5844 NE 75th St, Condominiums Sand Piper

#1
  Tuż obok szlaku Burke-Gilman Trail znajdują się trzy rzędy zadbanych szeregowców z jasnej, brązowej cegły i brunatnej terakoty. Nieszczególnie duże osiedle otoczone modrzewiami, dębami i sosnami jest domem dla wielu młodych, wykształconych osób aktywnych zawodowo oraz udzielających się społecznie i politycznie - nie są to w żaden sposób ludzie śpiący na pieniądzach, czy posiadających Bóg jeden wie jak wielką władzę, ale... to porządni obywatele Stanów Zjednoczonych, którzy dbają o swój kraj i swoje miasto, chcąc pomagać innym w imię równości oraz otwartości i tolerancji. Oczywiście wiąże się z tym też wyjątkowy brak wspomnianej tolerancji w stosunku do osób kategorycznie łamiących prawo a także, co może dziwić, stróżów prawa oraz osób o zdecydowanie bardziej konserwatywnych poglądach na pewne rzeczy.

Są tutaj kluby lokatorskie, kółka zainteresowań, regularnie urządza się panele dyskusyjne oraz marsze w imieniu grup uciskanych przez uprzywilejowaną większość, organizuje się zbiórki oraz imprezy okolicznościowe, a nade wszystko dba o porządek w bezpośrednim sąsiedztwie osiedla Sand Piper, znacznie rzadziej można ujrzeć zorganizowane grupy ludzi dbające o pozostałe osiedla, blokowiska, apartamentowce czy nawet zwyczajne wolno stojące domki.

W budynkach najbliżej szlaku Burke-Gilman, a więc w szeregowcach bezpośrednio znajdujących się w cieniu wysokich drzew, mieszkają lokatorzy najmłodsi, którzy dopiero co zakończyli studia i znaleźli pierwszą pracę (lub też jej nie znaleźli i utrzymują się z pieniędzy rodziny). Mieszkania tutaj stanowią coś, co można by określić jako pewnego rodzaju skłot. Drzwi są tylko po to, by nie było przeciągu, nikt nie zamyka ich na klucze, klatki schodowe są wiecznie otwarte, każdy jest mile widziany, wszyscy się znają. Nie trzeba tłumaczyć, że dozorcy są czymś takim bardzo zirytowani, ale póki wszystko jest opłacane i nie ma żadnych większych imprez związanych z alkoholem, narkotykami oraz jawnym łamaniem prawa, mają związane ręce.

Drugi szeregowiec, znajdujący się w środku, jest otoczony betonowymi parkingami. Znacznie mniej jest tutaj drzew i krzewów, więc mieszkańcy wykorzystują otoczenie jako miejsce do organizacji wszelkiego rodzaju okoliczościowych "eventów", szalenie popularnych pośród postępowej, nowoczesnej młodzieży. Ostatni budynek, znajdujący się tuż przy Sand Point Way, jest zdecydowanie największy i najbardziej okazały ze wszystkich; mieszkają w nim też ludzie którzy najaktywniej udzielają się społecznie i większość czasu spędzają w różnych częściach Seattle, biorąc udział w wystawach, marszach, protestach czy innych masowych imprezach. Oni też, jako jedyni, zamykają drzwi i okna i niechętnie zapraszają każdego obcego do siebie. Zasada ograniczonego zaufania nie podoba się pozostałym mieszkańcom Sand Piper, ale co zrobić... nikt nie łamie prawa.

Re: 5844 NE 75th St, Condominiums Sand Piper [02.15.1999]

#2
| z Walter House

W normalnych okolicznościach Doktor Walter Wilkes dojechałby na miejsce w ciągu dwudziestu minut. Dzisiaj jednak, kiedy śnieg nieustannie sypał utrudniając zarówno poruszanie się po mieście, jak i widoczność, Spokrewniony pod Condominiums Sand Piper zajechał niecałą godzinę później. O tej porze nie dość, że dużo osób wracało do domu, to jeszcze większość kierowców jechała powoli. Nie było w tym nic dziwnego — ulice nie tylko przysypał biały puch, ale i też osiadł na nich lód. Brawurowa jazda mogła skończyć się poważnym wypadkiem. Kainita mógł się niecierpliwić, ale w takich warunkach wyprzedzanie mogło źle się skończyć. I paradoksalnie — przedłużyć go, gdyby coś się stało. Nie warto ryzykować przez pryzmat zyskania na czasie około dziesięciu minut.
Valerie już była na miejscu. Walter bez trudu poznał jej czerwonego jeepa stojącego w tylnej części parkingu, przed wejściem do drugiego z budynków. Nie dostrzegł jednak kobiety ani w samochodzie ani tuż przy nim, śmiało mógł więc założyć, że już weszła do bloku. W cieplejsze pory roku drzwi do klatki schodowej zawsze były tu otwarte, lecz teraz wszystkie zostały pozamykane. Za wyjątkiem tych do czwartej klatki, które ktoś zablokował nóżką…
Valerie. To musiała być Valerie.
kolejka | 
→ sprawy administracyjno-fabularne
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 5844 NE 75th St, Condominiums Sand Piper

#3
  Gdy kolejne płaty szronu odchodziły od szyby, Walter już słyszał w słuchawce warkot odpalanego w samochodzie dziewczyny silnika. Wielkiego silnika, trzeba dodać. Próby zatrzymania dziewczyny w tym momencie były całkowicie bez sensu. Znał ją i wiedział, że gdyby kazał na siebie czekać, jej niecierpliwość szukałaby ujścia. Dziewczyna zapewne musiałaby wyładować na czymś agresję, a gdy podróż nadmiernie by się przeciągała i tak wsiadłaby do swojego samochodu. Dlatego wampir nawet nie pytał, czy ją podwieźć. Miał jedynie nadzieję, że niewielka ilość spożytego wina nie spowoduje kłopotów. ,,Ciekawe, ponoć niektórzy spokrewnieni gustują w krwi zakrapianej alkoholem. Zastanawia mnie, czy z wyostrzonymi zmysłami byłbym dokładniejszy od elektronicznego alkomatu. Nocna policja badająca trzeźwość kierowców.. Łączyłoby się przyjemne z pożytecznym” – Walter uśmiechnął się w duchu. ,,Czy zawsze poważne sprawy musisz roztrząsać od najmniej adekwatnej strony?” – zapytał sam siebie zaraz potem. Przemyślenia o krwi nie wynikały z głodu. Kainita był wręcz rozleniwiony po ostatnim posiłku. Czasami lekki głód był nawet przydatny, wyostrzając umysł. Drapieżnik nie jest najgroźniejszy wtedy, gdy jest głodny. Głodne zwierzę rzuca się bezsensownie, szukając najkrótszej drogi do zaspokojenia pragnienia. Najgroźniejszy drapieżnik to taki, który niedawno jadł, ale ma już w świadomości konieczność, chwilowo odwlekaną, kolejnego posiłku. Ospałość zostaje zastąpiona pełną czujnością. Drapieżnik jest groźny nie dlatego, że jest silniejszy od swojej ofiary, ale dlatego, że podejmuje wysiłek myślenia. To przecież ta zdolność uczyniła ludzi najsilniejszym gatunkiem na Ziemi. ,,Prawie najsilniejszym” Drapieżnik, który myśli trzeźwo i dzięki swojej błyskotliwości jest w stanie przechytrzyć ofiarę, zawsze osiągnie sukces, zawsze zwycięży – niezależnie od tego, czy ofiara jest większa, szybsza, czy zwinniejsza. Z zamyślenia wyrwały go przymarznięte drzwi, które musiał szarpnąć nieco mocniej, by lód puścił. W momencie, gdy lekarz wyjeżdżał ze swojej posiadłości, Valerie od kilku minut była już w drodze. ,,Jest tak niecierpliwa. Zapewne dojedzie znacznie szybciej ode mnie. Byleby tylko nie narobiła jakichś problemów. Nie chcę mieć na głowie poszukiwań dwójki zaginionych”. –,,Dobrze, moja droga. Dojazd zajmie mi trochę czasu, dlatego nie spiesz się. Uważaj na siebie, spotkamy się na miejscu” – odpowiedział na pożegnanie dziewczyny, po czym rozłączył się. Ze swojej ulicy wyjechał dość szybko, w okolicy parku nie było dużego ruchu. W miarę żwawo przejechał też kolejną ulicą, mijając starą posiadłość Old Beck’s. Jedyne samochody, które mijał należały do korporacji taksówkarskich. Zbliżając się jednak do głównej ulicy doskonale widział, co go czeka. Wjeżdżając na główną arterię z miejsca utknął w korku, który bardzo powoli posuwał się naprzód, niczym wąż, poszczególne sploty mięśni, będące samochodami przesuwały się i rozsuwały się, po kolei, ruchem robaczkowym. ,,Kto w lutym jeździ na letnich oponach? Niedzielny kierowca, czy jakiś oszczędnicki? Ludzie naprawdę nie mają za grosz wyobraźni. Albo jeżdżą na łysych oponach, efendi. – zawiesił na chwilę wzrok na buksującym w miejscu samochodzie, próbującym zjechać z chodnika na jezdnię, jednak mimo usilnych wysiłków, koła nie chciały złapać przyczepności. Nie było aż tak ślisko, żeby nie móc wjechać na drogę. Właściciel samochodu nie grzeszył zapobiegliwością.

  Przez chwilę jechał nieco szybciej, by po chwili znów zatrzymać się za samochodem przed nim. Znów ruszyli. Prawa ręka znów wrzuciła bieg. ,,Siła przyzwyczajenia, nic więcej. W takich chwilach faktycznie jestem w stanie przyznać, że automatyczna skrzynia jest lepsza od manualnej. Ale z przyzwyczajenia uparłem się na model przeznaczony na rynek europejski. Albo z przekory. Czasami pewne decyzje są całkowicie nielogiczne, a mimo to je podejmujemy. A ty Daniel? Jak byś wybrał? Nie masz prawdopodobnie samochodu, zawsze dojeżdżałeś taksówkami. Ale gdyby było inaczej? Byłbyś w opozycji do większości, czy przeciwnie, wyśmiałbyś kogoś takiego jak ja, kogo wybór jest niepraktyczny? Co by wygrało, pusty indywidualizm, czy pragmatyzm? Czasami nawet mając pełen obraz nie można być pewnym. Nie zastanawiałem się zbyt głęboko nad swoim wyborem. Dopiero teraz, w tej konkretnej sytuacji odczuwam jego skutki, jest to dla mnie niewygodne. Czy ktoś taki jak ty, dostrzegający takie rzeczy i planujący z wyprzedzeniem – czy ktoś taki zniknąłby sam, z własnej woli bez większego celu? Musiałbyś mieć w tym jakiś powód. Inaczej znaczyłoby to, że to robota osób trzecich, lub że był to przypadek. Ale rzadko zdarza się, żeby przypadkowa osoba została na przykład porwana. Uliczny napad – w porządku. Ale uprowadzenie, lub morderstwo w czyimś mieszkaniu lub na uczelni? Takie rzeczy rzadko uchodziły bez echa. I bardzo rzadko czyn taki był przypadkowy, bez motywu. Zazwyczaj istnieje jakieś powiązanie z, powiedzmy, porywaczami. Zatem, pytanie brzmi, czy któreś z twoich celowych działań spowodowałoby w rezultacie porwanie, bądź inne przestępstwo? Przecież przewidziałbyś to. Czy zatem zachowałeś się tak jak ja przy wyborze samochodu? Nielogicznie, ale zgodnie ze swoją zachcianką? Czy ubliżyłeś komuś, wdałeś się w pyskówkę, mając świadomość, że może się to dla ciebie źle skończyć, ale przez własny upór i dumę nie potrafiłeś postąpić inaczej?”. Walter skręcił w lewo na skrzyżowaniu. Jeszcze jeden skręt, tym razem w prawo i już będzie na prostej drodze do Green Lake. Stamtąd jest już rzut beretem do uniwersytetu. Lekarz wolałby, mimo wszystko, opcję z udziałem osób trzecich. Planowe zniknięcie, zaplanowane przez Daniela w jakimś celu byłoby dużo bardziej złowieszcze i niepokojące. ,,Kolejny pokaz sił w stylu Valerie? Jakaś ukryta wiadomość? A może chcesz mi coś udowodnić? Pokazać, że nie umiałem ci pomóc, że nie umiałem rozwiązać twojej zagadki, więc teraz tworzysz dla mnie kolejną, drugą zagadkę, tym razem w ramach nauczki i jakiejś przewrotnej chęci odwetu za mój brak zrozumienia?”. Walter odetchnął głęboko. Niby pusty gest, ale czy westchnięcie u człowieka ma jakieś praktyczne zadanie? Nie oddycha się w ten sposób. To tylko okazanie emocji. A Walter, mimo, że był spokrewnionym zachował swoje emocje. Umiał je sprawnie kontrolować, to prawda, ale nie pozbył się ich.

  Jego zdenerwowanie powoli ustępowało. Zaczął widzieć w tej sytuacji nie przeszkodę, ale wyzwanie. ,,Dobrze więc. Nie wiem, czy to ty stawiasz mnie w tej sytuacji, Danielu, czy to tylko zbieg okoliczności, czysty pech lub zrządzenie losu. Jesteś zbyt cennym przypadkiem, żebym miał z tego zrezygnować. Rzadko trafia się na tak interesujący obiekt. Rozwiążę twoją zagadkę niezależnie od okoliczności”. Walter odprężył się w fotelu, mimo padającego za oknem śniegu i utknięcia w przerażającym korku. Jego martwe mięśnie powoli rozluźniały się, a może po prostu odniósł takie wrażenie, a zmiana leżała jedynie w psychice. Nie miało to jednak znaczenia. ,,Nawet lepiej, jeżeli specjalnie rzucałbyś mi te kłody pod nogi. W takim wypaku mogę jedynie czołobitnie winszować twojej przewrotnej pomysłowości. Jeśli naprawdę wszystko to zaplanowałeś, mając na celu realizację jakiegoś większego planu.. Jeśli założyłeś, że zrobię wszystko, żeby cię odnaleźć, a przez twoje zachowanie dojdę do źródła problemu i zrozumiem, dlaczego zachowałeś się właśnie w ten sposób, poznam twój charakter.. Tak. Nie myliłem się co do ciebie. Jesteś wyjątkowo ciekawym przypadkiem”. Ktoś obserwujący Waltera, zaglądając przez szybę jego samochodu, na oświetlonej przymglonym, żółtawym blaskiem ulicznej latarni twarzy dostrzegłby teraz nieludzki grymas szerokiego uśmiechu, wysunięte zęby i pełne determinacji, pewnego uniesienia i ekstazy oczy psychopaty. Jego ciało ogarnęła fala euforii. Czysta, niemal zwierzęca radość wywołana powolnym rozwiązywaniem puzzli ludzkiej psychiki. Jednak nikt nie patrzył teraz w okno kremowego malibu, jednego z wielu aut powoli sunących na południe miasta. Grymas ten trwał ledwie chwilę, po pierwszym maniakalnym impulsie lekarz uspokoił się i już bez dalszych oznak niepoczytalności kontynuował jazdę. Dobry humor jednak towarzyszył mu już do końca drogi.

  W końcu dojechał do skrzyżowania z drogą wlatującą pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Gdy tylko pasmo samochodów z przeciwka na chwilę się przerzedziło, spokrewniony skorzystał z powstałej luki i ruszył już w w miarę normalnym tempie, jak na warunki panujące na drodze. Samochodów było tu już znacznie mniej. Po paru minutach dojechał do kolejnego skrzyżowania. Widział już zarysy domu, który w pewien sposób przypominał mu jego własny. Gardner House był wprawdzie dużo starszy i nawet niezbyt podobny konstrukcyjnie, za to okolica i ogród były niezwykle podobne do jego własnego, zaniedbanego podwórza. Czasami mijał ten dom, jadąc w jakieś konkretne miejsce i zawsze, niezmiennie ten budził w nim jakąś nienazwaną i odległą nostalgię. Coś w tym miejscu było jakieś takie znajome. Albo atmosfera, przeczucie związane z tym miejscem, było w pewien sposób – może nie przyjazne – ale z pewnością wiązało się z czymś w niejasnym sensie pozytywnym. ,,Mógłbym tu mieszkać. Być może bliskość jeziora miałoby lepszy wpływ na pacjentów, zwłaszcza tak narwanych jak Valerie”. Jadąc dalej, wzdłuż traktu okalającego jezioro, Walter wrócił myślami do podopiecznej. ,,To trwa zbyt długo. Na pewno już nie wytrzymała tego czekania, nie żebym oczekiwał czegoś innego. Mam tylko nadzieję, że gdy już dojedzie na miejsce i zacznie łazić wokoło, szukając czegokolwiek związanego z Danielem nie wpadnie w łapy starej, wrednej jędzy, bo może się to skończyć źle. Niekoniecznie dla dziewczyny, ale po co tworzyć kolejny problem?’’.

  Był już niedaleko terenów uniwersyteckich. Nie wiedział dokładnie, gdzie ma skręcić, więc zwolnił nieco, dokładnie przypatrując się znakom z nazwami ulic. Gdy dostrzegł właściwy drogowskaz, wjechał w dość wąską, osiedlową uliczkę, wzdłuż której posadzone były modrzewie, otaczające zresztą całe blokowisko wespół z wysokimi sosnami i pokaźnymi dębami. ,,W lecie jest tu pewnie całkiem uroczo. Teraz jedynie sosny utrzymują jakiś poziom funkcji ozdobnych.. Jest i nasza architektka”. Z daleka zauważył wielkiego Jeepa. Gdy wjechał na osiedlowy parking z paroma śladami kół w świeżo napadanym puchu dostrzegł jednak, że samochód i jego najbliższa okolica są puste. ,,Dziecko drogie, twoja niecierpliwość będzie zagadnieniem numer dwa, którym zajmiemy się, gdy tylko choć trochę przestaniesz się wyżywać na niewinnych zwierzętach’’. Walter zaparkował obok samochodu podopiecznej z ironicznym uśmiechem porównując rozmiar obu samochodów, po czym zatrzasnął drzwi i zamknął je kluczykiem. Nie był sam na parkingu. W pobliżu bloku siedziało kilku młodych ludzi, których lekarz początkowo wziął za punków. Idąc w stronę otwartych drzwi w czwartej klatce schodowej zreflektował się jednak, że to co z daleka wziął za irokez było w istocie jakąś wymyślną zimową czapką. Kątem oka dostrzegł też żula grzebiącego w śmietniku przy wejściu do sąsiedniego bloku. Zatrzymał się w drzwiach i spojrzał na zegar w komórce. Pokiwał głową. ,,Pięćdziesiąt minut. Valerie dojechała niecałe pół godziny przede mną. Z pewnością nie mogła się już dłużej powstrzymać. Drzwi jednak nikt nie zdążył zamknąć, co znaczyłoby że do budynku weszła całkiem niedawno. Upierdliwi dozorcy na takich blokowiskach z pewnością nie pozwoliliby, żeby klatka wietrzyła się przez pół godziny. I pewnie jakiś upierdliwy gnój zaraz tu przyjdzie i zacznie sapać.. Walter przekroczył próg domu nie niepokojony przez nikogo. Obejrzał się za siebie i delikatnie podważył nóżkę butem, a ta trzasnęła o drzwi. Chwilę później drzwi zatrzasnęły się za jego plecami. Mieszkanie zaraz na prawo od wejścia.. Ruszył pod drzwi nasłuchując, gdzie też teraz znajduje się jego podopieczna. Bo tego że najpierw ją usłyszy, był niemal całkowicie pewien.

Spoiler | 
Sprawdzam drzwi, jeśli będą zamknięte zajmuję się zlokalizowaniem Valerie
KARTA POSTACI: Walter M. Wilkes
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Niemiecki, Hiszpański
Opis Postaci | 
Walter jest obecnie ubrany w ciemnofioletową koszulę, zapiętą pod samą brodę, zielonkawy płaszcz z licznymi łatami z różnych materiałów i w różnych kolorach, do tego ciemnobrązowe sztruksowe spodnie spięte szerokim, parcianym paskiem w kolorze popielatym z srebrną klamrą i eleganckie skórzane mokasyny.

Re: 5844 NE 75th St, Condominiums Sand Piper [02.15.1999]

#4
Odkąd Walter wsiadł do samochodu, odtąd pogrążył się we własnych rozmyślaniach. Nie było w tym niczego nadzwyczajnego. Ot, rozważania doktora Wilkesa o sprawach związanych z tym, czego był świadkiem lub o takich, które wprawiły go w zadumę. Jednakże niewielu Spokrewnionych prowadziło wewnętrzne monologi, by podjąć próbę zrozumienia niektórych elementów tego świata, tych ludzi, tych rzeczy. W szaleństwie jest logika, jak to mawiają niektórzy Malkavianie. Walter Wilkes, jeden ze Świrów, zdawał się być tym, który naprawdę rozumiał wiele aspektów osobowości i psychiki nie tylko ludzi, ale również i zwierząt oraz Spokrewnionych… Wampirów, które przecież w pewnym stopniu były zwierzętami. Istot, których głód krwi doprowadzał do uwolnienia Bestii. Ukrytego pragnienia, świadomości — zatracenia siebie w imię słodkiej vitae. W imię pożywienia. Ludzie jeszcze mieli jakiś kręgosłup moralny. Jakieś zasady. Jakieś opory. Bestia nie miała żadnych. Absolutnie żadnych.
Walter należał do tych szczególnych Spokrewnionych, którzy podejmowali próbę zrozumienia niektórych rzeczy. W przeciwieństwie do wielu innych, dla których rzeczy były i będą, są po prostu nieodłącznym elementem ich egzystencji, ale nie zastanawiają się nad tym dlaczego i w jakim celu.
Walter był odmienny.
I ta inność była tym, co sprawiało, że interesował się nim… Inny.
Doktor go jeszcze nie dostrzegał. Nie mógł. Inny mu na to nie pozwolił. Był jednak obok niego; Wilkes odczuwał nieznaną mu obecność jakiejś osoby, bytu. A jednak Inny w materialny sposób nie dawał mu jakichkolwiek oznak swojej obecności. Swojego zainteresowania.
Do czasu gdy rozmyślania wampira zostały przerwane, gdy w jego umyśle pojawiła się odpowiedź. Mówisz do mnie jakbym miał samochód. Prych! Myślisz, że ktoś taki jak ja, biedny student, który sobie strzelił w łeb, ma fundusze na coś więcej niż bilety komunikacji miejskiej? Oszalałeś? A, zapomniałem! Przecież Ty już jesteś szalony. Wybacz mi, mam lekką sklerozę. Wracając jednak do Twoich rozważań doktorku… Widzisz, ja jestem architektem. Budowniczym maszyn. Wiem, wiem, jeszcze długa droga droga przede mną, ale już niedługo! Za kilka lat zostanę inżynierem, ale cóż mogę poradzić? Czuję się tak, jakbym już je skończył. Sam przecież studiowałeś. Wiesz jak idiotyczni są czasem profesorzy. A może nie są? Może mają po prostu zacofane przekonania? Cholera ich wie. Inny jakby odsapnął na chwilę. Walter dopiero teraz mógł zobaczyć siedzącą obok niego istotę... Efemeryczny byt, którego powłoka mieniła się bielą. Miał kształty ludzkiej istoty, ale jeszcze nie były one... pełne. Inny siedział obok niego, na siedzeniu pasażera i mówił z ogromnym przejęciem żwawo gestykulując. No, ale znowu wracając do tematu… Gdybym miał wybierać między pustym indywidualizmem a pragmatyzmem… Przecież znasz na to odpowiedź, doktorku. Jestem budowniczym, zapomniałeś? Oczywiście, że wybrałbym pragmatyzm! Ideały są dla tych, którzy nie dostrzegają możliwości jakich stwarza rozmaitość tez, twierdzeń i badań. Dla tych, którzy nie dostrzegają, że ideały są zacofaną formą własnych przekonań. To tylko puste idee… Wartości, przez które twierdzący nie potrafi spojrzeć szerzej, dostrzec całości spektrum zjawiska. Ja nie mam ideałów, doktorku. I znów Inny mu przerwał. Walterowi zdawało się, że widział jak ten prycha z pogardą; najpierw patrzy na niego jak na jakiegoś idiotę, a potem odwraca wzrok ku szybie w niemym wyrazie obrazy swojej osoby. Na kolejne słowa doktora Inny zaśmiał się niby to arogancko, niby to z politowaniem. No, na te pytania Ci nie odpowiem, doktorku. Sam musisz znaleźć na nie odpowiedź. Ale dam Ci małą podpowiedź! Czy ja Ci wyglądam na kogoś, kogo ktoś chciałby porywać? Mnie? Tego, który sobie strzelił w łeb? Kto by chciał mieć takiego psychopatę za zakładnika? Ale z drugiej strony — przecież nie wiesz o mnie wszystkiego. Może się szlajałem z jakimiś bandytami i dilerzynami. Może wpadłem w jakieś chuligańskie towarzystwo. Może tak bardzo mi odbiło. Skąd możesz to wiedzieć. To, co wiesz o mnie na pewno to to, że jestem uparty i dumny. Nie pozwoliłbym sobie wejść na głowę. Przecież wiesz. Tobie nie pozwoliłem, pamiętasz? I znowu pogardliwe prychnięcie, poruszenie się w fotelu jakby z obrzydzeniem. A potem rozległ się śmiech w odpowiedzi na dalsze rozmyślania Waltera. Tak, jakby ktoś przysłuchiwał się jego rozważaniom. Jakby był obok i robił mu wybitnego pranka. Najlepszego w swoim życiu! A co najlepsze - czy też najlepsze, zależnie od punktu widzenia - Inny przypominał Daniela. Coś Walterowi podświadomie mówiło, że to on, że tak właśnie wyglądał. Tak, tak wiem. Jestem cennym przypadkiem. Jak niewielu innych pacjentów, którzy są dla Ciebie tylko umysłami do odgadnięcia. Bo tym się zajmujesz, prawda? Chcesz poznać nasze życie, sekrety, pragnienia po to, by posegregować części naszej osobowości na różne fragmenty i je potem zbadać? Tak? tym się zajmujesz? No to powiem Ci, że jestem świetnym przykładem! Wybitnym wręcz! Przecież nie wymyśliłem sobie Bobbiego. Bo skąd? Myślisz, że aż tak zwariowałem? Nie jestem Tobą, doktorku, o nie. Nigdy nie będę. Nie pozwolę się zaszufladkować. Możesz próbować, ale nie poddam się tak łatwo! Nie pozwolę! Nie dam się! Inny jakby się zdenerwował; ton jego wypowiedzi wzmocnił się o jakieś trzy tony zagłuszając myśli Wilkesa i dźwięki otoczenia. Nie wspominając już o tym, że zaczął się na krześle wiercić. Walter poczuł ekstazę i uniesienie, ale Inny tylko się tym faktem zirytował. I to poważnie! W powietrzu dało się wyczuć aurę irytacji i zdenerwowania, gniewu i uporu. Jakby specjalnie chciał sprawić, by dobry humor Spokrewnionego zniknął. By dopadły go wątpliwości. By zwątpił we własne możliwości. No coś podobnego!
Kiedy Walter wjechał na skrzyżowanie, Inny zamilkł. Uspokoił się. Jakby go tu nigdy nie było. Przez całą drogę aż do kolejnego skrzyżowania siedział w milczeniu, ale Spokrewniony miał takie dziwne przeczucie, że jest przezeń obserwowany. A mimo to Inny niczego nie powiedział. Nie skomentował nawet sposobu jazdy doktora. Przy Gardner House wrażenie bycia obserwowanym zniknęło. Przynajmniej na chwilę, bo Inny spoglądał na gmach budynku. To sobie kup ten dom. Co Ci szkodzi. Jesteś przecież wampirem, no nie? Masz zdolności, fundusze, możliwości. Skorzystaj z tego. Inny wzruszył ramionami. Dlaczego bliskość jeziora miałaby mieć lepszy wpływ na Twoich pacjentów, doktorku? Skąd pewność, że jakiś typek z depresją nie zechce się utopić? Padło pytanie, a głos tegoż brzmiał tak, jakby Inny głęboko powątpiewał w tę pozytywność. Jakby był co najmniej taką myślą Wilkesa zniesmaczony.
Wredna jędza jest wszędzie. Dodał z gorzkim uśmiechem na wargach. Zaśmiał się chrapliwie, nieprzyjemnie. Znowu zapadła między nimi grobowa cisza. Inny pozwolił Walterowi samodzielnie trafić pod wskazany adres. Nie udzielił mu żadnych wskazówek ani nie robił dalszych ironicznych uwag. Nawet na rozmyślania o architekturze krajobrazu nie odpowiedział. Gdy jednak Malkavian pomyślał o Valerie, o jej niecierpliwości i utemperowaniu charakteru, Inny zaśmiał się tubalnie. Głośno, przedrzeźniając doktorka i jego myśli. A potem zniknął. Rozpłynął się w powietrzu. Walter został sam. Bez żadnego pożegnania czy nawet gestu papa. Te dwie osoby, które Wilkes wziął za punków, nawet na niego nie spojrzały. Żul też. Nikt się nie przejął jego obecnością.
Jeszcze zanim wampir dotarł pod pierwsze drzwi na prawo od wejścia, usłyszał dwa głosy. Jeden bezsprzecznie należał do Canari. Drugi… No cóż, drugiego nie znał. Aczkolwiek mógł się domyślać do kogo należał.
— Tylko zadałam pytanie! Przecież nie próbuję wcisnąć jakiegoś żelazka czy innego gówna…
— A nic mnie to nie obchodzi! Won! Jak jeszcze raz cię tu zobaczę to wezwę policję!
— A wzywaj sobie, stara jędzo! — No, i tutaj Walter już wiedział z kim rozmawiała pani architekt. A raczej wymieniała ostrą wymianę zdań. Głosy zdecydowanie dobiegały z wyższego piętra. Co najmniej trzeciego.
Jego pewność się potwierdziła. No i zlokalizował swoją podopieczną.
kolejka | 
→ sprawy administracyjno-fabularne
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 5844 NE 75th St, Condominiums Sand Piper

#5
  Nie pierwszy raz Walter zanurzył się w odmętach własnych przemyśleń. Zresztą, cóż innego mógłby uczynić w tej sytuacji? Nawet najbardziej prymitywni ludzie w momencie, gdy nie mają możliwości, by skupić na czymś uwagę, odpływają w fantazje. Ich treść jest różna. U jednych ciąg myśli, przebłysków i obrazów przypomina durnowatą telenowelę, operę mydlaną – bez fabuły, bez morału, bez sensu. Są też ludzie – architekci, którzy nieustannie tworzą w swym umyśle plany i schematy. Taki człowiek, jeśli da się mu jedynie chwilkę na zastanowienie, szybką autorefleksję i analizę otoczenia, będzie miał gotowy plan działania, do którego perfekcyjnie się zastosuje, nieraz obmyślając kilka następnych ruchów. I niemal zawsze powstaje jakiś plan awaryjny. Plan B, czasami i kolejne plany C, D.. i tak aż do wyczerpania alfabetu. ,,Tak Danielu, ty myślisz właśnie w ten sposób. Zero przypadku, wszystko wykalkulowane, co do milimetra.” Jeszcze inni ludzie myślą szybciej, niż są w stanie działać, a ich przemyślenia to jedynie migotliwe przebłyski, jak w pokręconym teledysku. A jaki był Walter? Nie był architektem, a jego przemyślenia - powolne i wyważone, nie narwane. Nieraz lekarz czuł się jak patolog sądowy ze skalpelem, rozcinający sine, żylaste truchło świeżego trupa, aby powolnymi ruchami, precyzyjnie otwierać i wycinać kolejne elementy żyjącego niegdyś tworu. Części całości, obracane w zręcznej dłoni i analizowane z każdej strony. A gdy całość zostanie już rozebrana, a wszystkie elementy poznane, lepiej niż własne – no właśnie, co wtedy? Czy ekstazę przynosi uczucie rozwiązania, czy raczej samo odkrywanie? Droga, czy świątynia na jej końcu? Każde po trochu. Jedno i drugie składa się na poczucie spełnienia. Zbyt krótka droga to zbyt małe wyzwanie – cóż to za wędrówka, która nie zmęczy choć trochę, nie zmusi do podjęcia wysiłku? Znowu, droga prowadząca donikąd, lub tworząca okrąg, bez określonego celu, prędzej czy później musi spowodować wypalenie, nudę. Jedno i drugie musi współistnieć, inaczej całość przedsięwzięcia traci sens”. Walter jednak był w pewnym sensie lekarzem, który sekcję prowadzi na żywym organizmie – a w związku z tym ponosił większe ryzyko. Nie mógł pozwolić sobie na błąd.

  Przeczucie nadchodziło stopniowo, niczym morska bryza – najpierw jedynie słyszana z oddali, pierwsze odczucie wewnątrz, w trzewiach, że coś jest inne, później delikatny wiaterek uderza w twarz, uczucie, mrowienie, dreszcz – zaczyna powoli wlewać się do świadomości, a z niej rozlewa się powoli po całym ciele, ścieka po kręgosłupie, w końcu uderzając już tak intensywnie, wstrząsając wręcz, że nie można tego zignorować i pominąć. I tak też, gdy istota pierwszy raz przemówiła w myślach wampira, ten już zogniskował swoją uwagę na innym. Nic nie odpowiedział. Nie skomentował. Nie dał nawet po sobie poznać, że cokolwiek zauważył. Uderzenie nie rozeszło się dalej. Zostało jedynie w umyśle, stłumione. Jego ciało nawet nie drgnęło, nie wykonało ani jednego niekontrolowanego ruchu. Gdy inny skończył swoje przemówienie, Walter kontynuował bieg swoich myśli, w żaden sposób nie nawiązując do głosu z zewnątrz.. Lub z wewnątrz? Mieniąca się powłoka była w samochodzie, siedziała obok niego. Czy to jednak wskazuje na cokolwiek? Walter spotkał się w życiu z wieloma mrocznymi rzeczami, istotami nieraz tak przerażającymi, że nawet wielu ambitnych Tremere nie próbowałoby ich wywoływać bez ważnego powodu. Sam zresztą niejednokrotnie w swej przeszłości wzywał tych wędrowców z innego wymiaru, jednak, mimo tej niemalże namacalności, wampir nigdy nie potrafił stwierdzić z całą pewnością, czy taki byt istotnie pochodzi z zewnątrz, czy jest jedynie emanacją umysłu postrzegającego? Potrafili radzić, grozić, bluźnić – ale czy i ludzie nie byli do tego zdolni we własnych wnętrzach? ,,Próbujesz być opryskliwy i arogancki, obrażając mnie. Zdajesz się przypominać Daniela, ale Daniel nie zachowywałby się w taki sposób, a fizyczne podobieństwo, bez znaczenia, mógłbyś przypominać każdego i nikogo. On nie jest frustratem, a nawet jeśli gdzieś w głębi jego motywacjami kieruje frustracja, to znaczyłoby, że jesteś jedynie niewielkim wycinkiem, zbędnym elementem jego osobowości. Ktoś kto jest budowniczym, pragmatykiem nie mógłby opierać się na takim filarze jak ty. Zdarzało się, owszem, że wygłaszał przy mnie cierpkie monologi, jednak ich styl był odmienny, głębszy. Dotykał istotnych spraw. Ty zioniesz pustą złością, niepopartą niczym. Ponadto, nie rzekłeś mi nic, czego sam bym nie wiedział. Równie dobrze możesz być moim własnym wytworem. Wróć, gdy będziesz miał coś konkretnego do powiedzenia, w przeciwnym wypadku jedynie mi zawadzasz” - Gdy głos zamilkł pod koniec podróży, Walter w końcu odniósł się do jego słów. Nie powiedział nic więcej, podobnież jak istota rozparta na jego fotelu. Walter nie przykładał do tego wydarzenia zbyt dużej wagi. Teraz miał ważniejsze rzeczy do zrobienia. Gdy tylko samochód zamarł na miejscu parkingowym, inny rozpłynął się, jakby to co zdarzyło się w samochodzie było jedynie przewidzeniem. Spokrewniony jednak nie był ignorantem. Dokładnie zachował w pamięci słowa zjawy, jednak czas na analizę nadejdzie później.

  Rozglądając się za podopieczną, niespiesznym krokiem podszedł pod pierwsze drzwi po prawej. Gdy tylko przed nimi stanął, usłyszał wrzaski dobiegające z góry. Położył dłoń na klamce, wsłuchując się w podniesione głosy. Wchodzić teraz czy nie? ,,Jeśli nie pójdę teraz na górę, kobiety rzucą się sobie do gardeł. Muszę coś zrobić, żeby uspokoić sytuację. Być może stara jędza będzie w stanie mi odpowiedzieć na parę pytań”. Trwał chwilę w tym zawieszeniu, trzymając klamkę, walcząc z chęcią wpierw otworzenia drzwi i rozejrzenia się. Dłoń powoli zsunęła się z niej, a lekarz westchnął niemal teatralnie, włożył ręce w kieszenie płaszcza i ruszył znużonym krokiem w stronę schodów słuchając kolejnych, rzucanych na przemian, jak w jakimś pojedynku, coraz bardziej nerwowych wypowiedzi. Gdy w końcu dotarł na właściwe piętro, rozejrzał się wokoło. Kobiety stały w korytarzu po prawej stronie, mniej więcej pośrodku, pomiędzy dwoma zamkniętymi drzwiami do mieszkań ,,Ponoć stara jędza miała mieszkać naprzeciwko Daniela, skąd więc obie wzięły się na trzecim piętrze? Czyżby zawędrowały aż tak daleko w trakcie kłótni? A może to jest właśnie ten upierdliwy dozorca?. Cicho podszedł do dwóch kobiet. Gdy już był w odległości, która pozwalała na konwersację bez podnoszenia głosu, odezwał się zimnym głosem: -,,Valerie, nie krzycz tak’”, jednak gdy dziewczyna odwróciła się w jego stronę, posłał jej ciepły uśmiech, zupełnie niepasujący do tonu głosu. Szybko przeniósł wzrok na drugą kobietę, wtedy też wyraz jego twarzy przemienił się w beznamiętną maskę, odezwał się już nieco lżejszym, negocjacyjnym tonem: -,,Proszę wybaczyć mojej podopiecznej. Oboje jesteśmy nieco zbyt podenerwowani sytuacją”. Gdy tylko kobieta przeniosła na niego swój wzrok, zaczął, być może nieco zbyt intensywnie, wpatrywać się w jej oczy. Kontynuował, niezrażony wściekłą miną starej kobiety: -,,Przepraszamy za zakłócenie pani spokoju, jednak przychodzimy w istotnej – podkreślił to słowo –,,sprawie. Mieszkający tu chłopak, Daniel Arnight miał dzisiaj stawić się na spotkaniu, ale..” – Walter wykonał nieokreślony ruch ręką –,,..tak się nieszczęśliwie złożyło, że nie dotarł na miejsce, a nie udało nam się z nim skontaktować. Dlatego przydałaby się nam każda pomoc, w celu określenia co się z nim stało i gdzie się właściwie znajduje. Czekał jak zareaguje kobieta. ,,To jak, stara prukwo? Współpracujesz po dobroci, czy jednak popełniłem błąd i powinienem zostawić cię na pastwę Valerie?”

KARTA POSTACI: Walter M. Wilkes
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Niemiecki, Hiszpański
Opis Postaci | 
Walter jest obecnie ubrany w ciemnofioletową koszulę, zapiętą pod samą brodę, zielonkawy płaszcz z licznymi łatami z różnych materiałów i w różnych kolorach, do tego ciemnobrązowe sztruksowe spodnie spięte szerokim, parcianym paskiem w kolorze popielatym z srebrną klamrą i eleganckie skórzane mokasyny.

Re: 5844 NE 75th St, Condominiums Sand Piper [02.15.1999]

#6
Większość ludzi była prymitywna. Podążająca za ciemną masą — rzeszą osób, które, podobnie jak oni, niewiele rozumieli, lecz naiwnie i bez przemyślunku podążali w kierunku, który im wyznaczono. Ot, moda jednym z najlepszych przykładów. Rządziła się swoimi prawami; szła zgodnie z tym, co wytyczali wielcy właściciele domów mody. Przeciętny człowiek nie wie jednak kto wymyślił taki czy inny krój i jaka jest jego historia. Nie potrafi określić własnego gustu, lecz za to świetnie podąża za tym, co mu pokazują witryny sklepowe. Zna wartość torebki Luisa Vuittona — i nawet gdyby była paskudna, to i tak chciałby ją mieć, bo to przecież markowe, takie drogie, stawiające choć odrobinę bliżej niedostępnego świata ludzi obrzydliwie bogatych. Nawet w modzie jest jednak swojego rodzaju piękno. Yves Saint Laurent zapewne nigdy nie ubrałby kobiet w męskie smokingi, gdyby wówczas nie zaczęły się one podejmować zawodów dotychczas zarezerwowanych wyłącznie dla mężczyzn. Bezkrytyczne podejście i niechęć do podejmowania głębszych rozważań czyniły z ludzi głupców nie mających swojego zdania i nie wdających się w samodzielną polemikę. Po cóż, skoro można zrobić tak, jak każdy inny?
Wielkie umysły architektów, badaczy i myślicieli to tylko garstka spoza ciemnej masy. Garstka, lecz jakże cenna. Bez przesady, doktorku. Inny skrzywił się na twarzy jakby ten go uraził. Nie da się wszystkiego wykalkulować co do milimetra. Jeszcze tak nie zdurniałem, żeby planować wszystko od A do Z. Byłbym głupcem nie zostawiając choć odrobiny przestrzeni dla wypadków nieprzewidzianych. Ale przecież Ty to wiesz. Ja to wiem. O czym my rozmawiamy? Inny wzruszył ramionami na chwilę pozostawiając ręce w uniesionej pozycji i patrząc na Waltera. Zapadła długa cisza. Bardzo długa cisza, podczas której słychać było jedynie warkot samochodu i uderzający w szybę śnieg. To coś, co Wilkesa mogło wyprowadzić z równowagi… Na szczęście Inny znów się odezwał w jego własnym umyśle zagłuszając irytujące dla Malkaviana dźwięki. No nie wiem, doktorku. A co, jeśli akurat w tym przypadku droga jest krótka, bo dłuższej po prostu nie ma? Też będziesz na siłę szedł naokoło, byleby postawić sobie wyzwanie? Nie szkoda na to czasu?. Inny zamyślił się na chwilę. Przez kilka sekund patrzył na wampira, ale potem odwrócił wzrok ku mijającej ulicy. Wielu ludzi idzie drogą prowadzącą donikąd. Jeśli sami nie wybiorą dla siebie odpowiedniej, to nikt tego za nich nie zrobi.. Na całe szczęście, Walter Wilkes doskonale znał swoją drogę. Wiedział, co chce robić, w jakim kierunku iść, czym się zająć. Przede wszystkim jednak: widział w tym celowość. To coś, czego brakowało większości osobom.
Inny zaśmiał się frywolnie gdy Walter ocenił jego osobę. Znów popatrzył na kierowcę. Podjął się odpowiedzi. Z początku rozbawionym głosem, lecz wraz z kolejnymi słowami coraz bardziej poważniał. Niczego nie próbuję, bo i niczego nie muszę. Nawet udowadniać Ci czegokolwiek. Cokolwiek sobie myślisz, cokolwiek wnioskujesz — to nie ma znaczenia. I tak nigdy mnie nie zrozumiesz. Skupiłeś się na Bobbym, pamiętasz? Dlaczego nigdy odpowiednio mnie nie przycisnąłeś, bym powiedział Ci dlaczego chciałem popełnić samobójstwo? Być może wiedziałbyś wtedy dlaczego byłem, jaki byłem. Jestem, jaki jestem. Nie powiem Ci też niczego konkretnego, bo to nie tak działa, doktorku. Wypowiedziane przezeń słowa miały w sobie coś z tajemniczości, a jednocześnie…. Malkavian poczuł, że podświadomie Inny daje mu jakąś wskazówkę. To nie tak działa., powtórzył. Nie zapowiadało się na to, by jeszcze chciał rozmawiać ze Spokrewnionym. Jak już wcześniej więc wspomniano, zjawa zaśmiała się głośno i tubalnie, przedrzeźniając myśli psychologa,a następnie rozpłynęła się w powietrzu i zniknęła.
Wnętrze budynku mieszkalnego niewiele różniło się od przeciętnego bloku. Ściany nie wyglądały na najnowsze; gdzieniegdzie były odrapane, a jasny, beżowy kolor mający umilić widok, już wyblakł. Wraz z kolejnymi piętrami Spokrewniony zauważył, że Valerie niedokładnie podała mu miejsce zamieszkania Daniela. Owszem, numer się zgadzał… Ale było to czwarte piętro. Lokal faktycznie znajdował się na prawo od wejścia, lecz nie tego głównego, a z poziomu klatki. Arnight mieszkał pod numerem 45, 46 znajdowało się po przeciwległej ścianie, a 47 — naprzeciw. I to przed nim stała wredna jędza; drzwi były lekko uchylone. Co też nasuwało myśl, że mogła mieszkać sama.
Valerie już chciała odpyskować babie, ale słysząc głos Waltera, zamilkła i odwróciła ku niemu głowę. W przeciwieństwie do niego jednak, nie uśmiechnęła się. Była wzburzona, trudno więc oczekiwać, że nagle zacznie się cieszyć. A przecież jeszcze nie tak dawno temu z nim rozmawiała. Za to postawa i wściekły wyraz twarzy starszej jaki był, taki pozostał. Wraz z kolejnymi słowami Malkaviana zaczął się jednak zmieniać. I to wcale a wcale nie na lepsze. Nawet nie dała mu skończyć!
— Wypchajcie się tymi swoimi przeprosinami! — Babina postąpiła ku nim dwa kroki i zaczęła wymachiwać rękami jakby chciała ich odpędzić. — Przychodzicie tu, zakłócacie spokój, węszycie! Szacunku do starszych nie macie! — Te słowa brzmiały zabawnie zważywszy na starczy wiek Waltera… Ale prukwa te słowa kierowała zdecydowanie do Valerie. — Myślicie, że możecie sobie tu przyjść, wypytywać, krążyć i wciskać jakieś kity! Wynocha! Won! W… — Zapewne chciała krzyknąć kolejne “Won”, lecz Canari przerwała jej siarczystym uderzeniem wewnętrzną dłonią w policzek. Aż się kobiecina zachwiała.
kolejka | 
→ sprawy administracyjno-fabularne
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 5844 NE 75th St, Condominiums Sand Piper

#7
  Coś poszło nie tak. Spoglądając w rozszerzające się z wściekłości oczy kobiety, na jej dygoczące jak malignie ręce – Walter już wiedział, że zamiast stłumić wściekłość kobiety, tylko bardziej ją rozsierdził. Przez sekundę ciężko westchnął w duchu, z rezygnacji. ,,Po co ja tu jestem? Czy nie mogłem kolejny dzień po prostu nie pchać się w kłopoty i siedzieć w domu na dupie?”. Po mignięciu słabości lekarz wymierzył sam sobie mentalny policzek. Ciężko powiedzieć, żeby się zdenerwował, ale miał dzisiaj zadanie do wykonania. A każda kolejna minuta, którą przepuści na pierdoły to minuta, w trakcie której Daniel oddalał się. Gdyby został porwany w trakcie drogi do jego domu, przestępcy mieliby już ponad godzinę, żeby gdzieś odjechać. O ile kilometrów odstawili doktorka? A każda minuta, to kolejne chociażby kilkadziesiąt metrów. Gdyby to niekoniecznie miało miejsce porwanie, a Daniel rozpłynąłby się kilka dni temu, złapanie jakiegoś tropu mogło być jeszcze trudniejsze, a zwłoka była wielce niepożądana. Za chwilę kobiety - młoda i stara - skoczą sobie do gardeł. Pokojowe odejście nie wchodziło już w grę - w życiu nie zabrałby stąd teraz swojej podopiecznej, chyba, że siłą. Nie mógł na to pozwolić. Nie mógł też trwonić czasu na stare, spróchniałe, rozwrzeszczane pizdy, które ostatki swojego życia spędzają na przeszkadzaniu pracującym ludziom. ,,Być może zajmowanie miejsca w komunikacji miejskiej, zawsze w godzinach szczytu, gdy młodzież szkolna jedzie na zajęcia, albo robotnicy wracają akurat z pracy nie spotka się z oporem. Być może za wieczne zajmowanie miejsc przy okienku w aptece, czy wizyty u lekarza o najwygodniejszych porach dla ludzi pracujących także nikt cię nie wybatoży. Ale teraz stanęłaś na drodze mnie, nieumarłemu, a wiedz, że mam tutaj istotny interes do załatwienia i nie pozwolę, żeby mi przeszkodziło takie bezużyteczne gówno jak ty!”

  Szybko rozejrzał się na obie strony - w korytarzu nikogo nie było, ale to nie znaczy, że za chwilę ktoś nie wyjdzie z sąsiedniego mieszkania, albo nie wyłoni się z klatki schodowej. Trzeba było działać szybko. Siłą woli poruszył uśpioną krew, rozlewając ją po splotach martwych mięśni, spalając ją w celu uzyskania ponadprzeciętnej siły. Szybko doskoczył do już otrząsającej się po uderzeniu dziewczyny kobiety, przedramię wbijając jej w twarz na wysokości ust, wpychając jej część materiału do wewnątrz, drugą ręką chwytając ją za tył głowy, dociskając do improwizowanego knebla, aby kobieta przestała się drzeć. –,,Valerie, trzymaj ją” – rzucił szybko w stronę podopiecznej i wspólnymi siłami wepchnęli kobietę do mieszkania, które, jak się zdawało, starsza kobieta zajmowała sama. –,,Valerie, zamknij drzwi. Proszę się uspokoić. Chcemy tylko zadać kilka pytań” – Czuł się trochę dziwnie, ulegając pierwszemu impulsowi, wcielając się na chwilę w rolę bandziora. ,,Lub pielęgniarza. Oni to zawsze muszą się trochę powyżywać na staruchach, doktorku. To istna degradacja. Ale tak naprawdę każdy chce czasem być takim pielęgniarzem, prawda, doktorku? Czuć tą siłę i władzę, której nie ma już na wpół zżarty przez chorobę słaby człowiek. Czyżbyś nie mógł już się powstrzymać?” – drwiący głos w jego głowie wyśmiewał się z niego, ale faktycznie jakaś nuta jazgoczącego głosu kobiety napierała na wrażliwą strunę w duszy Waltera. Bestia rozbudziła się z wieczornego letargu, pomrukując z zadowoleniem na widok sceny przemocy, którą rzadko było jej dane oglądać. Przyglądała się szarpiącej kobiecie z pewnym politowaniem. W istocie, bestia chciała, by kobieta się szarpała. Gdy doktorek naprawdę się wkurwi, może polać się krew, och! Słodka i niosąca spełnienie, jak zawsze. Mroczny instynkt żyjący w wampirze przyglądał się teraz wydarzeniom, jak młody, puchaty kotek patrzy na kulający się kłębek wełny. Z fascynacją i ciekawością. Tymczasem lekarz z podopieczną próbował pozbawić kobietę równowagi. To naprawdę może się skończyć rozlewem krwi, pomyślała z ekscytacją bestia. –,,Przynieś coś, żeby ją związać. Zaraz rozszarpie mi rękaw”. Czy kobieta miała jeszcze jakieś zęby? A może współczesne protezy są tak ostre, że można nimi ciąć materiał? Walter nie wiedział, ale czuł przewiew i luz na przedramieniu. ,,No, czemu traktujesz ją jak porcelanowy imbryczek? Trzaśnij że ją!” – podszeptywała bestia. Gdy Valerie poszła szukać czegoś, co lepiej służyłoby jako knebel, Walter, wciąż szamotający się z kobietą ponownie spróbował ją uspokoić. ,,Proszę na mnie popatrzeć. Nie-chcemy-zrobić-pani-krzywdy. Proszę się uspokoić.” – Napotkał jednak jedynie wściekły wzrok kobiety. No cóż, jeśli nie uda się tym razem, trzeba będzie zastosować plan awaryjny. Walter nie miał dzisiaj cierpliwości do starych bab.



Spoiler | 
-1PK na zwiększenie siły
KARTA POSTACI: Walter M. Wilkes
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Niemiecki, Hiszpański
Opis Postaci | 
Walter jest obecnie ubrany w ciemnofioletową koszulę, zapiętą pod samą brodę, zielonkawy płaszcz z licznymi łatami z różnych materiałów i w różnych kolorach, do tego ciemnobrązowe sztruksowe spodnie spięte szerokim, parcianym paskiem w kolorze popielatym z srebrną klamrą i eleganckie skórzane mokasyny.

Re: 5844 NE 75th St, Condominiums Sand Piper [02.15.1999]

#8
Nic nie wskazywało na to, by podopieczna Waltera jakkolwiek miała się teraz uspokoić. Z jej postawy, spojrzenia i mimiki twarzy wynikało, że daleko jej do spokoju. Valerie była wściekła nastawieniem starej, głupiej jędzy, która zamiast im pomóc, to sprawiała trudności w oparciu o jakieś wyimaginowane utrudnienia i bezpodstawne wymówki. Canari wiedziała — bo gdyby nie telefon Waltera, z pewnością by jej tu nie było — że sprawa nieobecności Daniela jest poważna. Co więcej, wierzyła w to. Być może nie zżyła się z Arnightem tak, jak doktor Wilkes, z pewnością jednak w jakiś sposób jej na nim zależało. Czy to ze względu na spokój ducha Waltera czy może przez to, że dla niej również był w jakimś sensie ważny, tego jak na razie nie wiadomo. Jednakże, jednego wampir mógł być pewny: Valerie ani myślała odpuścić. Zaangażowała się w sprawę i nie zamierzała tego tak porzucać. Nie wspominając już o tym, że stare babsko swoim idiotycznym zachowaniem ją w tym przekonaniu tylko utwierdziło.
Gdy tylko Walter pobudził swoją vitae, niemal natychmiast poczuł jak ta dodaje mu siły. Kłębiące się w nim emocje związane z niepotrzebnie przedłużającą się sprawą, babą, która nawet nie próbowała ich zrozumieć i tylko rzucała fałszywe oskarżenia, swoista troska nie o Daniela, lecz o specyficznego pacjenta, którego nie mógł stracić… To wszystko sprawiło, że Spokrewniony chwilowo poddał się słabości i pozwolił sobie na utratę vitae w celu zwiększenia siły.
Być może świadomie, być może nie, lecz Walter łapiąc kobietę i zamykając jej usta swoim przedramieniem sprawił, że było to dlań wyjątkowo bolesne, a ona wręcz wybałuszyła oczy i na chwilę straciła dech. Gdyby miała zęby, z pewnością by go ugryzła. Albo, co gorsza, straciła je wszystkie pod wpływem tak silnego ucisku. Nawet nie miała szans, by się wyrwać. Wsparcie Valerie nie było potrzebne, a mimo to Canari z niebywałą siłą złapała staruchę za przedramię i wręcz wepchnęła ją do mieszkania. Babina nieomal wleciała do środka potykając się o własne nogi i gdyby nie silnie przytrzymująca ją Malkaviańska ręka, z pewnością by upadła, i, o zgrozo, zrobiła sobie krzywdę. No cóż, czego spodziewali się po starszej osobie, na której użyto siły? Oczywiście, mimo próby zastraszenia w ten sposób wciąż mogła się pruć i odmawiać pomocy, ale najwyraźniej to na nią podziałało, bo jej oczy już nie zionęły jadem, ale strachem i obawą o własne życie. Nie mogła przecież wiedzieć z kim zadarła. Doktor Wilkes z kolei był jeszcze w pełni świadomy swoich poczynań. Wiedział, że Bestii podoba się to, co robił, ale ona tylko cichutko mruczała. Nie miała nad nim władzy. Nie teraz, kiedy ani nie był głodny ani nic nie sprawiało, że miałby się w jakiś sposób czuć zagrożony. To nie on, lecz starucha powinna czuć się zagrożona.
W gruncie rzeczy przestała się wiercić i wyrywać w momencie gdy Wilkes zakneblował jej usta drugą ręką przytrzymując głowę. Już wtedy przestała stawiać opór. Już nie było wściekłego spojrzenia. Gdy ją puścił, by mogła na niego spojrzeć, pierwej wciągnęła powietrze z głośnym haustem łapiąc się za gardło. Dopiero później spojrzała w jego oczy. W jej tęczówkach nie było ani trochę złości. Tylko strach, przerażenie, spokój…
I poddanie się. Nie powiedziała ani jednego słowa. Nawet nie zakwiliła.
Kątem oka spojrzała na wychodzącą z jednego z pokoi Valerie, która niosła w ręku jeden z jej szalików. Pytanie tylko czy związywanie staruchy było konieczne.
Cała sytuacja trwała niecałe kilkanaście sekund, ale krzyki na korytarzu, zgodnie z przewidywaniami Waltera, zaalarmowały sąsiadów. Jednego, tak właściwie. Bo oto ktoś zapukał do drzwi. Otwarte, trzeba nadmienić, bo nikt nie pomyślał, by je zamknąć.
kolejka | 
→ sprawy administracyjno-fabularne
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE

Re: 5844 NE 75th St, Condominiums Sand Piper

#9
  Walter był niemal zaskoczony swoim zachowaniem. ,,Czy naprawdę aż tak mi zależy na jego odnalezieniu? – zadał sobie w duchu pytanie na widok przerażenia w oczach kobiety. Przez chwilę zastanowił się, jak daleko jest w stanie się posunąć z takiego – ktoś powiedziałby – prozaicznego powodu. Bo tak naprawdę chłopak mógł po prostu zapomnieć się i pojechać imprezować na miasto lub oddać komuś materiały ze studiów, a teraz po prostu niestrudzenie wraca do domu, czy to na piechotę, czy korzystając z przypadkowych autobusów. Walter wiedział w prawdzie, że to pierwsze niemal graniczy z niemożliwością, ‘imprezowanie’ musiałoby chyba dotyczyć jego wyimaginowanego kumpla Bobby’ego – ale ta druga możliwość była już nieco prawdopodobna nawet dla lekarza. Ktoś z zewnątrz mógłby już z kolei obstawić z dość dużym prawdopodobieństwem, że właśnie tak się stało – Daniel miał ciężki dzień, długo nie wraca do domu. W każdym razie – czy to jest powód, aby rzucać się na starą, bezbronną staruszkę? Mogła być upierdliwa, ale..

  Patrzył się w jej wystraszone zwierzęcą paniką oczy. Kobieta nie opierała się już. Poddała się. Walter powoli zwolnił uścisk, odsuwając ręce od kobiety, podczas gdy ta rozpaczliwie łapała powietrze. ,,Matko, po włożyłem w to tyle siły? Mogłem ją zabić. Do tego zmarnowałem jakże cenną krew.." Czy był to jakiś odruch współczucia i empatii ze strony Waltera, czy po prostu chłodne skalkulowanie i stwierdzenie jedynie nieracjonalności w tej krótkiej chwili słabości? Walter delikatnie położył rękę na starych, mizernych plecach kobiety, a stając obok niej delikatnie się nad nią nachylił, w geście wyrażającym coś pomiędzy czułością i zrozumieniem. – ,,Przepraszam za to najście. Ubolewam nad tym, że nasza wymiana zdań skończyła się w ten sposób” – W momencie gdy wypowiadał te słowa, Valerie weszła do pomieszczenia z szalikiem kobiety. Gestem lewej dłoni, którą akurat nie obejmował staruszki i delikatnym pokręceniem głowy dał jej znać, że nie będzie potrzeby kneblowania ich ofiary. ,,Ładny z ciebie hipokryta, doktorku. Najpierw prawie rozsmarowujesz staruszkę na ścianie, a teraz zgrywasz współczującego wnuka. Jakże mnie to nie dziwi. Dwulicowy skurwiel. Ale czasami nawet mnie to bawi". Walter powoli zaczął prowadzić staruszkę w stronę najbliższego pokoju, aby usadzić ją na jakimś siedzeniu. –,,Valerie..

  Jego wypowiedź przerwało pukanie do drzwi. Walter stanął na chwilę, nasłuchując. ,,Kurwa mać. Do kompletu brakuje już tylko kolejnego dziadka z astmą, który przekręci się pod wpływem emocji”,,Valerie..” – Podjął znów swoją przerwaną wędrówkę. Kontynuował –,, ..proszę, otwórz drzwi. Tylko błagam.” – tu zawiesił na niej swój zirytowany wzrok –,,Nie wszczynaj kolejnej awantury. Wpuść gościa i przyjdźcie do pokoju. Musimy znaleźć Daniela, a czas ucieka” – Ostatnie zdanie zaakcentował, tak aby dobitnie trafiło do obu kobiet, że to jest najistotniejszy cel tej niemiłej wizyty. Wchodząc do pokoju razem z otępiałą staruszką, Walter wyostrzył swój słuch, chcąc wyłapać wszelkie możliwe niuanse w zachowaniu przybysza – co zdradza jego ton głosu, czy porusza się nerwowo, czy spokojnie. No i przede wszystkim, czy w mieszkaniu nie znajduje się przypadkiem ktoś jeszcze. Miał nadzieję, że Valerie nie rozpocznie kolejnej szamotaniny. –,,Proszę usiąść. Chciałbym, aby podzieliła się z nami pani wszystkim, co jest pani wiadome na temat Daniela. Rozumiem, że emocje nieco dały się nam we znaki, jednakże zaginięcie Daniela jest dla nas obojga straszliwym ciosem. Zwłaszcza dla Valerie, proszę jej wybaczyć maniery. Daniel jest dla niej kimś bardzo ważnym" – Kolejne naciąganie faktów przeszło lekarzowi przez gardło bez mrugnięcia okiem. Czuł się trochę dziwnie, mówiąc o manierach, kiedy to sam niecałe pół minuty temu niemal staranował staruszkę. No ale cóż, takie czasy. Coraz rzadziej ludzie starsi mogli liczyć na szacunek tylko ze względu na swój wiek.

Spoiler | 
Rzut na Nadwrażliwość – wyostrzenie słuchu
KARTA POSTACI: Walter M. Wilkes
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Niemiecki, Hiszpański
Opis Postaci | 
Walter jest obecnie ubrany w ciemnofioletową koszulę, zapiętą pod samą brodę, zielonkawy płaszcz z licznymi łatami z różnych materiałów i w różnych kolorach, do tego ciemnobrązowe sztruksowe spodnie spięte szerokim, parcianym paskiem w kolorze popielatym z srebrną klamrą i eleganckie skórzane mokasyny.

Re: 5844 NE 75th St, Condominiums Sand Piper [02.15.1999]

#10
Ktoś zwyczajny być może przejąłby się losem Daniela, lecz nie na tyle, by wyruszyć w podróż poszukiwawczą. Szary człowiek nie miałby na to ani odwagi ani czasu. Walter jednakże nie był człowiekiem. Ani szarą jednostką, bo pośród tych odcieni rysował się bardzo wyraźnie. Dla kogoś z zewnątrz doktor Wilkes to po prostu ktoś, kto z jakiegoś powodu bardzo przejął się losem swojego pacjenta. Rzadko spotykało się zaangażowanych lekarzy, ale nie jest to coś niespotykanego. Niektórzy mogliby nawet Arnightowi pozazdrościć, że ma psychologa, który nie patrzy na spędzany z nim czas wyłącznie przez pryzmat pieniędzy. Jak to, niestety, bywało w większości przypadków.
W duszy Waltera odezwało się człowieczeństwo. Coś, o co wielu Spokrewnionych wręcz walczyło. Coś, co pozwalało egzystować z dala od Bestii. Coś, co czyniło wampira w pełni świadomego swych działań. Fakt, że uczynił to odruchowo, bardzo dobrze o nim świadczył.
Valerie skinęła głową i posłusznie wróciła tam, skąd wyszła. Staruszka z kolei mu nie odpowiedziała. Nawet nie dlatego, że nie chciała. Była zbyt otępiała emocjonalnie; słowa Waltera dotarły do niej z długim opóźnieniem. Bezmyślnie patrzyła przed siebie, pozwoliła doktorowi poprowadzić się w stronę salonu. Do nozdrzy Malkaviana dopiero teraz wyraźnie doleciał zapach starości. To tutaj musiała zazwyczaj przebywać staruszka. Samo wnętrze było… Nijakie. Szafy o wyblakłym, startym już jasnobrązowym kolorze, stały wzdłuż przeciwległej do wejścia ściany. Na półkach jednej z nich poustawiano piękne, różnego rodzaju szklane kieliszki, kubki, kufle. Na półce obok miarowo tykał zegar obok rodzinnych zdjęć: jedno z mężem, inne z córką i zapewne synem, kolejne z synem i jego żoną. Wokół nich rozłożono również kilka pamiątek, zapewne podróżnych, bo jedną z nich była stalowa wieża Eiffla. Po prawej, nieopodal wejścia, znajdował się ogromny stół jadalny, na którym stały nie najświeższe już kwiaty i ozdobna salaterka z cukierkami. Wokół niego ustawiono sześć wysokich krzeseł: dwa u szczytów, pozostałe cztery po bokach. Za stołem umiejscowiono komodę, a na niej ogromny telewizor kineskopowy, w którym leciała jakaś reklama na wyciszeniu. Przed nim zaś stał bardzo głęboki, skórzany fotel w kolorze wiśniowym. W rogu siedziska znajdował się zmięty koc, pod którym kobieta zapewne siadywała.
Valerie uśmiechnęła się smutno. Chyba zaczynała się uspokajać, bo jej myśli zaprzątała teraz sprawa Daniela. Najpewniej zastanawiała się co takiego mogło mu się stać… Nie dała jednak poznać po sobie, że ma tak zajmujące myśli i radośnie przywitała pukającego gościa, którym okazał się być starszy pan. Głos miał stary, zachrypnięty nie tylko od wieku, ale i papierosów, poruszał się całkiem żwawo jak na swój wiek, a postawa wskazywała na zatroskanego, ale nie chcącego się wpraszać w czyjeś życie sąsiada. Choć, zgodnie z poleceniem Waltera, zaprosiła go do środka, to ten zarzekał się, że przyszedł tylko na chwilę, że chciał się upewnić, iż wszystko jest w porządku, że nie chce przeszkadzać i ogólnie to woli wrócić do siebie. Można to uznać za plus jeśli wziąć pod uwagę fakt, że kolejna interwencja ze strony doktora nie będzie potrzebna. Ani w kwestii zachowania Canari ani w przypadku dyscyplin. W każdym razie podopieczna z sympatycznym tonem głosu pożegnała niedoszłego intruza, zamknęła za sobą drzwi i skierowała się do salonu.
Poprowadzona do salonu kobieta usiadła na jednym z krzeseł przy stole. Valerie założyła ręce na piersiach i jęła się wszystkiemu przyglądać. To Walter tutaj rządził. Gdy już staruszka się uspokoiła, zaczęła mówić bardzo powoli, ale nie spojrzała na swoich oprawców. Albo nie chciała albo się po prostu bała.
— Niewiele wiem o Danielu. To młody, trochę dziwny chłopak… Czasem słyszę jak coś do kogoś gada, ale nie widzę tej osoby… Może coś tam sobie mamrocze pod nosem, nie wiem... Nie słucha głośno muzyki, jak to robi dzisiejsza młodzież. Nie ma żadnego zwierzęcia ani chyba znajomych. Nie widziałam, by kogokolwiek zapraszał… A przecież młodzi ludzie nie mogą wytrzymać bez swojego towarzystwa… Jego życie chyba kręci się wokół studiów… Wychodzi rano, wraca wieczorem, często z jakimiś książkami pod ręką… Ot, zwyczajny, spokojny dzieciak…
kolejka | 
→ sprawy administracyjno-fabularne
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
"ŻYWY BYŁEM ZARAZĄ - UMIERAJĄC BĘDĘ TWOJĄ ŚMIERCIĄ"
~EDGAR ALLAN POE
Odpowiedz

Wróć do „View Ridge”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość