Image

Martwi głosu nie mają (IV)

#1
Nadeszła ta noc, w której jego świeżo mianowany podopieczny miał podzielić się informacjami, które niewątpliwie zdobył. Czegoś musiał się dowiedzieć. Zresztą miał wystarczająco dobrą motywację w postaci nagrody, która go czekała za dobrze wykonaną robotę.
Mieli się spotkać w głównej sali, lecz Marcus siedział przez większość czasu na górze, w sekcji dla "VIPów". Nie chciał narzucać się gościom swoją chorobliwie bladą fizjonomią, a i nie było potrzeby, by przedwcześnie ujawniać się przed Oscarem. Zejdzie do niego, gdy nadejdzie odpowiednia pora. No i gdy faktycznie się pojawi. Dlatego na razie siedział spokojnie w Elizjum, czytał gazetę i oczekiwał cierpliwie na nadejście Jonesa. Specjalnie poprosił uprzednio pana Winchestera, bramkarza Elizjum, by poinformował go, kiedy pojawi się jego ghul; podał mu w tym celu opis mężczyzny, by ten wiedział, na kogo zwrócić uwagę.
Na razie pozostało mu czekać. Przy okazji zapozna się z wiadomościami w gazecie. Może wydarzyło się za dnia coś ciekawego...
INVENIAM VIAM AVT FACIAM

Re: Martwi głosu nie mają (IV)

#2
Nie było to dawniej, jak dwadzieścia cztery godziny wcześniej, jak Galloway poznał Jones’a i zwerbował go jako swojego pierwszego ghula. Miał być narzędziem, które pomoże mu rozpracować tę sprawę. Być może nawet miał potencjał stać się permantnym pomocnikiem detektywa i nabyć trochę pokory i człowieczeństwa, których zdecydowanie mu brakowało.
Spokrewniony przybył do serca lokalnej śmietanki towarzyskiej, zarówno śmiertelnych jak i nieumarłych, wyróżniając się pośród nich swoją bardziej szorstką aparycją, zwracając uwagę przynajmniej kilku śmiertelników w drodze do celu. Pewnym krokiem przemknął przez budynek, zasiadając ostatecznie z dala od bydła, gdzie nikt nie przypatrywałby mu się podejrzliwie.
Osobnik pełniący funkcję bramkarza przy wejściu do Elizjum, miejsca do którego wstęp mieli wyłącznie Spokrewnieni i ich słudzy, przyjął informacje do wiadomości, z elegancją i szacunkiem pochylając głowę. Teraz pozostało czekać, aż nowy nabytek Kainity pojawi się na miejscu z informacjami, jakich oczekiwał.
Zaczytany w gazetę, Galloway miał okazję dowiedzieć się o sukcesach agentów prohibicji, lokalnych występach artystów ze świata muzyki, a także o pochwyconym przestępcy, który napadł na bank. Nie brakowało też bardziej ponurych wieści, zarówno tych, dodających kolejne wpisy w Chicagowskim nekrologu, czy choćby o zaginięciu nastoletniego chłopaka. Był przy tym cytat komendanda policji, który zapewniał, że są na jego tropie i jest kwestią czasu, zanim odstawią go całego i zdrowego do domu.
Ze skupienia na treści stronic wyrwał Marcusa pracownik Elizjum, informujący go o przybyciu Oscara na miejsce. Mężczyzna nie znał hasła, jakimi posługiwali się nieumarli, to też przyszło mu czekać przed wejściem. Gdy Marcus zszedł na dół, jego oczom ukazał się mężczyzna w niepozornym, szarym odzieniu i kapeluszu, jak i również o bardziej pokornej postawie. Jones nie wyróżniał się w tym momencie niczym pośród szarych obywateli tego miasta, których nękał mając na sobie mundur. Czekał ze znużonym wyrazem twarzy, jednak gdy tylko zobaczył nadchodzącego Spokrewnionego, uniósł do góry dłoń, patrząc na niego z widocznie rosnącą ekscytacją.

Re: Martwi głosu nie mają (IV)

#3
Przez chwilę zupełnie zapomniał o całym bezbożnym świecie wokół, skupiony na lekturze, chociaż wiadomości, które wyczytał, prędko sprowadziły go na ziemię. Kolejny długi nekrolog i kolejne zaginięcie. I oczywiście, że komentarz komendanta zaraz obok, bo przecież trzeba zagwarantować ludziom, że wszystko będzie dobrze. Tak samo jak było dobrze w sprawie, którą teraz on wziął na swoje barki?
Wreszcie pojawił się obok niego Winchester. Ach, czyli w końcu przyszedł. Marcus złożył gazetę, odłożył ją na stół - niech ktoś inny sobie poczyta, jeśli chce - i ruszył na dół, do Oscara. Przedtem jednak, aby nie zaniepokoić śmiertelnych bywalców klubu, spalił trochę krwi, żeby wyglądać nieco żywiej (-1 Punkt Krwi). Jones ubrał się po cywilnemu, tak jak mu kazał. I nawet lepiej wyglądał tak niż w mundurze. W odpowiedzi na jego ekscytację, Marcus jedynie skinął w jego kierunku głową.
- Przyszedłeś. Dobrze - powiedział spokojnym, uprzejmym tonem i podszedłszy do niego, wskazał ręką drogę do głównej sali. Teoretycznie mógł spotkać się z nim na górze, lecz Oscar nie był w żaden sposób poinformowany o "regułach" Elizjum i o swojej obecnej sytuacji, a Galloway nie miał zamiaru ryzykować złamania maskarady. - Chodź. Usiądziemy gdzieś z boku i opowiesz mi, czego się dowiedziałeś.
INVENIAM VIAM AVT FACIAM

Re: Martwi głosu nie mają (IV)

#4
Mało optymistyczne wieści opisane na trzymanym w ręce papierze jedynie zirytowały bardziej wampira, który nie wierzył w bajeczki opowiadane przez mundurowych. To były w końcu standardowe formuły dla publiki mające na celu uspokojenie ludzi. Nawet jeśli było naprawdę źle, to dbano o to, by nie powstała panika ani nie uniosły się głosy przeciwko bezradnym służbom.
Koniec lektury. Na miejscu zjawił się informator Marcusa. W sam czas. Nieumarły upewnił się, że nie wychodzi ze swojego kąta trupio blady i dopiero po nabraniu trochę koloru (-1 PK) ruszył na dół, gdzie czekał na niego uradowany widokiem swojego ‘szefa’ Oscar.
Utrzymując swojego ghula z dala od wciąż obcego mu świata mroku, Galloway zabrał go do głównego holu, by tam dowiedzieć się jakie informacje Jones zdobył przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny. Dotarli do pomieszczenia i usiedli pod ścianą, z dala od innych gości klubu. Policjant rozejrzał się podejrzliwie dookoła, po czym wyciągnął z wewnętrznej kieszeni swojej marynarki parę złączonych, dwa razy złożonych kartek papieru, na których widać było notatki. Przyjrzał się im i zwrócił się do detektywa.
ImageCała ta sprawa z Elizabeth Davis śmierdzi na kilometr. Mój przełożony chciał tę sprawę zakopać sześć stóp pod ziemią, ale na szczęście trochę czasu musi minąć, zanim będą mogli rzucić to na dno pudła w archiwum, więc jeszcze udało mi się przeryć zapiski z tej sprawy. — Nie czekając na dalszą komendę, po prostu zaczął relacjonować swoje znaleziska.
ImageOględziny wykazały, że kobieta nie została zabita w alejce, gdzie ją znaleziono. Nie było w okolicy śladów, które by na to wskazywały, no i zmiany na ciele też potwierdziły, że jej zgon miał miejsce jakiś czas zanim zwłoki zostały tam porzucone. Nie ma wątpliwości, że przyczyną zgonu było uduszenie. Co ciekawe, do publiki jedyne co się przedostało, to właśnie informacja o uduszeniu, cała reszta była objęta ścisłą tajemnicą. — Westchnął ciężko dalej przeglądając swoje notatki.
ImageSzukałem jakiś powiązań, które mogłyby wskazać na to kto i dlaczego ją zabił, ale w jej papierach nic nie ma. Ta kobieta jest czysta jak łza. Była głową niedużej spółki, która organizowała lokale dla bezdomnych i pomagała im znaleźć zatrudnienie. Niezamężna, bezdzietna, bez nałogów, z raptem paroma mandatami za złe parkowanie. Miała jakieś grubsze kontakty z jakimiś filantropami, którzy mogli ją w jakiś sposób wesprzeć, ale to tyle. Nie mieszała się w nic nielegalnego, nie łaziła się po żadnych szemranych lokalach. Nic.
ImageNie wiem co się stało, ale Burnett po prostu wziął i odkreślił tę sprawę jako rozwiązaną, wpisując ją jako ofiarę nieszczęśliwego wypadku. Za cholerę nie jestem w stanie ci powiedzieć czy dostał od kogoś w łapę czy jaka cholera. Nie spytam go o to, bo mi łeb urwie. — Spojrzał na Marcusa oczekując na jego reakcje. W jego oczach było widać pewną obawę, jakby zastanawiał się, czy zostanie pochwalony, czy znów oberwie.

Re: Martwi głosu nie mają (IV)

#5
Usiedli i Jones zaczął opowiadać, podarowawszy swojemu szefowi dokumenty. Najpierw pozwoli mu się wypowiedzieć, dopiero potem im się przyjrzy. Założywszy ręce na piersi, Marcus słuchał w milczeniu relacji Oscara. Raz po raz kiwał głową na znak, że rozumie; że nadąża. Już teraz trybiki w jego głowie zaczęły pracować, łączył po cichu kropki...
Relacja Oscara pokrywała się z relacją Charlesa. Elizabeth Davis była czysta jak łza. Społeczniczka, nie sposób powiedzieć o niej złego słowa. I ktoś postanowił pozbawić to miasto kogoś tak czystego. Przez chwilę przebiegła mu po głowie filozoficzna myśl, że Elizabeth urodziła się w złym miejscu, w złym czasie; że dzisiejsze Chicago nie było gotowe na przyjęcie jej do siebie. Co za podła sprawa. Aż nabrał ochoty, by zamówić coś do jedzenia tylko po to, by to zwrócić chwilę potem.
- Hm... Dobrze, dobrze. To potwierdza kilka rzeczy, które miałem już okazję zbadać - powiedział wreszcie do Oscara, niech uspokoją go te słowa. Cóż, na pewno już wie, dokąd uda się tym razem. Tymczasem sięgnął po papiery i zaczął na spokojnie je przeglądać. Relacja ustna to jedno, lecz może dokumenty powiedzą mu coś jeszcze.
INVENIAM VIAM AVT FACIAM

Re: Martwi głosu nie mają (IV)

#6
Na posiadane przez mężczyznę dokumenty składało się raptem kilka zgiętych kartek papieru z ręcznie naniesioną nań treścią. Zabrać papierów z posterunku zapewne nie mógł, najpewniej z powodu możliwych reperkusji. Jeśli odnotowany zostałby ich brak, to oficer mógłby wpaść w nie lada tarapaty, nie mówiąc o tym, że lepiej było w ogóle uniknąć sytuacji, gdzie nieprzyjaciel dowiedziałby się o tym, że ktoś węszy przy tej sprawie. Ręcznie pisane notatki Jones podał swojemu ‘szefowi’ gdy skończył relacjonować najważniejsze rzeczy z tego, co udało mu się znaleźć w papierach.,
Pominąwszy informacje zasłyszane z ust sługusa, spisane były oczywiście wszystkie informacje personalne. Marcus znów zobaczył adres domostwa kobiety oraz adres jej biura, tego samego, o którym mówił jej brat. To biuro i dobroczynne zajęcie ofiary były jedynymi tropami, które mogły potencjalnie wiązać ją z kimś lub czymś, co ostatecznie skutkowało jej usunięciem z Chicagowskiej planszy.
To co mogło przykuć uwagę detektywa była informacja o rzeczach osobistych, jakie posiadała przy sobie w momencie znalezienia jej ciała. Widniała tam bowiem, obok dokumentów, notka o niedużym pęku kluczy. Oczywiście nie samo to było ciekawostką, a fakt, że linijkę niżej była notka o tym, że wszystkie przedmioty osobiste zwrócono rodzinie. Mocno kłóciło się to z tym, co mówił chłopak, który zarzekał się, że nie było wiadomo co stało się z tymi kluczami.
Mogło to sugerować Gallowayowi, że ktoś mógł go potencjalnie ubiec z wizytą w biurze, co nie było dobrą nowiną. Udanie się tam czym prędzej było zapewne najlepszym wyjściem. Adres tego miejsca na południu West Town już znał od Charles’a, a notatki ghula jedynie go potwierdziły, więc mógł jeszcze tej nocy tam wyruszyć i zbadać tamto miejsce.
Jeśli Marcus dopytałby Jonesa o zaginione klucze, ten jedynie wzruszyłby ramionami twierdząc, że nic o nich nie wie, a dokumenty wskazywały na to, że dokumenty, klucze i inne drobiazgi oddano rodzinie Elizabeth. Samo zniknięcie tych kluczy całkowicie negowało jakąkolwiek przypadkowość tego morderstwa. Ktoś pozbył jej się celowo i musiało to mieć jakiś związek z jej działalnością. Pytanie tylko jaki.

Re: Martwi głosu nie mają (IV)

#7
Tak, wszystko się zgadzało z tym, co już wiedział. Przynajmniej większość. A jednak znalazła się jedna ważna różnica. Klucze, a raczej ich brak. Jedna strona mówi, że trafiły do rodziny razem z resztą rzeczy osobistych. Z drugiej strony Charles mówi, że ich akurat nie dostali. Znajdowały się zatem w czyichś rękach, najpewniej jednego ze sprawców. A to oznaczało, że jeśli ostały się jakieś dowody na terenie biura Davis, to były zagrożone kradzieżą.
Galloway, wbijając ostry wzrok w ghula, złożył notatki i schował je do wewnętrznej kieszeni kurtki.
- Masz samochód? Muszę się dostać do jej biura, prędko.
INVENIAM VIAM AVT FACIAM

Re: Martwi głosu nie mają (IV)

#8
Zdawało się, ze Marcus był coraz bliżej celu. Pojawiła się pewna jasność, przynajmniej co do przypadkowości - lub braku - tej zbrodni. Jednak to nie do końca było dobrą nowiną, gdyż zainteresowanie sprawcy miejscem pracy Elizabeth wymuszało pośpiech. Nie można było pozwolić na to, by usunięto możliwe dowody łączące zamordowaną z tym, co stało za jej śmiercią.
W tej sytuacji nieumarły nie miał zamiaru marnować czasu. Dowiedziawszy się wszystkiego czego mógł od Jonesa, postanowił czym prędzej udać się na miejsce. Być może nie było jeszcze za późno. Na pytanie Spokrewnionego, mężczyzna skinął głową.
ImageZaparkowałem parę przecznic dalej. — Kiwnął głową w stronę wyjścia.
ImageMożemy od razu jechać. — Dodał, wyraźnie sygnalizując swoją gotowość, by zabrać wampira do celu.
Gdy Marcus wydał komendę, Oscar poprowadził go z budynku klubu do jego automobilu, zaparkowanego dwie przecznice dalej. Sługus otworzył drzwi auta i wsiadł za kierownicę, a gdy detektyw siadł na miejscu pasażera, silnik pojazdu został uruchomiony i sługus ruszył wzdłuż ulicy, kierując się na północ.
Automobil w niedługim czasie stanął na rogu głównej ulicy, pod trzypiętrowym, ceglanym budynkiem w sąsiedztwie podobnych, piętrowych obiektów. Była to dość przyjemna, spokojna i w miarę czysta okolica z łatwym dojazdem. Oscar zaparkował maszynę prawie pod samym budynkiem. Gdzieś wewnątrz tego stosunkowo niedużego budynku znajdowało się biuro mieszczące działalność Elizabeth Davis.
Wszedłszy do środka, dwójce ukazał się wąski, dobrze oświetlony hol prowadzący do schodów. Na ścianie była tabliczka informująca o położeniu biura Elizabeth, zaraz na pierwszym piętrze. Po pokonaniu serii skrzypiących stopni, Marcus i jego sługus byli już na górze, stając przed drzwiami, za którymi miały być albo odpowiedzi, albo więcej pytań. Za klamkę można było jednak ciągnąć bez skutku, gdyż drzwi były zakluczone. Nie wyglądało na to, by w obecnej sytuacji dało się dostać do środka jakkolwiek legalną drogą.

Re: Martwi głosu nie mają (IV)

#9
Marcus nawet nie zamierzał ukrywać pośpiechu. Skinął tylko głową w kierunku sługi, poderwał się z miejsca i ruszył zaraz za Oscarem w kierunku jego samochodu. W trakcie jazdy widać było po nim coś na kształt... ekscytacji? Niepokoju? Gniewu? Być może wszystkiego po trochu. Bębnił palcami po kolanie, zaciskał mocno wargi jakby miał zaraz przegryźć je kłami... Nie pozwoli nikomu od tak przerwać jego śledztwa...
W drodze na piętro Galloway sięgnął po rewolwer. Sprawdził bęben: sześć kul. Powinno wystarczyć, gdyby doszło do konfrontacji. W innym wypadku, cóż... chciało mu się trochę pić...
- Zamknięte... - stwierdził prędko, sprawdziwszy drzwi do biura Elizabeth. Być może znaleźli się tu pierwsi. Być może obecny posiadacz kluczy zdążył już odwiedzić to miejsce i zamknąć za sobą drzwi. Nie dowiedzą się, jeśli nie wejdą do środka. - "Albo znajdę drogę, albo ją przed sobą stworzę"... - zacytował Hamilkara i spojrzał na Oscara. - Cofnij się - polecił mu, a sam odsunął się od drzwi, by następnie naprzeć na nie z całej siły. Wyrwie je całe z zawiasów, jeśli trzeba!
INVENIAM VIAM AVT FACIAM

Re: Martwi głosu nie mają (IV)

#10
Rosnące emocje detektywa dało się niemalże odczuć w powietrzu, gdy automobil pędził przez miasto do celu podróży. Czas naglił i nie można było zmarnować ani minuty. Ale nie tylko czas był przeciwnikiem Marcusa, ale przede wszystkim ktokolwiek dokładał starań, by zatrzeć ślady tego morderstwa. Temu też upewnił się, że jego broń jest na miejscu i każda jej komora jest zapełniona. Nie miał pewności, czy nie natrafi na nieprzyjaciela, ale lepiej było być przygotowanym w razie niespodzianek.
Dwójka stanęła przed zakluczonymi drzwiami. Oscar w obliczu tej nieprzyjaznej im sytuacji, jaką powodował brak kluczy do drzwi, rozglądał się w poszukiwaniu alternatyw, ostatecznie zrezygnowany wbijając znów wzrok w jedyne drzwi prowadzące do biura.
ImageCo teraz? — Bezradny ghul rzucił pytaniem, czekając na to, co teraz zrobi jego nieumarły pracodawca.
Nie było wielu możliwości. Galloway niestety nie znał się na otwieraniu zamków, to też jedyne na czym mógł polegać w takich sytuacjach, to jego własna siła. Nie myślał długo, nim podjął decyzję o jej użyciu, by dostać się na drugą stronę. Jones usunął się do tyłu, robiąc miejsce Spokrewnionemu, mającymi oczywiste plany.
Wampir ruszył do przodu napierając całą siłą swojego nieumarłego ciała na drzwi do biura. Przy pierwszym uderzeniu drzwi drgnęły, ale zamek wciąż pozostał nienaruszony. Przy drugim można było usłyszeć lekki wyłom. Gdy Marcus uderzył całym sobą po raz trzeci, zamek został gwałtownie wyłamany i drzwi ustąpiły, otwierając się na oścież. Oczom dwójki mężczyzn ukazało się skromne, niedużej wielości, skryte w półmroku biuro z głównym pomieszczeniem zawierającym trzy względnie uporządkowane, ciasno ustawione jedno za drugim biurka, a także stojące w rzędzie pod ścianą szafki na dokumenty. Włącznik światła znajdował się tuż obok drzwi, to też można było biuro rozświetlić, jeśli była taka potrzeba. Nieduże ilości światła z ulicy wpadały jednak przez odkryte okna, dzięki czemu nie sposób było błądzić po omacku. Na końcu głównego pomieszczenia znajdowały się drzwi z półprzeźroczystym, zniekształconym szkłem, przez które nie można było do końca zobaczyć co było w środku. Plakietka na drzwiach informowała, że było to pomieszczenie należące do samej Elizabeth. Pozostała para drewnianych drzwi znajdujących się na lewo od wejścia do biura, prowadziły prawdopodobnie do toalet lub jakiegoś roboczego pomieszczenia.
Analizując stan biura, na pierwszy rzut oka nie wyglądało na to, by ktokolwiek tam grzebał. Nie widać było śladów wskazujących na wcześniejszą obecność niepożądanych osób trzecich.
ImageChyba jednak jesteśmy tu pierwsi. — Rzucił Jones, kiwając zadowolony głową.
Ale czy na pewno było tak jak mówił? To prawda, że biurka wyglądały na nienaruszone, z teczkami równo nań ułożonymi, a szafki na dokumenty stały zamknięte równo pod ścianą. Ale by faktycznie ocenić, czy nikt wcześniej tam nie zaglądał, trzeba było przyjrzeć się bliżej, a także sprawdzić pomieszczenie robocze pani Davis.

Re: Martwi głosu nie mają (IV)

#11
To by było na tyle, jeśli chodzi o niezostawianie po sobie śladów. Ale cóż począć? Kiedy jedyne narzędzie w twoim ręku to młotek, każdy problem zaczyna wyglądać jak gwóźdź.
Tak czy inaczej, byli w środku. I byli tutaj sami. Marcus schował rewolwer, rozejrzał się na spokojnie. Tak, nikogo tutaj nie ma. Być może Oscar miał rację: być może faktycznie są tutaj pierwsi. Jeśli tak, to znaczy, że mieli pełne pole do popisu, mogli spokojnie rozejrzeć się za wszelkimi dokumentami. Przyjął do wiadomości lokalizację włącznika światła, lecz wątpił, by było to konieczne; przez okna wpadało dość światła z latarni ulicznych. Poza tym nie miał ochoty zwracać na siebie jeszcze większej uwagi niż pewnie już zwrócił rozbiciem drzwi.
- Rozejrzyjmy się - polecił ghulowi Marcus i wskazał mu dłonią szafki na dokumenty. On sam przyjrzy się biurkom. W międzyczasie chciał także rozejrzeć się za jakąś szklanką, by móc w czym przygotować nagrodę dla swojego sługi.
INVENIAM VIAM AVT FACIAM

Re: Martwi głosu nie mają (IV)

#12
Hałas nie był znaczący, choć jeśli ktoś przebywał na tym samym piętrze, to niewątpliwie mógł zwrócić uwagę obecnych lokatorów. W danej chwili nic jednak nie wskazywało na to, by miały pojawić się kłopoty, choć nie zmieniało to faktu, że lepiej było szybko się uwinąć, nim ktoś jednak zainteresuje się podejrzanymi dźwiękami.
Nie chcąc bardziej zdradzać o swojej obecności, Galloway postanowił pozostawić biuro w półmroku, jaki tam zastał. Zapewniał on wystarczająco, by móc zbadać to miejsce. Oscar kiwnął głową na komendę swojego pana i wykonał kilka kroków w stronę szafek, otwierając pierwszą od lewej i poczynając przeglądać papiery jakie się tam znajdowały.
W tym samym czasie Marcus skierował swą uwagę ku biurkom i ich zawartości, zaczynając od leżących na wierzchu teczek. Pierwsze zestawy dokumentów, jakie detektyw wziął do ręki, zawierały informacje o kontaktach i umowach z lokalnymi, pomniejszymi firmami szukającymi rąk do pracy. Znaleźć tam można było imiona i nazwiska poleconych kandydatów wraz z informacjami o ich profesji. Papiery w kolejnych teczkach przedstawiały listy szczęśliwie zatrudnionych, jak i również tych, którzy nie mieli szczęścia. Daty na papierach znajdujących się na biurku i w jego szufladzie wskazywały, że wszystkie te listy były stosunkowo świeże, bo z ostatnich kilku miesięcy.
Gdy Spokrewniony doszedł do teczek na kolejnym biurku, znalazł dokumenty związane z umowami wynajmu mieszkań w jednym z budynków komunalnych umiejscowionych na wschodzie West Side, niedaleko dzielnicy Central. Tutaj daty również rozciągały się nie dalej jak kilka miesiąc wstecz. Opłaty za te mieszkania były zaskakująco niskie, takie na które mogła sobie pozwolić osoba z najniższego pułapu, a w niektórych przypadkach mieszkania były nawet wynajmowane w pewnym sensie na kredyt, spłacane dopiero w późniejszym czasie.
Działalność Elizabeth Davis miała widocznie dwa cele. Jednym była pomoc w znalezieniu bezrobotnym miejsca zatrudnienia, a drugim zapewnieniem bezdomnym dachu nad głową, nawet jeśli tylko tymczasowego. Z tego co Marcus zdołał zauważyć, jedno i drugie się trochę pokrywało, bo w jednych i drugich dokumentach można było dojrzeć miejscami te same nazwiska.
Ostatnie biurko zawierało nie tyle dokumenty co notatki o rozmowach telefonicznych, umówionych spotkaniach z klientami i tym podobne. Wszystko wskazywało na to, że pracowało tam kilka osób mających podzielone zadania, i to głównie nazwiska tych pracowników widniały na dokumentach. Było bardzo prawdopodobnym, że i sama Elizabeth miała w swym pomieszczeniu biurowym podobne notatki, które mogłyby rzucić nieco światła na to, z jakimi ludźmi miała do czynienia.
Gdy ghul zraportował swoje znaleziska, okazało się, że szafki pod ścianą zawierają archiwa dokumentów tej samej kategorii, które znalazł nieumarły, z datami ciągnącymi się nawet kilka lat wstecz. Treści wszystkich tych papierów były klarowne i przejrzyste, ale jednak nie zapewniały detektywowi pełnego obrazu sprawy.

Re: Martwi głosu nie mają (IV)

#13
Kontakty do firm. Umowy wynajmu mieszkań. Nazwiska kontrahentów. Nie dowiedział się więcej niż już wiedział na temat Elizabeth: to była złota kobieta i została odebrana Chicago zbyt wcześnie. Jak wiele dobrego mogła jeszcze zdziałać, gdyby ktoś nie zdecydował się pozbawić jej życia? Marcus zacisnął zęby w chłodnym gniewie. Wszystko to tylko bardziej motywowało go do kontynuacji śledztwa. Doprowadzi tą sprawę do końca, choćby miał wywrócić tą zbiorową mogiłę zwaną miastem do góry nogami. Elizabeth i jej rodzina odnajdą spokój, a winni zostaną ukarani - w jego stylu, który nie przewiduje ulg i zawiasów.
Zastanowił się w ciszy nad tym, co znaleźli; czy cokolwiek z tych dokumentów pozwoliłoby im na popchnięcie sprawy dalej. Hm... Być może te nazwiska będą mieć jakieś znaczenie; może któryś z kontrahentów Elizabeth coś wiedział.
- Mówią ci coś któreś z tych nazwisk? - zapytał Oscara. On sam tymczasem zwrócił wzrok w kierunku biura samej Elizabeth i ruszył w jego kierunku.
INVENIAM VIAM AVT FACIAM

Re: Martwi głosu nie mają (IV)

#14
Po spędzeniu dobrych dwadziestuu minut, jak nie więcej, na przeglądaniu papierów, Spokrewniony i jego sługa tak naprawdę nie dowiedzieli się niczego użytecznego, ani nawet nowego. Jednak z drugiej strony, udało się potwierdzić wszystko to, czego dowiedzieli się wcześniej, mając wreszcie w rękach właściwe dokumenty. W tym momencie była jasność co do celów i uczciwości interesów prowadzonej przez ofiarę firmy.
W reakcji na zapytanie szefa, Jones przyjrzał się najnowszym dokumentom, które zostawił przed sobą Marcus i zaczął je wertować. Pokiwał parę razy głową w toku przeglądania kolejnych kartek, i wreszcie się odezwał.
ImageKojarzę kilku. Na pewno znam tego faceta z lokalnej firmy budowlanej, cwaniaka z tej tu firmy reklamowej, no i speca z fabryki części metalowych. Większości nie kojarzę. — Odparł, gdy Marcus był już przy drzwiach. Pracodawców na liście było wielu, a jeżdżenie od jednego do drugiego zajęłoby nieumarłemu wiele nocy. Rzecz jasna, nieumarły zapewne podążyłby tym tropem, jeśli miałby się on okazać jedynym. Zdawało się, że niezależnie od trudności, Galloway miał zamiar doprowadzić sprawę do końca.
Drzwi ustąpiły, gdy wampir nacisnął na klamkę. Wnętrze było skromne, żeby nie powiedzieć ciasne. Szafki po jednej i drugiej stronie, a także biurko stojące na przeciwko wejścia, pod ścianą, zajmowały praktycznie pół pomieszczenia. Na biurku znajdował się również stos dokumentów, a także telefon, lampa i ramka na zdjęcie, które jeśli się przyjrzeć z drugiej strony, przedstawiało ją, jej brata i starszą kobietę, będącą najpewniej jej matką.
Po obejściu biurka, zapaleniu nań lampy, nieznacznie rozświetlającej pomieszczenie, Marcus mógł zauważyć, że znajdujące się na biurku teczki z dokumentami nie leżą w równym stosie, a raczej wyglądają, jakby ktoś je ułożył w pośpiechu, z kartkami wyłaniającymi się z wewnątrz. Patrząc niżej, na prawą stronę biurka, dojrzał szufladę, a pod nią szafkę na klucz.
Otworzywszy szufladę, oczom detektywa ukazały się nieuporządkowane papiery, niektóre nawet lekko zgniecione, jakby ktoś czegoś uporczywie tam szukał. W momencie otworzenia samej szuflady, otworzyła się również szafka, która teoretycznie powinna była być zamknięta. Za jej drzwiami skrywał się wypełniający większość przestrzeni sejf. Nie był on najmocniejszy, ani nie posiadał szczególnych zabezpieczeń. Drzwiczki sejfu były co prawda zamknięte, ale nie zakluczone, o czym Marcus się przekonał chwytając za klamkę i próbując otworzyć sejf, nie odczuwając oporu. Wewnątrz tej metalowej skrzyni znajdował się dyplom, kopia dokumentów osobistych, kilka zdjęć rodzinnych i, o dziwo, kilka banknotów, których suma przekraczała dziesięć dolarów.
Nie było całkowitej pewności, jednak można było łatwo dopuścić możliwość, że ktokolwiek był w posiadaniu kluczy Elizabeth Davis, najpewniej przeczesał jej biuro zanim Marcus tam dotarł. Na pierwszy rzut oka wyglądało na to, że osobnik ten czegoś konkretnego, ale nie było jasne, czy znalazł to, po co przyszedł. Oczywistym jednak było, że nie były to pieniądze. Cokolwiek było celem złodzieja, było warte znacznie więcej niż dziesięć dolców.
Jedyne co wampir mógł w tym momencie zrobić, to przejrzeć znajdujące się w biurze dokumenty. Pomiędzy licznymi umowami z podpisem kobiety, a listą pracowników i aplikacjami kandydatów, w oczy wpadły Gallowayowi notatki z datami spotkań, na które była umówiona sama Elizabeth. Widniały tam obce Spokrewnionemu nazwiska, których nie widział póki co nigdzie indziej pośród papierów, jakie przejrzał. Kim byli ci ludzie? Być może gdzieś w leżących nieopodal teczkach znajdowała się wskazówka, a może Jones wiedział kim oni byli. Detektyw musiał wszakże znaleźć kolejny trop, za którym mógłby podążyć. Nie wiedział co było skradzione, kto się tego dopuścił ani kiedy. Pozostało więc spróbować znaleźć coś, lub kogoś, z czym kobieta była związana przez samą jej firmę. Istniała również szansa, że któryś z pracowników mógł wiedzieć coś, co mogło rozjaśnić nieco sprawę.

Re: Martwi głosu nie mają (IV)

#15
Miło widzieć, że przynajmniej tych drzwi nie musiał wyważać. Marcus przekroczył próg biura Elizabeth i rozejrzał się. Dokumenty. Zdjęcie rodziny. Szafki. Sejf... a w sejfie... więcej dokumentów, tym razem osobistych oraz trochę pieniędzy. Uznał, że te papiery mogą okazać się przydatne, tak samo jak te banknoty - jakkolwiek zabieranie pieniędzy zmarłym nie wydawało mu się stosownym zachowaniem, jej już się te parę dolarów nie przyda, a jemu owszem. Dostrzegł również stojący obok kubek na herbatę. Rzucił okiem na Jonesa, a następnie dyskretnie rozgryzł sobie płytko nadgarstek i nalał do naczynia trochę swojej krwi. Miał z Oscarem umowę, więc jej dotrzyma.
- Oscar, podejdź tu na chwilę - poprosił go do biura. Usiadł w fotelu i zaczął przyglądać się dokumentom. Gdy śmiertelnik przyszedł, Galloway wskazał mu filiżankę. - Dla ciebie, tak jak obiecałem. Umowa to umowa.
INVENIAM VIAM AVT FACIAM

Re: Martwi głosu nie mają (IV)

#16
Po przejrzeniu papierów i przeanalizowaniu podejrzanej aktywności w biurze, Galloway zabrał ze sobą dokumenty, na których widniały nazwiska mogące okazać się istotnymi. Zabrał ze sobą również nieduży plik jednodolarówek (+$14), które zostały pominięte przez ostatnią osobę, która gmerała w sejfie. Na tym etapie Spokrewniony miał już twarde podejrzenia co do motywu zabójstwa. Niewątpliwie musiało to mieć to związek z zawartością sejfu ofiary, co oznacza, że ktokolwiek był sprawcą, znał Elizabeth i wiedział czego szukał.
Tej nocy Oscar Jones doskonale się sprawił, doprowadzając swojego pana do tego miejsca i pomagając mu złożyć te elementy układanki. Bez jego pomocy Marcus zapewne byłby zmuszony do mniej subtelnych działań na drodze do prawdy. Okazał się użytecznym sługusem, tak więc zasłużył na swoją nagrodę. Wampir wypełnił stojący nieopodal kubek i wypełnił go odrobiną vitae (-1PK), po czym zawołał swego ghula. Jones odłożył przeglądaną teczkę dokumentów i spokojnym krokiem ruszył w stronę nieumarłego. Gdy stanął przed biurkiem, można było zauważyć jego rosnącą ekscytację, którą zdradzał jego uśmiech na widok cieczy wewnątrz filiżanki. Złapał za kubek, spojrzał w kierunku detektywa i kiwnięciem głowy wraz z uśmiechem podziękował, a następnie pochłonął darowane mu vitae. Ekstaza malowała się na jego gębie. Gdy się otrząsnął ze stanu błogości, natychmiastowo wrócił do pracy.
Marcus pokazał Oscarowi listę obcych mu nazwisk, mając nadzieję, że ten zna kogoś z tych ludzi. Policjant przyjrzał się dokładnie, sunąc palcem po kawałku papieru w zamyśle, marszcząc brwi. Zatrzymał palec na dole listy, przekrzywiając głowę ze zdziwieniem w oczach.
ImageHuh. Ten facet, Robert Maverick… Nie może być. To prezes Domain Enterprise. — Widząc, że jego pan nie wydawał się mieć bladego pojęcia co to za firma, kontynuował.
ImageDomain Enterprise to między innymi, choć przede wszystkim agencja nieruchomości mieszcząca się w The Loop. Robert Maverick, facet z którym Davis umówiła się ostatnio, to prezes tej firmy. — Zrobił krótką pauzę, wpatrując się w dokument i myśląc przez chwilę.
ImageHuh. Jeśli się nie mylę, to ich spotkanie miało miejsce dnia, czy raczej wieczora, poprzedzającego znalezienie ciała Elizabeth Davis. To musi być jakiś dziwny zbieg okoliczności. — Dodał z pewnym niedowierzaniem w głosie, spoglądając na Marcusa.
Zbieg okoliczności, czy realny trop? Brakowało znajomości motywu, by móc wyciągać takie wnioski. Faktem było, że było to co najmniej podejrzane, ale do czasu odkrycia motywu, nie można było niczego zakładać. Póki co wszystko wskazywało na to, że motywem było cokolwiek zostało skradzione z sejfu, a jedynymi ludźmi, którzy mogli potencjalnie wiedzieć co w nim było, byli pracownicy z biura ofiary. To musiał być więc kolejny cel. Oscar pomógł przywrócić biuro do stanu sprzed wizyty dwójki, pomijając wyważone drzwi, po czym oboje wsiedli do automobilu i ruszyli do pierwszego z trzech pracowników, mając ich dane osobowe, w tym i adresy.
Dotarli do apartamentu Inez Flores, gdzie wampir przedstawił cel swojej wizyty, jaką było rozwiązanie morderstwa pracodawcy Inez. Szukając motywów wskazano w rozmowie zawartość sejfu. Zdziwienie pani Flores było niemałe. Wewnątrz miał być akt własności budynku, który służył za hotel dla ludzi, którym wynajmowano w nim mieszkania. Zaznaczyła przy tym, że nikt poza nią samą i trójką jej pracowników nie miał prawa wiedzieć o zawartości sejfu. Dociekając, Galloway dowiedział się, że spotkanie Elizabeth Davis z Robertem Maverickiem było rzeczywiście jej ostatnim. Okazało się, że z tego spotkania nigdy nie wróciła, ale gdy odnaleziono jej ciało, nikt nawet się nad tym nie zastanawiał, zwłaszcza gdy cała sprawa została zamieciona pod dywan.
No właśnie, od tego wszystko się zaczęło. Teraz ma to sens. Kto bogaty, jak nie prezes dużej firmy, mógł upchać kieszenie lokalnej policji na tyle, by sprawa zniknęła z pola ich zainteresowań? No i sama kwestia skradzionego aktu własności, który w kieszeni Mavericka byłby niewątpliwie bardzo użyteczny. Wątpliwości co do zaangażowania Robeta w morderstwo Elizabeth na tym etapie były bardzo nikłe. Miał motyw, a także środki, by nająć oprychów do pozbycia się ciała, jak i również by zatuszować sprawę zamykając pieniędzmi usta i oczy policji.
Biuro Mavericka znajdowało się w biurowcu w The Loop. Diabli wiedzieli, czy była szansa o tej porze jeszcze go tam zastać, ale trzeba było spróbować. W najgorszym wypadku pozostałoby znaleźć jego prywatny adres i dopaść go właśnie tam. Jones zawiózł wampira pod wysoki budynek, który zdawało się, że w całości należał do Domain Enterprise. Obszerne lobby dało się dojrzeć przez półprzeźroczyste drzwi.

Re: Martwi głosu nie mają (IV)

#17
Hmm... tak. Tak, teraz to wszystko miało ręce i nogi. Kobieta ciężko pracująca nad poprawą losu ludzi dotkniętych biedą i bezdomnością spotyka się z człowiekiem odpowiedzialnym między innymi za zarządzanie nieruchomościami - i jest to ostatnie spotkanie w jej życiu. Nikt nawet nie raczyłby spojrzeć w kierunku pana prezesa i zapytać, czy ten cokolwiek wie na temat jej śmierci, no bo co to za tupet pytać kogoś z taką liczbą zer na koncie i takimi wpływami w mieście! Nie do pomyślenia! Warga Marcusa drgnęła z gniewu gotującego się w jego wnętrzu, kiedy słuchał relacji Oscara o tym człowieku...
Gdy tylko dotarli do The Loop, Marcus natychmiast opuścił wóz i ruszył machinalnym marszem w kierunku drzwi do recepcji. Jeszcze zanim przekroczył jej próg, spojrzał na Jonesa obok.
- Gdyby ktoś miał zamiar nas wypraszać, masz pełne prawo spuszczenia im łomotu. Jeżeli ten bydlak tam jest - wskazał na górne piętra budynku - musimy tam do niego dotrzeć, choćby i po trupach.
To rzekłszy, ruszył przez drzwi frontowe i w prostej linii ku kontuarowi recepcji.
INVENIAM VIAM AVT FACIAM

Re: Martwi głosu nie mają (IV)

#18
Image
Poskładanie wszystkich elementów skutkowało objawieniem. Pani Davis zapewne nie była jedyną ofiarą wpływowych, bogatych elit w tym czy innym mieście. Tacy ludzie za nic sobie mieli tych poniżej swojego pułapu. Dla nich zwykła ludność była nie wartym pamięci pyłem, lub narzędziem w najlepszym wypadku. Dla Spokrewnionych z resztą również, choć nie dla takich jak Marcus i podobni jemu Brujah, trzymający się blisko prostego ludu.
Gotująca się w żyłach nieumarłego krew prowadziła przez drzwi wraz z jego ghulem, który gotów był wykonać każde polecenie swojego pana. Marcus był przepełniony gniewem i nie miał zamiaru marnować więcej czasu na subtelność. Biada była temu, kto ośmieliłby się stanąć mu teraz na drodze. Jones przyjął do wiadomości instrukcje i żwawo podążał już nie za detektywem, a sędzią i katem, którego jedynym celem było wymierzenie sprawiedliwości i pokazanie skurwielowi, że żadne pieniądze ani betonowe fortece nie zapewnią mu ochrony.
Na środku minimalistycznie wystrojonego i dobrze oświetlonego holu znajdowała się recepcja, a za nią schody i windy prowadzące na wyższe pięra, gdzie znajdowały się biura. Parter patrolował jeden ochroniarz, powoli krążąc wokół recepcji. Recepcjonista siedzący przy telefonie podniósł się z krzesła, z wyszkolonym uśmiechem i wyuczoną formułką powtarzaną kilkadziesiąt razy dziennie witając Marcusa i Oscara, pytając czy może w czymś pomóc. Jones wyciągnął zza płaszcza swoją odznakę i bez słowa zaświecił nią w kierunku mężczyzny, patrzącego teraz ze zdziwieniem i niepewnością. Ochroniarz widząc odznakę również nie podjął żadnego działania wobec dwójki, która w kilka chwil dotarła do wind, zanim ktokolwiek zdążył się otrząsnąć i zacząć zadawać pytania. Wyglądający na zmęczoengo windziarz otrzymał instrukcje, by jechać na samą górę, do biur dyrekcji, co bez zająknięcia uczynił.
Tam przywitał ich kończący się zakrętem korytarz pełen drzwi z imiennymi plakietkami i szybami z uniesionymi roletami. Nim jednak Spokrewniony i jego sługus mogli ruszyć dalej, zostali zatrzymani przez znajdującego się przy wyindzie ochroniarza. Tym razem pomachanie odznaką nie pomogło. Facet twardo się zapierał, twierdząc że nie mają prawa tam być, chyba że mają nakaz. Jones nie marnował czasu i paroma silnymi ciosami pozbawił człowieka przytomności. Winzdziarz stał jak wryty. Ghul odwrócił się do niego i wymownie dotknął wskazującym palcem swoich ust, sygnalizując by ten był cicho i nie robił nic głupiego.
Ruszając wgłąb dobrze oświetlonego korytarza, gdzie po obu stronach znajdowały się w większości opuszczone już o tej godzinie biura, skręcając w prawo, dwójka nie napotkała już dalszego oporu. Kilka par oczu uniosło się na przybyszy z wnętrza biurowych pomieszczeń po lewej i prawej stronie, ale nikt nie wyszedł i nie zaczepił Kainity ani jego pomocnika. Po drodze dwójka minęła idącą w przeciwnym kierunku młodą kobietę niosącą stertę dokumentów, cicho i pod nosem mówiąc ”przepraszam”. Po chwili mogli usłyszeć otwierane gdzieś za nimi drzwi i wymianę zdań kobiety z jednym z jej przełożonych. Kolejny skręt w prawo i znów w lewo doprowadziły Marcusa i Oscara do ostatnich drzwi, pod którymi znajdowało się mini lobby w postaci stojących po dwóch stronach skórzanych ławek do siedzenia z niewielkimi stolikami na przeciwko z nowym wydaniem gazety i popielniczką. Nad drewnianymi, dwuskrzydłowymi, ledwie przeźroczystymi drzwiami z dekoracyjnym szkłem widniała platynowa plakietka, na której widniało nazwisko “Robert Maverick” oraz funkcja “Prezes i dyrektor generalny Domain Enterprise”. Za drzwiami można było usłyszeć rozmowę dwójki mężczyzn. Gdy wampir wkroczył do pomieszczenia, zobaczył obszerne, bogate pomieszczenie godne króla, na którego ścianach widniały nagrody, certyfikaty, a na półkach statuetki i książki. Za ciężkim, dębowym biurkiem stał nieprzyjemnie wyglądający, oparty palcami o drewno mężczyzna w średnim wieku, cechujący się nienaganną prezencją i elegancją, ale również bardzo dominującą, autorytatywną postawą, która umniejszała każdego w jego obecności. Po drugiej stronie, tuż przed Gallowayem i Jonesem, siedział zrelaksowany młodzieniec o gładkiej twarzy, który momentalnie się odwrócił.
Image Kim wy u diabła jesteście i co tu robicie? Co to za bezczelność? Macie pięć sekund żeby się wytłumaczyć zanim wezwę ochronę. — Rzucił gniewnie głębokim głosem, odrywając się od wypolerowanej, dębowej powierzchni, marszcząc brwi i wbijając morderczy wzrok w dwójkę delikwentów, którzy wtargnęli bez uprzedzenia, groźnie unosząc w ich kierunku palec prawej dłoni. Maverick wyglądał na takiego, jak można było się spodziewać. Roztaczał aurę kogoś, kto uważa się za boga, kto ma absolutną kontrolę. Gość Mavericka po chwili namysłu podniósł się gwałtownie z fotela i podniósł głos na gości.
ImageOgłuchliście? Zadano wam pytanie! — W tym momencie młodzieniec wkroczył na niebezpieczne wody, wyciągając chudą rękę w stronę nieumarłego. W ciągu sekundy Jones powalił nadgorliwego, chcącego zaimponować szefowi chłopaka na ziemię zanim ten zdążył powiedzieć cokolwiek więcej, następnie zamykając drzwi do pomieszczenia, zapewniając trójce dorosłych trochę prywatności. Robert Maverick nie wyglądał na szczególnie poruszonego pokazem brutalności. Musiał być do takiego widoku przyzwyczajony mając na swojej liście płac różnych oprychów.

Re: Martwi głosu nie mają (IV)

#19
Marcus miał już dość subtelności. Zbyt długo panował nad sobą, aby teraz pozbawić się przyjemności uwolnienia gotującej się w nim już tak długo furii. Jedyne, czego w tej chwili potrzebował, to odbiorcy owej furii przed sobą. I zrówna cały ten biurowiec z ziemią, jeśli będzie trzeba.
Jedną jazdę windą i łomot ze strony Oscara później, znaleźli się wreszcie w gabinecie samego szefa wszystkich szefów. Kiedy tylko Maverick poderwał się z fotela na widok swojego kata, Galloway zmierzył go wzrokiem. Spojrzenie Kartagińczyka było pozbawione wszelkiego strachu i szacunku wobec tego niedoszłego ćwierćboga. Przez chwilę nic nie zrobił. Poczekał, aż Jones położył przesadnie ambitnego chłopaczka. Rzucił na niego wzrokiem. Nie był godny jego uwagi. Jedyne, co się dla niego liczyło, to człowiek za biurkiem.
Powrócił spojrzeniem do prezesa i przepompowawszy odrobinę krwi, by aktywować Akcelerację, ruszył w mgnieniu oka na Mavericka, złapał go za czerep i uderzył o blat biurka na tyle, żeby spadł ze swojego mentalnego piedestału, lecz nie na tyle, żeby pozbawić go przytomności tu i teraz. O nie, nie miał zamiaru odebrać sobie przyjemności z przedstawienia mu jego listy win przed śmiercią....
- To ja tutaj ustalam warunki - wycedził przez zęby. - I ani twoje pieniądze, ani twoje wpływy nie ocalą cię przede mną.
INVENIAM VIAM AVT FACIAM

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron