5257 University Way NE, tyły

#1
  Nie wszyscy są zadowoleni z tak bliskiego sąsiedztwa klubu z barem tonącym wręcz w zastraszającej ilości alkoholu. Dość spora liczba sąsiadów mieszkającym w sąsiedztwie The Kraken Lounge nie czuje się pewnie i bezpiecznie, gdy tak blisko znajduje się - w ich mniemaniu oczywiście - zwykła speluna. O ile od frontu, od University Way, wszystko prezentuje się może skromnie, ale bardzo przyjemnie, tak już tył Krakena to coś zupełnie innego. Drzwi z ciemnego drewna, ozdobione naprawdę dobrze namalowaną czaszką z piszczelami i mackami ośmiornicy prowadzą na mały plac i jeszcze mniejsza uliczkę za lokalem.

To ciasny parking, na którym z trudem zmieszczą się dwa, może trzy samochody osobowe. O pickupach czy nawet i ciężarówkach nie ma co marzyć, po prostu brakuje miejsca by taki gigant mógł tutaj swobodnie wjechać i zaparkować, tym bardziej, że przy pomazanych farbą w spreju ścianach stoją kosze na śmieci należące do Krakena. Duże, masywne, dość rzadko opróżniane, stanowiące idealny żer dla wszelkiego rodzaju robactwa. Co za tym idzie, pełno tutaj szczurów i myszy, które z kolei przyciągają bezpańskie, często bardzo agresywne koty, cieszące się darmowym bufetem. Kubły wystawiane przez resztę mieszkańców tak samo nie są idealne, a już zwłaszcza na tyłach chińskiej knajpki jest prawdziwy chaos.

Zapach nie jest przyjemny, bo cuchnie tutaj śmieciami, papierosami, gnijącą, starą żywnością, kocimi odchodami i szczynami, aczkolwiek czasami też i ludzkie ekskrementy można tu znaleźć. Wąska i ciasna uliczka też nie wygląda szczególnie, asfalt w wielu miejscach jest spękany (a w szczelinach rosną sobie jakieś chwasty), do tego kilka parę drzew nie grzeszy wysokością ani zielenią liści; gałęzie są małe, karłowate wręcz, a pożółkłe liście tylko czekają na zimę, by opaść na ziemię.

No i są tutaj garaże. Budynki mieszkalne i mniejsze apartamentowce posiadają podziemne garaże, do których wjazd znajduje się właśnie od strony tej małej, ciasnej uliczki, nie zaś od większej i znacznie wygodniejszej University Way - co się z tym wiąże, wiadomo. Studencka brać i młodzież, czyli główna klientela The Kraken Lounge, korzysta z tego ile się tylko da, paląc papierosy (zarówno zwykłe, jak i wywołujące rozluźnienie oraz poprawę humoru). A gdy nikogo podejrzanego nie ma w pobliżu, daje sobie w żyłę w przypadku trochę mocniejszego towaru.

W krzakach można więc zobaczyć powyginane igły i stłuczone strzykawki, zużyte prezerwatywy, czasem nawet czyjąś brudną bieliznę, bo będąc pod wpływem alkoholu i narkotyków ludzie bardzo często decydują się na tak zwany szybki numerek.

Re: 5257 University Way NE, tyły (28 marzec 1999)

#2
Image

Image Image Image Image Image Image Image Image
W ten umiarkowanie ciepły, późny wieczór, w klubie panował wyraźny niepokój. Zza tylnych drzwi, oprócz grającej ciężkiej muzyki, słychać było podniesione głosy i przepychanki słowne, a także dźwięk wyraźnej rozróby; grzmoty i dźwięk tłuczonego szkła, co zwróciło uwagę trójki nastolatków ubranych w obdarte jeansy i wiosenne kurtki w stylu vintage, którzy akurat palili skręty za klubem, opierając się o ścianę i pieprząc o głupotach. Gdzieś dalej dało się słyszeć śmigające ulicą auta i ich klaksony, a także, co jakiś czas, warknięcie czy ujadane jakiegoś psa. W którymś momencie drzwi gwałtownie się otworzyły i z klubu wręcz wylała się różnorodna wizualnie grupa blado wyglądających osobników, na której czele był Murdock, jeden z bardziej szanowanych Krzykaczy, mających wyraźny posłuch pośród członków swojego klanu. Odziany był w kurtkę, tym razem ze spuszczonym kapturem i miną wskazującą na definitywne wkurwienie. Tuż za nim podążał kręcący głową, zirytowany sytuacją Ike Cameron, a dalej reszta ferajny: odziany w szary, wojskowy sweter, przeklinający pod nosem naziol, Peter Kassmeyer; marszczący brwi i spoglądający za siebie z niesmakiem brodaty Carl Armstrong w swojej skórzanej kurtce; ciężko wzdychający JC, którego nierzadko nazywają żartobliwie pastorem; młodzieniaszek wyglądający jak typowy gangsta z ulicy, czyli Cedric Davies; dalej Raymond Owens, filozof i polityk, wyglądający na równie zirytowanego co reszta. A na końcu jedyna kobieta w całej tej grupie nieumarłych wampirów o wrzącej krwi, Riley Chase, wyglądająca wcale niewiele mniej groźnie od pozostałych.
Przewodzący grupą Murdock wychodząc na plac, dojrzał trójkę śmiertelników z blantami, przystanął obracając się w ich kierunku, co sprawiło, że cała grupa Spokrewnionych spojrzała w ich kierunku. Spaleni chłopcy przestali się ruszać, widząc jak cała ta grupa spojrzała na nich gniewnym wzrokiem.
Wypierdalać. — Warknął nieprzyjemnie Murdock, wskazując kciukiem za siebie, wgłąb uliczki. Ci spojrzeli tylko po sobie i ruszyli błyskawicznie, prawie potykając się o własne nogi, spoglądając za siebie dopiero gdy byli w bezpiecznej odległości. Wampir odprowadził ich wzrokiem i rozejrzał się dookoła, jakby chcąc się upewnić, że teren jest czysty i można kontynuować rozmowę. Odwrócił się do zebranych w grupie współklanowiczów, spojrzał po nich i pokiwał wymownie głową, po czym zaczął swoją przemowę.
Kurewsko się na was zawiodłem. Wyjeżdżając za cholerę bym się nie spodziewał, że po powrocie zastanę was tak rozbitych i niezorganizowanych. Serio, kurwa, spójrzcie na siebie. Mieliśmy to miasto w garści, trzymaliśmy wszystkich za jaja, a teraz? — Zrobił krótką pauzę, rozkładając ręce w geście zdziwienia i bezradności. Po chwili spuścił ręce i kontynuował. — Patrzcie gdzie teraz siedzicie. Po kolana w gównie. Teraz jesteśmy na marginesie, a Świry i brudasy rządzą miastem.
Stary, nie mieliśmy nad tym kontroli. To był chaos. Sabat wykorzystał okazję i nas dojechał. Trudno było przewidzieć, że tak się to potoczy. Polecieliśmy w dół razem z Ventrue, pozostając bez Primogena tak jak oni. — Wychylił się Raymond, odpowiadając spokojnym głosem. — Gdyby Hammond wciąż tu był... — W tym momencie bezczelnie wtrącił się Kassmeyer, dorzucając swoje pięć groszy. — A tam kurwa Hammond. To przez tego fajfusa teraz jest jak jest. Zamiast samemu kontrolować sytuację, bo przecież Ventrasy polegały w dużej mierze na nas, to całował ich w dupska i robił co mu kazali. No a do tego dał się zaskoczyć i zginął jak frajer. Był słaby i tyle, a takich pseudo liderów nam nie potrzeba. — Skwitował w dość chamski sposób całą sprawę.
Naprawdę chcesz znowu dostać w ryj, Kassmeyer? — Murdock zrobił parę powolnych kroków w stronę Petera i wycedził przez zęby, zaciskając pięści. — Jeremy to był kawał dobrego chłopa i przynajmniej dbał o to, by klan trzymał się w kupie. A ty co zrobiłeś, pierdolony malkontencie? — Gdyby organizm Murdocka wciąż produkował ślinę, to pewnie właśnie splunąłby Peterowi pod buty, jednak w obecnej sytuacji swoją głęboką pogardę dla jego słów mógł wyrazić jedynie wymownym, chłodnym spojrzeniem. Odwrócił się, zrobił krok, może półtora, znów odwrócił się w stronę grupy i skomentował słowa klanowego nazisty tak spokojnie jak potrafił.
Jak każdy, miał trochę za uszami, ale na pewno nie można mu zarzucić, że był złym liderem, bo radził sobie zajebiście dobrze, a my tylko na tym korzystaliśmy. — Na to ponownie odezwał się Raymond, starając się uspokoić Murdocka.— Nie zwracaj uwagi na Kassmeyera, zawsze musi palnąć coś głupiego. My nie negujemy wartości Hammonda jako lidera, bo rzeczywiście, prosperowaliśmy pod nim. Ale faktem jest, że po jego śmierci wszystko szlag trafiło, jak sam widzisz. — Owens rozłożył ręce, pokręciwszy głową w lewo i prawo, patrząc po zebranych.
Tak naprawdę wszystko się popierdoliło po upadku Arystokratów. — Rzuciła z tyłu Riley w swojej nieco wymiętej koszuli w kratę, wyciągając w tym momencie paczkę papierosów, odpalając jednego i wkładając do ust. JC odwrócił się do dziewczyny, spojrzał na nią z politowaniem i skomentował jej nawyk.
Widzę, że dalej palisz to cholerstwo. Paskudne przyzwyczajenie, nawet jak na wampira.
Spadaj pastorze. Każdy ma swojego pierdolca. Jedni próbują zbliżyć się do Boga, inni zbierają pamiątki po Hitlerze, a ja palę fajki. — Wzruszyła ramionami, spoglądając wymownie na mężczyznę. — I tak zdaje się, że jestem jedną z tych normalniejszych.
A co Ventrue mają do tego, żeście nie potrafili się pozbierać do kupy i wybrać spomiędzy siebie kogoś, kto mógłby ogarnąć ten syf? Popatrzcie co się z wami stało. — Murdock odpowiedział znów podniesionym, warkliwym głosem, ciągnąc gniewnym wzrokiem po Brujahach. — Od tamtego wydarzenia gryziecie się między sobą jak psy, nie potrafiąc dojść do kurewskiego porozumienia. Cholera wie ilu z was podwinęło ogon i spierdoliło do Anarchów czy do pierdolonego Sabatu. Nadal widzę, że są też ci, którzy mają na to wszystko wyjebane, bo wciąż nie wszyscy są tu obecni.
Sorry Murdock, próbowałem. Dałem wszystkim znać, słowo. — Wtrącił Ike, znów wykazując się nietypowymi dla siebie cechami charakteru. Przeważnie dominujący w każdej sytuacji, uśmiechnięty i pełen energii, teraz miał postawę zbitego psa. I nie tylko on.
Spoko młody, nie twoja wina, że niektórzy nie czują lojalności nawet wobec własnego klanu. Zajmę się nimi później. — Odpowiedź tego samca alfa zdawała się sugerować, że ci Krzykacze, którzy olali wezwanie z pewnością dostaną od lidera solidne manto. W końcu pokaz siły tam, gdzie nie szło dogadać się po dobroci nie był niczym dziwnym. No a Murdock w szczególności był znany z tego, że tam, gdzie słowa nie przynosiły skutku, tam właśnie latały pięści. Nawet tego wieczoru już co najmniej jedna nieumarła gęba mogła tego doświadczyć. Kassmeyer nierzadko zresztą prosił o się o łomot.
Szefie, szefie. Jeśli mogę... Bo tego, jeśli chodzi o Ventrue, no to kurde, przecież wiadomo, nie, że to dzięki nim tak wysoko byliśmy. Może by warto z nimi znów łapę przybić i trzymać sztamę, co? Dobrze na tym wyszliśmy wcześniej, także tego. — Po dłuższej chwili do debaty włączył się młody Cedric, zwracając się do Murdocka z szacunkiem.
Wcale nie potrzebujemy tych fajfusów. Nie są naszymi panami i to nie oni stanowią o naszym losie, tylko my sami. — Wreszcie można było usłyszeć i zachrypnięty głos Carla Armstronga, stojącego dumnie z rękoma skrzyżowanymi na piersi.
Jesteś ślepy jeżeli nie zauważyłeś, że to oni pchnęli nas tak wysoko. Myślisz, że gdzie byśmy byli w tamtym czasie, gdyby nie oni? — Burknęła Chase, strzepując popiół z papierosa na ziemię i kręcąc oczyma.
Chuja tam. Ventrasy to są pierdolone słabiaki i wzięli nas pod ramię tylko dlatego, że byliśmy im potrzebni. Teraz patrzcie bez nas gdzie są. Ci frajerzy potrafią tylko gadać. Po chuja nam oni? — Przeważnie słowa Kassmeyera budziły mieszane, a jeszcze częściej negatywne emocje. Tym razem jednak, w tym co mówił, było sporo sensu. Ventrue potrzebowali zbrojnego ramienia, żelaznej pięści, która uderzała w ich wrogów, aczkolwiek przeważnie byli to wrogowie Camarilli jako całości. Niemniej jednak, zdawało się, że faktycznie bez pomocy Brujahów Arystokraci wiele by nie zdziałali. Czy tak samo byłoby z Malkavianami, gdyby nie mieli przy sobie Gangreli? Trudno powiedzieć. W końcu Świry są nieprzewidywalne.
Peter, do cholery. Dobrze wiesz, że my potrzebujemy ich tak samo jak oni potrzebują nas. Tworzymy jakąś spójną całość, gdzie każdy ma swoją rolę. Oni zawsze byli mózgiem tej operacji - w sensie, w Camarilli. Za Wadswortha wszystko chodziło jak w zegarku, a my mogliśmy poszczycić się odpowiednim statusem i przywilejami. Teraz nie mamy nic z tego. Nie warto być tak kurewsko upartym. — Równie sensowne argumenty wysunął Owens, przedstawiając logicznie realia tej współpracy wewnątrz Sekty. Był jakiś podział ról i obowiązków. Arystokraci zajmowali się myśleniem i gadaniem, a Brujah byli strażnikami porządku, którzy przypieprzyli kiedy trzeba było. No a reszta... Reszta też miała swoje do roboty, ale to akurat Krzykaczy już nieszczególnie dotyczyło. Gangrele, wiadomo, wiedli swoje nomadyczne nieżycia, gdzieś na marginesie społeczności Kainitów, tak jak i Malkavianie ze swoim umysłowym obłędem i Nosferatu z niewyjściowymi gębami. Tremere też stanowili jakiś filar Camarilli, ale i tak chyba mało kto im ufał.
Co wy pieprzycie? Przecież właśnie przez tych ćwoków straciliśmy Hammonda. Gdyby Wadsworth go za sobą nie ciągnął chuj wie gdzie, to wciąż byśmy go mieli i nie byłoby tej rozmowy, nie? — Rzucił odważnie zniecierpliwiony już Cameron, znów unosząc dumnie łeb jak to miał w zwyczaju. Też miał swoją rację w tym wszystkim. To że wpadł w pułapkę było poniekąd winą Anthony'ego, który nierzadko trzymał go przy sobie jak osobistego ochroniarza. Rzeczywiście, to za jego sprawą trafił tam gdzie trafił w niewłaściwe miejsce w niewłaściwym czasie.
Co za kurewskie nieporozumienie. U nas, w Nowym Orleanie, coś takiego byłoby nie do pomyślenia. Tam trzymamy się razem, a tutaj, tak jak słusznie zauważył Murdock, gryziecie się jak psy o to czy przytulać się z Arystokratami czy nie. Naprawdę tego nie ogarniam. — Skomentował Armstrong kręcąc głową na karygodne zachowanie swoich współklanowiczów.
To może weź spierdalaj do tamtych mięczaków w Nowym Orleanie, co? Pogłaszczecie się po mordach... — Z cholernie irytującym uśmieszkiem rzucił Kassmeyer, co momentalnie zagotowało krew Carla. — Bacz na słowa gnojku, bo rozszarpię ci gardło. — Wycharczał, marszcząc czoło i niemalże ukazując swoje kły. — Tak jak poszarpali twoje? No dawaj, frajerze. — Peter kontynuował swoje prowokacje, śmiejąc się pod nosem. Nie musiał długo czekać. Brodacz przeciągnął kark w trakcie gdy klanowy naziol chlapał jęzorem, aż w końcu wymierzył mu solidny cios w szczękę, którym zamknął mu na moment jadaczkę.
Bardzo szybko coraz głośniejsze głosy przerodziły się w istny jazgot i krzyki, których intensywność narastała z każdym wypowiedzianym przez kolejnego nieumarłego zdaniem. Ostatecznie doszło do tego, że jeden po prostu przekrzykiwał drugiego i debata przerodziła się w kolejną krzykliwą kłótnię. Każdy chciał udowodnić, że miał rację. Jedni, że Ventrue byli im potrzebni do osiągnięcia sukcesu, że byli dobrymi przywódcami, że podlegając im mogli liczyć na najlepszy żywot, przywileje i tak dalej, a pozostali, że Brujahowie byli przez Arystokratów wykorzystywani i doskonale poradziliby sobie bez nich, a kto wie czy i nie lepiej, nie będąc podległymi im pieskami i mogąc kształtować swój własny los, co z resztą brzmiało prawie jak motyw przewodni Anarchów. Spośród tych krzyków łatwo można było wyłapać bardzo kolorowe bluzgi w dużych ilościach. Nic nie wskazywało na to, by mieli skończyć ten hałas z własnej woli.
Kiedy przepychanki słowne zamieniły się w fizyczne i, pominąwszy kolejny cios jaki otrzymał Kassmeyer, wszystko zdawało się prowadzić do solidnego mordobicia między wampirami, do akcji wkroczył Murdock, który rozgrzawszy swoją vitae ryknął głośno i wskoczył między przepychające się wampiry, chwytając wyraźnie rozjuszonego Carla od tyłu, przyciągając go do siebie i rzucając na ziemię, odpychając wierzgającego Raymonda, a następnie waląc piąchą prosto w niewyparzoną gębę Kassmeyera, posyłając go jednym ciosem na glebę. Jeszcze moment i nawet JC czy nawet Riley mogliby dostać po twarzy, gdyby nie to, że momentalnie się opamiętali i odsunęli, lekko unosząc ręce w geście poddaństwa, nie mając żadnych wątpliwości, że facet był gotów nakopać im wszystkim do tyłków, i prawdopodobnie nikt by go nie powstrzymał.
IMBECYLE! DOŚĆ KURWA! — Warknął głośno, nerwowo, z wkurwieniem w oczach, cały napięty spoglądając po wampirach. — Zachowujecie jak banda idiotów! Czegoś takiego spodziewałbym się po Gangrelach, ale nie po was! Weźcie się kurwa w garść, bo inaczej was ustawię! — Carl nie czekając długo uniósł się z ziemi otrzepując kurtkę, a chwilę po tym pozbierał się Peter, przecierając policzek i śmiejąc się cicho pod nosem z subtelnym uśmiechem, sprawiając wrażenie, jakby podziwiał Murdocka. Ten facet chyba po prostu lubił dostawać po ryju, bo trudno inaczej wyjaśnić jego prowokacje, które prawie zawsze do tego prowadziły.
Oto co zrobimy, i lepiej dobrze mnie kurwa słuchajcie, bo nie mam zamiaru się powtarzać. — Widać było, że Murdock był już u kresu wytrzymałości, cierpliwość mu się wyczerpała i nie miał zamiaru przeciągać tych bezsensownych kłótni, tylko przejść do rzeczy. Od samego początku było widać, że to on tu rządzi. Wszyscy byli gotowi go wysłuchać, pójść za jego przykładem, nawet jeśli pomiędzy nimi dochodziło do przepychanek.
Po pierwsze, zaprzestaniecie tych pierdolonych, dziecinnych przepychanek i zacznijcie traktować siebie nawzajem z jakimś, chociażby kurwa marginalnym, szacunkiem. — Pierwsze co należało zrobić, to właśnie zakończyć te spory między Brujahami, które powstrzymywały ich przed odzyskaniem statusu i szacunku w mieście. Obecnie byli nikim, pośmiewiskiem, przykładem tego jak szybko można się stoczyć na samo dno. Ale byli potrzebni, nie tylko Arystokratom, ale Camarilli jako całości. Zwłaszcza teraz, gdy Sabat umacniał swoją pozycję w mieście i każda para nieumarłych rąk była potrzebna, by powstrzymać Miecz Kaina. W szczególności pomoc wampirów takich jak klan Brujah była potrzebna, bo w końcu byli tym zbrojnym ramieniem Camarilli i mogliby być znów, gdyby tylko przestali walczyć między sobą.
Po drugie, zbieramy się do kupy i pomagamy reszcie uporać się z tymi pierdolonymi zjebami z Sabatu, bo kurwa nie wiem czy zauważyliście, ale podczas gdy wy skaczecie sobie do gardeł, Sabatnicy robią konkretny rozpierdol w mieście, a brudasy sobie z nimi nieszczególnie radzą. — Faktem było, że nieobecność Brujahów na placu boju była też jedną z przyczyn, dla których kampania wojenna Sabatu przebiegała tak pomyślnie. Brak oporu Krzykaczy zdecydowanie ułatwił im działanie, aczkolwiek wszyscy byli świadomi, że nie był to jedyny powód, a jedynie jeden z elementów, który doprowadził do obecnej sytuacji. Gangrele, mimo że na ogół dobrze spełniali się w swojej roli, to mimo wszystko nie byli aż tak dobrze zorganizowani, by wspólnymi siłami ogarnąć ten burdel. Poza Szeryfem Macchiato i jego Ogarami, niewielu w rzeczywistości kwapiło się do walki. Gangrele byli mimo wszystko nomadami i odludkami, lojalni przede wszystkim wobec siebie samych. Wezwani oczywiście przybywali, ale jeżeli mieli możliwość pozostać w swojej dziczy, trzymając się na uboczu, to naturalnie to właśnie wybierali. Brujahowie z kolei byli bardziej chętni do działania i pokazania swojej siły, czy to ze względu na lojalność czy z innych powodów. Byli potrzebni, nawet jeśli niektórzy to negowali lub tego nie widzieli.
Czy to wszystko dla was dość jasne? Dość już tej cholernej dziecinady. Bierzemy się za siebie i wracamy do gry. Czas pokazać reszcie na co nas stać. — Murdock uniósł dumnie łeb, spoglądając swoimi już nieco mniej wkurwionymi ślepiami na grupę. Wampiry popatrzyły po sobie i pokiwały lekko głowami w aprobacie na słowa swoistego przywódcy stada.
Daję wam dwie opcje. Przyjmujecie do wiadomości to co wam powiedziałem i zaczynacie działać, albo was osobiście barany tak kurwa ustawię, że będziecie chodzić jak w szwajcarskim zegarku. — Nikt nie miał żadnych obiekcji. Nie tylko nie chcieli robić sobie problemów, ale też zdawali sobie sprawę z tego, że Murdock miał rację. Kłótnie i mordobicia między współklanowiczami nie tylko utrzymywały Brujahów na szarym końcu, ale również umożliwiały wrogom swobodne działanie. Tak więc czas było wrócić na stare tory, zarówno ze względu na dobro klanu Brujah jak i Camarilli jako całości.
Wszyscy bez wyjątku przytaknęli. Nawet najbardziej oporni, tacy jak chociażby Kassmeyer, pokiwali z aprobatą na słowa Murdocka. Ten nie mówił o sobie jako o liderze, przywódcy ani nic z tych rzeczy. Nikt go też oficjalnie tak nie nazwał, ale wszyscy dobrze wiedzieli, że był od teraz siłą nadrzędną, liderem klanu Brujah, który bez zbędnego pieprzenia wziął się za podreperowanie kiepskiej sytuacji, w której znajdował się obecnie klan. Otrzymał tą łatę w momencie, gdy wystąpił przed szereg, zebrał tych Kainitów razem i, po kilku twarzowych, trochę ich naprostował, wskazując im drogę na przód. Tego właśnie Brujahowie potrzebowali, silnej ręki zdolnej chwycić całą tą grupę za jaja i skierować we właściwym kierunku. Bez tego, co tu dużo mówić, każdy robił co chciał. Panowała w klanie, jak na ironię, totalna anarchia. Teraz to wszystko miało się zmienić.
Cieszę się, że udało mi się przemówić wam do rozumu. A do tematu ponownego podania sobie rąk z Ventrasami wrócimy później, bo rzeczywiście jest to dość sporna kwestia i trzeba rozważyć wszelkie za i przeciw. Na pewno nie pozwolę im wciągnąć nas znowu w jakiś syf, tego możecie być pewni. Jeżeli macie jakieś pytania, to dawajcie. — Jego ton znacząco się zmienił gdy wszystko się uspokoiło i atmosfera przestała być taka napięta. Grupa nieumarłych była raczej zadowolona, bo ich postawa zbitych psów także uległa zmianie. Unieśli dumnie głowy i byli gotowi na działanie we właściwym kierunku.
No, ja mam pytanie. Kiedy idziemy wpierdolić tym frajerom z Sabatu? — Riley rzuciła z subtelnym uśmiechem na ustach, strzepując ostatnie drobinki popiołu, rzucając peta na ziemię i dociskając go butem, by całkowicie go zgasić. Wszyscy się ochoczo uśmiechnęli, spoglądając po sobie, unosząc zaciśnięte dłonie z uśmiechem na ustach i wykrzykując bojowe hasła. Ich krew zawrzała. Byli gotowi skierować swoje pięści w stronę nieprzyjaciela. Klan Brujah był gotowy na wojnę.
Niedługo. Muszę najpierw skoczyć do Księcia i dowiedzieć się na czym w ogóle stoimy i czy jest jakiś konkretny plan działania. Jak już wszystko będzie jasne, dam wam znać i zabierzemy się do pracy i wykurzymy stąd tych pierdolców. — I tak, chwilę wcześniej te wampiry były gotowe rozerwać sobie nawzajem gardła, a teraz stali zjednoczeni za sprawą nowego przywódcy i gotowi do skierowania całej swojej furii przeciwko wrogiej Sekcie zaburzającej porządek w Emerald City.
Nie zapomnijcie poinformować o wszystkim tych jełopów, którzy tu dziś nie przyszli. — Rzucił na koniec Murdock, a gdy to spotkanie dobiegło końca, wszyscy po kolei uścisnęli mu mocno dłoń w geście szacunku i podziękowania. Żaden z nich otwarcie tego nie powiedział, ale byli wyraźnie wdzięczni za to, że wrócił i zabrał się za ogarnięcie tych spraw. Czas pokaże czy poradzi sobie lepiej niż Hammond, który mimo iż dobrze sprawdzał się w swojej roli, to popełnił kilka niemałych błędów, które przyczyniły się do jego klęski.
K o l e j k a | 
→ Aurelia Muray
 → Wiktor Smiertin
  → Sprawy Administracyjne
"R E M E M B E R, W H E R E V E R W E G O,  I T I S T H E B L O O D O F C A I N E W H I C H M A K E S O U R F A T E"
Odpowiedz

Wróć do „5257 University Way NE, The Kraken Lounge”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron