Image

Kazanie na scenie

#1
Wygładził frak. Rozejrzał się po sali. Jak zwykle o tej godzinie w niedzielę, kręciło się tu sporo osób, załatwiających swoje interesy. Większość znał. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dwudziesta. Powoli wstał i skierował się ku scenie.
Nigdy do końca do tego nie przywykł. Te wystąpienia były inne. Kontrowersyjne. Ryzykowne. Słuchacze co do jednego byli niebezpieczni. Musiał ważyć słowa, by nikt nie odebrał jego mowy zbyt osobiście, by nie zechciał go później odnaleźć i dobitnie wyrazić, co myśli o jego moralizowaniu. Robił to jednak od lat, a dziś zamierzał jedynie wejść nieco głębiej w temat…
Wszedł na podwyższenie. Powiódł wzrokiem po zgromadzonych, poprosił o uwagę, uprzednio lekko chrząknąwszy i przemówił spokojnym, głębokim głosem:
- Zastanawiałem się ostatnio nad powodem naszego istnienia… czy może raczej naturą naszego przekleństwa. - zaczął enigmatycznie, wyłapując oznaki zainteresowania lub zdziwienia wśród publiczności. Pozwolił sobie na lekki uśmiech.
- Czy nie tak sami o sobie mówimy: “przeklęci”? Być może odpowiada to powierzchownej definicji, jaką się powszechnie stosuje; ośmielam się jednak twierdzić, że jako zdecydowanie niepowszechni osobnicy o nieprzeciętnej głębi interesuje nas coś więcej… - zrobił krótką pauzę, by odwzajemnić kilka spojrzeń, po czym kontynuował.
- Otóż o PRAWDZIWYM przekleństwie możemy mówić jedynie w kontekście złej woli przeklinającego, a jak mniemam, większość tu obecnych została Spokrewniona z lepszych powodów, niż nienawiść. Do czego zmierzam? A może raczej: do kogo? Do nas. Potomstwo od początku świata było, jest i zawsze będzie błogosławieństwem. To morderstwo jest grzechem! Czy możemy jednak mówić o morderstwie w kontekście aktu Spokrewnienia? Uważam, że nie. Narodziłem się jako Cormac i nadal nim jestem. Może już nie żyję w tradycyjnym tego słowa znaczeniu - klepnął się w nieoddychającą pierś - ale to nadal ja. Dlaczego Bóg w swej nieskończonej mądrości uzdolniłby nas do Spokrewniania, gdyby to faktycznie było przekleństwo? Sam Pan stworzył człowieka z samotności! Czy widzicie, dokąd zmierzam? Spokrewnienie jest aktem stworzenia, mocą daną nam na podobieństwo mocy samego Boga! Nasza egzystencja nie jest pozbawiona wyzwań, ale nazywanie jej “przekleństwem” jest wypaczeniem! Nadal posiadamy wolną wolę. Nadal możemy czynić dobro. Nadal możemy... - zawiesił się na chwilę w pół zdania z pustym wzrokiem, po chwili dokończył:
- Wszystko. Dziękuję za uwagę.
Lekko się ukłonił i zszedł ze sceny. Nie ośmielał się zabierać więcej czasu. Nie oczekiwał oklasków, bardzo rzadko je tu słyszał po swoich wystąpieniach. Liczył tylko na ziarna zasiane w ich głowach. Kto będzie chciał pociągnąć temat, zapewne okaże swe zainteresowanie...

Re: Kazanie na scenie

#2
Tej nocy postanowiła, że znowu pojawi się w Elizjum. Egzystencja nieumarłych wymagała w końcu też kontaktów i by pokazać się to tu to tam, zobaczyć kogoś, poznać...
Odwaliła się więc w czarny żakiet z wąska spódnica, szpilki, ostry makijaż, a włosy wymyślnie upięte na łbie. Zabrała ze sobą Pita. Dowiedziała się wcześniej że może go wprowadzić, a że jest bezwzględnie posłuszny tym bardziej nie było problemu. A widok ogromnego pitbulla czarnej maści robił wrażenie i przyciągał wzrok. A o to chodziło.
Kobieta rozsiadła się wygodnie przy jednym ze stolików, Pit usiadł dumnie obok i czujnie się rozglądał.
Nie spodziewała się żadnych wystąpień, a jednak. Na scenę wkroczył wampir i zaczął pieprzyć coś o ich przekleństwie i naturze i wolnej woli.
-Ja pierdole...- westchnęła z lekkim cynicznym uśmieszkiem na czerwonych ustach.
Poczuła się jak na kazaniu w jakimś kościele... Nie żeby bywała...
Powątpiewającego spojrzenia nie spuszczała z mówcy. Jaki cel był tej mowy? Wkurzyć kogoś chciał? Podobno jakiś czas temu Harpia dał popis na tej scenie. Ten też uwagi chciał? No no no...

Re: Kazanie na scenie

#3
Tego wieczoru Noah Johnston, świeżo upieczony neonata, zasiadł przy barze w miejscu, które wybrał w nocy po ogłoszeniu jego awansu przez Księcia.
Parias powoli przyzwyczajał się do knującego society Spokrewnionych, którzy wykorzystywali każdą okazję do złapania szczebelka drabiny prowadzącej wzwyż hierarchii Wieży z Kości Słoniowej. Chciał przywyknąć do dynamiki interpersonalnej nieumarłych, wywiedzieć się o ważnych figurach na szachownicy, dowiedzieć się o ich pionkach, przyzwyczaić bywalców Elizjum do swej osoby. Przede wszystkim nauczyć się poruszania pomiędzy kurtynami intryg.
Johnston bawił się w rękach paczką papierosów Lucky Strike, którą kupił jakiś czas temu w Leon's Haven - pubie pod ochroną Jamesa Greera. Za życia postanowił nie palić, ani razu nie skusił go papieros, lecz teraz zapalenie wydawało się bardzo pociągające. Olbrzymi stres, częste ryzykowanie egzystencją i znoszenie aroganckich spojrzeń męczyło. Zaiste, przydałby się szczęśliwy strzał. Jednak czy warto było łamać postanowienie? Noah analizował wszystkie za i przeciw.
Z rozważań wyrwało go pojawienie się kobiety, na którą spojrzał ukradkiem. Była ona niezwykle zadbana, zaś strój wydawał się drogi i dość ekstrawagancki. Wzrok pani pitbulla nie spodobał się Noahowi, spojrzenie wyrażało niewypowiedzianą groźbę, stwarzało kolczasty drut, który w żaden sposób nie zachęcał do zbliżania się. Bezklanowiec przez moment popatrzył się prosto na jej oczy, a potem przeniósł uwagę na dżentelmena ubranego w frak, wchodzącego na scenę z poważną miną.
Rozpoczęła się przemowa, która poruszyła Johnstona. Jej teść była filozoficzna, niemniej jaka miała ona cel? Co miała udowodnić? Podnieść na duchu przeklęte potwory, racjonalizując ich Spokrewnienie? Wmówić im, że byli częścią boskiego planu, a skoro był boski, to zawsze zmierzał ku dobru? Wzmianka o tym, że akt przemiany w dobrej wierze przypominał błogosławieństwo, zaś intencje kierujące tym zamierzeniem były przynajmniej produktywne wywołała następującą reakcję:
Zapalił papierosa. Porządnie się zaciągnął, a potem odłożył fajkę do popielniczki.
Zdenerwował się nie na żarty, odczuł silną potrzebę konfrontacji z kaznodzieją, gdyż uznał jego kazanie za szkodliwe, mydlące, naiwne. Johnston dawniej trzymałby się z dala od publicznych walk na argumenty, jednak ostatnie wydarzenia podniosły jego pewność siebie. Zadecydował zaryzykować i tym razem.
— Co pan może wiedzieć o PRAWDZIWYM przekleństwie?! — przemówił donośnie Noah, powstawszy z miejsca, odwrócił się ku rozmówcy. Ze złośliwością zastosował identyczną emfazę, na jaką pokusił się mówca.
Bezklanowiec wyszedł na środek sali, wyglądał na kogoś, kto zamierzał debatować.
— Zaprawdę powiadam panu, że zaprezentowane przez pana poglądy nie służą ani Bogu, ani śmiertelnikom, ani społeczności Spokrewnionych w Chicago. To niby kazanie nie ma żadnego celu poza usprawiedliwianiem aktu stworzenia, które uważa pan za zasadne, kiedy stoją za nim szlachetne pobudki? Po wiem coś panu: to, co jest zasadne i potrzebne ogłasza nasz miłościwie panujący Książe. — W żaden sposób nie był porywającym mówcą, jego mowa nie dorównywała umiejętnościom kaznodziei, zaś oddziaływanie przypominało prezencję nudnego profesora akademickiego, który raczej usypiał studentów, niżeli porywał ich do działania. Noah nie chciał przekonać tłumów, po prostu zamierzał skonfrontować się z poglądami pomyleńca.
— Spokrewnienie jest zabójstwem! Stworzyciel odbiera człowiekowi życie, a wraz z nim słońce, żyjącą rodzinę, ogranicza jego wolność, a przede wszystkim skazuje potomka na uzależnienie od krwi! Cała nasza egzystencja nakazuje nam zachować Maskaradę, a czy to nie jest społeczne uśmiercenie?! Jeżeli ktoś z nas jest wiekowy, a ludzie odkryją ten fakt, następuje śmierć! Kiedy ktoś taki młody jak ja nawiąże kontakt z rodziną, złamie Maskaradę, następuje śmierć. Nasze próby pożywania się narażają dawców na śmierć. To są fakty, a nie religijne prawdy — każde następne słowo było głośniejsze, zdeterminowane, emocje zaczynały powoli przejmować kontrolę nad Noahem.
— Więc nie możemy być tworem Boga, gdyż każde nasze działanie zaprzecza biblijnym testamentom. Jeżeli sądzi pan, że zaiste realizujemy plan Boga, to wypowiada pan bluźnierstwa! My nie jesteśmy w stanie rodzić jak ludzie, aby coś zyskać, musimy odbierać! W związku z powyższym mówienie o jakimkolwiek dobru, przywołując fakty o naszym bytowaniu, jest po prostu obrazą intelektu. Gra pan na emocjach, nic poza tym!

Re: Kazanie na scenie

#4
Zazwyczaj o tej porze w Elizjum jedynymi dźwiękami, jakie można było usłyszeć obok stukotu kieliszków, były dialogi nieumarłych, zebranych w parach i grupach, czasami z dźwięczącą w tle muzyką, czy nawet wokalem znanej śpiewaczki z klanu Róży. Tej jednak nocy, po raz kolejny, wystąpić miał swoisty kaznodzieja, przedstawiciel klanu Malkavian, traktujący w swych przemowach o naturze Spokrewnionych, sensie ich egzystencji i podwalinach ich przekleństwa. Po tak długim czasie mało kogo dziwiły, czy zaskakiwały jego wystąpienia. Wielu spośród starszych nieumarłych nawet nieszczególnie zwracało uwagę na to, gdy mówił, choć ci młodsi, a przynajmniej niektórzy z nich, ci którzy wciąż poznawali świat mroku i starali się zrozumieć swoją egzystencję, zdawali się wsłuchiwać w to, co Cormac miał do powiedzenia.
Tak również było i tej nocy, gdy Malkavianin zjawił się na scenie, mówiąc o tym, jakim błogosławieństwem było Spokrewnienie, o tym że akt Spokrewnienia miał być boską mocą. Prawdą było, iż wielu Kainitów uważało się za bogów i traktowało swą egzystencję za błogosławieństwo, nie przekleństwo, korzystając w pełni z możliwości, jakie zapewniała przeklęta krew. Byli jednak i tacy, którzy nie byli w stanie pogodzić się ze swoją naturą, widząc w sobie potwora, który nie powinien istnieć, popadając w rozpacz i odcinając się od innych Spokrewnionych. Gdzie leżała prawda? Być może gdzieś po środku. Być może było to przekleństwo będące częścią Boskiego planu, a może Boga nie było, a wampiry były w istocie potworami, ucieleśnieniem mroku ludzkiej duszy.
Ten mrok był stale obecny w tym, co zostało z duszy nieumarłych, a mógł to odczuć nawet Cormac, stojąc tam i przemawiając z rosnącym głodem, który utrudniał utrzymywanie Bestii w ryzach. Czy czując w trzewiach, nawet w tym momencie, swoje przekleństwo, kaznodzieja naprawdę wierzył w to co mówił? Czy zdając sobie sprawę z tego, że będzie wkrótce zmuszony znów nasycić się krwią żyjącej istoty, mógł szczerze mówić o błogosławieństwie i boskiej mocy? Młody bezklanowiec wyraził swoją szczerą opinię na temat bluźnierstw Malkaviana, przedstawiając swój punkt widzenia, dobrze z resztą oddający realny stan rzeczy z bardziej naukowego punktu widzenia, będącego całkowitym przeciwieństwem religijnego, fanatycznego bełkotu. Stojących po obu stronach balustrady nie brakowało. Po jednej stronie stali gorliwi wierzący, którzy szukali sensu i odpowiedzi u sił wyższych, a po drugiej racjonaliści, trzeźwo patrzący na rzeczywistość i wysuwający wnioski na podstawie faktów. Każdy Kainita starał się usprawiedliwić lub wyjaśnić swoją egzystencję w jakiś sposób, przy czym niektórzy preferowali przesłonić oczy wygodnym kłamstwem, które ułatwiało im egzystencję.

Re: Kazanie na scenie

#5
Bluźnierca! Zniszcz go! Jak on śmie?! Heretyk! Zmiażdż go! - kakofonia znanych mu głosów niemalże rozsadziła mu głowę. Zaczął się denerwować. Słowa Noaha nie były ogromnym zaskoczeniem, ale nie spodziewał się takiego wybuchu. Może poruszył jakąś czułą strunę? Co mógł mu odpowiedzieć? Wystarczył niewielki stres i głód, do tego momentu silnie tłumiony, zaczął przebijać się do świadomości Walsha, nieubłagany jak przypływ. Zbluźnił! Czego jeszcze potrzebujesz? Podaj swoją rangę! Powiedz, czy poznajesz mój głos!
- Dosyć! - powiedział ostrym tonem i się zmieszał. Nie chciał użyć głosu. Spojrzał błędnym wzrokiem na Noaha… zebrał się w sobie. Znów przemawiał.
- Na pewno masz swoje powody, by mówić, jak mówisz - rzekł mu, decydując się nie podejmować dystansującej formy grzecznościowej “pan” - Co chcesz jednak osiągnąć z takim nastawieniem? - zapytał przekrzywiając lekko głowę.

Musiał załagodzić sprawę. Otwarte spory nie były w zgodzie z naturą Cormaca. Były natomiast pożywką dla Bestii. Daj się w to wciągnąć… Podnieś ton… Niech on też krzyknie, a wtedy…Nie. Jestem Cormac. Nie masz panowania nade mną. Jeszcze...

- Jesteś młody i ambitny - kontynuował - Być może straciłeś swoje poprzednie życie, ale nie możesz powiedzieć, że nie dostałeś niczego w zamian - spojrzał drugiemu neonacie w oczy.
- Z czasem docenisz dary, które otrzymałeś i zmienisz swój punkt widzenia… - zawiesił głos i omiótł wzrokiem kilkoro Starszych - ...albo nie - zbliżył się do swojego rozmówcy. Dalej mówił już normalnym głosem. Cała sala nie musiała już tego słuchać.
- Jestem jednak dobrej myśli. Bardzo szybko zostałeś dopuszczony przed oblicze Księcia, najgorsze za tobą. Gdybyś kiedyś chciał porozmawiać bez publiczności, służę. - uśmiechnął się pokrzepiająco, dając młodemu do zrozumienia, że faktycznie tak jest.

Niestety już wiedział, że będzie dziś musiał zapolować. Loraine? Czy może szczury? Jego myśli zaczęły szybko kierować się w stronę krwi... Miał tylko nadzieję, że jego słowa zostaną dobrze odebrane. Bo jeśli nie...

Re: Kazanie na scenie

#6
Jakby szopki z pastorem Szaleńcem było mało, wstał i czoła stawił mu chyba jakiś młodzik, bo za cholerę go nie kojarzyła. Zaczął ... Cóż trudno to nazwać dyskusja, bo wylał z siebie morze słów. Nieźle, naprawdę nieźle. Podlizanie Księciu, wyłożenie własnego poglądu na moralność i wiarę, marudzenie na Maskaradę i prywatne boleści Przemiany... I to w kilku zdaniach. Niezły jest.
Z jakiegoś powodu poczuła cyniczne rozbawienie. Jego słowa dotknęły jej przeszłości, były względem niej tak nieprawdziwe jak to tylko możliwe.
Zaśmiała się chłodno i bez wesołości, tak by było słychać jej reakcje. Wstała powoli, tak by jej obecność wybrzmiała. Podniosła rękę i pogłaskała Pita za uszami, a potem podeszła bliżej. Ogromny pitbul stanął jak na rozkaz przy jej boku.
- A co pan może wiedzieć o prawdziwym przeklenstwie? - zapytała na wstępie tonem chłodnym, z lekko uniesioną brwią.
- Spokrewnienie jest też darem życia. Stwórca przywraca nas światu, daje wieczne nocne, potęgę i wiedzę nieznana śmiertelnym i możliwości o jakich można tylko zamarzyć. Tak jak dzieci w odpowiednim czasie dostajemy też wolności, bo mamy wciąż swój rozum i wolną wolę i tylko od nas zależy co z tym zrobimy. Czy staniemy się potworami, czy jeczacymi w zaułkach wrakami na szczurach, a może klechami naRzucajacymi swój punkt widzenia innym, a może wojownikiem, który swoje zdolności potrafi wykorzystać w słusznej sprawie. - w kąciku ust zamajaczył cyniczny uśmiech. Każdy miał własne doświadczenia i niebezpiecznym było cokolwiek komukolwiek narzucać i wmawiać. Każdy był tym za kogo się uważał...
Pastorek chyba ostatecznie też tak uważał, choć z jakiegoś powodu zjechał z tonu. Przestraszył się ostrego oporu młodzika?
-Gdzie to podziała się żarliwość, która biła tak jawnie jeszcze chwilę temu z tej sceny? - Zapytała przenosząc swoje niepokojące, czarne oczy na Malkaviana. Głos miała spokojny i chłodny, ale kryło się w nim coś jeszcze...
- Czy aby pańska wiara nie nakazuje do śmierci bronić jej prawd?

Re: Kazanie na scenie

#7
Ostra reakcja kaznodziei na słowa Pariasa wywołała w nim uniesienie brwi, a moment później ruch pogładzenia brody w geście zadumy. Czyżby Noah zbyt mocno skrytykował przemowę zabarwioną religią? Z jakiegoś powodu jego rozmówca nie chciał wchodzić w dyskusję, zatem dlaczego wypowiadał się na forum publicznym nieprzygotowanym na zderzenie się z oporem retorycznym?
— Spokojnie, proszę się nie unosić głosu. Wymieńmy się argumentami na spokojnie — natychmiast napomniał uniesiony ton kaznodziei, ale zrobił to stonowanie, w przeciw wadze to zemocjonowanego nastawienia pseudo księżulka. — Pragnę osiągnąć dwie sprawy. Pierwsza: dążenie do faktów. Widzi pan, ja jestem osobą wierzącą, oddaję się modlitwie Bogu i również próbuję sobie poukładać mętlik w głowie. Nie wiem czym jest prawda o nas w stosunku do Pana Boga. Natomiast znam pismo święte, a fakty są takie, że stoimy w opozycji do jego paradygmatów. Chrześcijanin z Starego Testamentu ma wszelkie powody, ażeby nas unicestwić. Nie wiem, jakimi pan doktrynami się kieruje, z jakich nurtów czerpał pan inspiracje do swoich rozważań. Brzmi to na chrześcijaństwo. Tutaj pojawia się druga rzecz: kim pan właściwie jest? Spokrewnionym księdzem? Protestanckim kaznodzieją? Anglikaninem? — przemawiał powoli i wyraźnie, zupełnie opanowanie. Wykorzystał pierwotną krytykę do tego, żeby przejść do pojedynku intelektualnego. Zamierzał poznać fundamenty nieznajomego niby proroka, aby zadecydować o jego wiarygodności, a do tego przyda się zimna krew.
Wzmianka o tym, że nieznajomy znał dokonania Johnstona w przeciągu ostatnich nocy udowodniło to, że zażywał życia towarzyskiego. Jeżeli nie przebywałby w Elizjum albo nie słuchał wieści, nie znałby Pariasa. Ten fakt sprawił, że kaznodzieja zyskał na wartości w oczach Noaha, a owa wartość mierzona była poziomem potencjalnego zagrożenia, jaki uduchowiony mężczyzna mógłby zaprezentować. Skoro posiadał wiedzę, co się działo na salonach, z całą pewnością byłby w stanie wpłynąć na reputację Spokrewnionych. Tutaj nasuwało się pytanie: w jakich stosunkach funkcjonował z Harpiami?
— Najmocniej przepraszam moją ignorancję — powiedział pokornym głosem, skłaniając lekko tułów w geście uniżenia. — Zna mnie pan, a ja nie. Z kim mam przyjemność? Żeby formalności stało się zadość, jestem Noah Johnston. — Przywitał się cicho, jakby nie chciał, żeby cała sala usłyszała jego nazwisko.
— Dary? Uważam, że... — Nie dokończył, ponieważ wyczulony słuch Pariasa wyłapał zbliżające się kroki, dźwięk obcasów poniósł się po sali.
Noah odwrócił głowę w kierunku nadchodzącej osoby. Był blady, a zbladł jeszcze bardziej, gdyż nadchodziła pani pitbulla. Jej ekstrawagancka prezencja, połączona z zdystansowaną, być może nawet wyrażającą niemą groźbę postawą zupełnie nie przypadła gustowi Pariasa, gdyż wiedział, że nic dobrego go nie czekała w interakcji z tą kobietą. Kiedy w końcu dołączyła ona do dyskutantów, wada Johnstona przebudziła się. Mężczyzna skrzyżował ramiona, opuścił barki, cofnął się o krok, aby nie daj Panie Boże wkroczyć w przestrzeń Spokrewnionej. O ile potrafił poradzić sobie z jednym Spokrewnionym w dyskusji, to już przy dwójce potworów zaczęły się kłopoty. I jeszcze ta cholerna czworonożna bestia!
— Prze-przepraszam, może pani po-powtórzyć pytanie? — zapytał, jąkając się. Ewidentnie nie czuł się komfortowo i zagubił się w myślach.
Noah musiał jakoś wziąć się w garść. Jakoś! Postanowił skupić się na słowach rozmówczyni, żeby tylko nie zatapiać się we własnym sosie narastającej bezradności.
— O ile następuje zgoda protegowanego na Spokrewnienie, to możemy mówić o akcie dobrowolności — tłumaczył swoje stanowisko niczym uczeń będący pod ostrzałem pytań profesora. Mówił już bez pewności siebie, ostrożnie, zbyt długo składał zdania. — W innych przypadkach jesteśmy wciągnięci w egzystencję stworzenia nocy, uzależnieni od krwi. Mówi pani o wolnej woli, tak? — wykonał próbę wciągnięcia powietrza do płuc, oczywiście nie udało mu się, a zrobił to, ponieważ przygotowywał się psychicznie do orzeczenia kluczowej kwestii. — W takim razie niech pani przetnie swoją dłoń i pozwoli wypłynąć vitae. Jeżeli rzeczywiście posiadamy wolną wolę, nic złego nie powinno się stać. Albo bądźmy głodni i wejdźmy do pełnego życia klubu, jedząc wcześniej wyłącznie szczury. Nasza wola jest ograniczona do poziomu zaspokojenia naszego pragnienia. Dopóki czujemy oddech Bestii na ramieniu, właściwie siłujemy się łańcuchem w walce, kto będzie dzierżyć obrożę. Nie jesteśmy wolni. — dokończył zdanie, patrząc ślepia w pitbulla.
Noah czuł się już zmęczony rozmową, lecz wiedział, że sam sobie zgotował ten los. Aby stać się lepszym rozmówcą, musiał wchodzić w tego typu interakcje. Chociaż nieprzyjemne, pewnej nocy pozwolą mu na korekcję wyczucia społecznego oraz prowadzenia dyskusji. Dlatego, pomimo ogromnej ochoty wycofania się, pozostał i czekał na dalsze słowa. Ucieszył się, kiedy uwaga Spokrewnionej została skierowana na wiernego, dało to czas na odetchnięcie.

Re: Kazanie na scenie

#8
Świeżo upieczony neonata miał gadane. Trzeba mu było to przyznać. Był młody i gniewny. Chciał wojować na argumenty, nie mając ich. Cormac skinął głową, skonsternowany. Nie chciał tego przedłużać. Mówił tonem pewnym, choć suchym. Wyrobionym setkami podobnych rozmów.

- Proszę być spokojnym o moje kompetencje, panie Johnston. Jestem pastorem i posiadam tytuły doktora teologii oraz filozofii. W wielkim skrócie, zakazy i nakazy Starego Testamentu muszą ustępować mądrości Nowego Testamentu- wysilił się na uśmiech - Bardzo chciałbym uniknąć tutaj typowego sporu żydowsko-chrześcijańskiego o rzekomo przekupionych strażnikach grobu Chrystusa, więc odłóżmy to proszę na kolejne spotkanie...
Kaznodzieję ucieszyło pytanie o imię, wróżyło bowiem przyszłość nowej, niekoniecznie wrogiej relacji.
- Ależ oczywiście, również przepraszam. Cormac Walsh - odwzajemnił niewielki ukłon i wyciągnął rękę w geście na pograniczu przywitania i pojednania.

Chciał już powoli kończyć tę rozmowę. Teraz jeszcze włączyła się ta kobieta, która najwyraźniej chciała się poznęcać nad młodszymi członkami Rodziny. Ten rodzaj pychy często wiązał się z dekadami lat nieżycia. Choć ewidentnie próbowała powbijać wszystkim szpile gdzie się da, ostatecznie Cormac stwierdził, że stoi po jego stronie w tym sporze. Dał się wypowiedzieć Noahowi. Jego ostatnie zdania zabrzmiały zdumiewająco trafnie. Czy głód pastora stawał się widoczny? Do tego ta absurdalna wzmianka o rozcinaniu dłoni... Gdyby do tego doszło... Wyjście.

- Z pierwszej ręki? Szczęśliwie nic nie wiem o przekleństwach - starał się, by jego głos brzmiał lekko - Ale owszem, studiowałem kilka przypadków. Co żarliwości się tyczy… Jest pewien ustęp Pisma, który o tym traktuje… Nie przytoczę go dokładnie, żeby nie być źle zrozumianym - wtrącił przepraszającym tonem - ale jego istota jest taka, że należy rozważać w sercu, jakie działanie przyniesie owoc, a jakie nie. W całej swojej pokorze mam również nadzieję, że Pan wymaga ode mnie czegoś więcej, niż dyskusji “na śmierć i życie”, dzięki czemu mam nadzieję na kontynuację tej rozmowy. Bywam tu często, jestem pewien, że będziemy mieli ku temu okazję. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, jestem zmuszony państwa już pożegnać… Życzę udanego wieczoru.

Ukłonił się nieco niżej, niż wcześniej samemu Noahowi i zaciskając zęby, spokojnym krokiem ruszył do wyjścia.

Re: Kazanie na scenie

#9
Do uniesionej brwi dołączyła ręką wsparta na bioderze by podkreślić powatpiewajacy charakter swojej postawy. Wysłuchała obu mężczyzn, ale to zajadłość młodzika ja w swój sposób ruszyła.
Skinieniem głowy odpowiedziała na pożegnanie pastora, ale nie powiedziała słowa. Na pariasa zaś skinęła przywołująco chuda dłonią i wróciła do stolika. Pit uwalił się przy jej nogach. Również gestem wskazała mężczyźnie by usiadł spokojnie, po co ma sterczeć jak kołek.
-Twój tok myślenia prowadzi do tego, że dziecko poczęte i urodzone przez matkę też wolnej woli nie posiada, bo nie miało wpływu na swoje powstanie i latami jest pod opieką matki... wciągnięte w życie, uzależnione od mleka.- parafrazowala jego słowa.
- Bardziej jednak od treści tej dyskusji zainteresowało mnie to żeś z morda tak wyskoczył. Co Cię tak ubodlo w słowach pastorka... Albo może dlaczego. Młodziki raczej trzymają ryje na kłódki nawet jak coś im się nie podoba...- słychać było w jej głosie nutkę rozbawienia i ciekawości, na pewno nie była oburzona.
- a otworzenie sobie żyły przysporzyłoby co najwyżej kilka nowych Wiezow Krwi, a nie udowodniło brak woli kogokolwiek a jedynie jej słabość.

Re: Kazanie na scenie

#10
— Imponujący zakres kompetencji — stwierdził szczerze.
Spojrzenie Noaha zmieniło się, pokojowa postawa pastora zupełnie go kupiła, co załagodziło jego obyczaje w sposobie prowadzenia rozmowy. Bezklanowiec już nie gotował się na debatę, a na okazję poznania interesującego oraz wykształconego Spokrewnionego operującego pewnymi dziedzinami wiedzy, w których Johnston potrzebował dokształcenia. Dalsze słowa bezklanowiec przyjmował do wiadomości z widoczną aprobatą.
— Kimże jestem, aby wymagać od pastora cokolwiek — stonował ton, jego głos stał się przyjazny. — Zbyt porywczo zareagowałem na przemowę, a pańska postawa i pokojowe nastawienie, pomimo mojego prowokacyjnego tonu, przywołała mnie do porządku. Ale czy to źle? Wygląda na to, że właśnie emocjami zdradziłem to, że hipoteza roli Spokrewnienia w boskim planie do mnie trafiła. Nie zgadzam się z nią, niemniej dała do myślenia, za co niezmiernie dziękuję. Żywię nadzieję, że jeszcze się spotkamy.
Tymi słowami pożegnał uduchowionego wampira, odprowadzając go wzrokiem. Następnie skierował wzrok na kobietę z psem, zupełnie nie miał ochoty z nią rozmowiać, gdyż wywoływała w nim skrępowanie i poczucie zagrożenia, jednak odmowa byłaby iście idiotycznym posunięciem. Właśnie oto chodziło: zdobywać kontakty oraz prezentować się w Elizjum. Kiedy dama nocy zaprowadziła młodszego wampira do stolika, rzeczywiście zamierzał stać jak kołek, napięty jak struna. Każda jego cząstka zdradzała skrępowanie. Kiedy usłyszał propozycję zajęcia krzesła, zasiadł dość niezręcznie.
— Istotnie, mój tok rozumowania prowadzi tą drogą i ma ona potwierdzenie w rzeczywistości. Żyjące dzieci są pod opieką rodziców aż do osiągnięcia dojrzałości, a często owa opieka objawia się po prostu dyktaturą dorosłych zwaną wychowaniem. Dzieci potrzebują przewodnictwa — ostrożnie ważył słowa, w przeciwieństwie do pani pasa nie mógł sobie pozwolić na taką swobodę. Przeczuwał, że był testowany. — W naszej społeczności jest bardzo podobnie, a nawet radykalniej, gdyż poza aprobatą Stwórcy, potrzebujemy aprobaty autokraty. To ogranicza naszą wolę, jednak jakiś czas temu rzekła pani słuszną rzecz. Mamy tyle woli, ile zyskamy wolności. Jeżeli wolna wola to sposobność podejmowania decyzji, potrzebujemy ich. A czy wola jest wolna lub nie? Cóż, mam duże wątpliwości, widząc, w jaki sposób funkcjonuję.
Uniósł brwi tak wysoko, usłyszawszy bezpośredniość wampirzycy, że całe jego czoło pokryły głębokie zmarszczki. Takie palniecie prosto z mostu wybiło go z rytmu, zupełnie nie spodziewał się prostackiego słownictwa z ust osoby tak wykwintnie ubranej, stwarzającej prezencję kogoś obytego w towarzystwie. Noah potrzebował długiej chwili na poukładanie myśli.
— Cóż — rozpoczął od skromnego uśmiechu — uniosłem się, ponieważ moje Spokrewnienie nie było ani potrzebne, ani szlachetne czy zasadne. Było jak uderzenie katastrofy, niespodziewane oraz okrutne. A potem dowiedziałem, że jestem Pariasem. Czy nie można zacząć lepiej? Mogą mi tylko pozazdrościć, cha! — dokończył czarnym humorem, w ten sposób radząc sobie z bólem przeszłości.
— A potem pan Walsh mówi o błogosławieństwach. Zaznałem okropnego dysonansu. — Odpalił papierosa. Kiedy się zaciągał, jego skóra nabierała karminu, bardzo płynnie i bez większego trudu animował swą powłokę do sztucznego życia. Wypuszczając dym, przypominał wyglądem już człowieka.
— Obawiam się, że nie mam luksusu trzymania się na uboczu, chociaż bardzo tego pragnę. Jako bezklanowiec muszę się pokazywać. Zapewne moje wychodzenie przed szereg kiedyś mnie zabije. Mam nadzieję, że zaspokoiłem pani ciekawość.
Kiedy Johnston usłyszał o Więziach Krwi, nie miał bladego pojęcia o czym mówi rozmowczyni - było to po nim widać.
— Więzy Krwi? Co to jest? Zgaduję, że nie chodziło o pokrewieństwo — zapytał żartobliwie, jednak teraz jego oczy mocno skupiły się na twarzy kobiety, zdradzając palącą ciekawość.

Re: Kazanie na scenie

#11
Kobiecie nie umknęła reakcja na sposób jej wypowiedzi. W jej mrocznych ślepiach błysnęła zadowolona iskierka. Mam Cię! Pozory lubią mylić!
-Mogłeś stać dalej jak kołek, mimo że kazałam Ci posadzić dupsko, mogłeś nie reagować na słowa pastora dusząc gniew, mogłeś od razu po tym przedstawieniu wyjść... Co prawda raczej źle by się dla Ciebie to skończyło, ale wybór był Twój. Rozum masz, wybrałeś słusznie. Tylko kamień woli nie ma. Nie ma wpływu na to gdzie leży, czy ktoś go podniesie, gdzie i jak mocno rzuci, w uderzy... Podlega całkiem woli innych i prawom fizyki.- powiedziała i westchnęła. Nie było co dłużej chyba tematu drążyć, poznała sedno odczuć mężczyzny.
- Masz rację. W tym świecie można zginąć na wiele sposobów... Ciekawość i wychylanie przed szeregi uśmierca równie dobrze co czyjeś szpony. Tak zaspokoiles moje myśli w tej kwestii. I na przyszłość wspomnij, że pewnikiem nie Tobie jednemu śmierć odebrała marzenia i aspiracje... Ale jesteś jednym z niewielu, której oddała w zamian inne możliwości.- powiedziała z tajemniczą mina. Zamyśliła się na chwilę analizując swoje słowa przez pryzmat własnej historii. Potem wróciła wzrokiem na rozmówcę.
-Po Twoich wcześniejszych słowach wnioskuje, że Twój Stwórca jest niezłym konowałem... Lepiej dla nas wszystkich Aby ktoś mądry stracił mu durny łeb z ramion... Powinieneś znaleźć sobie Mentora. Taką wiedzę on Ci powinien przekazać, nie tajemnicza kobieta z Cerberem. Powiem Ci tyle, że Wiezow Krwi obawia się każdy z nas. Jak nie chcesz stracić swojej bezcennej wolnej woli, nigdy nie pij krwi wampira... Ta wskazówkę masz za darmo, na dobry początek. - odpowiedziała po dłuższym zdaniu. Na koniec uśmiechnęła się drapieżnie i cwaniacko.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości

cron