Polowanie na wilki (II)

#1
Image
I I I
Po spotkaniu z osobistościami różnego rodzaju miała czas na pewne przemyślenia, choć przecież daleka była od wszelakiego sentymentalizmu. Kainici, jako i Śmiertelnicy, przychodzili i odchodzili, zostawiając za sobą ślady. A te bywały przeróżne. Niektóre były tak ogromnej wagi, że aż odciskały swoiste piętno na duszy. A czasem i sercu, jeśli którykolwiek z Nieśmiertelnych je posiadał.
Isabeau z całą pewnością go nie posiadała.
Hipnotycznym wręcz wzrokiem przyglądała się dwóm portretom. Trzem, tak właściwie. Jakby wywoływała w niej trans. Corazon. César.
Zacisnęła swe długie, smukłe palce na podłokietniku fotela nie zauważając — a może nie przejmując się? — tym, że rozrywa pazurami skórę mebla.

“Zmieniłem to! Zamieniłem garstkę skomlących dzieci w coś, co mogłoby zrzucić Przedpotopowców z ich tronów! Mnie! Każdy wampir, jaki kiedykolwiek istniał, maszerował w rytm założycieli, aż do Potopu. Postanowiłem zrobić coś innego i zmieniłem to. Beze mnie nie byłoby Sabatu. A bez Sabatu nie byłoby Camarilli!”

Szczycił się tymże osiągnięciem jakby poruszył struny czasu, niczym Prawdziwy Brujah. Puszył. W swej arogancji nie dostrzegał...
Isabeau cisnęła pobliskim wazon w portret Césara ze wściekłością wstając. W tym miejscu, w swej samotni nie musiała się martwić niepożądanym uszom i spojrzeniom. Mogła sobie pozwolić na pewne słabości. Złapawszy za ramy obrazu złamała drewno w pół bez żadnego wysiłku. Opadła na kolana zaciskając w ręce kawałek drewna…

I I I
Wsiadłszy do jednego ze swoich najszybszych samochodów zamknęła drzwi z gracją. Na siedzeniu pasażera położyła podręczną torebkę. Tym razem nie było z nią Thomasa, którego oddelegowała do innej sprawy. Primogen. Toreador. Samotnie… To nie było w stylu Artystów, którzy przecież lubili się otaczać przeróżnymi personami, zarówno jednej, jak i drugiej rasy. Nie wspominając już o tym, że zwykle taką personę jak Członek Rady rzadko widywało się bez jakiejkolwiek obecności innych, choćby Ghuli, gotowych służyć.
Z centrum Chicago, Lower West Side, wyjechała wczesnym wieczorem. Elizjum pozostawiła pod opieką swego protegowanego, Arthura. Choć niespodziewane unicestwienie Kuruka zachwiało areną polityczną i — wydawałoby się — bezpieczeństwem w Elizjum, to jednak egzystencja nieumarłych musiała trwać. Historia musiała się toczyć.
Jechała dłuższą, pokrętną trasą omijając główne drogi. Dzięki uprzejmości Arystacha Galatisa, wraz z Noahem mogła zająć się oględzinami ciał prawdopodobnie rozszarpanych przez wilkołaki. Istniały, oczywiście, i inne możliwości tego stanu rzeczy, aczkolwiek nie należy się łudzić, że sprawa mogłaby mieć łagodniejszy walor. Pogrzeb miał się odbyć wkrótce, lecz próżno mieć nadzieję, że ciała do tego czasu nie zostaną ukradzione. Nie miała zamiaru pozwolić eskalować sprawie; ciała nie mogły trafić w szpitalne ręce, jakkolwiek by nie wspierała rozwoju medycyny.
Dojechawszy pod kostnicę w pobliżu Rosehall Cementary wysiadła z powozu. Niespiesznymi ruchami zapaliła papierosa w cygarniczce rzucając niedopałek na ziemię i dociskając czubkiem buta.
Rozejrzała się za obecnością Johnstona.

Re: Polowanie na wilki (II)

#2
Jechał w taksówce na teren kostnicy, spoglądając na ulice Wietrznego Miasta przez kabinę i opierając podbródek na prawej dłoni. Był zamyślony, zupełnie odpłynął.
Udało mu się zaprezentować poważnym członkom Camarilli, z całą pewnością część społeczności Spokrewnionych wkrótce wyrobi zdanie na jego temat, opierając się na plotkach czy faktycznych dokonaniach. Otrzymał szansę zapracowania na własną rękę, o której mówił James. Neonata jednak gardził swym powstającym portretem, gdyż poświęcił fundamenty swojej tożsamości na rzecz kłamstw, kurtyn i krwi.
Gdy starsi przeklinali przeszłość, młodsi nienawidzili przyszłości. Nie było pokoju.

Zanim zasiadł w pojeździe, wczesny wieczór wykorzystał na spotkanie się z Georgem Whitem, swoim kontaktem. Balsamista zapłacił staremu znajomkowi plikem dolarów za narzędzia chirurgiczne i torbę lekarską. Dopiero po załatwieniu tej sprawy wyruszył na spotkanie z Primogenem.

Noah Johnston wysiadł z automobila po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko kostnicy. Zapłacił kierowcy za usługę, opatulil szyję szalikiem w kratę i poprawił kołnierz znoszonego płaszcza. Zacisnął rękę na torbie, rozejrzał się za Celeste, a kiedy ją spostrzegł, przeszedł przez ulicę i stanął przed jej obliczem.
— Dobry wieczór. — Lekko się ukłonił z serdecznym uśmiechem na ustach. Na jego cerze widniał rumieniec, zapewne używał zdolności do zakrycia trupich aspektów.
Był skrępowany, raczej nie chciał przewodzić w komunikacji pomiędzy nimi, przypominało to zachowanie młodego pracownika, który musiał rozmawiać ze swoim szefem i dopiero się poznawali. Balsamista nie miał głęboko osadzonego kija w dupie, jakiego zaprezentował niedawno w Elizjum, ale dalej tam tkwił. Nieznacznie wysunięty. Wyglądało na to, że Noah zawsze musiał sobie radzić z tremą, śmierć jeszcze nie odebrała mu ludzkich reakcji, co udowadniało jego niedawne Spokrewnienie.
Po wymienieniu grzeczności, młody wampir uważnie skupił wzrok na budynku kostnicy. Zastanawiał się czy zwłoki zostały już zbadane i przygotowane na pochówek, czy jeszcze nieumarli mieli czas wszystko zatuszować. Noah obawiał, że skoro ciało znajdowało się w kostnicy cmentarnej, najpewniej oczekiwało na pogrzeb, czyli służby mogły już zebrać niebezpieczne Maskaradzie dane.
— Pan Galatis zdradził więcej szczegółów odnośnie zmarłego? Wygląda na to, że skoro znajduje się tutaj, to najpewniej oczekuje już na pogrzeb. A oznacza to, że musimy jeszcze pozyskać dokumenty narażające nas na ujawnienie i najpewniej znaleźć lekarzy odpowiedzialnych za sekcję — ujawnił swoje obawy zmartwionym glosem.
Nie podobał mu się pomysł kradzieży czegokolwiek, tym bardziej załatwienia sprawy z ewentualnymi świadkami. Noah zerknął na Primogena. Nie wyglądała ona na kogoś, kto byłby w stanie zabić, lecz to pozory. Kobieta przyjechała tutaj samotnie, bez żadnej obstawy, a to oznaczało, że potrafiła o siebie zadbać. Mężczyzna zastanawiał się, jak daleko Primogen posunęłaby się w załatwieniu problemu? Co znaczyło dla niej ludzkie życie?
Zmienił punkt obserwacji na oddalone od nich pomniki z krzyżami, ostatnie świadectwa istnienia człowieka na Ziemi. Johnston wiedział, że w niektórych przypadkach dusze zostawały na tym padole, a on był w stanie je widzieć oraz komunikować się z nimi. Czy tragiczny i gwałtowny zgon zmusił ducha ofiary do nawiedzania okolicy? Wiele pytań.

Re: Polowanie na wilki (II)

#3
Noc była wyjątkowo spokojna, za wyjątkiem wiatru. Wył, dmuchał i irytował, szarpiąc za ubranie, szaliki oraz profesjonalnie tworzone fryzury. Przechodni śmiertelni czym prędzej chcieli udać się do spokojnych, bezpiecznych ścian swoich domów i mieszkań, kryjąc się przed uporczywą naturą. Jednak te siły nie miały większego znaczenia dla dwójki Spokrewnionych, która spotkałą się przed kostnicą na północnych częściach Chicago. Rosehill był dość pokaźnym cmentarzem, sięgający historią do samych początków miasta. Sama brama wjazdowa stworzona była z inspiracją gotyckich motywów, wykonana z białego kamienia, niemalże zapraszająca by wstąpić do rozległy na ponad kilometr kwadratowy ziem martwych. Liczne mauzolea widoczne były nawet spoza samego cmentarza, jednak budynek który był centrum zainteresowania niespokojnych martwych znajdował się poza murami tej rozległej nekropolii.

Z początku jedyne co towarzyszyło dwójce wampirów był wiatr i chłód, pozwalający zamienić parę drobnych zdań. Po tej irytującej, długiej chwili drzwi samej kostnicy uchyliły się, ukazując głowę starszego mężczyzny. Okulary, sępi nos oraz łysina w połączeniu z brakiem zarostu tworzyły wizerunek padlinożercy idealnie pasującego do tego ponurego miejsca. Zmarszczki mężczyzny jedynie się pogłębiły w reakcji na chłód, a sam zaprosił dwójkę do wnętrza. Pierwsze pomieszczenie było wyjątkowo ciepłę, ogrzane przez drobny piecyk który świecił leniwym żarem, w czasie gdy parę lamp naftowych oświetlało pomieszczenie gabinetu wykonane z jednolitego orzecha. Biurko, krzesło, szafki, może jakaś doniczka czy obraz. Goście kostnicy zostali jednak prosto poprowadzeni przez jedną, a potem drugą pare drzwi, prowadząc do chłodnego pokoj w którym znajdowała się ściana, wypełniona prostokątnymi drzwiczkami. - Państwo są znajomymi Pana Galatisa, jak mniemam? - Głos starszego śmiertelnika był irytujący, głośny i zabrudzony delikatnym żwirem, powstałym po latach rozmów z klientami. - Paskudna sprawa, strach pomyśleć kto byłby na tyle brutalny. Policja podejrzewa gangi irlandczyków, jakieś porachunki może.- Kontynuował, w czasie gdy otworzył jedne, a potem drugie i trzecie drzwiczki z których wysunął tace z ciałami. Część była już pozszywana, przynajmniej te większe rany. Jednak na pierwszy rzut oka można było dostrzec jak okrutnie zmasakrowane te zwłoki, szczególnie w przypadku drugiej osoby której twarz zastąpiono maską. Po drobnej chwili do wzroku dołączył słodki zapach ledwie powstrzymanego rozkładu. Gdyby nie fakt że ciała wampirów były martwe, żołądek Johnstona z pewnością mógłby trochę się zaniepokoić. To nie były normalne zabójstwa.

Re: Polowanie na wilki (II)

#4
Poświęcenie… Cóż Noah mógł wiedzieć o poświęceniu. Rodzina. Ludzkie życie. Były rzeczy znacznie większe od tego, znacznie bardziej destrukcyjne, o których Johnston nie wiedział, a które Nieśmiertelni poświęcili i będą poświęcać. Jeszcze nie tak dawno temu wszak Galatis wspominał o Rewolcie Anarchistów. Świat nieumarłych zmienił się wówczas całkowicie. Życie w cieniu, w tajemnicy, za zasłoną kurtyny. Niektórzy upatrywali zadość temu w wykorzystywaniu, torturowaniu, a nawet mordowaniu ludzi. Bo czymże był człowiek przy Krwiopijcy? Zaledwie ziarenkiem piasku; pyłem, który można strząsnąć; psem, którego można kopnąć, a ten i tak przybiegnie.
Wampiryczną egzystencję albo przyjmowało się w pełni albo wcale. Nie można było wziąć jednej części i przeklinać drugą. Niemożność pogodzenia się z faktem długowieczności, a nawet konieczność akceptacji i normalizacji tego zjawiska, mogło spowodować, że Noah popadnie w szaleństwo. Że będą go dręczyły koszmary… Czyż taka jednostka była wartościowa dla społeczności Kainitów? Czyż była wartościowa dla samej siebie? Wieczna egzystencja albo sprawi, że Noah pokornie ją przyjmie akceptując jej wymiar albo zostanie pochłonięty przez szaleństwo… I stanie przed Słońcem. Ale o takich jednostkach się nie mówiło. Nie istniały na kartach historii. Niewielu było na tyle odważnych, by stanąć twarzą w twarz ze Słońcem. Bo tutaj już nie chodziło o chęć całkowitego unicestwienia. Tutaj odzywał się wewnętrzny strach przed Solis.
Nieśmiertelni nie odczuwali zimna tak, jak ludzie. Odzienie, które przybierali, służyło jedynie dostosowaniu się do panujących realiów i aktualnej modzie celem zachowania Maskarady. Ale stanowiło też swego rodzaju wyraz człowieczeństwa. Dla Irène była to po prostu kolejna forma mistyfikacji, a jednocześnie hołdowanie własnym upodobaniom względem ubioru. Choć okoliczność nie była aż tak sformalizowana, to jednak Celeste prezentowała się dosyć elegancko; buty na wysokim obcasie, długa spódnica do połowy łydek, co dało się zauważyć pod skórzanym płaszczem z kołnierzem z futra. Z jej idealnie ułożonego koka pod wpływem wiatru uwolniło się kilka drobnych kosmyków, co spotkało się z niesmakiem kobiety. Noah komicznie musiał wyglądać w towarzystwie persony mającej na sobie kosztowną biżuterię w postaci wiszących, grubych kolczyków z rubinami i diamentami i ubiorem z drogich materiałów. Z pewnością niejeden wzrok mógł zatrzymać się na niej na dłużej, a być może nawet komuś przeszła myśl o okradzeniu samotnej, bogatej kobiety.
— Dobry wieczór Panie Johnston. — Przywitała się z Noahem prezentując nikły uśmiech. Tym razem nie miała tak pogodnego i przyjaznego humoru jak w Elizjum. Postawa, spojrzenie, mimika twarzy — to wszystko sugerowało, że Toreadorka nie jest w nastroju na żarty i czczą gadaninę. Zachowywała jednakże spokój, opanowanie i pewność siebie będąc przy tym neutralnie nastawioną do Noaha; nie była kobietą, która mogłaby go ukarać za błędy innych czy własne niepowodzenia. Przez wzgląd na to wszystko nie zażartowała kiedy wyczuła, że Parias nie czuje się w pełni komfortowo. Musiał się przyzwyczaić. Zrozumieć, że będąc Pariasem, nigdy nie będzie się czuł w pełni swobodnie przy innych wampirach. Każdy z nich bowiem chcąc nie chcąc miał wyższy status i pozycję od niego.
Pyknęła z cygarniczki.
— Nie dostałam niestety żadnych konkretnych informacji. Wiem jedynie, że ciał jest kilka; wyjątkowo zmasakrowane zwłoki, których identyfikacja co do tożsamości jest zasadniczo niemożliwa. — Odparła na pytanie Noaha. — Tak, ma Pan rację. Czeka nas dziś trochę pracy. — Dodała z lekkim uśmiechem tym samym pobudzając krew do zapewnienia jej ludzkiego wyglądu. Rzeczywiście, nie wyglądała na kogoś, kto mógłby zabić. I równie rzeczywiście, że pozory mogą mylić. Ludzkie życie… Być może wkrótce własnymi zmysłami dowie się, co znaczy dla Lévêque ludzkie życie i jak wiele zostało w niej człowieczeństwa. Długie lata egzystencji i doświadczeń naprawdę potrafią mieć wpływ na duszę istoty.
Gdy starszy człowiek wystawił głowę zza drzwi, Celeste rzuciła papierosa na ziemię gasząc go butem, a cygarniczkę schowała do torebki. Przywitała się z gospodarzem, bynajmniej nie prezentując oschłej postawy. Wszedłszy do środka zdjęła rękawiczki i wraz z towarzyszącym jej wampirem udała się w głąb kostnicy. Idąc dyskretnym wzrokiem obserwowała wnętrze i zapamiętywała co istotniejsze dla niej informacje. Nigdy nic nie wiadomo. Zawsze trzeba być przygotowanym.
— W istocie. — Odpowiedziała na jego pytanie dotyczące Galatisa tym jednym, krótkim stwierdzeniem właściwie ucinając temat. Gdy starzec wysunął tace z ciałami, w jej nozdrza ze zdwojoną siłą uderzył trupi zapach rozkładu. Nawet dla niej nie było to zbyt przyjemne, ale już po chwili zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę środkowego ciała bacznie mu się przyglądając. Analizowała każdą ranę, każdą bliznę. W jaki sposób ciało było zmasakrowane? Tylko rozorane pazurami niczym w morderczym szale czy może wywalono mu bebechy? Czy rany były głębokie na tyle, by mogły je zadać ostre, grube pazury? A może wcale nie było żadnych śladów mogących przywoływać obraz Lupinów?
Wreszcie swą bladą, drobną dłonią sięgnęła do maski.
— Gangi Irlandczyków? Nie wiedziałam, że są aż tak okrutni. — Mówiąc to nawet nie spojrzała na gospodarza zapoznając się ze stanem twarzy zmarłego. W międzyczasie obróciła lekko głowę ku niemu, by ich spojrzenia mogły się zetknąć. — Ma Pan protokół sekcji?

Re: Polowanie na wilki (II)

#5
Poświęceniem bezpański szczeniak kładł bruk drogi prowadzącej do opcji zapewniającej mu egzystencję lepszą od zwierzęcego poziomu przetrwania z nocy na noc. Na jego barkach ciążyło brzemię rozpatrywania każdej decyzji podejmowanej w obecności wiekowych krwiożerców, ciągłe badanie granic, na ile można było sobie pozwolić a czego unikać, aby manewrować w niebezpiecznych partiach gry Spokrewnionych, gdzie koszt popełnionego błędu zwracał się latami, natomiast zasianie wiatru płodziło burzę w niespodziewanym momencie. Noah nie posiadał perspektywy sięgającej niepamiętnych czasów, dlatego trudno było mu szybko dostosować się do reguł subtelnej gry. Wciąż posiadał związek z ukochanymi ludźmi, wędrował przez noc własnych czasów, istniał tutaj i teraz.
Kiedy Noah Johnston spoglądał na Irène, zastanawiał się, jak patrzyła na świat? Czy pamiętała jeszcze smak oraz kruchość życia? Promienie słońca na skórze, ulotność i tęsknotę za młodością? Czy jeszcze potrafiła przywiązać się do kogoś bezinteresownie, otwarcie, z zamiarem wspierania oraz pielęgnowania relacji? Jak właściwie funkcjonowała w strefie psychicznej, mając na karku niepojętą mężczyźnie liczbę lat? Przepaść doświadczeń pomiędzy nimi sprawiała, że każde z nich zupełnie inaczej patrzyło na świat, doszukując się sensu w odmiennych kwestiach.
Balsamista również patrzył na strój kobiety, który z całą pewnością kosztował fortunę, lecz czy taki przepych miał sens przy sekcji zwłok? Poza zaznaczaniem swojej pozycji społecznej oraz podkreślaniem urody był zupełnie niepraktyczny w mniemaniu flegmatyka. Patrzenie na Primogena było przyjemnym doznaniem, jednak tylko na salonach zaprawdę zostałaby doceniona za staranne przygotowanie swojej kreacji.
Nagły zryw wiatru wyrwał Noaha z rozważań, wycie powietrza zagłuszyło otwarcie drzwi kostnicy i dopiero reakcja Irène na nieznajomego uświadomiła balsamistę, że nastał czas pracy.
Oddał prowadzenie rozmowy kobiecie, domyślał się, że sprawiej od niego wyciągnie informacje od opiekuna kostnicy o nieprzyjemnej dla oka aparycji. Johnston jedynie przywitał się skinięciem głowy, dalej utrzymując nadnaturalną moc iluzji życia. Wszedł za damą do środka budynku.
Kiedy Primogen konwersowała i dokonywała pierwszych oględzin zwłok, balsamista dobrze rozejrzał się po pomieszczeniach, zapamiętując najwięcej szczegółów. Przede wszystkim szukał wzrokiem miejsc, gdzie potencjalnie mogły ukrywać się dokumenty.
— Przepraszam. Gdzie mogę zostawić ubrania? Będę badał ciała i muszę się przygotować. Potrzebuję także dezynfekować ręce i narzędzia, które ze sobą przyniosłem— Zapytał nieśmiało, a potem, o ile było to możliwe, dokonał sanitarne przygotowania do sekcji. Zdjął kaszkiet, szalik, płaszcz i kamizelkę. Na koszulę nałożył fartuch, założył rękawice. Oczyścił narzędzia chirurgiczne, rozłożył je sobie optymalnie, żeby mieć wszystko pod ręką.
Zauważywszy, że kobieta zainteresowała się zamaskowanym ciałem, Noah postanowił zacząć od niego. Nieprzyjemne pierwsze wrażenie wywołane brutalnością zgonów nie powstrzymało tanatopraktora przed rozpoczęciem sekcji. Widać było po jego zachowaniu skupienie, ale także pogodę ducha. Robił to, co kochał za swojego życia i czuł się bardzo dobrze przygotowany. Pragnął także lepiej zająć się zwłokami, poprawić ich stan, niestety nie było na to czasu.
Najpierw najchętniej przeczytałby protokół sekcji, żeby wiedzieć, co zostało ustalone i jak zaplanować pracę. Potem balsamista rozpocząłby od oględzin, podobnie jak jego towarzyszka. Badał dotykiem zaszyte rany, zniekształcenia oraz wybrzuszenia, w ten sposób także poznawał obszar, który wymagał dokładniejszych badań. Następnym krokiem było otwarcie komór ciała: brzucha, klatki piersiowej i czaszki, aby sprawdzić wewnętrzne obrażenia. Johnston fachową terminologią komentował to, co widział, wykorzystując do tego łacinę. Metodycznie, powoli, poznawał historię powłoki zabitego nieszczęśnika. Wzmocnił Nadwrażliwością zmysł dotyku, gdy penetrował wnętrzności.
Każdy jego ruch był podyktowany czczą do zmarłego, przez co sekcja się dłużyła. Zachowywał się tak, jakby dokonywał ostatniego namaszczenia, okazywał czułość i zaangażowanie. Noah wpadł w medytację, nie odczuwał już upływu czasu, liczył się akt. Odpłynął. Przyłożył rękę do niebijącego serca ofiary, ażeby Astralnym Dotykiem sięgnąć do sfery duchowej, doszukując się w psychodelicznej wizji prawdy.

Re: Polowanie na wilki (II)

#6

Starszy mężczyzna z pewnością był zaciekawiony dość nietypowym gościem jakim była sama Irene, Noahowi poświęcając jedynie krótkie spojrzenie które w żadnym wypadku nie ukrywa irytacji gdy zmuszony był oderwać wzrok od kobiety. Zdawkowym ruchem dłoni wskazał drzwi które do tej pory pozostawały zamknięte, a za którymi to znajdowała się prosta toaleta. W czasie gdy starzec wrócił spojrzeniem do torreadorki, cisza ulicy została przerwana przez dźwięk automobilu oraz blask jego lamp tnący pozostałe w pomieszczeniu cienie. Sądząc po odgłosach, musiał zatrzymać się po przeciwległej stronie ulicy - być może ktoś wracał późno do domu, albo zorganizowana przestępczość kontynuowała swoje niecne interesy. - Protokół został zabrany przez policje. Wszystko wskazuję na jedną z tych spraw w których nie warto grzebać. -

Mimo wieloletnich doświadczeń, oboje Spokrewnionych poczuło jak ich Bestia poruszyła się w głębinach ich martwych ciał. Twarzy pod maską po prostu nie było - a to co wyszło z próby naprawienia szkód to jakiejś w miarę akceptowalnej formy jedynie dodawało obrazowi ohydnej groteski. Po szwach łatwo można było rozpoznać z jaką łatwością to, cokolwiek pozbawiło twarzy tego biedaka, przecięło kości, mięśnie i inne tkanki. Drapieżna natura szybko podsunęła obraz nadgryzionego kawałka bułki, który ku ewentualnemu przerażeniu Żółtodzioba nie był daleki od prawdy kiedy ludzie stali się źródłem pożywienia. Na szczęście Noah szybko mógł skupić się na swojej praktyce i rozpocząć oględziny ciał wsparty wyczulonym zmysłem dotyku. Z pewnością wcześniej nie mógł doświadczyć jak delikatnym były w rzeczywistości ludzkie wnętrzności, a myśl o szansie dotknięcia jeszcze świeżych, ciepłych flaków obijała się z pomocą Bestii po granicy świadomości.

Ponowne otwarcie ciał nie było problematyczne i szczerze mówiąc, Noah był absolutnie w swoim żywiole. Każdy ruch dłonią i skalpelem dokładny, każde cięcie precyzyjne i przemyślane. Wyostrzony dotyk z pewnością asystował w odnajdywaniu zadrapań, odłamków kości czy odróżnieniu ran od pomyłek osoby prowadzącej sekcje. Wszystkie ciała należały do mężczyzn w średnim wieku, dość porządnie zbudowanych. Już po paru dłuższych chwilach Noah nie miał wątpliwości - te ciała równie dobrze mogłyby wpaść pod kombajn uzbrojony w masywne noże. Niektóre kości były przecięte w sposób jaki jedynie mógł być możliwy z ogromnym naciskiem albo industrialnymi narzędziami, a sposób w jaki niektóre szwy wędrowały pokazywał że przynajmniej jedna noga została zwyczajnie urwana z pomocą tego samego ruchu, który następnie rozerwał klatkę piersiową i strzaskał obojczyk. Ktokolwiek lub cokolwiek zabiło tych nieszczęśników musiało działać z ogromną siłą i z pewnością nie był to losowy człowiek z maczetą czy siekierą. Wreszcie Noah sięgnął do martwego, sztywnego serca oraz tego co pozostało z resztek otaczającej ciało aury.


John, takie imię dała mu jego matka, spokojna kobieta z podbitym okiem. John był silny, silny by wspomnienia ojca z kijem nie straszyły go nocy. John znał się na drewnie i piłach, ostatnio nawet jego firma została zatrudniona do czegoś więcej niż paru wyrwanych drzew na ranczach. Dużo pieniędzy, dużo krwi...Krwi? Tak, gorącej posoki tryskającej z pomiędzy obrazów tych wspomnień. Z ran od kłów i szponów, otoczonych przez dźwięk łamanych gości, rwanych ścięgien i bulgoczącego oddechu. Żółte ślepia przed którymi nie mógł uciec, strach jakiego nigdy wcześniej nie czuł. Gorszy niż widok kija ojca, niż pistolet wycelowany w głowę. Głęboki, pierwotny, niezrozumiany terror który rozrywał wszelkie pozostałości wspomnień na strzępy z podobną łatwością, jak ludzkie ciało. Przerażenie które także Noah rozpoznał w swoim chłodnym sercu. Prymitywny lęk który zaczął przelewać się do jego myśli, mimo że brakowało mu realnego kształtu. Nie zostało nic, wszystko martwe, zamordowane, do najdrobniejszych szczegółów. Bezklanowiec był na powrót w kostnicy i mimo że Bestia rwała się jak nigdy wcześniej, był w kontroli. Coś mokrego pokrywało wnętrze rękawic - pot? Niemożliwe...

a jednak. Krwawy pot.

Re: Polowanie na wilki (II)

#7
Image
I I I
Noah dostał coś, czego nie mieli inni Spokrewnieni gdy wkraczali w świat nieśmiertelnych: brutalność, Bestię, bezwzględność. Część Spokrewnionych była przygotowywana do swej roli latami, część, jak chociażby Gangrele, została rzucona na głęboką wodę. Większość jednakże nie dostawała w twarz aż tak brutalną rzeczywistością. Wbrew pozorom był to duży atut. To sprawiało, że Johnston musiał bardzo szybko przywdziać twardą skórę i, o dziwo, udawało mu się to. Przynajmniej na razie. Dla wampirów oznaczało to, że nie będzie łatwo go złamać, jakkolwiek silną lub nie miał psychikę.
Promienie słońca na skórze… Tak, na pewno w jakiś sposób pamiętała to odczucie. Wiele obrazów, które malowała, przedstawiają wschód i zachód słońca. Bawiąc się krwią i jej odcieniami obrazy te prezentowały niejednolitą wersję. Praktyczność, niepraktyczność… Irène chętnie wykorzystywała to, co posiadała. Odzienie warte duże pieniądze było dla niej zaledwie dodatkiem. Nie miała niczego, co miało groszową wartość. Celeste, zdawać by się mogło, żyła w nieco innym świecie. A przy tym, jak to kobieta, była także nieco próżna.
— Doprawdy? — Spytała ironicznie gdy starzec rzekł, że to jedna z tych spraw, w które nie warto wnikać. — Pamięta Pan nazwisko lub nazwiska policjantów? Byłyby niezwykle pomocne. — Mało prawdopodobne, by potrzebowali protokołu, jednak każda drobna informacja mogła okazać się niezwykle użyteczna, a Primogen nie zwykła zostawiać spraw czy to niedokończonych czy to w domysłach.
Toreadorka obserwowała poczynania Pariasa nie wyrażając przy tym żadnych emocji; czy to spojrzeniem czy gestem czy mimiką. Nie powiedziała jednak nic ani nie skrytykowała, możnaby się więc pokusić o stwierdzenie, że co najmniej nie miała żadnych uwag co do czynności spokrewnionego. Póki co, sama nie wykonywała żadnych działań uważnie obserwując i słuchając Noaha. Jego ręce i umysł zdawały się wspaniale ze sobą koegzystować. Spoglądała na poszczególne rany wzrokiem kogoś, kto doskonale wie czym są poszczególne z nich. Zdawała się też w pełni rozumieć fachową terminologię, której używał jej towarzysz. Gdy ten odpłynął, Irène mu nie przeszkadzała. Nie mogła wiedzieć na pewno, że tanatopraktor zdecydował się użyć dobrze jej znanego Astralnego Dotyku, lecz efekty działania tegoż bywały różne. Nie mogła pozwolić, by towarzyszący im starzec zadawał jakiekolwiek pytania, a co dopiero — nabrał jakichkolwiek podejrzeń co do ich działań.
Na chwilę pozostawiła więc Johnstona samego z ciałem, a sama podeszła do starca. — Czy mógłby nas Pan zostawić samych? Będziemy się czuli swobodniej mogąc w pełni skupić się na swej pracy. — Rzekła niezbyt głośno, a jeśli to nie pomogło, gotowa była użyć dominacji i prostym rozkazem “wyjdź” nakazać mu opuścić pomieszczenie.
Medytacja, nawet bez Astralnego Dotyku, bywała niekiedy brzemienna w skutkach.

Re: Polowanie na wilki (II)

#8

Świadomość wampira popłynęła strumieniem ku parującym taflom aury pochłanianej przez entropię. Widmowa pępowina scaliła nieumarłego z resztkami barw, a wkrótce rozpoczął czerpać doznania. Pomarańczowy zapach obawy otulił medium, później kolor spłodził siarczyste barwy strachu zderzającego się z odwagą Johna. Była ona zahartowana, odpierała uczucia siejące zaszczucie, balansowała unieruchamiające ciernie z rozsądkiem. Medium doświadczało, lecz nagle z czeluści pomarańczowej obawy przedarł się olbrzymi czerw pierwotnej niemocy. Pierwotnego strachu. Terror tak potężny, że opanował także esencję nieumarłego obserwatora. Groza przypomniała mu o jego kaźni, o chwilach spędzonych na torturach. Nagle przeżywał naraz historie robotnika i własną, jakby klisze nałożyły się na siebie, jedno wspomnienie było cieniem drugiego.
John. Johnston. Jedność. Kły odrywające twarz, noże tnące ciało. Żółte ślepia. Oczy szaleństwa. Cięcia. Satysfakcja. Groza. Dwa oblicza potwora. ŚMIERĆ. ODRODZENIE W KLĄTWIE.

Balsamista powrócił do rzeczywistości w szoku, z ledwością panował nad sobą. Kiedy opuszczał koszmar, nieświadomie zmiażdżył martwe serce w miazgę, co mogło wydawać się makabrycznym widokiem. Po chwili Noah odwrócił się plecami do śmiertelnika i Primogena, ponieważ chciał w ten sposób zakryć grozę na swej twarzy, intensywnie wpatrując się w ścianę.
Sama obecność człowieka go irytowała, to było rozdrażnienie wampira, który najchętniej zabiłby to brzydkie ścierwo, żeby się uspokoić. Pokusa uczynienia bydlęciu krzywdy stawiała zdenerwowanego Johnstona na krawędzi, natomiast zapach własnej vitae judziło.
Dlatego patrzył i uzewnętrzniał ból. Brud na ścianie, plama. Zestaw ułożonych noży, szczypiec i pił chirurgicznych. Zapach rozkładu, perfumy Irène. Dźwięk ulicy, wspomnienie automobilu zatrzymującego się na równoległej stronie ulicy. Spokój, rozsądek.
Po chwili opiekun kostnicy przestał być potencjalnym celem, a na powrót człowiekiem z duszą. Było blisko.
— Poniosło mnie, przepraszam. Niemniej już wiem, w jaki sposób zginęli. — Wypowiadał słowa w trakcie powolnego odwracania się ku przełożonej, odzyskiwał równowagę w głosie. Zerknął świadomym spojrzeniem na ochłapy, które moment temu były sercem. Żałował.

Re: Polowanie na wilki (II)

#9
Gdy starzec opuścił pomieszczenie, Irène jeszcze chwilę stała patrząc na drzwi. Jakby chciała się upewnić, że mężczyzna już nie wróci. Następnie odwróciła się z wolna i ponownie skierowała swe spojrzenie na Johnstona. Zielone ślepia z powagą obserwowały każdy jego ruch, nawet ten najdrobniejszy; zmieniającą się mimikę twarzy Noaha gdy pierwej okazał obrzydzenie tym, co uczynił, a następnie ten drobny błysk, tę drobną rysę świadczącą o zainteresowaniu Bestii. Nie uśmiechnęła się widząc, że człowieczeństwo Johnstona zdaje się w wyniku ostatnich zdarzeń zmierzać ku upadkowi.
— Nigdy więcej przy człowieku. — Te słowa wypowiedziała wolno, ze znajomą sobie dźwięczną nutą w głosie. Nawet nie popatrzyła na swego towarzysza, nie oczekując zresztą jakiejkolwiek odpowiedzi. Futro wraz z torebką znajdowały się w miejscu na odzienie, toteż miała wolne ręce. Obeszła stoły z ciałami. Podwinęła lekko rękawy bordowej sukni.
To za mało, usłyszał w swych myślach słowa, które nie należały do jego rozważań. Słowa, które mogła wypowiedzieć tylko Ona. Po tym zabrała się do pracy. Ciężko było określić jak zareaguje jej ciało i umysł; miała dość wysokie zrozumienie dla emocji i uczuć innych przez lata doświadczając ich na różne sposoby i dzięki temu dziś specjalizując się w interpretowaniu ich. Tym razem jednakże te emocje mogły nią zawładnąć wręcz dosłownie. Sięgnęła dłonią do rany zostawionej przez napastnika. Wykonała Astralny Dotyk na każdym z ciał, i o ile wizje przyszły, o tyle interesowały ją w nich elementy charakterystyczne dla danego miejsca; gdzie te ciała poniosły śmierć. Drugim istotnym elementem tychże wrażeń było rozpoznanie jednostki, która zabiła — jaki miała kolor włosów, czy była wysoka lub niska? Te i podobnie istotne elementy najbardziej interesowały Lévêque.
A gdy uzyskała choć trochę satysfakcjonujące informacje — nawet jeśli Astralnego Dotyku musiała dokonać co najmniej kilka razy — umyła ręce i raz jeszcze powróciła do ciał. W przypadku trupów i zeschniętej już krwi trudno było oczekiwać jakichkolwiek sukcesów, ale przystanęła przy każdym z nich i nabrała ich krwi na osobne palce kosztując jej i zgłębiając właściwości. Cóż... Dla Johnstona mogło się to wydawać wyjątkowo obrzydliwe, ale fakt, że nawet się przy tym nie skrzywiła, musiał o czymś świadczyć.

Re: Polowanie na wilki (II)

#10
Nowicjusz Camarilli zmartwił się, kiedy usłyszał reprymendę Starszej. Noga mu się powinęła w trakcie wykorzystywania daru mrocznej krwi, nie spodziewał się po sobie tak gwałtownej reakcji na wizje, jednak nauczył się czegoś nowego. Istniały wspomnienia tak intensywne, tak pierwotnie przerażające, że odbijały się rykoszetem nawet po śmierci ofiary. Cóż, zapewne to nie ostatni raz, kiedy Noah gdzieś popełni błąd, jeszcze się oswajał z potencjałem wampirycznych mocy.
Poczucie stresu młodego Spokrewnionego w obliczu Primogen niezadowolonej z jego odruchów było niczym w porównaniu z uświadomieniem sobie paraliżującej prawdy. Irène Celeste Lévêque komunikowała się bez słów, dosłownie rodząc informacje w głowie mężczyzny. Co to oznaczało? Nagle Pariasa olśniło, wtedy w Elizjum, kiedy popełnił faux pas przy powitaniu Irène, patrzyła wprost na niego spojrzeniem zdolnym przeniknąć każdą przeszkodę. Jej bystre zielone oczy potrafiły przebić się wprost do umysłu? Johnston nie ujawnił jeszcze kobiecie, czego właściwie się dowiedział z wizji, a ona swym komunikatem stwierdziła, że wiedział on za mało. Teraz Noah zdał sobie sprawę, że przy Spokrewnionych nie tylko należało uważać na to, co się mówiło, ale także na myśli.
Potrzebował chwili na oswojenie się z nową sytuacją, musiał mieć się na baczności w towarzystwie Primogen. Tak czy siak niewiele to zmieniało, dalej musiał współpracować z Celeste nad rozwiązaniem zagadki śmierci, zapewne wiele wody upłynie w rzece Chicago zanim uwolniłby się od wpływu zielonookiej. Dlatego przeniósł uwagę umysłu z rozmyślań na obserwację poczynań damy przy pracy. Wyglądało na to, że także stosowała coś w rodzaju medytacji przy zwłokach, jednak Johnston nie miał bladego pojęcia, jakich konkretnie mocy używała. Widok kosztowania przez nią wydzieliny, która jakiś czas temu zapewne była krwią, rzeczywiście obrzydziła balsamistę. Nawykł do widoku paskudnych rzeczy, lecz nie był przygotowany na patrzenie na akt spożywania prosto z trupa.
Kiedy Primogen zakończyła swoje oględziny, Noah postanowił połatać Johna do kupy, nie mógł pozostawić ciało z otwartymi komorami. Ciężar sumienia wywoływał w nim smutek, gdy wracał pamięcią do chwili zgniecenia serca. Nie chciał tego uczynić, zrobił to pod wpływem wizji, więc musiał odpokutować pod postacią doprowadzenia zwłok do porządku. Były one zmasakrowane, jednak Johnston był ekspertem w tym fachu, nie liczył na cud, ale na rzetelnie wykonaną robotę. Jeśli było to wykonalne, także chciał nieco odświeżyć czy poprawić stan pozostałych trupów, w trakcie wykonywania pracy rozpocząłby dialog.
— Doświadczyłem wizji przy Johnie — mówił szeptem, wskazując gestem dłoni na trupa ze zniszczoną twarzą. — John przeżył groteskowy strach, który zmącił jego pamięć. Widziałem jak potężne pazury orały ciało Johna, z siłą tak ogromną, że kości nie stanowiły żadnego problemu. Czy trafiliśmy na właściwy trop?
— Wiemy także, że posiadał firmę prowadzącą wycinkę. Wyjdę na zewnątrz i przedzwonię, być może natrafię na jego przedsiębiorstwo. Jeżeli prowadził interes tutaj, to oznaczałoby, że moglibyśmy je odwiedzić. Kto wie, gdzie zaprowadzi nas ten trop?

Re: Polowanie na wilki (II)

#11
- Baum oraz chyba...Doe? - Starszy mężczyzna podrapał się po łysinie, po czym wzruszył ramionami i skierował się do wyjścia z pokoju.

Po opuszczeniu pomieszczenia przez sępowatego opiekuna kostnicy, tym razem to starsza Spokrewniona zdecydowała się na badanie kolejnych ciał z pomocą darów swojej krwi. Wizje były dość podobne. John, Steven, Krzysztof, imiona ledwie wyciągnięte z pomiędzy kawałków potarganej esencji, każdy o życiu z raczej mało bogatej rodziny, pełnej swoich drobnych patologicznych problemów. Dwójka z nich była ojcami, jeden w rozwodzie, każdy tak samo rozszarpany jak wspomnienia związane z tym co do tego okropnego stanu doprowadziło. Za wyjątkiem tego absolutnie niezrozumiałego, lecz okropnie bliskiemu i dziwnie znajomemu przerażeniu, u wszystkich z ofiar pojawiały się drzewa, las, siekiery. Northside Lumber Company, to właśnie to słowo udało się połączyć ze strzępków rozerwanych wspomnień. Irene opierając się na swoim doświadczeniu mogła być pewna że pozostałości aur tych śmiertelników nie posiadały w sobie więcej tajemnic, a to co zobaczyli skutecznie pozbyło się informacji powiązanych ze sobą. Krew była zimna, paskudna, zastygła od przesycenia strachem z delikatną, ledwie dostrzegalną nutą...żywicy klonu? Natomiast młody Noah był całkiem pewien że fizyczne ciała, poza fascynującym sposobem swojej śmierci, odkryły przed nim swoje wszystkie tajemnice. Gdy zacisnął supeł na ostatnim ze szwów i odsunął się nieco od trzeciego ciała, zostawił je z pewnością w lepszym stanie, niż gdy zostały wysunięte z umieszczonym w ścianie komór.

Od strony pomieszczenia wejściowego będącego zarazem gabinetem słychać było jedynie stękanie krzesła, połączone z dźwiękiem przelewanej wody, po którym szybko do aromatu śmierci i delikatnej wilgoci dołączył ostry zapach kawy. Opiekun najwidoczniej był spragniony kofeinowego wsparcia dla swojego nie dość że zmęczonego, to i starszego mózgu. Kolejny automobil przejechał ulice, przerywając dźwięki ich rozmowy hałasem rozlewanej mokrej brei i chwilowym blaskiem świateł.

Re: Polowanie na wilki (II)

#12
Każda moc Kainitów miała swoje mocne i słabe strony, swoje zalety i wady. I Noah, używając Astralnego Dotyku wiedział już, że wizje są silne emocjonalnie oraz naprawdę potrafią wstrząsnąć ciałem, duszą i sercem. Mocy tych należało używać rozważnie i w sposób dalece ostrożny. Mentor w takich kwestiach był niezwykle wskazany. Parias. Któż zdecydowałby się na naukę wampira wyklętego? Mógł oczywiście uczyć się samodzielnie jednocześnie poznając jak daleko może sięgnąć, ale bez przewodnika mógł sobie wszak nie zdawać sprawy z istnienia pewnych… Możliwości jakie dawała wampiryczna krew.
Tak… Noah dowiedział się tej nocy kolejnej rzeczy. Jej obecność, choć zaledwie muskająca jestestwo Johnstona, dawała mu coraz to nowsze informacje. Miał okazję poznać świat Nieśmiertelnych mocniej. Głębiej. Celeste nie lubiła jednakże mieć spraw załatwionych połowicznie. Musiała zbadać każdy trop, nawet ten mało znaczący. Bo dociekanie prawdy było jak układanie puzzli. Można było mieć niewiele informacji i zapewne to, co dotychczas udało im się dowiedzieć, w zupełności wystarczyłoby do walki z Lupinami, ale Irène chciała mieć cały obraz. Chciała mieć ułożoną pełną układankę. Stanąć w szeregu z wiedzą, którą mogła wykorzystać, acz wcale nie musiała. Była kobietą nieznoszącą niedopowiedzeń i domysłów.
Dotykając każdego z ciał trudno byłoby powiedzieć, że spokojnie przyjęła szereg emocji towarzyszących umarłym za życia. Ich strach i przerażenie na krótką chwilę zawładnęły Primogen, ale nie na tyle, by Bestia zdołała się poruszyć. Jej egzystencja, dusza i ciało, znały wszakże ten silny, pierwotny strach. To uczucie kiedy niespodziewanie przychodzi coś, co chce wydrzeć z serca resztki czegoś, co nazwalibyśmy człowieczeństwem. Gdy przychodziło, odbierało moc władania umysłem… Spodziewała się tego uczucia. To pomagało się skoncentrować, zminimalizować straty. Przy każdym dotyku przymykała oczy jakby nie chciała mieszać teraźniejszości z przeszłością.
Potrzebowała ochłonąć. Poukładać sobie wszystko w myślach. Umyć ręce. Ułożyć puzzle. Dlatego też nic nie powiedziała gdy Noah zabrał się za doprowadzanie ciał do względnego porządku. To była przydatna umiejętność… Tzimisce z pewnością by się zainteresowali. Gdyby tylko nie byli tak daleko. Ciekawe czy ze swą znajomością krwi, życia i śmierci, ciała — mogli przeobrazić Noaha na swoje podobieństwo? Sprawić, że stałby się Diabłem? W pewnym momencie Lévêque spojrzała wprost na Pariasa. To było bardzo wyraźne spojrzenie, bezsprzecznie utkwione w jego osobie. Noah mógł odczuć, że zdecydowanie w jakiś sposób w umyśle Starszej snują się rozważania dotyczące jego osoby.
— Zdecydowanie trafiliśmy na właściwy trop, Panie Johnston. — Odpowiedziała na głos kierując kroki po swoje rzeczy. Gdy je zabrała, a Noah wsunął ostatnie ciało do szuflady, przystanęła przy drzwiach czekając aż ten weźmie swoje rzeczy. Wtenczas nie powiedziała nic więcej oczekując, że Parias pójdzie za nią. Pierwej skierowała kroki do pomieszczenia, w którym najpewniej znajdował się gospodarz, tam też podziękowała i pożegnała się z jegomościem. Dalej poprowadziła swego towarzysza do własnego samochodu.
— Tuszę, iż nie ma Pan nic przeciwko. — Rzadko zdarzało się, by kobieta prowadziła samochód. A co dopiero z mężczyzną na przednim siedzeniu. Gdy już się usadowili, przedstawiła mu swoje informacje. — Firma nazywa się Northside Lumber Company. John był najpewniej jej właścicielem, a Steven i Krzysztof — jego pracownikami. Dwoje z nich było ojcami, jeden w trakcie rozwodu. Nie to jest jednak istotne. We krwi wyczułam najpewniej żywicę klonu. Wszyscy z nich mieli siekiery, więc najprawdopodobniej byli drwalami. Podejrzewam, że prowadzili wycinkę klonu na terenie północnych lasów. Nie jestem jednakże zaznajomiona z tego rodzaju biznesem i północnymi terenami miasta. — Odpaliła silnik, wcisnęła pedały. Żadnego pisku opon, zawrotnych manewrów i pokazówki. To nie był ani czas ani miejsce. — Musimy się udać po mapę. — I jeśli Noah nie podsunął żadnego znajomego miejsca w pobliżu, to po prostu musieli znaleźć jakąś przydrożną knajpę, restaurację lub cokolwiek czynnego, gdzie mogli trzymać je na podorędziu.

Re: Polowanie na wilki (II)

#13
Wiekowa istota współpracowała z młodzikiem, razem udało im się uzyskać taką ilość wskazówek, na ile pozwoliła ich pomysłowość oraz spostrzegawczość. Tam, gdzie nocny szczeniak z trudem przyswajał wizje wywołane przeklętą vitae, to doświadczona wampirzyca przyjmowała wiedzę z właściwym sobie wyrachowaniem. Kiedy zakończyli oględziny zwłok, młody z powodzeniem zajął się ich zszywaniem oraz drobną pielęgnacją, doprowadzając je do lepszego stanu od początkowego. Poza wpadką z zmiażdżeniem sercem, na razie Noah całkiem nieźle dawał sobie radę. Odzyskał równowagę psychiczną, dobrze wykonana praca uczyniła go znów poczytalnym.
Tak jak Primogen zapewne oceniała poczynania neonaty, tak on oceniał posunięcia kobiety, badając jej reakcje, wypowiedziane słowa, czyny. Czyżby perfekcjonizm był jednym z wielu aspektów jej jestestwa? Lévêque była niezwykle skupiona przy pracy, dociekliwa, skłonna nawet zaryzykować jasnością umysłu, brudząc go kaskadą majaków wyciągniętymi z gasnących aur czy kosztując obrzydliwą posokę. Czyżby Primogen stawiała cele wyżej od siebie? A być może to typowa cecha śmietanki towarzyskiej Camarilli, która dążyła do mistrzostwa w każdym akcie, czynności, postępowaniu? Irène była bezwzględnym graczem, świetnie dostosowując się do warunków otoczenia. Na salonach, gdzie urok i manipulacja otwierała drzwi, walczyła uśmiechem, kokieterią, pięknem i słowem. Błyszczała niczym gwiazda, bo musiała nią być. W zimnej, śmierdzącej truchłem kostnicy dalej trzymała fason, dobierając narzędzia pod postacią spokoju, dociekliwości, logiki. To czyniło ją znakomitym autorytetem godnym do naśladowania, to może sprawiało, iż Camarilla budziła postrach, ponieważ była znakomita w każdym odcieniu Maskarady, jej agenci byli profesjonalistami. Johnston, ukradkowo obserwując Primogena, powoli zaczynał odkrywać, z czym przychodziła odpowiedzialność zasiadania wśród liderów Sekty. Tylko czy wymagana perfekcja nie zabiła prawdziwości wśród Spokrewnionych? Czy wieczna czujność, wpasowywanie się w określony model hierarchii nie zabijał indywidualności? Czy Celeste dalej potrafiła...
Noah skarcił się w myślach. Przecież potrafiła ona czytać myśli! Zapomniał się.

Balsamista westchnąwszy smutno, zaczął oczyszczać narzędzia, później siebie, a na końcu odział się. Schowawszy utensylia do torby lekarskiej i upewniwszy się, że nie zgubił niczego z przedmiotów osobistych. Z przezorności sprawdził także czy nic nie zaginęło z jego portfela. Wyszedł z kostnicy, idąc za Różą.
Zapach kawy nieco go zdołował, gdyż też raczył się tym naparem w późnych godzinach, zupełnie jak ten starszy dozorca. Noahowi trochę przeszkadzał brak typowo ludzkich zachcianek i słabostek. Nigdy nie czuł się zmęczony zaś jego umysł był zazwyczaj ostry, nie musiał spożywać kofeiny czy środków wyostrzających zmysły. Nie musiał korzystać z toalety, nie miał porannych sensacji, nie musiał zmuszać się do robienia sobie śniadania, kiedy najchętniej leniuchowałby w fotelu z dobrą lekturą. Nowa egzystencja czyniła go... nad wyraz skutecznym, jednocześnie odbierając smak egzystencji.
— Nie, proszę prowadzić. — Odpowiedział zamyślonym tonem, w obecnej chwili nie przejmował się takimi drobiazgami jak konwenanse, kiedy jeszcze chwilę temu zjednoczył się w mistycznej komunii ze zwłokami, aby... Wytropić ślad wilkołaków. W obliczu takiej perspektywy kobieta za kierownicą była niczym nadzwyczajnym.
Wsiadł do środka pojazdu i zaczął patrzeć na ulice Wietrznego Miasta, a kiedy ruszyli, w skupieniu wysłuchiwał się w słowa Primogen.
— Nazwa firmy ułatwia zadanie, a jeśli natrafimy na drodze na budkę telefoniczną, rekomenduję zatrzymanie się przy niej. W książce telefonicznej powinniśmy odnaleźć niezbędny adres — zasugerował pomysł odnalezienia lokacji, dalej patrzył przez okno kiedy mówił.
Wzmianka o rozwodzie jednego z zabitych wywołała lekki uśmiech na ustach wampira.
— Można rzec, że przynajmniej jedna z kobiet nie będzie opłakiwać stratę męża — zażartował sobie z stanu cywilnego denata. Ostatnio humor Johnstona kierował się ku czarnym zakątkom. — Hm. Ciekawe czy sprawa jest tak oczywista, jak przedstawił ją pan Rider? Czy w istocie lupini zamordowali bez cienia litości te biedne dusze, tylko z powodu wycinki mydleńcowatych? Popełnianie takich mordów przecież niczego nie zmieni, co najwyżej spowolni proces nieuniknionej, w dobie kapitalizmu, eksploatacji środowiska naturalnego. Zastanawia mnie także, w jaki sposób rozumują lupini, czy są zdolni do prowadzenia rozmowy, czy wyłącznie do bezmyślnego mordowania? — zastanawiał się na głos flegmatycznym, wyjątkowo jak na niego spokojnym tonem. Udzieliła mu się atmosfera profesjonalizmu.
— Kiedy dotrzemy na miejsce, co dalej? Mam przeczucie, droga pani, że stawiając nasze stopy na terenie tartaku, wejdziemy na terytorium lupinów. Co właściwie chcemy odszukać na miejscu? Namacalnego dowodu? — patrzył na twarz kierowcy, kiedy zadawał pytania. — Istotnie, mapa będzie użyteczna. Być może w samym zakładzie znajduje się również mapa lasów z wyznaczonymi strefami wycinki.

Re: Polowanie na wilki (II)

#14


Noc leniwie trwała trzymając w napięciu tych Spokrewnionych, którzy nie byli wyposażeni w sposób mierzenia czasu. Sepowaty mężczyzna pożegnał dwójkę z widoczną ulgą, którą jedynie podkreślił głośny trzask zamka i drobnego rygla. Ostatecznie śmiertelnik musiał kiedyś odpoczywać, a z pewnością dzisiejsza wizyta była raczej mniej niż typowa. Ulica na zewnątrz nie zdążyła zmienić się w żaden wyjątkowo interesujący sposób. Gdzieś na granicy wzroku samotna kobieta truchtem kierowała się do swojego domostwa, po przeciwnej stronie drogi wspartych o samochód para mężczyzn leniwie obserwowała okolicę w czasie gdy jeden z nich dodawał aromatu palonego tytoniu z tlącego się papierosa. Blask reflektorów automobilu po raz kolejny przeciął noc, a później sama maszyna minęła dwójkę Spokrewnionych, którzy skryli się w swoim pojeździe.

Znalezienie budki telefonicznej nie było problemem, tak samo jak i książki adresowej wewnątrz. Aktualnie znanie docelowego odbiorcy, a raczej jego domostwa bądź biura, było obowiązkowe w celu połączenia przez operatorów sieci i nikt nawet nie myślał jak daleko rozwinie się technologia komunikacji przez najbliższe sto lat, oraz jakie zmiany wniesie dla samej egzystencji nieśmiertelnych bytów jak Noah i Irene. Sklepy oraz jadłodajnie były raczej już zamknięte, za wyjątkiem tych nielegalnych w podziemiach jednak tam raczej trudno było szukać mapy. Na całe szczęście istniały punkty pocztowe, które umożliwiły zdobycie mniej lub bardziej szczegółowego planu Chicago i okolicznej aglomeracji. Posiadając zarówno adres jak i znając drogę do swojego celu, dotarcie do tartaku Northside Lumber Company zajęło wampirom mniej niż dwadzieścia minut.

Zakład znajdował się na północnych granicach miasta, na tyle blisko lasu by być w stanie spokojnie słyszeć leniwy szelest liści, tak bardzo inny od brudnego zgiełku miasta. Sam kompleks składał się na kilka większych, otwartych magazynów drewna, punktu załadunku kolejowego oraz jednopiętrowy budynek, będący zapewne biurem. Teren ten był oczywiście otoczony siatką, z wjazdem dla samochodów oraz kolei zablokowanym przez szlaban. Oceniając po leniwym kołysaniu się odległej latarni, z pewnością znajdował się tu także nocny stróż - najpewniej pilnujący głównie budynku biura. Komu by chciało się kraść nieprzerobione bale drewna?

Re: Polowanie na wilki (II)

#15
Spokrewnieni w czasie kursowania po dzielnicy, zdobyli mapę umożliwiającą zlokalizowanie tartaku. Po krótkim omówieniu planów, Irène zatrzymała pojazd w krótkiej odległości od wjazdu pilnowanego przez nocnego stróża. Elegancka kobieta opuściła kabinę automobilu, a następnie udała się porozmawiać z śmiertelnikiem w celu odwrócenia jego uwagi. Kiedy Johnston zauważył okazję do przekradnięcia się, natychmiast z niej skorzystał.
Przymknął oczy. Dokonał introwersji. Wczuł się w swoje przeklęte jestestwo, zaczął odczuwać płynącą w nim vitae, jakby stanowiła ona nowy zmysł. Wiedział, że gdzieś w przeklętej krwi zamieszkiwała Bestia, lecz również jej potencjał. Mężczyzna sięgnął po mroczny dar, stał się niewidoczny dla oka.
Ostrożnie przedostał się na teren zakładu, nadprzyrodzona moc oraz sama Celeste ułatwiły zadanie. Balsamista postanowił odnaleźć biuro tartaku, żeby odnaleźć w nim dokumenty opisujący sam las. Być może gęstwiny, poza stanowieniem źródła cennego surowca, skrywały tajemnice, które zostały odnotowane? Być może zanim doszło do tragicznego morderstwa, istniały przesłanki ujawniające naturę lasu, a ludzka chciwość i tak popchnęła ludzi ku zagładzie? Może wśród drzew było coś na tyle specyficznego, że wilkołaki strzegły tego jak oka w głowie?
Noah poszukiwał także informacji o położeniu brygady nieboszczyków. Gdzie konkretnie pracowali zanim doszło do ich śmierci?

Re: Polowanie na wilki (II)

#16
Samotny śmiertelnik w żadnym wypadku nie powinien być wielkim zagrożeniem, a Primogen klanu Toreador zapewne ani myślała skradać się po okolicy jak kot. Po oznajmieniu że zajmie się kwestią nocnego stróża, spokojnym krokiem oddaliła się w kierunku wędrującego, samotnego światła. Noah pozostał sam w mroku nocy i z dodatkową pomocą dyscypliny Niewidoczności bez problemu dostał się do wnętrza drobnego budynku, po drodze być może słysząc przepełnione niecodzienną pasją jedno czy dwa ciche słowa od strony samej Irene.

Budynek był prosty i składał się na trzy pomieszczenia z wyłączeniem prostego przedpokoju. Na lewo od wejścia znajdowało się biuro, odgrodzone delikatnie uchylonymi drzwiami z przeszkloną górą połową. Na prawo sądząc po symbole obojga płci wiszącym na szczycie wejścia, musiała znajdować się ubikacja. Naprzeciw wejścia pozostała para nieoznakowanych, prostych drzwi które najpewniej prowadziły do jakiegoś drobnego składzika , sądząc po tym ile miejsca mogło zostać po odjęciu dwóch innego pokoi.

Już przez samo okno w drzwiach Noah ocenił że pomieszczenie musiało zostać opuszczone w pośpiechu, sądząc po nieco chaotycznym rozłożeniu papierów i krzeseł. Za umeblowanie głównie służyło proste biurko, szafka na dokumenty oraz mała lodówka, której buczenie zdawało się być jedynym dźwiękiem pozostałym w samym budynku. Szafki z dokumentami pełne były wcześniej udokumentowanych wycinek, kwestii ubezpieczeń, starych i aktualnych umów z pracownikami oraz podobnych nudnych papierów. Brakowało jednak folderów trójki zmarłych drwali, oraz żaden dokument nie wspominał ich imienia ani nazwiska. W szufladach biurka odnalazł trochę książek oraz broszur na tematy lokalnej flory i fauny, z garścią typowych turystycznych ciekawostek. W jednym z zeszytów tak jak wcześniej oboje Spokrewnieni założyli, znajdował się dziennik wycinek wraz z pracującymi przy nich osobami oraz detalami logistycznymi. Tutaj także brakowało imion trzech ciał które zostawili w kostnicy, brakowało także jednej kartki na samym końcu zapisanych stron. Ewidentnie ktoś musiał już wcześniej tutaj być i zabrać ze sobą informacje - pytanie czy był to sam właściciel kryjący ślady, czy ktoś inny?

Sprawa wydawała się być coraz bardziej ślepym zaułkiem, gdyby nie chęć przegrzewania trochę dokładniej samego budynku - szczególnie że Irene nie spieszyła się z powrotem póki co. Za drzwiami naprzeciwko wejścia rzeczywiście znajdował się składzik - mopy, miotły, jakieś naczynia i nieużywane bibeloty, wszystko pokryte klasyczną warstwą kurzu. Jednak to właśnie ten pył zwrócił uwagę wampira, a dokładniej jego brak w paru specyficznych miejscach, zupełnie jakby ktoś ostrożnie manipulował tymi przedmiotami całkiem niedawno. Pod blaszaną szafką odnalazł drobną skrzynkę, a w niej poza pistoletem i amunicją, oraz jakimiś osobistymi przedmiotami - czek. Czek na naprawdę pokaźną sumę wypisany na firmę przez “Bureau of Investigation”, jako memo natomiast wprowadzono łacińską nazwę “Acer macrophyllum Rubrum”. Z uwagi na wiedzę Noaha, te słowa najpewniej oznaczały jakiś rodzaj drzewa, jednak na ten moment nie potrafił skojarzyć konkretnej rośliny. Toaleta nie kryła żadnych niespodzianek, może za wyjątkiem ekscentrycznego doboru fliz.

Kątem oka Noah dostrzegł że towarzysząca mu Primogen zdążyła wrócić samotnie ze swojego własnego zadania i ze spokojem oczekiwała na zewnątrz, poprawiając delikatnie naruszony makijaż wokół ust.

Re: Polowanie na wilki (II)

#17
Kiedy Parias zauważył uchylone drzwi, wydawało mu się, że jego serce zabiło szybciej. To nie była adrenalina, martwa powłoka nie była w stanie wydzielać hormonów. To było coś znacznie gorszego. Bestia wyczuła zagrożenie, a Noah odczuwał to na podświadomym poziomie. Ktoś tutaj niedawno był, a może nadal jest? Instynkt przetrwania był w nim silny, wymuszał ostrożność.
Świadomie przeszukiwał pomieszczenie z aktywowaną dyscypliną Nadwrażliwości, ponieważ bał się, iż ktoś mógł się tutaj ukryć. Pośpiech nie pozwolił mu dokonać dokładnych oględzin, także brakowało mu wiedzy śledczej od czego powinien zacząć, więc badał pokój w sposób intuicyjny. Odkrył fakt, że dane osobowe zabitych pracowników wyparowały. Czy to robota Camarilli, sławetnych członków Nosferatu, których balsamista nie miał jeszcze okazji poznać? Ale plotki mówiły, że ich działania były solidne, niezostawiające śladów, natomiast tutaj nawet Johnston zauważył oczywiste wskazówki. Ktoś się śpieszył i był niedokładny albo po prostu zależało mu na pozbyciu się nazwisk z kartotek firmy.
Dawnego chirurga zbiła z tropu skrytka w składziku, pod szafką. Dlaczego ona nie zniknęła? Czy domniemany osobnik usuwający dane osobowe celowo ją pominął czy podłożył? Wyglądało to na drugą opcję, gdyż ślady na kurzu wskazywało na to. Broń oraz łacińska nazwa gatunku klona, którego w tym momencie Noah nie potrafił zidentyfikować. Przedmioty osobiste. Trochę to wyglądało na palenie mostów. Czy John miał czwartego wspólnika, który po akcji miał zapewnić ewakuację? Nazwa biura śledczego nic nie mówiła balsamiście, ale wprowadziła go w groteskowy nastrój. Ogarnęły go bardzo złe przeczucia.
Z ogromnym wysiłkiem umysłowym (wydanie 1 punktu siły woli na sukces) zgarnął oburącz broń, graty oraz czek w jedną kupkę, a następnie użył Astralnego Dotyku. Wiedział za mało, za dużo pytań bez odpowiedzi. Wizje nie stanowiły solidnego poglądu na sprawę, ale często prowadziły dokądś, były drogowskazem.
Noah także chciałby odnaleźć łacińską nazwę w książkach w biurze, które traktowały o faunie i florze. Dlaczego ta roślina była wyjątkowa i stanowiła zagadkową nazwę czeku?

Re: Polowanie na wilki (II)

#18
Kolejne poszlaki przyniosły więcej pytań niż odpowiedzi, jednak nie okazały się ślepym końcem. Noah raz jeszcze sięgnął po siłę swojej Krwi, udając się w trans kiedy smakował pozostałości aury otaczającej czek. Radość, ogromna radość, szczęście. Thomas czuł jakby wygrał w życie i nawet nie miał zamiaru zadawać pytań co i dlaczego, kiedy czek został mu przekazany. Kryzys wieku średniego był już tuż przed nim a ta suma idealnie pozwoliłaby mu porzucić ryzykowną pracę w przemyśle i odejść swobodnie na emeryturę. Jedna ta słodycz radości prędko została zbrukana ostrym strachem, napięciem i przerażeniem - to uczucie pozostało jako ostatnie, zapewne gdy czek znalazł się w skrzynce pod szafką.

Noah całkiem sprawnie skojarzył że niektóre z książek i broszur w biurze opisywały lokalne rośliny. Lata spędzone w bibliotekach na wertowaniu wielkich indeksów i encyklopedii medycznych nie poszły na marne, i już po chwili był w stanie namierzyć słowo którego szukał. Czerwony klon wielkolistny był rośliną bardziej charakterystyczną dla północno-zachodnich części Stanów Zjednoczonych, jednak szczęście chciało że w północnych lasach Chciago znajdowało się jedno miejsce gdzie te drzewa były bardzo popularne. Jedna z ulotek wskazywała nawet którą ze ścieżek spacerowych należałoby podążać by dotrzeć do wspomnianej części lasów. Tereny te były także uznawane za święte przez parę wymarłych już rdzennych plemion, głównie ze względu na ich krwiście czerwoną barwę oraz liście, potrafiące utrzymać się na gałęziach głęboko w zimowe sezony.

Re: Polowanie na wilki (II)

#19
Powód rzezi dokonanej łapami lupinów zaczynał nabierać sensu. Rider wspominał, że ta rasa szanowała przyrodę do takiego stopnia, że była gotowa bronić ją do śmierci. Czyżby zakłócono spokój świętego gaju, piły i siekiery powaliły stare czerwone klony? Noah postanowił to sprawdzić. Przeszukując kolejne stosy dokumentów, młody wampir chciałby sprawdzić listy zamówień na drewno, być może tartak podpisał umowę handlową z kontrahentami zainteresowanymi czerwonymi klonami? Wiedza o tym poszerzyłaby zakres potencjalnych działań w przyszłości. Niestety, próba ta zakończyła się niepowodzeniem, niczego nowego Noah się nie dowiedział.
Johnston wpadł na jeszcze jeden pomysł. Postanowił zabrać ze sobą broń i amunicję, cenniejsze przedmioty osobiste, a także sam czek. Rzeczy schował do torby lekarskiej, następnie, posiłkując się papierem z biura wraz z ołówkiem, pozostawił notkę w opróżnionej skrytce:

Jeżeli zależy ci na odzyskaniu tych przedmiotów, odnajdź mężczyznę o imieniu Noah. Będzie przez tydzień odwiedzał pub Leon's Haven. Powiedz barmanowi, że szukasz grubego intelektualisty z brodą.

Obdarzony mocą jasnowidzenia Parias przeczuwał, że Thomas albo ktoś wtajemniczony w sprawę tajemniczego zlecenia, które pozbawiło życia drwali, wróci do skrytki. Noah nie zamierzał w bierny sposób poszukiwać wskazówek, postanowił zaryzykować i zostawić po sobie wiadomość. Jeżeli odbiorca spróbowałby go odnaleźć, oznaczałoby, że wiedział o sprawie. A jeśli nie, cóż, nic się wielkiego się nie stałoby. Raczej nikt o zdrowych zmysłach nie rezygnowałby z okrągłej sumki czeku, zapewne Thomas bardzo się śpieszył, skoro to tutaj zostawił.
Johnston opuścił tartak i ostrożnie wróciłby do Primogen. Zdałby jej raport oraz pomysł zwabienia potencjalnego śmiertelnika w pułapkę. Poprosił także o zachowanie znalezionej broni oraz czeku jako narzędzie perswazyjne w przyszłej rozmowie... Chociaż prawda była zgoła inna: balsamista chciał mieć spluwę.

z/t - za błogosławieństwem MG

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron