swoją drogą ciekawe ile razy musiałby spaść tam w dół by opaść z sił na tyle by nie być w stanie już się podnieść...? Jeśli jakimś sposobem jednak dałby radę ją chwycić, powalić, przyciągnąć do siebie... cokolwiek. Natychmiastowo jej priorytetem stanie się uniemożliwić mu ugryzienie!
Na to nie było ją stać! W tak dramatycznej sytuacji będzie starać się złapać go za policzki bądź uszy, albo za szeroki uśmiech byleby utrzymać jego łeb na dystans od swojego ciała. W przypadku ostatecznie koszmarnego scenariusza, gdyby udało mu się ją capnąć, to z wszystkich sił zacznie drapać go pazurami, szarpać jak się da rozpaczliwie i wściekle, a nawet jeśli będzie to wykonalne zatopi w nim własne kły. Szło i jej być albo nie być... w ostatecznym rozrachunku wolała jednak być.


OOC | 
W razie dramatycznej sytuacji wydam punkt Siły Woli na automatyczny sukces na siłę woli, czy na co tam się rzuca żeby nie poddać się pocałunkowi ^^
KARTA POSTACI: Anastasia Bale
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski,
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór - Anastasia ma na sobie glany, jeansy, szarą bluzkę z długim rękawem i czarną skórzaną kurtkę. Włosy ma rozpuszczone i w nieładzie. Biżuterii brak.

Co przy sobie:
- portfel ze 120$ i dokumentami
- gumy do żucia
- telefon komórkowy
- garść suchych chrupek dla zwierzaków
- buteleczka chloroformu i gaza w małym plastikowym etui

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#23
Anastazja popełnił błąd. Kolejny, ale ten niósł ze sobą chyba najtragiczniejsze skutki.
Zamiast działać, zamiast ratować siebie lub walczyć z nieumarłym, rozszalałym potworem, skupiła się na śmiertelnikach. Nie trwało to długo, ba, to była raptem jedna, jedyna krótka chwila, to jednak w zupełności wystarczyło dla Tzimisce. Spokrewniony dzięki opętańczemu wyciu Bale wiedział doskonale gdzie jest, co robi, jak stoi, jak się porusza i jak się zachowuje. Nie, żeby to miało szczególne znaczenie dla kogoś, kto działa już instynktownie, kto kieruje się głodem i pragnieniem zaspokojenia go, ale to wystarczyło...
Clive - czy też Johnny, jeśli wierzyć łowcom - rzucił się ponownie do ataku. Tym razem jednak doskonale wiedział, co robi, czego niestety nie można było powiedzieć o jego przeciwniczce, ofierze. Jej dzikie wrzaski osiągnęły sukces; gdzieś z góry dobiegł czyjś krzyk, głośny łoskot i brzdęk najpewniej butelki, potem szybkie kroki, stłumione przekleństwa, dziewczęcy pisk i kolejny brzdęk. Hałasy te nie zrobiły jednak żadnego wrażenia na odrażającym, wybudzonym monstrum. Jak coś, to tylko bardziej rozsierdziły tego wychudzonego potwora
Priorytetem było uniemożliwienie wgryzienia się. To od tego zależało, czy Anastasia zdoła się wydostać z tej przeklętej piwnicy, czy też zakończy w niej swój żywot; być może działała w panice, być może była ciągle zbyt ludzka jak na wampirzycę, by oddać się zewowi krwi i walczyć, ale jej desperackie próby obrony i udaremnienia ataku skórzastego monstrum tylko pogorszyły jej sytuację. Osłaniała się rękoma, próbując uderzać, drapać i odpychać Tzimisce i to właśnie to zostało wykorzystane przeciwko niej.
Nieumarły, po kolejnej próbie przeorania mu twarzy palcami (które w jednej chwili przypominały pazury, w drugiej przeciwnie, były zakończone paznokciami) zdołał zacisnąć kły na prawym przedramieniu z nadludzką, trudną do wyobrażenia siłą. Niemal było słychać trzask pękającej kości. Kto pierwszy szarpnął - on czy ona - nie miało już znaczenia. Materiał kurtki i bluzy został rozerwany na strzępy. Skóra i mięśnie mniej więcej w połowie wysokości między nadgarstkiem, a łokciem tak samo. Anastasia niemal widziała biel swojej własnej kości, gdy poszarpane fragmenty mięsa zwisały luźno z jej ciała.
Miała jednak szczęście w nieszczęściu, bo choć ciężko ranna, osłabiona i oszołomiona, mogła dojrzeć zgrubienia w miejscu swych paznokci, a sam Tzimisce znowu się zachwiał i, mieląc między zębiskami jej ciało - jej własne ciało, na litość boską! - runął na plecy, w dół piwnicy. Teraz albo nigdy, Bale miała ostatnią szansę by ratować swe nieżycie. Z kolejnego starcia już nie da rady wyjść cało; ba, zaczynały się pojawiać wątpliwości, czy w ogóle wyjdzie cało z tej piwnicy... wampir bowiem zaczął się znowu podnosić i już pędził w stronę schodów, jak dzikie zwierzę, na czworaka.
Z pyska jajowatej głowy Tzimisce, spomiędzy zębów, wystawało samotne pasemko skóry.

Spoiler | 
Anastazja traci jeden punkt Siły Woli, zyskuje pięć Poważnych Obrażeń i zostaje uznana za Zmaltretowaną.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#24
Błąd za błędem. Pechowa coś ta ruda wampirzyca. Działając zgodnie ze swoją naturą, charakterem i nowymi instynktami, podejmowała decyzje, które w większości przynosiły marne konsekwencje. Scysja z Elizjum z Travisem, wyprowadzenie jego obiadu z klubu. Potem spotkanie u uwiedzenie dwóch mężczyzn,
którzy mieli być jej kolacją a okazali się być łowcami... co prawda skończyli ostatecznie jako jej posiłek, ale sytuacja wiodła do tego momentu, do tego miejsca,
gdzie Spokrewniona popełniła kolejne błędy. No może nie błędy, bo w końcu działała wedle swojej oceny jak najbardziej słusznie, tak jak każdy powinien postąpić...
tylko nagroda za to była zupełnie nieadekwatna...


Najważniejszy cel udało jej się osiągnąć. Ludzie zwiali, niemal w panice porzucając butelki czy puszki zaczęli uciekać. Ucieszyło to rudzielca. Niestety nie doceniła Brzydala. Może trochę przez to, że tak łatwo poszło jej z braćmi? Byli rozłożeni na łopatki nim zdążyli choćby pojąć, że właśnie chcieli zerżnąć wampirzycę.
Cegiełkę dołożył też fakt, że ruda nic nie wie o Klanie Brzydala ponad to, że wołają ich Diabłami i że potrafią "rzeźbić ciała". Nigdy też nie walczyła na śmierć i życie z innym wampirem, zwłaszcza takim. Sparingi i walki z Mentorem to było zupełnie co innego. Mógł ją przeorać, wgnieść w beton, ale ostatecznie zawsze czuwał.
Tutaj, tak agresywny atak całkowicie ją zaskoczył i rozbroił. Brzydal dopadł do niej i chyba tylko dlatego, że Ana była gotowa na jakikolwiek atak, ten od razu nie otworzył jej piersi! Zasłoniła się, próbowała bronić... zmasakrował jej rękę próbując dobrać się do jej szyi. Zły wybór... przynajmniej zdołała go znowu zwalić ze schodów dając sobie kilka chwil.


Natychmiast prócz Bestii zagoniła też do pracy swoją Vitae. Niech wrze niech pracuje, niech jej pomaga do ciężkiej cholery! Musiała jakoś się wzmocnić,
być może złagodzić skutki tego straszliwego ataku. Rękę miała wyłączoną z dalszej zabawy. Nikt nie musiał znać się na medycynie, gdy widział sterczące, zerwane nitki ścięgien, białe odłamki kości i postrzępione mięśnie, jasno mógł stwierdzić, że ręka nadaje się co najwyżej do amputacji od łokcia w dół! Bolało jak cholera,
gdy tylko potwór zacisnął swoje kły na jej przedramieniu ryknęła jak raniony niedźwiedź, teraz dysząc skamlała i powarkiwała, wciąż była blisko swojej Bestii,
a walka była bestialska, zwierzęcy głos więc pasował nieco lepiej niż kobiecy krzyk. Nie czekała na kolejny atak, musiała działać sama, zrobić cokolwiek. Ranną rękę przycisnęła do boku, by zminimalizować ból i bezwładne latanie poszarpanego przedramienia. Musiała postawić na swoją zręczność i małe rozmiary w porównaniu do Brzydala. To były jej atuty, nawet teraz, gdy była ranna, to było jej największą szansą. Zamilkła, by choć trochę zdezorientować potwora, teraz został mu tylko węch. Gdy ten wstał i znowu ruszył na schody, ona ruszyła w dół.


Liczyła na łut szczęścia, na kilka czynników, które musiały zagrać razem. Tak to już było, że od zawsze ostatecznym czynnikiem który potrafił położyć w ruinę najdoskonalsze plany i tych najlepszych był brak odrobiny szczęścia. Nie mogła jednak zacząć uciekać, ani od poddać się i czekać aż to coś dopadnie do niej,
wgryzie się w jej ciało i zacznie chłeptać jej krew. To nie ona, musiała podjąć ostatnią próbę, ostatnie sprawdzenie swoich umiejętności i być może ostatni test Fortuny. Nie była silna, błędem były próby parowania i blokowania potężnych ataków Brzydala, więcej go nie popełni. Postawiła na swoją sprawność, gibkość,
szybkość, refleks. Miała co prawda okaleczoną i kompletnie niesprawną jedną rękę, ale nogi miała zdrowe. Była nieco podrapana i poobijana, obolała, ale wciąż mogła się ruszać. Brzydal ruszył w górę na czterech długich łapach. Ona wzięła króciutki rozbieg i wślizgiem postara się zjechać po schodach w dół, jak strzała między jego grabiami. Nie widział jej, była cicho, czuł jej zapach, ale nie mógł spodziewać się, że ona wystartuje prosto na niego, w zasadzie to prosto pod niego...
Jeśli da radę się prześlizgnąć i znajdzie się za nim, natychmiast wstanie i postara się wskoczyć mu na plecy. Chce rzucić mu się na plecy, wczepić w niego czym się da, objąć nogami, wbić pazurami, ostatecznie zatopić kły w bark u podstawy szyi, szyję, bądź nawet ramię i złożyć Pocałunek. Zaciśnie szczęki i zacznie ssać z całych sił. Leżał tam 5 lat! Nie mógł mieć w sobie wiele krwi o ile w ogóle, jeśli go zassie to nie powinien wpaść w letarg znowu? Wampir kompletnie bez krwi nie powinien zasnąć, albo co? Miała nadzieję, że doznania Pocałunku nieco go uspokoją, choć czort tam wie, nie miała do czynienia z wampirem w szale...


W sytuacji gdyby jednak coś albo wszystko poszło nie tak, nie będzie się bronić. Ostatnia próba obrony, gdy ten niej dopadł kosztowała ją niemal utratę ręki i ciężkie obrażenia. Gdyby jednak pochwycił ją gdy próbowała wślizgiem minąć go pod jego łapami, gdyby nie dał sobie wskoczyć na plecy, albo gdyby całkowicie oparł się Pocałunkowi i dał radę ją z siebie ściągnąć,, w sytuacji gdy będzie usiłował ją capnąć by zaspokoić głód jej krwią nie będzie się bronić. Pozwoli mu na to by zminimalizować rany jakie mógłby jej zadać kolejną szaleńczą próbą przełamania jej obrony. Gotowa jednak na perspektywę Pocałunku Tzimisce postara nie poddać się uczuciu, musiała zostać świadoma, by w trakcie mówić do niego, próbować dowołać się do jego rozsądku i świadomości, by pomóc mu się opanować, by jej nie wysuszył i nie Zniszczył. W przypadku gdyby jednak Bestia zaatakowała, ona zapewne poniesie Ostateczną Śmierć a on okazję do smacznego obiadu.

OOC | 
Wydany punkt krwi na wykorzystanie Odporności i redukcję poziomów obrażeń równą ilości kropek w dyscyplinie. Ewentualnie kolejny punkt krwi do wytrzymałości - choć podejrzewam, że tu czas już nie pozwoli na spalenie kolejnego punktu, do oceny MG. Punkt Siły Woli na automatyczny sukces by nie poddać się wrażeniom ewentualnego Pocałunku od 3Misia i zachowanie świadomości.
KARTA POSTACI: Anastasia Bale
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski,
Opis Postaci | 
Aktualny ubiór - Anastasia ma na sobie glany, jeansy, szarą bluzkę z długim rękawem i czarną skórzaną kurtkę. Włosy ma rozpuszczone i w nieładzie. Biżuterii brak.

Co przy sobie:
- portfel ze 120$ i dokumentami
- gumy do żucia
- telefon komórkowy
- garść suchych chrupek dla zwierzaków
- buteleczka chloroformu i gaza w małym plastikowym etui

Re: 6801 35th Ave NE, Northeast Public Library

#25
Hałasy dobiegające z góry szybko ucichły. Młodzi ludzie, których los Anastazja najwyraźniej ceniła sobie wyżej niż jej własny, uciekli ze starego domu. Lokator, kimkolwiek by on nie był, również. Zapanowała cisza, przerywana tylko stłumionym, acz ciągle wyraźnym i wyjątkowo drwiącym krzykiem kruków, jakie Anastazja przywołała wcale nie tak dawno temu. Ptactwo cały czas wypełniało jej polecenie i przynajmniej dzięki temu Spokrewniona wiedziała, że ktoś znowu zaczął się kręcić wokoło domostwa.
Zmusiła krążącą w jej ciele vitae do działania. Nie zamierzała poddawać się bez walki i, nie chcąc narażać niepotrzebnie śmiertelników, przygotowała się do starcia. Przeklęta krew zaczęła rozpływać się po mięśniach i pod skórą, szykując się na ewentualne ciosy oraz potęgując jej zdolności - i zrobiła coś, co dla wielu było czystym szaleństwem. Widząc, jak Tzimisce rusza w górę schodów najpierw na czworaka, a potem się podnosi, Anastazja zdołała przemknąć niezauważona tuż obok niego.
Wyminęła ślepego potwora, zamieniając się z nim miejscami.
Teraz to monstrum stało na schodach, blokując jej drogę ucieczki. Teraz to ona stała w piwnicy, nie mając praktycznie żadnej sensownej opcji, gdzie się ruszyć. Jedyne, co mogła zrobić, to atakować i rzucać się na skórzastego Brzydala, jak go ochrzciła, co też zresztą uczyniła. Ciężko powiedzieć, czy to było działanie jej samej, Anastazji, czy też Bestii miotającej się we wnętrzu Spokrewnionej - fakty były jednak takie, że zdołała się wgryźć w chudy, kościsty kark.
Stara, wiekowa skóra od razu pękła pod naporem kłów Bale. Twardsze, żylaste mięśnie stawały nieznaczny opór, ale po chwili i one się poddały. Pierwszym zaskoczeniem były prastare kości, których w ogóle nie powinno w tym miejscu być. Drugim, znacznie mniejszym już szokiem, były wysuszone tkanki. Tzimisce musiał spalić resztę krwi na poderwanie się i wyczulenie, kto i gdzie jest w najbliższej jego okolicy - Anastazja bezskutecznie próbowała wyrządzić mu jakiekolwiek szkody.
Nieumarła była po prostu zbyt słaba. Wycieńczona, z niesprawną ręką co prawda zdołała się rzucić na Tzimisce i wgryźć w jego skórzaste ciało, ale nie mogła go skrzywdzić. On jednakże mógł. Był w szale, był głodny, działał już instynktownie i teraz nie musiał się nawet specjalnie starać, by zaatakować wampirzycę. Sama wpadła mu w ręce, jak mucha w sieć, nieświadoma, na co się porwała. Ślepe monstrum wygięło swoje nienaturalnie długie ręce i z dziecinną wręcz łatwością oderwało od siebie Anastazję, nie zwracając uwagi na to, że ciągle była w niego wgryziona.
Żywy trup stracił kawałek swego ciała. Dziewczyna wyszarpała mu kawał suchego jak wiór mięsa, odsłaniając czerniejące truchło i biel krzywej kości. A potem poczuła ból we własnej szyi, gdy jego długie, ostre jak brzytwy zębiska wgryzały się w jej kark, rozrywając skórę i mięśnie, przebijając ścięgna i żyły. Szerokie, żabie niemal usta przylgnęły do szyi Spokrewnionej. Długie, kościste ramiona objęły mocno Bale w odrażającej parodii uścisku kochanka.
Tzimisce złożył jej Pocałunek, ale zamiast czuć ekstazę i perwersyjną rozkosz, Anastazja czuła tylko narastający ból wypalający jej trzewia - ból i żar rozlewający się od szyi, promieniujący na całe jej ciało i, co gorsza, duszę. Każda kropla jej vitae była chciwie połykana przez ślepego potwora. Było jej jednak zbyt mało - Anastasia Bale odniosła zbyt wielkie rany, by stanowić wystarczający posiłek dla tej istoty rodem z koszmarnego snu. Minęła ledwo jedna, krótka chwila i jej ciało rozsypało się w rzadki proch.
Clive, oszalały z głodu, znowu podniósł swój jajowaty łeb i zaczął węszyć. Czuł krew. Żywą, ciepłą vitae gdzieś blisko i czym prędzej ruszył w tym kierunku. Diabeł zdołał uciec z piwnicy starego domu przy bibliotece, gdzieś w północno-wschodniej części Seattle.

Spoiler | 
Anastazja otrzymuje więcej niż trzy Poważne Obrażenia, oznaczające w jej przypadku Ostateczną Śmierć.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
Odpowiedz

Wróć do „Ravenna-Bryant”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron