Re: .Głód wolności i krwi

#31
Image
Greer wyglądał jakby na nieco zirytowanego, a także trochę znużonego. Można było odnieść wrażenie, że takie sceny z Szeryfem odegrał w przeszłości wielokrotnie. Zagadką było ilu podobnych Noahowi przygarnął pod swoje skrzydła, by uchronić ich przed ostatecznym osądem i mrocznym losem.
Wtem, na twarzy ancilla można było dojrzeć pewną nutę dyskomfortu, gdy ciszę przerwał śmiech Kimboltona i uderzenia jego dłoni. Było to w końcu zachowanie mocno odbiegające od tego, czego można było się spodziewać po tym potworze. Oczywiście bardzo szybko można było zdać sobie sprawę co kryło się za tym śmiechem, gdy z ust Toreadora padła ciężka groźba, której młody nie mógł zignorować.
Szeryf stanowił niepodważalny autorytet. Jego wiek, siła i doświadczenie, obok jego statusu, czyniły z niego osobnika, z którym lepiej było nie zadzierać. W obecnej chwili ważyły się poniekąd losy młodego Spokrewnionego. Wziąwszy pod uwagę, że ten miał prawo jedynie milczeć i przysłuchiwać się rozmowie starszych od niego krwiopijców, wszystko wskazywało na to, że jego los zależał od tego, co Kimboltonowi powie James o niedawnych wydarzeniach.
Na szczęście Johnstona, ten w pełni rozumiał w jakiej znajdował się sytuacji, tak więc nie kwestionował tego, co usłyszał, a jedynie przyjął do wiadomości słowa skierowane w jego stronę. Zamierzał wykonywać instrukcje bez zająknięcia, gdyż zdawał sobie sprawę, że jakikolwiek inny kurs mógłby zagrozić jego egzystencji.
Nadszedł nieunikniony moment, kiedy Greer musiał zdać raport z tego, co miało miejsce, nim dotarli do tego mieszkania. Ten niemalże wziął głęboki wdech, a przynajmniej zrobiłby to, gdyby wciąż był człowiekiem. Teraz mógł jedynie imitować takie i podobne czynności.
ImageCóż, Noah został zaatakowany. Wydaje mi się, że był to jakiś czub z Sabbatu. Młody zaciekle się bronił i nawet dał zasrańcowi trochę popalić. Ostatecznie wkroczyłem do akcji i prawie gnoja wykończyłem, ale niestety ten bojowniczy skurwiel mi zwiał. — Spokrewniony krótko i klarownie podsumował całe wydarzenie, podkreślając wkład swojego podopiecznego w walce, spoglądając kątem oka w jego kierunku. Nie był jednak zadowolony z porażki, jaką sam odniósł w swojej próbie unicestwienia napastnika z wrogiej sekty. Tutaj na jego twarzy malowało się pewne lekko zauważalne zażenowanie, choć trudno było powiedzieć, czy samą tą porażką, czy faktem, że musiał się z niej wyspowiadać Szeryfowi, dając mu tym samym kolejny pocisk, który będzie mógł potem przeciwko niemu użyć. Być może jedno i drugie.
ImageAle bez obaw, popytam moje kontakty i go znajdę. — Parias nie miał zamiaru skupiać się na samej porażce, a zamiast tego z ogromną pewnością siebie próbował zapewnić Szeryfa, że nie zostawi tego bałaganu i dokończy sprawę. Wyprostował się i oczekiwał na odpowiedź egzekutora, który zapewne gdzieś w głowie mierzył mierną w jego oczach wartość obu wampirów.

Re: .Głód wolności i krwi

#32
- "Czub z Sabbatu" - cisza po wywodzie ancilli została szybko wypełniona, zdając się nie ustępować nawet tykaniu przywieszonego zegara. Słowa te, w ustach Kimboltona zabrzmiały bardziej jak przemyślenie z domieszką drobnej uszczypliwości, na prostacki i bezpośredni język nieetykietalnego wampira. Samozwańczy Hrabia połączył palce obu dłoni, rozsiadając się jeszcze wygodniej i przekładając z nogi na nogę. Widocznie ważąc słowa Greer'a, oceniając je z ostrożnością, nabrał powagi i pozwolił fasadzie własnej szydery po prostu zniknąć. Zagrożenie Sabbatu nie pozwalało na żarty - nawet jeśli ofiarami były brudne bezklanowce.
- Odważnie sobie poczynają... Niechybnie zaznaczają terytorium. Fakt, że Twój nowy piesek przeżył starcie świadczy wyłącznie o tym, że napastnik również był ledwie świeżym nabytkiem. Zwiększają szeregi. Hycle puszczają szczeniaki ze smyczy. Sprawdzają nas. Niedobrze - Percival przeniósł wzrok na Noaha, ledwie chwile, jakby oceniając jego osobę od stóp do głów. Próżno doszukiwać można było w spojrzeniu szacunku, czy chociażby uznania, nie większej niż zatroskany rolnik spoglądający na niechcianego lisa, który znalazł przejście przez ogrodzenie. Zwierzę było sprytne i zaradne, nie mniej, nie chciane i trzeba było je uśpić nim dojdzie do kurnika. Kimbolton spochmurniał, widocznie niepocieszony faktem, że ktoś próbował dostać się do jego grzędy. Pytanie było tylko jedno: kto tutaj był lisem? Sabatnik... Czy Noah?
Szeryf westchnął ciężko i teatralnie, jakby dając upust chwilowemu przemyśleniu i niewygodnej myśli. Przeniósł wzrok ponownie na starszego Pariasa- Co wasz piesek potrafi, poza niechcianym szczekaniem i przeżywaniem ataków zgłodniałych kundli? - Kimbolton skierował słowa do Greer'a, gestem jednak, wyraźnym i władczym, pozwalając Johnstonowi dojść do głosu.
Percival Kimbolton, Wygląd | 
» Nonszalancja przemieszana z dżentelmeńską elegancją zdaje się towarzyszyć wyrafinowanej uprzejmości i drapieżnemu usposobieniu. Percival Kimbolton jest człowiekiem wysokiego statusu i wysokiej klasy: świadczy o tym nie tylko zawsze wyszukany wygląd dopasowany do sytuacji, co sposób chodu, zachowania i obycia. Głowa, zwykła spoglądać na wszystkich wyniośle, faktem jest jednak, że poczucie to może wzmacniać blisko dwumetrowy wzrost postaci. To fakt, spokrewniony ten, tytułujący się samozwańczo “Hrabią” jest istotą nie-niską, dobrze zbudowaną, która na pierwszy rzut oka zwraca uwagę na przymioty zdrowego ciała i wysportowanej sylwetki. Chociaż w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że posiada ciało sportowego atlety, czy też siłacza, nie można odmówić mu tężyzny i witalizmu.
Włosy o kolorze miedzianym, zdają się wiecznie uczesane na tył, ulizane do podstawy czaszki tak, że zakrywają nawet sprawnie ukryty przedziałek. Zadbana, przystrzyżona broda - chociaż tak niemodna na salonowej gościnie - nadaje mężczyźnie nie tylko szorstkości charakteru, ale także pociągłości twarzy, budząc pełne skojarzenia z powiązaniem ze światem innym niż salonowy, bardziej dzikim, nieznanym i obcym wśród dwornych balów.
To jednak oczy budzą największe zakłopotanie: drapieżne, agresywne i bystre, utopione w błękitnym odcieniu, sprawiają wrażenie niepohamowanych, gwałtownych i kpiąco wyzywających rozmówcę.
Samozwańczy Hrabia jest drapieżny, widać to po jego zachowaniu, ruchach i obyciu. Groteskowość i subtelne wyrachowanie nie skrywa impulsywności wyraźnych zachowań, które nawet skryte pod maskami uprzejmości wybijają się podczas konwersacji.

Dodatkowe informacje | 
Brak.

Legenda Kolorów Języka | 
Francuski, Niemiecki, Dialekt rdzenny indian, Holenderski, Zulu

Re: .Głód wolności i krwi

#33
Żółtodziób dalej starał się utrzymać kamienny wyraz na twarzy, co było trudnym zadaniem, gdyż każda cząstka jego ciała przeżywała ogromny stres, wywołany zwierzęcą prezencją Szeryfa. Na razie Noah dawał radę powstrzymywać swoje odruchy, jednak w konsekwencji wewnętrznej walki ze strachem, umykały mu pewne niuanse rozmowy. W tej chwili skupiał się wyłącznie na oczywistych informacjach, jakie zdradzał Szeryf.
Pierwsza wskazówka ujawniała postawę hrabiego względem starszego bezklanowca, która nacechowana była zaskakująco dużą dawką tolerancji. W przypadku niewłaściwego zachowania nowicjusza natychmiastowo została zastosowana groźba surowej kary, natomiast Greer nie zmienił swojego ulicznego stylu wypowiedzi nawet w obecności przełożonego, zaś ten nie wyciągnął z tego konsekwencji, jedynie pokusił się o kpinę. Wyglądało na to, że James nie bał się wyrażać własnych myśli przed potworem go nienawidzącym.
Kolejny raz w przeciągu tej nocy Johnston usłyszał o Sabbacie stojącym w opozycji do Camarilli. Jeśli Sabbat przyjmował w swoje szeregi włochate małpy, istnych degeneratów społecznych, nie życzył im wielkiego sukcesu. Odnotował wyrażone obawy przez Szeryfa, któremu nie przypadło do gustu testujące posunięcia przeciwnika. Noah ucieszył się w duchu, bo na ten moment Kimbolton nie wiedział o właściwym powodzie ataku Sabbatu na Pariasów, co z kolei oznaczało, iż nie miał na ręce wszystkich kart — nie znał wszystkich informacji.
Gest Szeryfa pobudził Noaha. Zanim otworzył usta, poprawił swoją służebną postawę i czekał na dobry moment na mówienie. Starał się przypominać dobrze wyszkolonego lokaja, którego obecność nigdy nie była nachalna, a wręcz zapominało się o nim do momentu pojawienia się potrzeby do zrealizowania.
— Jestem tanatopraktorem, przygotuję zmarłych do wiecznego spoczynku w moim domu pogrzebowym — przemówił głosem wyraźnym, lecz nie głośnym, aby nie irytować szlacheckiego sadysty. Rzekł także krótko i na temat, bo brak statusu ograniczał swobodę wypowiedzi. Jednak dawny lekarz nieświadomie nasycił swoją wypowiedź dumą, ponieważ droga jaką pokonał do stania się balsamistą była niezwykle trudna.
— Czy podać panu Szeryfowi laskę? — niespodziewanie zapytał, ale uczynił to z szacunkiem i w dobrej woli.
Hrabia opuścił swoją laskę, która dalej leżała na ziemi. Noah nie zignorował tego faktu i zamierzał ukazać swoją pokorę i użyteczność, o ile otrzyma na to przyzwolenie.
Noah Johnston, Wygląd | 
» Noah Johnston był tej nocy ubrany w szarą kamizelkę, koszulę, spodnie i stare półbuty. To nie były jego ubrania, zapewne należały do robotnika dobrze prosperującego na poziomie swojej klasy, jakością materiału nie wychodzącą poza stonowaną przeciętność, przynajmniej wampir wyglądał w miarę schludnie. Na wierzch założył znoszony płaszcz oraz owinął szyję szalikiem w czarnoczerwoną kratę. Pachniał szarym mydłem zapachem przypominającym pralnię, a nie kosmetyk godny dżentelmeńskiej skóry. Szarość była kluczowa w prezentacji Noaha, gdyż gdyby nie jego wykształcenie wraz z wpojonymi manieryzmami, uchodziłby za typowego zjadacza chleba, niewartego uwagi czy poważania wśród klas wyższych. Kaszkiet był kropką nad i, domykającą obraz Noaha z dzisiejszej nocy.

Dodatkowe informacje | 
    — Przetrwał walkę na arenie Szeryfa, pokonując wampira Sabbatu. Noah walczył jak dzikus, nieumiejętnie, w szale i tylko łut szczęścia zadecydował o jego wygranej.
    — Wśród tłumów jest nieswój, denerwuje się, ma problemy z utrzymywaniem uwagi. Wydaje się nieśmiałym gościem.
    — Niedawno spokrewniony.

Legenda Kolorów Języka | 
Łacina

Re: .Głód wolności i krwi

#34
Nagła zmiana w atmosferze była widocznie odczuwalna. Bardzo poważnie zostały przez Kimboltona odebrane wieści o ataku wampira Sabbatu. Rozprawianie się z zagrożeniem ze strony tych potworów były jednym z jego obowiązków, to też głębsze przemyślenie i powaga, jakie zastąpiły jeszcze chwilę temu obecną atmosferę grozy nie były zaskakujące. Na głos analizował sytuację, jaka miała miejsce, jednocześnie informując młodsze wampiry o obecnej strategii nieprzyjaciela, zdradzając przy tym swoje niezadowolenie.
Greer również popadł w zamysł, słuchając słów Szeryfa z uwagą, powstrzymując się teraz od rzucania komentarzy w tym momencie. Wyraz jego twarzy i zmarszczone brwi wskazywały na to, że najpewniej analizował w głowie to co zostało mu przekazane. Zagrożenie to uderzało w końcu bezpośrednio w jego podopiecznych. Co jeśli Noah nie miał być jedynym apetycznym kąskiem dla wampirów Sabbatu? W końcu porzuceni, niechciani przez nikogo pariasi byli drugim w kolejności, po shovelheadach, idealnym materiałem na mięso armatnie.
Cisza przemyśleń zebranych w pomieszczeniu nieumarłych została po raz kolejny przerwana przez Toreadora, zainteresowanego teraz zdolnościami i wiedzą, jakie posiadał żółtodziób. Pytając, miał na myśli oczywiście to, co miało się przydać w jego nieżyciu, i nie tylko jemu, ale przede wszystkim jego przełożonym. W pierwszej kolejności usta otworzył Johnston, mówiąc krótko o swoim zawodzie i... niczym więcej. Nim Greer miał szansę powiedzieć coś więcej, młody parias wyszedł ze służalczą chęcią i pytaniem o podniesienie leżącej laski, co spotkało się z krzywym spojrzeniem ze strony jego opiekuna.
Reakcja Kimboltona była równie niespodziewana, co pytanie stojącego przed nim 'kundla'. Nie był to ani rubaszny śmiech ani przepełnione grozą warknięcie, a lekkie, nieco niechętne skinięcie głową i wzrok wbity teraz w Noaha, który niemalże klęknął przed Szeryfem, wyciągając dłoń po jego laskę. Gdy za nią złapał, można było odnieść wrażenie, jakby zamarł na kilka dobrych sekund, by wreszcie ostrożnie i z szacunkiem unieść przedmiot, oczekując aż siedzący przed nim Spokrewniony go odbierze.

Re: .Głód wolności i krwi

#35
Wyciągnął dłoń w stronę Noaha, chwytając delikatnie podawany z należytą estymą przedmiot. Na jego twarzy pojawiło się zaintrygowanie, które wszyscy zebrani mogli odczytać jako oznakę uznania. Kimbolton - chociaż nastawiony wyraźnie antagonistycznie do bezklanowej dwójki - sprawiał wrażenie wielce zadowolonego z właściwego uniżenia i znalezienia swojego miejsca głęboko na tyłach szeregu wampirzej hierarchii.
Trzymając laskę jedną ręką przejechał drugą dłonią po fakturze drewna. Wysilił się na lekki chichot oceniając etykietalność bezklanowca. Zupełnie tak jakby ten akt przerwał fasadę powagi wyłaniającą się podczas rozważań kwestii Sabbatu. Pokiwał głową - Ha. To ciekawe. Naprawdę ciekawe. Nie dość, że wie kiedy warować to jeszcze kijka przynosi... Umie też szczekać na komendę. Skąd Ty ich bierzesz Greer? - zarechotał próżno, jakby z żartu który nawet śmieszny przecież nie był. Pławiąc się we własnym upadlaniu zastukał palcami i skierował czubek laski prosto w stronę piersi Noaha. Na linii serca.
- Odważne posunięcie bezklanowcu. Odważnie sprawdzać aurę przedmiotów, których właścicieli należy się obawiać i przestrzegać. Dlatego teraz powiedz: co stoi na przeszkodzie bym docisnął podany mi przedmiot do końca. Hm...?
Percival Kimbolton, Wygląd | 
» Nonszalancja przemieszana z dżentelmeńską elegancją zdaje się towarzyszyć wyrafinowanej uprzejmości i drapieżnemu usposobieniu. Percival Kimbolton jest człowiekiem wysokiego statusu i wysokiej klasy: świadczy o tym nie tylko zawsze wyszukany wygląd dopasowany do sytuacji, co sposób chodu, zachowania i obycia. Głowa, zwykła spoglądać na wszystkich wyniośle, faktem jest jednak, że poczucie to może wzmacniać blisko dwumetrowy wzrost postaci. To fakt, spokrewniony ten, tytułujący się samozwańczo “Hrabią” jest istotą nie-niską, dobrze zbudowaną, która na pierwszy rzut oka zwraca uwagę na przymioty zdrowego ciała i wysportowanej sylwetki. Chociaż w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że posiada ciało sportowego atlety, czy też siłacza, nie można odmówić mu tężyzny i witalizmu.
Włosy o kolorze miedzianym, zdają się wiecznie uczesane na tył, ulizane do podstawy czaszki tak, że zakrywają nawet sprawnie ukryty przedziałek. Zadbana, przystrzyżona broda - chociaż tak niemodna na salonowej gościnie - nadaje mężczyźnie nie tylko szorstkości charakteru, ale także pociągłości twarzy, budząc pełne skojarzenia z powiązaniem ze światem innym niż salonowy, bardziej dzikim, nieznanym i obcym wśród dwornych balów.
To jednak oczy budzą największe zakłopotanie: drapieżne, agresywne i bystre, utopione w błękitnym odcieniu, sprawiają wrażenie niepohamowanych, gwałtownych i kpiąco wyzywających rozmówcę.
Samozwańczy Hrabia jest drapieżny, widać to po jego zachowaniu, ruchach i obyciu. Groteskowość i subtelne wyrachowanie nie skrywa impulsywności wyraźnych zachowań, które nawet skryte pod maskami uprzejmości wybijają się podczas konwersacji.

Dodatkowe informacje | 
Brak.

Legenda Kolorów Języka | 
Francuski, Niemiecki, Dialekt rdzenny indian, Holenderski, Zulu

Re: .Głód wolności i krwi

#36
Podjęte ryzyko przyniosło dość ironiczne konsekwencje, ponieważ laska Szeryfa wycelowana w pierś bezklanowca wywołała w nim upiornie dogłębne uczucie déjà vu. Jego twarz zdradzała zdenerwowanie, stres, ale nie zdziwienie, jakby przewidział swój los.
Noah postanowił w pełni przyjąć uniżoną pozycję. Uklęknął na oba kolana niczym katolik składający cześć prawdziwemu Bogu, oddał pokłon wiekowej potędze. Parias mógł teraz błagać o życie, gdyż popełnił czyn godny srogiej kary, ale nie zamierzał tego uczynić. Był pogardzany przez silniejszego wampira, sprowadzony do roli nędznego psa. To przynosiło upokorzenie młodemu wampirowi, niemniej postanowił szczerze przyjąć ten ból. Nie wypierał go, zaakceptował swój los. Stał się psem.
— Szeryfie, stoi przed panem zysk. Decyduje pan o losie psów posiadających panów. Napastnik, który mnie zaatakował uciekł, więc ma dokąd wracać — mówił głosem nasyconym determinacją. Noah emanował strachem, ale nie uciekał od niego. Podjął walkę z własnym przerażeniem, aby móc wyzwolić swoje słowa.
— Spokrewnienie obdarzyło mnie widzeniem. Widzę aury, ale nie tylko. Jestem w stanie dojrzeć dusze tych, którzy nie dotarli na drugą stronę i tułaczą się po tym świecie. Kiedy piję krew pochłaniam wspomnienia ludzi — ujawniał swoje zdolności przez egzekutorem, a kiedy to robił, patrzył mu prosto w oczy. Noah w tym momencie chciał być prześwietlany, nie ukrywał niczego.
— Odnajdę siedliszcze, w którym gnieżdżą się członkowie Sabbatu. Jestem nikim, więc nie zasługuję na nagrody. Jestem nikim, więc moja zguba nie zaszkodzi. Proszę jedynie o szansę.
Noah Johnston, Wygląd | 
» Noah Johnston był tej nocy ubrany w szarą kamizelkę, koszulę, spodnie i stare półbuty. To nie były jego ubrania, zapewne należały do robotnika dobrze prosperującego na poziomie swojej klasy, jakością materiału nie wychodzącą poza stonowaną przeciętność, przynajmniej wampir wyglądał w miarę schludnie. Na wierzch założył znoszony płaszcz oraz owinął szyję szalikiem w czarnoczerwoną kratę. Pachniał szarym mydłem zapachem przypominającym pralnię, a nie kosmetyk godny dżentelmeńskiej skóry. Szarość była kluczowa w prezentacji Noaha, gdyż gdyby nie jego wykształcenie wraz z wpojonymi manieryzmami, uchodziłby za typowego zjadacza chleba, niewartego uwagi czy poważania wśród klas wyższych. Kaszkiet był kropką nad i, domykającą obraz Noaha z dzisiejszej nocy.

Dodatkowe informacje | 
    — Przetrwał walkę na arenie Szeryfa, pokonując wampira Sabbatu. Noah walczył jak dzikus, nieumiejętnie, w szale i tylko łut szczęścia zadecydował o jego wygranej.
    — Wśród tłumów jest nieswój, denerwuje się, ma problemy z utrzymywaniem uwagi. Wydaje się nieśmiałym gościem.
    — Niedawno spokrewniony.

Legenda Kolorów Języka | 
Łacina

Re: .Głód wolności i krwi

#37
Cisza.

Przeszywająca i niekomfortowa. Tykanie zegara jakby ustało, w chwili gdy wskazówki pod ciężarem sytuacji przestały wydawać z siebie charakterystyczny tykot. Powietrze stężało. Aura zdawała się przytłaczać. Wszystko to było niepokojące - zupełnie tak, jakby wampir swoją pozą wytwarzał takie poczucie, tworzył takie emocje w samym otoczeniu.
Nie przeszkadzało mu to. Pozwolił tej chwili trwać. Noszona razem z nią niepewność sprawiała wrażenie pławienia się w zadowoleniu. Samozwańczy Hrabia milczał, patrząc jak bezklanowiec wije się i wygina z próbą pokazania należytego szacunku. Stawiając swoje miejsce we właściwej i należytej w tym świecie hierarchii. Można było uznać, że wyraźna satysfakcja Kimboltona syciła jego poczucie ego na tyle by mógł pławić się w niej jeszcze dłużej - tak jednak, ku zaskoczeniu zebranych, wcale nie było.
Percival patrzył na pariasa ze smutkiem, wyraźnym smutkiem trwającym ledwie kilka sekund, które mógł zauważyć zarówno Greer jak i błagający o przebaczenie parias - jeśli tylko odważył się podnieść głowę by spojrzeć w twarz swojego sądownika. Zachowanie Noaha wzbudziło w jakiś sposób w samym Kimboltonie pewną emocję, nikłą, acz wyraźną w swoim przebłysku. Potwór z jakim przyszło im się teraz widzieć, zaledwie jakby na chwilę stężał i zastygł w bezruchu, pokazując swoje kruche, acz ludzkie oblicze.
- Jest pewna lekcja... - zaczął, stając z fotela. Przestał celować laską w stronę serca pariasa, jednocześnie trzymając przedmiot dalej wysoko w swojej ręce - ...którą musisz wynieść. Lekcja, którą i ja wyniosłem i wyniesie ją każdy z nas jeśli nie chce stanowić zagrożenia dla naszej społeczności, Bezpańczyku - skierował w stronę pariasa swoją dłoń w jasnym i wyczekiwanym geście. Pozwalając mu pocałować ją w geście uznania, jasno zaznaczył swój status i jeszcze bardziej upodlił. Nie czekał jednak na to czy wampir podejmie ten krok. Kontynuował:
- Jesteśmy drapieżnikami Mój Drogi. Jesteśmy w jasnej hierarchii, w jasnej uformowanej strukturze z jasnym celem i jasnym założeniem istnienia. Nasza egzystencja kierowana jest przez tych, którzy wiedzą, dla tych którzy wiedzę muszą dopiero pozyskać. Gdzie silni mówią, słabi słuchają - nagła wibracja, świst powietrza tak szybki, że nie trwał nawet sekundy. Drewniany obiekt, wcześniej trzymany w dłoni za pomocą niezwykłego zrywu i pędu napędzanej akceleracji przebił tworzoną atmosferę niczym nóż. Nie, nie nóż... Raczej skalpel. Jeśli Noah nie próbował uciec, jeśli nie zdążył, nie zauważył lub nie zareagował posłusznie: czuł potężny cios wymierzony prosto w dłoń. Po nim kolejny, zadany w bok podbrzusza, nogi, bark czy plecy. Drewniana laska skrzypiała w chwili katowniczego batożenia, raz za razem, nie łamiąc się pod nasadą ciosów. Parias mógł zrozumieć czemu: metalowy rdzeń wewnątrz drewna tak bardzo odczuwalny w chwili mierzenia sromoty zdawał się utrzymywać konstrukcję w ryzach - jednocześnie łamiąc kości.
- JESTEŚ SŁABY CHŁOPCZE! SŁABY! - prędkości ciosów nie miała ustępować, celowana prosto w ciało wampira, dążyła do przybicia go do ziemi, obezwładnienie i złamanie w duchu i ciele. Jednocześnie celowo omijała głowę oraz serce - nie chcąc dać mu przywileju szybkiej śmierci - ŚWIAT NALEŻY DO SILNYCH, ZAŚ TY WYCHODZISZ PRZED SZEREG. TY?! KIM JESTEŚ BY ROBIĆ TEN KROK! LEDWIE PYŁEM! ŚCIERWEM BEZ STWÓRCY! WYPLUTYM BŁĘDEM I ODRZUTKIEM! - metalowy rdzeń drżał, gdy okuta nim laska zadawała kolejne ciosy. Kimbolton czekał aż ofiara przestanie się ruszać, zbyt słaba by wykonać chociaż najmniejszy gest czy skinieniem. Zbyt słaby by mógł zacząć krzyczeć w przestrachu.
- JESTEŚ POMYŁKĄ. MUTACJĄ. EWOLUCYJNYM OCHŁAPEM. DARWINISTYCZNYM ŻARTEM - gdyby musiał, wypuściłby teraz ze świstem powietrze. Mimo to jednak tego nie zrobił, jego martwe- od tylko Stwórca wie ilu lat - płuca, nie potrzebowały filtrować tlenu. Nie czuły zmęczenia. Jeśli parias leżał nieruchomy, acz jeszcze przytomny, Kimbolton chwyciłby jego okrwawione włosy i pociągnął drapieżnie z głową do góry.
- Czasem psa trzeba potraktować kijem by zrozumiał swoje miejsce w stadzie. Dychasz, bo mówiłeś z sensem. Pokażesz swoją przydatność. Moje gratulacje - puścił go z impetem, pozwalając wsiąknąć w podłogę i oddać się słodkiej nicości.

- Greer. Zabierz go stąd do Mojej Domeny. Zadbaj tylko by się zregenerował. Udowodni czy potrafi coś więcej niż tylko gadanie. I na Boga, posprzątaj tutaj następnym razem jak mnie zaprosisz. .
Percival Kimbolton, Wygląd | 
» Nonszalancja przemieszana z dżentelmeńską elegancją zdaje się towarzyszyć wyrafinowanej uprzejmości i drapieżnemu usposobieniu. Percival Kimbolton jest człowiekiem wysokiego statusu i wysokiej klasy: świadczy o tym nie tylko zawsze wyszukany wygląd dopasowany do sytuacji, co sposób chodu, zachowania i obycia. Głowa, zwykła spoglądać na wszystkich wyniośle, faktem jest jednak, że poczucie to może wzmacniać blisko dwumetrowy wzrost postaci. To fakt, spokrewniony ten, tytułujący się samozwańczo “Hrabią” jest istotą nie-niską, dobrze zbudowaną, która na pierwszy rzut oka zwraca uwagę na przymioty zdrowego ciała i wysportowanej sylwetki. Chociaż w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że posiada ciało sportowego atlety, czy też siłacza, nie można odmówić mu tężyzny i witalizmu.
Włosy o kolorze miedzianym, zdają się wiecznie uczesane na tył, ulizane do podstawy czaszki tak, że zakrywają nawet sprawnie ukryty przedziałek. Zadbana, przystrzyżona broda - chociaż tak niemodna na salonowej gościnie - nadaje mężczyźnie nie tylko szorstkości charakteru, ale także pociągłości twarzy, budząc pełne skojarzenia z powiązaniem ze światem innym niż salonowy, bardziej dzikim, nieznanym i obcym wśród dwornych balów.
To jednak oczy budzą największe zakłopotanie: drapieżne, agresywne i bystre, utopione w błękitnym odcieniu, sprawiają wrażenie niepohamowanych, gwałtownych i kpiąco wyzywających rozmówcę.
Samozwańczy Hrabia jest drapieżny, widać to po jego zachowaniu, ruchach i obyciu. Groteskowość i subtelne wyrachowanie nie skrywa impulsywności wyraźnych zachowań, które nawet skryte pod maskami uprzejmości wybijają się podczas konwersacji.

Dodatkowe informacje | 
Brak.

Legenda Kolorów Języka | 
Francuski, Niemiecki, Dialekt rdzenny indian, Holenderski, Zulu

Re: .Głód wolności i krwi

#38
Choć Johnston dopiero wykonywał swoje pierwsze kroki, ucząc się podstaw nieżycia i poznając jak funkcjonują i czym kierują się nieumarli, instynktownie zaczął grać w ich grę. Jego próba pozyskania nadnaturalnymi metodami informacji o Szeryfie pokazała, że rzeczywiście coś wie i coś potrafi. Pokazał również swoją zdolność do podstępu. Sposób w jaki to zrobił, jednakże, pozostawiał dużo do życzenia. Staremu Toreadorowi nie mogło umknąć to, co Noah zrobił, najpewniej doskonale rozumiejąc działanie dyscypliny, jaką parias użył na jego lasce znajdującej się w zasięgu jego wzroku.
Szeryf był cierpliwy. Czekał i obserwował, analizując każdy ruch i słowo płaszczącego się przed nim kundla. Parias zrozumiał, w jak fatalnej sytuacji się teraz znalazł. Nie brał pod uwagę możliwości, że jego podstęp zostanie wykryty, gdyż wciąż był niedoświadczony w użytkowaniu swoich stosunkowo nowo nabytych mocy. Miał jednak nadzieję, że jego nietakt zostanie mu wybaczony i nie spotka go ostateczna śmierć tej nocy, choć miał świadomość, jak blisko mrocznego losu się w tej chwili znajdował.
Jego mentor nie mógł mu teraz pomóc. Czy zrobiłby to gdyby mógł w obliczu sytuacji, jaką Johnston sam stworzył? Ostrzegał go wszakże. Ostrzegał. Teraz mógł jedynie patrzeć z zawodem na swojego podopiecznego, klęczącego i proszącego o szansę, zapewniającego Hrabię o swojej potencjalnej użyteczności w służalczej, uniżonej, właściwej mu pozycji.
Moment ciszy powodował coraz to większe napięcie, a gdy Percival rozpoczął swój monolog, podciągając swe nieumarłe ciało do pozycji stojącej, James skrzywił twarz i spuścił na moment głowę, jakby wiedząc, co miało za chwilę nastąpić.
Intencją Szeryfa było dobitne pokazanie podwładnemu jego miejsca, jak i również podkreślenia własnej pozycji w hierarchii Spokrewnionych. Była to lekcja, jakiej Noah miał nigdy nie zapomnieć.
Spokój przeminął, gdy padły pierwsze uderzenia wymierzone w żółtodzioba. Ten mógł się próbować bronić, mógł walczyć, oczywiście. Czy był jednak gotów podjąć się takiego ryzyka wiedząc, że zasłużył na wymierzoną mu karę? Czy był zdolny wytrwać ten ból i upokorzenie? Musiał być, inaczej czekał go koniec. Dźwięk drewnianego kija łojącego ciało nieumarłego z ogromną siłą i uniesiony głos Kimboltona wypełniły ściany apartamentu. Greer jedynie kątem oka spoglądał na to, co się dzieje, kręcąc lekko głową w geście niezadowolenia i zawodu.
Dopiero w momencie, gdy Noah leżał na podłodze zakrwawiony, połamany i bez sił, niezdolny do ruchu, oporu i odzewu, chłosta się skończyła, a jego kat obwieścił mu radosną nowinę - jego egzystencja nie zostanie zakończona tej nocy. Jego prośba miała zostać spełniona. Szeryf wkrótce opuścił apartament, zostawiając żółtodzioba z jego opiekunem, mającym zabrać go teraz do lwiego leża.
ImageCo za cholerny dureń z ciebie. Ale przynajmniej przetrwałeś. Zobaczymy jak długo. — Rzucił w stronę bezwładnie leżącego truchła młodego wampira. Pomiędzy długimi momentami, kiedy niezdolny do ruchu, oszołomiony Noah poddawał się własnym myślom, starszy Parias zdobył pożywienie, dzięki któremu żółtodziób mógł pozyskać dość vitae, by zacząć powoli regenerować rany, a następnie zorganizował transport, by przewieźć go, wedle polecenia Szeryfa, do wyznaczonego miejsca. Na wpół 'przytomny' Johnston nie był w stanie stwierdzić ile czasu minęło, ani jak długą drogę przebył. Na jej końcu zdołał jedynie usłyszeć stłumione głosy rozmawiających ze sobą mężczyzn, nim wreszcie odzyskawszy siły zdał sobie sprawę, że znajduje się w całkowitej ciemności. Dochodziły go tutaj odgłosy zwierząt znajdujących nieopodal. Głośne okrzyki goryli, czy warczenie tygrysów były nazbyt wyraźne. Wymacawszy metalowe ściany niedużego pomieszczenia, w którym się znajdował, prędko mógł zdać sobie sprawę, że znajdował się w potrzasku. W środku nie było klamki, ani żadnej możliwości otwarcia drzwi od wewnątrz. Czy ktoś zamknął go w klatce jak zwierzę? I gdzie podział się James?

Re: .Głód wolności i krwi

#39
Ucałował dłoń egzekutora.
A potem zaznał kaźni, kiedy oddał katowi swoją godność. Fizyczny ból, wymierzany laską rozpędzoną do niewiarygodnej prędkości, łamał ducha i ciało, odgłosy zmiażdżanej powłoki wymieszały się z krzykiem pogardy, dając początek torturze.
Noah na początku zasłaniał się, próbował przyjąć uderzenia na przedramiona, jednak wkrótce kończyny osłabły. Wampir po opuszczeniu gardy, za sprawą kolejnego ciosu, upadł na ziemię. Zniósł tylko kilka batów, potem poddał się cierpieniu.
Krwawe łzy spłyęły mu po policzkach. Ostatkami sił chwycił za swoją obrączkę i zamarzył o powrocie do domu, do poprzedniego życia. Przywitała go pustka.
Było mu głupio, kiedy w przebłyskach świadomości James dostarczał mu vitae. Wychowanek odnosił wrażenie, że zawiódł jedynego Spokrewnionego, który był w stanie mu pomóc. Wstyd, jaki zawładnął Noahem był wręcz namacalny. Aby nie pogrążać się jeszcze bardziej, żółtodziób starał się zachowywać zupełnie pokornie, na tyle, ile pozwalał mu stan zdrowia.

Dopiero pełne przebudzenie w ciemności otrzeźwiło Johnstona. Najpierw zawładnęła nim panika. Po omacku próbował wybadać nieznaną przestrzeń, a kiedy nie udało mu się wydostać, usiadł bezradny.
Dał sobie chwilę na uporządkowaniu myśli. Najpierw starał się odtworzyć wspomnienia z interakcji z Szeryfem. Nie było to łatwe zadanie, lecz Johnston miał na to czas. Powtarzał w głowie na nowo spotkanie z katem do momentu stonowania emocji. Noah musiał ze spokojem przyswoić lekcję, a także przeanalizować własne wnioski.
Młody wampir następnie zaczął analizować odgłosy otoczenia. Słyszał dzikie zwierzęta, czyżby zoo Lincolna? Być może znajdował się na terenie prywatnej posesji Szeryfa, ale czy posiadał on środki, żeby ufundować sobie zwierzyniec? Dlaczego akurat tutaj trafił Noah, jakie miało to znaczenie? Szeryf miał fioła na punkcie kontroli i wybrany przeń teren z całą pewnością to odzwierciedlał.
W tym momencie priorytetem żółtodzioba było określenie swojego położenia geograficznego, więc potrzebował wskazówek. Wykorzystując samotność w ciemności, zescalenie z własnym umysłem, użył Astralnego Dotyku na powierzchni więzienia. Być może klatka byłaby zdolna do transportu, a to oznaczałoby, iż ktoś wchodził z nią w kontakt.
Noah Johnston, Wygląd | 
» Noah Johnston był tej nocy ubrany w szarą kamizelkę, koszulę, spodnie i stare półbuty. To nie były jego ubrania, zapewne należały do robotnika dobrze prosperującego na poziomie swojej klasy, jakością materiału nie wychodzącą poza stonowaną przeciętność, przynajmniej wampir wyglądał w miarę schludnie. Na wierzch założył znoszony płaszcz oraz owinął szyję szalikiem w czarnoczerwoną kratę. Pachniał szarym mydłem zapachem przypominającym pralnię, a nie kosmetyk godny dżentelmeńskiej skóry. Szarość była kluczowa w prezentacji Noaha, gdyż gdyby nie jego wykształcenie wraz z wpojonymi manieryzmami, uchodziłby za typowego zjadacza chleba, niewartego uwagi czy poważania wśród klas wyższych. Kaszkiet był kropką nad i, domykającą obraz Noaha z dzisiejszej nocy.

Dodatkowe informacje | 
    — Przetrwał walkę na arenie Szeryfa, pokonując wampira Sabbatu. Noah walczył jak dzikus, nieumiejętnie, w szale i tylko łut szczęścia zadecydował o jego wygranej.
    — Wśród tłumów jest nieswój, denerwuje się, ma problemy z utrzymywaniem uwagi. Wydaje się nieśmiałym gościem.
    — Niedawno spokrewniony.

Legenda Kolorów Języka | 
Łacina

Re: .Głód wolności i krwi

#40
W otaczającym Johnstona mroku, gdy przeminął strach i panika, a ich miejsce zajął spokój i logiczna myśl, wampir mógł zacząć analizować swoją sytuację. Pozostawał ślepy, skąpany w ciemności, otoczony zwierzętami. Posiadał jednak coś, czego dzikie bestie nie miały, wampirze dyscypliny. Po raz kolejny tej nocy, tym razem w mniej niebezpiecznych - potencjalnie - warunkach, użył mocy nadwrażliwości, próbując wydobyć z aury obiektu, w którym się znajdował, jakiekolwiek przydatne informacje.
Ciemność. Wampira przeszyły na wskroś zapisane w aurze obiektu chaotyczne, acz intensywne emocje; gniew, furia, strach, panika, poczucie ilozacji, zagubienie. W mroku czuć gniewne, desperackie warczenie dzikich zwierząt i ich nieudolne próby wydrapania sobie pazurami drogi ucieczki. Jest tam również uczucie pobudzonej, wampirzej vitae i echo potężnych uderzeń pięści.
Odzyskując pełną świadomość, Noah wciąż miał w sobie echo emocji stworzeń, które były w tej klatce przed nim. W raptem parę minut zdołał jednak otrząsnąć się z tego i wrócić do siebie. Nie wydawało się jednak, by żółtodziób mógł w ten sposób dowiedzieć się gdzie się znajdował. Pozostało mu czekać na rozstrzygnięcie jego dalszego losu. Wszystko było w tej chwili jedną wielką niewiadomą.

Re: .Głód wolności i krwi

#41
Kroki. Początkowo stłumione przez odgłosy otoczenia i zwierzęcego skowytu oraz wycia. Później zaś coraz wyraźniejsze, narastające odbicia obcasa coraz bardziej wyłaniające się w sferze dźwięku. To zabawne jak w ciemności szybko zdajemy sobie sprawę od uzależnienia co do jednego z naszych zmysłów. Upatrywanie świata w zwięzłej perspektywie, która jest równie trwała w naszym postrzeganiu co i zwyczajnie mylna. Bo przecież, widząc wszystko pod jednym kątem, jesteśmy w stanie zupełnie nie zauważyć całego obrazu wyłaniającej się sytuacji.
To ciemność rozgościła Noaha w chwili jego przebudzenia. To także ciemność opatuliła go woalem braku światła gdy próbował rozeznać się w swojej własnej, niejasnej wszak sytuacji. Parias musiał zrezygnować z jednego ze zmysłów, stępić potrzebę postrzegania oczami, skupiając się na słuchu i węchu, gdy wszystko inne zawodziło w swej mylności postrzegania.
Odgłosy obcasów uderzały o kamienny bruk, głuchy stukot sprawiał wrażenie powolnego tempa równego marszu, okutego obuwiem zdecydowanie mocniejszym, z metaliczną cholewą. Obuwia bez wątpienia bardziej obudowanego, twardo trzymającego stopę nosiciela i kostki posiadacza. Stukot ten, wcześniejszym echem, zdawał się zbliżać z każdym ruchem, zatrzymując przed jedną ze ścianek wnętrza jego niejasnego więzienia. Przy nim zaś towarzyszło coś jeszcze, jakby... pisk?
Coś zaskrzypiało, coś zapiszczało, gdy snop światła wlał się do środka, rozdzielając mroki i blaski, zalewając miejsce pariasa w widocznym półmroku. W chwili gdy drobna zasuwa została odsunięta z zewnątrz Noah mógł przyjrzeć się miejscu dokładniej: metalowa skrzynia, nie znacznie większa niż on sam, posiadała na sobie liczne ślady pazurów i zwierzęcego futra. Leżące na ziemi siano, niczym siennik przygotowany był do transportowania większych i mniejszych polowczyków - wywodzących się ze swojej drapieżnej natury. W świetle które dostało się do środka można było zauważyć, że światło ma odcień naftowej lampy. Położona wyraźnie pomiędzy klatką, a nieznanym dopiero co przyszłym osobnikiem, odbijało cień jego długich wojskowych butów.
- Lepiej się nażryj Nowy - głos nieznanego mężczyzny, sprawiał wrażenie chrypowatego i nieprzyjemnego w obyciu - Musisz zapewnić niezłą zabawę więc lepiej byś był o siłach. Polecam nie uronić ni kropli - nie pozostało nawet chwili na zadanie pytań, gdy przez otwór zasuwy zaczęły wylewać się źródła przedziwnych pisków. Gdy z zarzuconego wiadra do środka zaczęły wypadać kolejne długo ogoniaste szczury, wiercące się i wylewające, nie znające celu swojego przeznaczenia w tym miejscu - Bon Appetite pięknisiu! - scenę zakończył rechot, gdy zasuwa została znowu zakryta, zostawiając małe tylko ujście na tyle duże by pozwolić wejść światłu do środka, ale na nic więcej.
Percival Kimbolton, Wygląd | 
» Nonszalancja przemieszana z dżentelmeńską elegancją zdaje się towarzyszyć wyrafinowanej uprzejmości i drapieżnemu usposobieniu. Percival Kimbolton jest człowiekiem wysokiego statusu i wysokiej klasy: świadczy o tym nie tylko zawsze wyszukany wygląd dopasowany do sytuacji, co sposób chodu, zachowania i obycia. Głowa, zwykła spoglądać na wszystkich wyniośle, faktem jest jednak, że poczucie to może wzmacniać blisko dwumetrowy wzrost postaci. To fakt, spokrewniony ten, tytułujący się samozwańczo “Hrabią” jest istotą nie-niską, dobrze zbudowaną, która na pierwszy rzut oka zwraca uwagę na przymioty zdrowego ciała i wysportowanej sylwetki. Chociaż w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że posiada ciało sportowego atlety, czy też siłacza, nie można odmówić mu tężyzny i witalizmu.
Włosy o kolorze miedzianym, zdają się wiecznie uczesane na tył, ulizane do podstawy czaszki tak, że zakrywają nawet sprawnie ukryty przedziałek. Zadbana, przystrzyżona broda - chociaż tak niemodna na salonowej gościnie - nadaje mężczyźnie nie tylko szorstkości charakteru, ale także pociągłości twarzy, budząc pełne skojarzenia z powiązaniem ze światem innym niż salonowy, bardziej dzikim, nieznanym i obcym wśród dwornych balów.
To jednak oczy budzą największe zakłopotanie: drapieżne, agresywne i bystre, utopione w błękitnym odcieniu, sprawiają wrażenie niepohamowanych, gwałtownych i kpiąco wyzywających rozmówcę.
Samozwańczy Hrabia jest drapieżny, widać to po jego zachowaniu, ruchach i obyciu. Groteskowość i subtelne wyrachowanie nie skrywa impulsywności wyraźnych zachowań, które nawet skryte pod maskami uprzejmości wybijają się podczas konwersacji.

Dodatkowe informacje | 
Brak.

Legenda Kolorów Języka | 
Francuski, Niemiecki, Dialekt rdzenny indian, Holenderski, Zulu

Re: .Głód wolności i krwi

#42
Astralne dotknięcie ujęło niewidoczną gołym okiem tkaninę rzeczywistości, palce wodziły po wielobarwnych niciach stworzonych ze skrawków emocji. Noah wymusił drgania na kolorowym materiale, zawibrował on niczym sieć pająka potargana wiatrem. Wibracje zrodziły w mężczyźnie wizje, odcinając go od rzeczywistości na chwilę. Przyswojone informacje ujawniły poprzednich więźniów, jeden z nich był wampirem próbującym wyzwolić się z niewoli, a desperackim próbom towarzyszyła emocja dzikości. Czy udało mu się uwolnić? Czy stał się jak zamknięte zwierzę, pozbawione człowieczeństwa i wolnej woli?
Dźwięk kroków zwrócił uwagę żółtodzioba, który powrócił zmysłami do materialnego świata. Nasłuchiwał czujnie. Nie znał celu drogi pieszego ani jego zamiarów. Wkrótce nieznajomy zatrzymał się przy więzieniu Johnstona. Otworzył zasuwę i ujawnił jedynie swój nieprzyjemny głos. Wampir nie odezwał ani słowem, gdyż bał się przybysza, którego głos mieszał się z piskami. W momencie wyrzucenia do środka klatki stada szczurów, uwięziony w niej Noah krzyknął w panice. Dalej zachowywał się jak człowiek, czuł jak człowiek i reagował jak człowiek. Widok rozdrażnionych gryzoni wywołał w nim strach, bowiem tuzin szczurów było zdolnych zabić człowieka w tak małej przestrzeni, skazując go na zdychanie w mękach.
Więzień złapał się za twarz w zamierzeniu ochrony głowy i szyi przed kąsaniami szczurów. Dopiero po dłuższej chwili przyszło zrozumienie, że te zwierzątka nie stanowiły zagrożenia. Były jedzeniem. Dla niego.
Gniew.
Znowu Noah Johnston znajdował się w mroku izolacji przed światem. Najpierw uwięził go Greer, a teraz Kimbolton. Znowu musiał spożywać krew z szkodników. Poczuł się źle.
Ręce przesunęły się na włosy. Palce zacisnęły się na kosmykach, w porywie wściekłości Noah zaryczał i w furii rwał własne włosy. Zaryczał, uwalniąc nagromadzoną frustrację z całej nocy, jego krzyk niósł się po nieznanym miejscu. Zjednoczył się z odgłosami dzikich zwierząt.
A potem wampir, poczuciem upodlenia i wstydu, zaczał pić ze szczurów.
Noah Johnston, Wygląd | 
» Noah Johnston był tej nocy ubrany w szarą kamizelkę, koszulę, spodnie i stare półbuty. To nie były jego ubrania, zapewne należały do robotnika dobrze prosperującego na poziomie swojej klasy, jakością materiału nie wychodzącą poza stonowaną przeciętność, przynajmniej wampir wyglądał w miarę schludnie. Na wierzch założył znoszony płaszcz oraz owinął szyję szalikiem w czarnoczerwoną kratę. Pachniał szarym mydłem zapachem przypominającym pralnię, a nie kosmetyk godny dżentelmeńskiej skóry. Szarość była kluczowa w prezentacji Noaha, gdyż gdyby nie jego wykształcenie wraz z wpojonymi manieryzmami, uchodziłby za typowego zjadacza chleba, niewartego uwagi czy poważania wśród klas wyższych. Kaszkiet był kropką nad i, domykającą obraz Noaha z dzisiejszej nocy.

Dodatkowe informacje | 
    — Przetrwał walkę na arenie Szeryfa, pokonując wampira Sabbatu. Noah walczył jak dzikus, nieumiejętnie, w szale i tylko łut szczęścia zadecydował o jego wygranej.
    — Wśród tłumów jest nieswój, denerwuje się, ma problemy z utrzymywaniem uwagi. Wydaje się nieśmiałym gościem.
    — Niedawno spokrewniony.

Legenda Kolorów Języka | 
Łacina

Re: .Głód wolności i krwi

#43
Odsunięcia kawałku metalu dzielącego skąpanego w mroku żółtodzioba, a światła na zewnątrz, mogła wydawać się w tej sytuacji nawet nieco kojąca. Wreszcie wampir mógł lepiej zobaczyć co znajduje się dookoła niego. Te widoki już nie napawały otuchą. Ślady po poprzednich "mieszkańcach" tego nieszczególnie przytulnego, metalowego pudła, potwierdziły to, co zdradziły mu mgliste wizje. Dały do zrozumienia również to, że z pewnością Noah nie będzie tam ostatnim gościem.
Głos, który usłyszał nieumarły, nie należał do nikogo, kogo mógł znać. Ktokolwiek to był, niewątpliwie działał z ramienia Hrabiego. Strach jaki Noah odczuwał na widok napływające do klatki, małych, piszczących, wijących się stworzeń był ludzkim odruchem, którego jeszcze nie zdążył się wyzbyć po tak krótkim okresie czasu, przebywając dotychczas przez większość czasu w zamknięciu. Jako człowiek, rzeczywiście, mógłby mieć powody do obaw, gdyż banda wygłodniałych szczurów nie zostawiłaby wiele z żywej ofiary. Teraz jednak to on był tym, który miał się żywić, nie te paskudne szkodniki.
Ale zaraz, znów żywić się gryzoniami? To Noah miał mieć już za sobą. Skosztował niedawno ludzkiej krwi, wreszcie stając się powoli tym, kim miał teraz być; drapieżnikiem żerującym na krwi śmiertelników. Powrót do tego hańbiącego wampira czynu była mało przyjemną perspektywą, ale skoro był do czegoś przygotowywany, skoro miał być czyjąś atrakcją, a raczej o cyrkowe sztuczki tu nie chodziło, to musiał się przełamać i skorzystać z tej okazji, by się posilić. Trudno było rzec, kiedy miała nadarzyć się kolejna. Gdy wreszcie dał upust kotłującym się w nim emocjom, oddał się tej mało wysublimowanej uczcie. (Uzyskano 3 punkty krwi)
Zregenerowawszy swoje zasoby vitae niemalże w pełni, mógł znów w spokoju usiąść, mając teraz za towarzystwo nieduży, wpadający do klatki snop światła. Nie był już otoczony całkowitą ciemnością, co zdecydowanie było poprawą dla jego i tak fatalnej sytuacji. Cokolwiek planował dla niego Kimbolton nie mogło być przyjemne. Johnston musiał więc skorzystać z tej chwili wątpliwego spokoju i mentalnie przygotować się na cokolwiek czekało na niego za metalowymi drzwiami jego klatki.

Re: .Głód wolności i krwi

#44
Mimo towarzystwa światła, dalsze oczekiwanie było prawdziwą męką. Wciąż nie wiedząc co tak naprawdę czeka go w tym miejscu, mógł jedynie spekulować co do zamiarów Szeryfa. Noah był teraz najedzony, w pełni sił, teoretycznie gotów na cokolwiek miało dalej nastąpić. Dotarło do niego w którymś momencie, że po raz pierwszy był zdany tylko na siebie, i oczywiście łaskę Kimboltona. Greer nie miał możliwości mu tam pomóc, nawet gdyby chciał.
Po około godzinie, żółtodziób znów usłyszał jak ktoś się zbliża, a zwierzęta znów stały się niespokojne. Facet bliżył się do klatki wampira i rzucił chłodno pytaniem "Jesteś gotowy?". Jego głos różnił się od człowieka, który wcześniej zapewnił Johnstonowi pożywienie. Nie czekał na odpowiedź, a jedynie ostrym tonem kazał mu się cofnąć i trzymać z dala od drzwi. Można było usłyszeć ciągniętą przez niego metalową zasuwę po drugiej stronie, która w końcu zwolniła blokadę drzwi. Facet powoli je otwarł, przyglądając się nieumarłemu. W półmroku rozjaśnionym jedynie nieznacznie przez stojącą obok lampę naftową, ujrzał przed sobą wysokiego wzrostu, dobrze zbudowanego mężczyznę o ostrych rysach twarzy, lekkim zaroście pokrywającą znaczną jej powierzchnię, odzianego w brązowy garnitur, a także kaszkiet spod którego widać było surowe spojrzenie. Trzymając w prawej dłoni gruby, ciężki łańcuch ostrzegł żółtodzioba, by niczego nie próbował. Ten po raz kolejny pobudził swoje moce, tym razem badając aurę nieznajomego, która nie wskazywała by był wampirem. Był spokojny, opanowany i w ogóle nie zdawał obawiać się Spokrewnionego. Mógł być ghulem, możliwe że samego Kimboltona. Nawet gdyby istniała rzeczywista szansa na jego obezwładnienie, świadomość, że tym samym ściągnąłby na siebie gniew tego starego Toreadora skutecznie trzymała go w ryzach. Lepiej było grać w jego grę, która miała szansę skutkować jego uwolnieniem.
Człowiek wykonał gest głową sygnalizujący, by Noah wyszedł z klatki. Nie trzeba było go dwa razy prosić, był bardziej niż chętny opuścić swe metalowe więzienie. Wychodząc na zewnątrz mógł dojrzeć w półmroku, że znajduje się w dużym pomieszczeniu, przypominającym magazyn, zapełnionym przez proste metalowe klatki, jak i również kilka dużych, metalowych pudeł podobnych do tego, w którym sam spędził ostatnie godziny. Niektóre były puste, jednak w wielu z nich znajdowały się zwierzęta. Prędko zdał sobie sprawę, że większość z nich to niebezpieczne drapieżniki; tygrysy, wilki i tym podobne. Oprócz tego również kilka goryli niemałych rozmiarów. Wszystkie pobudzone, wierzgające i warczące. Mężczyzna wpatrując się w pariasa wskazał otwartą, lewą dłonią, by podążył przodem w stronę masywnych, podwójnych metalowych drzwi otwartych teraz na oścież, zza których dochodziło wpadające do pomieszczenia światło.
Johnston został poprowadzony przez oświetlony z góry korytarz aż do dużej sali, pośrodku której znajdowała się ośmiokątna, otoczona solidną, metalową siatką. Ze strony, z której przyprowadzony został wampir, znajdowało się wejście, z bramką uniesioną w tej chwili ku górze, wiszącą na łańcuchu. Druga bramka znajdowała się po przeciwnej stronie. Podczas gdy sama arena była dobrze oświetlona, znajdujące się dookoła trybuny były skąpane w półmroku, a twarze siedzących tam nieco ponad półtora tuzina postaci nie były widoczne. Sylwetkę Hrabii mógł Noah jednak rozpoznać. Znajdował się on bowiem najbliżej i siedział on, podobnie jak przy pierwszym spotkaniu, z nogą założoną na nogę i laską trzymaną w dłoni. Pozostali byli mu obcy, a będąc prowadzonym w stronę areny nie miał dość czasu, by skupić się i zbadać aury wszystkich obecnych, to też nie miał możliwości poznania ich natury.
Prowadzący żółtodzioba osobnik z łańcuchem kazał mu się zatrzymać tuż przed wejściem. Stąd mógł zobaczyć betonowe podłoże zbrukane dawno zaschniętą krwią. Z tego miejsca mógł także zobaczyć, że widownia była bardzo różnorodna w swym odzieniu. Byli tam i ludzie, którzy kojarzyli się z elitą, co można było poznać także po postawie, a także mniej wysublimowane jednostki. Nagle uwagę Noaha przykuła dwójka mężczyzn przy drugiej bramce. Jeden trzymał na łańcuchu drugiego, dziko, wręcz nieludzko wyglądającego osobnika, który wyglądał na wampira. Jego ręce były związane za plecami, to też był na łasce swojego opiekuna, krzywo się uśmiechającego, niemalże zadowolonego ze swojego zajęcia. Ludzie pośród widowni szeptali między sobą, nim z boku wynurzył się muskularny facet odzieniu o wojskowym kroju, jak i również znajomych, wcześniej przez niego widzianych militarnych butach. Gdy otworzył usta, przemawiając swym chropowatym głosem, nie było wątpliwości, że był to ten sam człowiek, który wcześniej dostarczył mu pożywienia.
Klasyczny wstęp, zaczynający się od "Panie i panowie...", skupił uwagę obecnych na jego osobie. Na jego przemowę składała się entuzjastyczna zapowiedź walki między dwoma wampirami, z czego jeden był członkiem rozbitej watahy Sabbatu, a drugi bezpańskim pariasem. Noah w efekcie tego wstępu zrozumiał w jakim przedstawieniu miał brać udział i nie był z tego zadowolony. Walka na śmierć i śmierć. Po raz kolejny miał walczyć o swoją egzystencję, tym razem ku uciesze otaczającej go publiczności, w tym samego Szeryfa. Co gorsza, nie wspomniano imienia Noaha, a jedynie nazwano go pariasem. Zapowiedź była krótka, a zaraz po niej osobnik uniósł dłoń do góry i wykonał nią gęst w stronę obu swoich podwładnych. Przeciwnik Noaha był gwałtownie wrzucony do środka i zwolniony z łańcucha. "Ruszaj." Noah usłyszał od swojego opiekuna, który w tym momencie spojrzał na niego groźnie. Z ogromną niechęcią, nutą strachu oraz gniewu, Johnston wszedł do środka. Bramki zostały zatrzaśnięte, Noah stał teraz znacznie bliżej swego rozjuszonego przeciwnika. Oczy i skóra wampira Sabbatu wyglądały nienaturalnie. Jego niemalże zwierzęca aparycja zdradzała zerwane dawno więzi z człowieczeństwem. Stał więc przed potworem, po którym było widać, że nie cofnie się przed niczym, by przetrwać i rozszarpać swojego oponenta na strzępy. Noah jednak, świadom swojej sytuacji, również nie miał zamiaru popuszczać.
Publiczność spoglądała z zainteresowaniem. Wszyscy oczekiwali na sygnał. Napięcie sięgało zenitu, aż w końcu padło głośne "Walczcie! Niech przetrwa silniejszy!". Nie było ucieczki. Jedyna droga na wolność prowadziła przez truchło Sabbatnika. Jego wściekłe ślepia błysnęły, przyjął zgarbioną postawę bojową i skupił całą swą uwagę na pariasie, powoli go okrążając i szykując się do ataku. Johnston zagotował swoją vitae, wzmagając odporność jego nieumarłego ciała. Nie posiadał szczególnych umiejętności bojowych, jednak nadrabiał znajomością swoich dyscyplin. Był teraz gotów potencjalnie przyjąć więcej ciosów, ale wiedział, że musi zrobić więcej chcąc przetrwać tę noc i otrzymać szansę na egzystencję w tym mieście. W tej chwili nie dbał o widownię, ani nawet samego Hrabiego, a jedynie o to, by pokonać szczerzącego kły potwora, który powoli zbliżał się do niego w miarę, jak dwójka wampirów okrążała siebie nawzajem. Wreszcie Sabbatnik warknął i ruszył na Noaha. Doszło do szarpaniny i wymiany ciosów. W pierwszej chwili przewagę miał oponent żółtodzioba, który z ogromną furią szarpał młodego Kainitę i uderzał w słabe punkty, których momentami nie osłaniał. Za sprawą zwiększonej wytrzymałości fizycznej Noah mógł jednak wytrzymać te ataki i spróbować wyprowadzić kontrę. Jego Bestia była rozjuszona, wierzgała i bardzo szybko przejmowała kontrolę, tak jak przy ostatnim starciu. To co działo się dalej opierało się w dużej mierze na instynkcie Noaha i jego Bestii walczących o przetrwanie. Chciał żyć, nie liczyło się nic więcej. Po raz kolejny wpadł w ślepą furię, gdy był obity i podrapany przez potwora Sabbatu. Wyprowadzane przez niego ataki były chaotyczne, co było jedynym, co tak naprawdę ratowało go w tej sytuacji. Wampiry przepychały się i rzucały po całej arenie, zdobiąc swoją krwią podłoże pod swoimi nogami. Ta dwójka nieszczególnie doświadczonych w walce nieumarłych zapewniała cokolwiek niezłe widowisko.
Oba wampiry odniosły już spore obrażenia, w efekcie czego walka stała się jeszcze bardziej intensywna. Noah w pewnym momencie został przygwożdżony do metalowej kopuły z grubej siatki otaczającej arenę, mocno obrywając. Ciosy, jakie teraz otrzymywał były w istocie tak silne, że konstrukcja została nieco naruszona. Być może był to efekt poprzednich walk i jej osłabienia, a może była to kwestia jakiegoś niedopatrzenia, ale w którymś momencie jeden z grubszych prętów, będący elementem tej metalowej konstrukcji, odpadł i wylądował nieopodal wampirów. Dotychczas uzbrojony jedynie w pięści, Johnston dojrzał w tym swoją szansę, będąc obecnie w marnej pozycji. Z całych sił próbował odeprzeć krwiożerczą bestię, która próbowała go unicestwić, jednak bezskutecznie. Nie miał zbyt wiele miejsca na zadawanie ciosów, jednak próbował instynktownie wymierzać uderzenia w słabe punkty przeciwnika. Po kilku razach zdołał na krótki moment osłabić agresora, który osłabił swój uścisk, dając pariasowi szansę wyślizgnięcia się z potrzasku. Rzucił się on na ziemię w stronę kawałka metalu, który w sytuacji sam gdzie był fizycznie o wiele słabszy, mógł okazać się teraz jego jedynym ratunkiem, nim wampir Sabbatu dopadł go za nogi i obrócił. Noah wymierzył silny cios swoją prowizoryczną bronią w twarz oponenta, który nieprzygotowany na tą niespodziankę sam padł na ziemię ogłuszony. Osłabiony, zdeterminowany parias nie miał zamiaru dać mu kolejnej szansy na atak. Rzucił się na leżącego, powoli podnoszącego się przeciwnika, siadłwszy na nim i unieruchamiając go w tej pozycji, i zaczął okładać go metalowym prętem, chlapiąc krwią lejącą się z jego ust i ran na głowie na prawo i lewo. Z ogromną furią uderzał w jego czaszkę nie pozwalając mu na obronę ani kontratak. W końcu, gdy ten prawie nie stawiał już oporu, próbując łapami chwycić za szyję zdesperowanego pariasa, ten począł uderzać końcówką pręta z pełną siłą, stopniowo krusząc czaszkę przeciwnika i w końcu przebijając ją, by ostatecznie zmasakrować tkankę znajdującą się wewnątrz. Łapska teraz już rzeczywiście martwego Sabbatnika opadły bezwładnie, a jego truchło błyskawicznie uległo nieznacznemu, częściowemu rozkładowi. Noah zwyciężył, pokonał potwora i przeszedł swój test, wygrywając wolność.
Noah powstał z kolan, poszarpany i zakrwawiony, upuszczając mocno skropiony juchą przedmiot i odsuwając się od wampirzego truchła. Zaczął stopniowo odzyskiwać spokój, gdy Bestia wreszcie poczuła, że nie jest już dłużej zagrożona i mogła się wycofać, oddając pełną kontrolę Spokrewnionemu. Uniósł wzrok, spoglądając na obserwującą go widownie. Kilkoro z tych ludzi pokiwało głową z aprobatą, szepcząc znów między sobą. Szeryf z kolei wzniósł oklaski, choć powolne i ciężkie, unosząc się przy tym z siedziska. "Bardzo dobrze. Może będzie z ciebie jakiś pożytek." zwrócił się do zwycięzcy, jednoznacznie dając mu do zrozumienia, że uzyskał swoją szansę na dalszą egzystencję. Następnie odwrócił się i wezwał Greera do zabrania swojego podopiecznego. Tak, rzeczywiście był tam, z tyłu, i obserwował, nie mogąc zrobić dla Johnstona nic więcej. Gdy wyłonił się z cienia, jego spojrzenie zdradzało iż rad był widzieć żółtodzioba w jednym kawałku. Horror wreszcie się skończył. James zabrał poranionego Noaha do mieszkania, które miało być jego nowym schronieniem. Na przestrzeni kolejnych nocy, zadbał o pożywienie dla niego, by mógł zregenerować swoje dość poważne rany, a także pomógł mu ze zdobyciem świeżego odzienia, gdyż stare zostało mocno zniszczone, zbyt mocno, i wstydem było się pokazać w takim stanie. Kolejnym, ostatnim już krokiem miało być zaprezentowanie Noaha Księciu miasta Chicago, teraz już z błogosławieństwem samego Szeryfa. Jeśli ta wizyta miałaby okazać się udana, żółtodziób uzyskałby wreszcie pełną swobodę działania i mógł zacząć pracować na swoje. Pozostało mu więc przygotować się mentalnie i dołączyć do czekającego na niego na dole Jamesa.

Re: .Głód wolności i krwi

#45
Wszechmogący Boże, zgrzeszyłem. Zabrudziłem swą duszę skazą, zabiłem.
Noah stał przed lustrem skromnej łazienki. Patrzył w swoje odbicie z nieukrywaną pogardą, zapinając guziki koszuli. James dostarczył mu nowe ubrania, za które był niezwykle wdzięczny, gdyż jeszcze kilka nocy temu nosił śmierdzący komplet garniturowy, zabrudzony krwią i zniszczony walką. Walką.
Czy mogę prosić o rozgrzeszenie, czy dane mi będzie odpokutować? Ojcze miłosierny, otwieram przed Tobą swoje...
Ostatnie uderzenie pręta rozpędzonego nieumarłą siłą otwarło czaszkę, rozpraszając odłamki kości i mózgu po arenie. Śmiertelnie ranny wampir zmasakrował Sabbatnika. To nie była zasługa Noaha, lecz jego Bestii owładniętej furią, a jej gniew przejął kontrolę nad sterami ciała. Karmazynowa mgła osnuła umysł Johnstona, który patrzył na dalszy rozwój sytuacji wpół przytomny. Nie rozumował, ale odczuwał. Emocje nie były jego, niemniej sprawiły mu ogromną przyjemność. Dzikie żądze zostały zaspokojone, pragnienie dominacji osiągnięte, pierwotna natura klątwy ukazała swoje oblicze. Liczyło się jedynie nieposkromione żerowisko: dla agresji lub pragnienia vitae.
Boże, i zrobię to znowu, gdyż nie mam innego wyjścia. Co mam czynić? Jak mam żyć wśród Twej trzody, kiedy przestałem być owcą pasterza. Jaką rolę mam pełnić w Twoim planie?
Oparł ręce na pożółkniętej umywalce i spojrzał na swoje oczy w tafli lustra. Gdy długo na nie spoglądał, wyczuwał obecność potwora, jakoby dwie istoty nosiły tę samą skórę. Dawniej uważał tę siłę za swoją, jednak po walce w zwierzyńcu Szeryfa nie miał już żadnych wątpliwości, to demon w nim zamieszkał. Opętywał go za każdym razem, kiedy odpuszczał i pozwalał oddać się losowi. Noah obiecał sobie już nigdy nie puścić sterów, postanowił nauczyć się walczyć i wykorzystać własne talenty, gdyż wyręczanie się Bestią doprowadzi go do końca drogi. Do śmierci duszy.
Jedno jest pewne, Boże mój, będę polować i będę pił krew owiec. Będę dokonywał wyboru, aby Bestia nie uczyniła tego za mnie.
Nałożył kaszkiet i wyszedł z łazienki.

Noah Johnston był tej nocy ubrany w szarą kamizelkę, koszulę, spodnie i stare półbuty. To nie były jego ubrania, zapewne należały do robotnika dobrze prosperującego na poziomie swojej klasy, jakością materiału nie wychodzącą poza stonowaną przeciętność, przynajmniej wampir wyglądał w miarę schludnie. Na wierzch założył znoszony płaszcz oraz owinął szyję szalikiem w czarnoczerwoną kratę. Pachniał szarym mydłem zapachem przypominającym pralnię, a nie kosmetyk godny dżentelmeńskiej skóry. Szarość była kluczowa w prezentacji Noaha, gdyż gdyby nie jego wykształcenie wraz z wpojonymi manieryzmami, uchodziłby za typowego zjadacza chleba, niewartego uwagi czy poważania wśród klas wyższych. Kaszkiet był kropką nad i, domykającą obraz Noaha z dzisiejszej nocy.
Zszedłszy po stopniach schodów, zbliżył się do oczekującego mentora - na tyle głośno kroczył, aby go usłyszał. Dawniej powitałby Jamesa jakąś szczerą reakcją, mimiką twarzy, niekontrolowanym wstrząsem, drgawką czy szokiem. Teraz był zdawkowy, ewidentnie udawany uśmiech i kiwnięcie z szacunkiem głową. To, co doświadczył Noah w przeciągu ostatnich nocy sprawiło, iż Greer awansował w hierarchii zimnych sukinsynów z totalnego ćwoka na dwulicowego przyjaciela. Pozostało w głowie żółtodzioba pytanie: jakim cudem Szeryf tak szybko odnalazł Pariasów? Przeczucie podpowiadało, iż w tej bezwzględnej grze, każdy był psem i zarazem chciał być panem. Jaka była szansa na to, że to właśnie James Greer zawiadomił sadystyczną hrabinę?? Całkiem spora. Młody Spokrewniony nie zapamiętał wyraźnie minionych nocy, jednakże to nie mógł być przypadek, kiedy po pierwszej walce z Sabbatnikiem w uliczce, dopiero po dłuższej chwili James zainterweniował. Co robił sam w budynku? Być może wykonał telefon.
— Dobry wieczór, James — powitał mistrza neutralnym tonem. — Mam coś dla ciebie. Wczoraj udało mi się wreszcie wstać i chodzić. Proszę — zapowiedział niespodziankę cieplejszym głosem.
Parias wyciągnął kieszeni małe zawiniątko, zaplątane w ładną czerwoną kokardkę. W środku znajdowała się paczkę papierosów gangstera: Lucky Strike.
— Gdzie oczekuje na nas Książę?
Noah Johnston, Wygląd | 
» Noah Johnston był tej nocy ubrany w szarą kamizelkę, koszulę, spodnie i stare półbuty. To nie były jego ubrania, zapewne należały do robotnika dobrze prosperującego na poziomie swojej klasy, jakością materiału nie wychodzącą poza stonowaną przeciętność, przynajmniej wampir wyglądał w miarę schludnie. Na wierzch założył znoszony płaszcz oraz owinął szyję szalikiem w czarnoczerwoną kratę. Pachniał szarym mydłem zapachem przypominającym pralnię, a nie kosmetyk godny dżentelmeńskiej skóry. Szarość była kluczowa w prezentacji Noaha, gdyż gdyby nie jego wykształcenie wraz z wpojonymi manieryzmami, uchodziłby za typowego zjadacza chleba, niewartego uwagi czy poważania wśród klas wyższych. Kaszkiet był kropką nad i, domykającą obraz Noaha z dzisiejszej nocy.

Dodatkowe informacje | 
    — Przetrwał walkę na arenie Szeryfa, pokonując wampira Sabbatu. Noah walczył jak dzikus, nieumiejętnie, w szale i tylko łut szczęścia zadecydował o jego wygranej.
    — Wśród tłumów jest nieswój, denerwuje się, ma problemy z utrzymywaniem uwagi. Wydaje się nieśmiałym gościem.
    — Niedawno spokrewniony.

Legenda Kolorów Języka | 
Łacina

Re: .Głód wolności i krwi

#46
Image
Bogobojny wampir szukał rozgrzeszenia, zapominając przy tym, że jego przeciwnik, tak samo jak on, był od dawna martwy. Nie zabił, nie mógł, wszakże potwór, z którym walczył nie był wcale żywy. Pojedynek toczył się między dwoma chodzącymi trupami, których nieumarłe ciała poruszały się za sprawą magii, lub też klątwy - zależnie od punktu widzenia - napędzane krwią żywych istot. Był jednak złamany w duchu, gdyż dopuścił się czegoś, czego w najgorszych koszmarach nie wyobrażał sobie uczynić. W walce o własne przetrwanie unicestwił inną istotę i wcale nie było mu z tym lekko. Był to jednak wybór między jego egzystencją, a jego oponenta, i ten wybór mimo wszystko był prosty. Noah chciał kontynuować swoją przeklętą egzystencję, ku czemu miał szansę za sprawą małego cudu, który przechylił szalę zwycięstwa na jego stronę w najbardziej krytycznym momencie. Wampir mógł wierzyć, że jego przetrwanie było częścią boskiego planu. Mógł wierzyć, że został ocalony. W głębi duszy, nawet jeśli temu zaprzeczał, wiedział że to jego ręce, jakkolwiek niedoświadczone w walce, prowadzone przez Bestię egzystującą w jego wnętrzu, zapewniły mu przetrwanie. Nie miał jednak zamiaru dłużej egzystować na łasce Bestii i poddawać się jej kontroli. To ciało należało w końcu do niego, do niego należała kontrola oraz decyzja, by wykorzystać dane mu możliwości.
Gotowy na spotkanie z głową lokalnej społeczności Spokrewnionych udał się na dół, by spotkać się ze swoim mentorem, co do którego pojawiły się w głowie Johnstona poważne wątpliwości. Cała ta sytuacja była dla niego cholernie podejrzana i nie mógł mieć żadnej pewności co do tego, czy Greer go sprzedał, czy nie. Z drugiej jednak strony, nie został zostawiony samemu sobie, a opiekun pariasów wciąż zdawał się nad nim czuwać. Czy było to wszystko jedną wielką grą, czy kwestią przypadku, tego żółtodziób nie miał możliwości się dowiedzieć. Pozostało mu jedynie podążać dalej tą ścieżką i zobaczyć dokąd go zaprowadzi. Wkrótce miał móc zacząć kreować swoją własną przyszłość.
Parias ubrany dokładnie tak jak ostatnio, stał na krawężniku, przeciągając wzrokiem od jednego końca ulicy do drugiego, gdy sporadycznie przejeżdżał wzdłuż niej jakiś zabłąkany automobil. Ruch nie był oczywiście zbyt duży, i jedynie pojedyncze osoby zdawały się przemieszczać wzdłuż chodnika. W okolicy panował spokój, i jedynie gdzieś z daleka można było usłyszeć krzyki z okna kłócącej się pary, które ucichły dość szybko. James odwrócił się, gdy usłyszał swego podopiecznego. Przyjrzał mu się i subtelnie kiwnął głową z aprobatą, tym razem bez papierosa w swoich ustach.
Image Czołem stary. Wyglądasz jak nowo narodzony. — Zabawne. Ostatnim razem, gdy Greer odwiedził go w piwnicy, ich rozmowa zaczęła się podobnie, od komentarza odnośnie aparycji żółtodzioba.
Image Co to? Prezent? Dla mnie? No, no, nie musiałeś. — Zaśmiał się z energią, odbierając paczuszkę i zwinnymi palcami dobierając się do zawartości. Obejrzał paczkę papierosów i uśmiechnął się lekko, zdając się być zadowolony z podarunku.
Image Dzięki. Przyda się. — Skinął głową w geście podziękowania, spoglądając Noahowi w oczy, chowając papierosy do kieszeni spodni.
Image Szczęśliwym zwyczajem znajdziemy go tej nocy w Elizjum, ale chyba tylko przez następną godzinę. — James podciągnął rękaw, spoglądając na zegarek celem potwierdzenia tej informacji.
Image Musimy kopnąć się do Lower West Side. Jeśli będziemy mieć farta, to znajdziemy po drodze jakąś taksówkę. — Do Elizjum, miejsca spotkań wampirów, był kawałek drogi. Pokonanie tej drogi pieszo mogłoby zająć trochę czasu, co po prostu się nie kalkulowało, zwłaszcza w sytuacji, gdzie Książę Chicago miał w niedługim czasie opuścić budynek.
Dwójka pariasów ruszyła w drogę. Noah miał okazję podzielić się swoimi myślami, wątpliwościami i pytaniami z Jamesem nim, po pokonaniu paru przecznic, udało się trafić na taksówkarza akurat stojącego przed swoją maszyną, trzymając między palcami do połowy wypalonego papierosa. Po uważnym zlustrowaniu mężczyzn raz jeszcze się zaciągnął, po czym rzucił peta na ziemię i zdusił, zapraszając dwójkę do pojazdu i ruszając pod wyznaczony adres.

Re: .Głód wolności i krwi

#47
Pariasi postanowili przejść się wzdłuż ulicy w celu złapania taksówki. Noah szczerze uśmiechnął się pod nosem, kiedy mentor skomentował jego wygląd. Zanim młody odpowiedział na ten komentarz, zerknął w kierunku źródła kłótni, a potem dyskretnie ocenił poziom potencjalnego zagrożenia ze strony mijanych przechodniów. Johnston wyciągnął wnioski z poprzednich nocy i tym razem zachowywał czujność, aby nie dać się podejść komukolwiek - zakładał, że już był potencjalnie śledzony.
— Nie sądziłem, że poznałeś sekrety dietetyki. To raczkująca nauka zajmująca się określaniem, w jaki sposób powinniśmy się odżywiać i co jest dla nas zdrowe. Muszę przyznać, że po twoich posiłkach czuję się znakomicie — w żartobliwy i dwuznaczny sposób dał znać, iż dostarczana pod nos vitae postawiła żółtodzioba na nogi.
Wzmianka o Elizjum zmusiła Spokrewnionego do zastanowienia się, umysłowe tryby ruszyły pod jego kopułą, zaczął gładzić prawą dłonią czubek swojego wąsa. Próbował sobie przypomnieć, co wcześniej James mówił na temat tego miejsca.
— Ach tak, pamiętam już. To miejsce, w którym nasza kochana Rodzina robi interesy, pamiętając o wysokiej kulturze osobistej, uprzejmości i serdeczności w stosunku do każdego krewnego, czyż nie? — ostatnie słowa wypowiedział z nieukrywaną ironią w głosie. Noah zabrzmiał jak cyniczny lekarz stawiający diagnozę. — Zastanawia mnie, ilu z bywalców Elizjum widziało walkę psów Hrabiego, bo ta widownia nie wzięła się znikąd. I jak zwycięski pies winien się zachowywać wśród tak wysublimowanej, dystyngowanej publiki. Czy będzie mógł pozwolić sobie na swobodę, czy śmietanka towarzyska będzie tak samo, mówiąc delikatnie, nieracjonalna jak pan Hrabia? Wymagająca posłuszeństwa, by zadowolić sadystyczne pobudki? — Nie mówił wprost, dając również znać swojemu mentorowi, że rozumiał zasadę Maskarady. Niemniej, wypowiedziana aluzja emanowała kpiną oraz obawą, że reszta Starszych ma zrąbaną psychikę jak Szeryf.
Zauważywszy taksówkarza kończącego papierosa, Noah instynktownie wykreował iluzję życia: zaczął oddychać, jego skóra nabrała rumieńca.
— Dobry wieczór panu. Poprosimy na Lower West Side.
Panowie zasiadli z tyłu, gdzie mogli dalej kontynuować rozmowę, ale jednocześnie prawdopodobnie byli pierwszy raz tak blisko siebie, ponieważ kabina pasażerska nie należała do przestrzennych. Dzięki tak krótkiej odległości, Noah mógł raz jeszcze zbadać aparycję swojego mentora, być może tym razem rzuciłyby się w oczy subtelne elementy wyglądu gangstera. Może coś, co zdradziłoby jego pochodzenie?
— Wiesz co, przydałyby mi się sparingi. Nie mogę już machać pięściami jak rozszalałe dziecko. Znasz jakiś klub sportowy, który polecasz?
Za przejazd zapłacił Noah, błyskawicznie wyciągając portfel w momencie zatrzymania się pojazdu pod podanym adresem.
Noah Johnston, Wygląd | 
» Noah Johnston był tej nocy ubrany w szarą kamizelkę, koszulę, spodnie i stare półbuty. To nie były jego ubrania, zapewne należały do robotnika dobrze prosperującego na poziomie swojej klasy, jakością materiału nie wychodzącą poza stonowaną przeciętność, przynajmniej wampir wyglądał w miarę schludnie. Na wierzch założył znoszony płaszcz oraz owinął szyję szalikiem w czarnoczerwoną kratę. Pachniał szarym mydłem zapachem przypominającym pralnię, a nie kosmetyk godny dżentelmeńskiej skóry. Szarość była kluczowa w prezentacji Noaha, gdyż gdyby nie jego wykształcenie wraz z wpojonymi manieryzmami, uchodziłby za typowego zjadacza chleba, niewartego uwagi czy poważania wśród klas wyższych. Kaszkiet był kropką nad i, domykającą obraz Noaha z dzisiejszej nocy.

Dodatkowe informacje | 
    — Przetrwał walkę na arenie Szeryfa, pokonując wampira Sabbatu. Noah walczył jak dzikus, nieumiejętnie, w szale i tylko łut szczęścia zadecydował o jego wygranej.
    — Wśród tłumów jest nieswój, denerwuje się, ma problemy z utrzymywaniem uwagi. Wydaje się nieśmiałym gościem.
    — Niedawno spokrewniony.

Legenda Kolorów Języka | 
Łacina

Re: .Głód wolności i krwi

#48
Image
Na wspomnienie o pożywieniu, Greer wymownie spojrzał w stronę swego podopiecznego, acz z lekkim uśmiechem, odpowiadając mu z lekkim przekąsem.
Image Nie przyzwyczajaj się. Byłeś w fatalnym stanie, więc nie mogłem cię zostawić na łasce losu. Od teraz musisz sam sobie poradzić. — Stwierdzenie oczywistego nie powinno było zaskoczyć żółtodzioba. Wiedział, że prędzej czy później musiał stanąć na własne nogi i nauczyć się radzić sobie samemu. Tylko w taki sposób mógł przetrwać.
Image Zgadza się. Obowiązują tam zasady, których należy przestrzegać. Pomijając etykietę, to żadnej przemocy, niszczenia sztuki, no i rzecz jasna obowiązuje Maskarada. — James potwierdził słowa Johnstona, kiwając przy tym głową, a także krótko wykładając mu obowiązujące zasady. Wydawały się one łatwe do przetrawienia i zapamiętania. Rezultaty naruszenia tych zasad Noah już znał, więc nie trzeba było ich przypominać.
Image To co się liczy, to że dostałeś zielone światło od Kimboltona. Pamiętaj o tym i zachowuj się po prostu normalnie. Okaż szacunek komu trzeba i wszystko będzie w porządku. — Spokrewniony widocznie nie miał zamiaru odnosić się głębiej do wydarzeń minionych nocy. Johnston przetrwał, dostał swoją szansę, a to kto o tym wiedział, kto widział, zdawało się nie mieć szczególnego znaczenia.
Ancilla podał kierowcy dokładny adres, pod który miał się udać, po czym zasiadł wraz z Noahem z tyłu. Gdy tylko poczuł na sobie intensywny wzrok swojego pupila, warknął nieprzyjemnie, nie pozwalając mu na żadną głębszą analizę.
Image Co się tak gapisz, chłopie? — Spojrzał krzywo na żółtodzioba marszcząc brwi, automatycznie powodując w nim chęć odwrócenia wzroku. Greer ciężko westchnął, kręcąc głową w reakcji na przypatrywanie się jego twarzy przez Noaha.
Chwilę niekomfortowej ciszy Johnston przerwał swoim pytaniem o naukę walki, czym widocznie zainteresował swego mentora, który lekko się uśmiechnął słysząc jego słowa.
Image Chcesz się uczyć bitki, ta? Znam gościa, który mógłby ci pokazać to i owo. Tyle, że facet się nie pierdoli, i jeżeli sobie nie będziesz radził, to wyniesie cię stamtąd na kopach. Dam ci potem namiary. — Młody Spokrewniony ledwo co przeszedł szkołę życia, a już zapowiadała się kolejna. Prawda była jednak taka, że było to Noahowi potrzebne, jeśli miał przestać oddawać kontrolę Bestii.
Pojazd dotarł na miejsce. Wampiry wysiadły pod okazałym, dobrze oświetlonym przez latarnie budynkiem, od którego drzwi ciągnął się czerwony dywan. Już stamtąd słychać było niewyraźne, acz intensywne rozmowy śmiertelników, których sylwetki były widoczne zza zasłon, jak i grającą muzykę.

| przejście do La Liberte

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość