Ogary i pudle

La Liberté, pierwsze piętro

Image

Ogary i pudle

#1
Pamiętał to miejsce aż nadto, od czasu swojej pierwszej nocy w Chicago. Pierwszy raz, gdy uderzył go splendor tego miejsca. Pełna przepychu uświęcona ziemia dla Spokrewnionych. Wszystkie pary oczu nieumarłych bywalców klubu skupione na nim, skromnym przybyszu znad morza, oceniające, zdawałoby się, każdy jego krok. A pośród nich wszystkich - on, Archibald ze swoją szpetną mordą i niepokojąco inteligentnymi oczami. Zerkając w nie, przez chwilę odniósł tamtej nocy wrażenie, że Nosferatu już wcześniej wiedział o tym, że przybędzie. Zresztą czy byłoby to takie dziwne?
Teraz jednak przybył na miejsce już znacznie swobodniej. Człowiek się przyzwyczaja. A Spokrewniony tym bardziej. Nawet jeżeli nie przepadał za ogółem śmiertelnej klienteli "La Liberte", to cenił sobie spokój i bezpieczeństwo klubu. Dobre miejsce, by odpocząć na chwilę od miasta, porozmawiać z innymi wampirami, napić się, zapalić, pograć w karty i tak dalej... Ogółem poczuć tą namiastkę życia.
Mimo wszystko, krocząc w tym ośrodku chicagowskiego przepychu, Galloway czuł się nieswojo. Nie na miejscu. Miał nadzieję, że mu przejdzie. Posiedzi chwilę, poogląda towarzystwo, wczuje się w rolę... Tak, da sobie radę. A na pewno nie zacznie tak prędko narzekać na drętwotę zebranych na miejscu ludzi, skoro raptem przed chwilą jadł - był w całkiem dobrym nastroju.
Pozostawiwszy kurtkę w rękach szatniarza, Marcus natychmiast udał się na piętro. Ta nadludzka perfekcja wszędzie wokół... Gdyby studiował przedtem sztukę, pewnie doszukiwałby się tutaj nawet jakichś rozwiązań matematycznych czy innych złotych podziałów. Niestety nie znał się na tym tak dobrze. Na pewno wpadły mu w oko szkarłatne obrazy na ścianach autorstwa Lévêque, jakkolwiek makabryczne by one nie były z uwagi na pochodzenie barwnika. Było w nich.... coś, co nie pozwalało na długo oderwać od nich wzroku. Może to właśnie świadomość o procesie tworzenia tych dzieł wampirzej sztuki tak działała. Człowiek - żywy i nieumarły - zdawał się być wręcz przyciągany do różnych form makabry. Ciekawie zresztą kontrastowały z tymi europejskimi antykami zaraz obok.
Usiadł wreszcie przy pierwszym wolnym stoliku z brzegu, by nie sterczeć jak kołek. Pozwolił sobie na obserwację otoczenia. Ostatnim razem nie miał szansy przyjrzeć się bliżej miejscowym. Teraz już z chęcią to nadrobi. Już wcześniej nie należał do specjalnie zainteresowanych wampirzą polityką, jednak swoich gospodarzy warto znać. Kto wie, czy takie znajomości nie okazałyby się dla niego użyteczne: kto mógłby poratować wsparciem albo kogo powinien unikać i nie próbować następować na odcisk?

Re: Ogary i pudle

#2
Meredith nie zjawiała się tak często w tym miejscu. Splendor i luksus tego przybytku, który w zamierzeniu miał być oazą spokoju dla Spokrewnionych, a w rzeczywistości był polem, gdzie rodziła się znaczna część intryg, nie był dla niej czynnikiem mocno przyciągającym do tego miejsca. Do tego oceniający wzrok innych obecnych w danym momencie w Elizjum, ze względu na jej dobór garderoby, wzorowany na strojach staroegipskich po pierwsze, a po drugie spoglądanie, tych którzy wiedzą, że jest z klanu Brujah, jakby w każdej sekundzie miała rzucić się i rozedrzeć kogoś na strzępy. Zdecydowanie wolała spędzać czas w penthouse'ie hotelu Majestic, poświęcając się badaniu antycznych tekstów i starożytnych artefaktów zebranych w trakcie sporej liczny podróży do Egiptu i na Bliski Wschód, lub spędzać czas w cyrku, który prowadzi, nadzorując przygotowania swojego zespołu do tego czy innego występów.
Czasem jednak i Meredith nachodziła chęć by spędzić trochę czasu w tym ekstrawaganckim otoczeniu i po prostu się nim nacieszyć, nie za bardzo zważając na opinie innych, głównie przez nie wchodzenie z nimi w niepotrzebne interakcje, by nie musieć reagować na ich słowa. Zawsze jednak mogła usiąść gdzieś bardziej w rogu, może nawet poczytać jakąś książkę, o ile nikt jej nie będzie zaczepiać.
Kiedy weszła do środka, zostawiła swój płaszcz, ujawniając wszystkim swoje egipskie szaty, powoli, niemalże leniwie przemierzyła "La Liberte". Wystrój tego miejsca z pewnością powalał na kolana śmiertelników, rzadki kiedy otaczały ich taki splendor i perfekcja. Na Meredith nie robiło to aż takiego wrażenia, nie traciła więc czasu na podziwianie tego miejsca. Zdecyowanie wolała antyki z Bliskiego Wschodu, niż te europejskie, niemniej potrafiła docenić całkiem interesujące obrazy.
Kiedy tak przechodziła się w poszukiwaniu dogodnego dla siebie miejsca, jej wzrok spoczął na mężczyźnie, który siedział przy jednym, ze stolików. Mało o nim wiedziała, poza imieniem i faktem, że również należał do klanu Brujah. Może to dobry moment by nieco zacieśnić relacje?
Powoli, leniwie i bezszelestnie zbliżyła się do stolika, przy którym siedział.
-Mmm...Marcus, prawda? Wyglądasz na samotnego, pytanie brzmi czy jest to samotność z wyboru czy z przymusu? zapytała przekrzywiając głowę na bok i przyglądając się mężczyźnie.

Re: Ogary i pudle

#3
Wzrok męzczyzny wnet przyciągnęła nawiedzająca go kobieta. Obejrzał ją z góry na dół, uniósł brew w cichej aprobacie jej jakże egzotycznego wyglądu. Bardzo... egipski. Znacząco tym samym wyróżniała się na tle całego klubu, który utrzymywano w bardziej europejskich klimatach, miejscami wręcz średniowiecznych. Tutaj nagle wkraczała dama idąca wręcz w starożytność. To jej osobisty gust? A może świadomie chciała się wyróżnić? Tak czy inaczej, wiedziała, jak przyciągnąć uwagę - czy tego chce, czy nie.
- Zgadza się - potwierdził jej przypuszczenia Marcus. Wskazał ruchem dłoni puste krzesło zaraz naprzeciwko niego. Jakkolwiek nie przypominała mu - Raczej z wyboru, ale nie obraziłbym się na odrobinę towarzystwa.
Przyjrzał się jej uważniej. Tak, kojarzył ją, aczkolwiek przelotnie. Wtedy też wyróżniała się ubiorem. I ogółem urodą. Podczas gdy inni wydawali mu się typowo amerykańscy w ten czy inny sposób, była tam jedna osoba wyglądająca jakby przybyła gdzieś z południa. To musiała być właśnie ta kobieta. Chociaż wyglądała mu na kogoś pokroju Ventrue, to z drugiej strony nie wydawała mu się taka nadęta jak... znaczna część tego klanu. Może Toreador?
- Zdaje się, że jeszcze się sobie nie przedstawiliśmy. Mnie pani widać już zna. A ja z kim mam przyjemność? - zapytał spokojnym tonem. Pewnie, był sobie członkiem klanu powszechnie uważanego za bandę w gorącej wodzie kąpanych buntowników chętnych do walki tu i teraz, ale nie zapomniał jeszcze manier, zwłaszcza gdy miał do czynienia z kobietą. - Widzieliśmy się parę nocy temu, u Księcia.

Re: Ogary i pudle

#4
Mężczyzna nie był pierwszy ani nie będzie ostatnim, który zmierzy w ten sposób kobietę od stóp do głów. Meredith zdecydowanie się do tego przyzwyczaiła. Jak chcą to niech patrzą. Aczkolwiek zdawała sobie sprawę z faktu, że sama dosyć kontrastuje z europejskim i niekiedy średniowiecznym wystrojem tego wnętrza. Cóż poradzić, trudno, ona sama taką stylistykę uważała za nudną, a już szczególnie jak idzie o dobór garderoby. Ona ubierała się tak jak miała ochotę i tak jak się czuła dobrze.
I choć bardzo możliwe nawet, że aura jaką wokół siebie roztaczała mogła być dosyć myląca i sugerować na pierwszy rzut oka przynależność do klanu Toreador, bo przecież Ventrue byli zbyt sztywni by się tak ubrać, głęboko wsadzony w tyłek kij im na to nie pozwalał. Pozory jednak nie mogą mylić, mimo oryginalności ubioru i pewnej być może nawet dostojności za tym idącej, tuż pod skórą czaił się charakter agresywny i skory do fizycznych rozwiązań. No, może nieco głębiej pod skórą niż to jak inni Spokrewnieni widzieli stereotypowego Brujah.
Po wskazaniu krzesła usiadła na nim, wszak umiałą w towarzystwie zachować pozory kultury.
-Cieszę się więc, że nie przeszkadzam. Nie chciałabym wyciągać nikogo z głębokiej zadumy odparła uśmiechając się lekko. Tak cywilizowane zachowanie stanowiło pewne wyzwanie, lecz za każdym razem jak się jej udawało, widziała w tym małe swoje zwycięstwo.
-Proszę o wybaczenie. Jestem Meredith. Ktoś musiał mi zdradzić pana imię zanim dane było nam się poznać osobiście. Tak, pewnie to było u Księcia, tam też ktoś szepnął pana imię. Czym się pan na co dzień zajmuje? tutaj chyba do głosu doszły mimo wszystko południowe korzenie kobiety, które sprawiały, że była dosyć bezpośrednia.

Re: Ogary i pudle

#5
Meredith. Zapamięta to imię. Wydawało mu się w równym stopniu egzotyczne, co jej uroda. A jednak czuł, że to nie wszystko. Nie potrafił tego ubrać w słowa, ale czuł, że wygląd u tej kobiety to nie wszystko; że jednak to, co widzi, to tylko fasada. Może i należał do tych młodych Spokrewnionych, co jeszcze w istocie nie wiedzą praktycznie nic o wampirzym społeczeństwie, lecz już wiedział, że tacy jak on czy ona zyskują wprawę w pokazywaniu się innym tak, jak sami tego sobie życzą. Sam w sumie nigdy nie miał z tym problemu - jeszcze - toteż nigdy nie przyszło mu bawić się w takie iluzje, ale kto wie, kto wie...
- A możliwe, możliwe. Mówili o mnie coś jeszcze? - zapytał zaciekawiony Marcus na słowa o Księciu. Nie zdziwiłoby go wcale, gdyby każde przybycie nowego Spokrewnionego do miasta stanowiło jakieś ważne wydarzenie dla wyżej postawionych w miejscowej hierarchii wampirów. Poza Księciem jeszcze może primogen i inni "godni"... Ot, takie przedstawienie i ocena, z kim mają do czynienia... Jeżeli tutaj tak to wyglądało, to może dobrze, że niespecjalnie się przed nimi afiszował. Przyjść, przedstawić się, mieć nadzieję, że Książę nie ma problemu ze wpuszczeniem cię na swój teren, wyjść.
- W swoim czasie służyłem w policji - pochwalił się, aczkolwiek skromnie, Galloway, spoglądając na Meredith spod brwi. - Z kolei teraz... powiedzmy, że chwytam się, czego mogę, żeby przetrwać. Jak na razie nie narzekam. W sumie to nawet się cieszę - szyja już nie boli od tej "smyczy".
Bezpośrednia kobieta. Lubił takie nastawienie. Od razu graj w otwarte karty, a nie baw się w szarady. Miło.

Re: Ogary i pudle

#6
Co by nie mówić, poza egipskim ubiorem, również jej 'zwykła' uroda, fizyczność sprawiała niewątpliwie dosyć oryginalne wrażenie, tak jak chyba wszystko pochodzące z Brazylii, tak i ona musiała wywoływać myśli o swoistej egzotyce. Imię, z tego co zdążyła się zorientować, również rzadko się powtarzało.
A jeżeli Marcus potrafił zobaczyć cokolwiek poza tą fasadą, to znaczy, że był z niego naprawdę dobry i wnikliwy obserwator, Niewielu potrafiło to zrobić, wszak Meredith włożyła dużo wysiłku i doświadczenia jako ktoś kto żyje z organizowania innym show pełnego błyszczących strojów i iluzji, by nikt nie potrafił jej przejrzeć.
- Nic takiego co bym sobie przypominała. Nie zwykłam też spędzać dużo czasu na słuchaniu plotek. Wolę poznawać innych przez bezpośrednie konwersacje odparła unosząc lekko kąciki ust do góry. Ktoś musiał najwyżej wspomnieć o mężczyźnie i opisać go i rzucić właściwym imieniem, nie był to chyba nikt ważny, ani żadna poważna czy oficjalna rozmowa.
-Mmm... Policja. Interesujące. Jednak zdecydowanie lepiej funkcjonować bez takiej sztywnej smyczy na szyi. Ja prowadzę swój własny cyrk. Staram się, żeby przedstawienia były zawsze na najwyższym poziomie. Jeżeli interesują pana takie rozrywki, to serdecznie zapraszam, na miejsca dla dostojnych gości powiedziała zachęcającym tonem i skinęła głową na potwierdzenie swoich słów.

Re: Ogary i pudle

#7
Tak, coś ewidentnie było na rzeczy. Wygląd tej kobiety mówił jedno, ale jej słownictwo - chociaż wciąż dość eleganckie - to wskazywało na co innego. Wyczuwał w niej coś znajomego. Już wiedział, że ją polubi. Podobała mu się u ludzi (i nieludzi) taka bezpośredniość.
W odpowiedzi na słowa Meredith, Marucs jedynie skinął głową i uśmiechnął się dla rozluźnienia. Poprawił się w krześle. Bardzo dobrze, że nikt nic o nim nie mówił. Dla wampira za duży rozgłos to jak pole minowe: pewnie, możesz spróbować przeprawić się na drugą stronę, ale pewnie po drodze coś cię rozerwie. Albo ktoś. Albo padniesz ofiarą swojej własnej głupoty. A Marcus lubił wierzyć, że do głupich nie należy.
Cyrk... Tutaj już nie był pewien jej słów. Chodziło jej o faktyczny cyrk z akrobatami, zwierzętami i klaunami czy to był jakiś eufemizm?
- Chętnie bym wpadł i zobaczył pokaz albo dwa - przyznał. - Tak a propos rozrywek: dzieje się w mieście coś ciekawego, godnego uwagi? Słyszałem parę rzeczy, ale to tylko takie urywki, z których nie idzie się niczego dowiedzieć. Dopiero tu przyjechałem i chętnie zorientuję się, jak tu na zachodzie wygląda życie. Lub nieżycie w naszym przypadku.

Re: Ogary i pudle

#8
Chyba jednak Brujah nawet podświadomie wyczuje innego Brujah, bowiem Meredith nie stanowiła stereotypowego przedstawiciela swojego klanu, a słownictwo przez nią używane, zazwyczaj potrafiło zmylić innych nowo poznanych Spokrewnionych na tyle, że rzadko kto automatycznie przypisywał ją do klanu Brujah.
Ciężko tutaj było się z Marcusem nie zgodzić, dla wampira rozgłos w światku Spokrewnionych, częściej niż nie, zwiastował po prostu kłopoty bo prawie zawsze ktoś, lub nawet więcej niż jedna osoba, będzie miał mniejszy lub większy problem z Twoimi poczynaniami. Lepiej nie zwracać na siebie uwagi, a porównanie z polem minowym było nad wyraz adekwatne. Lepiej nie doprowadzać do sytuacji, w której trzeba by się przeprawiać na drugą stronę w takich warunkach.
W sumie zabawna sprawa, jak często wspomnienie o cyrku nie jest brane dosłownie, a jako przenośnia.
-Wyśmienicie. Wpiszę pana na listę ważnych gości. A jeśli chodzi o miejskie rozrywki, muszę pana rozczarować, ale też nie jestem na bieżąco, ostatni, dłuższy czas spędziłam pośród pustynnych piasków Egiptu i Jordanii. Sama muszę rozeznać się co się dzieje. I cóż, sama wolę myśleć, że teraz żyjemy bardziej niż kiedykolwiek przedtem.

Re: Ogary i pudle

#9
Pokiwał głową na słowa kobiety. Zatem i ona dopiero musiała się rozeznać. W sumie może nawet lepiej, że żadne z nich jeszcze nie zna tak dobrze tego miasta? Po co sobie psuć niespodzianki, które niewątpliwie ich tu spotkają? Z drugiej strony dobrze byłoby mieć choćby i powierzchowny wgląd w politykę miejscowych Spokrewnionych: kto jest kim i gdzie się nie zapuszczać bez pozwolenia.
- Egipt, Jordania... Ciekawe miejsca. Ta wycieczka krajoznawcza to bardziej dla przyjemności czy w jakimś konkretnym celu? - zainteresował się Marcus. Sam nigdy nie brał pod uwagę wyjazdu w tamte strony, nawet za życia. Głównie dlatego, że wówczas był to raczej niespecjalnie stabilny rejon. Teraz w sumie też. Śmiertelnik nie zapuszczałby się na bliski wschód bez konkretnego powodu, za to w przypadku Spokrewnionych... To już inna para kaloszy. - Jakieś sprawy archeologiczne? Podobno wampiry po raz pierwszy pojawiły się właśnie na bliskim wschodzie. Jeśli wierzyć legendom. To coś w tym kontekście?

Re: Ogary i pudle

#10
To nie do końca tak samo, Meredith mieszkała w mieście od lat, jedynie ostatnie miesiące spędziła na pustynnym Bliskim Wschodzie, stąd też nie była do końca zaznajomiona z ostatnimi wydarzeniami czy plotkami, nie miała pojęcia czy wydarzyło się coś ważnego. Stąd też częsciej niż zazwyczaj przychodziła do La Liberte, gotowa usłyszeć najnowsze plotki chociażby i na ich podstawie wyrobić sobie mniej więcej ogląd na temat tego co się działo. Nie chciała zadawać nikomu żadnych pytań wprost, takie działania mogłyby odsłonić jej brak wiedzy publicznie, a w świecie Spokrewnionych lepiej nie pokazywać nawet z najmniejszym stopniu.
-Obydwa. Zarówno wycieczka krajoznawcza, jak i wyjazd w konkretnym celu poza odwiedzaniem wykopalisk, Meredith lubiła po prostu nocne spacery wśród już odkopanych ruin. Czuła wtedy pewną łączność ze starożytnymi cywilizacjami, co z kolei sprawiało, że czuła się po prostu szczęśliwa w danym momencie.
-Tak, spędzam dużo na archeologicznych wykopaliskach, można tam znaleźć naprawdę dużo ciekawych rzeczy. A pan gdzie przebywał zanim tutaj dotarł? cóż nie chciała zdradzać zbyt wiele informacji, zanim nie usłyszy czegoś w zamian od swojego rozmówcy.

Re: Ogary i pudle

#11
Marcus nie był specjalnie zaznajomiony z archeologią. Prawda, studiował historię, ale szczegóły tego, jak ludzie doszli do takich-a-takich wniosków na podstawie tego, co zdołali wykopać, pozostawało dla niego w dużej mierze enigmą. To nie na jego głowę. Niemniej wizja odnalezienia gdzieś na totalnym odludziu na pustyni szczątków jakiejś pradawnej, zapomnianej cywilizacji Spokrewnionych wydawała mu się jak najbardziej ekscytująca. W końcu korzenie całego ich rodzaju leżały gdzieś tam, na tych spalonych słońcem pustkowiach; cóż nie byłoby ekscytującego w odnajdywaniu przeszłości swoich "krewnych"? Może on sam miał gdzieś tam jakiegoś pra-pra-pra-pra-pra-Rodzica, gdzieś pośród starożytnych Egipcjan czy Sumerów. Kto wie...
- Ja? Raczej w jednym i tym samym miejscu - odrzekł skromnie Galloway. - Providence w Nowej Anglii i okolice... Na pewno znacznie chłodniejsze niż Egipt, ale z pewnością nie mniej interesujące. Zwłaszcza że dla Ameryki moja okolica pewnie kwalifikowałaby się już jako coś w stylu bliskiego wschodu dla ogółu ludzkości: kolebka cywilizacji, od której wszystko się zaczęło i tak dalej... Była tam pani kiedykolwiek? Całkiem ciekawe okolice, aczkolwiek jeśli dostatecznie blisko się przyjrzeć... okazują się ciekawe pod innym względem, ale już nie tym... "konwencjonalnie" przyjemnym.

Re: Ogary i pudle

#12
Meredith archeologią interesowała się bardziej hobbystycznie, niemniej kiedy żyje się dłużej, można stać się biegłym nawet w sprawach, które interesują nas na pół etatu, szczególnie kiedy poświęca się im sporo czasu i są one naszą pasją. A wizja odnalezienia artefaktów na pustyni była dla Meredith niezwykle kusząca i pociągająca, trzymanie w rękach rzeczy stworzonych tysiące lat temu było jej największym motorem do działania. A jeżeli do tego udałoby się, pewnie bardziej przypadkiem niż nie, odnaleźć jakąś pradawną cywilizacje spokrewnionych, o których może słyszeli najstarsi Spokrewnieni, to byłoby prawdziwe osiągnięcie życia. Jednak nawet bez tego odnajdywanie egipskich, sumeryjskich czy babilońskich artefaktów było bardzo intrygującym doświadczeniem co by nie mówić.
-Providence w Nowej Anglii. Faktycznie ciekawe miejsce, kolebka cywilizacji. Pierwsi kolonizatorzy i mnóstwo legend i zagadek. Zaginiona kolonia Roanoake między innymi, wiele ciekawych historii. Byłam przejazdem kilkukrotnie, jednak muszę odbyć tam dłuższą podróż. Jeżeli dobrze zna pan te tereny, może mógłby pan być moim przewodnikiem?

Re: Ogary i pudle

#13
To prawda, co mówiła Meredith. Nowa Anglia to zaiste jedna wielka okazja do wykopalisk. Pielgrzymi, Indianie, wszechobecne uczucie, jakby chodziło się po wielkim cmentarzysku, gdy akurat jest się w tej dzikszej części krainy... Może nawet faktycznie ludzie chodzili po jakichś pradawnych cmentarzach; w końcu te historie o duchach Indian czy czymś tam nie mogły wziąć się znikąd. Nic dziwnego, że ten jeden pisarz z jego miasta - jak mu było, Lovecraft? - uczynił horror swoim ulubionym gatunkiem - takie otoczenie nie wydawało się pobudzać wyobraźni w żadnym innym kierunku.
- Znam okolicę, jak najbardziej - przyznał szczerze Galloway - ale z wycieczką krajoznawczą w tamtym kierunku wolałbym raczej poczekać trochę czasu. Parę lat co najmniej. Zbyt wiele osób mnie tam zna i wolałbym uniknąć potrzeby wyjaśnienia, jakim cudem jeszcze się nie zestarzałem. Zwłaszcza że w swoim czasie byłem tam dość... powiedzmy, znany. Lepiej przeczekać chwilę niż ryzykować niewygodne pytania, prawda?

Re: Ogary i pudle

#14
Nowa Anglia to było fascynujące miejsce, Meredith zaczęła w tym momencie żałować, że nie zna tego miejsca lepiej, że nie odwiedziła go częściej, tylko zawsze odkładała na później. Cóż szczęście w nieszczęściu, że będzie długo żyć i zdąży to jeszcze zrobić. A do tego czasu uzbroi się w wiedzę teoretyczną o tym regionie, kupi lub zdobędzie księgi o historii tego regionu, jeżeli chodzi o kwestie związane z archeologią to zawsze lubiła się wcześniej solidnie przygotować. A jeżeli chodzi o tego pisarza, to trzeba przyznać, że i Meredith zwróciła uwagę na jego nazwisko, jedną z jej skrytych przyjemności były pulpowe magazyny z różnymi kryminalnymi bądź przerażającymi historiami, Lovecraft na pewno się wyróżniał.
-Rozumiem jak najbardziej. Na szczęście w naszym wypadku nieszczególnie musimy się zmierzyć z czasem, możemy spokojnie odczekać. Pojedziemy kiedy uzna to pan za stosowne powiedziała uśmiechając się lekko.

Re: Ogary i pudle

#15
Kąciki ust mężczyzny powędrowały delikatnie ku górze w odpowiedzi na uśmiech kobiety.
- Sam nigdy nie byłem specjalnie skupiony na bardziej... nadnaturalnych aspektach mojej okolicy. Mnie bardziej interesowało miasto. Ludzie, wszystko, co z nimi związane... - podjął spokojnym tonem, lecz nie ulegało wątpliwości, że pod tą fasadą spokoju kryje się coś na kształt mieszanki goryczy z gniewem. - Zaskakująco, tego ci w Providence dostatek. Zupełnie jakby wiek tego regionu działał na wszelką ludzką zgniliznę jak magnes. To po prostu kwestia samych ludzi i ich natury czy faktycznie siedzi tam coś bliższe nam, ale jeszcze gorsze? Jak pani uważa? - zapytał z ciekawości. Żeby jeszcze się nie okazało, że pan Howard pisze nie fikcję, a faktyczne dokumenty... W sumie jeśli jego twory zawierają jakieś ziarno prawdy, może powinien po nie sięgnąć w ramach weryfikacji. A nuż spodoba mu się ta pulpowa literatura grozy. - Wracając jeszcze do pani wycieczki po wschodzie... Natknęła się pani na coś ciekawego? Coś ciekawszego niż piasek i kamienie? Któryś z egipskich faraonów okazał się może ukrytym Spokrewnionym? - zapytał pół-żartem, pół-serio. Jeżeli faktycznie ze wschodu pochodzą wszystkie wampiry, to może faktycznie któryś ze starożytnych Spokrewnionych miał jaja, by otworzyć żyły któremuś z miejscowych monarchów? Cóż by to był za prestiż dla klanu, co nie?

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron