Posiadłość Francisca Belmonte

Dzielnica Lower West Side | Opis dedykowany przyjęciu w lutym 1920 r.

Posiadłość Francisca Belmonte

#1
Posiadłość Francisca Belmonte, dziś już siedemdziesiątletniego mężczyzny, mieści się w Lower West Side. Jest to ogromna posesja, która starszym Spokrewnionym może kojarzyć się z jedną z charakterystycznych, europejskich posiadłości mieszczańskich. Nie sposób jej jednak dostrzec gołym okiem - schowana została za drzewami i wysokimi krzewami. Sam budynek wybudowano z kamienia, a wysokie okna nadają mu niemalże arystokratyczny wygląd.
Bezpośrednio do samej posiadłości można się dostać wyłącznie wytyczoną ścieżką. Niezależnie od tego czy gość podjeżdża automobilem czy powozem konnym, przed domostwem stoi kilku mężczyzn ubranych w bordowe garnitury, których zadaniem jest odstawianie pojazdów. Te zaś znikają na tyłach posesji. Po wyjściu ze środka lokomocji można swobodnie spojrzeć na sam budynek, który teraz, z bliska, zdaje się być jeszcze większy niż wcześniej. Do drzwi prowadzą siedmiostopniowe schody o niewysokich stopniach. Po prawej stronie od wejścia stoją dwie osoby: jeden mężczyzna sprawdzający listę gości i kobieta odbierająca zaproszenia. Oni również, tak samo jak reszta służby, ubrani są w bordowe garnitury. Jeszcze zanim całkowicie wejdzie się do wnętrza po drodze mija się dwie osoby, które odbierają okrycie wierzchnie i inne elementy ubioru niepożądane przez ich właściciela podczas przyjęcia.
Idąc dalej trafia się do holu, który prowadzi bezpośrednio do sali balowej. Po obu stronach ulokowano schody prowadzące na górną kondygnację. Jedno krótkie spojrzenie wystarczy, by zdać sobie sprawę z urządzonego na tę okazję przepychu. Na środku holu stoi niewielki stolik z bukietem świeżych kwiatów, a z sufitu zwisa ogromny żyrandol rozświetlając wnętrze. Po minięciu stolika i wejściu nieco głębiej, gość znajduje się już w samym centrum przyjęcia - sali balowej. Wnętrze oświetlają trzy ogromne żyrandole zawieszone w linii prostej i w odstępie kilku metrów od siebie. Przy oknach zawieszono na karniszach grube kotary w jasnym kolorze, które na dzisiejsze przyjęcie zostały zawiązane z obu stron sznurem dekoracyjnym. Dzięki temu można było swobodnie spojrzeć na widok za oknem. Przed każdym jednym oknem stoją też wysokie na ponad dwa metry rzeźby przedstawiające różnych znamienitych filozofów na przestrzeni wieków. Najprawdopodobniej zostały wykonane na zamówienie, bowiem wprawne oko chociażby rzeźbiarza dostrzegłoby współczesny kunszt i materiał nieskażony czasem. Pomiędzy oknami ulokowano przyścienne konsole, na których również stoją świeże kwiaty.
Pod lewą ścianą nieco na środku usytuowano stół z niewielkim barkiem - tutaj goście mogą się zaopatrzyć w alkohol czy sok. Oczywiście na sam alkohol należy nieco chwilę poczekać ze względu na wprowadzoną prohibicję. Przodują whisky i martini. Nieco dalej stoją tak zwane dwa szwedzkie stoły podzielone na przekąski i małe dania oraz słodkości. Można spróbować kilka wariacji z owocami morza czy wołowiną, makaroników czy małych babeczek nadziewanych budyniem i udekorowanych owocami. Pomiędzy gośćmi lawirują służący z tacami z szampanem czy przekąskami.

Goście pragnący nieco prywatności lub ciszy mogą udać się albo do ogrodu na tyłach domu albo z holu po schodach do biblioteki.
Do ogrodu można się dostać na dwa sposoby. Pierwszym, łatwiejszym, jest wyjście poprzez balkon z sali balowej. Drugim z kolei obejście budynku i spore nadłożenie drogi. Sprawia on wrażenie miniaturowej wersji pałacowych ogrodów z Francji czy Anglii. Od razu wychodzi się na na żwirową alejkę prowadzącą przez fontannę do niewielkiego labiryntu wysokich, dobrze przystrzyżonych żywopłotów. Tutaj w zaciszu można porozmawiać z inną personą mając większą pewność, że słowa nie trafią do niewłaściwych uszu, a rzeczy nie zostaną dostrzeżone przez niepowołane oczy.
Biblioteka nie jest dużym pomieszczeniem. Prezentuje się na malutką w porównaniu z salą balową. Można odnieść wrażenie, że jest tu wręcz ciasno. Ściany zdobią drewniane szafy biblioteczne. Na półkach ustawiono książki o różnej tematyce, a pomiędzy nimi gdzieniegdzie drobne przedmioty takie jak małe rzeźby, globus czy średniowieczny zegar. Po prawej stronie mieści się niewielkie okno, które jednak nie daje nadto dużo światła, za to pozwalało mieć widok na ogród. Na wprost, po przeciwległej stronie, ulokowano kominek, w którym pali się niewielki ogień. Obok niego wisi szpicruta i leżą kawałki drewna w koszyczku. Pod prawą ścianą usytuowano dwa masywne fotele, a pod lewą - kanapę. Pomiędzy nimi zaś niewysoki stolik. Z sufitu zwisa dość skromny żyrandol.

Re: Posiadłość Francisca Belmonte

#2
Pojazd Primogen Toreador, śmiertelnikom znana jako Irène Celeste Lévêque, zatrzymał się przed ogromną posiadłością Francisca Belmonte. Thomas wręczył mężczyźnie klucz do Pierce-Arrowa 38-C4 z 1916 r., a następnie podając dłoń swej Pani pomógł jej wysiąść. Toreadorka pojawiła się jako jedna z pierwszych osób wraz z towarzyszem, ghulem Thomasem Akwrightem, znanym już większości Spokrewnionych, bowiem rzadko kiedy opuszczał jej towarzystwo. Odziana w jedwabną, czerwoną suknię na ramiączka sięgającą do kostek i zawieszone na ramionach futro z norek oraz kosztowną biżuterię.
Zaproszenia dla Spokrewnionych zostały wysłane przez nią samą. Nie mogła więc pozwolić sobie na jakikolwiek błąd czy niedopracowanie biorąc pod uwagę naturę wampirów. Dlatego też, jeszcze zanim przyjechała większość gości, Irène doglądała ostatnich elementów przyjęcia. Thomas z kolei sprawdził pomieszczenia dostępne dla gości pod względem bezpieczeństwa dla wampirów.
Gdy goście zaczęli się już powoli zjeżdżać, witała się z co ważniejszymi personami, z niektórymi zamieniając słówko lub nawet dwa. Najwięcej uwagi poświęciła jednak Spokrewnionym — niektórych przedstawiając innym wpływowym osobom czy nawet samemu Franciscowi. Wśród osób, które się pojawiły był między innymi Regent Rogerius de Tassis, z którym przywitała się bardzo uprzejmie.
Dla Spokrewnionych było to jedno z tych wydarzeń, na których można pozyskać bardzo wpływowych przyjaciół, ale i też zyskać niebezpiecznych wrogów. To dobry moment do załatwienia swoich interesów, zrealizowania politycznych czy finansowych celów. Mogą oni również nawiązać nowe kontakty oraz poznać nowinki ze świata ludzi, które mogłyby wpłynąć na realizację ich planów. Oczywiście, wszystko w granicach Maskarady i panujących obyczajów pośród Dzieci Nocy. W żadnym wypadku nie było mowy o jakimkolwiek wydzieraniu sobie człowieka z rąk czy jawnej walki o kogoś. Niekoniecznie trzeba było też kogoś sobie upatrywać; już samo pojawienie się i zapoznanie oraz porozmawianie na właściwy temat wystarczyło, by Spokrewniony mógł zawrzeć intratną dlań znajomość. Co więcej — nie było to Elizjum, wobec czego, w granicach rozsądku, można było korzystać z Dyscyplin, w tym również z Dominacji czy Prezencji.
Irène Celeste Lévêque, Wygląd | 
» Pierwsze co rzuca się w oczy po spojrzeniu na nią to wzrost. Mierzy sobie bowiem sto siedemdziesiąt cztery centymetry. Znać, iż jest kilkusetletnim Spokrewnionym doświadczonym przez czas i nieumarłą egzystencję - widać to chociażby w jej mądrym spojrzeniu czy niespiesznych, acz pewnych siebie i wyrachowanych ruchach. Lubuje się w przeróżnych kreacjach, zawsze eleganckich.
Dla wielu osób Irène mogłaby uchodzić za klasyczną piękność: jasna, podłużna twarz okalana blond włosami, pełne wargi, wysokie kości policzkowe. Gdyby się jednak przyjrzeć bliżej, dostrzeże się dysonanse. W jej twarzy mało jest ciepła - posągowej twarzy, ostro rzeźbionej figurze, czujnych, wiecznie zmrużonych oczach o zielonym kolorze. Ściągniętych brwiach i dumnie uniesionym podbródku. Po dłuższej chwili usta zdadzą się zbyt szerokie, linia szczęki zbyt ostra, a cała uroda daleka od jej ideału. To wszystko sprawia, że kobieta, zrazu pogodna i przyjazna, po pewnym czasie może wzbudzić niechęć. A mimo to, jej twarz może przyciągać wzrok, szczególnie tych, którzy cenią niekonwencjonalne piękno.

Dodatkowe informacje | 
1. Pełniła funkcję Servire z ramienia Archonta Toreadora.
2. Od 1875 r. co pięt lat jest organizowany bal pod koniec roku. Jego tematyka bywa różna, lecz niezależnie od niej - jest to niewątpliwie największe i najważniejsze wydarzenie kulturalne w danym roku. Najbliższy bal przypada na końcówkę 1920 r.
3. Primogen Toreador słynie z dość ekscentrycznego i nietypowego zainteresowania jako Toreador: krew. Inwestuje w Weiss Memory Hospital, jest także fundatorem i inwestorem w zakresie medycyny, szczególnie zaś rozwoju badań nad przechowywaniem krwi.
4. W ostatni czwartek miesiąca w Elizjum La Liberté organizowane są specyficzne spotkania pod patronatem Irène. Chodzą plotki o ogromnych zapasach krwi, jakie są wówczas dostępne bez żadnych opłat. Mówi się także, że o ile Spokrewniony nie wstydzi się swoich ekscentrycznych zachcianek jak chociażby zadawanie bólu podczas spożywania vitae - może skorzystać z tej okazji.
5. Na terenie Domeny Primogen Toreador obowiązuje wszelkie zachowanie Maskarady, a prominentni artyści i naukowcy są pod szczególną ochroną przez klan Toreador.

Legenda Kolorów Języka | 

Angielski, Francuski, Hiszpański, Włoski, Łacina, Polski

Re: Posiadłość Francisca Belmonte

#3
Srebrny Rolls Royce Silver Ghost zajechał pod posiadłość Francisco Belmonte prowadzy przez ghula Miguela Alameidę. Meredith siedziała rozparta na tylnim siedzeniu aż do momentu kiedy auto się nie zatrzymało, a Miguel po oddaniu kluczyków osobie pracującej jako parkingowy otworzył drzwi Meredith po czym pomógł jej wysiąść. Kobieta miała na sobie suknie w starożytnym kroju o kolorze atramentu, jej długie, czarne włosy były rozpuszczone, a biżuteria zarówno na jej szyi jak i rękach miała motywy staroegipskie.
Zaraz po wejściu zgodnie z protokołem zabrała się za pełne szacunku przywitania z ludźmi, wiele uwagi poświęcała kobietom, z którymi wymieniała zawsze kilka uprzejmych uwag. Przywitała się również uprzejmie z samym Francisco Belmonte, składając zarówno życzenia urodzinowe, jak i życzenia powodzenia w dalszych działalności biznesowej. Oczywiście takie samo kurtuazyjne traktowanie ze strony Meredith spotkało również Regenta. Oczywiście wszystko w momentach kiedy nadeszła jej kolej, nie narzucała się, ani nie wcinała. Może nie było to zgodne z jej naturą, mogło być jednakże bardzo korzystne w przyszłości i o tym musiała pamiętać.
Starała się jednak nie zajmować jakiejś centralnej pozycji i ściągać na siebie uwagę, wręcz przeciwnie, razem z ubranym w smoking, a zanim weszli również cylinder Miguelem stanęli nieco z boku i zajęli się obserwacjom ludzi i wampirów, oraz przeróżnych interakcji jakie między nimi zachodziły. Dobrze było wiedzieć kto z kim stara się nawiązać współpracę, a kto omija kogo szerokim łukiem i rzuca niezbyt przychylne spojrzenia. A kiedy wypatrzy ciekawą osobę bądź wampira sama przystąpi do rozmowy.
Meredith de Vrees Braga, Wygląd | 
» Już na pierwszy rzut oka Meredith robi wrażenie - jest ona wysoką kobietą, o długich nogach i dosyć umięsnionym ciele, szczególnie jeśli idzie o ramiona i brzuch. Przed przemianą zapewne miała też przyjemną dla oka oliwkową skórę, teraz jest oczywiście bledsza, niemniej rysy jak i czarne, długie proste włosy wciąż świadczą o jej południowym pochodzeniu, zmieszanym jednak z białym Holendrem. Wydatnym przejawem tego są jej niebieskie oczy. Przez swój wzrost jak i dumne chodzenie z podniesioną wysoko głową oraz stylem ubierania się który przywodzi na myśl czasy starożytne, (czasem włącznie z peleryną!) których zresztą jest pasjonatką zapewne niezbyt wpasowuje się w konserwatywne gusta wielu osób, które lubią piętnować każdą odmienność. Z części włosów ma upleciony gruby warkocz, na szyi często gości złoty naszyjnik, na rękach złote bransoletki, a na palcach zawsze duża ilość pierścionków - to kolejne rzeczy, niezbyt wpisujące się w obecnie pasującą modę, choć może lata 20 przyniosą pewien powiew świeżości w porównaniu do czasów wcześniejszych, w końcu sufrażystki aktywnie działają już od dobrych 10 lat, ale to temat do rozwinięcia później. Kolejną 'drobnostką' jest to, że często nosi przy sobie broń, w zależności od okazji, palna lub biała, z tym, że ona jest dobrze ukryta. Wracając do wrażenia, na pewno widać, że do biednej części społeczeństwa nie należy. Ogólnie rzecz biorąc wygląda na pewną siebie kobietę, z mocniejszym makijażem i mocniejszymi perfumami niż przeciętna kobieta, popiera sufrażystki i głosi rewolucyjne idee dotyczące na przykład praw, a nawet przywództwa kobiet czy to w mieście czy to w kraju.

Dodatkowe informacje | 
Brak.

Legenda Kolorów Języka | 
Portugalski (wersja brazylijska)

Re: Posiadłość Francisca Belmonte

#4
Sylwetka dostojnego mężczyzny odzianego w płaszcz opuściła właśnie lśniącą limuzynę Pierce Arrow Model 51 z rocznika 1919. Kierowca wyraźnie odłożył na tylnym siedzeniu pewien przedmiot i uważnie zakrył go płachtą, ruszając powoli w stronę miejsca uroczystości. Alfred Leneghan, właściciel tej ruchomości przekroczył bramę posesji Francisca Belmonte, napawając się nadzwyczajnym widokiem zadbanego ogrodu. Podczas spaceru napotkał znajomą, śmiertelną twarz, z którą wszedł w pogawędkę o wszystkim i niczym, odprowadzając ją wprost pod drzwi wielkiej posiadłości. Alfie przed pojawieniem się na przyjęciu upewnił się, że rana na jego karku jest szczelnie zakryta pod wysokim kołnierzem płaszcza, aby nie naruszyć zasad Maskarady. Teraz kiedy bankiet trwał w najlepsze, mężczyzna zapoznał się z obecną śmietanką towarzyską, choć jego wampirze defekty kierowały dozę podejrzeń o naturę jego bytu - śmiertelnicy z nieznanego im powodu odczuwali dyskomfort w upiornej obecności Alfreda. Istotnym faktem jest, iż Alfred wyraźnie unikał pomieszczeń upstrzonych w lustra, a jeśli już się jakieś pojawiło, subtelnie przekraczał je w taki sposób, aby jego brak odbicia nie został zauważony. Kiedy powitał solenizanta, składając mu życzenia w obecności Irène Celeste Lévêque, z którą przednio wszedł w krótki, uprzejmy dialog. Po drodze natrafił na znamienite osobistości światka Spokrewnionych, w tym Alexandra Howarda Morri z jego Childe, Bellą G. Jones.
— Mam nadzieję, że przyjęcie przypadło Wam do gustu. — Zwrócił się do wspomnianej dwójki, dostrzegając podmuch wiatru. Sugestywnie zwrócił uwagę na defekt kobiety, kiedy to jeden z rozmówców otworzył w porę okno, usprawiedliwiając w ten sposób obecność zimnego podmuchu. — Zamierzam odnaleźć tutaj Panią Mutton, Alexandrze. Jeśli jest obecna, spróbuję wyciągnąć od niej informacje i umówić się z nią na spotkanie innej nocy. Jestem niemal pewien, że uda Ci się tutaj znaleźć nasz drugi obiekt zainteresowania, zrób z tym co zechcesz. Tymczasem życz mi powodzenia, partnerze. — Przerzucił teraz wzrok na Bellę. — Udanego przyjęcia, Panno Jones. Obowiązki mnie wzywają, choć liczę, że w przyszłości będę mógł Panią bliżej poznać.
W zasadzie dialog z Bellą miał charakter jedynie etykietowy. Mężczyzna chciał zakomunikować swojemu kompanowi z grupy śledczej, że nie próżnuje, tym samym dając mu do zrozumienia, że w tym miejscu być może spotka rzeczony cel - Allyna Robbinsona. Alfred miał kilka planów na tę noc, do których należało spotkanie z Sashą Mutton i poszerzenie grona wpływowych znajomych. Świadom, że pojawienie się takiej szychy było niemal obowiązkiem, Alfred miał w zamiarze spotkać tu również swego Stwórcę, Arystarcha Galatisa. Począł więc wypatrywać wzrokiem godnych uwagi osób, jednocześnie reagując na grzecznościowe zaczepki pozostałych gości.
Alfred Leneghan, Wygląd | 
» Alfred Leneghan jest szczupłym, wysokim mężczyzną, którego wiek śmiertelnik oceniłby na pięćdziesiąt parę lat. Charakterystyczna dla niego pewna, wyprostowana postawa idealnie komponuje się z dostojnym marszem. Na głowie Alfreda widnieje lekko zapuszczona fryzura z pierwszymi, siwymi włosami, pasująca do krótkich bokobrodów i bujnego wąsa. Wysokie czoło szpeci blizna współgrająca z licznymi zmarszczkami, które znacznie postarzają jego wygląd. Rozmówca, który nawiąże z nim kontakt wzrokowy, może poczuć przeszywające, zimne spojrzenie jego błękitnych oczu. Tuż nad nimi prezentują się gęste, czarne brwi. W rezultacie Alfred wyróżnia się z tłumu za sprawą swej ruchowej koordynacji, dostojności i niebywałej kondycji zestawionej z wiekiem, Cechuje się nieatrakcyjną, wręcz nieprzyjemną aparycją, lecz majestatyczny styl bycia znacznie poprawia jego wizerunek. Najbardziej rozpoznawalną cechą wyglądu zewnętrznego Alfreda, którą zyskał tuż przed Spokrewnieniem jest otwarta rana wylotowa na karku, starannie ukrywana pod kołnierzem. Codzienny ubiór Alfiego stanowi odzież na pograniczu średniej i wysokiej półki cenowej. Najczęściej odziewa jedną ze swoich eleganckich, białych koszul i uprasowane spodnie garniturowe. Najdroższym elementem ubioru mężczyzny jest długi płaszcz z wysokim kołnierzem, przyozdobiony guzikami i praktycznymi kieszeniami. Taki zestaw ubrań wzbogacany jest o dystyngowane rękawice ze skóry. Również skórzane, wypastowane i wyraźnie kosztowne buty stanowią klasę samą w sobie. Całości elegancji dodaje czarna, dopasowana fedora. Alfred Leneghan utrzymuje swoją Bestię w ryzach dzięki sentymentom do swej przeszłości. Przewieszony przez szyję na srebrnym łańcuszku brelok spaja dwa nieśmiertelniki z inicjałami A.L. i E.W. Na uroczystości i wizyty w Elizjum przyodziewa swój stary, oficerski uniform, składający się z czarnego płaszcza dekorowanego żółtymi guzikami, eleganckich butów i spodni mundurowych z majestatycznym pasem, szabli, a także czapki charakterystycznej dla jego stopnia służbowego.

Dodatkowe informacje | 
Słynie ze swej roli Ogara w strukturach miejskich i częstych odwiedzin Elizjum, ciesząc się sławą stałego bywalca.

Legenda kolorów języka | 
Angielski, Dominacja

Re: Posiadłość Francisca Belmonte

#5
Śmietanka towarzyska zbierała się w posiadłości. Wymieszane, eleganckie towarzystwo składało się zarówno ze śmiertelnych, jak i ghuli oraz Spokrewnionych. Wciąż brakowało wiele prominentnych twarzy, ale Primogen Toreador była obecna i widoczna. Przynajmniej drobny gest uprzejmości na wstępie był w drobrym tonie. Meredith zwróciła na siebie uwagę co najmniej kilku par oczu swoją dość oryginalną, egzotyczną kreacją. Mogła dostrzec kątem oka ludzi spoglądających z pewnym zainteresowaniem, jakie przykuwał ten awangardowy strój. Brak jednak wciąż było widoku znajomych twarzy jej współklanowiczów. Choć niektórzy Brujah nie stronili od takich uroczystości, to jednak nie byli znani z zamiłowania do nich, zwłaszcza w przypadku młodych Krzykaczy będących sceptycznie nastawionych na przebywanie pod jednym dachem z Toreadorami. Należało się jednak prędzej czy później spodziewać przybycia przynajmniej paru ważniaków z klanu Brujah, jak i również prominentów z pozostałych klanów.
Badając wnętrze budynku, Alfred zdał sobie sprawę, że na przyjęciu nie sposób było dojrzeć żadnych luster, to też mógł czuć się tam na tyle komfortowo, na ile pozwalała mu jego nieumarła natura. Nim się tam jednak pojawił, upewnił się, że wygląda nieco bardziej ludzko. Jego skóra tego wieczoru charakteryzowała się więc odrobiną koloru. Ventrue pragnął wykorzystać to wydarzenie celem pchnięcia do przodu swojego śledztwa i nie planował marnować ani chwili. Bardzo sprawnie i szybko przebrnął przez grzeczności, a gdy zakończył krótką wymianę zdań ze Spokrewnionymi, omiótł salę wzrokiem, planując strategię znalezienia kobiety. Alfred nie znał jednak jej twarzy, tak więc celem zlokalizowania Pani Mutton musiał zasięgnąć języka pośród zebranych. Wytypował kilka jednostek, które wyglądały na kogoś, kto mógłby udzielić mu jakichś informacji. Na szczęście, mimo unikania przez niego kontaktów socjalnych z bydłem, wciąż zachował swoją nieodpartą charyzmę która, wraz z jego dumną postawą, pomogła mu zainteresować śmiertelników. Wspominając jednak o "Sashy Mutton", paru rozmówców, z którymi nawiązał dyskusję, pokręciło głową, zwyczajnie nie wiedząc o kim mowa. Dopiero ostatniemu udało się dodać dwa do dwóch, informując, że poniekąd zna Panią Mutton, z tym że nie była to Sasha a Sarah. Był to jednak świeży gość, który jeszcze nie rozeznał się z obecnymi twarzami, to też nie był w stanie stwierdzić, czy w ogóle zdążył ją dojrzeć. Alfred mógł zdać sobie teraz sprawę, że źle zapamiętał imię kobiety, co musiało być powodem, dla którego miał kłopoty z wydobyciem informacji na jej temat od ludzi, których dotychczas zaczepił.

Re: Posiadłość Francisca Belmonte

#6
Pod posiadłość zajechał najmniej prestiżowy ze wszystkich pojazdów...Taksówka. Nie można było jednak dać zwieść się pozorom. Wewnątrz tego najzwyklejszego pojazdu jechała bardzo bogata para. Alexander ubrany był jak zawsze i siedząc obok swojej nietypowej towarzyszki obserwował ciemne ulice Chicago. To co go odróżniało od codziennego wyglądu to o wiele “cieplejsza” karnacja. Ewidentnie i on zadbał by dzisiaj wyglądać na bardziej żywego. Jego towarzyszka ubrana była w kolorową sukienkę i okulary przeciwsłoneczne. Może nie był to dość formalny ubiór, ale artystce przecież wolno. Ona również była bardziej żywa niż zwykle. Wszak nie była dzisiaj Bellą, a “Szaloną”.
Gdy taksówka zajechała już na miejsce. Szalona udała się do jednego z okien po czym otworzyła je by zapobiec złamaniu Maskarady przez Zimny Wiatr który od niej bił, a Alexander udał się do biblioteki. Nie mógł oprzeć się pokusie. Liczył, że wewnątrz tej Świątyni Wiedzy znajdzie jakiegoś zapalonego naukowca lub młodego pisarza. Nie miał ochoty rozmawiać z całą resztą tego plebsu jakim byli dla niego przedstawiciele innej klasy niż ta inteligencka. Odpowiedział jednak uprzejmie Alfredowi mówiąc:
-Przepraszam Cię przyjacielu, ale muszę udać się w interesach. Dopiero co tu dotarłem, ale mam nadzieję, że uda mi się załatwić to co trzeba . Następnie ukłonił mu się i popędził do swojego celu. Wziął z biblioteki jakąś książkę i zaczął z pełną pasją czytać. Połykając każdą literę jak wygłodzony pies.
Alexander Howard Morri, Wygląd | 
» Alexander jest mężczyzną przeciętnego wzrostu i szczupłej sylwetki,właściwie nikt nie widziałby w nim nic wyjątkowego, gdyby nie pewien błysk pasji, który jest idealnie widoczny w jego hebanowych oczach. Reszta jego ekspresji wydaje się raczej… pusta. Dopóki nie usłyszy o czymś, co go żywo zainteresuje, wydaje się być wyprany z emocji. Jego krótkie, ciemne włosy dobrze ukrywają się pod cylindrem. Cera jest dosyć blada nawet jak na Spokrewnionego, co pewnie wynika z jego brytyjskiego pochodzenia. Twarz jest długa i ostra, a uszy w pewien sposób “elfie”. Wokół średniej wielkości ust znajduje się niedbały, kilkudniowy zarost. Ubrany jest zawsze w “strój oficjalny”, ale jednak stanowiący pewien rodzaj awangardy. Nosi on bowiem czarny cylinder, a także bordowy frak z czarnymi akcentami i kamizelką. Jego krucze spodnie frakowe idealnie pasują do czarnej, zdobionej laseczki, w której ukrywa szablę, a na jej “główce” ukrywa się mały symbol łączący jego stary herb rodowy kruka siedzącego na czaszce i nowy “herb rodowy” symbol klanu Malkava. Warto też wspomnieć o jego bardzo chudych dłoniach i długich palcach, na których ewidentnie widać żyły. Jeśli chodzi o buty są to zwyczajne czarne pantofle. Przechodząc jednak do postawy, wydaje się do bólu zimny i pozbawiony emocji - do momentu gdy ktoś wspomni o jego prawdziwej obsesji. Gdy usłyszy o niej od razu ożywa, a jego oczy zaczynają świecić prawdziwym blaskiem. Przestaje być posępny i zgarbiony, automatycznie się prostuje i oddaje tematowi należytą cześć.

Dodatkowe informacje | 
"Potius mori quam foedari"

Legenda Kolorów Języka | 
Łacina, Greka, Hebrajski

Re: Posiadłość Francisca Belmonte

#7
Idąc przez posiadłość, wraz z Morrim napotkali Ogara. Dziewczyna automatycznie przywróciła swój podporządkowany wizerunek i szczery uśmiech, po czym kiwnęła głową, dokładnie słuchając tego, co mężczyzna miał do powiedzenia.
- Dziękuję, również życzę Panu miłego przyjęcia - Odpowiedziała mu, po czym delikatnie przesunęła wzrokiem po otaczających ich ludziach. Z min najbliżej stojących wywnioskowała, że chłód bijący od niej może być tutaj problemem. Rozmowa z Ogarem trwała na szczęście krótko, była jedynie formalną i kulturalną wymianą paru słów. Gdy obydwaj mężczyźni odeszli, Bella, a właściwie "Szalona" skupiła się na ogarnięciu swej przykrej przypadłości.
Po otworzeniu okna, które miało na celu maskować jej zimno, rozejrzała się uważnie po otoczeniu. Po raz kolejny doznała lekkiego, estetycznego zachwytu. Kolejne miejsce, w którym panował przepych, podobnie jak w Elizjum. Była tylko jedna rzecz, która jej tu nie pasowała- śmiertelnicy. Widząc ich ogromne skupisko, jej usta wykrzywiły się w odrazie. Dobrze, że jej oczy zakrywały okulary przeciwsłoneczne, gdyż jedyne co teraz wyrażały to krytyczny i obrzydzony wzrok. Dziewczyna nie miała zaplanowanego na tę noc nic szczególnego, poza zebraniem jakichś kontaktów w gronie osób zainteresowanych sztuką. Kto wie, może natrafi na jakiegoś ewentualnego kupca jej kolejnego obrazu. Przechadzała się powoli po sali, starając się nie musieć przykuwać tylu spojrzeń śmiertelników ile jej było dane ze względu na nietypowy wizerunek.
Błądziła ukrytym spojrzeniem po wszystkim, jednak poza wystrojem nie odnalazła nic ani nikogo, przy kim mogłaby się zatrzymać na dłużej. Postanowiła więc wyjść na zewnątrz, do ogrodu. Skorzystała z prostszego wyjścia przez balkon, po czym pozwoliła, by blask księżyca dalej ją poprowadził. Skupiając się na nocnym widoku, który jak zwykle był tym przyjemniejszym dla jej oczu, zaczęła ponownie nucić swą ulubioną melodię. Spokojnie się rozglądając, natrafiła na piękną fontannę, przy której to postanowiła chwilę postać. W ogrodzie było o wiele ciszej, choć z pewnością nie była sama. Cicho liczyła na to, że to właśnie tutaj ktoś rozpocznie z nią rozmowę, z której wyniknie coś dobrego.
Bella G. Jones, Wygląd | 
» Jest to młoda, piękna dziewczyna o długich, spiętych platynowych blond włosach i porcelanowej cerze. W jej przyozdobionych skromnym makijażem oczach odbija się odcień głębokiego fioletu. Jej twarz jest szczupła,mała i wyrażająca wieczne zaniepokojenie. Bella jest niskiego wzrostu i ma kobiecą, szczupłą sylwetkę. Zazwyczaj porusza się z gracją, której towarzyszy bijąca z jej całej prezencji delikatność. Preferuje klasyczne, kobiece ubrania. Nosi więc czarną, ozdobioną różnymi haftami suknię z szerokimi rękawami. Jej talię ściska ciasno gorset, a na szyi błyszczą się zawieszone naszyjniki; jeden z czarnymi perłami, drugi odbijający kolor błękitu. Na głowie ma biały kapelusz z piór, do którego przypięta jest przyozdobiona, szara maska.

Dodatkowe informacje | 
Brak.

Re: Posiadłość Francisca Belmonte

#8
Zanim się pojawił przed miejscem docelowym, Thomas odwiedził dom towarowy Mandel Brothers w Chicago. Tam spędził odpowiednia chwilę aby zakupić potrzebną na dziś mu rzecz. Musiała być tak odpowiednio szykowna jak miejsce do którego się udawał. W końcu nie często chadza się na przyjęcie organizowane przez Primogen Toreadorów. Następnie udał się na miejsce.

Do służby czekającej na pojazdy, podeszła postać wprowadzając ją w konsternację. Mimo że z jej ust nie wydobywały się obłoki ciepłego wydychanego powietrza, to doskonale maskowały to inne, te pochodzące z palenia taniej marki papierosów. Widocznie temperatura nie przeszkadzała dziwnemu gościowi gdyż był bardzo ładnie różowy, można by rzecz że rumiano zdrowy. Kolejnym elementem powodującym to że służba dokładnie przypatrywała się nieznajomemu była koloratka. Czarne spodnie, skórzane rękawiczki, koszula i marynarka ładnie kontrastowały do białego kwadracika pod szyją. W jednej ręce miała pakunek zawinięty w typową brązową otulinę papieru pakowego, misternie przewiązaną konopnym sznurkiem. Drugiej użyła do zgaszenia papierosa. Postać zatrzymała się przed służbą i pokazała że ma zaproszenie stwierdzające, że nie jest jednym z przechodzących chodnikiem przechodniów a na prawdę gościem. Ot dziwactwo pojawienia się bez pojazdu. W końcu był wampirem i raczej nie spoci się w drodze, to tylko kwestia odpowiedniego zaplanowania podróży. Po przedostaniu się na teren posiadłości postać zwolniła tempo ciesząc się z możliwości oglądania z bliska ładnie zadbanego terenu przed budynkiem. Zatrzymał się przed stopniami i policzyła. "raz, dwa trzy, cztery, pięć, sześć, siedem" zamruczał pod nosem z uśmiechem. "Jak miło z ich strony, na prawdę nie musieli..." zażartował sam do siebie hermetycznym dowcipem i wszedł po stopniach. Znów zatrzymał się przy kolejnej służbie podał zaproszenie. Przedstawił się i po odprawieniu ostatnich formalności dostał się do środka.
- Ach, cudowny zapach ... Nie nasyci się oko patrzeniem ani ucho napełni słuchaniem. Im więcej człowiek używa, tym więcej chce, a im więcej chce, tym większej doświadcza pustki i nienasycenia.
Powiedział cicho lecz ktoś znający łacinę mógłby wyłapać sens słów z księgi Kohelota. Pod pacha nadal trzymał pakunek i zaczął poszukiwać wzrokiem Lady Irène Celeste Lévêque.
Thomas "Kaznodzieja" Radisson, Wygląd | 
» Thomas Radisson roztacza wokół siebie aurę dobrodusznego i poczciwego kapłana. Odczuwalne, bijące wewnętrzne ciepło powoduje iż dla niektórych, przebywanie przy nim może powodować chęć do odpoczynku, po prostu siąść i pogadać jak z starszym bratem czy dobrym ojcem. Oczywiście dla tych którzy tego ciepła szukają, dla niektórych może to być na początku iście przerażające i niepożądane. Spokojne i charyzmatyczne oczy oraz cała mowa ciała mówi wprost, "Jestem tu żeby Cię wysłuchać". Nosi się skromnie, niezależnie od pory roku czarną marynarkę i koszulę z nieodzowną koloratką. Ciemne spodnie od garnituru lub okazjonalnie ciemne jeansy, kiedy postanawia wybrać się na wyprawę, dopełniają całości jego uniformu „Kaznodziei”. Mimo oświadczanych czterdziestu kilku lat wygląda na mężczyznę w sile wieku. Jest średniego wzrostu i porusza się zawsze bardzo spokojnie, jakby wolniej niż reszta świata. Na lewej dłoni nosi sygnet oznaczający stanowisko biskupa w kościele katolickim. Czasem mocno skupiony na rozmowie, której poświecą cała uwagę nie dostrzega rzeczy dziejących się wokół.

Dodatkowe informacje | 
Brak.

Legenda Kolorów Języka | 
Niemiecki, Włoski, Łacina

Re: Posiadłość Francisca Belmonte

#9
Noc. Ciemna, niczym galicyjska noc. Noc w ludziach, noc wokół nas. Ciężkie koła powozu na czele pochodu obracają się coraz wolniej, spowalniając tempa. Zdaje się, że powóz zbliża się do celu, lecz mimo to wąsaty woźnica z czystego okrucieństwa, doświadczenia czy przekory unosi dłoń z charakterystycznym świstem - smaga bicz. Kościste końskie grzbiety wzmocnione setkami ropnych ran i ciosów nawet się nie ugięły, nie drgnęły, ciągle niewzruszone. Nic w pociągowych szkapach nie wskazywało na wyraz żalu, uwagi czy strachu - niczym źrebięce oczy - cały czas obserwowały brukowane uliczki chicagowskiej nocy z wyraźną posługą i czujnością. Zaakceptowały posłużenie kolejne uderzenie. Milczały.
- Suczesyny! - warknął wąsaty, czując jak kolejne pociągnięcie za uzdę nie wywiera większego wpływu. Pociągowe ogary zwalniały, mimo faktu, że przecież i tak byli wyraźnie spóźnieni. Na nich jednak nie wywierało to stosownego wrażenia, dalej kierowały się w wyznaczonym kierunku, ale to mniej chętnie i służebnie - odstręczone wyłaniającym się kształtem willi Belmonte'onów - i nic w tym dziwnego! Mężczyzna również podzielał ich niejasny, wszak instynktowny niepokój. Wybijająca się architektura budziła w nim niechęć, lęk i zgryzotę - zupełnie jakby na tyłach karku czół ciarki z wybijających igiełek zimna. Dlaczego? Nie wiedział. Wiedział natomiast, że nie mógł zawrócić, zacisnął skórzaną rękawicę na równie skórzanym uchwycie smaganego bicza - świsnęło w powietrzu.
Konie w końcu porwały się żwawo, jakby oznajmiając, że potrzebowały właśnie tego siedemnastego trzasku i ciosu. Koła ruszyły, a chybocząca na wozie zamknięta i wysunięta do przodu okopcona latarnia, rozświetliła mroki wraz z towarzyszącym jej rojem lotnych ciem. Wóz sunie pośród galicyjskich mroków w łunie rozświetlonych miejskich okiennic i uliczek, miejski brud tonie w kopanym przez konie zastygłym jeszcze śniegu, świerki rechoczą z bydlęcej niedoli wraz z obserwującą wszystko cicho ogrodową buczyną. Ciemne igliwie, siwe gałęzie i wyniosłe konary próbują zasłonić nieboskłon gwiazd i chmur, odciąć księżyc. Wąsaty woźnica zaciska skórzne rękawice, wpijając bielejące od wysiłku palce prosto w uzdę. Czuł niepokój.

Wożony wodził wzrokiem po mijanych uliczkach i zaułkach bez wyrazu. Twarz jednak, chociaż niewzruszona, nie oddawała pełni Jego wyrazistych emocji. Gdzie oczy niewzruszenie spoglądały przed siebie, tam nozdrza chłonęły każdą mijaną nutę smaku, chłonąc kolejną dawkę chicagowskiej perfumerii. Miejska głusza, tworząca swąd wypolerowanego chodem bruku, spalenizny wystających kominów i potu ciała zdawała się krzyżować z pożądaniem, żalem, nadzieją i trwogą. Codzienność przemieszana z wyjątkowością. Niedosyt z przesytem. Rozkosz z niesmakiem. A On się delektował. Świadczył o tym delikatny zgryz dolnej wargi, oblizanie koniuszkiem języka podniebienia.
W jednej jednak chwili festiwal zapachu, zmienił ton i barwę w momencie przekroczenia otwartej na oścież bramy Belmontowskiej posiadłości. Niewinność, wcześniej tak łakniona, stonowała się pod wpływem grzechu Nie-Życia, delikatność charakteru skrzyżowała się z drapieżnością niekontrolowanego pożądania, zaś impertynencja egzystencji znikała w toni nieskończonej trwałości. Uśmiechnął się szeroko, wiedząc, że są tutaj jak wilki wśród owiec. A Oni nawet tego nie wiedzą.
Woźnica otworzył drzwi szeroko, gdy tylko zakończyło się jeździeckie kołysanie. Gdy światło lampy i woźniczej pochodni wcześniej targane ruchem jak fala, teraz stało niczym marmur trwale i w bezruchu. Wyszedł, poprawiając guziki wierzchu londyńskiego płaszcza, chwytając za drewnianą dębową laskę o srebrzystym uwieńczeniu głowy nieznanego drapieżnym pochodzeniem zwierzęcia o długiej rozwartej paszczy. Rozejrzał się wzrokiem po budynku, jakby oceniając coś swoimi zmysłami i wkroczył do środka, przekraczając siedmiostopniowe podwyższenie.
Wkroczył do środka. Wszedł do wnętrza. Wymieniając uprzejmości i przywitania z równymi statusem lub szacunkiem, na resztę nawet nie trwoniąc śliny. Stanął tak by widzieć jak najwięcej, jednocześnie jak najmniej dając znać o swojej osobie. Obserwował owce, podpierając się jednocześnie o laskę z wyraźną, srebrzystą głową wilka.
Percival Kimbolton, Wygląd | 
» Nonszalancja przemieszana z dżentelmeńską elegancją zdaje się towarzyszyć wyrafinowanej uprzejmości i drapieżnemu usposobieniu. Percival Kimbolton jest człowiekiem wysokiego statusu i wysokiej klasy: świadczy o tym nie tylko zawsze wyszukany wygląd dopasowany do sytuacji, co sposób chodu, zachowania i obycia. Głowa, zwykła spoglądać na wszystkich wyniośle, faktem jest jednak, że poczucie to może wzmacniać blisko dwumetrowy wzrost postaci. To fakt, spokrewniony ten, tytułujący się samozwańczo “Hrabią” jest istotą nie-niską, dobrze zbudowaną, która na pierwszy rzut oka zwraca uwagę na przymioty zdrowego ciała i wysportowanej sylwetki. Chociaż w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że posiada ciało sportowego atlety, czy też siłacza, nie można odmówić mu tężyzny i witalizmu.
Włosy o kolorze miedzianym, zdają się wiecznie uczesane na tył, ulizane do podstawy czaszki tak, że zakrywają nawet sprawnie ukryty przedziałek. Zadbana, przystrzyżona broda - chociaż tak niemodna na salonowej gościnie - nadaje mężczyźnie nie tylko szorstkości charakteru, ale także pociągłości twarzy, budząc pełne skojarzenia z powiązaniem ze światem innym niż salonowy, bardziej dzikim, nieznanym i obcym wśród dwornych balów.
To jednak oczy budzą największe zakłopotanie: drapieżne, agresywne i bystre, utopione w błękitnym odcieniu, sprawiają wrażenie niepohamowanych, gwałtownych i kpiąco wyzywających rozmówcę.
Samozwańczy Hrabia jest drapieżny, widać to po jego zachowaniu, ruchach i obyciu. Groteskowość i subtelne wyrachowanie nie skrywa impulsywności wyraźnych zachowań, które nawet skryte pod maskami uprzejmości wybijają się podczas konwersacji.

Dodatkowe informacje | 
Brak.

Legenda Kolorów Języka | 
Francuski, Niemiecki, Dialekt rdzenny indian, Holenderski, Zulu

Re: Posiadłość Francisca Belmonte

#10
Miała nadzieję, ostatecznie, że przyjedzie ze swoim Stwórcą. Że choć wejdą razem i się przywitają. Nie. Oczywiście. No bo po co? Po co miałby się z nią fatygować, jak może jechać sama?! Była przerażona i zła! Czuła się jakby wpuścił ją w niezły kanał. Idź i zachowuj się godnie. Mało jej szlag na miejscu nie trafił.
Nie miała jednak najmniejszego wyboru. Nie chciała, ale musiała wbić się kieckę i ruszyć na ten zakichany bal.
Nie dość, że będzie pełno ludzi, pewnie i takich, których spotkała na kolacjach z ojcem, to jeszcze wszystkie wampiry z miasta! Lepszego miejsca na danie plamy albo zabłyśnięcie nie było. Ona miała tylko nadzieję, że ta noc przemknie w miarę bezboleśnie, że nikt szegulnie ważny jej nie dostrzeże, nie wda się z nikim w rozmowę, o której nie ma pojęcia, albo zwyczajnie nie palnie jakiegoś głupstwa.

Jeden z wielu tego wieczora pojazdów zatrzymał się w swojej kolejce przed posiadłością. Jedna z taksówek, a z niej wysiadła Diana. Sama jak paluszek. W taksówce walczyła ze sobą, żeby się nie rozpłakać. Jeszcze tego brakowało rozmazałaby makijaż! Kiedy jednak wysiadła, poprawiła się, przyjęła spokojną, lekko uśmiechniętą miną, przygotowała zaproszenie i wkroczyła trochę nieśmiało w te obezwładniające przepychem progi.
Już w domu przypomniała sobie całą etykietę, którą znała. Jak wejść, jak się przywitać, grzeczności wymienić, jak stać, jak siedzieć... jak dobrze udawać, że jest się częścią tego obrazka, gdy tak naprawdę chciało się być na drugim końcu miasta.
Okazała się więc zaproszeniem i zaczęła ten taniec grzeczności. Powitania i pozdrowienia. Znakomitej większości osób nie znała, pierwszy raz widząc ich teraz na oczy, ale doskonale czuła która persona jest ciepłokrwista, a która Nadnaturalna. W miarę własnej wiedzy, rozeznania i wyczucia wymienia uprzejmości. Tu wystarczył jeno uśmiech i skinięcie głową, tam podanie ręki, pozwolenie jej ucałowania, wymiana jednego, dwóch zdań. Tam zaś dygnięcie, gdzie indziej, głębszy ukłon i pełen szacunek. W sensie pełen szacunek i ogrom grzeczności zawsze i dla każdego, starała się jednak sposób powitania dobrać odpowiednio do statusu osoby, która akurat na nią spojrzała i której winna uprzejmość.

Kiedy ten koszmar... przynajmniej w większości był już za nią, czmychnęła na boczek, gdzieś koło jednego z okien, by choć wzrokiem móc uciec w spokojniejsze rejony otwartej nocy. Tu było tłoczno, głośno, kakofonia dźwięków i zapachów nie ogłuszyła jej chyba jeszcze tylko dlatego, że młoda była intensywnie skupiona na własnej postawie. Nic zbędnie nie dotykała, starała się izolować zbędne bodźce, choć czasami słyszała tyle głosów i rozmów, że nie miała pojęcia, które pochodzą z sali, a które z jej głowy.
-Będzie dobrze Diana... zobaczysz... będzie dobrze... - Motywowała w myślach sama siebie.
Diana Harper, Wygląd | 
» Jako dziecko była raczej myszką jeśli nie powiedzieć, że brzydkim kaczątkiem. Wyrosła jednak na piękną pannę, za którą nie jeden mógłby się obejrzeć, gdyby jeszcze o ten wygląd zadbała nieco z własnej inicjatywy. Cóż, nie stroi się jak nie musi. Dziewczyna ma krótko obcięte ciemne włosy. Miało być na "pazia", który ostatnio robił furorę, ale z jej kręconym i niesfornym gąszczem trudno było uzyskać pożądany efekt. Ostatecznie ciemne loki okalają jej głowę, na szczęście układając się do tyłu więc twarz i oczy ma odsłonięte. Twarz ta jest śliczna, delikatna, o łagodnych rysach i takim też wyrazie. Brwi wyraźne, płaskie, tylko trochę przy końcu układające się w łuk. Oczy choć stworzone do uśmiechu, wyglądają niemal zawsze jak mokre od łez, prezentują nostalgię, może smutek, sprawiają prawidłowe wrażenie, że dziewczyna jest nieobecna, jakby wzrokiem sięgała daleko gdzieś indziej i nikt nie potrafi powiedzieć - w przyszłość czy wstecz. Nos i usta są łagodne, okrągławe i równe. Zęby proste i zadbane. Cera dziewczyny jest jasna, bez nadmiaru pieprzyków czy innych znamion.
Diana jest średniego wzrostu, mierzy sobie niewiele ponad 170cm, zdaje się jednak nieco mniejsza, gdyż garbi się. Głowa opuszczona w dół, wzrok spuszczony na stopy, ramiona ściągnięte do przodu. Sama postawa daje znać, że dziewczyna wolałaby być gdzieś indziej, na pewno nie tu. Jest drobna, żeby nie powiedzieć, że chuda. Niewielki biust, przeciętne biodra, nogi choć zgrabne to mogłyby przypominać patyki. Po przemianie ludzkie defekty zostały jednak całkowicie wykluczone. Cera jest gładziutka, bez żadnej skazy, skóra w idealnie równym kolorycie, bez przebarwień, miękka i sprężysta. Nawet mimiczne zmarszczki zniknęły. Chude żebra, wystające kolana i patykowate nogi też zostały "skorygowane" choć Diana skutecznie to kryje, jest zgrabna, o idealnych proporcjach względem swojego wzrostu. W zasadzie to nie preferuje nic konkretnego jeśli chodzi o garderobę. Co złapie i na grzbiet wciągnie w to jest ubrana. Bez różnicy czy to sweter i spódnica, sukienka czy damski garnitur, choć ostatecznie woli ubrania luźne, ukrywające jej sylwetkę, buty na płaskiej podeszwie lub niewielkim obcasie.

Dodatkowe informacje | 
Aktualny ubiór - w Elizjum: Loki na siłę ułożyła trochę, prawą stronę nawet udało jej się wygładzić i upiąć ozdobną spiną. Usta lekko zaczerwieniła szminką, a oko podkreśliła cieniem. Włożyła na siebie czarną, aksamitną bluzkę, z płytkim acz szerokim wcięciem odsłaniającym widoczne obojczyki, luźną, spływającą w dół, wciągniętą w beżową, elegancką spódnicę spiętą ozdobnym, pasującym do sznura białych korali na szyi paskiem. Kreacja do połowy łyski, cieliste rajstopy i lakierowane pantofle na bardzo niziutkim obcasie. Na dłoniach wysokie rękawiczki, dobrane odpowiednio do bluzki, również czarne, zawieszane na perełkowym kółeczku na środkowym palcu, wykrojone tak by odsłonić palce, a zakryć wierzch i wnętrze dłoni. W rękach zaś ściskała błyszczącą, szarą kopertówkę.

Aktualny ubiór - Belmonte: Sukienka, fryzura, dodatki i makijaż.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość