Image

Polowanie na wilki (III)

#1
Zanim Noah opuścił swoją kryjówkę, spojrzał na siebie w lustrze. Wystylizowana broda, uczesane włosy, porządnie umyte ciało. Wyprany oraz wyprasowany garnitur, wypastowane buty, przygotowany kaszkiet. Dzisiejszego wieczoru Parias zamierzał odwiedzić lożę Spokrewnionych, Elizjum, jednak zanim wkroczyłby do elitarnego klubu, postanowił obskoczyć jedno miejsce.
Wyszedł z hotelu. Nim udał się do właściwego punktu podróży, poszwendał się kwadrans po dzielnicy w celu sprawdzenia czy nikt go nie śledził. Każdej nocy odkrywał nowe zakamarki ulic przylegających do jego schronienia. Wkrótce wtopił się w mgiełkę jednej z ciemnych uliczek.

Central: pub Leon's Haven

Otworzywszy drzwi baru, Noah wszedł wraz z porywem powietrza z ulicy, który nieco rozwiał gęsty papierosowy dym. Neonata jakiś czas temu był tutaj w towarzystwie mentora, więć wiedział, że ta speluna była pod jego ochroną. To właśnie tutaj Johnston planował przyczaić się na właściciela czeku od Bureau of Investigation, tajemnicze biuro wystawiło pokaźną sumkę, tylko idiota nie postarałby się odzyskać tej forsy.
Wychowanek Jamesa podszedł do barmana, kupił od niego paczkę Lucky Strike'ów, a potem przekazał instrukcję.
— Będzie szukała mnie pewna osoba. Prawdopodobnie facet. Jeżeli będę siedział przy tamtym stoliku — wskazał otwartą dłonią na stolik w kącie — a ta osoba powie ci hasło, że szuka grubego intelektualisty z brodą, to odeślij ją do mnie. Wiem, brzmi to absurdalnie, niemniej wdałem się w pewien rodzaj towarzyskiej zabawy, a to jest jej element. Zrobisz to dla mnie?
Po przekazaniu instrukcji Johnston pożegnał się ładnie i opuścił przybytek.

Lower West Side: klub La Liberté

Taksówką dotarł do klubu. Zapłaciwszy kierowcy, Parias wyszedł z pojazdu, a następnie skierował się do środka, stąpając po czerwonym dywanie. Kulturalnie poczekał w kolejce, wszedł do przedsionka, zostawił u szatniarza płaszcz oraz kaszkiet. Był gotów, żeby wejść do sekcji przeznaczonej śmiertelnikom. To tam spędził kilka godzin, rozmawiając z ludźmi na temat Bureau of Investigation. Próbował dowiedzieć się więcej o tej organizacji, zasięgając języka wśród wpływowej klienteli. Jego strategia pozyskania informacji była następująca: najpierw zasiadał przy barze, aby wypatrzeć dżentelmenów podobnych do niego: nieśmiałych, nieco nieporadnych w kontaktach, ale sprawiających wrażenie wpływowych. Za pośrednictwem tych szarych myszek Noah spróbował pozyskać kontakty do ludzi, którzy wiedzieli więcej. Być może jakiś gość, do którego zagadał Johnston i poczęstował go papierosami zaprosił do stolika? Wampir łapał się każdej informacji, lecz także liczył na pozostawienie tutaj tropu na własną osobę. Domyślał się, że w takim miejscu z całą pewnością członkowie biura przychodzili się odprężyć, prędzej czy później usłyszeliby o osobniku poszukującym ich śladu. W momencie, w którym Noah uzyskałby szansę na napotkanie agenta, otrzymałby również sposobność na wyciśnięciu z niego wiedzy na temat zlecenia dla tartaku na ścięcie świętych klonów.

Późną nocą Johnston rozpocząłby realizację drugiego etapu planu. Zostawił po sobie zapach, wykonał ruch na szachownicy, śmiertelni agenci uzyskali szansę na wytropienie go. Pierwszy trop był bezpośredni, prowadzący do Leon's Haven zaś drugi kierowałby tutaj, do domniemanego bywalca klubu. Parias potrzebował teraz wsparcia, rozgrywanie tej dywersji w pojedynkę było zbyt ryzykowne.
Krwiopijca podał hasło strażnikowi, chwilę później wszedł do loży Spokrewnionych. Tam Johnston musiał zupełnie zmienić taktykę interakcji społecznych. Wkurwiały go takie gierki, nie był w nich dobry, jednak musiał grać i kręcić intrygi. Nabycie zamysłu poruszania się po tematach nieumarłych wymagało praktyki, a nie dało się tego osiągnąć bez uczestnictwie w rozmowach.
Noah dość płynnie podszedł do sprawy. Wśród członków Ventrue zachowywał się w pełni uniżony sposób, łechtał ich ego komplementami dotyczącymi spójności ich klanu oraz wysokich kompetencji, dzięki którym Camarilla mogła przetrwać najgorsze. Wśród nich Parias mógł pozwolić sobie na nieśmiałość, bo to tylko wzmocniłoby poczucie wyższości u Ventrue. W momencie, kiedy balsamista urobiłby ich, to przeszedłby do sedna. Przekazałby im wieść o istnieniu organizacji Bureau of Investigation, która wydała zlecenie miejscowemu tartakowi na ścięcie drzew uważanych za święte wśród lupinów, dlatego rozszarpały robotników na strzępy. Oznaczałoby to na istnienie frakcji bydła wiedzącej coś o sprawach nadnaturalnych. Czy strażnicy Maskarady, o której tak namiętnie prawił Galatis, mogliby pozwolić na istnienie owej frakcji, zagrażającej stabilności Wieży z Kości Słoniowej? Nowicjusz był chętny na przekazanie większej ilości informacji osobie chcącej dołączyć do niego w tym śledztwie.
Toreadorom inaczej przekazał wiedzę, pokusił się o piękniejsze słownictwo, podkreślił przywiązanie natywnych Amerykanów do świętych, czerwonych klonów. Ich miłość do tradycji, poświęcenie w utrzymaniu tychże rzadkich okazów roślin poruszyło serca lupinów, którzy ewidentnie pomagali rdzennej ludności. Chęć ochrony wierzeń rozpędziła ich szpony do popełnienia zbrodni. Wśród próżnych członków klanu Róży Noah próbował podsycić ich ciekawość, zaznaczyć piękno tej pokręconej sytuacji, wyszczególnić rozpaczliwe próby obrony Indian przed postępem cywilizacyjnym wymagającym surowców naturalnych. Tam również poprosił o wsparcie, ponieważ tylko członkowie Róży rozumieli dogłębnie naturę człowieczeństwa i potrafiliby ujrzeć szerszą perspektywę - Noah lał miód na uszy, mówił to, co chcieliby słyszeć, zabawiał i przy okazji się niesamowicie wkurwiał na siebie, że jednak próbował być dwulicową szują.
Brujah dostali wywód polityczny. Johnston w ich przypadku zastosował prosty chwyt: zaznaczył, iż Bureau of Investigation wspierało kapitalistyczny wyzysk, kusząc siłę tego narodu, czyli robotników, do podejmowania się ryzykownych działań na rzecz szybkiego wzbogacenia się, gdyż w innych okolicznościach nie mieli szansy na lepszy zarobek. Znowu próżność kapitalistów sprawiła, że ludzie pracy ginęli, wykorzystani jako narzędzia w działaniach, których nie rozumieli. Aby powstrzymać kolejne ofiary, należało zrozumieć naturę tajemniczego biura, odkryć ich związek z lupinami. W istocie to ludzie, a mianowicie kapitaliści, stanowili tutaj problem, a nie wilkołaki. One po prostu broniły swojego terytorium.

Noah po przekazaniu informacji trzem klanom liczył na to, że zainteresował kogokolwiek; że wieść o dzieciaku badającym sprawę wilkołaków trafiłaby do śmiałków skłonnych pomóc mu w działaniu polegającym na uderzeniu w sedno problemu: w organizację ludzi, która sprowokowała lupinów. Nawet jeśli balsamista nie zostałby potraktowany poważnie, to przynajmniej rozbawiłby wampiry jako młodziutki pupil starający się coś ugrać w Camarilli.
Parias siedzał przy widocznym stoliku, oczekując na konsekwencję swoich działań.

Re: Polowanie na wilki (III)

#2
Wyglądało na to, że przybył do Chicago w całkiem ciekawym okresie jego historii. Najpierw pożar w '71, a teraz jakieś Bureau of Investigation. W sensie ci śledczy federalni? A może jakieś osobne ugrupowanie wykorzystujące podobną nomenklaturę, by, dajmy na to, zwalić winę na federalnych, gdyby coś spieprzyli? Kontekst sugerował to drugie. Nie był pewien na sto procent, ale chętnie się upewni. Zwłaszcza że mogli stanowić potencjalne zagrożenie dla Camarilli. W innym wypadku czemu Spokrewnieni mieliby się nimi interesować?
Siedział sobie akurat z innymi Brujah, by zasięgnąć języka i ogółem poczuć się "u siebie", kiedy znikąd pojawił się wśród nich ten Parias. Kojarzył ten typ. Spokrewnieni pozbawieni własnego klanu, tożsamości i, co z tym idzie, jakiegokolwiek statusu wśród Spokrewnionych. Zero klanu - zero szacunku. Do rzyci taka mentalność. Tak czy inaczej, to właśnie od tego Pariasa dowiedział się o tym całym biurze: jak to znaleźli sobie tanią siłę roboczą do wycinki drzew, koło których akurat kręciły się wilkołaki. Tak, właśnie tak - wilkołaki, te kudłate bestie potężnej postury i wzrostu, co mogą w pojedynkę puścić z dymem całą koterię ancillae. Narażanie wszystkich - Spokrewnionych oraz bydła - w imię forsy we własnej kieszeni. Co za...
Jakkolwiek zabawnie i irracjonalnie nie brzmiał wywód owego Pariasa, Marcus uznał, że chętnie weźmie udział w tym małym śledztwie. Poczuje się z powrotem w swoim żywiole i przy okazji nakopie w szmaty komuś, kto się o to prosi. Kto wie, może przy okazji też ugra coś dla siebie w Camarilli razem z dzieciakiem i potencjalną resztą śmiałków?
Zlokalizowawszy Pariasa w klubie, Galloway ruszył bezpośrednio ku niemu. Stanął nad stolikiem i położył dłoń na blacie, bezpośrednio przed mężczyzną.
- Johnston, tak? Ten od biura? Słyszałem, że szukasz pomocy - i oto jestem. Mogę się dosiąść?

Re: Polowanie na wilki (III)

#3
Nie był do końca pewien, jak Spokrewnieni potraktowali jego słowa, ponieważ długo czekał na jakąkolwiek reakcję, zainteresowanie kogoś, zaciekawione spojrzenie. Mimo tego zachował spokój, zdawał sobie sprawę z zajmowanej pozycji w piramidzie, w jego przypadku znajdowała się kilka poziomów pod fundamentami. Oznaczało to, że zupełnie nikt nie musiał się przejmował problemami bezklanowca i nie mógł on żywić za to pretensji.
Na szczęście Noaha do jego stolika podszedł nieznany mu wampir. Parias łagodnie powstał z miejsca i wyciągnął dłoń w geście przywitania, a robiąc to w pozycji stojącej pragnął okazać szacunek. Także dało to okazję do przyjrzenia się nieznajomemu. Johnston nie kojarzył go, nie rozmawiał z nim, nie znał go w żaden sposób. Zatem nie wiedział, jaką pozycję zajmował, a to oznaczało, że trzeba było zachować ostrożność w wypowiadanych słowach. Poza tym było coś niepokojącego w mowie ciała przybysza. Jego oczy przypominały wejrzenia weteranów, którzy powrócili do domu z Wielkiej Wojny, jakby traumatyczne zdarzenia wyprały naiwny blask, pozostawiając wyłącznie ciężar na barkach. Sposób poruszania kończyn sugerował odbycie jakiegoś rodzaju drylu, szkoła wojskowa? Policyjna? Pierwsze poszlaki rozkwitły w głowie Pariasa.
— Tak, ten od biura — zaśmiał się lekko, zdawał sobie sprawę jak to brzmiało. — Proszę, usiądźmy. A mam przyjemność z panem... — zapytał o godność wampira miłym głosem, zależało mu na przyjemnej atmosferze.
Noah także zauważył blizny na twarzy rozmówcy. Walczył? Ktoś taki byłby niezwykle użyteczny.
Usiadł.
— Przepraszam za bezpośredniość, jednak moja niezdrowa ciekawość nakazuje mi zadać panu pytanie, o ile pan pozwoli — zaczął small talk przed poruszeniem głównego tematu, być może badał nowopoznanego? — Czy służył pan? Pana ruchy wskazują, jakby przeszły przez szkolenie wojskowe. Zawsze podziwiałem żołnierzy za ich dyscyplinę i poświęcenie ojczyźnie.

Re: Polowanie na wilki (III)

#4
A zatem trafił na właściwego wampira. Delikatny uśmiech pojawił się na twarzy Marcusa, gdy ten wyciągnął ku niemu rękę. Ścisnął ją mocno i pewnie, a zaraz potem machinalnie przysunął sobie krzesło i usiadł naprzeciwko Johnstona, spoglądając na niego parą przenikliwych ciemnych oczu, które niejedno już widziały. Sprawiał pewnie brodaczowi wrażenie osoby już doświadczonej w kwestii nieżycia, chociaż w istocie nie powinni się tak bardzo różnić wiekiem.
- Galloway. Marucs Galloway - przedstawił się rzeczowo. - Detektyw w stanie spoczynku. Do usług. - Nie mógł się powstrzymać. Może i był żywym trupem, lecz w duchu dalej trwał na swoim stanowisku.
Sam przyjrzał się uważniej swojemu rozmówcy. Wydawał mu się dość inteligentnym Spokrewnionym, aczkolwiek nieco wycofanym. Miał takie jakby... "miękkie" spojrzenie, jak na jego oko. Ktoś taki wyprawiał się na to całe biuro i wilkołaki? Odważne. Albo głupie. Albo jedno z drugim.
Skinął głową, dając Johnstonowi znak, by pytał, o co chce.
- Nie miałem okazji. Byłem zajęty "w domu" - zaprzeczył Marcus. - Policja Providence, Rhode Island. Kiedy żołnierze wyprawiali się na wojnę w Europie, ja siedziałem tutaj i pilnowałem, by mieli dokąd wrócić, jak ta się skończy. Jak na taką "spokojną" okolicę, to miałem aż nadto dużo roboty. A z kim ja mam przyjemność? Wydaje mi się, że już gdzieś się spotkałem z tym nazwiskiem. Johnston... Pan jest ten Johnston od tych zakładów pogrzebowych?

Re: Polowanie na wilki (III)

#5
Johnston pomasował swoją dłoń po mocnym uścisku, gest ten trwał krótko, ale jasno dawał do zrozumienia, że nie spodziewał się takiego pokazu siły. Być może nie lubił testować się w przyziemnych ceremoniałach? Albo, po prostu, zabolała go ręka.
Ujawnienie przez Marcusa swojej profesji wprawiło Noaha w zadowolenie zaprezentowane szczerym uśmiechem. Ani na moment nie przerywał detektywowi, słuchając go z uwagą. Balsamista nawet oparł się łokciami na stole, żeby lekko przybliżyć tułów do mówiącego. Pochłaniał każde słowo, zaś na zastosowane emfazy reagował lekkim śmiechem. Kiedy padło pytanie na temat przeszłości Noaha, to rozsiadł się on wygodnie.
— W rzeczy samej. Jestem tanatopraktorem, zapewniałem godny pochówek zmarłym. Dawniej byłem chirurgiem, ale postanowiłem zmienić zawód z powodu perturbacji życiowych. Wybór okazał się słuszny, gdyż sprawdziłem się w nowej profesji. — wyjaśniał spokojnym tonem, ale powolnym. Mówił flegmatycznie, nieśpiesznie składał zdania, ważył słowa. — Ale nie spodziewałem się, że napotka mnie Spokrewnienie, które zupełnie odmieni bieg mojego życia — dokończył pochmurnie.
— Wracając do pana służby w policji. Cieszę się, że właśnie specjalista w dziedzinie śledczej do mnie przybył, ponieważ moja sprawa wymaga umiejętności właśnie kogoś takiego jak pan — przeszedł do sedna poważnym tonem, ucinając small talk. — Widzi pan, zaangażowałem się wraz z dżentelmenem Riderem w rozwikłaniu problemu wilkołaków. Posiadam silne przesłanki sugerujące to, iż lupiny zostały sprowokowane do zabicia śmiertelników. — Wspomnienie o śmierci ludzi wprawiło Noaha w ponury nastrój. Jego mina zdradziła, że przypomniał sobie coś paskudnego.
Zamordowani to drwale z tartaku Northside Lumber Company. Prowadzili zupełnie legalny interes, kiedy niespodziewanie skontaktowało się nimi biuro. Jeden z drwali, Thomas, otrzymał czek na wysoką kwotę pieniężną, zaś w samym memo znajdowała się łacińska nazwa Acer macrophyllum Rubrum, czyli czerwony klon wielkolistny, ten gatunek jest rzadki na ziemiach przynależnych do Chicago. Moim zdaniem ludzie wkroczyli na teren lupinów, żeby coś pozyskać, dlatego to skłoniło je do bestialskiego mordu. — Na krótki moment zastosował pauzę w celu sprawdzenia czy detektyw nadążał.
— Co ciekawe, czek znalazłem w skrytce w magazynie, pod szafką. Poza nim była broń i przedmioty osobiste. Pierwsza rzecz sugeruje, że zlecenie stwarzało niebezpieczeństwo, natomiast drugie sugerują, iż właściciel chciał to ukryć, żeby potem w pośpiechu to odzyskać. W samym biurze tartaku usunięto dane personalne zabitych oraz ich rejestr pracy. Nie wiemy, co konkretnie chcieli zrobić. Niemniej zabrałem czek i broń ze sobą, ponieważ mam pewien plan. Plan wymagający pomocy takich Spokrewnionych jak pan, panie Galloway.

Re: Polowanie na wilki (III)

#6
Tanato... co? Dobra, nie będzie udawał: za cholerę tego nie zapamięta. Rozumiał, że to jakieś jeszcze bardziej profesjonalne określenie na grabarza. I gość to nie tylko grabarz, ale też chirurg! Musiał być więc całkiem uzdolniony w różnych kierunkach. Człowiek renesansu. Czy raczej trup renesansu. Chociaż z drugiej strony chirurgia ma jednak trochę wspólnego z zajmowaniem się zmarłymi - zwłaszcza gdy chodzi o posyłanie ich z jednego ośrodka do drugiego.
Ach, wreszcie przyszła pora na konkrety. W końcu po to tutaj przyszedł: nie chodziło przecież wyłącznie o zapoznanie się, chociaż to też miła rzecz; w pierwszej kolejności chciał dowiedzieć się więcej o tej całej sprawie z biurem i wilkołakami. Na przyjemności przyjdzie czas później, jak już uporają się z tym problemem.
Marcus w ciszy przysłuchiwał się wszystkiemu, co mówił doń Johnston. Northside Lumber Company. Pojawia się biuro. Podrzucony czek i informacja, co wyciąć. Czy ten cały klon jest jakoś powiązany z wilkołakami? To jakieś ich święte drzewo? A może chodziło po prostu o sam fakt, że wprosili się na ich teren, gdzie akurat te drzewa rosły? Wiedza Gallowaya z zakresu lupinów nie należała do najobszerniejszej. Wiedział, że istnieją i bardzo wkurza ich sama obecność Spokrewnionych. Samo zainteresowanie się tą sprawą równa się z ryzykiem bycia prędzej czy później rozszarpanym przez przerośniętego kundla.
- Jeśli to całe biuro od samego początku wiedziało, że dojdzie do tego, co doszło, to mamy problem - podjął Galloway po chwili ciszy ze swej strony. - Jeśli wiedzą o wilkołakach, do wiedzą - albo dopiero dowiedzą się - o nas samych. I chyba wszyscy wiemy, jak to się może skończyć. Zamieniam się w słuch. Jaki masz pan plan?

Re: Polowanie na wilki (III)

#7
Komentarze Marcusa usatysfakcjonowały Noaha liczącego na zainteresowanie sprawą. Był świadomy tego, że działanie w pojedynkę stwarzało ryzyko, zdobycie partnerów do rozwiązania problemów z wilkołakami było absolutnie koniecznym krokiem.
— Och, przeszliśmy na ty, dobrze. — Pozwolił sobie zauważyć łagodnie. Być może bezpośrednia komunikacja była w tym przypadku korzystniejsza?
— Twoja hipoteza pokrywa się z moją, Marcusie — zaczął z entuzjazmem. — Także uważam, że biuro śledcze coś wie na temat świata nadprzyrodzonego. Całe to pozbycie się dowodów wydaje się mętne, zależało im na zatuszowaniu sprawy — rozwinął wypowiedź stonowanym głosem, najwyraźniej zależało mu na zimnej kalkulacji. — Mamy same przesłanki, żadnego dowodu, żadnego tropu poza tym czekiem. Mój plan zakłada, że sprowokujemy ruch ze strony biura albo samego właściciela przedmiotów, które mu odebrałem ze skrytki. W skrytce zostawiłem wiadomość, że jeżeli właściciel chciałby odzyskać swoje mienie, musi mnie odnaleźć w określonym miejscu — wytłumaczył swoje posunięcia, gestykulując.
— Tutaj, w klubie, na parterze rozsiałem plotki, że interesuje się tym biurem śledczym. Chcę zostawić po sobie trop, żeby ktoś nim podążył. Naszym zadaniem jest pochwycenie właściciela skrytki czy potencjalnego agenta, który ruszyłby za mną. Musimy uzyskać twarde dowody i wiedzę, co śmiertelnicy planowali w związku z tymi czerwonymi klonami. Jeżeli nam się to uda, uzyskamy klarowny obraz sytuacji, żeby wykonać rozsądny krok naprzód. Być może uda nam się zmanipulować biurem, w taki sposób, żeby rozwiązali problem za nas. W każdym razie będziemy musieli złożyć raport Księciu, kiedy uzyskamy postępy.
Zapalił papierosa, kiedy skończył. Widać było, że Noah musiał niedawno zacząć palić, ponieważ przykładał zbyt dużo uwagi w tak prostej czynności jak odpalenie fajki.
— Co o tym sądzisz?

Re: Polowanie na wilki (III)

#8
Prowokacja. Znał ten manewr. Policja lubiła go wykorzystywać, gdy miała powody coś podejrzewać, ale nie miała dowodów. A ostatnio, w związku z prohibicją, praktykowała to coraz częściej. Podstawia się kogoś w danej roli, czasem z rekwizytami, umawia się spotkanie i kiedy ma się już pewność co do podejrzanego, następuje szybkie przejście do zatrzymania. Niemniej, zawsze istniało ryzyko, że ktoś zwietrzy podstęp i nici ze złapania.
- Rozumiem, że bierzesz pod uwagę ewentualność, że nasz cel nie będzie chciał od tak współpracować? - zapytał Johnstona Marcus. - Jeżeli mamy do czynienia z kimś bardziej doświadczonym w kwestii zadawania się ze Spokrewnionymi albo jeśli typ będzie zwyczajnie zdesperowany, istnieje możliwość, że będziemy musieli się go potem po prostu pozbyć. Żeby nie było: nie mówię, że twój plan jest skazany na porażkę; mówię, że należy się przygotować na każdą okoliczność przy czymś tak delikatnym. - Spojrzał na papierosa w jego palcach. - Masz jeszcze jednego?
Wiedział, że nikotyna nic mu nie zrobi: ani nie rozluźni, ani nie zaszkodzi. Mimo to uczucie palenia może go odprężyć. Za życia popalał raz czy dwa, w towarzystwie. Teraz chętnie by wrócił do uczucia takiego rozluźnienia. Jeśli Noah podzielił się tytoniem, Marcus zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko dymem, wypuszczając go po chwili przez usta.
- Powiem prosto z mostu: podoba mi się ten plan. I podoba mi się to, że sam na to wpadłeś. I chętnie wspomogę cię tak jak potrafię. Mógłbym wtopić się w tłum i obserwować z daleka, co się dzieje. Rozumiem, że będzie spodziewał się pojedynczej osoby, dobrze więc byłoby trzymać się z mojej strony na dystans, choćby przez chwilę. Więcej ludzi by mu pewnie podpowiedziało, że coś jest bardziej nie tak niż by sobie tego życzył. A gdyby przyszło co do czego...

Re: Polowanie na wilki (III)

#9
Noah w milczeniu przyswajał słowa Marcusa, przy okazji spełnił jego życzenie, wyciągając paczkę papierosów na stół. Widać było po Pariasie, że poruszyły go przedstawione doświadczenia przez śledczego, w szczególności kiedy poruszano kwestię pozbycia się kogoś, jeżeli coś poszłoby niezgodnie z planem. Johnston w głębi serca nie chciał nikogo krzywdzić, ale przeczuwał, że nie dało się tej sprawy załatwić inaczej. Zbyt duże ryzyko obejmowało to zadanie, więc istniało duże prawdopodobieństwo, iż po wszystkim należałoby pozbyć się zatrzymanego. Balsamista zadumał się, odpłynął myślami na moment.
— Leon's Haven jest lokalizacją, którą zawarłem w pozostawionej wiadomości w skrytce. Bar ten jest pod ochroną Jamesa Greera, dlatego w razie gdybyśmy odnieśli sromotną klęskę, mamy blisko do Spokrewnionego zdolnego nam pomóc. Niemniej lepiej, żebyśmy się pilnowali w barze, przechwycili podejrzanego, a następnie wyszli z nim na zewnątrz, oddalili się a wtedy rozpoczęli przesłuchanie. Nie chcę pośrednio angażować Greera i bywalców jego pubu — ujawnił kolejne fragmenty układanki, chociaż tym razem bez entuzjazmu czy uśmiechu. Zaprawdę słowa Marcusa poruszyły Pariasa.
— Jestem zaszczycony, że będziesz mi towarzyszył Marcusie. Zmartwiło mnie, że najprawdopodobniej będziemy musieli pobrudzić sobie ręce. Nie oszukujmy się, jeżeli mój plan wypali, to nam przyjdzie ponieść ciężar decyzji, co potem z przechwyconym człowiekiem uczynić. Cóż, jest zawsze możliwość, że wpadłbyś na lepszy pomysł. W końcu pracowałeś w policji.
Zapalił następnego papierosa.

Re: Polowanie na wilki (III)

#10
Leon's Haven... Nie znał tego miejsca. Należało do Jamesa Greera... James Greer... To nazwisko chyba już obiło mu się o uszy. Chyba w Elizjum bywał Spokrewniony tak się legitymujący. To Rodzic Johnstona? Chociaż nie, Pariasi z definicji nie znają swoich Rodziców. "Adoptowany" Rodzic? Mentor? A może po prostu dobry znajomy? Jakakolwiek nie byłaby relacja między tymi dwoma, jeżeli Noah mu ufał, to i Marcus mu zaufa, choćby i na czas ich małego śledztwa.
Skinął krótko głową na słowa Johnstona - taki plan da radę. Najpierw zobaczą, z kim w ogóle mają do czynienia, a potem zajmą się nim gdzieś na boku. Ryzykowne, ale może się udać - zwłaszcza że będą to robić na rewirze innego Spokrewnionego.
- Jako policjant - zaczął Marcus, zaciągając się papierosem między słowami. - przychodzi człowiekowi podejmować różne decyzje, które mogą przesądzić o życiu i śmierci. A jednak musisz ją podjąć, bo masz świadomość, że jeśli nie zrobisz nic, może stać się coś jeszcze gorszego. W naszym przypadku, jeśli będziemy od tak siedzieć na dupie i przyglądać się temu biuru z daleka, to prędzej czy później doda dwa do dwóch i kto wie, czy nie wpadną na pomysł rozniesienia wieści dalej. Nawet jeżeli przyjdzie nam odebrać jedno życie, to w ten sposób możemy ocalić ich znacznie więcej: i ludzi, i Spokrewnionych.
Zaciągnął się ponownie.
- Gdyby nasz cel okazał się bardziej skory do współpracy i jeszcze lepiej - niezaznajomiony z naturą naszego śledztwa - moglibyśmy sprzedać mu historię, że w istocie wszedł w kontakt ze zorganizowaną grupą przestępczą podszywającą się pod oficjalnych funkcjonariuszy państwowych. Kryminał stale robi coś takiego: zakłada restaurację albo sklep jako front dla swoich mniej godnych pochwały działań... A ci wydają mi się dostatecznie zorganizowani, by miało to w jego oczach sens. Gdyby jednak okazało się, że typ wie jednak za dużo... No właśnie, tutaj już musielibyśmy pobrudzić sobie ręce albo w najlepszym wypadku wykurzyć go z miasta gdzieś, gdzie nie sprawiałby problemów.

Re: Polowanie na wilki (III)

#11
Dawny chirurg patrzył na oczy Marcusa i chłonął jego każde słowo. Wszystko to, co mówił, wydawało się Pariasowi niezwykle interesujące. Poznanie doświadczeń detektywa policyjnego poszerzało horyzonty, a wykorzystywanie brudnych sztuczek ujawniało, że nawet stróże prawa muszą podejmować się gównianych rozwiązań, łamać prawo, żeby wymierzyć sprawiedliwość. Nikt nie był czysty w grze o władze.
— Wygląda na to, że nie ma innego wyjścia, trzeba sobie pobrudzić ręce. Cóż, jak powiedziałeś, jeżeli nie zrobimy nic, sprawa potoczy się własnym torem, a jak wiemy, jeśli coś ma wyjść źle - wyjdzie beznadziejnie — dokończył żartobliwie.
— W takim razie dogadaliśmy się, Marcusie. Co do wyłapania gościa, mamy jeszcze na to trochę czasu, bo dopiero dzisiaj wszystko ustawiłem. Dzisiaj jestem wolny. Co powiesz na to, żebyśmy zaczerpnęli świeżego powietrza i przeszli się po mieście? Myślę, że spacer dobrze nam zrobi, a i chętnie pogawędzę. Dasz się skusić?

Re: Polowanie na wilki (III)

#12
Musiał Marcus przyznać: ten dzieciak mu się podobał. Młody i niewątpliwie jeszcze niedoświadczony (na pewno mniej od niego samego, a on sam był wręcz jak przedszkolak z perspektywy Spokrewnionych), ale już widział, że Johnston ma łeb na karku i do tego jeszcze coś pracującego w środku. To się chwali!
- Czemu nie. Sam dzisiaj zresztą nie mam nic do roboty. Przynajmniej na razie. A i przydałby mi się przewodnik po mieście - odrzekł na propozycję Noah, uśmiechając się do niego bardziej po przyjacielsku. - Byłbyś mnie w stanie zapoznać z tym całym Greerem? Chętnie dowiem się z pierwszej ręki, kto mógłby nam pomóc.

Re: Polowanie na wilki (III)

#13
Noah ucieszył się, usłyszawszy zgodę towarzysza na propozycję. Wyglądało na to, że panowie dobrze się dopasowali i zaprezentowali sobie nawzajem, co rokowało na przyszłość. Wspólne rozwiazywanie problemów dawało fundament pod ewentualne sojusze.
— Urodziłem się tutaj, więc chętnie cię pooprowwdzam — zapewnił przyjaźnie.
Dogasił papierosa w popielniczce, rozejrzał się po sali, a następnie wskazał otwartą dłonią w kierunku wyjścia na parter.
— Oczywiście, jestem w stanie Cię z nim skontaktować. Szczegóły poruszymy w drodze.

Z/T

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości

cron