.Szychy Salonowe

Przybycie wpływowych Spokrewnionych

.Szychy Salonowe

#1
Luty 1920

Ruch w Elizjum był niemały. Młode wampiry już zaczynały wdawać się w dyskusje ze Starszymi, szukając znów kolejnych sposobności, by przysłuchać się nowinkom, zabezpieczyć swoją pozycję w mieście, lub by poprawić swój status i renomę. Spokrewnieni zamierzali, w ramach posług dla swych nieumarłych pracodawców, zyskać walutę znacznie cenniejszą od pieniędzy, a mianowicie w żadnej formie nienamacalne zobowiązania. Nie ma nic bardziej wartościowego niż wdzięczny za pomoc Starszy, będący zainteresowany spłatą długu, jaki zaciągnął u młodszego krwiopijcy. Oczywiście, trzeba być ostrożnym z kim oraz w jakim tonie ubija się interesy, gdyż nie każdy ma na względzie rewanż, a przynajmniej nie w takiej formie, jak możnaby oczekiwać, zwłaszcza gdy atmosfera temu nie sprzyjała.
Pośród zebranych można było dojrzeć kilka znanych twarzy. Oprócz Primogen Toreador obecny już był chociażby Regent Tremere, czy Primogen Ventrue. Oboje co prawda byli zajęci sobą i swoimi interesami, ale ich obecność niewątpliwie ożywiła dyskusje oraz nadała tempa cicho wyszeptywanym plotkom. Nie mieli to być jednak jedyni ważni goście Elizjum. Tej nocy zebrało tutaj więcej znamienitych gości, pośród których byli nie tylko potężni Starsi, ale również rozpoznawani Ancilla, których działalność również stale, w mniejszym lub większym stopniu, wpływała na egzystencję zarówno Spokrewnionych, jak i śmiertelników.
Choć Krzykacze nie mieli w zwyczaju licznie przybywać do tej kontrolowanej przez Toreadorów lokacji, to przynajmniej paru z nich, starszych, bardziej doświadczonych i rozumiejących prawdziwą naturę relacji między klanem Brujah a Toreador, wizytowało w Elizjum regularnie, chętnie angażując się w dyskusje z zebranymi tu Kainitami. Byli to głównie Phillip Norwood oraz Alice Morgan, którzy we dwoje wkroczyli na teren Elizjum witając z radością, a nawet i silnym uściskiem ręki, gospodarza, Kuruka. Norwood był znany ze swojego opanowania, mądrości i przenikliwości. Charakteryzował się przy tym cichą siłą autorytetu, która sprawiała, że nie musiał posuwać się do siłowych rozwiązań celem ustawienia Krzykaczy, i nie tylko ich, do pionu. Nietrudno więc było zrozumieć czemu piastował funkcję Harpii. Towarzysząca mu Alice miała z kolei bardziej drapieżny charakter, ale jej wpływ na miasto wcale nie był wiele mniejszy. Stała ona bowiem jako silne wsparcie dla ruchu sufrażystek walczących o prawa kobiet. Oboje prezentowali się dość szykownie. Norwood w ciemnym garniturze i szarej koszuli, a Alice w długiej, eleganckiej, wiśniowej sukni, z subtelnym makijażem głównie podkreślającym jej oczy charakteryzujące się drapieżnym spojrzeniem, który z relatywną łatwością uderzał w pewność siebie. Oboje zwrócili uwagę zebranych i natychmiast to wykorzystali, witając się przede wszystkim z Primogen Toreador, a następnie z pozostałą śmietanką widoczną w głównej sali.
Nieco później zjawił się przedstawiciel i opiekun lokalnych Pariasów, James Greer w swym nieco znoszonym odzieniu, choć wciąż wpasowującym się w obowiązującą etykietę ubioru. Choć nie było tego widać na pierwszy rzut oka, gdyż wyglądał jak pospolity uliczny gangster, był on wampirem nadzwyczaj charyzmatycznym, co z resztą było tym co pozwoliło mu zjednać odrzuconych Pariasów i zapewnić im względny komfort nieżycia i bezpieczeństwo, ucząc ich i zapewniając to, czego nie dali im ich stwórcy. Jego rozmówcami w Elizjum byli więc często młodsi Spokrewnieni, którzy potrzebowali pomocy i wsparcia kogoś takiego jak Greer, który mógł być jednym z niewielu Kainitów odsuniętych od gier politycznych i nie mających na celu wykorzystać swoich podopiecznych do własnych celów.
Czym jednak byłyby dyskusje na salonach bez obecności prominentów klanu będącego podporą Camarilli. Członkowie Zarządu Ventrue, choć nie wszyscy, w końcu także dotarli i wymienili grzeczności. Niewiarygodnie piękna i nadzwyczaj okazała Catherine Fabienne LeBlanc w pięknej, niebywale drogiej, jasnej sukni i futrze, wraz z odzianym w wysokiej klasy garnitur Nathanielem Hudsonem byli w centrum zainteresowania wielu Spokrewnionych. Catherine szybko przegnała oczywiście młodszych, choć naturalnie z uśmiechem i finezją, w sposób taki, że jeszcze jej za to dziękowali, płynnie przechodząc do rozmów z wampirami o podobnym jej statusie i reputacji. Hudson nie był aż tak wybredny, choć zdecydowanie nie miał cierpliwości do głupot. Jeśli ktoś miał do niego konkretny interes, nie miał problemu takiego osobnika wysłuchać. Jednakże jeśli ktoś marnował jego cenny czas na bzdurne pogaduszki, to dawał o tym znać w dość dobitny sposób. Sullivana brakowało, choć nie było to dziwne, gdyż ten nadzwyczaj towarzyski Ventrue nierzadko chadzał własnymi ścieżkami.
Nie zabrakło i obecności hermetycznych Czarowników, którzy udowodnili, że potrafią być użytecznym sprzymierzeńcem, jak i również niebezpiecznym przeciwnikiem. Personą z tego Klanu, która jako pierwsza pojawiła się w Elizjum był Theodore Vaughn, będący specyficznym, wyjątkowo dobrze odnajdującym się w otaczającej klan Tremere społeczności Spokrewnionych. Potrafi on z ogromną łatwością nawiązywać kontakty, pozyskiwać sojuszników i nie tylko. Niewątpliwie pomaga w tym jego urok osobisty, choć kto wie, czy nie kryje się za tym coś więcej. Podczas gdy Vaughn korzystał już ze swojego czasu w Elizjum, biorąc aktywny udział w rozmowach, jego przełożony i mentor, Magister William Augustus Thornton przybył dopiero na miejsce. Był to stary wampir o ogromnej wiedzy i doświadczeniu, będący prawą ręką lokalnego Regenta. Powolnym krokiem, nie zwracając uwagi na nikogo prócz Primogenu, z rękoma złożonymi za jego plecami, skierował się w stronę swojego uzdolnionego studenta, odrywając go tymczasowo od grupy, by zamienić z nim kilka zdań. Dopiero po kilku chwilach się rozdzielili. Vaughn wrócił do żwawych rozmów z zebraną tu śmietanką towarzyską, a chwilowo Thornton zaszył się z dala od tłumów z książką w ręku. Można było odnieść wrażenie, jakoby lektura dla tego Czarownika była bardziej interesująca od obecnego tu towarzystwa.
W którymś momencie tego wieczora zasłyszeć można było charakterystyczny, donośny stukot laski, który zwiastował nadejście Primogena Malkavian, którym był Alistair Hawthorne, przybywający zwyczajowo w swoim podszywanym futrem, długim, czarnym płaszczu oraz cylindrze. Zlustrował wszystkich zebranych, podał ręce komu trzeba, choć jak zwykle bez żadnego uśmiechu, z charakterystyczną dla niego poważną, kamienną twarzą, po czym znalazł sobie wygodne miejsce z dobrym widokiem na wejście. Zdawało się, że na kogoś czekał. W międzyczasie paru młodszych Kainitów podjęło z nim dyskusję. Ta została jednak szybko zakończona, gdy dostrzeżono wyczekiwaną przez wielu gwiazdę wieczoru.
Właściwie znikąd, już za progiem Elizjum, pojawiła się powszechnie rozpoznawana, nadzwyczaj wychudzona sylwetka Nosferatu, którego głowa była stale owinięta bandażem. Książę miasta Chicago, Archibald, zaszczycił zebranych nieumarłych swoim przybyciem. Został przywitany w pierwszej kolejności przez gospodarza i znajdujących się w pobliżu członków Primogenu, choć tak naprawdę każdy kto znalazł się w zasięgu wzroku Księcia i akurat spoglądał w jego kierunku przynajmniej pochylił nieznacznie głowę w geście powitania i szacunku. Nosferatu byłby teraz oblegany gdyby nie to, że Hawthorne momentalnie znalazł się przy nim i zajął jego uwagę. Pozostali musieli poczekać aż rozmowa Księcia Wietrznego Miasta z Malkavianem dobiegnie końca. Zza swej książki wyjrzał z ogromnym zainteresowaniem również i trzymający się na uboczu Magister Thornton, który najwyraźniej także zamierzał porozmawiać z Archibaldem.
Tak oto szeregi zebranych krwiopijców na przestrzeni kilku godzin zasiliła niemała liczba prominentych Spokrewnionych, którzy mieli największy wpływ na lokalną politykę i egzystencję wampirów. Warto było się wykazać, czy to dobrymi manierami, czy jakimiś osiągnięciami, a najlepiej jednym i drugim, żeby być po ich dobrej stronie, chcąc jakkolwiek zaistnieć w tym mieście.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron