Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School (02,15,1999)

#121
Image
Image
Komórka dalej dzwoniła.
- Piskhup? - powtórzył zdezorientowany Szeryf. - Sądzisz, że to numer telefonu Biskupa Sabatu? - spytał po chwili, gdy w końcu zrozumiał co wypluwał z siebie Kwiatuszek. Jego zniekształcona morda nie sprzyjała komunikacji, niektórych słów w ogóle nie można było zrozumieć, inne zaś zdawały się brzmieć po prostu śmiesznie. Nie był to odseparowany przypadek, w końcu "ułomność", czy też klątwa klanu Szczurów była wyjątkowo. Dla przykładu, taki Mits w ogóle nie mógł mówić. Albo mógł, ale był sukinsynem i wszystkim oszukał.
Randy moment później wyciągnął po nią swoją szponiastą łapę i włączył tryb głośnomówiący, Parker zamilkł. Wcisnął masywne dłonie do kieszeni i niezbyt tęgą miną przysłuchiwał się rozmowie, ale co kilka chwil spoglądał w stronę wyjścia z magazynu. Oczywiste było, że Sabat wyśle tutaj przynajmniej kilku swoich przedstawicieli. Jedyną niewiadomą było to, kiedy w szkole lub w jej najbliższej okolicy pojawią się nieumarłe potwory.
- Wreszcie, ty pieprzony pastuchu! - z głośniczka telefonu wydobyło się donośne przekleństwo, nieznacznie tylko zniekształcone lichą siłą telefonu. - Ileż muszę czekać, larwo, aż w końcu odbierzesz?! Jesteś aż tak pustym i tępym, w łeb jebniętym szpadlem idiotą, by dzwonić do mnie z nieznanego numeru?! To, co było z ciebie najlepsze już dawno spłynęło po mordzie twego sire i wsiąkło w materac! Gadajże, czego kurwa ode mnie chcesz! Cailean jest zajęty! Jebie mnie, czy Willie i Manfred zostali zniszczeni, rozumiesz głupcze?! - Parker uniósł nieco brwi, zaskoczony takim wybuchem wściekłości i najzwyklejszą agresją skierowaną do rozmówcy.
- Nie sądzę, by to był Biskup. - rzucił pewnym głosem Szeryf, popełniając tym samym błąd. Z kimkolwiek rozmawiali, poprzez tryb głośnomówiący Randy włączył do rozmowy wszystkich, a więc dwóch Nosferatu i Gangrela. Rozmówca, domniemany "biskup", nie wydawał się zadowolony z faktu, że ktoś wątpi w jego wielkość. Szeryf przeszedł kilka kroków w stronę drzwi, do których czołgała się Malkavianka i po chwili wahania je otworzył. Ze środka buchnął smród ścieków.
- Kto to do kurwy nędzy powiedział?! Co za pieprzony parias o rzadkiej jak szczyny krwi... - głos urwał, a w tle słychać było trzask tłuczonego szkła. - Kim jesteś?! Przedstaw się, gdy ze mną rozmawiasz! Bernadette, ty autystyczna larwo, to ty?! - zaczął znowu wrzeszczeć, ale tym razem Kwiatuszek mógł wyczuć coś, co kryło się pomiędzy nieludzką furią. Coś, co można było uznać za żal, czy nawet zwyczajny smutek, ale głęboko przykryty agresją.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School

#122
Kwiatuszek skierował w stronę szeryfa i smutno pokręcił głową. Przynajmniej miało to sprawiać takie wrażenie, wyglądało dużo bardziej upiornie - mięśnie na szyi mocno napinały na żółto-zieloną, spuchniętą skórę, pełną ropni i czyraków.
Szeryf zachował się jak szczeniaczek, którego właśnie wyciągnięto spod kół samochodu, a właśnie pakował się tam z powrotem, bo zobaczył błyskotkę po drugiej stronie drogi. No i właśnie podważył jego słowa, a to już było po prostu zwyczajnie nieuprzejme, nawet jakby nie miał racji. To on go ratuje i wyciąga ze szponów Sabatu, a on mu nie wierzy tylko dlatego że ktoś przeklina jakby za długo siedział w kanałach? Skandal.
Kwiatuszek szybko przeanalizował sytuację. Jest wkurzony, jest daleko. Nic mu się nie stanie, jak podjudzi go jeszcze bardziej, prawda? To nie tak, że zacznie Vendettę przeciwko niemu, personalnie, czy coś. A jak dobrze pójdzie, to wpadnie w szał i coś rozwali po swojej stronie.
Bo, umówmy się, teraz za wiele informacji nie zdobędą, po wyskoku Szeryfa.
Zabulgotał, odchrząknął, wypluł flegmę i żółć.
- Nie ma rontshek, nie ma Fernadette! Puk puk? - powiedział Kwiatuszek, machając grubą ręką na Szeryfa
- ... Kto tam? - odpowiedział z wahaniem?
- Na pefno nhie Cliff! - zakończył Kwiatuszek, jakby był to najlepszy żart na świecie.
KARTA POSTACI: Kwiatuszek
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: francuski,
Opis Postaci | 
Rozpadający się, napęczniały Nosferatu. Wysoki, noszący stare, brzydkie i obszerne ubrania. JEgo ciało wygląda, jakby zaraz miało odpaść, a on sam wdaje z siebie niesamowicie irytujące odgłosy.

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School

#123
White spojrzał na Szeryfa z lekką nutą dezaprobaty, wywrócił oczyma i puścił mu oczko. W sensie "Ziomek, zjebałeś ale spoko, mam plan B."
Dał dokończyć Kwiatuszkowi. Po czym rzekł.
- Dobra, dobra, Panowie. Skończcie się pastwić nad nim. Widzicie, że chłopak nerwowy jest, a to urodzie szkodzi.
Porozumiewawczo spojrzał na współklanowicza. White postanowił spróbować szczęśnia i na szybko zmontował mały blef.
- Dobry wieczór, może mi pan mówić Kleszcz. Wiemy kim pan jest, pan nie wie kim MY jesteśmy. Jesteśmy legionem i jest nas wielu.
White lekko się uśmiechnął, jak rozmówca to łyknie, to będzie naprawdę czad.
Widzi Pan, wjechała wam tutaj Camarilla i zostawiła mnóstwo, mnóstwo interesujących rzeczy samopas. Głównie kilka kupek popiołu, jakieś dyski twarde, mapy i grypsujacego czarnucha, który wysypał się z informacji, jak się dobrze kły przyłożyło. My, proszę Pana, zabezpieczyliśmy wszystko, łącznie z krwią szajbusów z Camarilli. A, że jesteśmy ludźmi interesu i imponuje nam pana elokwencja, zaczniemy od złożenia oferty najpierw Sabatowi. Ile jest Pan w stanie dać za nie podrzucenie tego żałosnym wampirom z wrogiej sekty?
Zamknął się, rozejrzał, czy nikt nie nadchodzi. Jeżeli ich rozmówca się znowu rozklekocze z przekleństwami, to będzie znak, że czas już iść i kończyć rozmowę.
KARTA POSTACI: Randy White
Opis Postaci | 
Osobnik mający niezbyt wiele wspólnego z pięknem. Zniekształcona twarz, chropowata skóra, okrągly bebech kontrasujący ze wychudzoną resztą ciała, przygarbiona sylwetka bujająca się na boki przy ruchy oraz bardzo długie palce będące nieustannie w wolnym, płynnym, ruchu. Obecnie odziany w znoszony płaszcz, a pod spodem bluza z kapturem, do tego jeansy i buty trekkingowe.

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School (02,15,1999)

#124
Image
Image
"Kto tam?" było rzeczą tak głupiutką i kompletnie nie śmieszną, że Parker po prostu nie mógł się nie uśmiechnąć. Wyszczerzył kły, rozbawiony. Chyba rozumował podobnie jak Kwiatuszek; z kimkolwiek rozmawiali, byli bezpiecznie. Mieli przewagę chyba pod każdym względem, głupotą byłoby jednak ryzykować wszystko. Szeryf co i rusz spoglądał w stronę drzwi prowadzących zarówno do ścieków, jak i do wyjścia na korytarz, gotów zareagować gdyby zaszła taka potrzeba. Przysłuchiwał się zatem rozmowie, ale nie brał w niej aktywnego udziału. Drobne żarciki stanowiły przeszłość.
- Co wy sobie za żarty robicie?! - wrzasnął głos z telefonu Parkera. - Wy pieprzone larwy! Targować się będziecie?! Ze mną?! Miecz Kaina zetnie wam te parszywe łby za takie zuchwalstwo! My bierzemy, co nam się należy, a ochłapy rzucamy psom! - wydzierał się dalej, ale nie mówił nic, co mogło by mieć jakąkolwiek wartość. Ot, darł mordę jak, nie przymierzając, pierwszy lepszy Brujah. Czy było jednak coś, co odróżniało go od Krzykaczy?
Czy to był faktycznie Brujah? Czy może Ventrue? Albo Lasombra? Lub Tzimisce?
- Chcesz, Kleszczu, wiedzieć ile jestem w stanie dać? - odparł nieznacznie tylko spokojniejszym głosem, aczkolwiek wszyscy zgromadzeni doskonale słyszeli, że mówi zaciskając mocno szczęki. - Jestem w stanie wyrwać wam wszystkim kły i sprawić, że aż do samej Gehenny będziecie żłopać vitae szczurów przez słomkę! Zrównam miasto z ziemią, pogrążę ten świat w nieskończonym, straszliwym mroku, a moja zemsta was dosięgnie wszędzie! Klnę się na Ofélię, Gerard mi świadkiem, że wypuszczę na was... - urwał nagle, gwałtownie, tak, jakby w ostatniej chwili się powstrzymał. Ze słuchawki dobiegał tylko słaby szum i trzask zakłóceń, z którymi z trudem radził sobie maleńki głośniczek telefonu. Szeryf Parker ściągnął brwi i spojrzał wymownie na Kwiatuszka, po czym przeniósł zachęcający wzrok na Randy'ego.
Nic nie mówił, ale prosił, by White ciągnął temat dalej. Podszedł nawet bliżej i, ze skupioną twarzą, wpatrywał się w swój telefon komórkowy.
- ...że wypuszczę na was wszystkie plagi egipskie, jeśli będzie trzeba. - wyrzucił w końcu, chociaż było bardziej niż oczywiste, że chciał powiedzieć coś zupełnie innego. Powstrzymał się jednak być może w kluczowym momencie i zataił jakąś naprawdę ważną informację; z drugiej jednakże strony, Pan Wulgarny chyba w końcu zdał sobie sprawę, że samymi bluzgami i wrzaskiem za wiele nie zdziała.
Przywrócony post z 18.10.2018
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School

#125
Uspokajał się. Szkoda. Znacznie mniejsza szansa na to, że coś palnie - on osobiści nie dowiedział się nic nowego, poza paroma nazwiskami.
Tym niemniej, skoro był bardziej spokojny, a oni właśnie wytłukli mu - najprawdopodobniej - całą Sforę, to może zacznie być bardziej paranoiczny. Kto wie, kto wie, może jeszcze uda się to wykorzystać.
Szybko napisał smsa do Randyego:
"Przerwij mi jak podniosę rękę"
- Hiss, hisss, hue - Kwiatuszek się zaśmiał, a przynajmniej można to było tak odczytać, bo mięśnie twarzy mu się nie poruszały - Mófish o sfoim mauym projektsiku na fyspie? Hiss, ha hfff - znowu ten dźwięk - Myshlish, she jestesthie monolithem? Jush dafno o tym fiemy, nasi lucie nam fsystko pofiedzieli. Kashdego dnia...
Kwiatuszek szybko podniósł rękę do góry.
Przywrócony post z 18.10.2018
KARTA POSTACI: Kwiatuszek
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: francuski,
Opis Postaci | 
Rozpadający się, napęczniały Nosferatu. Wysoki, noszący stare, brzydkie i obszerne ubrania. JEgo ciało wygląda, jakby zaraz miało odpaść, a on sam wdaje z siebie niesamowicie irytujące odgłosy.

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School

#126
No to go trochę rozbujali ale w kluczowym momencie przestał paplać. Randy wypalał rozmowę w pamięci, wyłapując imiona, nazwy, kontekst. Zerknął porozumiewawczo na Szeryfa i skinął łbem na potwierdzenie, że pociągnie to jakoś dalej. Kwiatuszek fajnie się podpiął pod rolę "tego złego". Rozgrywka trwała nadal, Nosferatu wyjął kilka informacji na wierzch, oby skutecznie podkurwiły rozmówcę. Kiedy jego ręka uniosła się, White wkroczył do akcji.
- ... odkrywamy nowe tajemnice z tego miasta, jak i na całym świecie.
Przerwał koledze z klanu, spokojnie acz stanowczo akcentując kropkę. Kontynuował:
- Tak jak powiedziałem, wiemy kim pan jest, ale pan nie wie kim my jesteśmy. Jesteśmy legionem i jest nas wielu. Proste i chwytliwe, prawda? Doskonale też wiemy, że nie mówi pan o plagach wprost z Egiptu. Niech pan będzie poważny i tak nas też traktuje.
Taktowna pauza. White spojrzał śmiertelnie poważnie na kolegów, w tym spojrzeniu widać było, że kombinuje jak diabli. Kto znał Randyego choć trochę, doskonale wiedział, że ten się teraz całkiem nieźle bawi. Być może, w jakimś sensie, trochę pastwi się nad osobą podającą się za Biskupa. Przypomniał sobie jak sam, dawno temu, wygłaszał teksty przed ludźmi na mównicy. Na początku tego nienawidził, potem z poważną miną robił sobie jaja. Aż sobie teraz przypomniał ból dupy, po spotkaniu z ojcowskim pasem, kiedy czynił tego typu wybryki...
- Nasza oferta najpierw właśnie kierowana jest do pana, bo uważamy pana za osobę godną naszych interesów. Camarilla jest klientem... nudnym, ospałym i na pewno zignoruje pełny potencjał tych informacji. I z racji tego szacunku, dla potencjalnego klienta, puszczamy w niepamięć te obelgi.
I na tym stop. Nosferatu zastanowił się chwilę, czy powiedział wszystko jak trzeba, poczym wzruszył ramionami. Co ma być to będzie.
Przywrócony post z 18.10.2018
KARTA POSTACI: Randy White
Opis Postaci | 
Osobnik mający niezbyt wiele wspólnego z pięknem. Zniekształcona twarz, chropowata skóra, okrągly bebech kontrasujący ze wychudzoną resztą ciała, przygarbiona sylwetka bujająca się na boki przy ruchy oraz bardzo długie palce będące nieustannie w wolnym, płynnym, ruchu. Obecnie odziany w znoszony płaszcz, a pod spodem bluza z kapturem, do tego jeansy i buty trekkingowe.

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School (02,15,1999)

#127
Image
Image
Nosferatu prowadzili bardzo ryzykowną grę.
Szeryf Parker nie wiedział co prawda, jaki dokładnie plan mają te dwie paskudy, ale ufał im. To znaczy ufał w granicach zdrowego rozsądku, bo jedyne, czego można było być absolutnie pewnym w przypadku Nosferatu, to lojalność względem klanu i siebie nawzajem. Wszystko inne było na dalszym planie. A sekty? No były. I tyle, równie dobrze mogły istnieć dziesiątkami, jak i w ogóle mogłoby ich nie być. Uśmiech na twarzy czarnoskórego zamarł, gdy z gnijących ust Kwiatuszka padła wzmianka o "wyspie". To, że na Harbor Island krył się Sabat, było oczywiste. Nikt nawet tego nie poddawał w wątpliwość. Co więcej, Nosferatu byli na Harbor Island i orientowali się co i jak. To jednak, jak dalej potoczy się ta rozmowa, było jedną wielką niewiadomą - słowa tych nieumarłych mogły nie tyle wkurzyć, co po prostu przerazić Spokrewnionego z wrogiej sekty.
Wystarczy powiedzieć jedno słowo za dużo lub za mało, by wszystko szlag trafił. Szeryf szepnął coś pod nosem, tak cicho, by "Biskup" się nie zorientował. Nosferatu jednak słyszeli rozmyślania Parkera na temat obecności kogoś, kto przede wszystkim potrafił posługiwać się językiem. "Ventrue albo Toreador", mruczał do siebie, "przydałby się ktoś kto zarabia na nieżycie gadką przede wszystkim", kręcił głową, przeczuwając najgorsze. Cóż, wiele się nie pomylił. Rozmówca znowu wybuchł. Z głośniczka telefonu, pośród trzasków i zgrzytów powodowanych nieludzkim wrzaskiem wściekłości, dało się wyłuskać tylko kilka przekleństw.
Gangrel przymknął oczy.
- ...bezzębne larwy, marnotrawstwo vitae, kurwy niegodne ciemności z której zostały zrodzone! - krzyczał i krzyczał, dając upust swym emocjom. - Kłamiesz! Kłamiecie! To wszystko to kłamstwa! Puste, warte tyle samo co wasze marne żywoty słowa! Vaulderie są zbyt potężne, by można je było złamać, każdy pieprzony nieumarlak który pojawił się na wyspie został sprawdzony! - wydzierał się bez końca, ale w jego głosie zaczęła też pojawiać się panika. Paranoja może nawet, nie jest to wykluczone. Wzmianka o rytuale, tak przecież oczywistym dla każdej sfory i watahy Sabatu, nie pojawiła się bez powodu.
Rozmówca na moment ucichł. Z komórki wydobywał się tylko monotonny szum biednego głośniczka, torturowanego wrzaskami wkurzonego wampira. Połączenie nie zostało oczywiście przerwane, nic z tych rzeczy, po prostu Spokrewniony zamilkł na trochę. Gdy zaś odzyskał głos, wściekłość coraz bardziej ustępowała miejsca panice. Najzwyklejszej, ludzkiej panice, która tak bardzo nie pasuje do bytów istniejących tuż obok ludzkości od początków jej istnienia.
- Nie macie pojęcia, z kim zadarliście, parszywe psy, a gdy nadejdą Ostatnie Noce, przyjdziecie na kolanach skamląc o litość i łaskę, do cholery! Oddacie mi wszystko, coście znaleźli w Roosevelt, a ja nie zniszczę waszych żałosnych linii krwi! O nie, zrobię coś znacznie, znacznie bardziej bolesnego, a wy staniecie się wtedy czymś gorszym niż larwy, którymi już jesteście! Dobijemy targu, tak, zapłacimy wysoką cenę, ale wy, jak przystało na pieprzonych, zuchwałych żółtodziobów o krwi będącej szczynami, zapłacicie jeszcze wyższą! Przysięgam na moje nazwisko! Marcus Welch dotrzymuje słowa, wy kurwie syny! Do zobaczenia w Dżungli... o ile tam dotrzecie. - głośniczek znowu zaczął trzeszczeć, gdy znany już z imienia i nazwiska Spokrewniony zaczął rzucać groźbami oraz zobowiązując się do "spotkania", celem dokonania wymiany czy o co tak naprawdę chodziło w obecnej sytuacji. A potem coś głośno zgrzytnęło i rozległ się głuchy sygnał oznaczający zerwanie połączenia.
- Wkurzyliście pana Marcusa, moje gratulacje, a teraz wynosimy się stąd. - zabrał w końcu głos Szeryf, na powrót się uśmiechając. Poznali imię i nazwisko tajemniczego wampira. Sprowokowali go do wyjścia z bezpiecznej nory i udania się do Dżungli (aczkolwiek to była jego wola). Zasiali ziarno niepewności i paniki, które być może przerodzi się coś znacznie większego i groźniejszego. Sukces?
Przywrócony post z 19.10.2018
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School

#128
- Trochę nazwisk i nazw dzisiaj padło.
Powiedział po zakonczeniu rozmowy przez Marcusa. Spojrzał na Szeryfa.
- Zgarniemy zwłoki ze wcześniejszego pomieszczenia i pójdę potem przodem. Van Dame ma rozkaz atakować wszystko, co nie jest Nosferatu.
Jak powiedział, tak zrobił. Udał się do miejsca, gdzie byli wcześniej z Kwiatuszkiem. Wziął worek ze zwłokami kobiety i poszarpanego kuriera, którego w tak zabawny sposób potraktował. Jeśli nie było po drodze problemów, skierował kroki do drzwi, do których czołgała się Malkavianka. Wiodły one najpewniej do ścieków.
- Teraz, możemy pociągnąć temat dalej - zażądać zapłaty za informacje, zgrać dane, porobić zdjęcia mapy, żeby Marcus nie zmienił nagle planów i miał pewność, że Camarilla o niczym się bie dowiedziała. Nie spotkamy się z nim twarzą w twarz, bo tutaj mu akurat wierzę, że będzie chciał nam urwać łby przy samej dupie. Ale od czego mamy telefony?
White przywołał Van Dame za pomocą Animalizmu. Jeżeli ten się zjawił, anulował swój dotychczasowy rozkaz. Krokodyl miał teraz kolację w postaci kuriera i kobiety z worka... White też dodał nieco swojej krwi. Wiedział, że często karmi nią swojego pupila, no ale to był dla niego jedyny sybstytut rodziny, na którym mu zależało. I być może ten ghul trzymał w ryzach resztówkę człowieczeństwa wampira.
- Możemy też Marcusa wkurwić bardziej i zainteresować się czym innym. Mamy mapę, na której przewidziane są najprawdopodobniej następne ataki.
Zakrawaionymi paluchami wyjął mapę znalezioną w pokoju pierwszej ofiary Kwiatuszka i Randy'ego. Pokazał ją kolegom.
- Możemy poinformować o tym resztę Spokrewnionych i uczulić ich na te miejsca... Jeśli większość w ogóle będzie chciała opuszczać swoje cieplutkie schronienia.
Randy obserwował, jak Van Dame mlaska. Kiedy reszta oglądała mapę, skubnął sobie niepostrzeżenie kawałeczek kobiety z worka.
Przywrócony post z 20.10.2018
KARTA POSTACI: Randy White
Opis Postaci | 
Osobnik mający niezbyt wiele wspólnego z pięknem. Zniekształcona twarz, chropowata skóra, okrągly bebech kontrasujący ze wychudzoną resztą ciała, przygarbiona sylwetka bujająca się na boki przy ruchy oraz bardzo długie palce będące nieustannie w wolnym, płynnym, ruchu. Obecnie odziany w znoszony płaszcz, a pod spodem bluza z kapturem, do tego jeansy i buty trekkingowe.

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School

#129
- Jeshli kogosh nie lupish, moshesh go fysuatsh tho Tshunli - westchnał - Potshekhaj, letshielishmy do siepie i nie sprafthilishmy fsysthkiego.
Kwiatuszek dał znać szeryfowi by poczekał, sam poczłapał w stronę z której przyszedł.
Po pierwsze, faktycznie chciał przeszukać parę miejsc, które mogli przeoczyć. Nieczęsto ma się do czynienia z całą sforą Sabatu. A on raz jej uciekł, a teraz brał czynny udział w zlikwidowaniu jej. Cóż, przyszedł tu głównie po to by pomóc Randyemu, i teraz chyba wszystko poszło lepiej niż się spodziewali.
Po drugie, szkoła budziła w nim dawne wspomnienia. Przechadzanie się po szkolnych korytarzach, plakaty na ścianach, surowa obcość tego miejsca przypomniała mu, że sam kiedyś był częścią tego wszystkiego, częścią tego tłumu. Kiedyś gonił się w tych korytarzach, przyklejał gumę pod ławkę i wydrapywał swoje inicjały w rogu szafki.
Teraz w tych szafkach była broń.
Ameryka gniła. Psuła się od wewnątrz, zniszczona przez polityczna pychę, ekonomiczną chciwość, medialne kłamstwa. Młodzi przynosili do szkoły broń, by zabijać innych młodych, bo czuli frustrację. Do cholery, gdzie te czasy gdy w ramach frustracji jechało się do Kalifornii i brało LSD.
Stanął przed jednym ze szkolnych zdjęć, przyciągnęło go to, że jeden uczeń przypominał jego szkolnego kolegę. Niewiele więcej niż podobny wzrost i układ twarzy. Przez chwilę wpatrywał się w gablotkę, po chwili zaś zamknął oczy. Gnijące powieki zakryły rybie oczy.
Kiedy się podniosły, w gablotę patrzył młody senior z lokalnego liceum. Miał ciemne włosy i jasne oczy, gładką cerę. Wyglądał jakby należał do drużyny futbolowej - złamany nos źle się zagoił, na policzku miał obtarcie, całości obrazu dopełniała też kwadratowa szczęka. Przy tym wszystkim nie był za bardzo urodziwy, ale jednak przyglądał się sobie bardzo uważnie, nie mogąc rozpoznać się w gablocie.
Szybko dokończył sprawdzanie podejrzanych miejsc w szkole, rzucił też okiem na oczywiste niebezpieczeństwa w biurze dyrektora. Szybkie włączenie komputera i ściągnięcie odpowiedniej pluskwy też nie stanowiło większego problemu.
Gdy upewnił się, że wszystko jest w porządku, zszedł z powrotem.
- No dobrze panowie - powiedział uspakajając ich gestem, jeśli reagowali nerwowo - miałem czas by to przemyśleć. W mojej opinii, należy olać tę całą dżunglę. Po cholerę się tam pakować? To ich teren i ich zasady, a słyszałeś co powiedział - planują nam zrobić złe rzeczy. Pierdolić ich i ich oferty, jedyne co chcę zrobić to zrzucić napalm na to przeklęte miejsce. Pieprzyć ich - wiedzą gdzie nawalili, my wiemy gdzie będą, nie róbmy z siebie obiadu jak nie mamy świetnego powodu. I z tego co wiem, nikogo z naszych - Kwiatuszek nie precyzował, których "naszych" miał na myśli - tam nie ma.
Splunął na ziemię, a na podłodze pojawiła się biała ślina. Nie flegma, nie ropa. Coś pięknego. Kucnął i rozmazał ją palcem, mieszając z pyłem brudnej podłogi.
- Jeśli to wszystko, szefuniu, to ja będę się zbierał. Za Randyego nie ręczę, ale chyba nie mamy tu czego szukać. Jakbyś jeszcze kiedyś potrzebował kogoś kto Ci przypilnuje Twoje karmelowe dupsko, dawaj znać. I uważaj na głowę, nie chciałbym cię kiedyś mieć po nie swojej stronie. A propostego co rozmawialiśmy na zewnątrz - nadal mogę pomóc z kooperacją i zabezpieczeniami... Jeśli się okaże, że warto ryzykować kuper. Dobra, coś jeszcze?
Wstał i otrzepał się, patrząc wyczekująco na szeryfa.
Przywrócony post z 22.10.2018
KARTA POSTACI: Kwiatuszek
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: francuski,
Opis Postaci | 
Rozpadający się, napęczniały Nosferatu. Wysoki, noszący stare, brzydkie i obszerne ubrania. JEgo ciało wygląda, jakby zaraz miało odpaść, a on sam wdaje z siebie niesamowicie irytujące odgłosy.

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School (02,15,1999)

#130
Image
Image
Byli bezpieczni. Przynajmniej w teorii, bo cholera wie, co tak naprawdę może planować Sabat. Równie dobrze Marcus Welch mógł właśnie zbierać siły i szykować się na uderzenie celem zrównania dzielnicy z ziemią czyniąc niejako powtórkę z Kartaginy, jak i mieć kompletnie gdzieś teren szkoły oraz wampiry znajdujące się w środku wampiry. Szeryf tylko skinął głową, pozwalając Nosferatu sprawdzić nieco dokładniej Roosevelt High School; sam także nie pozostał bierny i zaczął przeszukiwać magazyn, szukając czegokolwiek, co mogłoby pomóc w nadchodzących nocach. Niestety, za wiele tego nie było, jedynie same śmieci i drobiazgi, które nie miały żadnej wielkiej wartości. Trochę gazet, trochę książek, trochę zeszytów - bez wątpienia skradzionych z szafek, klas i biblioteki. Kilka śmieci z szafki szkolnej pielęgniarki. Czyjś strój na wf. Puste worki po plazmie, skrawki papieru z przekreślonymi numerami telefonów, tego typu rzeczy. Nic wartego prawdziwej acuwagi.
Obrzydliwy chlupot, donośny dźwięk kłapania masywnych szczęk oraz krótkie, wilgotne trzaski łamanych i miażdżonych kości oznajmiały wszem i wobec, że monstrualny pupilek Randy'ego przybył i właśnie zajadał się jednym z ciał pozostawionych w szkolnych piwnicach. Szeryf Parker uśmiechnął się tylko, słysząc te paskudne dźwięki; był to w końcu dowód, że kanały pod szkołą są czyste, bo zwierzę bez wątpienia podzieliłoby się ewentualnymi problemami i zagrożeniami. Tak, cała ta koteria mogła sobie pozwolić na zasłużony odpoczynek.
Parker przez chwilę przyglądał się swojej komórce. Telefon był już spalony, Sabat znał jego numer, cholera jedna wie, do czego został naprawdę wykorzystany. Gangrel z łatwością zgniótł aparat i, rozglądając się w poszukiwaniu miejsca do pozbycia się szczątków, wybrał kanały. Albo krokodyl zeżre resztkę telefonu, albo potrzaskana komórka spłynie ściekami gdzieś daleko. Kwiatuszek - po krótkiej wędrówce przez szkołę i wizycie w gabinecie dyrektora oraz ewentualnym załamywaniu rąk nad stanem jego komputera - wywołał natomiast lekkie zdziwienie na twarzy Szeryfa. Nosferatu się zmienił i z paskudy, która u co mniej wytrzymałych osób mogła powodować wymioty przeistoczył się w całkiem zacnego chłopaka.
Dopiero po dłuższej chwili Parker zabrał głos, ale mówił powoli, ostrożnie, rozważając wszystkie możliwe "za" i "przeciw".
- Kopie map i wszystkiego co znaleźliście na dysku twardym roześlijcie do Harpii, do Primogenów i do Jane przede wszystkim. Rozważam zastawienie pułapki na Marcusa, ale równie dobrze moglibyśmy w ogóle go zostawić w spokoju, niech się kisi we własnej zgryzocie i furii. Prędzej czy później popełni jakiś błąd. - to było chyba najlepsze możliwe wyjście. Zamiast zbędnego ryzyka można po prostu zostawić furiata samego sobie. Kto wie, może zjedzą go wilkołaki, których w Dżungli nie brakuje?
Parker podszedł raz jeszcze do zejścia do ścieków. Krokodyl rozchlapywał brudną i śmierdzącą wodę ogonem jak jakiś przerośnięty, pokryty łuskami szczeniak.
- Skupmy się na Harbor Island póki, okej? Kooperacja i zabezpieczenia są bardzo ważne, zwłaszcza po tym, czego doświadczyliśmy tutaj. Masz wolną rękę, rób, co uważasz za słuszne. A, jeszcze coś... Charlie jeszcze dziś przed świtem albo jutro po zachodzie słońca będzie dzwonić w sprawie sprzętu, o który prosiłeś. Trochę się załamał, jak to ma w zwyczaju, ale Jane ustawiła go jak trzeba. A teraz... spieprzajmy stąd. Mało czasu zostało zanim wzejdzie słońce. - Gangrel rozważał chyba opuszczenie szkoły drogą podziemną, kanałami, ale ostatecznie dał sobie z tym spokój. Pokręcił tylko głową i ruszył niespiesznie w stronę "normalnego" wyjścia.
Przywrócony post z 23.10.2018
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School

#131
Długie paluchy Randy'ego pogładziły twardą głowę pupila Nosferatu. Uważnie śledził ruchy szczęki bestii, kiedy ta żuła zawzięcie swój pokarm. White uważał się za dobrego tatę.
Jego oczy przeniosły się na Szeryfa.
- Dobrze.
Nie było głupim pomysłem zostawienie furiata z jego własną energią. Ostatecznie nie znajdzie dla niej ujścia, a to sprawi, że popełni błąd. Przedtem może zrównać z ziemią kilka osiedli. Dobrze, że Randy mieszkał pod powierzchnią.
- Dobranoc, Szefunciu.
Poczekał, aż Szeryf odejdzie i zwrócił się do Kwiatuszka.
- Weźmiesz mapę i porobisz zdjęcia? Sam nie posiadam aparatu, co najwyżej mogę przerysować mapę, ale to trochę zajmie.
Teraz jeden z jego paluchów znalazł się między jego krzywymi zębami. Pazurem wygrzebywał jakąś chrząstkę.
- Idę z Małym do Warrens, zobaczyć, czy mnie nie wykurzą stamtąd. I ewentualnie poszukać kogos, kto mnie pouczy trochę w Maskę. Swoją drogą, nie pasuje Ci ta przystojna twarz.
Przyjrzał się uważnie dokonaniu współklanowicza.
- Dobra robota.
Uśmiechnął się, a przynajmniej tak wyglądała ta paskudna imitacja tego grymasu.
Przywrócony post z 23.10.2018
KARTA POSTACI: Randy White
Opis Postaci | 
Osobnik mający niezbyt wiele wspólnego z pięknem. Zniekształcona twarz, chropowata skóra, okrągly bebech kontrasujący ze wychudzoną resztą ciała, przygarbiona sylwetka bujająca się na boki przy ruchy oraz bardzo długie palce będące nieustannie w wolnym, płynnym, ruchu. Obecnie odziany w znoszony płaszcz, a pod spodem bluza z kapturem, do tego jeansy i buty trekkingowe.

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School

#132
Kwiatuszek skinął szeryfowi głową. Nie miał przez to na myśli że przyjmuje zlecenie, tylko że słyszy. Nie czuł się zobligowany do wykonywania poleceń szeryfa - nie był ogarem, nie zawdzięczał mu za wiele, a w razie potrzeby mógł żyć w kanałach choćby i 100 lat, nie potrzebując jego obrony.
Pewnie to zrobi, ale głównie by wszyscy w mieście wiedzieli, komu zawdzięczają informacje - jak zwykle.
Upewnił się, że wielkiego murzyna nie ma już w zasięgu głosu, zanim zaczął.
- Spokojnie, do kanałów Cię wpuszczą. Będziesz atrakcją sezonu, ale pewne niewiele będą przy Tobie mówić - wzruszył ramionami - takie wady sam-wiesz-czego z sam-wiesz-kim. Mogę ogarnąć mapę - jakiś aparat albo skaner się znajdzie. A jak nie, to wyślę po to Chwasta za dwa dni, sam mogę być zajęty.
- Co do maski... Wiesz, ja jestem samoukiem na razie. Ale jeślibym się z tym oswoił w najbliższym czasie, to dam znać, mogę pomóc. Gdybyś miał chwilę, to przydałoby mi się Twoje architektoniczne doświadczenie...
Mówiąc, Kwiatuszek zaczął iść w stronę wyjścia, gestem dając znać by Randy - i jego drogi towarzysz - szedł z nim.
Przywrócony post z 23.10.2018
KARTA POSTACI: Kwiatuszek
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: francuski,
Opis Postaci | 
Rozpadający się, napęczniały Nosferatu. Wysoki, noszący stare, brzydkie i obszerne ubrania. JEgo ciało wygląda, jakby zaraz miało odpaść, a on sam wdaje z siebie niesamowicie irytujące odgłosy.

Re: 1410 NE 66th St, Roosevelt High School (02,15,1999)

#133
Image
Image
Parker wydawał się nie do końca rozumieć o czym rozmawiali Nosferatu, ale nie zgłębiał tematu. Nie był od tego, bo chociaż nie należał do głupich czy nierozgarniętych, to największą jego zaletą nie był rozum ani zdolność analizowania najdrobniejszych detali, tylko zwyczajna para w łapie. Był od tego, by pojawić się i zrobić przysłowiowy rozpierdziel. Pokręcił tylko głową, nie wnikając w szczegóły. Uśmiechnął się na pożegnanie i już-już miał wyjść ze szkolnej piwnicy, gdy zatrzymał się przy gablotce ze zdjęciami.
Trwał tam przez moment, aż w końcu wyłamał zamek i zabrał parę fotografii. Wcisnął je do kieszeni i niespiesznie ruszył w stronę schodów prowadzących na parter, stamtąd zaś - udał się prosto do wyjścia z budynku. Wyszli, zostawiając za sobą pusty i ponury gmach szkoły. Nikt nie powinien wiedzieć, co się właściwie stało w murach Roosevelt High; Camarilla zatarła ślady swej bytności, Sabat zaś niechętnie będzie mówił o porażce, jaka dotknęła tę sektę. Jedynie personel i, ewentualnie, część uczniów mogą coś podejrzewać, coś wyczuwać, ale nie jest to nic, czym należałoby się przejmować. Chyba, że chodzi o potencjalnego strzelca, który zdeponował mały arsenał w szafce.
On się naprawdę zdziwi.
[wszyscy opuścili temat-lokację?]
Przywrócony post z 24.10.2018
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
Odpowiedz

Wróć do „Roosevelt”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość