4216 Washington Ave W, Fort Lawton

#1
  To nic innego jak stara baza wojskowa, której budowę zakończono tuż przed końcem pierwszej wojny światowej - i przez prawie trzy kolejne dekady była miejscem cichym, spokojnym, odosobnionym, o którym marzył każdy żołnierz na zachodnim wybrzeżu kraju, a wszyscy na ważniejszych stanowiskach chcieli się po prostu pozbyć tego balastu (doszło nawet do kuriozalnej sytuacji, w której armia Stanów Zjednoczonych próbowała sprzedać bazę miastu Seattle... za jednego dolara, ale do transakcji nie doszło). Wszystko się zmieniło dopiero w latach czterdziestych, gdy miał miejsce japoński atak na Pearl Harbor. Rząd amerykański zmodernizował wtedy Fort Lawton, tworząc z niego drugi co do wielkości port i bazę wypadową na Pacyfik na wybrzeżu.

Ale to już było. To dawne, stare dzieje, będące tylko zapisanymi stronicami w podręcznikach oraz wspomnieniami kilku starych, zmęczonych weteranów. Obecnie Fort Lawton jest najzwyklejszym osiedlem, co prawda zdominowanym przez żołnierzy, ale nie jest to już ściśle militarny teren, na który wstęp mają tylko wojskowi. To naprawdę miła okolica, z niektórymi alejkami wysypanymi żwirem i niektórymi wylanymi asfaltem, z równo ściętą trawą, ze świerkami i jodłami rosnącymi dokoła. Jeśli masz pieniądze, możesz wynająć czy nawet wykupić na własność jeden z wielu, bliźniaczo do siebie podobnych domków jednorodzinnych. To proste, mające jedno piętro i poddasze drewniane konstrukcje ze spadzistymi dachami, obszernymi werandami i niedużymi ogródkami, przed którymi niemal zawsze znajdują się wywieszone flagi kraju, stanu i ewentualnie jeszcze miasta. Sedno amerykańskiego przedmieścia, można powiedzieć.

Na tę chwilę na terenie dawnej bazy, poza wspomnianymi już domkami, znajdują się także inne budynki, posiadające obecnie status zabytków i pomników historii - są wyłączone z użytku, ale jeśli zajdzie potrzeba, to rząd Stanów Zjednoczonych znowu dokona mobilizacji i renowacji. Póki co wszystko jest zamknięte i otwierane jedynie dla zwiedzających. Centrum administracji, jako jedyne wykonane z brunatnej cegły i posiadające płaski dach, z betonowym parkingiem obok zostało pozbawione wszelkich dokumentów i meble, jakie są tam znajdują, są puste. Kwatery oficerskie, będące trochę bardziej luksusowymi barakami, zamieszkują żołnierze pilnujący porządku na terenie fortu. Baraki to nic innego jak drewniana, rozległa hala, w której znaleźć można tylko kilka metalowych szafek.

Sala gimnastyczna jest dostępna dla każdego i jest wyposażona nad wyraz bogato. Każdą ścianę pokrywają drabinki, znajduje się tam też kilka ciężkich worków treningowych zawieszonych na grubych sznurach oraz mniejszych i łatwiejszych w obsłudze gruszek, liczne hantle, ciężarki i sztangi, skakanki, stoły do pingponga, zwinięta siatka czekająca tylko by ją rozwiesić i grać w siatkówkę... czego tylko dusza zapragnie. Wstęp tutaj i pozwolenie na korzystanie z tego całego dobytku był uznawany za wyraz największego uznania i ostateczną nagrodę od przełożonych!

Dalej są magazyny, potężne murowane hale postawione na kamiennej podbudówce, z żelaznymi wrotami zamknięte na głucho (co w nich się znajduje, nie wiadomo, a klucze są dostępne u jakiegoś wysoko postawionego ważniaka), otoczone betonowym placem i niskim, drewnianym płotkiem z tabliczkami informującymi o terenie wojskowym i zakazie wstępu. Co innego w przypadku kaplicy; to też jest wojskowy budynek, ale wstęp tam ma każdy zgodnie z zasadami religii. Głodnego nakarmić, spragnionego napoić i tak dalej, i tak dalej.

To mały kościół, z białego drewna, ze spadzistym dachem i wieżą pokrytymi czarnymi dachówkami, zdolny pomieścić kilkudziesięciu wiernych. Pieczę nad nim i pobliskim cmentarzem sprawuje kapelan wojskowy, ksiądz Peter Tischner w stopniu kaprala. Jego obowiązkiem jest nie tylko organizacja życia duchowo-sakramentalnego, ale także normalna służba wojskowa i pomoc oraz wsparcie żołnierzom. Ksiądz Tischner z własnej woli zdecydował się na pełnienie posługi na terenie Fort Lawton jeszcze z jednego względu - w latach czterdziestych, kiedy w bazie wojskowej przetrzymywano pięć tysięcy jeńców, doszło do zamieszek w wyniku których został zamordowany jeden z żołnierzy, a kilkudziesięciu zostało skazanych.

Na cmentarzu wojskowym, znajdującym się kilka minut spacerkiem od kaplicy, otoczonym gęstymi drzewami i wysokim, kamiennym murem, znajduje się kilkaset grobów ludzi, którzy stracili życie w walce - oraz jeden, który został zamordowany niesłusznie, przez rozwścieczony tłum. Ojciec Peter jako jedyny od lat regularnie odwiedza ten samotny grób i stara się jak tylko może, by zmarły wybaczył tę winę armii Stanów Zjednoczonych. Bez skutku.

Re: 4216 Washington Ave W, Fort Lawton

#2
Wczoraj, 4 maja, David nie poderwał się z łóżka natychmiast po przebudzeniu, jak to miał w zwyczaju. Leżał przez chwilę jak sparaliżowany. Uderzyła go zaskakująca, acz bardzo oczywista myśl: od lat się z nikim nie bił, nie walczył o życie w żadnym starciu ani nie trenował do takiego. Zaniedbał się, zamiast tego całkowicie skupiając się na unikaniu walk. Nie miał żadnych wątpliwości, że jest to najlepsze co mógł zrobić, jednak nie zmieniało to faktu, że jego forma była znacznie słabsza, niż kiedyś na Florydzie. A teraz nastały w Seattle niebezpieczne czasy i powrót do dawnej sprawności mógł mu się bardzo przydać. Knightley podjął decyzję, że musi powrócić do ćwiczeń. Zlecił Markowi znalezienie odpowiedniego miejsca, zaznaczając, że będą potrzebowali spokoju i prywatności. Ghul był nieobecny przez pół nocy, ale dobrze wywiązał się z powierzonego mu zadania.
Następnej nocy, parę minut przed 22, wampir i jego sługa wkroczyli do sali gimnastycznej znajdującej się na terenie Fort Lawton. David był zadowolony. Przejeżdżając przez nad wyraz spokojne osiedle dojrzał tylko jedną żywą duszę, a w samej sali gimnastycznej nie spotkali nikogo. W dodatku samo miejsce wyglądało na idealne do treningu. Szybko upewnili się, czy faktycznie są sami w budynku, po czym rozpoczęli przygotowania. Na stole do ping-ponga wampir ułożył ściągniętą z siebie koszulę oraz skórzaną kurtkę, a pod stołem położył buty. Podszedł do miejsca, gdzie było wystarczająco dużo pustej przestrzeni i zaczekał na Marka. Martwe ciało wampira nie potrzebowało rozgrzewki, wiec poświęcił ten czas na przyglądanie się Goodmanowi. Nigdy nie widział go w prawdziwej walce i był ciekaw, czy jest choć w połowie tak dobry, jak sam o sobie mówił.
Gdy tylko ghul, gotów do walki, ustawił się naprzeciw Knightleya, ten przyjął postawę. Dawno nie walczył, ale przecież nie zapomniał w jaki sposób powinien się poruszać. Wszystkie chwyty, choć lata nie używane, odżywały w jego pamięci. Zaczął poruszać się w bok, jakby chciał obejść Marka dookoła. Na chwilę, bo gdy tylko jego przeciwnik wykonał krok w jego stronę, skoczył na niego. Miał zamiar przewrócić go i przycisnąć do ziemi. Nie zamierzał być delikatny, choć nie chciał też przesadzać też z agresją. Do niczego mu się nie przyda sługa ze złamaną ręką.
KARTA POSTACI: David Knightley
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: 4216 Washington Ave W, Fort Lawton 05/05/99

#3
Delikatny szum wiatru w koronach drzew. Stłumiony odgłosy samochodów sunących ulicami miasta. Majaczący gdzieś w tle, słabiutki chlupot wody. Niesione z daleka odgłosy basu. Słowem - spokój. Nie była to absolutna cisza, oczywiście, ale nie był też żaden szczególny hałas. Ot, ludzie zajęci swoimi sprawami. Nikt nie będzie zwracał uwagi na to, co się będzie dziać na terenie starej bazy wojskowej, na osiedlu. David Knightley był tu bezpieczny. Nie musiał się o nic martwić, a wyposażenie sali gimnastycznej chyba w pełni odpowiadało wampirzym potrzebom.
Martwe ciało było... no, martwe.
Mogło znieść znacznie więcej, niż się wydawało. Zwyczajny śmiertelnik miał bardzo niewielkie szanse, by wyrządzić jakąkolwiek krzywdę takiemu monstrum. Ghul, a zatem śmiertelnik napędzany przeklętą krwią, był w trochę lepszej sytuacji. Inny wampir lub, o zgrozo, jeszcze inna istota czająca się w mroku nocy, mogła zakończyć całą potyczkę tuż po jej rozpoczęciu. Na szczęście David i Mark nie zamierzali się tłuc na poważnie; to był tylko sparing. Trenowanie, szkolenie, nauka, próba sprawdzenia, czy da się zmusić martwe cielsko do czegoś innego.
David rzucił się do ataku. Mark jęknął. Choć był postawnym facetem - delikatnie mówiąc - to wcale nie tak łatwo było powstrzymać szarżę nieumarłego potwora. Goodman, mając jednakże podstawy wojskowego przeszkolenia, wiedział jak się należy zachować. I ochoczo z tej wiedzy skorzystał. Początkowy opór zniknął i sługa pozwolił, by nieumarły przycisnął go do podłogi sali gimnastycznej. A potem zaczął go okładać po plecach pięścią, celując w okolice nerek. Drugą rękę położył na gardle i, po pewnym wahaniu, zaczął ściskać. Dla kogoś żywego coś takiego mogło być źródłem paskudnego bólu, ale dla truposza...
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 4216 Washington Ave W, Fort Lawton

#4
Kiedy tylko David poczuł zaciskającą się dłoń Goodmana na gardle, sam poszedł w jego ślady. Mark prędzej sam zostanie uduszony, niż udusi wampira. Oby sam jak najszybciej to pojął. Lasombra zacisnął pięść drugiej ręki i wziął krótki zamach, celując w twarz przeciwnika. Gdyby ten zdołał zablokować cios, David był gotów uderzyć głową.
Knightley czuł satysfakcję. Nie spodziewał się, że tak bardzo zatęsknił za zwykłym mordobiciem.
KARTA POSTACI: David Knightley
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: 4216 Washington Ave W, Fort Lawton 05/05/99

#5
Mark jęknął, próbując zmienić pozycję. David jednakże, jako nieskrępowany potrzebą oddychania, miał nad nim przewagę. Mógł robić co chciał. I, niestety, zaczynał odczuwać podszepty Bestii. Ten mroczny, nieprzyjazny byt stanowiący nierozerwalną część każdego Spokrewnionego zawsze manifestował swoją obecność w najmniej sprzyjających sytuacjach. Teraz było tak samo. Dlatego dwaj mężczyźni jeszcze przez kilka chwil miotali się na posadzce sali gimnastycznej. Walka w zwarciu była szczególne trudna i ciężka, nawet, gdy chodzi tylko o zwyczajny, przyjacielski sparing. Wystarczy przecież jeden, drobny błąd, by wszystko mogło zakończyć się tragicznie.
Tutaj jednak bój toczył wampir i śmiertelnik. Drapieżnik i jego ofiara.
Knightley najwyraźniej dał się ponieść chwili. Zacisnął mocno dłoń na szyi, drugą zaś wymierzył celny i mocny cios. Z chwilą uderzenia rozległo się wilgotne, niezbyt przyjemnie brzmiące chrupnięcie, a twarz Goodmana zalała krew. Ze złamanego nosa buchnął strumień świeżej, gorącej krwi, ciało mężczyzny zaś nieznacznie oklapło; Mark zdusił przekleństwo na ustach i spróbował zepchnąć z siebie wampira. Bez powodzenia, dlatego chwilę później ponowił próbę, zaczynając z wolna panikować.
- Dość! - jęknął niewyraźnie przez zaciśnięte gardło.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 4216 Washington Ave W, Fort Lawton

#6
Wampir odpuścił. Wstał, odsunął się od Marka i odwrócił się od niego, by nie drażnić Bestii jego krwią. Bestia, zarówno sojusznik jak i przeciwnik podczas starć. Oferowała niespotykaną siłę i możliwości, choć odbierała całkowicie zdolność racjonalnego rozumowania i panowania nad sobą. Według Davida był to jeden z najbardziej niezwykłych aspektów egzystencji Kainitów. Teraz jednak nie chciał dopuszczać Bestii do głosu. Skupił się na wyciszeniu siebie i jej, dając ghulowi chwilę na powstrzymanie krwawienia.
- W normalnym starciu z kimś mojego rodzaju nie masz szans bez dobrej broni. Bardzo ostrej, ciężkiej, szybkostrzelnej lub dużego kalibru. – Odezwał się Knightley po dłuższej chwili. – Jeśli nie będziesz mieć takiej, lepiej uciekać. W przypadku walki musisz celować w głowę. Rany na reszcie ciała są dla nas zdecydowanie mniej bolesne. – Nie chciał brzmieć protekcjonalnie, choć wątpił by w takim temacie mógł nadać wypowiedzi inny ton. – Niemniej, poradziłeś sobie dobrze. Podejdź. – Wcale nie dobrze. Byłoby poprawnie, gdyby wytrzymał jeszcze jakąś minutę. – Nie było sensu mówić Goodmanowi całej prawdy. Drobna pochwała powinna go bardziej zmotywować, a, według Davida, motywacja przyda mu się teraz najbardziej. Wampir nagryzł opuszek palca wskazującego i wystawił go w kierunku ghula. Motywacja motywacją, ale zastrzyk dodatkowych sił też mu się przyda.
Chwilę później walczyli dalej. Lasombra zachowywał się teraz bardziej zachowawczo, chcąc by jego przeciwnik sam wykazał się inicjatywą.
KARTA POSTACI: David Knightley
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: 4216 Washington Ave W, Fort Lawton 05/05/99

#7
Bestia była niechętna do przelewu własnej krwi. Nie chciała tego, była przeciw. Drapała pazurami i warczała, próbując bezskutecznie powstrzymać Davida przez marnowaniem choćby jednej, jedynej kropelki krwi. Na nic były jej protesty, bo już po chwili jęknęła tylko wściekle, gdy z rozciętego palca wampira wypłynęła gęsta krew. Mark, ciągle oszołomiony starciem i bólem, na widok posoki ożywił się jak ćpun na widok czystej metamfetaminy albo wyjątkowo dorodnego zielonego krzaczka. Skinął głową, zgadzając się ze słowami Spokrewnionego i drżącą dłonią ujął nadgarstek Knightley'a. Szybko i chciwie spił tyle, ile tylko nieumarły był w stanie mu zaoferować, po czym odstąpił na krok.
Kolejne starcia przebiegały trochę inaczej. W ciągu najbliższego kwadransa - a może nawet i dłużej to trwało, ciężko powiedzieć - Goodman zyskał nową, dodatkową siłę i moc. Napędzany vitae poruszał się szybciej, był wyraźnie silniejszy i znacznie bardziej odporny na zadawane ciosy. Sparing nie był już tak jednostronny; przewaga wampira była oczywiście cały czas widoczna i bardzo wyraźna, ale śmiertelnik, czując w żyłach wrzącą potęgę przekleństwa sięgającego samego Kaina, dzielnie dotrzymywał Davidowi kroku.
Obaj mężczyźni raz za razem lądowali na podłodze sali gimnastycznej. Raz żywy był na górze i okładał nieumarłego pięściami, raz to nieumarły górował nad żywym dręczył jego delikatne i wrażliwe ciało. Na skórze Marka były coraz wyraźniejsze plamy siniaków i otarć; nos znów wykrzywił się pod nienaturalnym kątem, a opuchlizna prawego oka rosła z każdą chwilą. Dopiero gdy pięść wampira zmiażdżyła usta taksówkarza, ten skutecznie wyprowadził kontratak. Nie był oczywiście to manewr aż tak skuteczny, bo przecież chodziło tutaj o żywego trupa, ale przynajmniej coś się stało.
Mianowicie Goodman zaatakował kolano Knightley'a.
Rzepka przeskoczyła. Noga wygięła się dziwnie. Każdy żywy pewnie by stracił przytomność z bólu, ale David był martwy tak bardzo, jak wyposażenie sali gimnastycznej. To była tylko drobna niedogodność, coś, co można było naprawić choćby i metodą prób i błędów, bez korzystania z nadnaturalnych opcji leczenia ran. Ale w prawdziwym starciu coś takiego wystarczało, by odwrócić uwagę, by przechylić szalę zwycięstwa...
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 4216 Washington Ave W, Fort Lawton

#8
Moc Vitae działała. Mark walczył coraz lepiej, więc David mógł stoczyć bardziej wyrównany pojedynek. Wysiłek był coraz bardziej intensywny. Z bitewnego szaleństwa wyrwała wampira kontuzja, niespodziewanie nieprzyjemna. Chciał wyrwać się z walki. Upadł, wykręcając się tak, by upaść na ręce. Przetoczysz się szybko przez lewy bok, unikając ciosu, który mógł pójść jego śladem. Był gotów kopnięciem odrzucić Goodmana od siebie, lub syknąć do niego z wyszczerzonymi kłami.
- Dosyć. – powiedział szybko. Spojrzał na nogę, oceniając ranę. Łydka śmiesznie sterczała w złą stronę, ale David nie powinien mieć problemów z jej nastawianiem. Co innego z Goodmanem, który dostał niezłe lanie. Nawet z krwią Lasombry może nie być w pełni sił w najbliższych dniach. Trudno, najwyżej tu jutro nie wrócą. Chwycił rzepkę i pchnął ją na właściwe miejsce. Gdyby się nie udało, był gotów próbować dalej. Po wszystkim odezwał się do Marka.
- Coraz lepiej sobie radzisz, ale wyglądasz po tym jak gówno. Obmyj się i ubierz, skończyliśmy na dziś. Ja poprowadzę samochód. – Zmierzył mężczyznę wzrokiem. W głowie wampira powoli rysował się nowy plan. – Mark, boisz się ciemności?
KARTA POSTACI: David Knightley
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: 4216 Washington Ave W, Fort Lawton 05/05/99

#9
Mark skrzywił się, widząc co zrobił wampir. Obrzydliwy, nieco wilgotny dźwięk chrupnięcia nastawianych kości także nie był zbyt przyjemny. Dla kogoś żywego próba naprawy takiego uszkodzenia ciała nierozerwalnie wiązała się z ogromnym bólem i stresem. Dla trupa była to jednak tylko drobna niedogodność; kwestia paru chwil. David nie musiał się nawet znać na medycynie, wystarczyły absolutnie same podstawy i wzór w postaci drugiej nogi. Szybko doprowadził się do porządku, ku osłupieniu swego sługi. Ghul czy nie, pewnych rzeczy nie widuje się na co dzień.
Jego obrażenia, rany odniesione w przyjacielskiej potyczce z wampirem, także nie stanowiły bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia i życia. Dzięki przeklętej, nadnaturalnej krwi do świtu powinien być jak nowo narodzony - zresztą wystarczyło mu się uważniej przyjrzeć. Nie zachowywał się już jak jakiś obolały, wyczerpany facet, co najwyżej był trochę zmęczony i delikatnie poobijany. Ot, cuda.
Skorzystał z porady nieumarłego i sięgnął po pozostawione ciuchy. Nie skierował się jednak od razu pod prysznice; tych zresztą była masa na terenie obiektu. Pytanie o ciemność naprawdę mocno wybiło Goodmana z rytmu i przez chwilę nie wiedział, jak na nie odpowiedzieć. Zmusił się do nieco zakłopotanego uśmiechu. Wolną ręką przesunął po łysej głowie, próbując jakoś zyskać na czasie. Pytanie, choć w teorii wydawało się banalnie proste, dla kogoś takiego jak Mark było czymś zupełnie niespotykanym.
Dopiero po dłuższej chwili, gdy wziął głęboki oddech, skinął głową.
- To nie jest podchwytliwe pytanie? - zapytał cicho. - Nie boję się nocy, to tylko brak światła, no nie? - odpowiedź nie była może idealna, ale czegoś takiego należało się spodziewać po śmiertelniku. Mark nie był w końcu tytanem intelektu, geniuszem, tylko prostym i lojalnym siepaczem z bogatym doświadczeniem. Nie czekał też na reakcję wampira, tylko odszedł w stronę prysznica; tam się szybko oczyścił i już po kilku minutach pojawił się z powrotem, mokry i pachnący.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: 4216 Washington Ave W, Fort Lawton

#10
Goodman w zasadzie miał rację, mówiąc że ciemność to brak światła. Nie mógł jednak wiedzieć, że ciemność, o której mówił wampir, była inna. David zamierzał postawić swojego sługę naprzeciw prawdziwej ciemności, otchłani, w której nie ma miejsca na światło. Ciemności pochłaniającej dusze i wyciągającej z niej życie. Knightley nie był pewien, czy Mark będzie wystarczająco odważny, by stawić jej czoła. Nie zamierzał jednak rezygnować. Chciał sprawdzić swojego sługę.
David nie potrzebował dużo czasu i był już gotowy do wyjścia, gdy ghul wrócił z łazienki. Chwilę później obaj byli przy samochodzie. Na miejscu kierowcy usiadł Knightley. Zaraz po uruchomieniu silnika włączyło się radio, a wnętrze Mercedesa wypełnił głos reportera. Mężczyzna relacjonował właśnie sprawę pociągu zatrzymanego kilkanaście kilometrów przed Seattle. Lasombra nie ruszył, ale wysłuchał go z uwagą, a gdy ten skończył, sięgnął po telefon.
KARTA POSTACI: David Knightley
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: ?
Opis Postaci | 
?

Re: 4216 Washington Ave W, Fort Lawton 05/05/99

#11
Mark słuchał ze zmarszczonymi brwiami i zaciętym wyrazem twarzy. Niemal setka osób była praktycznie uwięziona w pociągu stojącym cholera jedna wie gdzie, otoczona przez policję i lekarzy czekała na... na cokolwiek. Na uśmiech losu, cud, coś co mogło by im pomóc w tej trudnej sytuacji. Dziennikarze radiowi nieśmiało przedstawiali pierwsze, niepotwierdzone jeszcze oficjalnie teorie - zamach terrorystyczny, zwykła choroba, wyciek gazu, nieświeże jedzenie i wiele, wiele innych "pomysłów" padło z anteny. Wybuchła nawet krótka kłótnia między dziennikarzem a gościem, przedstawicielem Amtrak Cascades.
Dla wampira brzmiało to wszystko oczywiście intrygująco, bo siłą rzeczy pojawiały się skojarzenia z toczoną od wieków wojną nieumarłych, Jyhadem. Mimo wszystko, chodziło tutaj o życie ludzi. Śmiertelników. Ich żywoty były warte tylko, co nic. Co innego Goodman; to był prosty człowiek. Żywy człowiek. Przejął się tym wszystkim choćby dlatego, że mógłby sam znaleźć się w podobnej sytuacji.
Milczał jednak.
Nie odzywał się przez całą audycję, ani po niej, gdy jego pan sięgnął po telefon komórkowy. Usiadł wygodniej i po chwili zaczął się bawić samochodowym radiem. Pierwszą rzeczą jednak, którą zrobił, było przekręcenie gałki odpowiedzialnej za głośność do absolutnego minimum. Nie zamierzał przeszkadzać wampirowi w rozmowie, dlatego po kilku chwilach zadowolił się stacją emitującą rap i hiphop. Prezenter o basowym, ochrypniętym głosie zapowiedział właśnie kolejny utwór: "My Name Is" Eminema. Goodman kiwnął głową do radia, wsłuchując się w pierwsze dźwięki.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ ?
 → ?
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?
Odpowiedz

Wróć do „Magnolia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość