A Little Party Never Killed Nobody

#1
Zapadł zmierzch i nocny świat zaczął się budzić do życia. To było dziś. Każdy choć trochę zorientowany w życiu towarzyskim mieszkaniec Chicago wiedział, że tej nocy Salvatore da Silva organizował przyjęcie. Nie jakieś wybitnie wielkie, ot, zwyczajne, o ile przyjęcia da Silvy można było w ogóle tak określić. Zaproszeni byli głównie śmiertelni, jednak nie ulegało wątpliwości, że pojawią się na nim również przedstawiciele Camarilli, oczywiście z pełnym zachowaniem zasad Maskarady.
Posiadłość Salvatore była pyszną, okazałą rezydencją otoczoną starannie zadbanym ogrodem, połączoną z malowniczą oranżerią pokaźnych rozmiarów, stanowiącą prawdziwą dumę gospodarza. Budynek od zewnątrz stylizowany był na wzór staroangielskiego pałacu obrośniętego częściowo bluszczem, jednak wewnątrz nie brakowało mu nowoczesnych, luksusowych rozwiązań, takich jak elektryczność czy łazienki z bieżącą, ciepłą wodą.
Goście zwykle byli zapraszani do wysokiej sali bankietowej, otoczonej rzędami rzymskich kolumn i oświetlonej dużymi, kryształowymi żyrandolami i wieloramiennymi kandelabrami tworzącymi niepowtarzalny klimat. Tej nocy na intarsjowanym parkiecie zostawiono przestrzeń do zabawy, jednak przy kolumnach znajdowały się liczne stoliki i sofy, przy których można było odpocząć. Dla gości udostępniony był również szeroki taras z kamienną balustradą, gdyby ktoś potrzebował świeżego powietrza, wszystko zaś było ozdobione kwiatami z oranżerii, które w naturalnych warunkach nie mogłyby jeszcze się pojawić o tej porze roku.
Bezpośrednio z sali prowadziły na piętro marmurowe schody, którymi można się było dostać do pokojów gościnnych, a dalej także do prywatnych pokojów gospodarza i Caithlyn. Wiele pomieszczeń było utrzymanych w stylu art deco, jednak z powodu zamiłowania Salvatore do zmian zdarzały się także pomieszczenia wyrwane z zupełnie innej epoki. Obok schodów już rozłożyli swe instrumenty muzycy, którzy mieli uświetniać dzisiejszą zabawę, do których w którymś momencie zamierzała dołączyć i Kitty, by zachwycić wszystkich swoimi talentami. Był to jednak plan drugorzędny. Najważniejsze było polowanie.

* * *
Caitlyn zrobiła się na bóstwo. Nie stylizowała się na oszałamiającą, przyciągającą spojrzenia wszystkich gwiazdę wieczoru, a raczej na tajemniczą, magnetyczną piękność, która precyzyjnie zaatakuje konkretny cel i zniknie z nim niezauważona. Była głodna. Naprawdę głodna, a głodna kainitka nie oznaczała niczego dobrego. Musiała zapolować i ugasić pragnienie, zanim zrobi coś, co przyniesie szkodę jej, Salvatore, albo całej Camarilli.
Miała na sobie czarno-złotą suknię z frędzlami zasłaniającymi kolana, ciemne pończochy, buty na delikatnym obcasie i długie, czarne rękawiczki. Jej szyję zdobił sznur jasnych pereł, a modnie ufryzowane, od niedawna blond włosy spinała ozdobna opaska z krótkim, pawim piórkiem na boku. Jeszcze tylko makijaż podkreślający oczy, subtelna woń perfum i była gotowa. Ach, żeby tylko nikt się nie skaleczył w czasie przyjęcia! Nie wiedziała, czy da radę utrzymać Bestię na wodzy jeśli poczuje choć kroplę świeżej krwi. Była taka głodna...
Poczuła się nagle okropnie nieszczęśliwa. Gdzie był jej opiekun? Gdzie te ramiona, w które mogłaby się wtulić, odcinając się tym samym od wszelkich trosk? Potrzebowała Salvatore teraz, w tej chwili. Poprawiła raz jeszcze ciemną szminkę, a potem wyszła ze swoich pokoi, rozglądając się za Stwórcą. Sala bankietowa była już dopięta na ostatni guzik. Może tam go odszuka? Albo w jego pokojach? Rozejrzała się po krzątającej się służbie, szukając wśród niej ukochanej sylwetki gospodarza.

Re: A Little Party Never Killed Nobody

#2
Przebudzenie.
Cavendish już nie spała jak człowiek, nie śniła jak śmiertelnik, nie wstawała jak bydło. Była potworem. Kiedy wybijała jej godzina powstania z letargu, natychmiast otwierała oczy, z ciałem momentalnie przygotowanym do działania. Tej nocy wstała wyjątkowo głodna, z nieświadomie wysuniętymi kłami, z drapieżnym spojrzeniem. To coś w jej wnętrzu, nazywane przez starsze wampiry Bestią, wierciło się, szarpało za mentalne okowy więzienia. Jeżeli nie zostanie ona zaspokojona krwią, zaspokoi się sama - prędzej czy później.
Spokrewniona już od kilku nocy wiedziała, iż jej mentor szykował duże przyjęcie dla bogatych mieszkańców Wietrznego Miasta. Salvatore nie miał konkretnego powodu, a przynajmniej żadnego nie zdradził. Intuicja wampirzycy podpowiadała jej, iż jej ukochanego stwórcę gnębiła podobna przypadłość: narastający, wypalający trzewia głód krwi. Da Silva posiadał duże ego, lubił zdradzać plany swej ulubienicy, aby mogła się ona zachwycać jego domniemanym geniuszem, a skoro nie wiedziała ona nic, mogła już przewidzieć prawdziwy powód. Głodny Salvatore był nieprzewidywalny, marudny i często zmieniał zdanie. Czy dzisiaj nastąpiły nagłe zmiany planie imprezy?
Dwa spragnione potwory z całą pewnością zwiększały szansę na to, że ktoś straci dziś życie. Jeżeli Cavendish zatraciłaby się w ekstazie spożywania juchy wraz z panem posiadłości, z całą pewnością zaspokoiłaby na długo Bestię, lecz także doprowadziłaby do kłopotów w przyszłości. Jednak zabijanie ludzi było jak zarżnięcie krowy. Trzeba jeść. Zrób to, napij się do syta!
Nieumarłe dziewczę uzbroiło się w broń, którą władało najlepiej. Urok osobisty. Kobieta wykonała przygotowania tak, jak zawsze - czyli dobrze. Niemniej balansowanie na granicy poczytalności i szału sprawiło, że czynności pielęgnacyjne, dobranie stroju oraz biżuterii niezwykle ją irytowało. Wystający włosek, który normalnie niczego nie psuł, teraz denerwował i prowokował, przez co dziewczyna poprawiała fryzurę kilkanaście razy. Na sukniach układały się denerwujące fałdki, ubrania w cudowny sposób źle leżały na kobiecie; a to kolor był jakiś dziwny. Zły. Zdecydowanie się na wybór błyskotek również wystawiał cierpliwość na próbę, gdyż Caitlyn krytycznie podeszła do stanu złota i srebra. Tu jakaś plamka na metalu, tam kolczyk był za mały, albo za duży, albo za ciężki. Tutaj pierścionek gorzej łapał refleksy, a inny łapał je za bardzo. Dlaczego się męczysz? Wiesz, że jest tutaj służba. Istnieją po to, aby zaspokajać potrzeby. Weź jednego z nich, wypij do sucha, poczujesz się lepiej.
Wkrótce Cavendish opuściła swój pokój. Odnalazła stwórcę bez trudu, gdyż słyszała go z sali bankietowej. Salvatore donośnym głosem nakazywał służbie poprawiać aranżację, przestawiać stoły. Krążył po pomieszczeniu niczym rozjuszony byk i nic mu się nie podobało. Jakiś biedny muzyk, który chciał przekraść się koło pana domu, aby uniknąć jego zaczepki, został przez niego zatrzymany, a po chwili zbesztany za to, że chodził w rzekomo niewyprasowanym stroju.
— Do niczego się nie nadajecie! Za dwie godziny gościmy zacnych gości, a wy sami wyglądacie jak sto nieszczęść! Szybko, poprawcie się, a potem... — A potem wydawał kolejne polecenia wprowadzające zamęt, niżeli porządek.
W jaki sposób dziewczyna zamierzała działać w takiej sytuacji?

Re: A Little Party Never Killed Nobody

#3
To zdecydowanie nie był dobry dzień. Kitty cofnęła kły, choć miała silne poczucie, że przy jej głodzie i rozdrażnieniu były jak najbardziej na miejscu. Idąc po schodach zerknęła raz jeszcze w lustro i aż się zatrzymała. Straciła tyle czasu na przygotowania i poprawki, tyle czasu! Wieczność! A ciągle było źle. Teraz całość przestała jej się podobać, zwłaszcza sukienka. Mogła założyć którąś z najnowszych kreacji od swojego Stwórcy, czemu tego nie zrobiła?! Niby ta była jedną z jej ulubionych, ale…
Już miała się cofnąć do pokoju, kiedy usłyszała głos Salvatore. Och, nareszcie! Ależ był zły i zagniewany. Najwyraźniej oboje przegapili moment, w którym powinni byli zaspokoić pragnienie. To bardzo, bardzo niedobrze. Miała nadzieję, że znajdzie w nim oparcie, ale najwyraźniej oboje potrzebowali wsparcia i siły spokoju. Może razem jakoś przetrwają tę noc?
- Papà! - zawołała, biegnąc ku niemu. - Och, papà!
Tyle ludzi dookoła. Tyle żywych ciał pełnych upragnionej, wytęsknionej krwi. A gdyby tak zaciągnąć jakąś służącą do pokoju i jej zakosztować? Podszepty bestii były takie kuszące! Nie, picie ze służby nie było mądre. Służba plotkuje ze sobą, służba widzi drobiazgi, których ona sama by nie dostrzegała. Służba prędzej odkryłaby, że coś jest nie tak. Powinna się zatroszczyć o jakiegoś ghula, którym mogłaby się uraczyć w takich okolicznościach. A tymczasem oboje powinni przestać narażać się na pokusę.
- Papà, proszę, chodźmy stąd! - powiedziała swoim czarującym, smutnym głosikiem. Jej oczęta błagalnie wpatrywały się w da Silvę. - To taki okropny wieczór, oni sobie poradzą, zajmijmy się czymś miłym, póki wreszcie nie przyjdą goście. Papà…
Wtuliła się w niego, taka słodka i niewinna, jak mała dziewczynka, jak prawdziwa córeczka szukająca pociechy u ojca.
- Chodźmy do mojego salonu. Doradzisz mi, w której sukience dziś mi bardziej do twarzy, dobrze? Zgódź się, proszę!
Wszystkim to wyjdzie na dobre. Jej, Salvatore i tym nieszczęsnym służącym, którzy w spokoju dokończyliby swoją pracę. Poza tym miała wrażenie, że zaraz się na kogoś rzuci. Ona, albo jej opiekun.

Re: A Little Party Never Killed Nobody

#4
Wampirzyca postanowiła rzucić się w ramiona swojego Stwórcy, z nadzieją odnalezienia w nim oparcia, a także odwrócenia jego uwagi od pracy służby, która z całą pewnością gorzej wypełniała obowiązki, kiedy ich pracodawca nieustannie krytykował i narzekał. W chwili, gdy Cavendish zwróciła uwagę opiekuna swym czarującym głosem, ten odwrócił się do niej. Nie spodziewał się, że moment później zostanie gwałtownie przytulony, nachalnie przekroczono granicę jego strefy komfortu.
Salvatore da Silva przez ułamek sekundy spojrzał na dziecko nocy niczym wściekły drapieżnik, z intencją ukarania bezczelności tu i teraz. Brutalnie. Krwawo. Jednakże szybko odzyskał równowagę, gdyż czarująca aura Caitlyn uspokoiła jego instynkty. Dziewczyna potrafiła samą swoją obecnością wprawiać w lepszy nastrój, lecz zdała sobie sprawę, że tym razem ledwie się udało. Dopóki Salvatore pozostawał głodny, mógł w każdej chwili wybuchnąć. To jej przypominało, że w gruncie rzeczy obcowała z potworem, który dopiero napojony krwią stawał się cudownym papà. Pozbądź się go, zakosztuj wolności z jego krwi!
— Och, moja droga! Jak zwykle zabierasz całą moją uwagę, kiedy ja muszę nadzorować przygotowania! — przemówiwszy, palcami dotknął skronie, wyglądało to na teatralny gest. — Nie w głowie mi sukienki, gdy wiem, że jest tyle ważniejszych spraw do zrobienia! To musi być doskonałe przyjęcie, nie wybaczę ani jednego niedopatrzenia! — Gładził po głowie Spokrewnioną, gdy mówił, ale surowym wzrokiem obserwował każdy ruch służącego.
Cavendish, biegła w sztuce przekonywania, przeczuwała, że musiała w inny sposób poprowadzić rozmowę, aby nakłonić da Silvę do zrezygnowania uprzykrzania pracy ludziom i poświęcenia jej upragnionej atencji.

Re: A Little Party Never Killed Nobody

#5
Ten moment wściekłości, to spojrzenie drapieżcy, które zobaczyła w oczach ukochanego Stwórcy, zjeżyło i jej wewnętrzną Bestię. Był groźny. Ona sama była na granicy, ciągnęło ją nawet do tego, żeby zaatakować Salvatore. To będą dwie bardzo długie godziny, a i kiedy już przyjdą goście, nie będzie można się nimi uraczyć natychmiast. Nie miała pojęcia, jak to wytrzymają.
- Papà, ale przecież wieczorowe kreacje to twoja duma! - powiedziała z emfazą, po czym cofnęła się kilka kroków. - Spójrz! Ja wciąż nie mam pewności, czy powinnam wystąpić w tej sukience, czy w tej niebieskiej. Która dziś lepiej odda twój kunszt? A przecież ma być doskonale!
I zawirowała przed Mentorem, prezentując się z każdej strony. Wiedziała, że to nie wystarczy, ale chciała chociaż odrobinę trącić strunę jego artystycznej dumy. Wreszcie się zatrzymała i spojrzała na Salvatore ze słodkim uśmiechem i przekrzywiła głowę w rozkoszny, koci sposób.
- A poza tym chciałam chwilę z tobą pobyć, zanim zabiorą mi cię inne dziewczęta. Przez całe przyjęcie na pewno będziesz zajęty, a ja bym chciała cię o coś spytać w bardziej kameralnych okolicznościach. No i przez tarasowe okna będziesz wciąż mógł obserwować, co robi służba.
W tym momencie taras nawet wydał jej się rozsądniejszą opcją. Być może przebywanie sam na sam z da Silvą w ustronnym miejscu niosło ze sobą większe ryzyko, niż była gotowa przyznać przed samą sobą.

Re: A Little Party Never Killed Nobody

#6
Pan domu spojrzał na dziewczynę wirującą wokół własnej osi ze złowrogą ciekawością, oceniającą gest i słowo. Mężczyzna milczał, kiedy kolejne argumenty docierały do jego uszu, zmrużył oczy jak rozdrażniony wilk. Wyglądało na to, że skoncentrował on swoją całą uwagę na Cavendish, zaś ona błyskawicznie rozszyfrowała intencje stwórcy — dostrzegł niedoskonałość w jej wieczorowej kreacji. Być może także tknęła go przed chwilą wypowiedziana sugestia.
Pewnym krokiem Salvatore zmniejszył dystans do potomkini, tym razem to on przekroczył przestrzeń osobistą.
— Moja droga, to ja biorę i decyduję, nigdy o tym nie zapominaj. Z całą pewnością dziś będę przebierać w całej palecie smaków i aromatów. — Odezwał się cichym, wibrującym, niskim głosem. Czy to była groźba...? A być może oczywiste stwierdzenie faktu, kto stał za sterami i kto podejmował decyzję. Piękna młodzież Chicago, czarujący chłopcy, pociągające dziewczyny były obecnie, w ocenie wampira, jedynie pokarmem o różnych walorach smakowych. Być może ktoś dzisiaj umrze, aby zaspokoić żądzę krwi.
Da Silva niespodziewanie ujął palcami prawej dłoni podbródek Caithlyn i popatrzył na nią niczym rzeźbiarz pracujący przy głowie posągu.
— Tss, tss, tss — zaszeleścił językiem na znak rozczarowania — istotnie nie prezentujesz się dzisiaj w całej swojej okazałości, trzeba nad tym popracować. Nie mogę pozwolić, aby moje oczko w głowie wypadło gorzej, niżeli wystrój mej posiadłości. - celowo przedstawił opinię w języku angielskim, aby każda osoba w sali bankietowej mogła go zrozumieć. Jak zamierzała zareagować na to Cavendish? OBELGA! Jak ten łajdak śmiał przy wszystkich tak mówić?! Rozszarp mu szyję!
Stwórca odwrócił się plecami do potomka. Dostojnym krokiem, nie komunikując swych zamiarów, udawał się na piętro. W chwili pokonania połowy stopni schodów zatrzymał się i zerknął na dziewczę.
— Zapraszam. — Zasygnalizował niby spokojnie.

Re: A Little Party Never Killed Nobody

#7
Caitlyn poczuła przyjemny dreszczyk emocji, kiedy Salvatore zmniejszył dystans, a gdy odezwał się tak męsko, drapieżnie i dominująco, przypomniała sobie, dlaczego nie w smak była jej wyprowadzka. Rumieńce na jej policzkach pociemniały, a oczęta zaiskrzyły się lekko. Uwielbiała mężczyzn emanujących władzą, a da Silva był doskonałym, pełnym klasy reprezentantem tej grupy. No i to ona stanowiła najcenniejszą z jego zdobyczy. Sama tego świadomość była dla Kitty ekscytująca. Kiedy chwycił ją za podbródek, odruchowo wciągnęła i wstrzymała powietrze, a gdyby tylko jej serce żyło, niewątpliwie zabiłoby mocniej. Tym razem Bestia przegrała z Caitlyn i jej upodobaniami.
- Niewątpliwie byłaby to ogromna strata - zamruczała do Salvatore jak kotka, a kąciki jej ust zadrżały lekko od tłumionego uśmiechu. Obserwowała go, czując jak przepełnia ją duma. Uwielbiała go. Czy to za pośrednictwem Więzów Krwi, czy przez wspomnienia z czasów życia, po prostu rozsadzała ją dzika satysfakcja, że należała właśnie do niego. Kiedy ją ponaglił, ruszyła za nim, na odchodne posyłając nieszczęsnemu muzykowi bardzo onieśmielające i prowokujące spojrzenie, ot, dla rozrywki. Chwilę później była w swoim saloniku, uśmiechając się słodko do da Silvy.
- Uwielbiam tę sukienkę, ale zdecydowanie nie mogę dziś w niej wystąpić - powiedziała, mijają Stwórcę, by skierować się dalej, do swojej sypialni, w której mieściła się również jej pokaźna garderoba. Bez najmniejszego skrępowania rozpięła sukienkę, która swobodnie opadła na podłogę, zaś jej właścicielka, odziana teraz jedynie w biżuterię, pończochy i koronkową bieliznę, stanęła przed uzbrojonymi w duże lustra drzwiami szafy i otworzyła je. Przez ramię rzuciła Salvatore anielsko niewinny uśmiech. - Jestem płótnem w twoich rękach, Maestro.
Jej dłoń zaczęła pieszczotliwie przesuwać się po materiałach wiszących sukienek. Oszałamiające kreacje, które wyszły spod wprawnej ręki Salvatore w zestawieniu z jej ponętnym ciałem stanowiły duet doskonały. Przeszywające na wskroś piękno działało cuda na umęczone toreadorskie dusze.
- Może ta niebieska? Czarna? Albo w pawie pióra? A może... - tu zacisnęła dłoń na krwistoczerwonym jedwabiu. Umilkła, czując, jak jej wewnętrzna Bestia szarpie się w swym więzieniu. Caitlyn zamknęła oczy, starając się opanować. - Jestem taka głodna... Jak my dotrwamy do przyjazdu...
Jedzenia. Rzeźnych wieprzy wypełnionych po brzegi bezcenną krwią. Bezmyślnej trzody wartej tyle, ile wypływająca z niej posoka.
- ...gości?

Re: A Little Party Never Killed Nobody

#8
Zanim dziewczyna zniknęła za drzwiami swojego pokoju wraz z Stwórcą, posłała rozbrajające spojrzenie jednemu z muzyków. Młody chłopak, na oko świeżo po dwudziestce, nerwowymi ruchami wygładzał materiał swojego stroju. Dalej był oszołomiony ostrym tonem jego pracodawcy, jednak wyczuł, że był obserwowany. Blondyn pierw uśmiechnął się łagodnie do Caitlyn, jakby w podzięce za ratunek. Dopiero po chwili dotarło do niego znaczenie sugestywnego wejrzenia kobiety i zupełnie się zawstydził, bowiem natychmiast przeniósł wzrok na skrzypce, które dzierżył w rękach. Zadrżały. Oddalił się do innej strefy sali bankietowej, pozostając z burzą emocji w sercu.
Salvatore pozwolił się wyprzedzić, dalej kroczył wytyczonym przez siebie tempem. Wszedł do środka w tym samym czasie, kiedy jego ulubienica zrzuciła z siebie sukienkę. Patrzył na nią z ciekawością, wędrował wzrokiem po liniach jej ciała, rozkoszował się widokiem pięknej, lecz również uległej potomkini. W rękach Stwórcy stanowiła ona plastyczny materiał, który mógł kształtować wedle uznania. Była jego własnością, w jej żyłach płynęła jego Krew, stała się płótnem zdolnym każdej nocy przyjąć nowy obraz mistrza.
Dziewczę poczuło dotyk na swej skórze. Da Silva ułożył ręce na jej ramionach, przez moment wampiry trwały w cielesnym kontakcie. Lustra uchwyciły tę scenę na swych gładkich taflach, męskie oczy lustrowały kobietę. O czym teraz myślał? Poruszenie. Zręcznym ruchem Salvatore odpiął naszyjnik z szyi podopiecznej, odczuła jedynie lekkie muśnięcie.
— Jestem dumny z mego dzieła. Uchwyciłem nieskalane piękno, ukierunkowałem, obdarowałem nieśmiertelnością. Jesteś zjawiskowa, bo chciałem, żebyś taka była. — Gdy mówił, pozbył się ostatniego elementu biżuterii z Spokrewnionej. Później sięgnął jej włosów, postanowił zmienić fryzurę.
— A teraz chcę, abyś z płótna stała się moją różą. Różą, którą zachwycą się wszyscy, że zapomną o kolcach i będą skłonni się pokaleczyć, żeby ją chwycić. Dasz radę, córeczko? — Później zmienił także bieliznę kobiety, dostosował fryzurę, uzbroił w inne precjoza, aby dopełnić główny element wizerunku: czarnoczerwoną suknię o ciemnych motywach roślinnych.
— Ach! Wspaniała barwa, nie uważasz? Chcę cię w niej widzieć. Załóż ją. — uradowanym głosem mężczyzna zaczął nowy wątek w reakcji na temat głodu. — Właśnie to jest najcudowniejsze! Czujesz ją, prawda? Bestia w nas wzmaga, wyrywa się, mąci myśli. W tych chwilach czuję ekscytację, bo wiem, co nastąpi potem, kiedy zacznę się posilać! Regularne zaspakajanie pragnienia jest rozsądne, jednakże jakież to nudne! Metodyczność zabija pasję polowania, a my dziś, moja droga, będziemy polować na naszych warunkach. W środowisku najlepiej nam sprzyjającym. Nie mogę się już doczekać. — dokończył złowieszczym tonem, był zaprawdę głodny i zagłodził się celowo. Salvatore już od jakiegoś czasu udawał radość, kiedy otaczał się pospolitymi dla bogaczy rozrywkami. Przywdziewał maskę w towarzystwie, w głębi duszy nudził się niemiłosiernie, dlatego lubował się w ekstrawagancji, w przekraczaniu granic. Ryzykował wiele, aby zabić nudę i powierzchowność. Być może w przyszłości doprowadzi to do Ostatecznej Śmierci, lecz nie zamierzał się tym przejmować. Tej nocy planował oddać się w pełni krwawym zachciankom.
Toreador, podniecony wizją żerowania, odstąpił od dziecięcia i skierował się do okien. Z niecierpliwością wypatrywał świateł wehikułów na drodze do posiadłości, zatapiał się w swych fantazjach. Czekanie także go męczyło, jednak uważał to za element gry, jaką obmyślił. Igrał z ogniem i wielce go to bawiło, pytanie czy zdoła utrzymać do końca kontrolę?
— Goście. Tak, przypomniałaś mi o nich, dziękuję. Zaprosiłem dwóch członków naszego klanu na moje przyjęcie. Po wspólnej wieczerzy porozmawiamy o sprawach gnębiących miasto, sztuce, a przede wszystkim zamierzam porozmawiać o tobie. W stosownym momencie dołączysz do nas i się zaprezentujesz. Poznasz ich, a potem zobaczymy, gdzie nas zaprowadzi rozmowa — mówił w taki sposób, jakby jego plan już się powiódł. Wykorzystał swojego potomka jak figurę, żeby umieścić ją w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Nie musiał pytać o zgodę, bo nie spodziewał się odmowy.

Re: A Little Party Never Killed Nobody

#9
Caitlyn słuchała swojego Mentora i czuła, jak wzbierają w niej coraz silniejsze, gwałtowniejsze emocje. Nieskalane, nieśmiertelne piękno. Tym była. Wpatrywała się zachłannie we własne odbicie, czując, że nie zniosłaby istnienia kogoś przewyższającego ją urodą. Kiedy Salvatore zsunął z jej szyi perły i pozbawił całej reszty odzienia, czuła się istotą absolutnie doskonałą. A jednak, kiedy Stwórca zaczął tę doskonałość podkreślać, Toreadorka poczuła mieszaninę zachwytu i wściekłości. Miała ochotę podrzeć tę suknię, to krwiste arcydzieło krawieckiej sztuki. Jakim prawem, jakim?! Dlaczego sam wdzięk nie wystarczył?! Dlaczego ktoś pośledniejszej urody, za to odziany gustowniej, miałby ją przyćmić? Nie mogła na to pozwolić. Kreacje Salvatore były jej potrzebne niemal tak mocno jak sama krew. Chciała jaśnieć, błyszczeć, zachwycać!
Będę twoją różą, papà. — bardziej syknęła, niż powiedziała Kitty. W jej głosie było coś drapieżnego, jakby przyczajona w niej bestia burzyła się coraz bardziej, gotowa do ataku. Ale Caitlyn nie patrzyła na Salvatore. Patrzyła na siebie. Na swoje odbicie w lustrze, upajając się nim, ale i czując coraz większą agresję. — Będą pragnąć moich kolców. Będą o nie błagać.
Dalsze słowa opiekuna jeszcze mocniej podsycały ogień w jej sercu i palenie w gardle. Przywdziała wybraną przez niego kreację, a potem podeszła do okna, zamierzając oderwać go z krwawych fantazji.
Pasja polowania, papà? - zamruczała słodko, przekrzywiając głowę. Salvatore wiedział, że w takich momentach była najbardziej pobudzona i spragniona łowów. Łagodnie, niczym czuła kochanka położyła dłoń na jego policzku. — Zagrajmy więc. Najsłodsze, najniewinniejsze dziewczę na tym przyjęciu. Zamierzam ci ją odebrać, papa. Przyprowadzić do tego pokoju, skosztować... Sama.
Przesunęła dłoń z policzka mężczyzny, na jego szyję, leciutko drapiąc wampirzą skórę paznokciami. Czy chciała go sprowokować? Tak. I czuła się w tym całkowicie bezkarna. Uśmiechnęła się anielsko, a potem cofnęła rękę i poruszyła następny temat.
Kim będą nasi goście? — spytała ze szczerą ciekawością. Bestia znikła całkowicie i Kitty znów była jego słodką, czarującą dziewczynką. — Mam się zachowywać wobec nich w jakiś szczególny sposób? Papà! Proszę, umieram z ciekawości!

Re: A Little Party Never Killed Nobody

#10
Prowokacyjna sugestia była strzałem w dziesiątkę, bowiem Salvatore zareagował natychmiast. Kiedy jego wychowanka wspomniała o upolowaniu niewinnej, nieskalanej piękności to wampir całkowicie skupił na tym uwagę. Istotnie, Cavendish przewidziała cel łowów swojego Stwórcy, dobrze znała jego upodobania. Spojrzenie mężczyzny zdradzało frustrację, lecz również ekscytację. Czyżby pomysł przypadł mu do gustu? Nie odezwał się, nawet kiedy kobieta lekko podrapała jego szyję.
W momencie, w którym Caitlyn cofnęła rękę, nagle Salvatore ją złapał i przyciągnął gwałtownie ku sobie. Niby anielica uderzyła o niego lekko, a po chwili poczuła rękę mężczyzny na swej talii, uniemożliwiając wydostanie się z objęcia. Nie pozwoliłby jej teraz tak po prostu zmienić tematu rozmowy, zamierzał się zabawić.
— Zatem zobaczymy, kto będzie pierwszy. Dorwę ją, a jak będę łaskaw, to może pozwolę ci patrzeć. Gdy ja będę się sycić, ty zatracisz się w pragnieniu. — Kiedy mówił, nachylił się do rozmówczyni na odległość pocałunku. Wysunięte kły, wyzywający ton głosu, złowrogi błysk w męskim oku potęgował aurę zagrożenia, jaką stwarzał da Silva. Teraz! Jest wystawiony, wbij w niego swoje kły!
Bestii nie dało się uspokoić, okryć zasłoną zapomnienia, ona wciąż tam była i domagała się krwi. Gdy głodne potwory patrzyły sobie w oczy, bardzo szybko zapominały o ludzkich odruchach, w pojedynkujących się wejrzeniach narastała agresja. Cavendish niesłychanie kusiło, aby ją na czymś wyładować, bowiem przeszywające oczy pana doprowadzały niemal do szaleństwa. Nadal balansowała na cienkiej linii, od momentu przebudzenia do teraz nieustannie dokuczały jej grzeszne myśli.
Nie udało się Caitlyn za pierwszym razem zadać pytania, bo zostały zamknięte pocałunkiem. Po rozkosznej chwili Salvatore puścił dziewczynę, a potem ponownie zerknął za okno. Zauważył z daleka światła pojazdów.
— Séverine Mathieu. Dawniej śpiewała i komponowała muzykę we Francji, lecz kiedy została Spokrewniona, skoncentrowała swoje wysiłki na wspieraniu obiecujących muzyków. Często przebywa w towarzystwie Louvenii Duclair, czasami podszeptując do jej ucha rady, jeżeli Louvenia sobie tego zażyczy. Mathieu szybko rozpoznasz, natychmiast zauważysz jej charakterystyczny strój. — Wampirzycy udało się wyłapać specyficzny ton wypowiedzi swego mentora, z sukcesem rozczytała jego intencje względem Séverine. Było mu... Przykro? Nieświadomie nasycił wypowiedź współczuciem. Co musiało się stać, że komuś takiemu jak Salvatore przekradła się do wypowiedzi emocja współczucia?
— Drugim gościem jest mój... Stary znajomy z Włoch. Przybył do miasta niedawno, zapewne niedługo wyruszy znowu w podróż. Jego godność to Simone, malarz. Biedak wierzy, że podróżowanie po świecie rozpali jego dawno pogrożoną w mroku kreatywność. Dalej tworzy zacne dzieła, jednak brakuje w nich pasji, pracuje niczym rzemieślnik, który po prostu musi trzymać poziom, aby nie wypaść z gry. — Podsumował starego znajomego zupełnie neutralnie.
— Więcej dowiesz się od nich samych. Obserwuj, pytaj, ucz się — mówił z rozdrażnieniem w głosie, odwrócił się ku swemu dziecięciu. — Ale dość o tym! Zobacz, jaki jestem wspaniałomyślny! Mówię tym nędznym biedakom, mojej służbie, jak mają pracować. Ciebie odziałem jak księżniczkę na wydanie, a zapomniałem o sobie! Wyglądam jak prostak. Idę się przygotować, a kiedy skończę, zapewne pierwsze wozy zawitają na posesji. Przywitamy ich razem. — Zanim odszedł, oczekiwał godnego pożegnania od Cavendish. Jak by ono wyglądało? Zamierzała pocałować w rękę Stwórcę jak nakazywała etykieta Camarilli? Ukłoniłaby się przed nim? To już leżało w jej kwestii. Po pożegnaniu, da Silva opuścił pokój.

* * *

Stali razem u progu głównego wejścia, witając przybywających gości. Salvatore da Silva był ubrany w frak czarny jak najciemniejsza noc, założył do niego czerwoną muchę. Na palcach nosił pierścienie ozdobione jaspisami. W towarzystwie gospodarza przebywała Caitlyn w swojej kreacji, razem wymieniali się uprzejmościami z wchodzącymi do środka ludźmi. Kobieta domyśliła się, że posyłała uśmiechy do osób wpływowych, majętnych, na wysokich pozycjach społecznych. Część z nich rozpoznała, ponieważ uczestniczyła w wieczorowym życiu Wietrznego Miasta. Kilkoro z nich wzbudziło zaintrygowanie.
Cavendish natychmiast przyuważyła pierwszy potencjalny cel jej zabawy z da Silvą. Odziana w niebieską suknię osiemnastolatka nieśmiało odwzajemniła uśmiech, kiedy nieśmiertelni ją powitali. Nastolatka o ciemnych jak heban włosach emanowała niewinnością oraz oszałamiającą urodą, towarzyszył jej starszy o kilka lat narzeczony. Następnym interesującym kąskiem był młodzian w okularach. Chłopak musiał niedawno skończyć dwadzieścia lat. Był wysoki i szczupły, wydawał się wręcz chudy, lecz miał niezwykle piękną twarz - o zjawiskowo łagodnych rysach twarzy. Miał nieskalane pracą dłonie, nosił sygnet na środkowym palcu lewej dłoni. Śmiało powitał gospodarzy, jego głos i zdecydowane ruchy zdradzały bystrość umysłu. Kolejnym kąskiem był mężczyzna niemieckiego pochodzenia o blond włosach i niebieskich oczach. Nosił się prosto, elegancko, dumnie. Ewidentnie posłał zalotne spojrzenie wampirzycy, a potem wszedł do środka.
W końcu przybyli oni. Francuska dama raziłaby swoim pięknem, doprowadziłaby do białej gorączki Cavendish, gdyby nie to, że wszelkimi metodami ubrała się odstraszająco. Suknia czarna, prawie jak na żałobę, szczelnie ukryła kobiece atuty. Powściągliwa postawa, obojętne oczy, zimny głos skutecznie zniechęcał podejmowania prób rozmowy.
— Witaj Salvatore. Cieszę się, że nas zaprosiłeś. Och, kimże jest ta urocza istotka? — zapytała retorycznie, posyłając Cavendish chłodne spojrzenie.
— Z całą pewnością widać, że poszła w ślady ojca. Moi drodzy, chyba poczułem drgnięcie w sercu. Dobry wieczór. — Zażartował kompan wdowy. Simone nie należał do wysokich osób, bo mierzył raptem sto sześćdziesiąt centymetrów. Wyglądał dobrze, ubrany był w granatowy frak, charakterystyczną cechą jego aparycji były zielone oczy. Patrzył z nieukrywaną sympatią na Salvatore oraz towarzyszącą mu potomkinię. Chociaż, ile było prawdy w tym spojrzeniu? Cavendish nie umiała tego rozszyfrować.
— W końcu! W końcu jesteście, nie mogłem się was doczekać, kochani! Séverine, jak zwykle, przypominasz górę nie do zdobycia. Natomiast ty, Simonie, koniecznie musisz opowiedzieć mi o swoich nowych obrazach, od lat się nie widzieliśmy, stary druhu...
Wdowa uniosła kąciki ust, zapewne nie pierwszy raz usłyszała taki żart od da Silvy. Musieli się dobrze znać, skoro zareagowała ona pozytywnie na taki humor. Malarz błyskawicznie zmienił tok rozmowy, żeby zejść z tematu malarstwa. Wampiry przywitali się serdecznie, czy Cavendish mogła sobie pozwolić na podobną swobodę? Jak zamierzała rozegrać swoje powitanie? Złe pierwsze wrażenie mogłoby zrujnować potencjalne korzyści wynikające z przyszłych interakcji.
Zagrała muzyka.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron