E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#1
  Church of True Path, zbudowany na rogu E Pine Street i 35th Ave jest idealnym przykładem siły pamięci i potęgi wiary w tych jakże wątpliwych i obrazoburczych czasach. Stanowiąc w latach 70tych główny ośrodek utrzymywania i szerzenia wiary dla wszystkich czarnoskórych z okolic Madrony, został spalony w 1979 przez nieznanego sprawcę z równie nieznanych pobudek. Obiekt mógł zostać odbudowany, gdyby nie fakt, że podczas pożaru zginął Ojciec Charles Wellingtton, ikona i symbol dobra, którego śmierć poruszyła wszystkich należących do parafii wyznawców. “True Path” bez niego nie był tym samym miejscem, przez brak konstrukcja powoli rozpadała się i niszczyła - dotknięta coraz mocniej przez ząb czasu.

Parafia stała opustoszała do roku 1991, do czasu gdy mało znany duchowny - Ojciec Francis Freeman - zdecydował się rozpocząć akcję odnowienia i odrestaurowania budowli. Chcąc zdobyć fundusze rozpoczął akcje charytatywną, podczas której pamiętliwe owieczki Wellingttona zdecydowały się wesprzeć inicjatywę.

  Church of True Path, to parafia ze szpiczastym czarnym dachem i kamiennych ścianach o szarym odcieniu. Przed drzwiami znajduję się tablica upamiętniająca dzień pożaru oraz wymieniająca najszczodrzejszych dobroczyńców. Wejście prowadzi przez niedużą wieżę - pełniącą funkcję dzwonnicy - do nawy głównej, w której znajduje się kilkanaście prostym drewnianych ław. Podłoga, będąca mozaikową posadzką o czarnym i białym odcieniu lśni widocznie od ciągłego pastowania. Wiszące na łańcuchach oświetlenie, do złudzenia przypomina starodawne żyrandole, z tym tylko rzecz jasna, że z wbudowanymi do nich żarówkami. Na ścianach wiszące obrazy przedstawiające chrystusową mękę i sceny ukrzyżowań, a w rogu obok odstającej nawy bocznej: wykonany ze starego dębu, starannie rzeźbiony motywami roślinnymi symbolami konfesjonał.

  Ołtarz jest prosty i ubogi, ale schludny. Widocznie fundusze skupiły się na białych, pozłacanych organach, które są idealną repliką tych wykorzystywanych przed pożarem.

  Wejście do zakrystii, znajdujące się na tyłach prezydium prowadzi do małego pomieszczenia z szafą, biurkiem, krzesłami i oddzielną toaletą. Są tutaj też dwie pary dodatkowych drzwi: jedne prowadzące na tyły Kościoła jako boczne wyjście i drugie, będące przejściem do małej piwniczki.

  Piwnica stanowi główne leże postaci: i poza Adewale oraz Ojcem Francisem, nikt nie ma tutaj wstępu. Drzwi zaryglowane są grubym zamkiem oraz sporą belką - jeśli ktoś zechce zamknąć się od środka. Piwniczka to pokój cztery na cztery metra, do którego schodzi się przez kamienne strome schody. Na suficie znajdują się nie zakryte rury i izolacja oraz lampa, zapalana za pomocą sznurka. Brudne ściany, dalej posiadają osmolone ślady po poprzednim pożarze. Nie ma tutaj okien. Umeblowanie pomieszczenia przypomina spartańskie warunki - poza jedną ścianą zapełnioną beczkami z winem mszalnym znaleźć można tutaj stary klęcznik z Pismem Świętym, przewieszony obok bicz, wystające cztery pręty służące za prowizoryczną szafę, na których wisi kilka par czarnych kościelnych ubrań. Biurko, mały taboret, jakiś notatnik i prosty długopis.

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#2
-> "Pill Hill"

Ulice Madrony pochłaniał półmrok. To prawda, że drogi były oświetlone lampami, ale poza nimi panowała całkowita ciemność. Boczne uliczki i zaułki, okna domostw oraz wejścia do klatek schodowych - wszystko to przykryte cieniami świadczyło tylko o jednym. Madrona spała.
Jedynym światłem rozjaśniającym nieco ogólny stan rzeczy był Bentley Arnage, luksusowe auto które swoimi mocnymi halogenami kreśliło jasną linię blasku. Auto, skręcając na podjazd obok Kościoła zatrzymało się na moment by wypuścić przewożonego pasażera.
Po chwili drzwi się otworzyły, a ze środka wyszedł dobrze znany w lokalnych okolicach czarnoskóry ksiądz, zajmujący się wspólnie z jeszcze jednym ojcem True Path Church. Pożegnał się tylko z kimkolwiek był wcześniej w samochodzie i zamknął drzwi. Auto cofnęło się i odjechało.

Kadewa odprowadził jeszcze tylko wzrokiem Bentleya i przystanął. Obserwował swoje opactwo widocznie na czymś się skupiając. Zgaszone światła domu bożego jasno świadczyły o tym, że Fransis śpi w najlepsze, zamykając przy tym najpewniej drzwi do środka. Adewale nie dziwił się tym - nocne zmiany w True Path przejmował on sam, podczas gdy Freeman zajmował się owieczkami w słonecznych godzinach. Ojciec podszedł do drzwi, obserwując przy tym zarastający, nierówny żywopłot wyznaczający granice opactwa. Cmoknął głośno i przejechał ręką po niedoskonałościach zielonego murku. Czując jak liście oraz gałązki smagają jego dłoń zdał sobie sprawę, że nieco zaniedbał te rośliny. Przeprosił je w duchu: obiecując sobie, że zrobi to następnej nocy.

Skierował się do drzwi, wyciągając z kieszeni pęk kluczy i znajdując jeden właściwy. Włożył go i przekręcił zamek. True Path znowu było otwarte dla każdej potrzebującej duszy.
KARTA POSTACI: Adewale Kadewa
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: , Łacina
Opis Postaci | 
Adewale Kadewa swoim wyglądem nie budzi żadnych specjalnych i konkretnych skojarzeń. Zwykły, średniego wzrostu i średniej budowy afroamerykanin, który zdecydował się oddać w posłudze Bogu. Zawsze ubrany zgodnie z pełnioną w parafii funkcją, nosi czarne koszule z krótkim bądź długim rękawem, które opięte na jego masywnych barkach dodają wrażenia bardziej wysportowanej postury. Ciemne jeansy, czarny skórzany pas ze srebrną klamrą oraz zamszowe eleganckie buty to wieczny styl tego osobnika. Szyje zdobi biała koloratka - jasno pokazująca fach i status mężczyzny. Ważnym dodatkiem jest różaniec, wiecznie trzymany przy karku albo ściskany w dłoni. Stare drewniane koraliki wydają się nieco przetarte od modlitwy - widocznie często jest używany. Na twarzy przystrzyżona starannie bródka, która tworzy spójną całość z równo zapuszczanymi wąsami.

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#3
Dwóch kapłanów, jeden kościół, dziesiątki, setki wiernych i tysiące problemów. Świątynia jeszcze do nie dawna stała samotna, opuszczona i pogrążona w półmroku, rozświetlanym jedynie blaskiem lamp ulicznych; pojawienie się ojca Kadewy i przekręcenie klucza w zamku była czynnością nie tyle symboliczną, co będącą jasnym sygnałem dla wielu, wielu zagubionych owieczek i zrozpaczonych osób, potrzebujących duchowego wsparcia.
Czarnoskóry ksiądz przekroczył próg cichego kościoła. Jego kroki odbijały się delikatnym echem w pustym budynku; choć był martwy, to paradoksalnie stanowił obecnie jedyną osobę w True Path. Jedynego wierzącego, oddającego swe ciało i duszę Bogu, służącego pomocą dla każdego. Zanim jednak Adewale zdołał zrobić więcej niż parę kroków, ba, zanim zdołał na dobre przygotować kościół na tę noc, za swoimi plecami usłyszał czyjeś pospieszne kroki, chrzęst deptanego śniegu na chodniku oraz przed kościołem, a nade wszystko zdyszany, pełen przerażenia głos.
Młody, ciemnoskóry chłopak dosłownie wpadł do True Path, chociaż Kadewa nie dalej jak kilka chwil temu otworzył drzwi. Nie był wysokim, sięgał Spokrewnionemu może do ramienia; był chudym, wyraźnie zabiedzonym nastolatkiem, w ubraniach po starszym rodzeństwie. Niebieskawe dżinsy były mokre od śniegu, tak, jakby kilkakrotnie chłopaczyna został pchnięty w zaspy. Szare, brudne tenisówki miały odklejające się podeszwy i sznurówki w różnych kolorach. Rękawiczek, czapki i szalika brak.
Jedynie skórzana kurtka, będąca chyba oryginalną ramoneską z lat siedemdziesiątych, mogła budzić prawdziwy zachwyt. Czarna, lśniąca skóra była przetarta tylko na jednym łokciu, a i tak nie było tego zbyt mocno widać; materiał był bez wątpienia dobrej jakości i w porównaniu do reszty odzieży nastolatka, mógł kosztować prawdziwa fortunę. Fakt, że dzieciak miał rozbitą wargę i wyraźnie skrzywiony nos wcale nie poprawiał sytuacji.
Tyle dobrego, że nie miał na twarzy krwi. Ale uciekał przed kimś, to jest pewne. I równie pewne jest to, że lada moment ci, którzy go ścigają, pojawią się w kościele.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#4
<<
Ciemno, jasno, ciemno, jasno... Latarnie nie oświetlały wszystkiego. Felix kroczył na zmianę w ciemnościach i skąpany w świetle latarni pogrążony we własnych myślach. Ulice i tak były puste, nikt się nie wychylał. Nie myślał o tym dokąd szedł, pozwalając by prowadził go przypadek i fortuna. Nieco nieoczekiwanie nogi zabrały go z powrotem do Madrony. Był już tutaj tej nocy ale najwyraźniej miał tutaj coś jeszcze do załatwienia, choć żadna myśl na ten temat jeszcze nie uformowała się w jego głowie. Często tak robił, włóczył się po mieście zostawiając wszystko przypadkowi.

Przystanął gdy kopnął leżącą na chodniku puszkę po piwie. Wyrwało go to z zamyślenia i rozejrzał się gdzie właściwie jest. Po drugiej stronie ulicy stał kościół w, którym jak wiedział mógł czasami znaleźć Kadewę. Rozważał za i przeciw jak zwykł to czynić bardzo często gdy dostrzegł szybko poruszający się kształt, wpadający do budynku. Nie był pewien kto to, ani czy to człowiek czy może coś więcej. Ksiądz zapewne poradziłby sobie z większością możliwych sytuacji jednakowoż wychodząc z założenia, że lepiej dmuchać na zimne przeszedł przez ulicę kierując się w stronę kościoła. Szedł zwykłym tempem, więc coś może zdążyć się wydarzyć zanim dotrze do drzwi. Jeśli jednak nic takiego się nie wydarzy, spróbuje otworzyć drzwi i zajrzeć do środka.
KARTA POSTACI: Felix Ouellette
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski
Opis Postaci | 
Obecnie Felix ma założoną parę szarych adidasów, które w czasach świetności pewnie były białe, ciemnoniebieskie jeansy oraz czarną bluzę z kapturem i długim rękawem. Przerzucony przez ramię plecak dawno powinien zakończyć swą powinność jednak najwyraźniej mężczyzna nie ma dla niego alternatywy, choć może tez mieć jakąś wartość sentymentalną. Wyróżniający go w tłumie detal to założona na lewej stronie twarzy biała maska, z otworem na oko, nie okrywająca nosa ani ust.

"So eager to play, so reluctant to admit it."

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#5
Czuć było w powietrzu rozpoznawalny aromat. Fakt, że True Path był zamknięty przez większość nocy i tutaj niczego nie zmieniał: Woń zapachowa świec i kadzideł pozostawała, gryząc lekko nozdrza i pobudzając zmysły. Robiąc pierwsze kroki wdychał wszystko pełną piersią, czując niezwykłą mieszankę starego drewna oraz woni używanej wcześniej miry: zapachy świątyni. Kadewa nie miał zamiaru próżnować, musiał zapalić światła, przygotować sale, rozłożyć dewocjonalia na ołtarzu i...

Stał za nim. Czuł to. Echo odbijanych kroków niosło się głośno po sklepieniu Domu Bożego, a nierówny i ciężki oddech zdawał się odbijać o grube ściany. Adewale odwrócił się na pięcie, patrząc w oczy nowemu gościowi. Młodzik, będący niczym innym w obecnym stanie jak obrazem nędzy i rozpaczy patrzył na niego swoimi wielkimi oczyma, sapiąc i dysząc, zmęczony jakkolwiek długim maratonem. Uciekał. Bał się. Miał kłopoty. Tyle Kadewa potrafił ocenić już po samej twarzy dziecka, co więcej wiedząc, że pościg trwa dalej i najprawdopodobniej nie został przerwany.

Przeniósł wzrok na ostatni rząd ławek, gdzie jak zawsze Fransis zostawiał zestaw ciepłych kocy na wypadki takie jak te. Dla potrzebujących: którzy zabłądzili i zmarzli podczas zimowych nocy. Chwycił jeden i szybko podszedł do młodzika, zapraszając gestem

- Witaj w Domu Bożym dziecko. Wejdź! Na Boga! Jesteś cały roztrzęsiony i mokry. Ściągnij kurtkę, zdejmij buty i okryj się - wskazał mu ławkę przed ołtarzem, obserwując przy tym chłopca i starając się rozpoznać w nim jedną ze swoich owieczek. Istniało duże prawdopodobieństwo, że duszyczka miała wcześniej styczność jeśli nie z Adewale to z samym Ojcem Freemanem. A skoro tak to mógł o nim usłyszeć. Czekał spokojnie aż chłopak ochłonie, czując chociaż namiastkę bezpieczeństwa. Dlatego w końcu tutaj przybył: dla ochrony. Najpewniej wierząc, że jeśli nie chrystusowe mury to nigdzie nie poczuje się bezpieczny.
- Co się stało moje dziecko? Przed kim uciekałeś? - czas przeszły był zamierzony. Tu się nic mu już więcej nie stanie. Nigdy.
KARTA POSTACI: Adewale Kadewa
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: , Łacina
Opis Postaci | 
Adewale Kadewa swoim wyglądem nie budzi żadnych specjalnych i konkretnych skojarzeń. Zwykły, średniego wzrostu i średniej budowy afroamerykanin, który zdecydował się oddać w posłudze Bogu. Zawsze ubrany zgodnie z pełnioną w parafii funkcją, nosi czarne koszule z krótkim bądź długim rękawem, które opięte na jego masywnych barkach dodają wrażenia bardziej wysportowanej postury. Ciemne jeansy, czarny skórzany pas ze srebrną klamrą oraz zamszowe eleganckie buty to wieczny styl tego osobnika. Szyje zdobi biała koloratka - jasno pokazująca fach i status mężczyzny. Ważnym dodatkiem jest różaniec, wiecznie trzymany przy karku albo ściskany w dłoni. Stare drewniane koraliki wydają się nieco przetarte od modlitwy - widocznie często jest używany. Na twarzy przystrzyżona starannie bródka, która tworzy spójną całość z równo zapuszczanymi wąsami.

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#6
Seattle było rozległym miastem. Ogromnym nawet, biorąc pod uwagę liczne wzgórza, parki, lasy, jeziora oraz otaczające je wody Lake Washington z jednej i Puget Sound z drugiej strony. Felix, pchany dziwacznym, wewnętrznym impulsem - być może związanym z jego pochodzeniem czy też krwią - raz jeszcze zawitał w rejon Madrony. Tym razem jednak skierował swe kroki w stronę świątyni, w której urzędował nie kto inny, jak nieumarły kapłan.
Ksiądz Adewale Kadewa w tej samej chwili, kiedy Ouellette zbliżał się do kościoła, starał się wyciągnąć choćby strzęp informacji od niespodziewanego gościa. Sugestię, by zdjąć obuwie przyjął bez wahania; ściągnął zniszczone buty, z których wyciekło trochę roztopionego już śniegu, brudząc kościelną posadzkę. Kurtki jednak nie ruszył, strzepnął tylko kilka ocalałych płatków śniegu pokręcił nerwowo głową, odmawiając pozbycia się tego elementu ubioru.
Miał na imię Clarence. Albo Clark. Jakoś tak.
Nazwisko wypadło Kadewie z pamięci. Nie jest możliwym spamiętanie wszystkich owieczek, zwłaszcza tych, które tak nieregularnie zaglądają do kościoła. Prawdę mówiąc, ci wierni są wręcz urzeczywistnieniem stwierdzenia "jak trwoga, to do Boga". Clark (bądź Clarence) otarł twarz, wziął głębszy oddech, próbując uspokoić bicie serca i otulił się szczelnie kocem. Już-już otwierał usta, by wyjawić ojcu co jest prawdziwym powodem wizyty w świątyni o tak późnej porze, gdy w progu Truth Path pojawił się ktoś nowy.
Za czarnoskórym nastolatkiem, dosłownie chwilę później, do kościoła wpadł ktoś zamaskowany. Twarz, skryta za karnawałową maską, należała do jednego ze Spokrewnionych, do wampira, nieśmiertelnego monstrum. Ojciec Kadewa mógł co prawda podejrzeć, że wampir którego nie tak dawno widywał w Elizjum panny Page był na polowaniu, ale stan zdrowia dzieciaka w żaden sposób na to nie wskazywał. Młodzieniec został pobity. Napadnięty przez zwyczajnych bandytów. Zbirów, którzy najpewniej chcieli mu ukraść kurtkę.
Na twarzy Clarka pojawił się cień strachu. Szybko jednak ustąpił zdziwieniu, gdy ujrzał kim naprawdę jest przybysz - długie włosy, maska skrywająca twarz i tak dalej. Nie był to napastnik, bądź jeden z nich. Przez kilka chwil Clarence patrzył na jednego i drugiego Spokrewnionego, nie bardzo wiedząc, czy mówić, czy też czekać; kiedy jednak z ulicy dobiegły czyjeś przekleństwa, śmiechy i gwizdy, nastolatek się skulił.
- Flynn, Ayala i Tucci. Mówią, że ukradłem tę kurtkę. - wyszeptał trzy nazwiska i potencjalny powód, dla którego go pobito i ścigano.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#7
Wszedł do budynku. Zważywszy na okoliczności faktycznie mogło to być bardziej wpadnięcie niż zwyczajne przekroczenie progu. Niecodzienna aparycja Felixa niewątpliwie była rozpraszająca dla dzieciaka. Z księdzem się już jednak widział wcześniej więc nie musiał się z tego tłumaczyć. Przesunął wzrokiem zarówno po samym młodzieńcu jak i duchownym. Trwał tak te parę chwil w przejściu nie do końca chyba wiedząc co byłoby najwłaściwszym zachowaniem w tej chwili. W końcu nie każdej nocy zdarza się zastać księdza razem z dzieckiem.

Gama różnych dźwięków przerwała rozmyślania Spokrewnionego. Śmiechy, przekleństwa i gwizdy. W połączeniu ze słowami młodego wniosek nasuwał się sam. Grupka na zewnątrz mogła być tą samą która twierdziła, że młodzieniec pod opieką księdza zwędził im kurtkę.

Rzucił okiem przez ramię w kierunku dobiegających od strony ulicy odgłosów. Następnie obrócił się znowu w stronę Kadewy zamykając za sobą drzwi, jeśli nie zrobiłyby tego z własnej inicjatywy. Wszak niektóre potrafią. - Niech będzie podpalony. - rzucił rzeczowym tonem do księdza, choć formułka nie była do końca właściwa, nic nie wskazywało na to, by mężczyzna stroił sobie żarty. - Szukam bezpiecznego miejsca w, którym mógłbym przespać się chociaż kilka godzin, czy trafiłem we właściwe miejsce ?
KARTA POSTACI: Felix Ouellette
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski
Opis Postaci | 
Obecnie Felix ma założoną parę szarych adidasów, które w czasach świetności pewnie były białe, ciemnoniebieskie jeansy oraz czarną bluzę z kapturem i długim rękawem. Przerzucony przez ramię plecak dawno powinien zakończyć swą powinność jednak najwyraźniej mężczyzna nie ma dla niego alternatywy, choć może tez mieć jakąś wartość sentymentalną. Wyróżniający go w tłumie detal to założona na lewej stronie twarzy biała maska, z otworem na oko, nie okrywająca nosa ani ust.

"So eager to play, so reluctant to admit it."

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#8
Słuchał chłopca spokojnie. Patrząc mu w oczy wyceniał jak bardzo to co mówi bliskie jest prawdy, oraz jak bardzo kiepskiej jest sytuacji. Powodem sporu była kurtka, zwykła, skórzana, bądź co bądź lekko wytarta ale elegancka kurtka. Porównując ją z resztą stroju istniała pewna szansa, że nie należy ona do zwykłej garderoby chłopca. Przecież zdecydowania wykraczała poza resztę wyglądu, najpewniej będąc znacznie więcej warta niż wszystko inne co nosił razem wzięte. Dlatego Kadewa obserwował Clarence'a. Albo Clarka. Zwracał uwagę czy skupia na nim swój kontakt wzrokowy, czy chwyta się za ucho albo jąka czy się waha. Wszystkie oznaki mogące świadczyć o wątpliwości jego zdania. Oczywiście nie chciał mu niczego zabrać siłą: chciał ocenić jak naprawdę sprawy się tutaj mają. Z doświadczenia wiedział, że często nie wszystko jest czarno białe. Wolał się upewnić i poznać historię jego siniaków.

A wtedy przyszedł On. Jak wyrwana postać z obrazka, jak rysunkowy "Gdzie jest Wally?" doczepiony do całego kontekstu, niepasujący do reszty. Ubrany jak błazen na początek swojego spektaklu, chyba nie pojawił się w Kościele wyczekując oklasków. Kadewa zmrużył oczy i wzmocnił zgryz. Rozważał nawet, że to właśnie nowo przybyły był twórcą całego zamieszania, raniąc malca dotkliwie. Tylko po co? Czysta dzika przyjemność czy ukryty motyw? Nie... To nie mogło być to. Z rozważań wyrwał go nagle odgłosy z zewnątrz. Byli to najpewniej prawdziwi sprawcy.
- Zostań tutaj moje dziecko. W Domu Pana nigdy Ci nic nie grozi. Jesteś tu bezpieczny - położył rękę na ramieniu chłopca, mówiąc do niego spokojnym i rzetelnym tonem - W mieście w nocy miał miejsce prawdopodobnie karnawał. Pewnie to jeden z gości. Spokojnie chłopcze, spokojnie - poklepał go po ramieniu i wstał z przykucu, kierując się przez środek sali między ławami w stronę drzwi wejściowych. Okrzyki z zewnątrz były coraz głośniejsze: grupa zbliżała się nieubłaganie w stronę Kościoła.

Ale wzrok Ojca Adewale nie był skupiony na nich. Patrzył na współklanowca, który wielkim nietaktem wszedł do jego Domeny. Domeny która oficjalnie została mu przydzielona prawie dziesięć lat temu i w której obowiązuję według zasad Camarilli Druga Tradycja. Felix nie został tutaj zaproszony, nie poinformował również, że chce wkroczyć na teren parafii. To oznaka braku szacunku, a ten brak szacunku nawet Kadewa nie mógł tak po prostu nie zauważyć. Dodatkowo obrazoburcza zwrotka, mająca nie wiadomo na kim zrobić wrażenie. Klecha szedł coraz szybciej w jego stronę ściskając pięści. Walczył z gniewem, a gniew prowadził jednym już krokiem do Bestii. Przybył prosząc o nocleg bez zaproszenia, robiąc scenę wyglądem błazna i jeszcze zmuszając malkaviana do kłamstwa na zwykłym chłopcu. Ten grzech co najgorsze nie spadnie na nierozsądnego zamaskowanego, a klechę. Był zły. Musiał z tym walczyć.
- To był nietakt Felixie - wyrzucił z siebie rozżalonym szeptem w jego stronę, gdy zbliżył się wystarczająco - Dobrze o tym wiesz. Wiele mógłbym zrozumieć, ale mogłeś chociaż zachować pozory. Nie ułatwiasz mi niczego - młodzieńcza wrzawa i krzyki dobiegały coraz szybciej z zewnątrz. Byli blisko - Muszę się tym zająć. Rób co chcesz, ale pamiętaj o zasadach i pamiętaj, że przychodzisz w gościnie jak należy, dobrze? O twojej prośbie porozmawiamy jak skończę

Poklepał malkaviana po barku, w pokojowym bądź co bądź geście. Uśmiechnął się do niego sucho i skierował w stronę wyjścia by skomfrontować się z młodzieńczą tuszą.
KARTA POSTACI: Adewale Kadewa
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: , Łacina
Opis Postaci | 
Adewale Kadewa swoim wyglądem nie budzi żadnych specjalnych i konkretnych skojarzeń. Zwykły, średniego wzrostu i średniej budowy afroamerykanin, który zdecydował się oddać w posłudze Bogu. Zawsze ubrany zgodnie z pełnioną w parafii funkcją, nosi czarne koszule z krótkim bądź długim rękawem, które opięte na jego masywnych barkach dodają wrażenia bardziej wysportowanej postury. Ciemne jeansy, czarny skórzany pas ze srebrną klamrą oraz zamszowe eleganckie buty to wieczny styl tego osobnika. Szyje zdobi biała koloratka - jasno pokazująca fach i status mężczyzny. Ważnym dodatkiem jest różaniec, wiecznie trzymany przy karku albo ściskany w dłoni. Stare drewniane koraliki wydają się nieco przetarte od modlitwy - widocznie często jest używany. Na twarzy przystrzyżona starannie bródka, która tworzy spójną całość z równo zapuszczanymi wąsami.

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#9
Nie odpowiedział księdzu uznając, że nie jest to ani czas ani miejsce na podobną wymianę słów. Sytuacja wymagała od księdza ingerencji bezpośredniej. Felix zaś miał do wyboru albo kontakt z nastolatkiem, jakkolwiek było mu na imię, wszak nie znał go ani z widzenia, ani ze słyszenia. Mógł też zostać gdzie był w tej chwili i nie naruszać swoją osobę dalszej części domeny księdza. Miał swoje powody by zaniedbać obyczaje ale nie zamierzał posuwać się dalej niż to konieczne, w jego własnej subiektywnej opinii.

Perspektywa jakichkolwiek kontaktów z dziećmi była mu niechętna. Brakowało im doświadczenia i logiki by kierować ich poczynaniami w zrozumiały i pożądany przez niego sposób. Co prawda zdarzały się wyjątki, jednak ten konkretny przedstawiciel młodego pokolenia ludzi, nie sprawiał wrażenia zbytnio bystrego. Cofnął się tyłem w stronę drzwi unosząc jedną dłoń ku twarzy. Położył palec wskazujący na ustach patrząc w stronę chłopaka. Nie dodał nic więcej, uznając, że gest będzie dostatecznie łatwy do zrozumienia, a może było w tym coś więcej ?

Wolną zaś ręką złapał za klamkę i lekko uchylił drzwi przykładając ucho do utworzonej szpary, stosownie się przesuwając. Być może uda mu się coś usłyszeć z zewnątrz budynku. Zawsze lepiej wiedzieć co się dzieje niż trwać w nieświadomości.

KARTA POSTACI: Felix Ouellette
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski
Opis Postaci | 
Obecnie Felix ma założoną parę szarych adidasów, które w czasach świetności pewnie były białe, ciemnoniebieskie jeansy oraz czarną bluzę z kapturem i długim rękawem. Przerzucony przez ramię plecak dawno powinien zakończyć swą powinność jednak najwyraźniej mężczyzna nie ma dla niego alternatywy, choć może tez mieć jakąś wartość sentymentalną. Wyróżniający go w tłumie detal to założona na lewej stronie twarzy biała maska, z otworem na oko, nie okrywająca nosa ani ust.

"So eager to play, so reluctant to admit it."

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#10
Krótka, dość ostra wymiana słów między księdzem a zamaskowanym przybyszem trochę zbiła z tropu nastolatka. Chłopak otulił się mocniej i szczelniej kocem, rzucił też zaniepokojone spojrzenie jednemu i drugiemu Spokrewnionemu. Przymknął potem oczy i głęboko odetchnął, rad, że jest - teoretycznie - bezpieczny przed napastnikami. Zresztą, gdyby nawet ksiądz Kadewa sobie z nimi nie poradził, to jest jeszcze ten dziwny typ w masce, czający się teraz przy drzwiach.
Na zewnątrz, przed True Path, stały cztery osoby.
Ksiądz. Flynn, Ayala i Tucci. Wszyscy czarni jak noc. Wszyscy wyrośnięci nad swój wiek, wysocy, o szerokich barkach i twarzach nieskalanych wyższą inteligencją. Dwóch miało krzywe nosy, dowód licznych stoczonych bójek; trzeci nie miał paru zębów, co było szczególnie widać gdy się uśmiechał. Adewale znał ich z widzenia; w kościele bywali jeszcze rzadziej niż ich ofiara, ale bywali. Obłuda i hipokryzja wiernych, którzy przybywają do świątyni tylko dlatego, gdy ktoś im każe mogła rozsierdzić nawet najbardziej cierpliwego kapłana.
Flynn i Ayala, mający połamane nosy, byli nieco z przodu. Pierwszy miał brązowy, za duży prochowiec, najpewniej ukradziony. Nie miał czapki ani włosów; padający śnieg zasypywał mu głowę i ramiona. Drugi, mimo mrozu, miał na głowie czapeczkę z daszkiem. Niebiesko-fioletową bejsbolówkę z szerszeniem i piłką do gry w kosza. Był chyba fanem Charlotte Hornets.
Tucci trzymał się z tyłu i uśmiechał się w wyjątkowo perfidny sposób. Ręce miał złączone gdzieś za plecami, więc Kadewa ich nie widział; gruba, puchata kurtka w kolorze wiśni ciasno opinała jego nad wyraz umięśnione ciało. Ot, klasyczny przykład młodocianego gangstera, który naoglądał się filmów, nasłuchał muzyki "czarnych braci z getta" i teraz starał się im dorównać.
I to było najgorsze.
- Gdzie masz tego czarnucha? - wrzasnął ten w bejsbolówce, robiąc chwiejny krok do przodu. Miał problemy, by utrzymać wzrok na księdzu. Zataczał się i nie mówił zbyt wyraźnie. Był pijany, nie jakoś bardzo, ale trochę musiał wypić. Alkohol krążący w jego żyłach (i w gęstej parze, jaką wydychał) ogrzewał ciało i dodawał mu odwagi.
- Pewnie w konfesjonale go zamknął, by potem dać mu zlizać śmietanę spod laski! - dodał drugi, śmiejąc się ochryple. Jedynie trzeci, trzymający się z tyłu, milczał. Uśmiechał się tylko, zachowując dystans. Spoglądał na kościół, na księdza, na swoich kolegów i na cichą pustą ulicę, zasypywaną śniegiem. Gdzieś daleko błysnęły reflektory przejeżdżającej taksówki. Na czyimś podwórku zaczął ujadać pies.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#11
- Ach...- stonowana twarz Kadewy nie wyrażała już żadnego gniewu czy też złości. W momencie gdy przekroczył próg Domu Bożego wszystko nabrało innego kolorytu. Krzyżując palce obu dłoni, w geście mediatora i cierpliwego słuchacza spoglądał na nadchodzącą trójkę. Spokojnym wyrazem wysłuchiwał ich obelg, okrzyków złości i sączonego jadu. Stał niewzruszony gdy wykrzykiwali obelżywe określenia, chcąc udowodnić swoją nikłą wyższość obrazującą wyłącznie ich nadchodzący upadek. Słuchał, patrząc na nich kilka stopni z góry. Mrużąc przy tym oczy i marszcząc czoło.

W głębi serca się cieszył. Naprawdę. Madrona pełna była przecież takich osób jak ta trójka, osób, które zagubione pod złym wpływem decydowały się podążać ścieżką prowadzącą do złego. Złe wychowanie, wpływ otoczenia, błędne decyzje i wpływy rodzicielskie. Wszystko to sprawiało, że następowała gdzieś w głębi serca gorycz, która przelewała się w złość, złość zaś w gniew, a gniew - w czyn. Wtedy potrzebny jest ktoś kto pokażę dokąd zmierzać. Osoba potrafiąca przekierunkować i wskazać właściwe tory. Taka była prawda, prawda którą poznał jeszcze pod czujną opieką swego Stwórcy. W każdym była i gnieździła się Bestia. Czy to Spokrewniony, czy też człowiek sam w sobie. W każdym czyhała energia która źle skoncentrowana czekała tylko by się uwolnić i przejąć kontrolę. W każdym. Bez wyjątku.

- Witajcie w Bożym Domu, dawno was tutaj nie było, dzieci moje. A szkoda, szkoda - uśmiechnął się ciepło w stronę każdego z osobna, nie zmieniając pozycji stał na wywyższeniu, patrząc na nich z góry. Konkretna pozycja mająca budzić jeszcze większy autorytet. Dobrze wiedział, że młodzi są pod wpływem i dobrze wiedział, że trzeba na nich uważać. Dlatego zdecydował się wzbudzić w nich szacunek, który tak łatwo zapomnieli pokazać. Wypinając klatkę piersiową, obserwując ich ciepłym - ale czujnym spojrzeniem oraz mówiąc głosem pełnym, donośnym głosem jakby prawił kazanie. Był u siebie. Nie bał się ich. To on tutaj był panem sytuacji, a nie oni. Taki komunikat podprogowy chciał im przekazać samą swoja postawą. W grę wchodziły jeszcze słowa

- Flynn mój drogi! Tak pięknie śpiewałeś "Kept by His Grace". Twój głos niesie się echem i głębokim tenorem po całej Świątyni. Zawsze ja i Ojciec Freeman byliśmy pod wrażeniem twoich zdolności wokalnych! Strasznie smutno mi widzieć, że mówisz do mnie takim językiem. Jak to możliwe, że z ust z których pochodzi taki dar wychodzą też takie plugastwa? Jestem w szoku. Chciałem swego czasu zaproponować Ci dołączenie do chóru Kościelnego, naprawdę, szczerze. Masz talent i trzeba go rozwijać! Miałem rozmawiać nawet o tym z twoją matką, szczególnie, że biskupstwo wybiera młodych którzy mogliby śpiewać hymn na najnowszej odsłonię meczu koszykówki... No ale... - cmoknął nieco zdegustowany, dając jasno do zrozumienia co ma dalej na myśli. Przeniósł wzrok na drugiego gangstera. Westchnął głosno.
- Ayala... Jak się ma ciotka? Choroba dalej ją męczy? Ostatnio była tak zdesperowana, że prosiła o ostatnie namaszczenie ale każdy dobrze wie, że to silna i wytrzymała kobieta. Wyleczy się ze wszystkiego, jestem tego pewien i obiecuję Ci, że będę się za nią modlił. Co mnie szokuje to, to, że ona prosi mnie zawsze o intencje względem Ciebie! Ciebie gdy sama dogorywa i ma się coraz gorzej. Tak bardzo się o Ciebie martwi... Czyżby mimo wszystko słusznie? Nie rób głupot, bądź przy niej i wyprowadź ją z błędu. Bądź człowiekiem którego teraz potrzebuje - który będzie przy niej, a nie na ulicy bijąc inne dzieci. Ona w Ciebie wierzy... ja też chce wierzyć, że ma rację - odwrócił wzrok na ostatniego, który milczał i obserwował wszystko z cynicznym uśmieszkiem. Co do niego Adewale miał największe wątpliwości, szczególnie, że zakrywał ręce. Najpewniej coś w nich trzymał.
- Tucci, skąd ta satysfakcja? Cieszy Cię to co tutaj ma miejsce? Trochę to smutne, zważywszy na fakt, że nie tak dawno zmarł Ci dziadek. Tak, pamiętam go dobrze i pamiętam, że wiązał z Tobą duże nadzieje. Twój ojciec nie miał dość pieniędzy by kupić trumnę i zafundować pogrzeb. Na szczęście nasza kościelna wspólnota dokładała na kościelną tacę co łaska, by pochówek był przyzwoity i udany. Właściwie skoro sobie tak to przypominam to wtedy widziałem Ciebie po raz ostatni tutaj w True Path. Nie odwiedzasz dziadka?
KARTA POSTACI: Adewale Kadewa
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: , Łacina
Opis Postaci | 
Adewale Kadewa swoim wyglądem nie budzi żadnych specjalnych i konkretnych skojarzeń. Zwykły, średniego wzrostu i średniej budowy afroamerykanin, który zdecydował się oddać w posłudze Bogu. Zawsze ubrany zgodnie z pełnioną w parafii funkcją, nosi czarne koszule z krótkim bądź długim rękawem, które opięte na jego masywnych barkach dodają wrażenia bardziej wysportowanej postury. Ciemne jeansy, czarny skórzany pas ze srebrną klamrą oraz zamszowe eleganckie buty to wieczny styl tego osobnika. Szyje zdobi biała koloratka - jasno pokazująca fach i status mężczyzny. Ważnym dodatkiem jest różaniec, wiecznie trzymany przy karku albo ściskany w dłoni. Stare drewniane koraliki wydają się nieco przetarte od modlitwy - widocznie często jest używany. Na twarzy przystrzyżona starannie bródka, która tworzy spójną całość z równo zapuszczanymi wąsami.

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#12
Uśmiechnął się nieznacznie pod nosem bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego, gdy dobiegły go słowa wypowiadane przez księdza. Sposób wymowy, tworzone zdania, sugerowały, że ma chwilę czasu na podjęcie pewnych kroków zanim tamci zrobią cokolwiek, jeśli w ogóle. W końcu interesujący go najbardziej detal dźwiękowy mógł rozpocząć swoją wędrówkę u księdza, a nie u nastolatków. Nie podejrzewał go o to ale z drugiej strony, jak wiele mógł powiedzieć o Kadewie, nie utrzymywali zbytnio kontaktów mimo klanowych więzów. Dowodem były jedne z jego ostatnich słów pod adresem Felixa.

Odrzucił zbędne myśli koncentrując się na "tu" i "teraz". Zdjął plecak kładąc go tuż obok stworzonej szpary skąd dobiegało do niego chłodne, nocne powietrze. Przykucnął, otworzył swój przenośny schowek i wsunął do środka dłoń. Wbrew pozorom utrzymywał w środku względny porządek, układając przedmioty hierarchią ich potencjalnego użycia. Namacawszy pożądany przedmiot znajdujący się całkiem blisko suwaka, lekko go wysunął w międzyczasie opierając wolną dłoń o drzwi nieznacznie na nie napierając, tak, że przesunęły się kilka centymetrów. I zamarł.

Mógł zostać dalej na swoim miejscu i liczyć na to, że Adewale sam sobie poradzi z nastolatkami, pozostając niewiadomą w tym równaniu. Z drugiej strony mógł wysunąć się na zewnątrz i skryć w mroku blisko wejścia. Miałby dużo lepszy widok na całą sytuację, jednak uchylane drzwi lub ruch przy nich mógłby zdradzić obecność osoby w kościele. Bez tego jednego detalu Kadewa wciąż mógłby kłamać, że nikogo tutaj nie ma. Sam by pewnie tak zrobił. Zasiał niepewność. Ludzie bywają mniej skłonni do działania jeśli nie mają pewności co przyniosą ich decyzje. Wracając jednak do pierwszej strony medalu, jeśli go zauważą, również mogą zwątpić z powodu obecności świadka.

Podsumował szybko wady i zalety obu wyjść i wybrał swoją drogę.

Pchnął drzwi jeszcze o kilka centymetrów, łapiąc plecak tak, że od strony jego dłoni znajdowało się otwarcie i spróbował wysunąć się cichaczem nie podnosząc się na zewnątrz, pozostając w miarę możliwości w tych kilku cieniach przy wejściu. Gdy znów się zatrzymał pozwolił palcom wsunąć się na powrót do plecaka dotykając opuszkami przedmiotu, którego wolałby nie używać.
KARTA POSTACI: Felix Ouellette
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski
Opis Postaci | 
Obecnie Felix ma założoną parę szarych adidasów, które w czasach świetności pewnie były białe, ciemnoniebieskie jeansy oraz czarną bluzę z kapturem i długim rękawem. Przerzucony przez ramię plecak dawno powinien zakończyć swą powinność jednak najwyraźniej mężczyzna nie ma dla niego alternatywy, choć może tez mieć jakąś wartość sentymentalną. Wyróżniający go w tłumie detal to założona na lewej stronie twarzy biała maska, z otworem na oko, nie okrywająca nosa ani ust.

"So eager to play, so reluctant to admit it."

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#13
- Kim jesteś? - zapytał w końcu Clark. Albo Clarence, ciężko spamiętać imię jednego chłopaka z dziesiątek, setek mu podobnych, odwiedzających kościół True Path. Strach i lęk, jaki spowodowało pojawienie się jego prześladowców, małoletnich bandytów, zdołał już wyraźnie zmaleć. Obecność księdza miała tutaj ogromne znaczenie, ale facet w masce, zachowujący się w dodatku w dość dziwny sposób... to było coś wyjątkowego.
Nastolatek rozsunął nieco poły koca, którym był przykryty. Z ciekawością przyglądał się Spokrewnionemu, gdy ten grzebał w plecaku i czaił się przy kościelnych drzwiach. Pytanie, jakie zadał młody chłopak to była jedyna próba nawiązania kontaktu z dorosłymi w True Path, nie licząc oczywiście odpowiedzi na pytanie Kadewy. Ksiądz miał zresztą teraz zupełnie inne rzeczy na głowie, a że wiedział mniej, niż Ouellette...
Trójka nastoletnich bandziorów nie wyglądała na zmieszaną, czy zawstydzoną. Jedynie Tucci, który stracił jakiś czas temu swego dziadka wyglądał na trochę zirytowanego. Zrobił nawet krok do przodu, zaciskając mocniej szczęki - Adewale widział dokładnie, jak napinają się mięśnie pod skórą, jak robi gwałtowny krok na przód, wzburzony słowami kapłana. Jedynie ręce trzymał ciągle za plecami, tak, jakby coś chował.
Ayala tylko wzruszył ramionami, nie przejmując się słowami kapłana. Rzucił jednak zaciekawione spojrzenie swemu koledze, który miał talent i mógł wiele osiągnąć, gdyby tylko pozostał w chórze. Flynn jednakże nie miał zamiaru milczeć ani nawet zachowywać się grzecznie, o nie. Uniósł wyżej głowę, wykonał ręką ordynarny gest i zaśmiał się krótko, ale widać było, że nie jest to szczery, prawdziwy śmiech. Przeciwnie, był to nerwowy chichot, mający na celu nieudolne ukrycie zakłopotania.
- Chuj ci do tego. - burknął Tucci, wyciągając rękę w stronę Adewale. - W środku jest ten mały skurwiel, no nie? Zawołaj go tu. - odezwał się w końcu, wyciągając ręce zza pleców. W dłoniach trzymał mały rewolwer, trzydziestkę ósemkę, trochę porysowaną na lufie. Broń z pewnością pochodzącą z czarnego rynku, sądząc po jej stanie. Pewnie w niektórych rejonach Seattle takie spluwy chodzą po parę dolców.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#14
- Ach... - powtórzył raz jeszcze. Spokojnym i rzetelnym tonem. Poprawił okulary na nosie palcem wskazującym i zrobił pierwszy krok, schodząc o stopień schodka
- Rozumiem co myślicie i rozumiem co chcecie osiągnąć. Świat jest brutalny, więc bądźmy tacy sami, tak? Ciekawe spostrzeżenie - nie bał się. Jeśli nawet, to nie dał po sobie tego poznać. Jego ciepła twarz zniknęła, dając miejsce powadze i każącym spojrzeniu. Nie był w żadnym bądź razie zaskoczony, Madrona pełna była takich ofiar, które tym bardziej musiały zrozumieć wagę i konsekwencje własnych działań. Westchnął głośno, robiąc kolejny krok w dół.
- Bądźmy silni, siła definiuje kim jesteś i kim będziesz. To siła pokażę innym kto ma rację a kto nie. Taka jest rzeczywistość, hm? - patrzył prosto na Tucciego, widząc jak ciepła para ulatnia się z jego ust, jak ręka wzmacnia uścisk na trzymanej broni. Czy czuł niepokój? Ciężko powiedzieć. Jeśli nawet to nigdy nie mógł dać tego po sobie poznać. Nie w tej chwili. Kolejny stopień niżej i już krok w stronę brukowanego chodnika. Był coraz bliżej celu, samemu nakierowując się na strzał
- No więc czym jest siła? Mięśniami i terrorem? Mocną gadką oraz trzydziestką ósemką? Strachem? Masz broń, więc każdy Cię posłucha, tak? Takie są realia dzisiejszego świata? - krok za krokiem zbliżał się do chłopaków, był już prawie na wyciągnięcie ręki - Więc czemu się nie boję, Tucci? Czemu stoję przed Tobą i patrzę Ci teraz prosto w oczy, wiedząc, że ta chwila ma dla Ciebie ważniejsze znaczenie niż dla mnie? Co? Wiesz dlaczego, chłopcze? - przystanął. Będąc od niego w odległości może pół metra. Wyciągając dłoń w jego stronę, dosadnie i wymownie
- Bo ja wiem kim jestem. Wiem co mnie czeka gdy umrę i wiem, że mogę być spokojny. A Ty, moje dziecko? Możesz? Ta chwila, ten moment i ta decyzja być może będzie najważniejszą decyzją twojego życia. TWOJEGO, NIE MOJEGO. Teraz zdasz sobie sprawę jakim jesteś człowiekiem, dobrym czy też rozgoryczonym i zniszczonym od środka. To ten moment, to twój wybór. Wybieraj więc, a ja powiem to tylko raz: Oddaj mi broń. Odejdź i zostaw to życie za sobą.

KARTA POSTACI: Adewale Kadewa
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: , Łacina
Opis Postaci | 
Adewale Kadewa swoim wyglądem nie budzi żadnych specjalnych i konkretnych skojarzeń. Zwykły, średniego wzrostu i średniej budowy afroamerykanin, który zdecydował się oddać w posłudze Bogu. Zawsze ubrany zgodnie z pełnioną w parafii funkcją, nosi czarne koszule z krótkim bądź długim rękawem, które opięte na jego masywnych barkach dodają wrażenia bardziej wysportowanej postury. Ciemne jeansy, czarny skórzany pas ze srebrną klamrą oraz zamszowe eleganckie buty to wieczny styl tego osobnika. Szyje zdobi biała koloratka - jasno pokazująca fach i status mężczyzny. Ważnym dodatkiem jest różaniec, wiecznie trzymany przy karku albo ściskany w dłoni. Stare drewniane koraliki wydają się nieco przetarte od modlitwy - widocznie często jest używany. Na twarzy przystrzyżona starannie bródka, która tworzy spójną całość z równo zapuszczanymi wąsami.

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#15
Usłyszał pytanie chłopaka, jednak wszystko w jego zachowaniu świadczyło o czymś zupełnie odwrotnym. Zignorował zarówno słowa nastolatka jak i całą jego osobę. Nie była dla niego istotna w żadnej mierze. Ot, kolejny człowiek na drodze spokrewnionego. Znacznie bardziej interesowały go losy Kadewy i pozostałej trójki nastolatków. Mimo, że to też byli ludzie tak jak ten w kościele to byli w posiadaniu dość mocnego argumentu na ich korzyść jeśli chodzi o zainteresowanie Feliksa.

Pozostawał w cieniu przy drzwiach kościoła obserwując scenę rozgrywającą się dalej. Księdza, chłopaków oraz przemowę tego pierwszego. Czy uda mu się przekonać Tucciego by oddał mu swoją broń ? Było to całkiem możliwe. Piastował w końcu szanowaną pozycję i posiadał stosowny ów pozycji autorytet. Tylko czy to wystarczy ? Jeśli tak, to nie musiał reagować w żaden sposób. Jeśli jednak nie i chłopak wystrzeli.. to może spowodować wiele problemów. Również dla niego, jednak byłoby to ciekawsza puenta tego spotkania. Zacisnął palce na chłodnej, metalowej powierzchni swojej własnej broni.

Nie podjął żadnego działania czekając, aż sytuacja rozwinie się sama licząc na korzystniejszą wersję wydarzeń. Tylko, która wersja była tą bardziej korzystną dla tego Świra ?
KARTA POSTACI: Felix Ouellette
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski
Opis Postaci | 
Obecnie Felix ma założoną parę szarych adidasów, które w czasach świetności pewnie były białe, ciemnoniebieskie jeansy oraz czarną bluzę z kapturem i długim rękawem. Przerzucony przez ramię plecak dawno powinien zakończyć swą powinność jednak najwyraźniej mężczyzna nie ma dla niego alternatywy, choć może tez mieć jakąś wartość sentymentalną. Wyróżniający go w tłumie detal to założona na lewej stronie twarzy biała maska, z otworem na oko, nie okrywająca nosa ani ust.

"So eager to play, so reluctant to admit it."

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#16
- Tak! - zakrzyknął, robiąc kolejny krok do przodu, dzięki czemu stał praktycznie przed księdzem. - Mam broń, więc każdy się mnie boi! Mam broń, więc ja tu rządzę, rozumiesz, czarnuchu? Rozumiesz co mówię, chuju?! - dwóch czarnoskórych mieszkańców Madrony było tuż obok siebie. Jeden młody, tracący coraz bardziej nad sobą panowanie i drugi, starszy. On z kolei robił co było w jego mocy, byle tylko uspokoić zdenerwowanego młodzika.
I chociaż Adewale tylko mówił - a przynajmniej tak to wyglądało z boku - to efekt był dosłownie piorunujący. Jeszcze przed chwilą Tucci wymachiwał rewolwerem przed twarzą księdza, gotów pociągnąć za spust gdy usłyszy o jedno słowo za dużo. Śmiechy i gwizdy towarzyszy małoletniego bandziora tylko to potwierdzały, podobnie jak rozbita twarz Clarka chowającego się w kościele. A teraz? A teraz Tucci opuścił rewolwer. Rozluźnił chwyt, tak, że trzydziestka ósemka wisiała w jego palcach. Chwilę później upadła w śnieg.
Reszta bandy zaczęła się śmiać i wytykać palcami swego "przywódcę", że dał się podejść w taki sposób. Tucci jednak tylko wzruszył ramionami

Kadewa pochylił się i chwycił broń, sprawdzając zawartość amunicji oraz zabezpieczając ją przed wystrzałem. Zmrużył oczy i powiedział głośno
- Widzę moje dziecko, że podjąłeś rozsądną decyzję. Wejdź proszę Cię do domu Pana, otrzymasz koc i przeczekasz chłodną noc jeśli nie chcesz wracać do domu. Sytuacja na zewnątrz jest na tyle niebezpieczna i nieprzyjemna, że nikt nie powinien zostawać dzisiaj sam - (Rzut Charyzma+Autorytet). Ostatkami zerknął na pozostałą dwójkę i westchnął głośno
- Wasz kolega widać nie jest taki za jakiego go mieliście. Wybrał rozsądnie. Może i wy zechecie otrzymać rozgrzeszenie? Hm?

Spoiler | 
Odpis za zgodą Mortariona
KARTA POSTACI: Adewale Kadewa
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: , Łacina
Opis Postaci | 
Adewale Kadewa swoim wyglądem nie budzi żadnych specjalnych i konkretnych skojarzeń. Zwykły, średniego wzrostu i średniej budowy afroamerykanin, który zdecydował się oddać w posłudze Bogu. Zawsze ubrany zgodnie z pełnioną w parafii funkcją, nosi czarne koszule z krótkim bądź długim rękawem, które opięte na jego masywnych barkach dodają wrażenia bardziej wysportowanej postury. Ciemne jeansy, czarny skórzany pas ze srebrną klamrą oraz zamszowe eleganckie buty to wieczny styl tego osobnika. Szyje zdobi biała koloratka - jasno pokazująca fach i status mężczyzny. Ważnym dodatkiem jest różaniec, wiecznie trzymany przy karku albo ściskany w dłoni. Stare drewniane koraliki wydają się nieco przetarte od modlitwy - widocznie często jest używany. Na twarzy przystrzyżona starannie bródka, która tworzy spójną całość z równo zapuszczanymi wąsami.

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#17
W chwili gdy trzydziestka ósemka znalazła drogę do ręki księdza, Felix rozluźnił się. To był ten jeden, kulminacyjny moment w którym wszystko mogło pójść bardzo źle albo wręcz idealnie. Kadewa rozpracował sytuację całkiem gładko. Zamaskowany Malkavian zrobiłby to inaczej, jednak nie mógł kłócić się z rezultatami. Być może też zdarzy się jeszcze okazja by nauczyć czegoś ważnego o życiu tego całego Tucciego i jego kompanów. To jednak nie ta noc.

Felix cofnął dłoń z wnętrza plecaka i go zamknął, a następnie zakradł się z powrotem do kościoła. Już w środku, założył go na plecy i rozejrzał się za Clarkiem czy tam Clarencem. Właściwie to wciąż nie wiedział jak chłopak ma na imię. Nie padło w żadnej rozmowie, a przynajmniej go nie słyszał. Sięgnął pamięcią kilkanaście sekund wstecz gdy zarejestrował, że nastolatek zadał mu jakieś pytanie.

Zlokalizował pytającego w ciągu tych kilku sekund podczas których przypominał sobie czego właściwie on od niego chciał. Uniósł nogę by postąpić krok w stronę wnętrza kościoła jednak zamarł na moment czy dwa, nim wycofał się z tego ruchu pozostając w miejscu, blisko drzwi wejściowych. Tam gdzie klepnął go po ramieniu Kadewa. Odparł jednak w stronę chłopaka. - Jestem Felix. A ty ? - Podał to samo imię, którym przywitał go ksiądz, na wypadek gdyby młodzieniec miał dość dobry słuch by to usłyszeć. Ton miał jak zwykle neutralny. Zachowany dystans zaś mógł pozwolić chłopakowi utrzymać pewne poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli pozorne w obecności Spokrewnionego.
KARTA POSTACI: Felix Ouellette
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski
Opis Postaci | 
Obecnie Felix ma założoną parę szarych adidasów, które w czasach świetności pewnie były białe, ciemnoniebieskie jeansy oraz czarną bluzę z kapturem i długim rękawem. Przerzucony przez ramię plecak dawno powinien zakończyć swą powinność jednak najwyraźniej mężczyzna nie ma dla niego alternatywy, choć może tez mieć jakąś wartość sentymentalną. Wyróżniający go w tłumie detal to założona na lewej stronie twarzy biała maska, z otworem na oko, nie okrywająca nosa ani ust.

"So eager to play, so reluctant to admit it."

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#18
Cztery pociski. W bębenku były tylko cztery naboje, co stanowiło jednak marną pociechę. Albo Tucci nie miał pieniędzy, by zakupić więcej amunicji, albo - co gorsza - bębenek był pełny, ale nastolatek wcześniej dwukrotnie pociągnął za języczek spustu. Teraz jednak broń znajdowała się w martwych, bezpiecznych rękach księdza. Kurek po chwili znalazł się we właściwej pozycji, a broń stała się równie groźna, jak przycisk do papieru. Słowa, które wypowiedział moment później, odniosły także spory skutek - dwóch z trzech napastników zmieniło swoje nastawienie.
Tucci znowu wzruszył ramionami.
Zerknął na swoich kolegów i przez moment się im przyglądał, po czym zrobił kilka kroków przed siebie. Ostatecznie zatrzymał się przed kościelnymi drzwiami, nie wiedząc, że poszukiwany przez niego chłopak znajduje się tylko parę metrów dalej. I nie jest sam. Towarzyszy mu nieumarły, krwiożerczy potwór, próbujący nawiązać bliższy kontakt. Tucci, słysząc pytanie zadanie przez Spokrewnionego, przekrzywił z ciekawości głowę, wsłuchując się w dźwięki z kościoła.
Ayala zdjął czapkę z szerszeniem i podrapał się po głowie. Nie przejmował się padającym śniegiem, przynajmniej z początku, ale w końcu się uśmiechnął i ruszył do przodu. Wyminął Kadewę i dołączył do kolegi. Szturchnął nawet przyjacielsko Tucci'ego w bok; ten się słabo uśmiechnął. Flynn został sam i, na ile Adewale mógł stwierdzić - a Ouellette usłyszeć - był wyraźnie wkurzony. Zacisnął dłonie w pięści i splunął w śnieg, robiąc chwiejny krok w bok. A potem jeszcze jeden, w drugą stronę.
- Co wy odpierdalacie czarnuchy? - zawołał z wyrzutem Flynn. - Pozwalacie mu się tak pomiatać? Co, macał was na spowiedzi? Albo na spotkaniach chórku?! - krzyczał dalej, wskazując oskarżycielsko na księdza. Widok rewolweru działał drażniąco na pijanego nastolatka, który zdradzał coraz więcej i więcej agresji. Niebezpiecznie zbliżał się do granicy, po przekroczeniu której w ruch idą już nie tylko obelgi, ale i pięści.
To wszystko, a nawet jeszcze więcej, słyszał Felix i pobity nastolatek. Młody chłopak milczał przez trochę, przyglądając się Spokrewnionemu. Maska budziła jego szczególną uwagę i właśnie o nią zapytał, przy okazji się przedstawiając. Tajemnica jego imienia została rozwiana. Tajemnica, dla której goniła go pijana, rozwydrzona banda - jeszcze nie. Ale wszystko w swoim czasie.
- Clark Willis. Po ci ta maska? - spytał cicho.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#19
Felix uśmiechnął się nieznacznie słysząc pytanie nastolatka. Grymas ten mógł jednak po ujść uwadze Clarka, zważywszy na dystans ich dzielący jak i niewątpliwie, dalekie od ideału oświetlenie. Gdyby jednak chłopak miał dostatecznie dobry wzrok spostrzegłby, że wyraz twarzy Spokrewnionego jest pozbawiony tych kilku detali świadczących o szczerości i prawdziwości odmalowanej nań emocji. Nieumarły wszak nie żywił dość ciepłych uczuć względem człowieka, który przywołałyby na jego licu prawdziwy uśmiech.

Uniósł dłoń ku twarzy i przesunął jednym z palców po noszonej masce. - To część mojego stroju. Jedni noszą biżuterię, inni maski. - odpowiedział na pytanie chłopaka nie mijając się zanadto z prawdą. Przynajmniej we własnym mniemaniu. A wtedy to nie kłamstwo, prawda ? - Ty zaś masz niczego sobie kurtkę. - dodał po chwili, wskazując palcem drugiej ręki, w stronę nastolatka. - Tego samego jednak nie można powiedzieć o twoich znajomych, prawda ? - wzniósł lekko obydwie dłonie i wskazał za siebie, na drzwi wyjściowe z kościoła.
KARTA POSTACI: Felix Ouellette
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski
Opis Postaci | 
Obecnie Felix ma założoną parę szarych adidasów, które w czasach świetności pewnie były białe, ciemnoniebieskie jeansy oraz czarną bluzę z kapturem i długim rękawem. Przerzucony przez ramię plecak dawno powinien zakończyć swą powinność jednak najwyraźniej mężczyzna nie ma dla niego alternatywy, choć może tez mieć jakąś wartość sentymentalną. Wyróżniający go w tłumie detal to założona na lewej stronie twarzy biała maska, z otworem na oko, nie okrywająca nosa ani ust.

"So eager to play, so reluctant to admit it."

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#20
- Ayala, Tucci, byleby tylko było jasne. W Domu Pana nie będzie żadnej przemocy. Chłopak którego goniliście jest i ma zostać bezpieczny. Rozumiemy się? (rzut oddziaływanie + autorytet). Mówiąc te słowa do dwójki która zbliżała się w stronę kościoła, spojrzał po raz ostatni na Flynna. Pijany i mało rozgarnięty, podkręcony alkoholem, nie kontrolował samego siebie, a co dopiero to co działo się w około. Został wykluczony przez stado, tak jak chory wilk, który przynosił więcej problemów. Niestety, prawdopodobna lekcja nie przyniesie żadnych refleksji co do własnego zachowania. Przynajmniej nie teraz, nie gdy brakowało mu rozsądku podkręconej anabiozalnym stanie alkoholem.
- Wracaj do domu, chłopcze. Noce są niebezpieczne - i tyle. Zrobił kilka kroków do tyłu, odwrócił się na schodach na pięcie i poszedł do kościoła, zamykając drzwi i wzdychając tylko. Przeniósł wzrok natychmiast na gości przybytku: trójkę młodzików i współklanowca. Zaczął natychmiast mówić do ściganego wcześniej chłopaka
- Spokojnie, Ci dwaj zdecydowali się zostawić wcześniejszą zawiść i nie zrobią Ci nic złego. Prawda? - położył rękę na barku Clarka. Albo Clarence'a. Zabieg ten miał na celu nie tylko dla uspokojenia ale zaznaczenia, że jest pod jego protektoratem.
KARTA POSTACI: Adewale Kadewa
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: , Łacina
Opis Postaci | 
Adewale Kadewa swoim wyglądem nie budzi żadnych specjalnych i konkretnych skojarzeń. Zwykły, średniego wzrostu i średniej budowy afroamerykanin, który zdecydował się oddać w posłudze Bogu. Zawsze ubrany zgodnie z pełnioną w parafii funkcją, nosi czarne koszule z krótkim bądź długim rękawem, które opięte na jego masywnych barkach dodają wrażenia bardziej wysportowanej postury. Ciemne jeansy, czarny skórzany pas ze srebrną klamrą oraz zamszowe eleganckie buty to wieczny styl tego osobnika. Szyje zdobi biała koloratka - jasno pokazująca fach i status mężczyzny. Ważnym dodatkiem jest różaniec, wiecznie trzymany przy karku albo ściskany w dłoni. Stare drewniane koraliki wydają się nieco przetarte od modlitwy - widocznie często jest używany. Na twarzy przystrzyżona starannie bródka, która tworzy spójną całość z równo zapuszczanymi wąsami.

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#21
- To kurtka mojego taty. - mruknął cicho Clark, spuszczając wzrok. - Myślą, że ją ukradłem i się nie podzieliłem fantami. I to nie są moi znajomi! - dodał trochę głośniej, z wyrzutem, tak, jakby ta banda wyrostków była czymś w rodzaju prawdziwego gangu rządzącego się swoimi własnymi prawami. I stanowczo zaprzeczył, żeby cokolwiek go łączyło z pozostałą trójką. Dwójką, znaczy, bo Flynn nie tylko został na zewnątrz kościoła, ale sądząc po krzyczanych przez niego przekleństwach, więcej się już tutaj nie pojawi.
To i dobrze, i źle. Dobrze, bo nie trzeba się martwić o pijanego chłopaka, któremu Bóg jeden wie co może przyjść do głowy. Źle, bo ojciec Kadewa stracił jedną z owieczek i nic nie wskazywało, by ta zbłąkana duszyczka mogła na nowo trafić na łono kościoła. Co innego Tucci i Ayala, na nich dobroczynny wpływ Adewale (z drobną pomocą nadnaturalnej, przeklętej perswazji) był aż nazbyt widoczny.
Clark jednak nie do końca im ufał i gdy tylko zrozumiał, w jakiej się znalazł sytuacji, w dość brutalny i chamski sposób strącił dłoń księdza ze swojego ramienia. Wycofał się też tak daleko, jak tylko pozwalała mu na to konstrukcja kościoła. Ciągle owinięty kocem, ciągle z poobijaną twarzą, wpatrywał się ze strachem zmieszanym z nienawiścią zarówno w Feliksa, jak i kapłana. Zaufał i jednemu, i drugiemu, nic więc dziwnego, że poczuł się w pewnym sensie zdradzony. Wyciągnął nawet oskarżycielsko dłoń, z wysuniętym palcem wskazującym.
- Niech oni stąd wypieprzają! - krzyknął rozpaczliwym głosem, patrząc błagalnie na Feliksa. Adewale w jednej chwili zmienił się z dobrego, miłego księdza we wrednego, okrutnego kapłana, który karze za każde, najmniejsze nawet przewinienie.
- Wyluzuj czarnuchu. Co to za przychlast? - stwierdził pogodnie Ayala. Tucci kiwnął tylko głową, wszystkie negatywne emocja i cała agresja w jakiś dziwny sposób z niego zniknęły. Towarzyszący mu nastolatek, nie widząc dalszego sensu w pyskówkach oraz groźbach, zmienił więc front i zamiast marznąć na ulicach zaśnieżonego Seattle, siedział teraz w ciepłym kościele i dopytywał się, kim jest Ouellette. Trzeba w końcu przyznać, że Spokrewniony (choć złapał kontakt z Clarkiem), to budził ciekawość i zdziwienie u pozostałych osób.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#22
Czując odepchniętą dłoń, zesztywniał lekko, widocznie niezadowolony z przebiegu wydarzeń. Nie powiedział nic jednak, gdy chłopak przerażony wyrażał swoje niezadowolenie, mamrocząc i pokazując palcem na pozostałą dwójkę. Widocznie potrzebował jakiegoś ujścia, które wyszło w ten czy inny sposób. Gdy jednak pomieszczenie obiegła cisza, Adewale zdecydował się przywitać nowych gości kocem i podkręceniem temperatury na grzejnikach kościoła. Zerknął także na zegar: zdając sobie sprawę, że za niecałe dwie godziny będzie świtać. Dobrze, wtedy też obudzi się Ojciec Fransis, który zawsze przed szóstą nim pojawi się słońce na horyzoncie przejmował funkcję opiekuna kościoła.
Adewale uspokajał wszystkich młodzików, mówiąc im, że nic tutaj nie grozi, a on sam będzie cały czas miał ich na oku. W międzyczasie zrobił im w zakrystii ciepłe kakao - będące ulubioną formą napoju u Freemana. Gdy uznał, że malcy się nieco uspokoili podszedł w końcu do Felixa, chcąc porozmawiać z nim szeptem na osobności
- Wybacz mi, że tak długo, jak sam jednak widziałeś czas miałem zajęty. Owieczki wymagały ode mnie pewnej opieki - niewzruszony reakcjami współklanowca zaczął wykładać na stole dewocjonalia, przygotowując ołtarz do nadchodzących mszy dziennych - Możesz u mnie zostać, podzielę się z Tobą schronieniem... Jednakże muszę Cię prosić o przysługę. Widziałeś jakie zajście miało tutaj miejsce, hm? - nie czekając na odpowiedź albo znając na nie odpowiedź zaczął kontynuować dalej - Chciałbym byś zajął się Flynnem, ostatnim dzieckiem które stało pijane i czyniło zamieszki przed kościołem. Do końca nocy zostało jeszcze trochę czasu, dlatego sprawdź proszę Cię czy wszystko z nim dobrze. Nie chce by przed świtem doszło do jakiś nieprzyjemnych okoliczności...[ Jeśli spełnisz prośbę to oczywiście użyczę Ci domeny na tę noc. Jeśli dalej będziesz szanował Tradycje Gościny, rzecz jasna.
KARTA POSTACI: Adewale Kadewa
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: , Łacina
Opis Postaci | 
Adewale Kadewa swoim wyglądem nie budzi żadnych specjalnych i konkretnych skojarzeń. Zwykły, średniego wzrostu i średniej budowy afroamerykanin, który zdecydował się oddać w posłudze Bogu. Zawsze ubrany zgodnie z pełnioną w parafii funkcją, nosi czarne koszule z krótkim bądź długim rękawem, które opięte na jego masywnych barkach dodają wrażenia bardziej wysportowanej postury. Ciemne jeansy, czarny skórzany pas ze srebrną klamrą oraz zamszowe eleganckie buty to wieczny styl tego osobnika. Szyje zdobi biała koloratka - jasno pokazująca fach i status mężczyzny. Ważnym dodatkiem jest różaniec, wiecznie trzymany przy karku albo ściskany w dłoni. Stare drewniane koraliki wydają się nieco przetarte od modlitwy - widocznie często jest używany. Na twarzy przystrzyżona starannie bródka, która tworzy spójną całość z równo zapuszczanymi wąsami.

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#23
Skoro ksiądz zajmował się młodzikami to on sam miał przerwę w interakcjach. Nawet mu to pasowało. Nie przepadał za młodzieżą. Dwa razy podczas wszystkich czynności podejmowanych przez kaznodzieję Felix sprawdzał czy jego maska na pewno jest na dobrym miejscu. Zajrzał też do plecaka upewniając się, że nie zdarzy się nic niepożądanego. W tej sytuacji byłoby to co najmniej bardzo problematyczne.

Gdy Kadewa w końcu do niego podszedł i zaczął mówić wzruszył lekko ramionami, nie widząc nic do wybaczania. W czasie jego wyjaśnień zaś rzucił okiem w stronę drzwi zastanawiając się ile dokładnie czasu minęło odkąd Flynn odszedł. Nie widziało mu się szukanie śmiertelnika, zwłaszcza po to by upewnić się, że nic mu się nie stało. Ksiądz miał zdecydowanie za miękkie serce. Jednakże to co proponował Kadewa brzmiało jak uczciwa wymiana, co więcej był w pozycji gdzie odmowa nie była wskazaną opcją wyboru postępowania.

- Zawsze o niej pamiętam. Czasami tylko przymykam oko gdy jest dodatkowe towarzystwo. - Odpowiedział niezbyt głośno zaczynając od końca wypowiedzi księdza po czym dodał zbierając się już w stronę drzwi wyjściowych. - Zobaczę czy uda mi się go znaleźć, nic jednak nie obiecuję.

Po kilku chwilach zniknął za drzwiami kościoła oddalając się od wszystkich potencjalnych problemów wewnątrz. Wszak ksiądz miał na głowie Clarka, który nie pałał miłością do pozostałej dwójki.

>> Prywatny wątek
KARTA POSTACI: Felix Ouellette
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski
Opis Postaci | 
Obecnie Felix ma założoną parę szarych adidasów, które w czasach świetności pewnie były białe, ciemnoniebieskie jeansy oraz czarną bluzę z kapturem i długim rękawem. Przerzucony przez ramię plecak dawno powinien zakończyć swą powinność jednak najwyraźniej mężczyzna nie ma dla niego alternatywy, choć może tez mieć jakąś wartość sentymentalną. Wyróżniający go w tłumie detal to założona na lewej stronie twarzy biała maska, z otworem na oko, nie okrywająca nosa ani ust.

"So eager to play, so reluctant to admit it."

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#24
Kakao. Decydujący argument, który przebił się przez całą buntowniczą, gangsterską otoczkę i dotarł do małego dziecka, ukrytego gdzieś wewnątrz duszy nastolatków. Clark co prawda dalej patrzył spod byka na czarnoskórego księdza i rzucał ponure spojrzenia Feliksowi, ale już nie krzyczał i nie stawiał tak wielkiego oporu. Tucci, już całkowicie uspokojony i zdystansowany od wszelkich konfliktów, uśmiechnął się i raźno ruszył w stronę zapachu, chcą wypić coś ciepłego, coś, co naprawdę rozgrzewa i do tego świetnie smakuje.
Ayala miał trochę oporów, ale nie chcąc być "tym upierdliwym" dołączył do pozostałej dwójki. Dwóch nastoletnich bandytów i ich ofiara siedzieli przy kubkach kakao, w kościelnej zakrystii. A to wszystko dzięki jednemu księdzu, który zdołał jakoś załagodzić ten konflikt. Niestety, Adewale nie zdołał przekonać wszystkich młodziutkich duszyczek, by porzucili choćby na jedna noc drogę występku, ale dwie z trzech to całkiem dobra średnia biorąc pod uwagę wpływ alkoholu i zwyczajną chęć czynienia zła. Dzieci nie były bowiem tak niewinne i delikatne.
A mogło być przecież znacznie gorzej! Spluwa, jaką odebrał jednemu z nich, była najlepszym ku temu dowodem!
Kadewa wyszedł z zakrystii, zostawiając tam dzieciaków. Zamienił jeszcze parę słów z Feliksem i gdy ten drugi miał już opuszczać kościół by wypełnić prośbę księdza, do uszu Spokrewnionych dotarł wyraźny trzask i szum radia, potem kilka spokojnych nut jakiejś wesołej, skocznej piosenki i... dziwny niepokojący głos, który początkowo zdawał się pochodzić z radia, jednak po chwili stało się jasne, że radio jest tylko zwyczajnym źródłem, przez które płynie sygnał czegoś większego.
Tucci, Ayala i Clark najwyraźniej dorwali się do radia i, nie chcąc siedzieć w kościelnej, dość ponurej ciszy oraz we własnym towarzystwie, postanowili trochę umilić sobie noc. Nie stanowili już śmiertelnych wrogów, przeciwnie, wszyscy teraz jechali na jednym wózku za sprawą Adewale - jednak to, co płynęło z radia, brzmiało dość nietypowo Ouellette i Kadewa usłyszeli czyjś niezbyt wyraźny, nieco płaczliwy szept, stopniowo przechodzący w paniczny krzyk. Wrzask, nawet.
dZieCi beDa UMierAly! DzIeCi BeDa UmieRAlY!
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#25
Opoka.
Tak siebie w tym momencie, widział Ojciec Kadewa. Był opiekunem i ochroną dla młodych chłopaków, którzy tak bardzo potrzebowali bezpiecznej przystani. Szukali jej, często sami nie zdając sobie z tego sprawy. I znaleźli: w True Path, gdzie zawsze znajdują się ludzie chcący udzielić im pomocy. Przykładem tego mogli być chociażby oni: Ayala, Tucci no i sam Clark, którzy przed chwilą, jak najwięksi wrogowie mieli walczyć między sobą o kawałek ubrania, a teraz popijają razem kakao. To było pewne osiągnięcie, osiągnięcie za które Adewale głęboko i szczerze dziękował Bogu.
Obserwował chłopaków, gdy Ci bawili się radiem i spokojnie patrzył jak pokrętło przekręca się od stacji do stacji, tworząc kolejne szumy i zmieniając brzmiące utwory. Nie przeszkadzało mu to, przechodził wewnętrzne przekonanie wiary, wynikające z sukcesów ostatniej nocy. Martwił go Flynn, lecz chciał wierzyć, że Felix odniesie sukces oraz spełni jego oczekiwania. Noc tak czy siak miała się już ku pełnemu końcowi...
Kolejne szumy radia i przekręcenie stacji wychwytywało nieznajome dźwięki, szumiącą falą skryte półsłówka, które definitywnie nie wywodziły się z emitowanych studyjnych transmisji. Spokrewniony, słysząc wypowiadane hasła zmrużył nieco wzrok i wzmocnił zgryz, chwytając przy tym instynktownie ukryty ciągle przetarty, stary różaniec.

Wiedział dlaczego słyszał te słowa, nie wiedział tylko kto zdecydował się przesłać tak bluźnierczy przekaz. Natychmiastowo zmarkotniał, siedząc przy biurku i zaciskając pięści na użytkowanym krzyżyku. Kadewa patrzył niecierpliwie na zegar, pilnując chłopców i czekając jeszcze i wyłącznie na Ojca Freemana. Spoglądając na uciekające wskazówki szeptem wypowiadał kolejne słowa modlitwy: niosąc intencje zarówno w obronę młodych jak i powodzenie misji Ouellette'a.

Czas biegł tempem nieubłaganie, zbliżając się coraz szybciej do nadchodzącego poranka. Nic więc dziwnego, że i zjawił się i sam Fransis, otwierając drzwi zakrystii i witając chłopców szerokim uśmiechem. Teraz to on mógł przejąć nad nimi opiekę, zostawiając tym samym Adewale i pozwalając mu na pełny spoczynek. Przedtem jednak, porozmawiał z nim chwilę o sprawach bardziej i mniej naglących: informując zarówno o przyszłej dostawie dokumentów które mają trafić do zamykanej na klucz szafy zaraz po przywiezieniu oraz o pewnym przybyciu Felixa, któremu ma zostać użyczona komnata jeśli ten wywiąże się z popełnionej obietnicy. Gdy upewnił się, że duchowny rozumie cały przekaz udał się do piwnicy, tym samym podejmując spoczynek.

Koniec nocy 12.02.99
KARTA POSTACI: Adewale Kadewa
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: , Łacina
Opis Postaci | 
Adewale Kadewa swoim wyglądem nie budzi żadnych specjalnych i konkretnych skojarzeń. Zwykły, średniego wzrostu i średniej budowy afroamerykanin, który zdecydował się oddać w posłudze Bogu. Zawsze ubrany zgodnie z pełnioną w parafii funkcją, nosi czarne koszule z krótkim bądź długim rękawem, które opięte na jego masywnych barkach dodają wrażenia bardziej wysportowanej postury. Ciemne jeansy, czarny skórzany pas ze srebrną klamrą oraz zamszowe eleganckie buty to wieczny styl tego osobnika. Szyje zdobi biała koloratka - jasno pokazująca fach i status mężczyzny. Ważnym dodatkiem jest różaniec, wiecznie trzymany przy karku albo ściskany w dłoni. Stare drewniane koraliki wydają się nieco przetarte od modlitwy - widocznie często jest używany. Na twarzy przystrzyżona starannie bródka, która tworzy spójną całość z równo zapuszczanymi wąsami.

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#26
Trzynasty lutego. Dzień przeminął szybko, zbyt szybko jak na wampirze standardy, chociaż czymże jest raptem te kilkanaście godzin wobec wieczności? Ten półsen, jakim był letarg i oczekiwanie na zachód słońca nie należał jednak do przyjemnych; w końcu jednak niekończący się dzień przeminął i należało zakończyć spoczynek. Nadeszła przecież wigilia dnia świętego Walentego. Dzień i noc przed świętem zakochanych. I to było słychać... aż za dobrze. Ojciec Kadewa znajdował się pod kościołem, w swym leżu a i tak doskonale słyszał radosne śpiewy i - ponownie - donośny tupot chóru.
Dzieci i młodzież, tak odmienna od młodocianych bandziorów, z którymi Spokrewniony miał do czynienia zeszłej nocy, oddawali się woli Pana. Wysławiali Go, śpiewali dla Niego pieśni i po prostu cieszyli się, że mają co robić, że nie muszą włóczyć po ulicach Madrony pod wpływem alkoholu, narkotyków, z bronią w kieszeni. Felix został wysłany z zadaniem odnalezienie zaginionej, zbłąkanej owieczki, ale czy sobie poradził, czy Flynn, porzucony przez kolegów, nie zrobił sobie krzywdy czy też Ouellette nie wyrządził mu jakiejś szkody, pozostawało tajemnicą.
Dzieci będą umierały.
Ale nie teraz. Nie tutaj. Nie w kościele True Path. Tu dzieci się cieszyły, żyły, śpiewały i wręcz kipiały pozytywnymi emocjami. I lada moment miał do grona młodzieży dołączyć Kadewa.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#27
Początek nocy 13.02.99

Wampiry nie śnią.
To dobrze znany fakt, chociaż wielu się z tym spiera. Nieumarłe ciała, w chwili spoczynku tracą jakkolwiek kontakt z własną świadomością. W końcu Spokrewnieni to chodzące zwłoki, kawały częściowo rozumnego mięsa, tracące wszystkie bodźce zaraz po nadejściu świtu. Dla części to idealny dowód pokazujący imitację życia jakim jest wampiryzm, obrazując ją jako chwilową egzystencję przerywaną ruchami cyklu słonecznego. Brak snu tylko utwierdzał te przekonania, pokazując jak spokrewnienie odbiera kolejne wartości życia i elementy czyniące człowieka... człowiekiem. Wampiry, nie raz, nie dwa, traktując to jako jeden z wielu dowodów utraty bożej iskry, ulotnienia duszy, która pozostawia pustą skorupę obrazującą dawną osobę. Idąc tym tokiem myślenia łatwo więc wysunąć wniosek, że nieumarli byli niczym więcej jak naczyniami na nadchodzącą Bestię, nieubłaganą żądzę która czeka i jest gotowa w każdej chwili przejąć ster. Prawda?
Nie. W żadnym wypadku.
Tłumaczenie sobie, że Spokrewnienie to pustka to wygodna wymówka, mająca usprawiedliwiać wszystkie złe działania. Adewale to wiedział, wiedział także, że wewnątrz każdego z wampirów jest dobro które można rozwinąć i pobudzić: trzeba tylko chcieć. Oczy spokrewnionego otworzyły się, spoglądając na pokryte ciemnością pomieszczenie. Jego własne leże, będące małą piwniczką zdawało się całkowicie okryte woalami cienia. Kadewie nie przeszkadzało to jednak, oczom wampira wystarczyło chociaż nikłe światło, nikła wiązka by widział jasno i wyraźnie wszystko co znajdowało się w obecnej sali. Spokrewnieni patrzyli jak koty, w pewien sposób byli do nich przecież podobni.
Boża Iskra istniała. Wiedział to oddając się swoim codziennie poranno-wieczornym czynnością. Wiedział to każdy kto spoufalał się i trzymał razem z Bogiem. Wiedział to także Fransis, który jeszcze teraz prowadził mszę i koordynował chórem - bo przecież kto inny jak nie on! Kadewa nigdy nie nadawał się do roli śpiewnika.
Ruszył schodami do zakrystii, spokojnym ruchem ściągając belkę barykadującą przejście i odkluczając drzwi - wszak to było leże wampira - nie każdy miał do niego dostęp, a spraw niechcianego wejścia nie można było zostawić przypadkowi. Wchodząc do pomieszczenia rozejrzał się i uśmiechnął pod nosem. Nawet zza grubych ścian kościoła i dębowych drzwi głośno było słychać prezydialne krzyki i śpiewy ku chwale Najwyższego. "No Greater Love" rozbrzmiewało i ogrzewało serca, nawet te najbardziej zimne i martwe. Chciał iść do nich, ale nie mógł. Nie teraz. Miał obowiązki.
Miał też czas, Freeman zostanie tutaj jeszcze do jedenastej w nocy co sprawiało, że mógł skupić się na sprawach naglących. Dlatego podszedł do pobliskiej komody, wyciągając pęczek kluczy wybrał właściwy oraz przekręcił w dziurce. Mechanizm z charakterystycznym dźwiękiem wydał werdykt, że odrzwia stoją otworem. Jeśli papiery i archiwa przyjechały powinny znajdować się właśnie tutaj. Jeśli było tak w istocie, zniesie je na dół, do piwnicy gdzie rozłoży i zacznie w spokoju analizować. Miał czas, musiał go jakoś spożytkować w ten czy inny sposób.
KARTA POSTACI: Adewale Kadewa
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: , Łacina
Opis Postaci | 
Adewale Kadewa swoim wyglądem nie budzi żadnych specjalnych i konkretnych skojarzeń. Zwykły, średniego wzrostu i średniej budowy afroamerykanin, który zdecydował się oddać w posłudze Bogu. Zawsze ubrany zgodnie z pełnioną w parafii funkcją, nosi czarne koszule z krótkim bądź długim rękawem, które opięte na jego masywnych barkach dodają wrażenia bardziej wysportowanej postury. Ciemne jeansy, czarny skórzany pas ze srebrną klamrą oraz zamszowe eleganckie buty to wieczny styl tego osobnika. Szyje zdobi biała koloratka - jasno pokazująca fach i status mężczyzny. Ważnym dodatkiem jest różaniec, wiecznie trzymany przy karku albo ściskany w dłoni. Stare drewniane koraliki wydają się nieco przetarte od modlitwy - widocznie często jest używany. Na twarzy przystrzyżona starannie bródka, która tworzy spójną całość z równo zapuszczanymi wąsami.

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#28
Śpiew chóru, z rzadka przerywany tylko czyimś śmiechem, stanowił naprawdę miłe tło. Kadewa mógł w spokoju zająć się swoimi sprawami, nie martwiąc się tym, co się działo dokoła - jedynie "dzieci będą umierały", słowa które usłyszał zeszłej nocy, stanowiły upiorny cień padający na Spokrewnionego. Zanim jednak będzie mógł się nimi zająć, jeśli w ogóle zechce sprawdzić czymże te słowa naprawdę są, najpierw trzeba upewnić się co do dokumentów. Miały być albo dzisiejszego dnia, albo jutrzejszego, w same Walentynki.
Były dzisiaj.
Księżna oraz Szeryf dotrzymali słowa, ale nie było w tym nic dziwnego. I Adewale, i Jane pochodzili z tego samego klanu, ba, przed paroma miesiącami Doe zajmowała stanowisko primogen Malkavian i przywódczyni opozycji wobec coraz bardziej rozszalałego Wadswortha; robiła więc wszystko, by poprawić sytuację Kainitów. Szeryf natomiast, choć Gangrel, okazał się być naprawdę miły i przyjaźnie nastawiony - ich wspólne siły zaowocowały kilkoma całkiem grubymi teczkami, najpewniej ukradzionymi z jednego z posterunków policji w Seattle.
A może, kto wie, nawet i z samej komendy głównej. Nie było to wykluczone. Na dnie komody leżały cztery papierowe, szare teczki, obwiązane włochatym, konopnym sznurkiem. Były dość grube, zawierały przynajmniej dziesiątki kartek, na których liczni funkcjonariusze Seattle Police Department zapisywali wszystkie niezbędne im informacje. Czarnoskóry ksiądz wziął więc teczki i udał się do swego schronienia pod kościołem, gdzie rozłożył zawartość teczek. Z pierwszej, oznaczonej jako "1970s", wypadła nieduża karteczka zapisana odręcznym pismem.

Ojcze, mam nadzieję, że zawarte w tych dokumentach informację będzie Ci dobrze służyć.
Zgodnie ze złożoną obietnicą, dołożę wszelkich starań, by pomóc ojcu w tych trudnych chwilach.
Jane Doe, Malkavian, Prince of Emerald City

Kolejne dwie teczki były oznaczone jako "1981-1985" oraz "1986-1988", a czwarta, ostatnia, dotyczyła obecnej dekady. "1990s". Seria mordów - już nie ważne, powiązanych czy też nie - na osobach duchownych sięgała więc lat siedemdziesiątych i nie ma pewności, że nie ciągnie się to wszystko jeszcze dalej, jeszcze dawniej. Co gorsza, znaczna większość tych informacji była zapisana policyjnym, specjalistycznym żargonem, pełnym kodów, skrótów, oznaczeń i pojedynczych literek oraz symboli. Ale to były dokumenty, papier pełen wiedzy.
S U I C I D E
I S
P A I N L E S S

K o l e j k a | 
→ Michelle
 → Helena, Elena i Leopold
  → ?
   → ?
    → ?
     → ?
      → ?
       → ?
        → ?
         → ?

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#29
Rozpoczęła się mozolna praca. Przynajmniej dla Kadewy.
Nie znał się na symbolice i znaczeniach policyjnego rygoru, zdecydowanie dłużej więc przyswajał treść zawartą w aktach. Adewale nigdy nie był znawcą tej natury, dlatego też zdecydował się zostawić te rzeczy fachowcy - jeśli tylko jakiś się napatoczy. Sam skupił się na scenach zbrodni oraz motywach zabójstw, doszukując się w tym wszystkim jakiś okultystycznych bądź obrazoburczych treści. Zabijani byli duchowni - nic więc też dziwnego, że podejrzanie chodziło o treść naruszenia wiary. Osoba sprawiająca sobie tyle trudu może chcieć zostawić wiadomość, jakąś poszlakę albo dać do zrozumienia, że robi to z większych, ukrytych motywów. Segregując teczki od lat najstarszych lat 70tych do czasów współczesnych zaczął długą i mozolną lekturę - doszukując się wspólnego motywu i podobnych sposobów śmierci. Nie była to najlepsza metoda - dobrze zdawał sobie z tego sprawę - była jednak zdecydowanie najoczywistszą, która mogła przynieść wymierne rezultaty(Rzut Int+Occult)
Uwagę klechy skupiły także papiery tyczące się samego True Path oraz domniemanego pożaru z przed lat trzydziestu. Owiane tajemnicą zdarzenie budziło pewne nieścisłości, a te pobudzały do kolejnych teorii spiskowych. Czy zostało wyjaśnione przez policję chociażby to zbrodnicze przedsięwzięcie? A może zrzucono to na efekt przypadku? Tego chciał się jak najbardziej dowiedzieć.
Mimo pracy i wysiłku jaki wkładał w robotę domniemanego detektywa czuł, że coś jest nie tak. "Dzieci będą umierały", głosił odstraszający przekaz, mający jak najbardziej podłożę nadnaturalej treści. Jakiś malkavian: czy to sabatu, czy też wrogo nastawiony chciał zrobić komuś krzywdę, a to trzeba potraktować poważnie. Dodatkowo jego motyw oraz cel nie był znany: wszystko wchodziło wyłącznie w kolej licznych domysłów. "Dzieci będą umierały" jako wypowiadane hasło mogło równie dobrze być ostrzeżeniem, albo najzwyczajniejszym prankiem mającym pobudzić społeczność jego klanu w Seattle do niepewnego działania. Czy to oznacza, że można puścić to płazem? W żadnym wypadku... Szczególnie, że może chodzić o wszystko. Obawiał się jednak, że słowa były skierowane do jednej szczególnej osoby której można tym zaszkodzić: samej Księżnej. Samej Jane Doe.

Spoiler | 
Pozwolę sobie na rzut Occult+Int zużyć punkt Siły Woli
KARTA POSTACI: Adewale Kadewa
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: , Łacina
Opis Postaci | 
Adewale Kadewa swoim wyglądem nie budzi żadnych specjalnych i konkretnych skojarzeń. Zwykły, średniego wzrostu i średniej budowy afroamerykanin, który zdecydował się oddać w posłudze Bogu. Zawsze ubrany zgodnie z pełnioną w parafii funkcją, nosi czarne koszule z krótkim bądź długim rękawem, które opięte na jego masywnych barkach dodają wrażenia bardziej wysportowanej postury. Ciemne jeansy, czarny skórzany pas ze srebrną klamrą oraz zamszowe eleganckie buty to wieczny styl tego osobnika. Szyje zdobi biała koloratka - jasno pokazująca fach i status mężczyzny. Ważnym dodatkiem jest różaniec, wiecznie trzymany przy karku albo ściskany w dłoni. Stare drewniane koraliki wydają się nieco przetarte od modlitwy - widocznie często jest używany. Na twarzy przystrzyżona starannie bródka, która tworzy spójną całość z równo zapuszczanymi wąsami.

Re: E Pine St/35th Ave, Church of True Path

#30
Obudził się. Nie w miejscu, które należałoby do jego ulubionych ale nie można marudzić. Każde schronienie jest lepsze niż bycie wystawionym na działanie promieni słonecznych. W różnych miejscach zdarzało mu się już spać, tym razem jednak był to kościół, a raczej jego piwnica. Przyszedł do budynku krótko przed świtem i od razu udał się na spoczynek, chcąc uniknąć towarzystwa śmiertelników.

Sprawdził metodycznie zawartość swojego plecaka, przedmiot po przedmiocie, wyjmując każdy i oglądając uważnie. Nie musiał zapewne tego robić, wątpliwe by ktokolwiek zakłócał jego sen, jednak ostrożności nigdy za wiele. Pierwszy raz zdarzyło mu się spać w tym miejscu, nie był jeszcze pewien jego mieszkańców. Dwukrotnie sprawdził posiadaną broń oraz liczbę dostępnych pocisków.

Przy przygotowywaniu się do wyjścia chwilę rozważał, którą z dwóch chwilowo posiadanych masek założyć. Wybrał wczorajszą jako, że ta druga w żadnym stopniu nie nadawała się do chodzenia w niej w kościele ani okolicach. Nie wadziłyby mu opinie innych o nim samym. Zdecydował jednak nie tworzyć dodatkowych problemów dla współklanowca. Małe uprzejmości.

Po nałożeniu maski na twarz ruszył w drogę na poszukiwania Kadewy. Wciąż miał do niego interes, a wydarzenia nocy poprzedniej uniemożliwiły mu na rozmówienie się z księdzem w spokoju. Jeśli spotka po drodze jakiegoś innego duchownego, zasięgnie języka gdzie to mógłby znaleźć Adewale.
KARTA POSTACI: Felix Ouellette
LEGENDA KOLORÓW JĘZYKA: Francuski
Opis Postaci | 
Obecnie Felix ma założoną parę szarych adidasów, które w czasach świetności pewnie były białe, ciemnoniebieskie jeansy oraz czarną bluzę z kapturem i długim rękawem. Przerzucony przez ramię plecak dawno powinien zakończyć swą powinność jednak najwyraźniej mężczyzna nie ma dla niego alternatywy, choć może tez mieć jakąś wartość sentymentalną. Wyróżniający go w tłumie detal to założona na lewej stronie twarzy biała maska, z otworem na oko, nie okrywająca nosa ani ust.

"So eager to play, so reluctant to admit it."
Odpowiedz

Wróć do „Madrona”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron