Polowanie na wilki (II)

#1
Image
I I I
Po spotkaniu z osobistościami różnego rodzaju miała czas na pewne przemyślenia, choć przecież daleka była od wszelakiego sentymentalizmu. Kainici, jako i Śmiertelnicy, przychodzili i odchodzili, zostawiając za sobą ślady. A te bywały przeróżne. Niektóre były tak ogromnej wagi, że aż odciskały swoiste piętno na duszy. A czasem i sercu, jeśli którykolwiek z Nieśmiertelnych je posiadał.
Isabeau z całą pewnością go nie posiadała.
Hipnotycznym wręcz wzrokiem przyglądała się dwóm portretom. Trzem, tak właściwie. Jakby wywoływała w niej trans. Corazon. César.
Zacisnęła swe długie, smukłe palce na podłokietniku fotela nie zauważając — a może nie przejmując się? — tym, że rozrywa pazurami skórę mebla.

“Zmieniłem to! Zamieniłem garstkę skomlących dzieci w coś, co mogłoby zrzucić Przedpotopowców z ich tronów! Mnie! Każdy wampir, jaki kiedykolwiek istniał, maszerował w rytm założycieli, aż do Potopu. Postanowiłem zrobić coś innego i zmieniłem to. Beze mnie nie byłoby Sabatu. A bez Sabatu nie byłoby Camarilli!”

Szczycił się tymże osiągnięciem jakby poruszył struny czasu, niczym Prawdziwy Brujah. Puszył. W swej arogancji nie dostrzegał...
Isabeau cisnęła pobliskim wazon w portret Césara ze wściekłością wstając. W tym miejscu, w swej samotni nie musiała się martwić niepożądanym uszom i spojrzeniom. Mogła sobie pozwolić na pewne słabości. Złapawszy za ramy obrazu złamała drewno w pół bez żadnego wysiłku. Opadła na kolana zaciskając w ręce kawałek drewna…

I I I
Wsiadłszy do jednego ze swoich najszybszych samochodów zamknęła drzwi z gracją. Na siedzeniu pasażera położyła podręczną torebkę. Tym razem nie było z nią Thomasa, którego oddelegowała do innej sprawy. Primogen. Toreador. Samotnie… To nie było w stylu Artystów, którzy przecież lubili się otaczać przeróżnymi personami, zarówno jednej, jak i drugiej rasy. Nie wspominając już o tym, że zwykle taką personę jak Członek Rady rzadko widywało się bez jakiejkolwiek obecności innych, choćby Ghuli, gotowych służyć.
Z centrum Chicago, Lower West Side, wyjechała wczesnym wieczorem. Elizjum pozostawiła pod opieką swego protegowanego, Arthura. Choć niespodziewane unicestwienie Kuruka zachwiało areną polityczną i — wydawałoby się — bezpieczeństwem w Elizjum, to jednak egzystencja nieumarłych musiała trwać. Historia musiała się toczyć.
Jechała dłuższą, pokrętną trasą omijając główne drogi. Dzięki uprzejmości Arystacha Galatisa, wraz z Noahem mogła zająć się oględzinami ciał prawdopodobnie rozszarpanych przez wilkołaki. Istniały, oczywiście, i inne możliwości tego stanu rzeczy, aczkolwiek nie należy się łudzić, że sprawa mogłaby mieć łagodniejszy walor. Pogrzeb miał się odbyć wkrótce, lecz próżno mieć nadzieję, że ciała do tego czasu nie zostaną ukradzione. Nie miała zamiaru pozwolić eskalować sprawie; ciała nie mogły trafić w szpitalne ręce, jakkolwiek by nie wspierała rozwoju medycyny.
Dojechawszy pod kostnicę w pobliżu Rosehall Cementary wysiadła z powozu. Niespiesznymi ruchami zapaliła papierosa w cygarniczce rzucając niedopałek na ziemię i dociskając czubkiem buta.
Rozejrzała się za obecnością Johnstona.

Re: Polowanie na wilki (II)

#2
Jechał w taksówce na teren kostnicy, spoglądając na ulice Wietrznego Miasta przez kabinę i opierając podbródek na prawej dłoni. Był zamyślony, zupełnie odpłynął.
Udało mu się zaprezentować poważnym członkom Camarilli, z całą pewnością część społeczności Spokrewnionych wkrótce wyrobi zdanie na jego temat, opierając się na plotkach czy faktycznych dokonaniach. Otrzymał szansę zapracowania na własną rękę, o której mówił James. Neonata jednak gardził swym powstającym portretem, gdyż poświęcił fundamenty swojej tożsamości na rzecz kłamstw, kurtyn i krwi.
Gdy starsi przeklinali przeszłość, młodsi nienawidzili przyszłości. Nie było pokoju.

Zanim zasiadł w pojeździe, wczesny wieczór wykorzystał na spotkanie się z Georgem Whitem, swoim kontaktem. Balsamista zapłacił staremu znajomkowi plikem dolarów za narzędzia chirurgiczne i torbę lekarską. Dopiero po załatwieniu tej sprawy wyruszył na spotkanie z Primogenem.

Noah Johnston wysiadł z automobila po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko kostnicy. Zapłacił kierowcy za usługę, opatulil szyję szalikiem w kratę i poprawił kołnierz znoszonego płaszcza. Zacisnął rękę na torbie, rozejrzał się za Celeste, a kiedy ją spostrzegł, przeszedł przez ulicę i stanął przed jej obliczem.
— Dobry wieczór. — Lekko się ukłonił z serdecznym uśmiechem na ustach. Na jego cerze widniał rumieniec, zapewne używał zdolności do zakrycia trupich aspektów.
Był skrępowany, raczej nie chciał przewodzić w komunikacji pomiędzy nimi, przypominało to zachowanie młodego pracownika, który musiał rozmawiać ze swoim szefem i dopiero się poznawali. Balsamista nie miał głęboko osadzonego kija w dupie, jakiego zaprezentował niedawno w Elizjum, ale dalej tam tkwił. Nieznacznie wysunięty. Wyglądało na to, że Noah zawsze musiał sobie radzić z tremą, śmierć jeszcze nie odebrała mu ludzkich reakcji, co udowadniało jego niedawne Spokrewnienie.
Po wymienieniu grzeczności, młody wampir uważnie skupił wzrok na budynku kostnicy. Zastanawiał się czy zwłoki zostały już zbadane i przygotowane na pochówek, czy jeszcze nieumarli mieli czas wszystko zatuszować. Noah obawiał, że skoro ciało znajdowało się w kostnicy cmentarnej, najpewniej oczekiwało na pogrzeb, czyli służby mogły już zebrać niebezpieczne Maskaradzie dane.
— Pan Galatis zdradził więcej szczegółów odnośnie zmarłego? Wygląda na to, że skoro znajduje się tutaj, to najpewniej oczekuje już na pogrzeb. A oznacza to, że musimy jeszcze pozyskać dokumenty narażające nas na ujawnienie i najpewniej znaleźć lekarzy odpowiedzialnych za sekcję — ujawnił swoje obawy zmartwionym glosem.
Nie podobał mu się pomysł kradzieży czegokolwiek, tym bardziej załatwienia sprawy z ewentualnymi świadkami. Noah zerknął na Primogena. Nie wyglądała ona na kogoś, kto byłby w stanie zabić, lecz to pozory. Kobieta przyjechała tutaj samotnie, bez żadnej obstawy, a to oznaczało, że potrafiła o siebie zadbać. Mężczyzna zastanawiał się, jak daleko Primogen posunęłaby się w załatwieniu problemu? Co znaczyło dla niej ludzkie życie?
Zmienił punkt obserwacji na oddalone od nich pomniki z krzyżami, ostatnie świadectwa istnienia człowieka na Ziemi. Johnston wiedział, że w niektórych przypadkach dusze zostawały na tym padole, a on był w stanie je widzieć oraz komunikować się z nimi. Czy tragiczny i gwałtowny zgon zmusił ducha ofiary do nawiedzania okolicy? Wiele pytań.

Re: Polowanie na wilki (II)

#3
Noc była wyjątkowo spokojna, za wyjątkiem wiatru. Wył, dmuchał i irytował, szarpiąc za ubranie, szaliki oraz profesjonalnie tworzone fryzury. Przechodni śmiertelni czym prędzej chcieli udać się do spokojnych, bezpiecznych ścian swoich domów i mieszkań, kryjąc się przed uporczywą naturą. Jednak te siły nie miały większego znaczenia dla dwójki Spokrewnionych, która spotkałą się przed kostnicą na północnych częściach Chicago. Rosehill był dość pokaźnym cmentarzem, sięgający historią do samych początków miasta. Sama brama wjazdowa stworzona była z inspiracją gotyckich motywów, wykonana z białego kamienia, niemalże zapraszająca by wstąpić do rozległy na ponad kilometr kwadratowy ziem martwych. Liczne mauzolea widoczne były nawet spoza samego cmentarza, jednak budynek który był centrum zainteresowania niespokojnych martwych znajdował się poza murami tej rozległej nekropolii.

Z początku jedyne co towarzyszyło dwójce wampirów był wiatr i chłód, pozwalający zamienić parę drobnych zdań. Po tej irytującej, długiej chwili drzwi samej kostnicy uchyliły się, ukazując głowę starszego mężczyzny. Okulary, sępi nos oraz łysina w połączeniu z brakiem zarostu tworzyły wizerunek padlinożercy idealnie pasującego do tego ponurego miejsca. Zmarszczki mężczyzny jedynie się pogłębiły w reakcji na chłód, a sam zaprosił dwójkę do wnętrza. Pierwsze pomieszczenie było wyjątkowo ciepłę, ogrzane przez drobny piecyk który świecił leniwym żarem, w czasie gdy parę lamp naftowych oświetlało pomieszczenie gabinetu wykonane z jednolitego orzecha. Biurko, krzesło, szafki, może jakaś doniczka czy obraz. Goście kostnicy zostali jednak prosto poprowadzeni przez jedną, a potem drugą pare drzwi, prowadząc do chłodnego pokoj w którym znajdowała się ściana, wypełniona prostokątnymi drzwiczkami. - Państwo są znajomymi Pana Galatisa, jak mniemam? - Głos starszego śmiertelnika był irytujący, głośny i zabrudzony delikatnym żwirem, powstałym po latach rozmów z klientami. - Paskudna sprawa, strach pomyśleć kto byłby na tyle brutalny. Policja podejrzewa gangi irlandczyków, jakieś porachunki może.- Kontynuował, w czasie gdy otworzył jedne, a potem drugie i trzecie drzwiczki z których wysunął tace z ciałami. Część była już pozszywana, przynajmniej te większe rany. Jednak na pierwszy rzut oka można było dostrzec jak okrutnie zmasakrowane te zwłoki, szczególnie w przypadku drugiej osoby której twarz zastąpiono maską. Po drobnej chwili do wzroku dołączył słodki zapach ledwie powstrzymanego rozkładu. Gdyby nie fakt że ciała wampirów były martwe, żołądek Johnstona z pewnością mógłby trochę się zaniepokoić. To nie były normalne zabójstwa.

Re: Polowanie na wilki (II)

#4
Poświęcenie… Cóż Noah mógł wiedzieć o poświęceniu. Rodzina. Ludzkie życie. Były rzeczy znacznie większe od tego, znacznie bardziej destrukcyjne, o których Johnston nie wiedział, a które Nieśmiertelni poświęcili i będą poświęcać. Jeszcze nie tak dawno temu wszak Galatis wspominał o Rewolcie Anarchistów. Świat nieumarłych zmienił się wówczas całkowicie. Życie w cieniu, w tajemnicy, za zasłoną kurtyny. Niektórzy upatrywali zadość temu w wykorzystywaniu, torturowaniu, a nawet mordowaniu ludzi. Bo czymże był człowiek przy Krwiopijcy? Zaledwie ziarenkiem piasku; pyłem, który można strząsnąć; psem, którego można kopnąć, a ten i tak przybiegnie.
Wampiryczną egzystencję albo przyjmowało się w pełni albo wcale. Nie można było wziąć jednej części i przeklinać drugą. Niemożność pogodzenia się z faktem długowieczności, a nawet konieczność akceptacji i normalizacji tego zjawiska, mogło spowodować, że Noah popadnie w szaleństwo. Że będą go dręczyły koszmary… Czyż taka jednostka była wartościowa dla społeczności Kainitów? Czyż była wartościowa dla samej siebie? Wieczna egzystencja albo sprawi, że Noah pokornie ją przyjmie akceptując jej wymiar albo zostanie pochłonięty przez szaleństwo… I stanie przed Słońcem. Ale o takich jednostkach się nie mówiło. Nie istniały na kartach historii. Niewielu było na tyle odważnych, by stanąć twarzą w twarz ze Słońcem. Bo tutaj już nie chodziło o chęć całkowitego unicestwienia. Tutaj odzywał się wewnętrzny strach przed Solis.
Nieśmiertelni nie odczuwali zimna tak, jak ludzie. Odzienie, które przybierali, służyło jedynie dostosowaniu się do panujących realiów i aktualnej modzie celem zachowania Maskarady. Ale stanowiło też swego rodzaju wyraz człowieczeństwa. Dla Irène była to po prostu kolejna forma mistyfikacji, a jednocześnie hołdowanie własnym upodobaniom względem ubioru. Choć okoliczność nie była aż tak sformalizowana, to jednak Celeste prezentowała się dosyć elegancko; buty na wysokim obcasie, długa spódnica do połowy łydek, co dało się zauważyć pod skórzanym płaszczem z kołnierzem z futra. Z jej idealnie ułożonego koka pod wpływem wiatru uwolniło się kilka drobnych kosmyków, co spotkało się z niesmakiem kobiety. Noah komicznie musiał wyglądać w towarzystwie persony mającej na sobie kosztowną biżuterię w postaci wiszących, grubych kolczyków z rubinami i diamentami i ubiorem z drogich materiałów. Z pewnością niejeden wzrok mógł zatrzymać się na niej na dłużej, a być może nawet komuś przeszła myśl o okradzeniu samotnej, bogatej kobiety.
— Dobry wieczór Panie Johnston. — Przywitała się z Noahem prezentując nikły uśmiech. Tym razem nie miała tak pogodnego i przyjaznego humoru jak w Elizjum. Postawa, spojrzenie, mimika twarzy — to wszystko sugerowało, że Toreadorka nie jest w nastroju na żarty i czczą gadaninę. Zachowywała jednakże spokój, opanowanie i pewność siebie będąc przy tym neutralnie nastawioną do Noaha; nie była kobietą, która mogłaby go ukarać za błędy innych czy własne niepowodzenia. Przez wzgląd na to wszystko nie zażartowała kiedy wyczuła, że Parias nie czuje się w pełni komfortowo. Musiał się przyzwyczaić. Zrozumieć, że będąc Pariasem, nigdy nie będzie się czuł w pełni swobodnie przy innych wampirach. Każdy z nich bowiem chcąc nie chcąc miał wyższy status i pozycję od niego.
Pyknęła z cygarniczki.
— Nie dostałam niestety żadnych konkretnych informacji. Wiem jedynie, że ciał jest kilka; wyjątkowo zmasakrowane zwłoki, których identyfikacja co do tożsamości jest zasadniczo niemożliwa. — Odparła na pytanie Noaha. — Tak, ma Pan rację. Czeka nas dziś trochę pracy. — Dodała z lekkim uśmiechem tym samym pobudzając krew do zapewnienia jej ludzkiego wyglądu. Rzeczywiście, nie wyglądała na kogoś, kto mógłby zabić. I równie rzeczywiście, że pozory mogą mylić. Ludzkie życie… Być może wkrótce własnymi zmysłami dowie się, co znaczy dla Lévêque ludzkie życie i jak wiele zostało w niej człowieczeństwa. Długie lata egzystencji i doświadczeń naprawdę potrafią mieć wpływ na duszę istoty.
Gdy starszy człowiek wystawił głowę zza drzwi, Celeste rzuciła papierosa na ziemię gasząc go butem, a cygarniczkę schowała do torebki. Przywitała się z gospodarzem, bynajmniej nie prezentując oschłej postawy. Wszedłszy do środka zdjęła rękawiczki i wraz z towarzyszącym jej wampirem udała się w głąb kostnicy. Idąc dyskretnym wzrokiem obserwowała wnętrze i zapamiętywała co istotniejsze dla niej informacje. Nigdy nic nie wiadomo. Zawsze trzeba być przygotowanym.
— W istocie. — Odpowiedziała na jego pytanie dotyczące Galatisa tym jednym, krótkim stwierdzeniem właściwie ucinając temat. Gdy starzec wysunął tace z ciałami, w jej nozdrza ze zdwojoną siłą uderzył trupi zapach rozkładu. Nawet dla niej nie było to zbyt przyjemne, ale już po chwili zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę środkowego ciała bacznie mu się przyglądając. Analizowała każdą ranę, każdą bliznę. W jaki sposób ciało było zmasakrowane? Tylko rozorane pazurami niczym w morderczym szale czy może wywalono mu bebechy? Czy rany były głębokie na tyle, by mogły je zadać ostre, grube pazury? A może wcale nie było żadnych śladów mogących przywoływać obraz Lupinów?
Wreszcie swą bladą, drobną dłonią sięgnęła do maski.
— Gangi Irlandczyków? Nie wiedziałam, że są aż tak okrutni. — Mówiąc to nawet nie spojrzała na gospodarza zapoznając się ze stanem twarzy zmarłego. W międzyczasie obróciła lekko głowę ku niemu, by ich spojrzenia mogły się zetknąć. — Ma Pan protokół sekcji?

Re: Polowanie na wilki (II)

#5
Poświęceniem bezpański szczeniak kładł bruk drogi prowadzącej do opcji zapewniającej mu egzystencję lepszą od zwierzęcego poziomu przetrwania z nocy na noc. Na jego barkach ciążyło brzemię rozpatrywania każdej decyzji podejmowanej w obecności wiekowych krwiożerców, ciągłe badanie granic, na ile można było sobie pozwolić a czego unikać, aby manewrować w niebezpiecznych partiach gry Spokrewnionych, gdzie koszt popełnionego błędu zwracał się latami, natomiast zasianie wiatru płodziło burzę w niespodziewanym momencie. Noah nie posiadał perspektywy sięgającej niepamiętnych czasów, dlatego trudno było mu szybko dostosować się do reguł subtelnej gry. Wciąż posiadał związek z ukochanymi ludźmi, wędrował przez noc własnych czasów, istniał tutaj i teraz.
Kiedy Noah Johnston spoglądał na Irène, zastanawiał się, jak patrzyła na świat? Czy pamiętała jeszcze smak oraz kruchość życia? Promienie słońca na skórze, ulotność i tęsknotę za młodością? Czy jeszcze potrafiła przywiązać się do kogoś bezinteresownie, otwarcie, z zamiarem wspierania oraz pielęgnowania relacji? Jak właściwie funkcjonowała w strefie psychicznej, mając na karku niepojętą mężczyźnie liczbę lat? Przepaść doświadczeń pomiędzy nimi sprawiała, że każde z nich zupełnie inaczej patrzyło na świat, doszukując się sensu w odmiennych kwestiach.
Balsamista również patrzył na strój kobiety, który z całą pewnością kosztował fortunę, lecz czy taki przepych miał sens przy sekcji zwłok? Poza zaznaczaniem swojej pozycji społecznej oraz podkreślaniem urody był zupełnie niepraktyczny w mniemaniu flegmatyka. Patrzenie na Primogena było przyjemnym doznaniem, jednak tylko na salonach zaprawdę zostałaby doceniona za staranne przygotowanie swojej kreacji.
Nagły zryw wiatru wyrwał Noaha z rozważań, wycie powietrza zagłuszyło otwarcie drzwi kostnicy i dopiero reakcja Irène na nieznajomego uświadomiła balsamistę, że nastał czas pracy.
Oddał prowadzenie rozmowy kobiecie, domyślał się, że sprawiej od niego wyciągnie informacje od opiekuna kostnicy o nieprzyjemnej dla oka aparycji. Johnston jedynie przywitał się skinięciem głowy, dalej utrzymując nadnaturalną moc iluzji życia. Wszedł za damą do środka budynku.
Kiedy Primogen konwersowała i dokonywała pierwszych oględzin zwłok, balsamista dobrze rozejrzał się po pomieszczeniach, zapamiętując najwięcej szczegółów. Przede wszystkim szukał wzrokiem miejsc, gdzie potencjalnie mogły ukrywać się dokumenty.
— Przepraszam. Gdzie mogę zostawić ubrania? Będę badał ciała i muszę się przygotować. Potrzebuję także dezynfekować ręce i narzędzia, które ze sobą przyniosłem— Zapytał nieśmiało, a potem, o ile było to możliwe, dokonał sanitarne przygotowania do sekcji. Zdjął kaszkiet, szalik, płaszcz i kamizelkę. Na koszulę nałożył fartuch, założył rękawice. Oczyścił narzędzia chirurgiczne, rozłożył je sobie optymalnie, żeby mieć wszystko pod ręką.
Zauważywszy, że kobieta zainteresowała się zamaskowanym ciałem, Noah postanowił zacząć od niego. Nieprzyjemne pierwsze wrażenie wywołane brutalnością zgonów nie powstrzymało tanatopraktora przed rozpoczęciem sekcji. Widać było po jego zachowaniu skupienie, ale także pogodę ducha. Robił to, co kochał za swojego życia i czuł się bardzo dobrze przygotowany. Pragnął także lepiej zająć się zwłokami, poprawić ich stan, niestety nie było na to czasu.
Najpierw najchętniej przeczytałby protokół sekcji, żeby wiedzieć, co zostało ustalone i jak zaplanować pracę. Potem balsamista rozpocząłby od oględzin, podobnie jak jego towarzyszka. Badał dotykiem zaszyte rany, zniekształcenia oraz wybrzuszenia, w ten sposób także poznawał obszar, który wymagał dokładniejszych badań. Następnym krokiem było otwarcie komór ciała: brzucha, klatki piersiowej i czaszki, aby sprawdzić wewnętrzne obrażenia. Johnston fachową terminologią komentował to, co widział, wykorzystując do tego łacinę. Metodycznie, powoli, poznawał historię powłoki zabitego nieszczęśnika. Wzmocnił Nadwrażliwością zmysł dotyku, gdy penetrował wnętrzności.
Każdy jego ruch był podyktowany czczą do zmarłego, przez co sekcja się dłużyła. Zachowywał się tak, jakby dokonywał ostatniego namaszczenia, okazywał czułość i zaangażowanie. Noah wpadł w medytację, nie odczuwał już upływu czasu, liczył się akt. Odpłynął. Przyłożył rękę do niebijącego serca ofiary, ażeby Astralnym Dotykiem sięgnąć do sfery duchowej, doszukując się w psychodelicznej wizji prawdy.

Re: Polowanie na wilki (II)

#6

Starszy mężczyzna z pewnością był zaciekawiony dość nietypowym gościem jakim była sama Irene, Noahowi poświęcając jedynie krótkie spojrzenie które w żadnym wypadku nie ukrywa irytacji gdy zmuszony był oderwać wzrok od kobiety. Zdawkowym ruchem dłoni wskazał drzwi które do tej pory pozostawały zamknięte, a za którymi to znajdowała się prosta toaleta. W czasie gdy starzec wrócił spojrzeniem do torreadorki, cisza ulicy została przerwana przez dźwięk automobilu oraz blask jego lamp tnący pozostałe w pomieszczeniu cienie. Sądząc po odgłosach, musiał zatrzymać się po przeciwległej stronie ulicy - być może ktoś wracał późno do domu, albo zorganizowana przestępczość kontynuowała swoje niecne interesy. - Protokół został zabrany przez policje. Wszystko wskazuję na jedną z tych spraw w których nie warto grzebać. -

Mimo wieloletnich doświadczeń, oboje Spokrewnionych poczuło jak ich Bestia poruszyła się w głębinach ich martwych ciał. Twarzy pod maską po prostu nie było - a to co wyszło z próby naprawienia szkód to jakiejś w miarę akceptowalnej formy jedynie dodawało obrazowi ohydnej groteski. Po szwach łatwo można było rozpoznać z jaką łatwością to, cokolwiek pozbawiło twarzy tego biedaka, przecięło kości, mięśnie i inne tkanki. Drapieżna natura szybko podsunęła obraz nadgryzionego kawałka bułki, który ku ewentualnemu przerażeniu Żółtodzioba nie był daleki od prawdy kiedy ludzie stali się źródłem pożywienia. Na szczęście Noah szybko mógł skupić się na swojej praktyce i rozpocząć oględziny ciał wsparty wyczulonym zmysłem dotyku. Z pewnością wcześniej nie mógł doświadczyć jak delikatnym były w rzeczywistości ludzkie wnętrzności, a myśl o szansie dotknięcia jeszcze świeżych, ciepłych flaków obijała się z pomocą Bestii po granicy świadomości.

Ponowne otwarcie ciał nie było problematyczne i szczerze mówiąc, Noah był absolutnie w swoim żywiole. Każdy ruch dłonią i skalpelem dokładny, każde cięcie precyzyjne i przemyślane. Wyostrzony dotyk z pewnością asystował w odnajdywaniu zadrapań, odłamków kości czy odróżnieniu ran od pomyłek osoby prowadzącej sekcje. Wszystkie ciała należały do mężczyzn w średnim wieku, dość porządnie zbudowanych. Już po paru dłuższych chwilach Noah nie miał wątpliwości - te ciała równie dobrze mogłyby wpaść pod kombajn uzbrojony w masywne noże. Niektóre kości były przecięte w sposób jaki jedynie mógł być możliwy z ogromnym naciskiem albo industrialnymi narzędziami, a sposób w jaki niektóre szwy wędrowały pokazywał że przynajmniej jedna noga została zwyczajnie urwana z pomocą tego samego ruchu, który następnie rozerwał klatkę piersiową i strzaskał obojczyk. Ktokolwiek lub cokolwiek zabiło tych nieszczęśników musiało działać z ogromną siłą i z pewnością nie był to losowy człowiek z maczetą czy siekierą. Wreszcie Noah sięgnął do martwego, sztywnego serca oraz tego co pozostało z resztek otaczającej ciało aury.


John, takie imię dała mu jego matka, spokojna kobieta z podbitym okiem. John był silny, silny by wspomnienia ojca z kijem nie straszyły go nocy. John znał się na drewnie i piłach, ostatnio nawet jego firma została zatrudniona do czegoś więcej niż paru wyrwanych drzew na ranczach. Dużo pieniędzy, dużo krwi...Krwi? Tak, gorącej posoki tryskającej z pomiędzy obrazów tych wspomnień. Z ran od kłów i szponów, otoczonych przez dźwięk łamanych gości, rwanych ścięgien i bulgoczącego oddechu. Żółte ślepia przed którymi nie mógł uciec, strach jakiego nigdy wcześniej nie czuł. Gorszy niż widok kija ojca, niż pistolet wycelowany w głowę. Głęboki, pierwotny, niezrozumiany terror który rozrywał wszelkie pozostałości wspomnień na strzępy z podobną łatwością, jak ludzkie ciało. Przerażenie które także Noah rozpoznał w swoim chłodnym sercu. Prymitywny lęk który zaczął przelewać się do jego myśli, mimo że brakowało mu realnego kształtu. Nie zostało nic, wszystko martwe, zamordowane, do najdrobniejszych szczegółów. Bezklanowiec był na powrót w kostnicy i mimo że Bestia rwała się jak nigdy wcześniej, był w kontroli. Coś mokrego pokrywało wnętrze rękawic - pot? Niemożliwe...

a jednak. Krwawy pot.

Re: Polowanie na wilki (II)

#7
Image
I I I
Noah dostał coś, czego nie mieli inni Spokrewnieni gdy wkraczali w świat nieśmiertelnych: brutalność, Bestię, bezwzględność. Część Spokrewnionych była przygotowywana do swej roli latami, część, jak chociażby Gangrele, została rzucona na głęboką wodę. Większość jednakże nie dostawała w twarz aż tak brutalną rzeczywistością. Wbrew pozorom był to duży atut. To sprawiało, że Johnston musiał bardzo szybko przywdziać twardą skórę i, o dziwo, udawało mu się to. Przynajmniej na razie. Dla wampirów oznaczało to, że nie będzie łatwo go złamać, jakkolwiek silną lub nie miał psychikę.
Promienie słońca na skórze… Tak, na pewno w jakiś sposób pamiętała to odczucie. Wiele obrazów, które malowała, przedstawiają wschód i zachód słońca. Bawiąc się krwią i jej odcieniami obrazy te prezentowały niejednolitą wersję. Praktyczność, niepraktyczność… Irène chętnie wykorzystywała to, co posiadała. Odzienie warte duże pieniądze było dla niej zaledwie dodatkiem. Nie miała niczego, co miało groszową wartość. Celeste, zdawać by się mogło, żyła w nieco innym świecie. A przy tym, jak to kobieta, była także nieco próżna.
— Doprawdy? — Spytała ironicznie gdy starzec rzekł, że to jedna z tych spraw, w które nie warto wnikać. — Pamięta Pan nazwisko lub nazwiska policjantów? Byłyby niezwykle pomocne. — Mało prawdopodobne, by potrzebowali protokołu, jednak każda drobna informacja mogła okazać się niezwykle użyteczna, a Primogen nie zwykła zostawiać spraw czy to niedokończonych czy to w domysłach.
Toreadorka obserwowała poczynania Pariasa nie wyrażając przy tym żadnych emocji; czy to spojrzeniem czy gestem czy mimiką. Nie powiedziała jednak nic ani nie skrytykowała, możnaby się więc pokusić o stwierdzenie, że co najmniej nie miała żadnych uwag co do czynności spokrewnionego. Póki co, sama nie wykonywała żadnych działań uważnie obserwując i słuchając Noaha. Jego ręce i umysł zdawały się wspaniale ze sobą koegzystować. Spoglądała na poszczególne rany wzrokiem kogoś, kto doskonale wie czym są poszczególne z nich. Zdawała się też w pełni rozumieć fachową terminologię, której używał jej towarzysz. Gdy ten odpłynął, Irène mu nie przeszkadzała. Nie mogła wiedzieć na pewno, że tanatopraktor zdecydował się użyć dobrze jej znanego Astralnego Dotyku, lecz efekty działania tegoż bywały różne. Nie mogła pozwolić, by towarzyszący im starzec zadawał jakiekolwiek pytania, a co dopiero — nabrał jakichkolwiek podejrzeń co do ich działań.
Na chwilę pozostawiła więc Johnstona samego z ciałem, a sama podeszła do starca. — Czy mógłby nas Pan zostawić samych? Będziemy się czuli swobodniej mogąc w pełni skupić się na swej pracy. — Rzekła niezbyt głośno, a jeśli to nie pomogło, gotowa była użyć dominacji i prostym rozkazem “wyjdź” nakazać mu opuścić pomieszczenie.
Medytacja, nawet bez Astralnego Dotyku, bywała niekiedy brzemienna w skutkach.

Re: Polowanie na wilki (II)

#8

Świadomość wampira popłynęła strumieniem ku parującym taflom aury pochłanianej przez entropię. Widmowa pępowina scaliła nieumarłego z resztkami barw, a wkrótce rozpoczął czerpać doznania. Pomarańczowy zapach obawy otulił medium, później kolor spłodził siarczyste barwy strachu zderzającego się z odwagą Johna. Była ona zahartowana, odpierała uczucia siejące zaszczucie, balansowała unieruchamiające ciernie z rozsądkiem. Medium doświadczało, lecz nagle z czeluści pomarańczowej obawy przedarł się olbrzymi czerw pierwotnej niemocy. Pierwotnego strachu. Terror tak potężny, że opanował także esencję nieumarłego obserwatora. Groza przypomniała mu o jego kaźni, o chwilach spędzonych na torturach. Nagle przeżywał naraz historie robotnika i własną, jakby klisze nałożyły się na siebie, jedno wspomnienie było cieniem drugiego.
John. Johnston. Jedność. Kły odrywające twarz, noże tnące ciało. Żółte ślepia. Oczy szaleństwa. Cięcia. Satysfakcja. Groza. Dwa oblicza potwora. ŚMIERĆ. ODRODZENIE W KLĄTWIE.

Balsamista powrócił do rzeczywistości w szoku, z ledwością panował nad sobą. Kiedy opuszczał koszmar, nieświadomie zmiażdżył martwe serce w miazgę, co mogło wydawać się makabrycznym widokiem. Po chwili Noah odwrócił się plecami do śmiertelnika i Primogena, ponieważ chciał w ten sposób zakryć grozę na swej twarzy, intensywnie wpatrując się w ścianę.
Sama obecność człowieka go irytowała, to było rozdrażnienie wampira, który najchętniej zabiłby to brzydkie ścierwo, żeby się uspokoić. Pokusa uczynienia bydlęciu krzywdy stawiała zdenerwowanego Johnstona na krawędzi, natomiast zapach własnej vitae judziło.
Dlatego patrzył i uzewnętrzniał ból. Brud na ścianie, plama. Zestaw ułożonych noży, szczypiec i pił chirurgicznych. Zapach rozkładu, perfumy Irène. Dźwięk ulicy, wspomnienie automobilu zatrzymującego się na równoległej stronie ulicy. Spokój, rozsądek.
Po chwili opiekun kostnicy przestał być potencjalnym celem, a na powrót człowiekiem z duszą. Było blisko.
— Poniosło mnie, przepraszam. Niemniej już wiem, w jaki sposób zginęli. — Wypowiadał słowa w trakcie powolnego odwracania się ku przełożonej, odzyskiwał równowagę w głosie. Zerknął świadomym spojrzeniem na ochłapy, które moment temu były sercem. Żałował.

Re: Polowanie na wilki (II)

#9
Gdy starzec opuścił pomieszczenie, Irène jeszcze chwilę stała patrząc na drzwi. Jakby chciała się upewnić, że mężczyzna już nie wróci. Następnie odwróciła się z wolna i ponownie skierowała swe spojrzenie na Johnstona. Zielone ślepia z powagą obserwowały każdy jego ruch, nawet ten najdrobniejszy; zmieniającą się mimikę twarzy Noaha gdy pierwej okazał obrzydzenie tym, co uczynił, a następnie ten drobny błysk, tę drobną rysę świadczącą o zainteresowaniu Bestii. Nie uśmiechnęła się widząc, że człowieczeństwo Johnstona zdaje się w wyniku ostatnich zdarzeń zmierzać ku upadkowi.
— Nigdy więcej przy człowieku. — Te słowa wypowiedziała wolno, ze znajomą sobie dźwięczną nutą w głosie. Nawet nie popatrzyła na swego towarzysza, nie oczekując zresztą jakiejkolwiek odpowiedzi. Futro wraz z torebką znajdowały się w miejscu na odzienie, toteż miała wolne ręce. Obeszła stoły z ciałami. Podwinęła lekko rękawy bordowej sukni.
To za mało, usłyszał w swych myślach słowa, które nie należały do jego rozważań. Słowa, które mogła wypowiedzieć tylko Ona. Po tym zabrała się do pracy. Ciężko było określić jak zareaguje jej ciało i umysł; miała dość wysokie zrozumienie dla emocji i uczuć innych przez lata doświadczając ich na różne sposoby i dzięki temu dziś specjalizując się w interpretowaniu ich. Tym razem jednakże te emocje mogły nią zawładnąć wręcz dosłownie. Sięgnęła dłonią do rany zostawionej przez napastnika. Wykonała Astralny Dotyk na każdym z ciał, i o ile wizje przyszły, o tyle interesowały ją w nich elementy charakterystyczne dla danego miejsca; gdzie te ciała poniosły śmierć. Drugim istotnym elementem tychże wrażeń było rozpoznanie jednostki, która zabiła — jaki miała kolor włosów, czy była wysoka lub niska? Te i podobnie istotne elementy najbardziej interesowały Lévêque.
A gdy uzyskała choć trochę satysfakcjonujące informacje — nawet jeśli Astralnego Dotyku musiała dokonać co najmniej kilka razy — umyła ręce i raz jeszcze powróciła do ciał. W przypadku trupów i zeschniętej już krwi trudno było oczekiwać jakichkolwiek sukcesów, ale przystanęła przy każdym z nich i nabrała ich krwi na osobne palce kosztując jej i zgłębiając właściwości. Cóż... Dla Johnstona mogło się to wydawać wyjątkowo obrzydliwe, ale fakt, że nawet się przy tym nie skrzywiła, musiał o czymś świadczyć.

Re: Polowanie na wilki (II)

#10
Nowicjusz Camarilli zmartwił się, kiedy usłyszał reprymendę Starszej. Noga mu się powinęła w trakcie wykorzystywania daru mrocznej krwi, nie spodziewał się po sobie tak gwałtownej reakcji na wizje, jednak nauczył się czegoś nowego. Istniały wspomnienia tak intensywne, tak pierwotnie przerażające, że odbijały się rykoszetem nawet po śmierci ofiary. Cóż, zapewne to nie ostatni raz, kiedy Noah gdzieś popełni błąd, jeszcze się oswajał z potencjałem wampirycznych mocy.
Poczucie stresu młodego Spokrewnionego w obliczu Primogen niezadowolonej z jego odruchów było niczym w porównaniu z uświadomieniem sobie paraliżującej prawdy. Irène Celeste Lévêque komunikowała się bez słów, dosłownie rodząc informacje w głowie mężczyzny. Co to oznaczało? Nagle Pariasa olśniło, wtedy w Elizjum, kiedy popełnił faux pas przy powitaniu Irène, patrzyła wprost na niego spojrzeniem zdolnym przeniknąć każdą przeszkodę. Jej bystre zielone oczy potrafiły przebić się wprost do umysłu? Johnston nie ujawnił jeszcze kobiecie, czego właściwie się dowiedział z wizji, a ona swym komunikatem stwierdziła, że wiedział on za mało. Teraz Noah zdał sobie sprawę, że przy Spokrewnionych nie tylko należało uważać na to, co się mówiło, ale także na myśli.
Potrzebował chwili na oswojenie się z nową sytuacją, musiał mieć się na baczności w towarzystwie Primogen. Tak czy siak niewiele to zmieniało, dalej musiał współpracować z Celeste nad rozwiązaniem zagadki śmierci, zapewne wiele wody upłynie w rzece Chicago zanim uwolniłby się od wpływu zielonookiej. Dlatego przeniósł uwagę umysłu z rozmyślań na obserwację poczynań damy przy pracy. Wyglądało na to, że także stosowała coś w rodzaju medytacji przy zwłokach, jednak Johnston nie miał bladego pojęcia, jakich konkretnie mocy używała. Widok kosztowania przez nią wydzieliny, która jakiś czas temu zapewne była krwią, rzeczywiście obrzydziła balsamistę. Nawykł do widoku paskudnych rzeczy, lecz nie był przygotowany na patrzenie na akt spożywania prosto z trupa.
Kiedy Primogen zakończyła swoje oględziny, Noah postanowił połatać Johna do kupy, nie mógł pozostawić ciało z otwartymi komorami. Ciężar sumienia wywoływał w nim smutek, gdy wracał pamięcią do chwili zgniecenia serca. Nie chciał tego uczynić, zrobił to pod wpływem wizji, więc musiał odpokutować pod postacią doprowadzenia zwłok do porządku. Były one zmasakrowane, jednak Johnston był ekspertem w tym fachu, nie liczył na cud, ale na rzetelnie wykonaną robotę. Jeśli było to wykonalne, także chciał nieco odświeżyć czy poprawić stan pozostałych trupów, w trakcie wykonywania pracy rozpocząłby dialog.
— Doświadczyłem wizji przy Johnie — mówił szeptem, wskazując gestem dłoni na trupa ze zniszczoną twarzą. — John przeżył groteskowy strach, który zmącił jego pamięć. Widziałem jak potężne pazury orały ciało Johna, z siłą tak ogromną, że kości nie stanowiły żadnego problemu. Czy trafiliśmy na właściwy trop?
— Wiemy także, że posiadał firmę prowadzącą wycinkę. Wyjdę na zewnątrz i przedzwonię, być może natrafię na jego przedsiębiorstwo. Jeżeli prowadził interes tutaj, to oznaczałoby, że moglibyśmy je odwiedzić. Kto wie, gdzie zaprowadzi nas ten trop?

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość