Znaleziono 81 wyników

Re: .Głód wolności i krwi

Wystarczyło kilka chwil, by spokojny już wieczór został zaburzony i zamieniony w koszmar. Młody parias znajdował się w potrzasku, pozbawiony w tej danej chwili protekcji swojego mentora, gdyż napastnik czekał na dogodny moment, by przystąpić do ataku.
Rozpaczliwe wołanie i łkanie zdesperowanego żółtodzioba jedynie rozjuszyło wrogiego nieumarłego, którego gęba i tak wyglądała już dostatecznie nieprzyjaźnie, nie mówiąc już o jego nazbyt oczywistych zamiarach. Był gotów na siłę porwać przestraszonego pariasa, jeśli była taka konieczność, a nic nie wskazywało na to, by ten miał udać się z nim po dobroci.
W końcu jednak strach i bezsilność ustąpiły gniewowi, który rozpalił się wewnątrz Johnstona, gotowego walczyć o swoje istnienie tu i teraz, w tej ciemnej uliczce, niezależnie od tego jakie były na to szanse. Zagrożona Bestia wierzgała i pobudziła zwierzęcą, dziką naturę, której Noah nie znał, a która dała mu siłę, by przeciwstawić się zagrożeniu.
Wściekły, pozbawiony hamulców, ruszył na napastnika, który zdążył wystrzelić w stronę Noaha tylko raz, nim ten się do niego zbliżył, trafiając go w ramię. Na szczęście, za sprawą pobudzonej vitae aktywującej wampirzą dyscyplinę, strzał okazał się nie stworzyć dla pariasa zagrożenia. W bezpośrednim starciu siłujących się nieumarłych, lufa pistoletu została skierowana ku górze. Podczas tej siłowej walki, agresor oddał jeszcze parę strzałów, jeden w górę, a drugi gdzieś w bok. Hałas, jaki rozlegał się od strzałów był niemały i niewątpliwie zwrócił uwagę śmiertelników. Obcy nie pozwalał jednak młodemu wampirowi na odebranie mu broni, więc Noah wbił swoje kły w jego dłoń, gdy tylko nadarzyła się okazja. Ten zawył głośno, upuszczając w końcu pistolet, by następnie zacząć uderzać pięścią w głowę rozjuszonego, desperacko atakującego pariasa, a nawet próbując szarpnąć go za włosy i oderwać od jego martwego ciała, niczym wściekłego psa, który zacisnął na nim swoje szczęki i ani myślał puścić.
Wreszcie udało mu się odepchnąć wściekłego Johnstona i momentalnie sięgnął po swoją leżącą na ziemi broń. Jednak nim zdążył dobrze wycelować w swojego przeciwnika i oddać kolejny strzał, za jego plecami niespodziewanie pojawił się Greer, który wbił w gardziel wrogiego wampira metalowy nożyk, przejeżdżając nim przez prawie połowę gardła. Szybko udało mu się jednak uwolnić i na krótką chwilę ogłuszyć gangastera, by następnie wyciągnąć tkwiące w gardzieli ostrze i rzucić je na ziemię.
Nieprzyjaciel, widząc że stoi teraz na przeciwko dwójki Spokrewnionych, zgarbiony, osłabiony, ale zdecydowanie rozdrażniony, trzymając się za rozcięte gardło, postanowił się wycofać i czym prędzej uciekł z miejsca zdarzenia, nie chcąc dawać Jamesowi szansy, by ten go dobił.
Poraniony przez Noaha i Jamesa agresor zniknął za rogiem. Młody żółtodziób był bezpieczny. Trudno powiedzieć w jakiej byłby teraz sytuacji, gdyby się z nim udał tak jak żądał. Na pewno nie mógłby liczyć na pomoc swojego mentora, który pomógł mu wyjść z tego starcia bez szwanku. Choć tak naprawdę jego instynkt przetrwania wykonał tutaj pół roboty.
ImageCholera, spuścić cię z oczu na krótką chwilę, i od razu znajdujesz kłopoty. Co to był, kurwa, za typ, i czego chciał? — Opiekun Johnstona połowicznie zażartował, podnosząc swój nożyk, by następnie, pomagając Noahowi, z pełną powagą, zadać mu pytanie. Jednak nim pozwolił mu odpowiedzieć, rozejrzał się dookoła i rzucił.
ImageWiesz co, powiesz mi po drodze. Lepiej żebyśmy tu nie zostali. Narobiliście niezłego hałasu i gliniarze mogą się zjawić w każdej chwili. — Nie dało się zaprzeczyć, że te kilka strzałów słyszeli pewnie ludzie w obrębie paru przecznic. Ktoś musiał wezwać policję, a Spokrewnieni nie mogli czekać na ich przybycie. Musieli się ulotnić. Greer poprowadził młodego bocznymi, ciemnymi uliczkami z dala od miejsca zdarzenia, dając mu czas, by wyjaśnił co się właściwie stało.

Re: .Głód wolności i krwi

Image
Oboje potrzebowali tej chwili ciszy i relaksu. Spędzili w milczeniu dobre kilka chwil, zatapiając się we własnych myślach. O tak późnej porze niewielu ludzi przewijało się przez ten teren, tak więc elementów rozpraszających uwagę właściwie tam nie było. Pozwalało to na zebranie myśli i poukładanie wszystkiego w głowie.
Gdy Noah przerwał ciszę swoim pytaniem, Greer nieznacznie uniósł kącik ust i cicho prychnął pod nosem. Następstwem tego było zwrócenie jego wzroku w stronę swojego podopiecznego.
ImageA jak myślisz? — Potrzymał w niepewności żółtodzioba przez krótką chwilę, nim kontynuował.
ImagePokazałeś, że jesteś w stanie sobie poradzić i nie narobić przy tym szumu. O ile nagle ci nie odwali, to nie widzę powodu, by trzymać cię dalej w zamknięciu. — Skinął głową, ponownie spoglądając przed siebie. Noah mógł odetchnąć z ulgą, wiedząc że po tym udanym teście nieżycia może wreszcie skosztować trochę wolności.
ImageTrzeba będzie ci znaleźć jakąś miejscówkę do czasu, aż nie staniesz dobrze na nogi. — Powoli podciągnął się z ławy i odpalił kolejnego papierosa, rozglądając się dookoła.
ImageZnam gościa, który może coś załatwić. — Podciągnął rękaw i spojrzał na swój zegarek.
ImageMieszka niedaleko. Wstawaj i chodź. — Johnston spędził dobre parę tygodni w piwnicy. Nie mógł wrócić do swojego dawnego domu, ani do pracy. Pojawiłoby się zbyt wiele pytań i ktoś mógłby odkryć niebezpieczną prawdę. Można się było łatwo domyślić, że było to powodem, dla którego James chciał załatwić młodemu jakieś nowe lokum.
Kolejny dłuższy spacer zabrał dwójkę wampirów kolejne kilka przecznic dalej wzdłuż głównych ulic. Dopiero u końca podróży zeszli na boczną ścieżkę, przebiegającą pomiędzy kilkupiętrowymi budynkami, gdzie drewniany płot oddzielał stojące obok siebie obiekty. Panował tu półmrok za sprawą nikłego oświetlenia. Jedynie w nielicznych oknach tliło się światło za zasłonami. Noah przez całą drogę z parku miał wrażenie, jakby ktoś go obserwował, ale rozejrzawszy się dookoła nie był w stanie dojrzeć niczego ani nikogo podejrzanego.
Rozkojarzony przez nieprzyjemne uczucie żółtodziób zwiększał dystans od Greera. Mógłby przysiąc, że ktoś za nim podąża, ale wciąż nie było w zasięgu jego wzroku nic, poza pustą, ciemną uliczką. W tym czasie jego mentor dotarł do celu przeznaczenia i odwrócił się w stronę Johnstona, upewniając się, że wciąż za nim idzie, dodatkowo sygnalizując mu ruchem głowy, by się pospieszył i do niego dołączył. Chwilę po tym, gdy ten otworzył drzwi i wszedł do środka, ktoś zaszedł Noaha od tyłu, złapał mocno za usta i przystawił zimną lufę pistoletu do skroni.
ImageĆśśśś, ani stęknij. Ruszaj się. — Obcy, niski, nieco zachrypnięty głos zabrzmiał cicho obok ucha wampira. Osobnik był silny i nie pozwalał Spokrewnionemu się wyrwać z jego uchwytu. Prowadził go gdzieś w bok, w ciasny skwer między dwoma budynkami z dala od okien i światła. Nie mógł krzyczeć, a nawet gdyby mógł, to gnat przy jego skroni był wystarczającym środkiem perswazji, skutecznie wybijającym takie pomysły z głowy. Był wampirem, ale wiedział od swojego mentora, że może zostać zniszczony.
Agresor przycisnął nieumarłego do ściany budynku i, cały czas trzymając lufę przy jego głowie, zaczął go obwąchiwać. Po chwili gwałtownie obrócił go do siebie, teraz mierząc mu prosto w twarz, drugą ręką trzymając za szyję. Przed twarzą Noaha ukazała się nieprzyjemna, nieco zarośnięta gęba osobnika, którego dojrzał wcześniej w rogu knajpy, z której James wykonał telefon. Z bliska wyglądał niemalże nieludzko. Blada skóra, niemalże świecące ślepia, a nawet kły, wyłaniające się spod jego uniesionej wargi.
ImageKurwa, ani nie wyglądasz ani nawet nie pachniesz jak jego dzieciak. — Facet był zdegustowany, zawiedziony i wkurzony. Przyglądał się zwierzęcymi ślepiami oczom żółtodzioba, znajdując się nie dalej jak ćwierć metra od jego twarzy.
ImageŻałosne. Cuchniesz strachem. Nie jesteś tym czym miałeś być, ale my cię kurwa naprawimy. — Wycharczał agresywnie, odsuwając swoją twarz od niego. W obrzydliwy sposób oblizał swoje wyłaniające się spod zarostu usta. Z kolejnymi słowami obcego, coraz bardziej na myśl przychodził stwórca Johnstona i cierpienie, jakiego pod nim zaznał. Czy ten osobnik był z nim w jakiś sposób powiązany? Czyżby chciał kontynuować dzieło tamtego potwora?
ImageDobra, teraz grzecznie ze mną pójdziesz albo cię zawlokę. — Johnston niewątpliwie nie chciał powtórki z rozrywki, a bestialskie oczy tego osobnika przypominały mu jego stwórcę i kata. Na dobrą sprawę wiele się od siebie nie różnili. Ten zdawał się być równie nieludzki i zdawał się mieć podobne intencje. Co gorsza jednak, powiedział "my", co znaczyło, że jemu podobnych mogło być więcej. Puścił gardło młodego wampira i trzymał go cały czas na muszce, co kilka chwil rozglądając się, najpewniej by upewnić się, że teren jest czysty.
ImageNo? Na co kurwa czekasz? — Był nerwowy i niecierpliwy. Greer nie przybył z odsieczą, co znaczyło, że najpewniej nie wiedział o tym, co właśnie miało miejsce. Noah był zdany na siebie i jeśli nie chciał być zdany na łaskę potwora, musiał coś zrobić, i to szybko.

Re: Posiadłość Francisca Belmonte

Za sprawą interwencji Alfreda, zebrana publika miała wkrótce skupić swą uwagę na wokalu zapowiedzianej przez niego wokalistki. Louvenia była gotowa i oczekiwała, stojąc ze złączonymi powyżej pasa dłońmi, skinąwszy w odpowiedzi na słowa Alfreda, jednocześnie potwierdzając i mu dziękując. Wreszcie przemówił głośno, zwracając uwagę zebranych w sali ludzi, którzy przerwali, bądź przynajmniej wyciszyli swoje dyskusje, zastanawiając się co nieumarły ma do powiedzenia i wsłuchując się w jego słowa. Co najmniej kilka osób pewnie pokiwało głowami i uniosło kieliszki do góry w reakcji skierowane w strone gospodarza tej uroczystości. Na kilku twarzach poszerzył się przy tym uśmiech. Pośród obecnych twarzy można było dojrzeć zgodę w odniesieniu do pojawienia się wspomnianej aktorki i wyraźne zainteresowanie na wspomnienie o Louveni i jej talencie. Po zapowiedzi jej występu, sala rozebrzmiała głośnymi, znacznie żywszymi niż wcześniej oklaskami, które stopniowo się wyciszyły, a Toreadorka oczarowała publiczność swoim głosem. Atmosfera całkowicie się zmieniła, ludzie się zrelaksowali, uśmiechnęli i cicho szeptali między sobą, popijając przy tym wino. Duclair była w swoim żywiole, wlewając całe swe martwe serce w sztukę wokalu.
Alfred wykonał swoje zadanie udał się w stronę swego współklanowca, będącego również jego przełożonym, członkiem Zarządu Ventrue. Uprzejmość neonaty, którą otwarł dyskusję z pewnością zaplusowała, gdyż Sullivan uprzejmie przeprosił swoich rozmówców, zostając, przynajmniej na niewielkim skrawku pomieszczenia, sam na sam z ogarem.
ImageWitam, Panie Leneghan. — Odwrócił się do młodego wampira, stając przed nim wyprostowany, z czarującym uśmiechem i głową uniesioną dumnie do góry, spoglądając w oczy Alfreda. Mruknął pod nosem, jakby zawiedziony niezrozumieniem przez Leneghana obecnej sytuacji, która, przynajmniej dla Zacharego, wydawała się być bardzo klarowna.
ImageHmm, zdawałoby się, że było to oczywiste. Wpływowy Spokrewniony z klanu Gangrel, Gospodarz Elizjum, którego niewątpliwie miałeś niejednokrotnie okazję spotkać, najwyraźniej został unicestwiony. — Westchnął ciężko, pozbywając się uśmiechu z twarzy. Nie wydawał się zadowolony z tego obrotu spraw, choć z drugiej strony nie był też nazbyt przejęty. Ventrue i Gangrele wszakże nie byli przyjaciółmi, więc nie było się co spodziewać krwawych łez.
ImageTo dość niespodziewane wieści, żeby nie powiedzieć niepokojące, szczególnie dla jego klanu, który tak silnie na nim polegał. — Nie było tajemnicą, że Kuruk był charyzmatycznym osobnikiem, pod którym Gangrele miały szansę zaistnieć na scenie politycznej Chicago.
ImageNiewątpliwie sprawca zostanie, prędzej czy później, odnaleziony i ukarany. — Nie było to życzenie, a raczej chłodne stwierdzenie faktu. Śmierć tak rozpoznawanej figury nie mogła pozostać bez odpowiedzi. Można było się domyślać, że Książę i rada Primogenu właśnie dyskutowali o krokach jakie podejmą w tej sprawie.

Tymczasem Diana zdawała się być, przynajmniej przez chwilę, nieco przytłoczona obecnością karmiących się negatywnymi emocjami gniewnych zjaw. Jednak w chwili, gdy Louvenia rozpoczęła swój występ, a śmiertelnicy zostali pozytywnie podbudowani niezwykłym wokalem kobiety, duchom rzeczywiście nie zostało zbyt wiele. Niepewność, strach i konsternacja ustąpiły. Pochłonięci przez dźwięczny głos Toreadorki ludzie nie stanowili już dla zjaw atrakcyjnych kąsków i nie miały o co walczyć. W tej sytuacji nie trzeba było wiele, by przekonać duchy do opuszczenia tego miejsca. Wcześniejsze, jakkolwiek w tamtej chwili nieskuteczne inkantacje Regenta, mogło by się zdawać, że przygotowały pewne podwaliny, a pozytywna atmosfera w sali dodatkowo osłabiła gniewną aurę duchów. Gdy zjawy zaczęły się uspokajać i powoli odlatywać w różnych kierunkach, młoda Malkavianka mogła wierzyć, że jej działania w jakimś stopniu pomogły i przyniosły skutek. Na ile był to jej wpływ i Regenta, a na ile odcięcie od pożywienia, tego nie sposób było określić.

W tym samym czasie, za zamkniętymi drzwiami, Książę wysłuchał Rogeriusa i z pewną krytyką spojrzał po milczących członkach tego zgromadzenia. Nikt nie zdawał się posiadać w danym momencie dobrych odpowiedzi. Nikt nic nie wiedział. Unicestwienie Kuruka było nieprzyjemną niespodzianką, a jego następstwem realne zagrożenie ze strony jego rozgniewanego stwórcy. Można było się głowić jaka będzie oprócz tego reakcja pozostałych z klanu Gangrel na wieści o śmierci tak ważnej dla nich figury. Sytuacja wymagała działania.
ImageW takim razie chyba wiecie co macie robić. Zbadajcie wszelkie możliwe tropy, znajdźcie sprawcę i sprowadźcie go do mnie zdolnego do mówienia. — Nie było sensu marnować czasu w sytuacji, gdzie nikt nie posiadał żadnych użytecznych informacji, poszlak ani nawet teorii, które mogłyby rzucić nieco światła na tę zbrodnię.
ImageO ile nikt więcej nie ma nic do powiedzenia, nie widzę potrzeby, by to przeciągać. Zajmijcie się tym i informujcie mnie na bieżąco o tym co znajdziecie. — Zebranie to okazało się krótkie, choć te chwile milczenia i gniewny wzrok Księcia lustrującego każdego po kolei powodowały uczucie, jakby trwało wieczność. Szeryf i obecni członkowie Primogenu wiedzieli co mieli robić, aczkolwiek inna była kwestia zabrania się za to z racji braku jakichkolwiek tropów chociażby co do miejsca zdarzenia. Póki co, wszystko wskazywało na to, że to śledztwo miało być niemałym wyzwaniem. Stare wampiry miały jednak do dyspozycji szeroką sieć złożoną z neonatów i ancilla chętnych i gotowych, by się sprawdzić i zyskać w oczach swych przełożonych.

Podczas gdy Ventrue zajmowali się porządkami na zewnątrz, Alexander pracował nad fotografem, chcąc zdobyć zdjęcia z tego przyjęcia. Skutecznie zagadał pana Marceau De Rosier, korzystając przy tym z dyscypliny Niewidoczności, tworząc wokół siebie i śmiertelnika bańkę, przez którą nie przedostawały się żadne dźwięki i nikt z zewnątrz nie mógł usłyszeć zmieniającej wspomnienia nieszczęśnika komendy Morriego, przekazywanej przy utrzymywanym cały ten czas kontakcie wzrokowym. Potem nastała chwila niepewności i ciszy, gdy umysł Marceau trawił słowa wampira. Wreszcie odpowiedział, uśmiechając się przy tym.
ImageTak, oczywiście! Proszę bardzo, gwarantuję, że będzie pan zadowolony. — Wszystko wskazywało na to, że użycie Dominacji na fotografie się udało i wspomnienia zostały pomyślnie zaszczepione. Po tym działaniu mężczyzna nawet nie kwestionował prośby Alexandra, tylko momentalnie wręczył mu urządzenie zadowolony, niewątpliwie ufając, że zdjęcia ostatecznie trafią do Francisca Belmonte.
ImageW jakim terminie mogę stawić się po odbiór fotografii? Jak pan niewątpliwie pamięta, w przyszłym tygodniu pan Belmonte będzie chce zobaczyć gotowy album. — Posiadając informacje o lokalizacji pozostała jedynie kwestia tego kiedy Marceau będzie mógł się tam udać. Zdjęcia miały być dostarczone jego pracodawcy w określonym terminie, więc prędzej czy później rzeczywiście musiał tam przybyć.

Uprzejme prośby Chenga okazały się nie mieć żadnego skutku. Skadi była głodna i traktowała śmiertelnika jako swoją zdobycz, której w żadnym wypadku nie miała zamiaru oddawać. Biedak był absolutnie przerażony. Jęczał i szarpał się jak mógł, próbując oderwać od siebie łapę przynajmniej o głowę mniejszej od niego bestii, która pragnęła go pożreć. Feng Long próbował ugłaskać Starszą, trzymając dystans i starając się jej nie prowokować. Mężczyzna w potrzasku mógł jedynie nasłuchiwać dyskusji, z której nic nie rozumiał, i mieć nadzieję, że wróci tej nocy żywy do swojego domu. Leżało to wyłącznie w gestii dwójki dyplomatów poniekąd walczących o jego życie.

Re: .Głód wolności i krwi

Image
Greer przyglądał się z lekkim zaniepokojeniem żółtodziobowi, który wyglądał w tym momencie, jakby nie w pełni kontaktował z rzeczywistością. Omamy dręczące umysł młodego wampira nie ustępowały, jednak ten odzyskiwał powoli rozeznanie w tu i teraz. Wciąż jednak będąc odrobinę rozkojarzony przez swój obecny stan, ale był przynajmniej w stanie się komunikować. Dla postronnych mógł on zdawać się po prostu wstawiony, co patrząc z pewnej perspektywy nie było koniecznie dalekie od prawdy.
ImageCholera, co z tobą gościu? — Wampir wyraził swoje zaniepokojenie stanem podopiecznego, gdy ten się odezwał.
ImageDobra, wizje wizjami, ale nie gadaj tak głośno jeśli nie chcesz, żeby ktoś zadzwonił po białe kaftany. — Odpowiedział, rozglądając się dookoła, mając nadzieję, że nie ma żadnych uszu w zasięgu tej dyskusji. Rzeczywiście, zasłyszawszy człowieka dręczonego wizjami, pierwszym odruchem byłby pewnie kontakt z zakładem psychiatrycznym..
ImageChodźmy gdzieś, gdzie będziesz mógł trochę odsapnąć. Kilka przecznic stąd jest park. Posiedzisz tam to ci może przejdzie. — Nie czekał zbyt długo na reakcję Johnstona, tylko poprowadził go wzdłuż chodnika do najbliższego zielonego skweru, gdzie można było usiąść na ławce, pomyśleć, pogadać w spokoju. W trakcie drogi, kilku z mijanych przychodniów zwróciło uwagę na wampira, który dla postronnych zdawał się kiepsko trzymać i wymagał raczej ciepłej herbaty i porządnego wypoczynku w ciepłym łóżku.
W trakcie tej podróży do parku, stan żółtodzioba powoli się poprawiał. Halucynacje stopniowo ustępowały, a gdy dotarł na miejsce, częstotliwość echa głosu Mary nie była już tak drażniąca i pozbawiająca koncentracji. Usiadłszy na ławce z Jamesem, mógł wreszcie normalnie poprowadzić dyskusję, jedynie sporadycznie słysząc omamy dźwiękowe dobiegające z różnych kierunków.
Opiekun Johnstona siedział obok niego w ciszy, chyba również korzystając z okazji do chwilowego relaksu w otoczeniu natury, z dala od miastowego zgiełku. Czy wampiry mogą rzeczywiście wciąż docenić takie rzeczy? Przyrodę, ciszę i spokój? Czy ukojenie znajdują wyłącznie w spożywanej krwi? Ile człowieka po dziesiątkach lat może wciąż być w tej nieumarłej skorupie? Noah był dopiero na początku tej krętej, wyboistej drogi. Przed nim, niewątpliwie, były kolejne testy przetrwania, i nie wiedział jeszcze co go czeka, ani ile jego prawdziwego ja zostanie w nim, gdy przetrwa ten ciężki bój, o ile w ogóle go przetrwa.
Greer nie zamierzał, póki co, przerywać tej ciszy i możliwych przemyśleń. Postanowił dać sobie i swojemu towarzyszowi chwilę spokoju. Trudno było powiedzieć, kiedy miała być kolejna okazja, by po prostu usiąść i pomyśleć.

Re: .Głód wolności i krwi

Młody parias zastanawiając się nad rytuałem swojego mentora, mógł dojść do wniosku, że zapewne z czasem i on będzie musiał znaleźć kotwicę, która pomoże mu z codziennością. Aczkolwiek może nie musiał szukać. Miał w końcu swoją pracę i swoją rodzinę. Problem tkwił jedynie w tym, że był teraz nieumarłym potworem i nie mógł tak po prostu wrócić do swojego życia jakby nic się nie stało. Nie tylko ze względu na sam fakt, czym się stał, ale również ze względu na potencjalne zagrożenie, jakie to ze sobą niosło dla jego bliskich.
Johnston na moment stracił kontakt z rzeczywistością, zatapiając się w wyobrażeniu spotkania z Szeryfem, które powodowało bardzo nieprzyjemne uczucia. Ta wizja niemalże paraliżowała Noaha ze strachu, więc trudno sobie wyobrazić co by się stało, gdyby do tego spotkania rzeczywiście doszło. I tutaj właśnie kryło się sedno problemu, z czego Noah zdał sobie sprawę, gdy Greer odwrócił się, spojrzał na niego z politowaniem, ciężko wzdychając i odpowiadając na jego pytanie.
ImageCholera, chłopie, weź się w garść. O tym właśnie mówiłem, żebyś nie okazywał przed nim słabości. Jeśli staniesz przed nim roztrzęsiony niczym bezradna panienka, tak jak teraz, to nie wróżę ci świetlanej przyszłości. Do diabła, każdy młody ancilla cię wyśmieje, lub pośle na śmierć, żeby mieć cię z głowy. — Parsknął na sam koniec, wymownie kręcąc głową. Nie tylko z jego słów, ale i z jego twarzy można było wyczytać, że prawdopodobnie nie dawał swojemu podopiecznemu dużych szans na przetrwanie w wampirzej społeczności. Trudno było mu się dziwić. Minął prawie miesiąc, a Johnston, przez swój opór, dopiero teraz zaczynał robić pierwsze kroki.
Dwójka stała pod drzwiami kobiety. Noah przybrał nieco ludzkiego koloru, tworząc iluzję, jakoby był żywym człowiekiem.
ImageNie, stary. Nie będzie mnie tu, gdy będziesz się pożywiać. Albo sam nauczysz się kontrolować, albo nie nauczysz się wcale. — Jakkolwiek pomocny był James, nie miał on zamiaru trzymać młodego za rączkę. W jego gestii leżało to, by nie stracić nad sobą panowania, gdy uaktywnia się jego przypadłość. Prędzej czy później musiał stać się tego świadomy, i tego, że nikt nie będzie mu z tym pomagać.
James zostawił podopiecznego samego, by ten mógł zrobić to, na co powinien być już gotowy od dawna. To był jego osobisty test. Jeden z wielu kroków ku adaptacji. Jako wampir, drapieżnik, musiał to zrobić.
Gdy zdobył się na to, by zapukać do drzwi, otworzyła mu piękna, ponętna brunetka przed trzydziestką o kręconych włosach. Przedstawiła mu się, z uśmiechem na ustach, jako Mary. Bardzo szybko dojrzała jak nerwowy i niepewny był Noah, okazując zrozumienie, gdy wyjawił jej powód. Gdy przekazał jej pieniądze, miał ją całą dla siebie na najbliższą godzinę. Oczywiście nie potrzebował aż tyle czasu. Krótka rozmowa doprowadziła go do dłoni kobiety i do jej nadgarstków. Nie opierała się, a wręcz przeciwnie. Było jej przyjemnie, i to jeszcze nawet zanim zatopił w niej swoje kły. Kto wie, czy nie była to przypadkiem miła odmiana obok tego, co zapewne znosiła z innymi klientami.
Chwila muskania ustami dłoni kobiety i te drobne pieszczoty wreszcie skutkowały zasmakowaniem przez Johnstona jej krwi. Stęknęła. Odpłynęła. Noah spożywał czerwoną posokę przez krótką chwilę spokoju, zanim pierwsze halucynacje zaatakowały jego umysł. Gdy wreszcie do tego doszło, ku zdziwieniu Spokrewnionego nie były one tak inwazyjne jak za pierwszym razem. Tak naprawdę dopiero, gdy skończył się pożywiać, a kobieta w transie, niemalże nieprzytomna, leżała na łóżku, Johnston poczuł rzeczywisty napływ tych dźwięków, w których mógł rozpoznać głos Mary. Echem w jego głowie odbijały się niepełne, urwane zdania, parę momentów radości i śmiechu, rozmowę z kimś, kto zapewne był dla niej rodziną. Oprócz tego były i gorzkie momenty smutku, żalu i bólu. Wampir mógł jedynie spekulować co do powodów, słysząc jedynie skrawki dialogów. Może była to utrata kogoś bliskiego, albo utrata pracy i jedyna droga zarobku właśnie przez prostytucję. (pozyskano 3 punkty krwi). Siedząc tak przez dłuższą chwilę, a nawet podążając korytarzem w drodze do wyjścia mógł wciąż słyszeć echo głosu kobiety i te niezrozumiałe urywki rozmów.
Żółtodziób nie miał jednak pewności, czy były to rzeczywiste wspomnienia kobiety, odbicie jej duszy, czy być może zwykłe halucynacje, będące uzewnętrznieniem jego własnego poczucia winy w związku z tym grzesznym, wciąż trudnym do zaakceptowania przez niego czynem. Trudnym, ale wciąż łatwiejszym ze świadomością, że nie stracił nad sobą kontroli tak jak ostatnio. Nikt nie ucierpiał, ani on, ani jego ofiara. Mógł nawet poczuć pewną ulgę, że poszło to tak gładko i bez problemów. Jedyne, z czym musiał się teraz borykać, były głosy, przez które zdawały się dobiegać zza jego pleców, przez co Noah przynajmniej parę razy spojrzał za siebie, żeby się upewnić, że nikogo za nim nie ma.
Gdy dotarł do drzwi wyjściowych i rozejrzał się dookoła, dojrzał Jamesa opierającego się plecami o ścianę budynku, rozglądającego się po ulicy i spoglądającego na sporadycznie przemieszczających się po nim automobile. W pewnym momencie zauważył żółtodzioba i spojrzał na niego wymownie, z lekkim uśmiechem, widząc po nim, że jest w dobrym stanie i niesie raczej dobre nowiny. Odepchnął się od ściany i zaczął podążać w kierunku swego podopiecznego z jedną ręką w kieszeni spodni.
ImageNie słyszałem krzyków ani rozbijanych mebli, więc rozumiem, że poszło dobrze? — Spojrzał na Johnstona pytająco, unosząc brwi. Ten mógł jednak nie dosłyszeć całości, gdyż głos Mary dobiegający akurat z ulicy, na moment rozproszył jego uwagę.

Re: Posiadłość Francisca Belmonte

Nie trzeba było czekać na reakcję Primogena Ventrue. Błyskawicznie przeszedł do działania, przekazując instrukcję swemu podopiecznemu i potomkowi. Cheng Wei momentalnie ruszył w poszukiwaniu osobnika, który udał się śladem Starszej, a Feng Long był niedaleko za nim. Trudno było stwierdzić z całą pewnością, jakie mogły być potencjalne skutki tego zainteresowania wampirzycą, ale z pewnością nie mogły być dobre.
Opuściwszy posiadłość, Wei mógł mieć wątpliwości co do tego, czy uda mu się tego człowieka zlokalizować wziąwszy pod uwagę nieznajomość jego aparycji. Po przejściu kilku, może kilkunastu metrów, wątpliwości te zostały, na szczęście, rozwiane, gdy nieopodal posiadłości Belmonte, niedaleko chodnika, znalazł nieszczęśnika, który znajdował się w fatalnej sytuacji. Niedużej postury, rozgniewana bestia trzymała mocno jego twarz, nie pozwalając mu się wyrwać ani wydać z siebie nawet pisknięcia. Świecące ślepia Skadi zdradzały głód, który zamierzała zaspokoić tym właśnie przerażonym teraz głupcem, który za nią podążał. W tym momencie zdawało się, że dosłownie sekundy dzieliły człowieka od śmierci, a jedyną osobą, która mogła zapobiec tej tragedii była dwójka Ventrue.

Alfred wpadł na pomysł jak całkowicie oderwać uwagę zebranego bydła od całej tej sytuacji i porządków, jakich musieli podjąć się Spokrewnieni. Louvenia była wyraźnie zasmucona, tym bardziej, gdy Ogar napomknął o Kuruku.
ImageTak, on był wyjątkowy i miał wielkie plany. To przykre, że nie przyszło mu ich zrealizować. Mógł zrobić tak wiele dobrego dla swojego klanu. — Kobieta nie spuszczała jednak wzroku, starała się nie dać pochłonąć przez te negatywne emocje. Podziwiała Kuruka i miała ku temu dobre powody. Niewielu Gangreli posiadało taką charyzmę i siłę charakteru, która pozwalała na zjednanie klanu składającego się z samodzielnych samotników oderwanych od społeczności nieumarłych.
Duclair natychmiast rozpromieniała słysząc komplement oraz pomysł Alfreda. Wszyscy wiedzieli, jak kocha występować i jak potrafiła wpłynąć na publiczność, która ją zawsze wielbiła.
ImageOch, panie Leneghan! To wspaniały pomysł! Potrzebuję jedynie krótką chwilę, by się przygotować, ale jak tylko wrócę, będzie mógł mnie pan zapowiedzieć. — Spokrewniona z uśmiechem skinęła głową na odchodne, znikając na kilka chwil z sali głównej, by wrócić kilka minut później, uśmiechnięta, pewna siebie, gotowa, by oczarować publikę.

W tym czasie Irène wydała jasne polecenie młodszym Spokrewnionym, by ci zajęli się problemem znajdującym się tu, na miejscu. Fotograf, który niewątpliwie na swoim filmie miał zapisany wizerunek Gangrelki stanowił potencjalne zagrożenie dla Maskarady. Następnie poprowadziła Księcia, Szeryfa i pozostałych członków rady Primogenu do osobnego pomieszczenia w posiadłości.

Tym, który momentalnie przejął inicjatywę i ruszył w stronę fotografia był Alexander, nie marnując czasu i próbując owinąć sobie śmiertelnika wokół palca, celem uzyskania filmu z jego aparatu. Człowiek ten wysłuchał z uwagą nieznajomego, po czym odpowiedział z silnym, francuskim akcentem.
ImageW istocie! Pan Belmonte zawsze potrafił zorganizować piękne przyjęcia. Czuję się zaszczycony, że znów mam przyjemność skomponować dla niego album uwieczniający jedno z nich. Miło mi, Panie Morri. Marceau De Rosier, do usług. — Z uśmiechem na ustach, uprzejmie odpowiedział Morriemu, nie ukrywając swojej radości z tego wydarzenia i obecności na nim.
ImageSchlebia mi pan bardzo, panie Morri, ale mam wiele zleceń i trudno mi powiedzieć, kiedy będę mieć dość wolnego czasu, by móc podjąć się współpracy z nowym klientem. — Marceau nie zdawał się chcieć odmówić propozycji, ale z drugiej strony wszystko wskazywało na to, że był, prosto mówiąc, zaklepany, zapewne, przez możnych o podobnym statusie co Francisco Belmonte.
ImageJeśli zapisze mi pan numer, pod jakim mogę się skontaktować z pana wydawnictwem, to nie omieszkam zadzwonić, gdy znajdę wolny termin. — Fotograf mimowolnie dał się póki co poprowadzić Alexandrowi za sprawą wpływu jego dyscypliny Dominacji, niosąc ze sobą urządzenie do pochwytywania obrazów.

Tymczasem Rogerius starał się przegnać toczące ze sobą batalię duchy. Były nieposłuszne, oporne, nie zamierzające zrezygnować z apetycznych kąsków. Gniewnie zareagowały na jego prezencję i wpływ, stając się świadomymi jego łączności z drugą stroną. Nie stał się jednak obiektem ich zainteresowania na zbyt długo. Regent nie mógł wiele zdziałać w tej chwili swoimi pomrukami w pradawnych językach, nie bez użycia rytuałów, które pozwoliłyby mu na przegnanie tych dusz. Nie musiał jednak martwić się o ich obecność w pokoju audiencyjnym, gdyż nie było tam nic wartego zainteresowania dla niespokojnych duchów.

Gdy cała grupa, na którą składał się Alistair, Irène, Rogerius oraz Percival Kimbolton, podążyła za Księciem i zamknęła się w pokoju audiencyjnym, do którego poprowadziła ich Primogen Toreador, wreszcie można było kontynuować swobodną dyskusję. Archibald, trzymając dłonie złączone za swoimi plecami, zlustrował zebranych, analizując każdego po kolei, jakby szukając odpowiedzi na nurtujące go pytania, których nie mógł tam znaleźć. Po kilku sekundach zwrócił się nieco uniesionym tonem do nieumarłych, marszcząc brwi.
ImageCzy ktokolwiek ma jakiekolwiek pojęcie jak do tego doszło? — Równie dobrze pod tym pytaniem można było się doszukiwać innego, ale niekoniecznie musiało być tam drugie dno. Członkowie Primogenu i Szeryf byli świadomi tego, jak to zdarzenie może wpłynąć na relacje z klanem Gangrel. Wszystko wskazywało na to, że Kuruk miał wkrótce przestać być tylko nieoficjalnym ich liderem. Mimo iż nie mówiło się o tym otwarcie, było kwestią czasu, nim usiadłby z pozostałymi przy stole jako członek rady Primogenu, czemu skutecznie zapobiegła jego przedwczesna śmierć. Można było się spodziewać, że bez twardej ręki i mądrości Kuruka, Gangrele znów się rozproszą. Dopóki nimi kierował, Gangrele stanowiły niemalże zwartą, zjednoczoną grupę, co było właściwie dość niebezpieczne.
Będąc tego świadomymi, Spokrewnieni zebrani wokół Księcia mogli się zastanawiać, czy to nie pozycja niedawnego, powszechnie szanowanego gospodarza Elizjum była tym, co skutkowało jego unicestwieniem. Kto jednak mógłby to uczynić, oraz w jaki sposób? Kuruk jako potomek Skadi był z silnej krwi i dysponował nadzwyczajnym sprytem oraz siłą, w związku z czym można było się rzeczywiście zastanawiać w jaki sposób do tego doszło.

Re: .Głód wolności i krwi

Image
Znajomość sytuacji gospodarczej i politycznej miasta nie była zaskakująca u Noaha. Podczas gdy to co działo się w świecie śmiertelników było dla niego jasne, tak polityka prowadzona przez stare, potężne wampiry była mu zupełnie obca. Nie wiedział jeszcze z czym dokładnie ma i będzie miał do czynienia. Wiedział, mniej więcej, o budowie hierarchii Spokrewnionych, i że na jej szczycie stoją właśnie te stare wampiry kontrolujące całą resztę. Był świadom konfliktów między nieumarłymi i tego, że toczą się one od setek lat.
Żółtodziób badając knajpę, do której poprowadził go mentor, dojrzał szyld z nazwą "Leon's Haven". Mogło to prawdopodobnie oznaczać, że właściciel tego przybytku nosił imię Leon. Towarzystwo wewnątrz nie wyróżniało się niczym specjalnym. Przy barze było paru rozgadanych facetów, którzy jedynie na moment się odwrócili, widząc reakcję barmana, patrząc po prostu kto przyszedł, by prędko wrócić do zagłębiania się w swoje szklanki z alkoholem. Większość ludzi była zbyt podchmielona, by zwrócić uwagę na bledszy kolor skóry obu wampirów, który nie był nawet aż tak widoczny w tym świetle. Wszyscy byli skupieni na sobie, swoich trunkach i swoich rozmówcach. Tylko jeden osobnik siedzący samotnie w rogu, pod oknem, z nieruszonym kieliszkiem przyglądał się z uwagą obojgu.
Rosnący głód sprawił jednak, że Noah nie skupił na nim większej uwagi. Jego myśli coraz mocniej pochłaniała myśl o pożywieniu się, czy nawet obawa przed wizjami, jakie tej nocy zobaczy. Nic oprócz przejścia przez ten etap nie mogło zmyć z niego tych obaw. Był jednak gotowy, a przynajmniej chciał być i pokazać, że jest w stanie sobie z tym poradzić, chociażby po to, by nie musieć wracać do piwnicy.
Johnston w momencie przypatrywania się papierosowi, zdał sobie sprawę, że już wcześniej dojrzał paczkę Greera, na której widniał charakterystyczny, czerwony krąg, wskazujący na bardzo popularną markę Lucky Strike.
James nie odpowiedział, a jedynie wzruszył ramionami wymownie. Jego podopieczny co prawda poniekąd kojarzył ten rejon, ale nie rozpoznawał dokładnie adresu, co znaczyło, że pewnie nie miał okazji odwiedzić tego miejsca za życia. Były to mimo wszystko obrzeża Central, prawie graniczące z mniej bogatymi rejonami miasta.
ImageLokalnym Szeryfem jest Percival Kimbolton. Hrabia. — Parsknął pogardliwie, wspominając o tytule Kimboltona.
ImageNie chcesz wchodzić mu w drogę, gwarantuję. Stwierdzenie, że nie przepada za naszym rodzajem, byłoby łagodnie powiedziane. — Noah był dość rozumny i wiedział już dość, by dojść do tego, iż Greer mówił tu o Pariasach jako całości. Nie pobudzało to optymizmu. Jeden z, zdawało się, najbardziej wpływowych jak i niebezpiecznych Spokrewnionych w mieście pogardzał bezklanowcami, co dla takiego świeżaka jak Johnston mogło stanowić sporą przeszkodę i budzić wątpliwości co do angażowania się w sprawy nieumarłych.
ImageJedno co ci mogę doradzić, to jeśli przyjdzie ci stanąć z nim twarzą w twarz, nie okazuj przed nim słabości. Prędzej czy później do tego spotkania dojdzie, aczkolwiek lepiej, żeby było to później. — Ostrzeżenie, jakie otrzymał młody wampir, było warte zapamiętania. Noah wiedział, że każda szczypta informacji o społeczności krwiopijców może mu pomóc przetrwać, zwłaszcza w obliczu egzekutora działającego z ramienia samego Księcia.
Spokrewnieni byli prawie na miejscu. Znajdowali się niemalże pod hotelem, który zdawał się być celem podróży. Jeszcze chwila i Noah będzie mieć okazję pozyskać świeżą krew i stłumić uczucie głodu. Po wejściu do budynku, którego hol był cokolwiek biedny, aczkolwiek w miarę zadbany i dobrze oświetlony, James kompletnie zignorował recepcjonistę i skierował się prosto na schody, co sugerowało, że wiedział do którego pokoju się udać. Siedzący w recepcji ciemnowłosy mężczyzna z oznakami siwizny słuchał radia i czytał gazetę. Jedynie na moment odwrócił się w stronę gości, mierząc ich od stóp do głów, a widząc, że żaden z nich nie zamierzał do niego zagadać, zwrócił wzrok ku treści na papierze trzymanej w rękach gazety.
ImageZaraz będzie twoja chwila prawdy. Pamiętaj o zachowaniu pozorów i o tym, żeby dziewczyny nie wysłać do szpitala, ani gorzej, do kostnicy. Nie chciałbym stracić przez ciebie tego kontaktu. — Greer przekazał młodemu jasne instrukcje, wyraźnie licząc na to, że nie tego nie spieprzy. Nie do końca mu z tym ufał, i można było łatwo zrozumieć, że zależało mu na dojściu do tych dziewczyn. Skoro był poleconym klientem z jego ramienia, to dokonanie jakichkolwiek szkód niewątpliwie odbiłoby się bezpośrednio na jego relacji z kobietą, która zarządzała dziewczynami i dawała mu do nich dostęp.

Re: Posiadłość Francisca Belmonte

Image
Dźwięk oklasków wyciszył się, gdy Skadi przemawiała. Po opuszczeniu przez nią budynku wszyscy zdawali się wrócić do swoich rozmów, gdzie nie było wątpliwości, że niespodziewany gość stał się, przynajmniej na chwilę, tematem prowadzonych dyskusji. Wieści, jakie Starsza przyniosła, dla wtajemniczonych były niepokojące. Kuruk był wszakże wpływowym Spokrewnionym, nieoficjalną głową lokalnych Gangreli, który został unicestwiony w nieznanych okolicznościach.
Wyraz twarzy Księcia wciąż ukazywał wyraźne niezadowolenie. Tym większe teraz, gdy spoglądał w chłodne oczy Primogena Ventrue marszcząc przy tym brwi. Odpowiedział mu stanowczo, aczkolwiek na tyle cicho, by nie usłyszeli go śmiertelnicy znajdujący w pobliżu.
ImageLokalny przywódca Gangreli spotkał ostateczną śmierć. Nie mam zamiaru dyskutować na ten temat w sali pełnej bydła i neonatów. A skoro jesteśmy przy temacie sprzątania, Panie Long, to biorąc pod uwagę twój wkład w ryzyko potencjalnego naruszenia Maskarady tej nocy, możesz zacząć od zajęcia się osobnikiem, który ruszył za Skadi, gdy tylko stąd wyszła, a co najwyraźniej umknęło twej uwadze. — Mimo opuszczenia przez Skadi posiadłości, atmosfera wciąż była nieco napięta. Archibald nie krył swojego niezadowolenia z obrotu spraw, zwłaszcza biorąc pod uwagę jak niewiele brakowało, by zebrani śmiertelnicy nabrali podejrzeń. Rzeczywiście, na chwilę po wyjściu wampirzycy, pewien widocznie jej osobą zainteresowany, odziany w wiśniowy garnitur mężczyzna po trzydziestce, charakteryzujący się smukłą, gładko ogoloną twarzą, mogący równie dobrze być dziennikarzem, ruszył jej tropem, czego odwróceni plecami w stronę drzwi, w tym Feng Long, rzeczywiście mogli nie zauważyć. Człowiek, który ruszył za Starszą, ryzykował swoim życiem, a także naruszeniem Maskarady. Ktoś musiał powstrzymać tego osobnika, nim ten zrobi coś nierozważnego.
ImageSugeruję, by zająć się tym zanim dojdzie do tragedii. — Dla zebranych wokół Księcia nie było wątpliwości, że jego sugestia wcale sugestią nie była, a wyraźną instrukcją. Na szczęście lokalni naczelni Camarilli nie byli jedynymi Spokrewnionymi na tym przyjęciu. Mogli wykorzystać młodych Kainitów do celu zamiecenia pod dywan tego, co tego wieczoru wciąż mogło stać się dla nieumarłych problemem. Książę spojrzał wymownie po zebranych, dodając.
ImageW razie, jeśli z jakiegoś powodu nie jest to rażąco oczywiste, to samo dotyczy człowieka na schodach, który robił zdjęcia. — Wykonał przy tym subtelny gest głową do tyłu, zwracający uwagę zebranych na fotografa z eleganckim, ciemnym zarostem, który niewątpliwie uwiecznił postać Skadi w trakcie jej krótkiej wizyty, co było zdecydowanie niepożądane.
ImageA teraz, o ile nie ma dalszych obiekcji, czas udać się w nieco bardziej zaciszne miejsce celem omówienia zaistniałej sytuacji. Szeryfie, Primogen Lévêque, któreś z was raczy znaleźć dobre do tego miejsce. Ci z was, którzy zostaną, by upewnić się, że nie mamy żadnych dodatkowych powodów do zmartwień, proszę abyście jak najszybciej dołączyli. — Książę nie miał zamiaru dłużej czekać, chciał jak najszybciej oddalić się do odosobnionego pomieszczenia. Starsi mogli w tym czasie zająć się problemem osobiście, bądź nie marnować na to czasu i zlecić sprzątanie młodszym, żeby samemu dołączyć czym prędzej do Archibalda i włączyć się w dyskusję.

Re: Posiadłość Francisca Belmonte


Nagłe wtargnięcie nieludzko wyglądającej, Starszej klanu Gangrel, zaburzyło spokojny przebieg rozmów i interesów w głównej sali, której goście zwrócili uwagę ku przybyłym. Zarówno nieumarli jak i śmiertelnicy spoglądali z zainteresowaniem, szepcząc między sobą, snując teorie co do sensu całego tego zajścia i nietypowej aparycji dziewczyny. Rzeczywiście, było to naruszenie Maskarady, ale wciąż możliwe do skorygowania. Sytuacja była jednak na tyle specyficzna, biorąc pod uwagę status Spokrewnionej, że wymagała ona uwagi Księcia.
Szeryf oraz paru członków Primogenu wymieniło spojrzenia z Księciem Archibaldem, który zwrócił się do Primogena Malkavian, szepnął mu kilka słów, a następnie we dwójkę, spokojnym krokiem, przemieścili się między gośćmi w stronę przybyłych. Zbliżając się do zebranych Starszych, Hawthorne wcisnął laskę pod pachę i zaczął klaskać, spoglądając przez chwilę na Gangrelkę.
ImageHa! Zawsze lubiłem te twoje spontaniczne pokazy! Świetnie wyglądasz! — Rzekł głośno do Starszej, kiwając przy tym głową, by następnie zwrócić się w stronę niepewnie przyglądających się śmiertelników.
ImageBez obaw, proszę państwa. Wbrew pozorom, jest to bardzo sympatyczna istota. Bardzo więc proszę o docenienie tego młodego talentu oklaskami. Aktorstwo dramatyczne ma we krwi. — Rozłożył na moment ręce, wymownie i wyczekująco spoglądając po zebranych, by po chwili znów zacząć klaskać. Śmiertelnicy myśleli przez chwilę, spojrzeli po sobie, niektórzy wymienili parę słów, aż w końcu pierwsza para śmiertelnych rąk zaczęła uderzać dłonią o dłoń, by kolejne poszły w ich ślady. W kilka sekund, nim ktokolwiek zdążył pomyśleć, by zakwestionować tę sytuację i słowa wampira, cała sala rozebrzmiała od oklasków kierowanych w stronę Skadi. Primogen Malkavian na krótką chwilę rozbroił sytuację, dając przy tym czas Księciu, by pośród odgłosu oklasków mógł wejść w interakcję z przybyłymi Kainitami. Archibald stanął przed Skadi i Feng Longiem, spoglądając na nich surowym wzrokiem i wykrzywiając usta w grymasie widocznego niezadowolenia, kręcąc przy tym głową.
ImageCokolwiek pchnęło cię, by się tutaj zjawić, to nie jest właściwe do tego miejsce. — Zwrócił się do Spokrewnionej. Trudno było wyjaśnić obecność jej obecność w takim miejscu, w takim czasie, gdzie każdy z pozostałych, obecnych tutaj nieumarłych, dbał o zachowanie Maskarady. Powód musiał być naprawdę dobry, a z jej słów można było wywnioskować, że ktoś dla niej istotny spotkał mroczny los.
ImageNie będziemy kontynuować tej rozmowy tutaj. Szeryfie, zabierz nas wszystkich proszę do któregoś z wolnych pomieszczeń, gdzie będziemy mogli podjąć dyskusję w spokoju. — Stanie w wejściu nie wchodziło w grę. To co stało za tym niespodziewanym przybyciem Skadi musiało być poważne, tak więc Książę nie chciał, by niepożądane jednostki, a w szczególności śmiertelnicy, nasłuchiwały tej rozmowy. Książę, mówiąc do Szeryfa Kimboltona, miał rzecz jasna na myśli, oprócz Skadi i siebie samego, całą radę Primogenu. Gdy Hawthorne dołączył do grupy, Archibald kiwnął w jego kierunku głową w geście podziękowania za jego skuteczną interwencję, podobnie czyniąc również w kierunku Irene. Teraz oczekiwano aż Szeryf poprowadzi grupę w kierunku jakiegoś pustego pomieszczenia, za którego drzwiami będzie możliwość poważnie i otwarcie porozmawiać na temat tego, co przywiodło tu Starszą Gangreli.

Re: .Głód wolności i krwi

Image
Jakkolwiek niewarci uwagi, mijani śmiertelnicy, a przynajmniej kilkoro z nich, z pewnością byłoby doskonałą przekąską. Noah wybrał jednak inną drogę, która nie wymagała agresywnego targnięcia na ludzką cielesność. Nie oznaczało to jednak, że nie miał kłopotów z hamowaniem swoich instynktów. Bijące serca i pulsujące żyły zwracały jego uwagę. Na szczęście, mimo trudności, mimo pokusy, wciąż mógł się kontrolować.
ImageCo się dzieje? To co zwykle. Potyczki; mężczyźni przeciw kobietom, kapitaliści przeciwko robotnikom, biali przeciwko czarnym, włosi przeciwko irlandczykom, i tak dalej. Nie ma co się spodziewać, że wiele się zmieni w najbliższym czasie. Mamy nadal sufrażystki, Ku Klux Klan, ruchy robotnicze i co nie tylko. Ciągle coś się dzieje. A, zapomniałbym, jest jeszcze prohibicja. Ktoś kręci na tym niezły interes. — Idąc wzdłuż ulicy spokojnym krokiem, James udzielił swojemu podopiecznemu wyczerpującej odpowiedzi. Rzeczywiście, nie zmieniło się wiele, o ile w ogóle doszło do jakiś zmian. Wciąż ten sam syf.
Na kolejne słowa Noaha, wampir pokręcił wymownie głową i parsknął pod nosem. Trudno było powiedzieć, czy coś go bawiło, czy był jakkolwiek zawiedziony. Może było to jedno i drugie.
ImageBłąd. Miałeś życie. Nie wrócisz do niego, chyba że chcesz ryzykować egzystencję swoją oraz ludzi, którzy byli twoją rodziną. Nie ukryjesz przed nimi tego, czym jesteś, a prędzej czy później któryś z ogarów Szeryfa, lub nawet on sam, wpadnie na twój trop. Możesz mi wierzyć, że nie chcesz, by ten trop zaprowadził go do śmiertelników, do których jesteś przywiązany. No ale, zrobisz jak uważasz. Okaże się, czy masz trochę rozsądku, czy wolisz uczyć się na własnych błędach. — Gdy Greer wspomniał o Szeryfie, który ponoć nie pałał sympatią do pariasów, zabrzmiało to jak poważne i śmiertelne ostrzeżenie. Odnowienie kontaktów ze śmiertelną rodziną Johnstona, po słowach Jamesa, zdawało się bardzo ryzykowne, aczkolwiek nawet mimo realnego zagrożenia, jakie Tradycje Camarilli tworzyły dla planów Noaha, ten póki co mógł mieć problem z zaakceptowaniem faktu, że nie będzie mógł do nich wrócić. Co z jego życiem? Pracą? Rodziną? Miałby to wszystko po prostu porzucić?
ImageMam swój biznes, i tyle ci powinno na razie starczyć. — Opiekun pariasów odpowiedział chłodno na próbę zajrzenia do jego kieszeni przez żółtodzioba. Nie minęła dłuższa chwila, a Greer wyciągnął i odpalił kolejnego papierosa. Był to dość nietypowy nałóg, jeśli w ogóle można to nim nazwać, dla kogoś, kto był chodzącym trupem. Czyżby kwestia przyzwyczajenia? A może jakiś rytuał?
Wreszcie dwójka dotarła do niedużej knajpy, która znajdowała się nieco na uboczu i wciąż serwowała alkohol wbrew obowiązującemu od stycznia prawu. W środku znajdowali się głównie mężczyźni w różnym wieku, o w miarę zbliżonym statusie finansowym, a przynajmniej na takich wyglądali, aczkolwiek znajdowało się tam i parę kobiet, które towarzyszyły swoim lubym. James na wejściu uniósł dłoń w kierunku barmana, który kiwnął do niego głową w geście powitania. Wszystko wskazywało na to, że się znali. Podszedł do budki, która znajdowała się w rogu pomieszczenia, z dala od centrum hałasu, i wykonał telefon, cały czas paląc papierosa.
ImageHej Sally, co u ciebie? ... To świetnie ... Masz dzisiaj jakieś wolne dziewczyny? ... Ta, mam klienta. Dobrze płaci ... Fantastycznie, daj namiary ... Dzięki, trzymaj się, Sally. Do następnego. — Rozmowa nie trwała zbyt długo. Po wymianie kilku krótkich zdań i zanotowaniu informacji na kartce papieru, wampir pożegnał się i odłożył słuchawkę. Złożył kawałek papieru na pół i podał podopiecznemu. Był to adres hotelu wraz z numerem pokoju.
ImageIdziemy. Pewnie nie wiesz gdzie to jest. — Na szczęście Johnston nie musiał szukać tego miejsca na własną rękę. Greer znał to miasto, i zapewne znał je bardzo dobrze. Póki co mógł liczyć na to, że poprowadzi go do celu podróży.
ImageTo kilka przecznic stąd. — Zdawało się, że Noah miał jeszcze trochę czasu, by podczas drogi do celu kontynuować rozmowę ze swoim przybranym mentorem nim dojdą na miejsce.

Re: .Głód wolności i krwi

Image
Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi. Istniała możliwość, że na rozwianie mgły tajemnicy przyjdzie kiedyś czas, ale w tej chwili najważniejszym było postępować według instrukcji i nie zadawać zbyt wielu pytań. A może właśnie należałoby pytać? Noah był w sytuacji, gdzie nie wiedział do końca jak się zachować, na ile mógł sobie pozwolić.
ImageHmm. — James mruknął w odpowiedzi na pomysł młodego Spokrewnionego, myśląc przez kilka sekund, by następnie pokiwać głową. Wszystko wskazywało na to, że mentor młodego Pariasa zaakceptował jego pomysł, a to był dobry znak.
ImageJeśli cię stać, to czemu nie, jest to jakaś opcja. — Chwała. Johnston miał swobodę w tej decyzji i mógł uniknąć pogwałcenia własnych zasad, czy w ogóle uczynienia czegoś nieludzkiego. Na szczęście wciąż miał ze sobą gotówkę i mógł bez problemu za takie usługi zapłacić.
ImageNa dobrą sprawę nie ma potrzeby latać do burdelu. Sam znam kilka dziewczyn w okolicy, które mogą się nadać. — Spojrzał na zegarek, a następnie na Noaha, wskazując na niego palcem.
ImageDobra, ty, ja, idziemy. Muszę tylko zahaczyć o budkę telefoniczną. — James ruszył do wyjścia, a Johnston podążył za nim, nie mogąc doczekać się, by znów zobaczyć miasto i ludzi.
...
Po chwili Johnston znów mógł zobaczyć cywilizację. Nareszcie, powierzchnia. Ulice, budynki, światło latarni, a także zajmujący się swoimi sprawami śmiertelnicy, podążający uliczkami, czy jadący automobilami wzdłuż drogi. Czas spędzony w piwnicy zawsze zdawał się być wiecznością, a otoczenie po wyjściu wydawało się czasami obce. Jednak to uczucie z czasem coraz szybciej mijało, gdy Noah zaczął przyzwyczajać się do tego trybu nieżycia, będąc wyprowadzanym raz na jakiś czas.
ImageWszystko dobrze tam z tyłu? Jeszcze kawałek. Zaraz za rogiem jest knajpa, stamtąd zadzwonię. — Greer, idąc cały czas przodem, odezwał się po przejściu ze swoim podopiecznym paru przecznic, kiedy ten mógł się nacieszyć znów tą namiastką wolności, obserwując oświetlone ulice, po których co jakiś czas przejeżdżał jakiś automobil. Minęli razem kilka budynków mieszkalnych, gdzie w większości okien było ciemno, oraz sklepów, które o tej godzinie były dawno zamknięte, a po drodze również kilkoro przechodniów, którzy raczej nie sprawiali wrażenia takich, co mieli zapisać się w pamięci.
ImageJeśli sobie dzisiaj poradzisz, to może piwnica przestanie być konieczna. — Rzucił, dając młodemu iskrę nadziei na rzeczywistą swobodę. Nawet jeśli miałby przesiadywać z pozostałą bandą Pariasów, to byłoby to lepsze, niż odosobniona egzystencja pod ziemią.
ImageWszystko zależy od ciebie. — Dodał, dając jasno do zrozumienia żółtodziobowi, że od tego jak wypadnie zależy jak mocno popuści mu łańcucha. W jego interesie było tego nie schrzanić.

Re: .Głód wolności i krwi

Image
Jakby się głębiej zastanowić, to egzystowanie przez dziesiątki lat jako nieumarły, żywiący się ludzką krwią potwór może skutecznie odebrać wiarę w jakiekolwiek bóstwa. Chociaż możliwym jest również to, że to kwestia oddalania się od człowieczeństwa i tego, co wiązało wampira z jego śmiertelnym życiem. Greer był jednym z tych, którzy żyli znacznie dłużej, niż przeciętny człowiek, więc z pewnością sporo widział i sporo przeżył, zwłaszcza jako Parias.
ImageAlbo opanujesz te popędy, albo zginiesz. Jeśli nie wykształcisz w sobie tej silnej woli, to prędzej czy później zrobisz coś głupiego, od czego nie będzie odwrotu, a szeryf utnie ci łeb, zanim zdążysz się wytłumaczyć i błagać o drugą szansę. — James się nie cackał i przedstawiał młodemu rzeczywistość taka, jaką była, bez ubierania tego w ładne słowa. Wampirza egzystencja była brutalna i niebezpieczna, gdzie każdy musiał dostosować się do obowiązujących reguł, by przetrwać i móc korzystać ze swojego daru nieśmiertelności.
ImageJesteś pod moją opieką i protekcją. Tak długo jak będziesz robić co się do ciebie mówi i pokażesz, że - w najgorszym przypadku - jesteś nieszkodliwym pomiotem trzymającym się na uboczu, lub - w najlepszym - udowodnisz swoją przydatność w ten czy inny sposób i pokażesz, że warto dać ci szansę na rozwój, wszystko będzie w porządku. Jasne? — Niezależnie od tego jak bardzo Noah mógł nie lubić swojego mentora i jemu podobnych, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to dzięki niemu w ogóle może zaistnieć, lub przynajmniej istnieć we względnym spokoju. Oczywiście, zagrożenie istniało, gdyż każde jego potknięcie mogło oznaczać koniec. Był świadomy jak bardzo musi uważać, jeśli chce kontynuować swoją egzystencję.
ImageŚwietnie, to chciałem usłyszeć. — Odpowiedział z aprobatą na wybór żółtodzioba, kiwając nieznacznie głową i powoli kończąc swojego papierosa.
ImageO ile jakimś dziwnym trafem nie odziedziczyłeś ułomności Arystokratów, a jest to raczej mało prawdopodobne, to kwestia wyboru ofiary zależy całkowicie od ciebie, tak jak i forma polowania. — Dopalił papierosa, rzucił go na ziemię i zdepnął, by wygasić go całkowicie. Teraz jego ręce były wolne, więc wcisnął jedną w kieszeń spodni, by prawą gestykulować w trakcie dalszej przemowy.
ImageMusisz zastanowić się co jest twoją mocną stroną. Możesz zrobić to siłowo, znajdując jakiegoś samotnika na uboczu, możesz człowieka zagadać, czy nawet uwieść, a potem odciągnąć na bok, gdzieś w bezpieczne miejsce i do dzieła. — Kończąc zdanie rozłożył ręce w geście, jakby było to tak proste jak posmarowanie i zjedzenie kromki chleba. Być może brzmiało to prosto, ale w umyśle Johnstona wcale takie nie było. Musiał jednak pomyśleć nad tym jaką strategię obierze, gdyż leżało to w jego gestii. Wiedział, że James go nakieruje na właściwą drogę, ale nie będzie prowadzić go za rękę. Oczekiwał od młodego samodzielności, więc musiał się nią wykazać.

Re: .Głód wolności i krwi

Image
Wampir prychnął i zaśmiał się lekko, kręcąc przy tym głową z uśmiechem, gdy żółtodziób skierował modły do swojego bóstwa, strącając jednocześnie popiół wiszący na końcu papierosa, który lada moment oderwałby się samodzielnie.
ImageNie żebym zabraniał ci wierzyć w twojego Boga, ale rozejrzyj się dookoła, spójrz na siebie, przypomnij sobie z czego cię wyciągnąłem. Naprawdę uważasz, że to on zgotował ci taki los? — Znów prychnął, tym razem nieco pogardliwie, unosząc wzrok i patrząc po ścianach przez chwilę, by w końcu znów nawiązać kontakt wzrokowy.
ImageMusiałby być niezłym sadystą, żeby skazywać ludzi na coś takiego. Nie, to nie Bóg przemienił cię w potwora i zagwarantował ci egzystencję w wiecznym mroku, tylko ten psychopata, z którego stołu cię ściągnąłem. — Jakkolwiek brutalnie to brzmiało, to było trochę sensu w tym, co mówił nauczyciel Noaha. Każdy jednak musiał w coś wierzyć, zwłaszcza gdy zanikała nadzieja i pozostawała tylko ciemność. Młody wampir trzymał się tego, co dawało mu nadzieję i pomagało mu zachować, przynajmniej w pewnym stopniu, zdrowe zmysły.
Greer przyglądał się jak jego podopieczny wstaje i poprawia swoją nieco wynędzniałą aparycję przez pozbycie się przynajmniej części pokrywającego jego ubranie brudu. Wysłuchał go z uwagą i pewnie odpowiedział.
ImageMówię ci po raz kolejny, każdy Spokrewniony musi nauczyć się korzystać ze zdolności, jakie otrzymał wraz z Przemianą. To co ty nazywasz przekleństwem będzie nim tylko tak długo, jak nie nauczysz się kontrolować i robić z niego użytku. — Ta rozmowa miała miejsce wcześniej przynajmniej parę razy, jednak Noah wciąż był zbyt oporny, by dać się przekonać. Wciąż pełen obaw przed obcymi wizjami i własnymi reakcjami na nie, opierał się pożywianiu ze śmiertelników.
ImageJeśli chcesz przetrwać, musisz przede wszystkim zaakceptować to czym jesteś i zrobić coś pożytecznego z talentami, jakie uzyskałeś, zamiast wzbraniać się przed nimi. Ta nędza do niczego cię nie zaprowadzi, a może jedynie ukrócić twoją nieśmiertelną egzystencję. — Akceptacja tej nowej, nieumarłej natury nie była łatwa. Wszakże Johnston był teraz potworem, krwiopijcą, drapieżnikiem. Nie był to jednak zły sen, z którego miał się przebudzić, a rzeczywistość, jego rzeczywistość, jego życie, czy raczej nieżycie.
ImageTakże weź się w garść, bo wciąż masz coś, czego wielu podobnych tobie straceńców nie ma; szansę, by zdobyć w tym mieście reputację. Wciąż jesteś świeży, prawie nikt cię tu nie zna, a to daje ci pewne możliwości. Twoja egzystencja stanie się nieco łatwiejsza, jeśli zyskasz przychylność lokalnych ważniaków. No ale zanim będziesz miał do tego okazję, musisz wziąć się za siebie i porzucić strach przed tym, co będzie dla ciebie codziennością. — Żółtodziób mógł łatwo wywnioskować, że James mówiąc o ważniakach miał na myśli wpływowych Spokrewnionych. Perspektywa współpracy z potworami, które egzystowały dziesiątki, jak nie setki lat, które kto wie, czy zachowały jeszcze cokolwiek z człowieczeństwa, nieszczególnie napawała optymizmem. Z drugiej jednak strony, skoro miał przed sobą potencjalnie wieczność, to wypadałoby coś z nią zrobić. W pierwszej kolejności musiał wpierw pogodzić się z dręczącymi go przy żywieniu wizjami. James dość dosadnie wyjaśnił mu w końcu wcześniej, że wampiry żywiące się wyłącznie zwierzętami są traktowane z pewną pogardą. Oprócz tego była też oczywista spora niedogodność dla polującego drapieżcy.
ImageTa twoja przypadłość, te wizje... To się może naprawdę przydać. — Spokrewniony pokiwał głową z pewną aprobatą.
ImageJeśli jesteś w stanie coś konkretnego z nich wyciągnąć, to mógłbyś okazać się użyteczny dla niejednego Spokrewnionego w mieście. Przynajmniej dla tych z nich, którzy nie potrafią manipulować umysłami. Mhm. — Greer widział klątwę Johnstona jako narzędzie, użyteczne narzędzie, które ten mógł wykorzystać na swoją korzyść, jednak dopiero gdy zdoła je zrozumieć i zapanować nad sobą.
ImagePowinniśmy to przetestować. Będzie dwa w jednym; najesz się i przestaniesz wyglądać jak nędza, a przy okazji może opanujesz te swoje zdolności i zobaczy się co można z nich wykrzesać. Masz do wyboru to, albo siedzenie tu i gnicie w syfie jak niedołęga. — Mimo iż strach wciąż targał młodym wampirem, tak doskonale wiedział, że nie chciał spędzić w tym miejscu ani minuty dłużej. Może jednak warto było posłuchać rad swojego mentora? Każda droga wydawała się lepsza od siedzenia w piwnicy i żywienia się gryzoniami.

Re: Posiadłość Francisca Belmonte

Image

Primogen Malkavian odwrócił głowę w stronę Alexandra, który zwrócił jego uwagę niemalże momentalnie bombardując go swoimi pytaniami. Ostrożność Morriego była jak najbardziej na miejscu. Przejawem głupoty byłoby w końcu używanie terminów znanych tylko Spokrewnionym w sali pełnej śmiertelników. Hawthorne przeprosił na moment swoich obecnych rozmówców, by skupić swoją uwagę na młodym Ancilla będącym jakkolwiek rozpoznawanym pośród swoich współklanowców.
Image Morri, mój chłopcze. — Zwrócił się do wampira swym dźwięcznym, brytyjskim akcentem, unosząc nieznacznie głowę i opierając laskę przed sobą, a na niej obie swe okryte skórzanymi rękawicami dłonie.
Image Zawsze zaangażowany i skory do pomocy, eh? — Dodał z pewnym subtelnym zadowoleniem w głosie. Starsi przeważnie doceniali inicjatywę, jaką wykazywali się młodsi. To zarówno ona, jak i zdolności poszczególnych jednostek, wyróżniały Spokrewnionych na tle biernej, szarej masy, która po prostu egzystowała, trzymając się na uboczu, z dala od kłopotów, a przez to i z dala od okazji, by zaistnieć.
Image I nadal pracujący nad rozwojem umiejętności socjalnych. Mhm. — Wymownie mruknął na końcu. Odnosił się, oczywiście, do sposobu w jaki Alexander zaczynał dialogi, często od niewłaściwej strony. Ci, którzy go znali, byli już dawno przyzwyczajeni do jego specyficznego stylu, aczkolwiek od czasu do czasu zwracali mu na to, w mniej lub bardziej dosadny sposób, uwagę pod tym adresem.
Image Czuję się doskonale i doceniam ofertę, kolego, ale moje lektury mają zapewnione bezpieczne miejsce. Jeśli zaś chodzi o pracę... — Alistair pomyślał przez krótką chwilę, po czym kontynuował.
Image Zawsze znajdzie się coś do roboty, prawda Otto? — Odwrócił się, szukając wzrokiem Malkaviana, który zdawało się, że był w pobliżu jeszcze chwilę temu.
Image Gdzie on, do cholery, znowu polazł. — Primogen burknął do siebie pod nosem rozglądając się dookoła, chwytając swoja laskę w prawą rękę, po czym znów skupił swój wzrok na obecnym rozmówcy.
Image Cóż, skoro Hays się zawinął, to jego strata. Zostawimy tę kwestię na później. — Ze słów Alistaira dało się wywnioskować, że Otto Hays mógł mieć jakieś zadanie dla Morriego, jednakże w trakcie tej rozmowy ten przyjemniaczek opuścił główną salę, a Primogen najwyraźniej nie miał zamiaru go szukać.
Image Sam nie mam nic dla ciebie w tej chwili, ale na szczęście jest tutaj jeszcze co najmniej jedna osoba, która mogłaby zrobić użytek z twoich umiejętności i wiedzy. Znasz Regenta Tremere, Rogeriusa de Tassis, osobiście? Jeśli nie, to tej nocy będziesz miał okazję go poznać. — W pierwszej chwili mogło się wydawać, że nie poszczęści się Alexandrowi, jednak nagłe pojawienie się możliwości współpracy z lokalną głową klanu Tremere, czy raczej pracą dla niego, mogło nieco ożywić ambitnego Malkaviana.
Image Kręci się on gdzieś w pobliżu. Znajdź go i powiedz, że cię przysłałem. — Nim Morri miał szansę na to odpowiedzieć, starszy wampir uniósł do góry lewą dłoń z wyciągniętym ku górze palcem wskazującym i dodał.
Image Postaraj się go nie wkurzyć, dobra? Tremere są mało tolerancyjni, więc pamiętaj o manierach. — Pierwsze wrażenie było najważniejsze i można było je zrobić tylko raz, dlatego też Alistair zwrócił uwagę swojemu podopiecznemu, który zdążył już, stosunkowo niedawno, w pewien sposób podpaść jednemu z Primogenów w Chicago, i który powinien unikać podobnych wpadek.

Re: .Głód wolności i krwi

Image
Sytuacja, w jakiej znajdował się Noah, była mniej niż niekomfortowa. Co prawda było to lepsze, znacznie lepsze, niż koszmar, jaki przetrwał na początku swej drogi jako nieumarły, ale patrząc na szerszy obraz, była to marna pociecha w obliczu tego, czym się stał i jak przyszło mu teraz egzystować. Był na łasce innego, starszego i doświadczonego Spokrewnionego, który starał się przygotować i przystosować Johnstona do nieżycia. Jakkolwiek brutalne były metody Jamesa, służyły one temu, by młody żółtodziób ostatecznie mógł zacząć samodzielnie kroczyć przez mrok. Było to oczywiście trudne, gdy ten stale się opierał i nie potrafił się pogodzić ze swoim losem. Fakt, że ten był wciąż przywiązany do swojej śmiertelnej rodziny tylko utrudniał cały proces.
Noce dłużyły się, a rosnący głód sprawiał, że każde kolejne godziny były coraz trudniejsza do zniesienia. Bycie zamkniętym w piwnicy niczym zwierzę było upodlające i budziło wiele wątpliwości w umyśle młodego wampira. Mógł się zastanawiać, czy rzeczywiście to wszystko było to dla jego dobra, czy raczej przede wszystkim dla dobra jego przybranego mentora i innych jemu podobnych. Jakby nad tym głębiej pomyśleć, to łatwiejsze byłoby jego unicestwienie, więc fakt, że ktoś wziął go pod swoje skrzydła i wkłada wysiłek w jego przystosowanie do egzystencji jako drapieżnik.
Burzę myśli rozdrażnionego, niecierpliwego żółtodzioba w którymś momencie zaburzył dźwięk kroków za drzwiami. Jego modlitwa została wysłuchana. Drzwi do piwnicy otworzyły się, a do środka wkroczył James Greer. Przeciągnął dłonią po swoich włosach podchodząc do Noaha. Wcisnął obie ręce w kieszenie swojej marynarki i, mrużąc oczy, przyjrzał mu się dokładnie.
ImageChujowo wyglądasz, stary. Kiedy ostatnio jadłeś? — Spojrzał z politowaniem na swojego ucznia, po czym wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i zapałki. Płynnym ruchem wysunął jednego i objął go ustami, po czym go odpalił, natychmiast po tym wygaszając zapałkę szybkim ruchem ręki. To nie był pierwszy raz, kiedy Johnston widział swojego mentora palącego papierosy, ale wciąż nie rozumiał czemu to robi, skoro według tego co mówił, wewnętrzne organy wampira były martwe. Nie miał wcześniej odwagi spytać. Na widok płomienia poczuł delikatne, nieprzyjemne ukłucie gdzieś w środku.
ImageGłodem ci z oczu patrzy. Chyba czas żebyś wreszcie pokazał, że potrafisz się samodzielnie pożywić. Od tego zależy twoje być albo nie być. Im dłużej będziesz się opierał, tym gorzej będzie dla ciebie, bo póki nie udowodnisz, że jesteś w stanie o siebie zadbać, będziesz tu siedział i żarł szczury. — Kontynuował, gestykulując przy tym, wymownie wskazując palcem na mężczyznę. Jakkolwiek perspektywa żywienia się ludźmi nie podobała się Noahowi, tak prędzej czy później musiał się przełamać chcąc uzyskać jakąkolwiek swobodę. Stałe przebywanie w tej piwnicy mu nie służyło i wiedział, że długo w taki sposób nie wytrzyma. Greer poprawił swoją marynarkę, przyglądając się swojemu podopiecznemu.

Re: Posiadłość Francisca Belmonte


Sala balowa powoli wypełniała się kolejnymi Spokrewnionymi, którzy z wolna zaczęli mieszać się ze śmiertelnikami. Było to dla nieumarłych duże, socjalne wydarzenie na stosunkowo neutralnym gruncie, gdzie przedstawiciele wszystkich klanów Camarilli mogli się spotkać i omówić swoje interesy, jak i również wdać się w dyskusje z wpływowymi śmiertelnikami, związanymi ze światem biznesu i współczesnej technologii, lecz nade wszystko - rozbudowującym się przemysłem motoryzacyjnym.
Obowiązujące tu mniej restrykcyjne zasady, w odróżnieniu od Elizjum, powodowały, że tego wieczoru na miejsce przybyli również młodsi Brujahowie i Toreadorzy. Największym zainteresowaniem cieszyli się oczywiście błyszczący niczym gwiazdy prominenci z klanu Ventrue. Catherine Fabienne LeBlanc od momentu swojego przybycia czarowała śmiertelników swoim uśmiechem, powodując, że niemalże padali przed nią na kolana. Mężczyźni o wysokim statusie, osiągnięciach i wpływach zabiegali o jej uwagę, starając się znaleźć po jej dobrej stronie, podczas gdy kolejny członek Zarządu Ventrue, Zachary Sullivan oprócz uścisków dłoni z uzdolnionymi, pełnymi sprytu przedsiębiorcami, kradł również uwagę pięknych, bogatych i wpływowych kobiet. Wszystko to miało jeden jasny, konkretny cel. Oczywiście, nie ograniczali się wyłącznie do manipulowania śmiertelnikami, ale również ubijania interesów z innymi, równie dobrze usytuowanymi Kainitami, z którymi istniała szansa wymienić się informacjami, czy nawet zobowiązaniami. Alfred Leneghan nie miał szczególnie dużych szans na zwrócenie uwagi LeBlanc, jednakże Sullivan przynajmniej raz spojrzał w stronę neonaty, dając mu wyraźny sygnał, że jego obecność została odnotowana. Mógł liczyć na to, że jego ruchy i zachowanie były obserwowane.
Na uroczystość przybył także Alistair Hawthorne, Primogen Malkavian, w towarzystwie mało przyjemnego gangstera, którym był sporadycznie widziany na tego typu spotkaniach Otto Hays. Podczas gdy Primogen zachowywał elegancję i szyk, stosunkowo łatwo integrując się z tłumem, Hays nieco odstawał ze względu na swoją agresywną aparycję, która odpychała wielu ludzi i powodowała, że jego głównym towarzystwem było kilku szemranych, przysadzistych jegomości oraz nieumarli, którzy od niego czegoś potrzebowali. Primogen w ramach powitania skinął głową w stronę członków swojego klanu, którzy byli już tam obecni. Zarówno Alexander Howard Morri, jak i Diana Harper czy Bella Jones mieli szansę, by ich spojrzenie spotkało się ze wzrokiem lokalnej głowy ich klanu. Nawiązanie dyskusji również było możliwe, gdyż jakkolwiek pozbawiony uśmiechu był Hawthorne, tak nie odtrącał żadnego ze swych współklanowiczów o ile ten nie nadepnął mu na odcisk. Diana nie dojrzała w tłumie swojego stwórcy, aczkolwiek jak zawsze utrzymywało się to dziwnie, niepokojące uczucie jakby ją obserwował, co jedynie wzmagało potrzebę jak najlepszej prezencji przed widocznymi tam wampirzymi prominentami.
Krzykacze pojawili się w stosunkowo dużej liczbie. Oprócz powszechnie znanego i szanowanego Phillipa Norwooda, który był jedynym osobnikiem w klanie uczęszczającym na większość tego typu spotkań, obecna była także Alice Morgan, znana ze swojego zaangażowania w słuszną sprawę sufrażystek, jak i również niesławny John Raymond, który nie był szczególnie lubiany przez Arystokratów z racji jego wpływu na ruchy robotnicze w mieście. Było to zresztą powodem chłodnych, pełnych pogardy spojrzeń ze strony większości obecnych przedstawicieli klanu Ventrue, dających mu do zrozumienia, że jest nie przez nich mile widziany. Nie obyło się również bez krzywych spojrzeń ze strony niektórych białych członków tego przyjęcia, którzy niewątpliwie byli przekonani, że nie było to miejsce dla pospolitego czarnucha. Dumną odpowiedzią Raymonda na tą niechęć wobec jego osoby był szyderczy uśmiech, jakby chciał w ten sposób przekazać "jestem tu, białe fajfusy, i nic nie możecie z tym zrobić". Każdy z tej trójki dojrzał obecność Meredith, witając ją osobiście lub z daleka, zależnie od jej zainteresowania interakcją ze swoimi współklanowiczami.
To przyjęcie było idealną okazją również dla nieco bardziej społecznie zaadaptowanych Tremere, takich jak chociażby Theodore Vaughn. Ten Spokrewniony, utrzymujący w swej elegancji charakterystyczny, urzekający uśmiech, któremu ulegali śmiertelnicy, i który zwracał również uwagę innych wampirów zainteresowanych podjęciem z nim inteligentnej rozmowy. Był on jednym z bardzo niewielu Czarowników, a może i nawet jedynym w tym mieście, powodującym tak duże i nietypowe zainteresowanie. Mimo iż jego motywy nigdy nie były jasne, instynkt społeczny i przystosowanie do etykiety powodowały, że ze stosunkową łatwością pozyskiwał sojuszników w różnych kręgach. Mimo swojego zdystansowania, Magister William Augustus Thornton także odnajdował się w tym tłumie, znajdując wspólny język z osobnikami bliskimi sędziwego wieku, posiadającymi wiedzę i umiejętności, które zwracały jego uwagę, jak i również wpływowymi Spokrewnionymi, posiadającymi użyteczne informacje. Nie umknęła mu obecność Regenta, Rogeriusa de Tassis, z którym się należycie przywitał, ani młodszego Magistra Thomasa Radissona, wciąż mogącego się wiele nauczyć od prawej ręki Regenta.
Nieunikniona była także wizyta Archibalda, Księcia Wietrznego Miasta, który celem zachowania Maskarady przybrał nieco bardziej społecznie akceptowalną twarz. Wciąż oczywiście charakteryzował się chudą, choć nie tak jak zwykle, sylwetką, a jego zwyczajowo noszona w obecności śmiertelników maska nie należała do najpiękniejszych. Książę celowo zachowywał swoją obecną, nieco chudą i wykrzywioną, mało symetryczną facjatę. Nie odstraszała ona, ale jednocześnie i nie budziła też szczególnie pozytywnych emocji. Zabieg ten był oczywiście celowy, gdyż Archibald nie przepadał za byciem w centrum uwagi. Jego kontakty na przyjęciu miały ograniczać się głównie do dialogu z członkami Primogenu, Starszymi oraz Szeryfem Kimboltonem. Oprócz tego wchodził w krótkie interakcje z pracującymi bezpośrednio dla niego młodszymi wampirami. Pośród zebranych nieumarłych krążyła plotka, jakoby obecny miał być tam również Mr. Edwin, tajemniczy Harpia, którego ani prawdziwej twarzy ani imienia nie znali ponoć nawet inni Nosferatu. Mógł być każdym lub nikim. Co gorsza, jeśli to co się mówiło było prawdą, to nawet Dyscyplina Nadwrażliwości była kompletnie bezużyteczna wobec jego osoby, a to jedynie czyniło go o wiele bardziej niebezpieczną jednostką. Mógł wszakże być wszędzie, mógł obserwować i nasłuchiwać. Jego relacje z pozostałymi Nosferatu były zagadką. Nie było jasnym, czy to co robił, robił dla klanu i Księcia czy też działał kompletnie niezależnie, poza jakimikolwiek ramami, dbając wyłącznie o własne interesy. Jedyną osobą, która mogła coś wiedzieć na ten temat był prawdopodobnie jedynie sam Archibald.
Gdzieś w tym tłumie znalazł się o dziwo i James Greer, który przynajmniej tym razem nie wyglądał tak pospolicie jak zwykle. Obracał się on tutaj głównie w towarzystwie Brujahów i Malkavian, którzy zdawali się rozumieć, a przynajmniej w jakimś stopniu akceptować, egzystencję Pariasów w mieście i starania Jamesa w kierunku przystosowania tych straceńców do nieumarłej egzystencji. Trudno powiedzieć jaki był cel jego przybycia na tę uroczystość, choć można wnioskować, że tak jak i inni chciał coś z niej wynieść.
Większość z tych wampirów podczas swej obecności na przyjęciu była otwarta na dialog. Tak jak i podczas innych zebrań, gdzie ta śmietanka towarzyska była obecna, tak i tutaj warto było podjąć inicjatywę, chcąc mieć szansę dobrze zapisać się w ich pamięci. Wymiana przynajmniej kilku zdań i zrobienie dobrego wrażenia były koniecznymi działaniami w celu stworzenia choćby fundamentów pod budowę swojej renomy i reputacji w mieście. Brak działania mógł skutkować jedynie popadnięciem w zapomnienie. Jakby się nad tym zastanowić, to jest to dość marna perspektywa na potencjalną wieczność.

Szychy Salonowe


Ruch w Elizjum był niemały. Młode wampiry już zaczynały wdawać się w dyskusje ze Starszymi, szukając znów kolejnych sposobności, by przysłuchać się nowinkom, zabezpieczyć swoją pozycję w mieście, lub by poprawić swój status i renomę. Spokrewnieni zamierzali, w ramach posług dla swych nieumarłych pracodawców, zyskać walutę znacznie cenniejszą od pieniędzy, a mianowicie w żadnej formie nienamacalne zobowiązania. Nie ma nic bardziej wartościowego niż wdzięczny za pomoc Starszy, będący zainteresowany spłatą długu, jaki zaciągnął u młodszego krwiopijcy. Oczywiście, trzeba być ostrożnym z kim oraz w jakim tonie ubija się interesy, gdyż nie każdy ma na względzie rewanż, a przynajmniej nie w takiej formie, jak możnaby oczekiwać, zwłaszcza gdy atmosfera temu nie sprzyjała.
Pośród zebranych można było dojrzeć kilka znanych twarzy. Oprócz Primogen Toreador obecny już był chociażby Regent Tremere, czy Primogen Ventrue. Oboje co prawda byli zajęci sobą i swoimi interesami, ale ich obecność niewątpliwie ożywiła dyskusje oraz nadała tempa cicho wyszeptywanym plotkom. Nie mieli to być jednak jedyni ważni goście Elizjum. Tej nocy zebrało tutaj więcej znamienitych gości, pośród których byli nie tylko potężni Starsi, ale również rozpoznawani Ancilla, których działalność również stale, w mniejszym lub większym stopniu, wpływała na egzystencję zarówno Spokrewnionych, jak i śmiertelników.
Choć Krzykacze nie mieli w zwyczaju licznie przybywać do tej kontrolowanej przez Toreadorów lokacji, to przynajmniej paru z nich, starszych, bardziej doświadczonych i rozumiejących prawdziwą naturę relacji między klanem Brujah a Toreador, wizytowało w Elizjum regularnie, chętnie angażując się w dyskusje z zebranymi tu Kainitami. Byli to głównie Phillip Norwood oraz Alice Morgan, którzy we dwoje wkroczyli na teren Elizjum witając z radością, a nawet i silnym uściskiem ręki, gospodarza, Kuruka. Norwood był znany ze swojego opanowania, mądrości i przenikliwości. Charakteryzował się przy tym cichą siłą autorytetu, która sprawiała, że nie musiał posuwać się do siłowych rozwiązań celem ustawienia Krzykaczy, i nie tylko ich, do pionu. Nietrudno więc było zrozumieć czemu piastował funkcję Harpii. Towarzysząca mu Alice miała z kolei bardziej drapieżny charakter, ale jej wpływ na miasto wcale nie był wiele mniejszy. Stała ona bowiem jako silne wsparcie dla ruchu sufrażystek walczących o prawa kobiet. Oboje prezentowali się dość szykownie. Norwood w ciemnym garniturze i szarej koszuli, a Alice w długiej, eleganckiej, wiśniowej sukni, z subtelnym makijażem głównie podkreślającym jej oczy charakteryzujące się drapieżnym spojrzeniem, który z relatywną łatwością uderzał w pewność siebie. Oboje zwrócili uwagę zebranych i natychmiast to wykorzystali, witając się przede wszystkim z Primogen Toreador, a następnie z pozostałą śmietanką widoczną w głównej sali.
Nieco później zjawił się przedstawiciel i opiekun lokalnych Pariasów, James Greer w swym nieco znoszonym odzieniu, choć wciąż wpasowującym się w obowiązującą etykietę ubioru. Choć nie było tego widać na pierwszy rzut oka, gdyż wyglądał jak pospolity uliczny gangster, był on wampirem nadzwyczaj charyzmatycznym, co z resztą było tym co pozwoliło mu zjednać odrzuconych Pariasów i zapewnić im względny komfort nieżycia i bezpieczeństwo, ucząc ich i zapewniając to, czego nie dali im ich stwórcy. Jego rozmówcami w Elizjum byli więc często młodsi Spokrewnieni, którzy potrzebowali pomocy i wsparcia kogoś takiego jak Greer, który mógł być jednym z niewielu Kainitów odsuniętych od gier politycznych i nie mających na celu wykorzystać swoich podopiecznych do własnych celów.
Czym jednak byłyby dyskusje na salonach bez obecności prominentów klanu będącego podporą Camarilli. Członkowie Zarządu Ventrue, choć nie wszyscy, w końcu także dotarli i wymienili grzeczności. Niewiarygodnie piękna i nadzwyczaj okazała Catherine Fabienne LeBlanc w pięknej, niebywale drogiej, jasnej sukni i futrze, wraz z odzianym w wysokiej klasy garnitur Nathanielem Hudsonem byli w centrum zainteresowania wielu Spokrewnionych. Catherine szybko przegnała oczywiście młodszych, choć naturalnie z uśmiechem i finezją, w sposób taki, że jeszcze jej za to dziękowali, płynnie przechodząc do rozmów z wampirami o podobnym jej statusie i reputacji. Hudson nie był aż tak wybredny, choć zdecydowanie nie miał cierpliwości do głupot. Jeśli ktoś miał do niego konkretny interes, nie miał problemu takiego osobnika wysłuchać. Jednakże jeśli ktoś marnował jego cenny czas na bzdurne pogaduszki, to dawał o tym znać w dość dobitny sposób. Sullivana brakowało, choć nie było to dziwne, gdyż ten nadzwyczaj towarzyski Ventrue nierzadko chadzał własnymi ścieżkami.
Nie zabrakło i obecności hermetycznych Czarowników, którzy udowodnili, że potrafią być użytecznym sprzymierzeńcem, jak i również niebezpiecznym przeciwnikiem. Personą z tego Klanu, która jako pierwsza pojawiła się w Elizjum był Theodore Vaughn, będący specyficznym, wyjątkowo dobrze odnajdującym się w otaczającej klan Tremere społeczności Spokrewnionych. Potrafi on z ogromną łatwością nawiązywać kontakty, pozyskiwać sojuszników i nie tylko. Niewątpliwie pomaga w tym jego urok osobisty, choć kto wie, czy nie kryje się za tym coś więcej. Podczas gdy Vaughn korzystał już ze swojego czasu w Elizjum, biorąc aktywny udział w rozmowach, jego przełożony i mentor, Magister William Augustus Thornton przybył dopiero na miejsce. Był to stary wampir o ogromnej wiedzy i doświadczeniu, będący prawą ręką lokalnego Regenta. Powolnym krokiem, nie zwracając uwagi na nikogo prócz Primogenu, z rękoma złożonymi za jego plecami, skierował się w stronę swojego uzdolnionego studenta, odrywając go tymczasowo od grupy, by zamienić z nim kilka zdań. Dopiero po kilku chwilach się rozdzielili. Vaughn wrócił do żwawych rozmów z zebraną tu śmietanką towarzyską, a chwilowo Thornton zaszył się z dala od tłumów z książką w ręku. Można było odnieść wrażenie, jakoby lektura dla tego Czarownika była bardziej interesująca od obecnego tu towarzystwa.
W którymś momencie tego wieczora zasłyszeć można było charakterystyczny, donośny stukot laski, który zwiastował nadejście Primogena Malkavian, którym był Alistair Hawthorne, przybywający zwyczajowo w swoim podszywanym futrem, długim, czarnym płaszczu oraz cylindrze. Zlustrował wszystkich zebranych, podał ręce komu trzeba, choć jak zwykle bez żadnego uśmiechu, z charakterystyczną dla niego poważną, kamienną twarzą, po czym znalazł sobie wygodne miejsce z dobrym widokiem na wejście. Zdawało się, że na kogoś czekał. W międzyczasie paru młodszych Kainitów podjęło z nim dyskusję. Ta została jednak szybko zakończona, gdy dostrzeżono wyczekiwaną przez wielu gwiazdę wieczoru.
Właściwie znikąd, już za progiem Elizjum, pojawiła się powszechnie rozpoznawana, nadzwyczaj wychudzona sylwetka Nosferatu, którego głowa była stale owinięta bandażem. Książę miasta Chicago, Archibald, zaszczycił zebranych nieumarłych swoim przybyciem. Został przywitany w pierwszej kolejności przez gospodarza i znajdujących się w pobliżu członków Primogenu, choć tak naprawdę każdy kto znalazł się w zasięgu wzroku Księcia i akurat spoglądał w jego kierunku przynajmniej pochylił nieznacznie głowę w geście powitania i szacunku. Nosferatu byłby teraz oblegany gdyby nie to, że Hawthorne momentalnie znalazł się przy nim i zajął jego uwagę. Pozostali musieli poczekać aż rozmowa Księcia Wietrznego Miasta z Malkavianem dobiegnie końca. Zza swej książki wyjrzał z ogromnym zainteresowaniem również i trzymający się na uboczu Magister Thornton, który najwyraźniej także zamierzał porozmawiać z Archibaldem.
Tak oto szeregi zebranych krwiopijców na przestrzeni kilku godzin zasiliła niemała liczba prominentych Spokrewnionych, którzy mieli największy wpływ na lokalną politykę i egzystencję wampirów. Warto było się wykazać, czy to dobrymi manierami, czy jakimiś osiągnięciami, a najlepiej jednym i drugim, żeby być po ich dobrej stronie, chcąc jakkolwiek zaistnieć w tym mieście.

Wyszukiwanie zaawansowane

cron