Martwi Głosu Nie Mają (II)

#1
Docierając pod wyznaczony adres, Marcus wysiadł na głównej, w miarę ruchliwej jeszcze ulicy otoczonej dwu- i trzypiętrowymi, miejscami ciasno przylegającymi do siebie budynkami mieszkalnymi. W niektórych oknach wciąż paliło się światło, a z jednego, na wpół otwartego, osadzonego na drugim piętrze w budynku, za plecami wampira, po drugiej stronie ulicy, można było usłyszeć cicho grającą, spokojną muzykę. Podczas gdy ktoś cieszył się wieczornym relaksem, Marcusowi przyszło badać niedawną zbrodnię, która miała tam miejsce. Dokładniej to przy skrzyżowaniu bocznych alejek pomiędzy budynkami znajdującymi się teraz przed wampirem. Czas było przyjrzeć się bliżej.
Minąwszy wyglądającego na zmęczonego przechodnia, po przejściu kilku metrów dotarł do alejki, dalej do skrzyżowania, a potem skręcił w lewo, docierając na miejsce, gdzie miało być znalezione ciało, niedaleko od tego przecięcia, które było otwarte z trzech stron. W samym miejscu zdarzenia określonym przez dziennikarza nie było nic podejrzanego. Żadnych śladów wskazujących na to, że cokolwiek nietypowego miało tam miejsce. Trochę śmieci i w sumie tyle. Aleja była dość długa, ale jeśli Marcus uważał, że warto ją całą przejrzeć, to może udałoby mu się wyłapać coś więcej.
Wzdłuż alei ciągnęły się rzędy drewnianych ogrodzeń i bram, pomiędzy którymi było miejscami odrobinę otwartej przestrzeni. Tylko patrząc po budynkach z miejsca w którym stał, Galloway szybko zauważył, że w stronę alei skierowanych było wiele okien, z których niewątpliwie ktoś musiał coś widzieć, zwłaszcza że po jednej stronie budynki miały drzwi wyjściowe skierowane w stronę alei. Było ją widać ze wszystkich trzech stron, co czyniło ją nie tylko nieidealnym, ale wręcz fatalnym miejscem na dokonanie morderstwa. Nawet teraz Spokrewniony mógł dojrzeć samotnego mieszkańca idącego właśnie z drugiego końca alei, by następnie skręcić w jednej czwartej drogi i wejść na teren jednej z posesji, w której najpewniej mieszkał.
Rzeczywiście, roiło się tam od potencjalnych świadków, bo szanse były nikłe, by ktoś nie zasłyszał szamotaniny lub nie zauważył czegoś podejrzanego w takim miejscu. Tym bardziej mogło śledczego drażnić to, że tak szybko wyciszono tę sprawę. Czy w ogóle ktoś z mundurowych pokusił się o faktyczne śledztwo?
Galloway miał dość szerokie pole manewru w zakresie szukania potencjalnych świadków. Mógł, teoretycznie, chodzić od drzwi do drzwi, lub też mógł podpytać przypadkowych przechodniów w okolicy. Być może i znalazłby się też jaki lokalny bezdomny, który za kilka ciepłych dolarów powie to i owo. W okolicy był chyba jeszcze jakiś kościół, a także knajpy, w których mogli zajadać się tutejsi mieszkańcy. Nieumarły wiedział, że na pewno coś tutaj znajdzie. Sprawa była w końcu świeża, a ludzie z natury gadają i plotkują, więc powinien dość szybko trafić przynajmniej na człowieka, który coś słyszał, co pozwoliłoby mu dotrzeć do osoby, która widziała co zaszło w tym miejscu.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#2
Ogarnął wzrokiem, co go otaczało. Zaskakująco... cicho i normalnie, jak na miejsce zbrodni. Mało kto, o ile w ogóle ktokolwiek, wydawał się zainteresowany faktem, że zaraz obok nich ktoś kogoś zamordował. Marcus wysnuł hipotezę, że policja od samego początku mogła być w to zamieszana i dzięki pociągnięciu przez kogoś paru sznurków tam na górze uciszyła tą sprawę na poziomie lokalnym. Albo to, albo ta dzielnica już wcześniej była w opłakanym stanie, jeśli chodzi o utrzymanie porządku i ludzie zwyczajnie przywykli. Ciężko orzec, która opcja bardziej go degustowała.
Niemniej, którakolwiek z tych opcji nie byłaby prawdziwa, ktoś musiał coś wiedzieć na ten temat. Ktoś musiał przechodzić obok w trakcie popełniania zbrodni, słyszeć jakąś szamotaninę. Cokolwiek! Sama alejka, w której doszło do morderstwa, nie powiedziała mu wiele na temat napaści. Śmieci i tyle. Raczej nie znajdzie tutaj fizycznych poszlak, a przynajmniej nie widział tutaj nic, co by go nakierowało na jakikolwiek trop, a wątpił, by taka pomięta gazeta sprzed tygodnia czy butelka okazała się wskazówką.
Pozostawało mu zatem popytać miejscowych. Tylko kogo? Nie będzie wypytywał każdego jak popadnie. Głupota. Wsparł się o ścianę budynku i zastanowił się przez chwilę w ciszy. I nagle doznał olśnienia. Bezdomni. Oczywiście. Wielu ludzi przechodzi obojętnie, czasem wręcz odnosi się z pogardą wobec tych, których życie wymknęło się spod kontroli do tego stopnia, że trafili na ulicę. Takie osoby jednak nie wiedzą, kogo takiego mijają. Dla bezdomnych ulica to dom, a reszta to zaledwie goście. Taki miejscowy z pewnością musiał coś widzieć lub słyszeć, może nawet być świadkiem całego zdarzenia. A Marcusowi nie wydawało się, by komukolwiek z policji chciało się szukać i przekupywać meneli, by ci siedzieli cicho. W końcu co takiego mogli zrobić?
Z tą myślą Galloway zaczął rozglądać się po okolicy w poszukiwaniu kogoś właśnie takiego. Może dorzucenie się do rachunku za jedzenie czy alkohol rozwiązałoby komuś takiemu język.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#3
Jak na miejsce morderstwa sprzed kilku dni, to miejsce było zaskakująco czyste. Wręcz podejrzanie czyste. Sprawa zdawała się nie być wyłącznie zamieciona pod dywan, ale wręcz zakopana sześć stóp pod ziemią i porzucona w niepamięć. Co więcej, raport dziennikarza wskazywał na to, że jeszcze przykryto ją metrem mułu, co by nikomu nie przyszło do głowy, by próbować się do niej dokopać. Ale Marcusa nie obowiązywały już dawne zasady i nie miał problemu z grzebaniem tak głęboko jak trzeba było, by odkryć prawdę. Nikt nie dyszał mu w kark i nie mówił co ma robić, co może, a czego nie może. Nie było przy jego skroni pistoletu, który odpaliłby, gdyby ten zaczął zadawać niewygodne pytania. Miał teraz, zdawałoby się, pełną swobodę.
Okolica nie należała do najbogatszych, ale również nie panowała tutaj całkowita bieda. W tym rejonie mieszkali ludzie znajdujący się po środku i trochę poniżej tego średniego pułapu zamożności, ale mimo to nie brakowało pomiędzy nimi ludu, któremu nie poszczęściło się w życiu. Bezdomni i żebracy żyli gdzieś pośród bocznych uliczek, w cieniu budynków. Dla wielu tacy ludzie byli wręcz niewidzialni, ale za to oni widzieli i słyszeli wszystko. Było to w ich interesie. I właśnie dlatego Marcus postanowił zasięgnąć języka pośród tego ulicznego, niewidzialnego dla zamożniejszych, ludu. Ci którzy tam egzystowali, wiedzieli jak przetrwać, żyjąc w cieniu i walcząc o swój byt. Hmm, zupełnie jak bezklanowcy.
Galloway przeszedł się dookoła, wypatrując wzrokiem mieszkańców ulicy. Obszedł okoliczne budynki, mijając wzdłuż głównych ulic kilkoro pospolitych, dobrze ubranych, mieszkańców West Side. Po dłuższej przechadzce wampir mógł poczuć się trochę zrezygnowany, nie mogąc znaleźć nikogo, kto wpasowałby się w obraz lokalnego bezdomnego. Czarna noc otulała Wietrzne Miasto, rozświetlone ulicznymi latarniami i światłami z okien rozciągniętych wzdłuż ulic domostw i jeszcze działających o tej późnej porze lokali. Z jednej strony panował ogólny spokój i przyjemna atmosfera, z drugiej jednak można było poczuć w powietrzu pewną ledwo odczuwalną nutę goryczy i bólu. Być może były to tylko odczucia śledczego szukającego sprawiedliwości, a może miasto rzeczywiście cierpiało.
Oko Marcusa przykuł wreszcie mężczyzna ubrany w ciepły, aczkolwiek znoszony, sięgający do kostek płaszcz, który widział już swoje lata, a także, co najbardziej zwracało uwagę, powycierane buty, które wyglądały jakby miały lada moment się rozpaść. Mężczyzna w sile wieku, z połatanym kaszkietem na głowie i zarośniętą gębą, która nie widziała brzytwy od tygodni, stał przed jadłodajnią i liczył monety w pokaleczonych, brudnych dłoniach. Wyglądał na zmartwionego, głodnego i przygnębionego. Nie było to nadzwyczaj daleko, bo raptem przecznicę dalej od miejsca zbrodni, więc może rozmowa z nim miała potencjał przynieść jakieś skutki.
Nim Spokrewniony zdążył ruszyć w jego kierunku, ze znajdującej się przed nim knajpy wyłoniło się paru krzepkich mężczyzn, którzy spojrzeli z pogardą na biedaka i, ruszając obok niego, jeden trącił go celowo ramieniem, śmiejąc się na odchodne, gdy wszystko co ten miał w rękach rozsypało się po chodniku. Mężczyzna dopadając do ziemi i zbierając to co jego, nie omieszkał puścić kilka niecenzuralnych słów w stronę wrednych przyjemniaczków będących już po drugiej stronie ulicy. Najpierw przykucnął, by następnie zmienić pozycję i w klęczkach zbierać leżące dookoła niego centówki, klnąc pod nosem. Co za miasto, co za ludzie. Nie dość, że taki człowiek nie otrzyma znikąd pomocy, to jeszcze nie dadzą takiemu spokojnie żyć. Zepsucie i zgnilizna na każdym kroku.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#4
Szukał takiego człowieka, szukał i szukał, i wreszcie się naszukał. Oczywiście. Jak rozglądać się za potrzebującymi, to przy jadłodajni. Nawet człowiek z samego dna rynsztoka znajdzie prędzej czy później dostatecznie dużo gotówki, by przynajmniej na chwilę uciec od wyroku śmierci głodowej.
Osobnik, który wpadł mu w oko, wyglądał dokładnie tak jak Marcus wyobrażał sobie bezdomnego. Zarośnięty, w ubraniach z dziesiątej ręki na tyle grubych, by nie zamarzł na kość po nocach... Widok detektywa przyciągnęły również zachlane draby, które postanowiły sobie pożartować cudzym kosztem. Skurwysyny... Żeby przypadkiem któryś z nich nie skończył na jego miejscu! Galloway dopiero po chwili zorientował się, że zaciskał pięści na tyle mocno, że gdyby był jeszcze człowiekiem, z wnętrz dłoni już pewnie leciałaby krew od przebicia paznokciami. Chwała Bogu (a może Kainowi?) za fakt, że Vitae jest gęstsza... Wdech i wydech... Spokój. Jakże kusiło go pewnej nocy po prostu oddanie się pragnieniu połamania kości takim ludziom. Od tak, odsunąć na bok wszelkie ludzkie odruchy, puścić hamulce, zanurzyć się w tym katharsis zezwierzęcenia i wyzwolonych emocji...
- Idioci... - mruknął pod nosem mężczyzna i podszedłszy do bezdomnego, wyciągnął ku niemu rękę. A w ręce - banknot pięciodolarowy. - Trzymaj, kolego. Kup sobie coś ciepłego, zaraz będzie jeszcze zimniej.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#5
Poszukiwania właściwej osoby wymagały cierpliwości i doświadczenia. Marcus posiadał jedno i drugie, co pozwoliło mu w stosunkowo niedługim czasie dojrzeć człowieka, który mógł potencjalnie zapewnić mu odpowiedzi na przynajmniej kilka pytań. Był to człowiek, który dla większości nic nie znaczył i mógł być równie dobrze niewidzialny, mógł nie istnieć, ale Galloway znał rzeczywistą wartość takich ludzi. Wiedział, że nierzadko widzą więcej niż większość. Szczęśliwym trafem znalazł jednego z nich w potrzebie i mógł wykorzystać tę okazję, by zyskać jego przychylność.
Wreszcie wampir podszedł do nieszczęśnika, który zbierał rozsypane monety z brudnego podłoża. Biedak nie zwrócił na niego szczególnej uwagi, gdy ten podszedł, jedynie spoglądając kątem oka na jego buty, kontynuując zbieranie swojego dobytku. Mruknął pod nosem nieprzyjemnie, jednocześnie potwierdzając komentarz Spokrewnionego na temat śmieszków, którzy dawno byli już po drugiej stronie i szli wzdłuż ulicy. Mężczyzna klęknął na ziemi, gdy zebrał wszystkie centówki, licząc je teraz w dłoniach, chcąc upewnić się, że ma wszystko, lub wystarczająco, by móc zapłacić za jedzenie.
Zamarł, gdy przed jego oczyma pojawił się pięciodolarowy banknot. Popatrzał na niego z niedowierzaniem, ale nie wyciągnął dłoni w jego stronę. Spojrzał na dobroczyńcę podejrzliwie, przyglądając się przez chwilę jego oczom. On sam był widocznie nieufny, ostrożny, a jego wzrok zdradzał zmęczenie, być może tą nocą, a być może całą jego obecną, marną egzystencją. Przełknął ślinę, a widząc, że ręka z pieniądzem wciąż pozostawała wyciągnięta w jego stronę, schował do kieszeni monety i złapał ostrożnie za banknot, dziękując lekkim skinieniem głowy i spoglądając przy tym dobroczyńcy w oczy, nic jednak nie mówiąc.
Mężczyzna wstał na równe nogi i otrzepał kolana. Powolnym krokiem zaczął kroczyć w stronę jadłodajni, wciąż przyglądając się obcemu. Zdawało się jakby chciał coś powiedzieć. Jego usta otwarły się parokrotnie, ale powstrzymał się i wreszcie wszedł do środka. Jeśli Marcus za nim poszedł, dojrzałby że bezdomny zamówił sobie talerz ciepłej zupy z kawałkami warzyw i mięsa oraz chleb do tego, siadając z talerzem i łyżką w rogu, pod oknem, z dala od innych klientów i zaczynając jeść z gorącego, widocznie parującego talerza.
Nieumarły detektyw mógł się do niego dosiąść i zamienić kilka słów, bądź też dać mu chwilę i poczekać aż skończy i wyjdzie.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#6
Znalezienie się na samym dnie hierarchii społecznej to obosieczny miecz. Z jednej strony jesteś praktycznie nikim. Nikt nie zwraca na ciebie uwagi i jeśli ktoś potraktuje cię z jakąkolwiek formą szacunku, to już jest wręcz cud. Z drugiej strony, no właśnie, nikt nie zwraca na ciebie uwagi. Tacy niewidzialni dla "lepszego sortu" ludzie często mogą wiedzieć dużo, dużo ciekawych rzeczy o osobach, którzy się wokół nich obracają oraz o samym swoim środowisku. Marcus dałby głowę, że gdyby zebrać grupę woźnych z jakichś wielkich biur finansowych, sekretarzy prawniczych oraz bezdomnych z jednego miasta mniej więcej jak Chicago, to spokojnie znalazłby tyle pikantnych plotek, że Nosferatu dostaliby po kieszeni. Szczerze nie byłby zaskoczony, by ghule postawione w takich miejscach stanowiły jedno z głównych źródeł informacji Trędowatych. Kto wie, może właśnie teraz miał kontakt z jednym takim ghulem?
Marcus trwał przy bezdomnym z tym banknotem w bezruchu. Żadnych sztuczek, żadnych żartów. Już sobie z niego pożartowali, to on okaże się tym Dobrym Samarytaninem. Ktoś przecież musi, a jak nie on, to kto? Dobrze widział nieufność w jego oczach. Nawet mu się nie dziwił. Okaż człowiekowi dostatecznie dużo nieprzyjemności, a oduczysz go zaufania do bliźniego. Ale jednak po chwili przyjął banknot. Galloway zwolnił uścisk na piątaku, skinął głową i kącik jego ust powędrował delikatnie do góry.
Detektyw uznał, że pozwoli człowiekowi zjeść. Potem go wypyta. Przystał pod jadłodajnią i uśmiechnął się do siebie. Czy wyciągnie zeń jakieś informacje, czy nie, musiał przyznać, że dobrze się poczuł po tym geście. Leżącemu powinno się pomóc wstać, a nie jeszcze dokopywać. Takiemu chętnie pomoże, lecz czego by nie dał, by jakiegoś nadętego garniaka wrzucić do rynsztoka, by poczuł na własnej skórze, jak żyją ludzie, którym odbiera się możliwość poderwania z biedy... Ale to potem. Najpierw potrzebował dowiedzieć się więcej o Elizabeth.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#7
Wtyki Nosferatu mogły być wszędzie, a domysły detektywa o ich obecności pośród ludzi ulicy wcale nie musiały być dalekie od prawdy. Co jak co, ale to właśnie ten gorszy sort, o którym myślał Brujah, potrafił zapewnić najwięcej informacji, egzystując jako niewidoczne tło, jednak bacznie obserwujące i słuchające wszystko to, co działo się dookoła nich.
Galloway zainwestował w potencjalne źródło informacji i czekał cierpliwie, aż odzyska energię i siły po sytym posiłku, który konsumował w jadłodajni. Pięciodolarowy banknot z pewnością poprawił sytuację mężczyzny, który chwilę wcześniej zapewne mógł jedynie pomarzyć o takiej uczcie, jaką sobie zaserwował za sprawą nagłego zastrzyku gotówki od nieznajomego.
Minął nieco ponad kwadrans, nim najedzony, zadowolony bezdomny opuścił wnętrze lokalu, poprawiając swoje odzienie i podciągając kołnierz. Marcus nie był w stanie ocenić jak zimno było w danym momencie, zważając na fakt, że był chodzącym trupem. Mógł jednak ocenić po brodaczu i innych przechodniach, że temperatura była dość niska. Pamiętał też, że gdy jeszcze żył, a nie było to wcale tak dawno, to o tej porze roku noce były raczej chłodne.
Bezdomny zauważył obecność swojego dobroczyńcy. Zdawał się być odrobinę zaskoczony. Rozejrzał się niepewnie dookoła nim wcisnął ręce w kieszenie płaszcza i znów spojrzał na obcego, który zdawał się na niego czekać. Mruknął pod nosem i skrzywił wymownie gębę, a następnie kiwnął lekko głową, jakby dając znak, że rozumie sytuację. Chyba nie był to pierwszy raz, kiedy doświadczył braku bezinteresowności ze strony ludzi. Może było więcej dobroczyńców, którzy czegoś od niego chcieli. Mało kto robił coś dla kogoś nie oczekując niczego w zamian. Ludzie byli z natury egoistami patrzącymi przede wszystkim na swój interes i nic nie mogło tego zmienić. Ta sytuacja to nie było nic innego jak zwyczajna transakcja. Marcus wyświadczając przysługę temu człowiekowi oczekiwał, że ten odwzajemni gest.
ImageDzięki za obiad. — Przystanął przed wampirem i skinął głową w geście podziękowania.
ImageNo, ale coś mi się zdaje, że nie pomogłeś mi bo tak nakazywało sumienie. Czego chcesz? — Trafne spostrzeżenie mężczyzny raz jeszcze zdradziło jego doświadczenie, a może też i intelekt. Może nawet jedno i drugie. Nie zdawał się mieć obiekcji co do motywacji Marcusa i nie zdawał się być rozgniewany, choć wciąż może trochę rozczarowany. Wydawało się to dla niego być codziennością. Najwyraźniej był świadom tego, że jeżeli ktoś coś mu da, to będzie oczekiwał czegoś w zamian. Stał więc teraz przez Spokrewnionym czekając spokojnie na informacje na temat ceny jego pomocy.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#8
Marcus czekał pod jadłodajnią, cierpliwy niczym anioł. Niech jego nowy znajomy naje się do syta choć ten jeden razy, nie niepokojony przez nikogo. Natychmiast zwrócił ku niemu wzrok, gdy dostrzegł, jak bezdomny wychodzi z jadłodajni. Popatrzyli na siebie i widocznie doszli w ciszy do porozumienia. Widząc skinienie głową, Galloway odpowiedział mężczyźnie tym samym. Prawda, że nie pomógł mu z czystej dobroci serca. W istocie jego intencje były dwojakie: chciał pomóc człowiekowi w potrzebie oraz zebrać informacje. Jeden cel nie musi być przeszkodą dla drugiego. Wręcz przeciwnie, następowanie jednego po drugim może okazać się wręcz zbawienne dla obu stron owego cichego porozumienia. Interesowność nie musi automatycznie być czymś złym. Wystarczy być po prostu fair wobec siebie nawzajem.
- Powiedzmy, że dobroć to nie jedyna rzecz, którą się kieruję - przyznał mu rację, kiwając głową Marcus. Jego rozmówca niewątpliwie miał już doświadczenie z osobami takimi jak on. Być może miał przed sobą prawdziwego weterana życia na ulicy. Zmierzył go raz jeszcze wzrokiem. - Poszukuję informacji na temat morderstwa, które miało tu niedawno miejsce. W alejce, o tam - wskazał głową, gdzie znaleziono ciało Elizabeth - znaleziono martwą kobietę. Młoda, nieco przed trzydziestką. Ktoś napadł ją i udusił, a gliny nic z tym nie robią; ot, uprzątnęli, co się dało i wszyscy udają, jakby nic się tu nie stało. Chciałbym przyjrzeć się temu bliżej w roli, nazwijmy to, "zatroskanego obywatela". - Zrobił palcami cudzysłów w powietrzu. - Pomyślałem, że może widziałeś lub słyszałeś co nieco tamtej nocy.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#9
Stojąc pod jadłodajnią, mężczyzna trzymając ręce w kieszeniach płaszcza wysłuchał nieumarłego z uwagą. Przynajmniej tyle mógł zrobić w geście podziękowania za zapewniony mu tej nocy ciepły posiłek. Skrzywił się, gdy Galloway wspomniał o morderstwie, które miało miejsce nieopodal. Przymknął na moment oczy i spuszczając głowę, pokręcił nią z pewnym smutkiem.
ImageEch, paskudna sprawa. Nie wiem co komu ta biedna dziewczyna zawiniła. — Westchnął ciężko, podnosząc wzrok.
ImageSłyszałem o tym co się tam stało, ale nie było mnie wtedy w pobliżu, bo to w sumie nie mój teren, to też nie mogę wiele na ten temat powiedzieć poza tym co zasłyszałem. — Bezradny wzruszył ramionami, wciąż trzymając dłonie wciśnięte w kieszeniach, by po chwili unieść nieco wyżej łeb, wywracając oczami do góry, jakby doznając olśnienia.
ImageW sumie, to jeśli już ktoś coś więcej konkretnie o tym wie, to pewnie Stary Ernest. Mieszka w tamtej alejce. Jeśli tam byłeś to pewnie go minąłeś i nawet go nie zauważyłeś. — Dodał oświecony, wspominając o swoim koledze, który miał przebywać w alejce, gdzie zginęła kobieta. Musiał nieźle wtapiać się w otoczenie, skoro uniknął wzroku Spokrewnionego. Mężczyzna rozejrzał się dookoła i zbliżył się nieco do Marcusa, wyraźnie chcąc mu coś powiedzieć.
ImageTylko weź tam uważaj, bo słyszałem plotki, że zamykali usta wszystkim, co coś widzieli lub słyszeli. — Wyszeptał, po czym się odsunął. Było to ostrzeżenie z trzeciej ręki, ale brzmiało dość poważnie. Skoro facet trzymał się blisko tego całego Ernesta, który mógł nawet być potencjalnym świadkiem, to jego słowa miały jakąś wagę. Warto było pewnie wrócić na miejsce zbrodni i rozejrzeć się za mężczyzną.
Gdy rozmowa dobiegła końca, bezdomny życzył Gallowayowi powodzenia, zdawało się nawet, że szczerze. Nieumarły mógł udać się z powrotem i rozejrzeć się za Starym Ernestem, który na pierwszy rzut oka był całkowicie niewidzialny. Nie żeby Marcus jakoś specjalnie się przyglądał, gdy tam był całkiem niedawno.
Docierając z powrotem na miejsce, wampir był zapewne nieco bardziej czujny i bacznie obserwował otoczenie. Przez chwilę, idąc wzdłuż ogrodzeń nie widział nic specjalnie się wyróżniającego. Po chwili jednak mógł zauważyć w pewnym sensie podejrzanie wyglądającą stertę kartonu i worków gdzieś pomiędzy ogrodzeniami po jego lewej stronie. Pewnie wcześniej zauważył ją kątem oka, ale nie mając świadomości, że ktoś się tam może ukrywać, po prostu to zignorował. Teraz jednak wiele wskazywało na to, że mógł tam być poszukiwany przez niego staruszek. I rzeczywiście, jeśli zbliżył się, przyjrzał się dobrze i odsunął część materiału, to mógł dojrzeć pod spodem śpiącego, siwego mężczyznę. To musiał być Stary Ernest. Pozostało go obudzić i spróbować zadać mu kilka pytań.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#10
Jakże miła wiadomość, że jednak nie wszyscy zatracili empatii w tym mieście. To oraz człowiek miał rację: czym ta kobieta niby zawiniła, że została od tak usunięta i "zapomniana"? Komu takiemu tak bardzo nabruździła? Przez myśl przemknęło mu nawet, że miały tu miejsce wręcz interesy Camarilli; że niby dowiedziała się czegoś, czego nie powinna i Wieża z Kości Słoniowej postanowiła uciszyć potencjalne pogwałcenie Maskarady. Nie podobała mu się wizja stawania nagle w szranki z Camarillą, której sam zresztą był członkiem, lecz obiecał sobie, że coś z tym zrobi i obietnicy dotrzyma. Nawet jeśli za tym morderstwem stał Spokrewniony, jego by nie ruszył. Jego potencjalne zasoby ludzkie w mieście - to już inna sprawa.
To tam ktoś był i on tego nie zauważył? Marcus spojrzał z ukosa na alejkę. Ten cały Ernest wiedział, jak umykać ludziom, skoro umknął nawet nieumarłemu o wyostrzonych zmysłach. Godne podziwu.
- Och, o mnie się nie martw. Na twoim miejscu martwiłbym się o nich... - Podziękował za pomoc bezdomnemu i czym prędzej powrócił na miejsce zbrodni. Kolejny potencjalny świadek. Im więcej, tym lepiej. Prędzej czy później coś z tego ułoży.
Dotarłszy z powrotem do alejki, zaczął na powrót się rozglądać, lecz tym razem szukał czegoś zgoła innego. Czy raczej kogoś. I chyba coś znalazł, tam z boku, przy ogrodzeniu. Kartony i worki poukładane w kruche, lecz wystarczające schronienie. Podszedł bliżej i faktycznie, w środku drzemał jakiś bezdomny, jeszcze starszy niż jego nowy kolega z ulicy. To musiał być ów Stary Ernest. Ciekawe, czy uzyskał ten przydomek, bo żył tak "nietypowo" długo na ulicy.
- Przepraszam? Ernest? - Galloway ostrożnie trącił starca ręką, jednocześnie nie chcąc zabrzmieć nazbyt agresywnie. Nie chciał przestraszyć go swoją obecnością.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#11
Śmierć przychodziła nagle, niespodziewanie, często dotykając ludzi niewinnych. Czasami sprawiedliwości stawało się zadość, ale bywało, że nigdy nie nadchodziła. Ktokolwiek stał za morderstwem Elizabeth Davis miał za plecami wsparcie, które stawiało go poza zasięgiem ręki sprawiedliwości. Była to śmierć, która przeszła bez echa, i która miała zostać szybko zapomniana. Galloway jednak nie miał zamiaru na to pozwolić. Nawet jeśli w toku śledztwa i rozwiązywania tej sprawy miałby potencjalnie zaszkodzić środkom jakiegoś wpływowego Kainity, to nie miał zamiaru chować głowy w piasek.
Szczęściem, tym razem wiedząc czego szukać, Brujah zlokalizował najbliższego potencjalnego świadka, który ukrywał się pod niepozorną kupą śmieci z dala od wzroku spacerowiczów i lokatorów pobliskich domostw. Starszy mężczyzna burknął pod nosem przez sen, po czym mlasnął, gdy Marcus go dotknął i zwrócił się do niego. Dopiero za drugim razem ta delikatna pobudka sprawiła, iż mężczyzna otworzył nieznacznie oczy, obracając głowę i spoglądając na stojącego nad nim ciemnowłosego osobnika. Wampirowi ukazała się pomarszczona, mocno zarośnięta siwizną twarz wyłaniająca się spod grubej, wełnianej czapki.
ImageCo tam chcą...? Kto ty...? — Odpowiedział niepewnie chrypliwym głosem, coraz szerzej otwierając oczy po kilkakrotnym mrugnięciu. Ostrożnie podniósł się do pozycji siedzącej, odgarniając leżący na nim karton i worki. Rozejrzał się niepewnie dookoła i znów spojrzał na nieznajomego. Siedział w zimowym, nieco wyblakłym, ciemnym płaszczu i szaliku zawiniętym wokół szyi.
ImageNo, jestem Ernest. A ty to kto? — Potwierdził swoją tożsamość, przyglądając się obcemu pytająco. Pozwoliło to Gallowayowi na dalsze działanie. Wiedział, że jeśli dobrze to rozegra, to być może Stary Ernest zapewni mu jakiś solidny trop. Musiał jednak pamiętać, że w razie czego była jeszcze rodzina ofiary, z którą prędzej czy później też należało się rozmówić, gdyż to co wiedzieli mogło okazać się kluczowe.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#12
Marcus zmierzył wzrokiem swego potencjalnego świadka. Nie odstawał swym wyglądem od większości bezdomnych. A może wręcz przeciwnie - odstawał i to bardzo, tylko on nie dostrzegał subtelnych detali. Tak czy inaczej, Ernest wydawał mu się odpowiednią osobą, do której mógłby zagadać w kwestii czegokolwiek, co miało tutaj miejsce. Galloway pozwolił staremu oprzytomnieć po drzemce, a gdy ten wydał mu się dostatecznie przebudzony, detektyw przemówił:
- Powiedzmy, że zajmuję się rozwiązywaniem spraw nierozwiązanych. Jedną z nich jest ta, która miała miejsce w twojej alejce jakiś czas temu. Kobieta w okolicy trzydziestki, znaleziono ją uduszoną i nic z tym nie zrobiono; psy zmiotły wszystko pod dywan i udają, że nic się nie stało, a każdego, kto próbuje przy tym węszyć uciszają w ten czy inny sposób. Dotarło do mnie, że ty możesz wiedzieć o tym coś więcej, biorąc pod uwagę, że to tak jakby twój rewir.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#13
Być może mężczyzna był w jakiś sposób wyjątkowy, może nie. Jedno było jasne, człowiek ten, mimo sędziwego wieku, dawał sobie radę na ulicy. Był pozbawiony dachu nad głową, rodziny, a jednak mimo nieprzychylnego losu wciąż żył i walczył o kolejne dni, o ciepłe noce, dobry sen i pełny żołądek. Skoro wbrew wszystkiemu co go spotkało dawał radę przetrwać kolejne noce, tygodnie, miesiące i lata, to jego instynkt przetrwania musiał być silny. Oznaczało to również, że musiał sporo wiedzieć. Jednak gdy wampir wspomniał o trupie, starzec jakby pobladł. Rozszerzone źrenice mężczyzny mogły świadczyć o strachu. Przełknął nerwowo ślinę i odpowiedział.
ImageJa... ja nic nie wie... Ja nic nie widział... — Wycharczał pocierając ręce okryte rękawiczkami bez palców.
Coś było na rzeczy i Ernest na pewno coś wiedział. Czyżby był zastraszony? Była taka możliwość. Jeśli ktoś się do niego dobrał chcąc upewnić się, że nie puści pary z gęby, to widoczna reakcja mogła być tego rezultatem. Ale jeśli to się zgadzało, to jak wielu ludzi mógł spotkać podobny los? Czy rodzina ofiary mogła być również podobnie potraktowana?
Rozmowa ze Starym Ernestem wymagała nieco delikatniejszego podejścia. Stary człowiek pragnący pozostać bezpieczny, przy życiu, z pewnością wolał trzymać gębę na kłódkę niż ryzykować nieprzyjemności ze strony kogoś, dla kogo nie byłby niczym więcej niż nic nie wartym, łatwym do zdeptania robalem.
Nie był to jednak człowiek, którego dałoby się przekonać do rozmowy pieniędzmi, o nie. Galloway widział to dość klarownie, to też musiał podejść do tematu z cierpliwością i spokojem. Dopiero po chwili wymiany zdań, w toku dłuższej dyskusji o trudach życia codziennego, nędzy, pogodzie i miłości do życia oraz zaginionego czworonoga, poczciwego golden retrievera, zdołał przekonać bezdomnego, by nieco się otworzył. Gdy śmiertelnik wreszcie poczuł się nieco swobodniej, widząc że samozwańczy detektyw nie był częścią miejskiej machiny i zdawał się mieć dobre intencje, wziął głęboki wdech i zaczął mówić.
ImageTo było z cztery, czy pięć dni temu. Ja tu leżał, jak zwykle. Tu zazwyczaj spokojnie i bezpiecznie, ale jak tamci dwaj przyszli, to już nie było. — Oczywiście, że musiało to być spokojne miejsce. Inaczej Ernest by tam nie pomieszkiwał. Dwoje ludzi zaburzyło mu ten spokój. Kontynuował.
ImagePrzyszli stamtąd, o. — Wskazał palcem na skrzyżowanie wewnętrznych alejek prowadzących do głównych ulic.
ImageJeden nieco większy, drugi w sumie chudy, podobnego wzrostu, i coś nieśli razem. Kłócili się oba. — Relacjonował zdarzenie, opisując działania dwójki nieznanych mężczyzn, opisując przy tym ich posturę i wzrost.
ImageI oni przyszli aż tu, o, że szło ich usłyszeć. — Znów wyciągnął rękę, tym razem wskazując palcem na skrawek ziemi pod płotem raptem kawałek dalej, po drugiej stronie alejki.
ImageJak zobaczyłem co niosą, to zdębiałem. Młoda kobieta to była, ładna taka. Ale bez życia. Pierwej myślałem, że może ją upili albo czymś potraktowali i nieprzytomna była. — A więc biedną Elizabeth przynieśli skądś. Marcus z pewnością nie omieszkał spytać o jej stan i o to, na jaki temat się kłócili mężczyźni. Wzruszył ramionami, nie potrafiąc powiedzieć, czy kobieta mogła żyć w momencie, gdy została zaciągnięta na miejsce.
ImageA o co się kłócili oni... No, to pamiętam. Jeden coś napomniał o automobilu i brakującym paliwie czy coś, i o to tam im szło przez dłuższą chwilę. A, i jeszcze coś o jeziorze, że myślał, że jest bliżej, bo tam mieli zajechać chyba. I tam bluzgami rzucali aż strach. Ja nie wiem. Czy oni ją utopić chcieli czy jaki czort? — Opowiedział o kłótni mężczyzn, nieśmiało sugerując, że chcieli dostać się z kobietą do jeziora. Jeśli to o czym mówił zgodne było z prawdą, to bardzo prawdopodobnym było to, iż chcieli pozbyć się ciała w South Branch Chicago River, znajdującym się kilka przecznic dalej.
ImageTak rzucali się przez dobrą chwilę, aż wzięli i zostawili dziewczynę tam pod tym płotem i szybko poszli. Nie wrócili już. Ja nie wiedział co potem robić, ale tam te parę godzin później poszedłem się upewnić co z nią no i... no i życia w niej nie było... nie żyła już... — Staruszek posmutniał i spuścił głowę w żałobie. Nie znał kobiety, ale i tak śmierć w niego uderzyła. Gdy Galloway chciał dopytać się czy to zgłosił, Ernest się skulił zawstydzony, zaciskając usta. Mógł łatwo wywnioskować, że mężczyzna raczej nie poszedł nikomu tego zgłosić, najpewniej ze strachu. Z resztą, co się dziwić. Równie dobrze mogli z niego zrobić podejrzanego i usadzić w razie potrzeby. Ciężko powiedzieć, czy dobrze zrobił, czy nie. Czas było zmienić temat i dowiedzieć się co działo się dalej.
ImageUdało mi się jakoś zasnąć, a w dzień już na miejscu były mundury. Szybko zabrali ciało, wszystko wyczyścili i ich nie było. Nie widzieli mnie, bo siedziałem cicho. Potem tego samego dnia jakiś dziennikarz czy kto przyszedł wypytywać. Chciałem pomóc to ja się zgodził powiedzieć co wiem, ale wtedy przyszedł ten rozgniewany mundurowy. Zaczął nas obu przepytywać, a potem jego przegonił i mnie straszyć zaczął, że jak coś wiem, to lepiej żebym do nikogo innego, tylko na komendę do niego przyszedł gadać. No to mu ja powiedział, że nic nie wiem i nic nie mówiłem, to mnie zostawił. Ale słyszałem, że nie tylko mnie tu tak zaczepiali, i że różnie się to kończyło. — Szybkie sprzątanie i momentalne uciszanie potencjalnych świadków zostało potwierdzone. Czyli zdawało się, że mundurowi, a przynajmniej niektórzy z nich, musieli mieć coś na sumieniu, skoro tak agresywnie nachodzili ludzi i dbali o to, by wszyscy świadkowie w pierwszej kolejności zgłaszali się do nich, a nie rozmawiali między sobą. Ernest chyba i tak miał łagodnie, bo brzmiało to tak, jakby scenariusze były różne. Ale to były już informacje z trzeciej ręki, więc trudno było o szczegóły, czy potwierdzenie wiarygodności.
Stary Ernest skończył relacjonować i zapewnił, że więcej nie wie. Aczkolwiek może warto było spróbować dopytać go o jakieś szczegóły, które zapewniłyby Gallowayowi kolejny użyteczny trop. Ciekawym też było, czy wspomniany dziennikarz to był kontakt, który zapewnił mu podstawowe informacje o tej sprawie, czy jednak ktoś inny. Znajomość tożsamości tego mundurowego mogłaby okazać się przydatna. Albo Ernest albo kontakt Gallowaya mógł potencjalnie coś o tym osobniku wiedzieć. Było jednak widać, że Ernest był tym tematem już mocno wymęczony, widocznie zestresowany i rozklejony przez całą sytuację. Staruszek nie miał łatwego życia i był po tym wszystkim wyczerpany, więc trzeba było mieć to na uwadze przy kolejnych pytaniach.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#14
Marcus nie dał się tak łatwo oszukać, spróbował zatem innej metody, żeby Ernest zaczął mówić. Dłuższa rozmowa widocznie rozbudziła jego ludzkie odruchy i przełamał się przed detektywem. Galloway nie miał staremu za złe, że nie chciał nic mówić ani że nie interweniował. Co takiego on, chorowity bezdomny starzec, mógł uczynić dwóm mężczyznom w sile wieku? W jego osobistym mniemaniu uczynił lepiej właśnie poprzez ukrycie się i zapamiętanie tego, co mógł. Tym samym pomoże człowiekowi, któremu naprawdę zależy na sprawiedliwości w tym świecie.
Dwóch chłopa przyszło tutaj z martwą już Elizabeth. Zatem to nie było miejsce zbrodni, ale miejsce znalezienia ciała. Dwie różne rzeczy. Zapewne trafiła tutaj, bo mordercy mieli pewność, że miejscowa policja nie będzie chciała drążyć tematu. Jezioro? No tak, gdzie lepiej ukryć ciało, jeśli nie w głębi Michigan? Brzmiało jak typowa gangsterska zagrywka. Zatem to tam pierwotnie mieli zamiar zabrać Elizabeth, ale skończyło im się paliwo i musieli improwizować.
Ilekroć dowiadywał się więcej na temat tego śledztwa, tym bardziej rozwścieczała go bezczynność policji. Oczywiście, że byli przez kogoś opłacani. Ta sama śpiewka, gdziekolwiek by się nie znalazł. Co się różniło, to skala, na jaką miejscowa policja postanowiła przeprowadzać swoje brudne interesy, uciszając chyba całą dzielnicę.
Nie chcąc już bardziej rozklejać Ernesta, Marcus podziękował mu za rozmowę i zostawił samego. Następnie udał się w kierunku najbliższej budki telefonicznej i zadzwonił z niej do swojego kontaktu. Był ciekaw, czy to on się tu kręcił. Być może z informacją od Ernesta dotyczącą mundurowego, który go zaczepił, wypłynie coś na wierzch. Nazwisko lub adres...

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#15
Człowieczeństwo Marcusa z pewnością pomogło w rozmowie, gdzie staruszek nieco się przed nim otworzył. Mężczyzna mimo widocznego żalu, jaki najwyraźniej miał do siebie, opowiedział o tym, czego był świadkiem. Oczywiście, że nie mógł wiele zrobić, zwłaszcza jeśli kobieta była martwa już wtedy, gdy przynieśli ją do alei. Nie mógł jednak mieć stuprocentowej pewności, czy nie miał szansy przypadkiem uratować jej życia krzycząc w niebogłosy, lub dzwoniąc po odpowiednie służby. Choć jeśli rzeczywiście zamieszani byli w to mundurowi, to zapewne niewiele by zdziałał podejmując jakiekolwiek działanie. Mimo to bardzo możliwym było, że będzie mu to długo ciążyć na duszy.
Z relacji Starego Ernesta Galloway wyciągnął całkiem sporo użytecznych informacji i możliwie trafnych wniosków. Poczynając od przywleczenia zwłok z pozbawionego paliwa automobilu, po możliwy plan wrzucenia zwłok do jeziora, do czego na szczęście nie doszło, w przeciwnym wypadku ciało mogłoby nie zostać prędko znalezione, o ile w ogóle. Nie wiadomo wciąż było w jakich okolicznościach doszło do morderstwa ani kto za nim stał, jednak drobnymi krokami nieumarły detektyw miał dojść do prawdy.
Zmęczony starzec odetchnął z ulgą, gdy zakończyło się jego przesłuchanie. Musiał docenić, że Spokrewniony nie drążył dalej tematu tej zbrodni, gdyż było mu widocznie ciężko. Żywot tego człowieka i jemu podobnych był doprawdy paskudny, i nie w mocy Gallowaya było to zmienić. Urbanizacja postępowała, budynki wnosiły się coraz wyżej, a cywilizacja wciąż się rozwijała, jednak mimo to wielu ludzi ledwo wiązało koniec z końcem, a niektórzy z nich nie mieli nawet dachu nad głową i nie mogli liczyć na niczyją pomoc. Tacy ludzie albo mieli dość silny instynkt przetrwania i spryt, a także wystarczająco szczęścia, by przetrwać, albo ginęli i mało kto o nich pamiętał. Ale jak było widać gołym okiem, nie tylko bezdomni padali ofiarą braku człowieczeństwa, a może nawet byli w mniejszości.
Co u licha było grane, że miejscowa policja zamykała usta wszystkim w okolicy? Oto była zagadka, którą Galloway planował rozwikłać. Miał zamiar poznać tożsamość policjanta, który kręcił się po okolicy i nachodził ludzi, upewniając się, że nie puszczą pary z gęby, ale do tego potrzebował raz jeszcze skontaktować się ze swoim bezimiennym kontaktem. Docierając do aparatu telefonicznego wybrał znany mu już numer telefonu i odczekał na połączenie (-$0.02). Po dłuższej chwili znów usłyszał w słuchawce znajomy głos mężczyzny, który zapewnił mu wcześniej informacje o ofierze. Ton głosu zdradzał zmęczenie, które powodowało, iż jego chęci do rozmowy były nieco chwiejne. Nie odmówił jednak rozmowy, chętnie słuchając tego, co Kainita miał do powiedzenia.
ImageA więc zdołałeś już coś wybadać. Dobra robota, detektywie. — Bezimienny pochwalił Marcusa, choć ten tak naprawdę stał dopiero gdzieś na początku ścieżki.
ImageTa, wiem o kim mowa. Miałem nieprzyjemność go poznać. Nieprzyjemny facet, z którym lepiej nie zadzierać. Wyglądał na takiego, który tylko szuka okazji, żeby kogoś spałować. Nie byłem w stanie dojść do tego, kto był jego przełożonym, ale nie mam wątpliwości, że tamten teren to zdecydowanie jego rewir, który przynajmniej sporadycznie patroluje. — Zrelacjonował wampirowi, zawężając tym samym obszar poszukiwań mundurowego.
ImageImię? Niech no poszukam, gdzieś miałem zapisane. A tak, tutaj. Oficer Oscar Jones. — Po znalezieniu i przewertowaniu papierów, co zajęło mu nie więcej jak kilkanaście sekund, przekazał Gallowayowi godność tego osobnika. Następnie podzielił się informacją o tym, że ponoć widuje się go kręcącego najczęściej nieco dalej na północ, w okolicach ciągnących się wzdłuż jednej z ulic sklepów. Mężczyzna podał wampirowi przybliżony adres tej ulicy i wizualny opis mundurowego, który miał mieć nieco ponad trzydzieści lat, ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, ciemne włosy i ogoloną, owalną twarz z ledwo widoczną blizną na dolnej wardze. Wspomniał także o jego dumnym uśmieszku i raz jeszcze przypomniał o jego agresywnej, prowokacyjnej postawie. Z opisu nie zdawał się być kimś, z kim dało się dogadać. Niewątpliwie należało spodziewać się trudności. Na szczęście Marcus był gotowy stawić im czoła.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#16
A zatem dziennikarz, który tutaj węszył i jego informator to jedna i ta sama osoba. To ułatwiało Marcusowi robotę. Galloway cierpliwie zaczekał na wszystkie informacje, którymi jego cichy wspólnik mógł się podzielić na temat jego następnego celu: niejakiego Oscara Jonesa. Chyba jakimś sposobem reanimowała się część jego układu pokarmowego, bo gdy tylko usłyszał sugestię dotyczącą manieryzmów Jonesa, poczuł na języku obrzydliwą żółć. Agresywny, przepełniony dumą dupek, co wykorzystuje mundur do podbijania swojego ego. Gdyby przyszło mu dać mu w pysk, zrobiłby to i wiele więcej z dziką wręcz rozkoszą.
- Jeśli jeszcze się czegoś dowiem, postaram się odezwać - powiedział przed rozłączeniem się Galloway. A zatem droga zbrodni kierowała go na północ, ku sklepom. Zmierzając w tym kierunku, wyobraził sobie, kogo szukać. Postawny, z uśmiechem jak magnes dla pięści i z blizną na wardze. Nietrudno będzie go dostrzec...

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#17
Nie zapowiadało się, aby dyskusja z tym poszukiwanym stróżem prawa miała być jakkolwiek przyjemna. Wedle opisu, był to raczej typ człowieka, który Marcus znał nader dobrze. Jeden z tych, którzy do służby wstąpili najpewniej tylko po to, by móc poczuć się bardziej męsko mając jakąś władzę, stojąc ponad cywilami i, niczym pan świata, bezczelnie tej władzy nadużywając, czując się przy tym bezkarnie. Potencjalna konfrontacja z tym jegomościem niemalże pobudzała Krzykacza i jego krew. Być może kryła się gdzieś tam pewna nuta ekscytacji w związku z perspektywą sprowadzenia do parteru kolejnej gnidy żerującej na ludziach. Istnieją bowiem dwa rodzaje potworów. Te, które czerpią przyjemność z cudzej krzywdy, i te, które po prostu walczą o własne przetrwanie. Galloway należał do tej drugiej grupy, przynajmniej na razie. Z biegiem czasu jednak nie wiadomo ile miało ostać się z jego człowieczeństwa. Wieczność to cholernie długi okres i na przestrzeni wieków niewiele człowieka zostaje w nieumarłym. Niektórzy jednak, jak można było zauważyć po wielu śmiertelnikach, nie niepotrzebowali wieczności, by zatracić człowieczeństwo.
Wampir, przemierzając oświetlone latarniami ulice dotarł do rejonu, gdzie miał znaleźć Oscara Jones'a. Wzdłuż głównej ulicy rozciągały się budynki z zaciemnionymi już witrynami sklepowymi i budynkami mieszkalnymi, gdzie w niektórych oknach tliło się jeszcze światło. Nieliczni przechodnie podążali chodnikami w jedną i w drugą stronę, a za skrzyżowaniami co jakiś czas znikały kolejne automobile. W którymś momencie o ramię Gallowaya zahaczył mocno nieprzyjemnie wyglądający facet, który zdawał się szukać zaczepki.
ImageUważaj jak leziesz, palancie! — Krzyknął, będąc już kilka metrów dalej i wymachując środkowym palcem.
Szczęściem nie był to osobnik na tyle skłonny do bitki, by samemu wyprowadzać pierwszy cios. Tak więc o ile Marcus nie dał się sprowokować i puścił to mimo uszu, to mógł zaoszczędzić czasu i wypatrywać dalej mundurowego.
Nie musiał szukać długo. Już kilka minut później, po drugiej stronie ulicy, dojrzał dwójkę mężczyzn, z których jeden odpowiadał opisowi jaki zapewnił mu jego kontakt. Facet faktycznie wyglądał na nieprzyjemnego, i wyglądało na to, że był w trakcie kłótni z cywilem, który w pierwszej chwili miał postawę zbitego psa. Nie słyszał o czym rozmawiali, ale było widać rosnące emocje i coraz bardziej intensywną gestykulację. W pewnym momencie mundurowy począł stukać palcem w pierś mężczyzny, coraz bardziej go prowokując. Jego postawa wręcz mówiła "no dalej chłopczyku, podnieś na mnie rękę". Wymiana zdań stawała się coraz głośniejsza, a broniący się cywil, mocno już wnerwiony, zaczął wytykać palcem w twarz stróża prawa, trzymając wciąż jednak w miarę bezpieczny dystans. Być może na tym by się skończyło, gdyby nie dalsze prowokacje policjanta, który zaczął napierać, wymuszając na mężczyźnie odruch defensywny, gdzie ten wyciągnął przed siebie dłoń, próbując utrzymać agresora z dala od siebie. Ta jedna chwila fizycznego kontaktu była wystarczającym pretekstem do użycia siły, i w następnym momencie, jeden celny cios pięścią sprawił, że cywil leżał chwilowo ogłuszony pod nogami zadowolonego oficera, próbując się pozbierać, na co ten chyba liczył.
Sytuacja nie była kolorowa. Nie dla biedaka, który miał nieszczęście być w złym miejscu, w złym czasie. Spokrewniony mógł w tej sytuacji albo czekać na finał tego starcia, co by spróbować dyplomatycznego podejścia i rozmowy, albo mógł całkowicie pieprzyć konwenanse i zrobić dobry uczynek. To były pierwsze możliwości, jakie w tej krótkiej chwili można było zobaczyć, choć inteligentna głowa detektywa zapewne mogła dojść do czegoś więcej. Nie było jednak wiele czasu, i jeśli Galloway chciał działać, to musiał to zrobić jak najszybciej.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#18
Czuł, że im dłużej myślał o tej sprawie, tym bardziej wzbierał w nim gniew. Był Brujah. Brujah nie należeli do szczególnie stoickich Spokrewnionych, nawet jeżeli kartagińscy uczeni-wojownicy czynili, co w swej mocy, by trzymać swe wzburzone wnętrza na wodzy. Pewnie gdyby pochodził właśnie z czasów tak starożytnych, znałby tą ideę z doświadczenia, a nie z przesłań starszych Krzykaczy, które były dla niego tak odległe od znanej jemu rzeczywistości, jak współczesność owym starym Spokrewnionym. Na razie nie miał możliwości podążać ścieżką Kartaginy, nie kiedy jego otoczenie rzucało mu kłody pod nogi i pragnęło wyprowadzić go z równowagi jakby zależał od tego los świata.
Marcus odwrócił się na chwilę do krzyczącego za nim mężczyzny. Poczuł, że zaciska zęby tak mocno, że kły wbijają mu się w dolną wargę. Nie jego i na pewno nie teraz. Miał do upolowania zwierzynę lepszą niż dupka szlajającego się bez celu po nocach.
Ach, i wreszcie dostrzegł swojego człowieka. Widok, który "oficer" Oscar Jones mu przedstawił wyłącznie utwierdził Gallowaya w przekonaniu, że nie warto się powstrzymywać. Skurwysyn, co to przywdziewa mundur tylko po to, by zrekompensować sobie braki w okolicy pasa. I by mieć wymówkę na wypadek, gdyby zachciało mu się kogoś skopać, bo "obraza munduru"; bo "atak na funkcjonariusza".
Padł pierwszy cios. Tego już było dla Marcusa zbyt wiele. Do diabła z zachowaniem spokoju! Do diabła z etykietą! Do diabła z tym skurwysynem! Bez zbędnych ceregieli ruszył szybkim krokiem w kierunku Jonesa. Serce nieumarłego zabiło raz, drugi, trzeci, przepompowało Vitae przez jego ciało. Kiedy tylko znalazł się dostatecznie blisko, zacisnął rękę w pięść i posłał naładowany Potencją cios w kierunku zbrojnego ramienia Jonesa. Niech potraktuje to jako powitanie z prawdziwym stróżem sprawiedliwości.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#19
Od czasów starożytnych najdalej rzuceni, zdawało by się, zostali prawdopodobnie właśnie Brujahowie, albowiem spośród wszystkich klanów to chyba oni najwięcej zatracili na przestrzeni dziejów. Nie było już pośród Krzykaczy właściwie żadnych uczonych, a jedynie wojownicy, butni i nieugięci. Jednak idee i nurty filozoficzne pośród nich nie umarły, o nie. Jedynie forma ekspresji znacząco się zmieniła, stała się bardziej agresywna, nierzadko pozbawiona szyku i elegancji, jakiej nie brakowało klanowi Brujah w czasach jego świetności, czasach dawno pokrytych piaskami czasu.
Mimo iż Bestia warczała i kusiła detektywa, by ten pokazał przyjemniaczkowi jego miejsce w hierarchii, ten pokazał opanowanie i nie poddał się instynktom kierującym go ku bezsensownej przemocy. Wolał zachować swój ogień na właściwego człowieka, człowieka który zasługiwał na pokaz siły znacznie bardziej niż minięty już prowokator. Marcus nie musiał szukać swojego celu długo. Widok niesprawiedliwości czynionej przez noszącego mundur jegomościa wzburzył w nim krew. Ile razy był świadkiem skurwysyństwa i korupcji, pozostając bezsilnym. Jak długo musiał żyć z paskudną świadomością, że nie może nic zrobić.
Wiele się zmieniło. Galloway nie podlegał już dawnym regułom. Istniał teraz ponad nimi i obok nich. Stwierdził więc "dość", i szybkim tempem przekroczył jezdnię, dzielącą go od policjanta. W tej chwili nie obchodziło go to, że ktoś mógł dojrzeć go z okna, ani to, że w oddali wciąż przemieszczali się przechodnie. Pobudził krew w swych żyłach, zwiększając, za sprawą magicznych właściwości vitae, swoją i tak ogromną już siłę fizyczną do nadnaturalnego poziomu.
Oficer zauważył zbliżającego się w jego kierunku nieznajomego i natychmiast się odwrócił, przyjmując defensywną postawę w reakcji na widoczne nieprzyjazne intencje zbliżającego się do niego osobnika.
ImageHola, chłopcze! Zatrzymaj się! — Wyciągnął lewą przed siebie sygnalizując 'stop' w stronę Spokrewnionego, podczas gdy prawa, instynktownie wręcz, ułożyła się na rękojeści rewolweru.
Nieumarły nie zatrzymał się, co spowodowało, iż mundurowy wyciągnął z kabury rewolwer, kierując jego lufę w kierunku nadchodzącego, nieznanego mu agresora.
ImageStój mówię! — Podniósł głos. Nie zdążył jednak dobrze wycelować ani oddać strzału, gdyż Brujah z pełną siłą wyprowadził cios w kierunku trzymającej broń ręki.
W tym momencie można było usłyszeć chrupnięcie. Rewolwer wyleciał z dłoni oficera i wylądował na ziemi parę metrów dalej.
ImageAgh! Kurwa! Jebaniec! — Jones warknął w bólu, zaciskając zęby i łapiąc się za nadgarstek. W tym momencie był, przynajmniej przez krótką chwilę, na łasce Spokrewnionego, który skutecznie go rozbroił. Galloway musiał jednak szybko korzystać z okazji, gdyż Jones był rosłym mężczyzną, który na pewno miał wyższy próg bólu niż przeciętny człowiek, i wyglądało na to, że był powoli gotów, by spróbować wyprowadzić cios lewą ręką, jedyną która mu w tej chwili została do dyspozycji. Pozostawała także kwestia potencjalnych gapiów, którzy mogli dojrzeć co się dzieje, co wymuszało na nieumarłym, by czym prędzej to zakończyć.
W międzyczasie leżący na chodniku mężczyzna dochodził do siebie i zwracał właśnie wzrok w kierunku swojego zbawiciela.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#20
Nie był pewien, czy to Bestia w jego wnętrzu, czy długo tłamszone w sobie, typowo ludzkie pragnienie przemocy, lecz chrzęst łamanych kości sprawił Marcusowi nie lada przyjemność. Jeszcze lepiej, kiedy typ, który właśnie stracił władzę w dłoni bardzo dobitnie sobie na to zasłużył. Zdaniem Gallowaya zasłużył na jeszcze więcej, ale nie pora na to. Jeszcze nie...
Rewolwer wylądował na ziemi. Przynajmniej na chwilę Jones stracił opcję zranienia go w jakiś konkretny sposób. Marcus nie ociągał się i wyprowadził kolejny cios, tym razem w kierunku przepony. Wybiwszy z jego płuc powietrze, uczyniłby go jeszcze bardziej bezbronnym. Ułatwiłoby mu to przesłuchanie, a jego pewnie sprowadziłoby z powrotem do pokorniejszego stanu umysłu. O ile ten w ogóle kiedykolwiek miał w jego przypadku miejsce.
- Znikaj stąd, JUŻ! - warknął na mężczyznę na chodniku. Jeśli miał olej w głowie, to posłucha i daruje sobie oglądanie przedstawienia. A nuż będzie miał co opowiadać kolegom o swoim diable stróżu.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#21
Krew buzowała w wampirze. Pierwsze, celne uderzenie pozbawiło przeciwnika jego broni, a także funkcjonującej ręki. Rozbrojony oficer trzymał przez chwilę za swój nadgarstek sycząc i klnąc pod nosem. Złamana ręka, i to w tak brutalny sposób, musiała powodować niemały ból, i było to widać po twarzy osiłka. No, może już nie takiego osiłka. Nie w tej sytuacji, gdzie miał do czynienia z bestią gorszą niż on sam.
Było widać, że Jones chciał nadal walczyć, i nawet przygotowywał się do zamachu lewą ręką, jednak zmuszony był do obrania pozycji obronnej, gdy w jego kierunku nadszedł kolejny cios, który próbował zablokować.
Spokrewniony był szybki i celny. Mundurowy nie zdołał zatrzymać pięści zmierzającej w kierunku jego klatki piersiowej. Silne uderzenie sprawiło, że mężczyzna stracił równowagę i poleciał do tyłu, zatrzymując się dopiero na murowanej ścianie budynku, pod którym się znajdował, łapiąc się nagle lewą ręką za pierś i panicznie próbując złapać powietrze, patrząc z przerażeniem na swojego napastnika.
Cywil, widząc co się dzieje i słysząc skierowane do niego słowa Marcusa, nie czekał na więcej. Poderwał się czym prędzej z chodnika i pobiegł w długą, nawet nie oglądając się za siebie. Galloway i Oficer Jones zostali sam na sam, przynajmniej na razie. Mundurowy powoli odzyskiwał sprawność w płucach, choć wciąż był niezdolny do ruchu, prawdopodobnie stojąc na nogach tylko za sprawą ściany, o którą opierał się plecami.
Kwestią czasu było, zanim kto inny miałby zobaczyć sytuację i zadzwonić na posterunek. Brujah musiał wraz ze swoim celem zniknąć z głównej ulicy, jeśli chciał się nim dalej zająć bez przeszkód. Odbezpieczony rewolwer wciąż leżał parę metrów dalej, a pozbawiony pewnego gruntu pod nogami twardziel spoglądał na niego nerwowo, widząc że jest poza jego zasięgiem.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#22
O Boże, ale to wspaniałe uczucie, wreszcie dać upust gniewowi! Greckie teatry nie widziały takiego katharsis, jakie przeżył tutaj na widok tego bydlaka zginającego się w bólu. Marcus pozwolił sobie na chwilę zadowolenia, lecz prędko powrócił na ziemię. Jeszcze tu nie skończył. Musiał się pospieszyć; może jeszcze nie złamał reguł Maskarady, ale na pewno nie ułatwi mu sprawy bycie ściganym przez policję za obicie mordy jednemu z nich. Pochwycił z ziemi rewolwer i schował go za kurtkę. Jemu już się nie przyda, ale dla Gallowaya okaże się użyteczny. To Chicago. Wampir czy nie, dodatkowa klamka zawsze mile widziana.
- Chodź no tu! - warknął na Jonesa i pochwycił go z całej siły za (jeszcze) sprawne lewe ramię, dociskając je do jego pleców. Następnie poprowadził go prędko ku najbliższej ciemnej alejce, z dala od wszelkich potencjalnych gapiów. Dopiero wówczas będą mieli okazję sobie porozmawiać, w cichszym, bezpieczniejszym miejscu, gdzie nikt go nie znajdzie przez jakiś czas, gdyby sprawy poszły za daleko. - Jeden zbyt głośny jęk, jedno piśnięcie i stracisz coś więcej niż tylko rękę. - A Marcus nie był w nastroju na żarty.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#23
Krzykacz dał wspaniały pokaz brutalności, i czuł się z tym doskonale. Wystarczyły dwa, silne, dobrze wymierzone ciosy, by pozbawić mundurowego sił, bo Galloway przecież nie walił na ślepo. Jego uderzenia były dobrze przemyślane, mające na celu rozbroić i unieszkodliwić. Poszło mu nadzwyczaj łatwo, choć pewna zasługa była w tym, że przeciwnik nie spodziewał się takiego ataku, zwłaszcza ze strony kogoś tak nieludzko silnego, i najwyraźniej dobrze wyszkolonego w walce wręcz.
Leżący na ziemi rewolwer okazał się w oczach Marcusa użytecznym łupem, który szybko pochwycił i ukrył pod ubraniem (+Lekki Rewolwer). Ta dodatkowa broń mogła potencjalnie pomóc Brujahowi w nadchodzących nocach. Zaułki Wietrznego Miasta skrywały wiele niebezpieczeństw, a detektyw biorący udział w walce z niesprawiedliwością, jaka wymuszała walkę z tymi zagrożeniami, był w potrzebie takiej broni bardziej niż większość. Rewolwer miał pełną komorę, w której znajdowało się sześć pocisków. Może jego właściciel miał przy sobie dodatkową amunicję.
Mężczyzna jęknął, gdy wampir chwycił go za ramię, łapiąc się znów za prawy nadgarstek i przyciskając złamaną rękę do piersi, by w jakiś sposób ją unieruchomić i w ten sposób zredukować ból. Nie mógł się za bardzo opierać, to też powlekł nogami w wyznaczonym kierunku. Jones musiał zdawać sobie sprawę, że jego napastnik nie żartuje i może daleko się posunąć, to też wbrew jego charakterowi - a w innych okolicznościach pewnie by się stawiał słownie i wygrażał - zamknął jadaczkę i tylko syczał przez zęby obolały, patrząc przed siebie.
Ciasny zaułek nieopodal był idealnym miejscem, by odbyć z panem oficerem poważną rozmowę sam na sam. Nie wydawało się, by ktokolwiek miał tamtędy przechodzić, to też Galloway mógł przystąpić do przesłuchania, a następnie zdecydować o dalszym losie tego śmiertelnika, który miał przecież potencjał, by ściągnąć na głowę Krzykacza niemałe kłopoty.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#24
Patrzcie go, jaki gieroj się znalazł. Najpierw szuka guza, gotuje się do strzelaniny, a dwa ciosy później potulny jak baranek, kiedy okazało się, że jednak nie jest na szczycie łańcucha pokarmowego. Ewidentnie trafił się Marcusowi typ mocniejszy w gębie niż w czymkolwiek innym. Czy to tak czuli się Ancillae, kiedy mieli okazję stawiać do pionu Neonatów? Wobec tego chyba rozumiał już tą satysfakcję płynącą z tej ich ostrej dyscypliny. Niekoniecznie pochwalał, ale rozumiał.
Galloway zaprowadził - choć bardziej prawidłowym słowem było pewnie "zawlókł" - Jonesa do ciemnego zaułka i pchnął go w kąt, by uderzył plecami o otynkowaną ścianę. Zmierzył tak zwanego mundurowego od stóp do głów lodowatym spojrzeniem, które - gdyby mogło - zabiłoby go tu i teraz. Ten ktoś miał czelność nosić odznakę...
- Oscar Jones - bardziej stwierdził niż zapytał; głos Marcusa był równie zimny, co jego wzrok, w tym warkliwy, jak gdyby starał się utrzymać na wodzy pragnącą się uzewnętrznić furię. Kroczył powoli to w jednym, to w drugim kierunku, a odgłos butów wampira regularnie odbijał się echem w alejce niczym tykanie zegara. - Mam ci do zadania parę pytań i w interesie nas obu, zwłaszcza w twoim, leży, żebyś był ze mną szczery, jak na spowiedzi. Moje pierwsze pytanie. - Stanął nagle na wprost od swego przesłuchiwanego. - Co wiesz o niejakiej Elizabeth Davis? Ty i twoi koledzy z posterunku nieźle się napracowaliście, by zamknąć wszystkim usta. Ciekawi mnie, dlaczego.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#25
Jak na tak pewnego siebie osobnika, facet rzeczywiście dał się poskładać dość szybko. A zdawać by się mogło, patrząc z daleka, że może poszczycić się znaczną tężyzną fizyczną. Cóż, może mu jej nie brakło, przynajmniej oceniając z jaką siłą powalił wcześniej tamtego człowieka, ale jak widać był po prostu lepszy w biciu słabszych. Kręgosłup moralny tego stróża prawa nie był pewnie zbyt mocny, i w zasadzie to miał w tej chwili szczęście, że Galloway nie połamał mu jeszcze tego, który trzymał go w pionie.
Obolały śmiertelnik został zaprowadzony w ciemny zaułek i pchnięty na ścianę. Jego oczy zdradzały mieszankę emocji; gniew, strach, szok i niepewność. Jego pewność siebie, siła i hart ducha zostały złamane. Nie ważył się próbować uciekać, wiedział że nie byłby w stanie oddalić się wystarczająco szybko. Przyglądał się kroczącemu w te i we w te Spokrewnionemu przełykając ślinę z zaciśniętymi mocno zębami i grymasem bólu na twarzy, kurczowo trzymając swoją złamaną rękę i przyciskając ją do piersi. Wysłuchawszy pytania, na wzmiankę o kobiecie Jones pobladł jeszcze bardziej, choć starał się nie zdradzać dodatkowego zastrzyku negatywnych emocji, próbując ukryć je pod płachtą widocznego bólu.
ImageNie mam pojęcia o kim mówisz... Masz niewłaściwego człowieka, dupku... — Wysyczał gniewnie przez zęby. Zrobił się strasznie nerwowy jak na człowieka, który nic nie wiedział. Wyglądało jakby chciał dodać coś jeszcze, ale chyba ugryzł się w język. Jeśli myślał o rzucaniu groźbami, to zdawało się, że mimo wszystko miał dość rozsądku, by nie prowokować dalej nieumarłego, który tak go poturbował. Nie odczytywał sytuacji jednak na tyle klarownie, by rozumieć jak dotkliwe mogą być konsekwencje jego kłamstwa.
Marcus na dobrą sprawę nawet nie musiał próbować czytać emocji mundurowego, by mieć pełną świadomość tego, że wciska mu kit. W końcu o jego zaangażowaniu wiedział już wcześniej, a teraz próbował jedynie dojść do tego kto i dlaczego zlecił zatuszowanie tej sprawy. Oscar Jones był jednak wyszkolonym oficerem, a do tego, z tego co udało się zauważyć przez te kilka chwil, z pewną odpornością na ból i techniki zastraszania. Przekonanie go do współpracy mogło wymagać nieco większego nakładu pracy, co raczej nieszczególnie przeszkadzało Gallowayowi. Mógł dać upust furii, która toczyła się przez jego krew, służąc jako narzędzie sprawiedliwości.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#26
Bladość na twarzy. Smród strachu. Łgarz. Mówiąc szczerze, widok Jonesa, pobitego i upokorzonego, a mimo to wciąż chętnego do prób ocalenia skóry niechby i pospolitym kłamstwem, na swój sposób bawił Marcusa. Zadziwiające, jak wielkim tchórzem okazał się ten osobnik. Pewnie byłoby mu go żal, ale cóż poradzić, sukinsyn sam to na siebie sprowadził, teraz przyszedł czas na konsekwencje.
Zaiste zabawne. Ale Marcus nie był w nastroju na żarty.
Galloway spojrzał mu głęboko w oczy spode łba, raz po raz zaciskając i rozluźniając pięść. Czuł każde ścięgno napinające się niczym precyzyjny mechanizm. Jeżeli "policjant" miał zamiar ponownie rozjuszyć bestię, która spoglądała na niego oczami detektywa, to był na dobrej drodze.
- Pozwól, że opowiem ci pewną historię, może o niej słyszałeś. - Wzrok Gallowaya nagle złagodniał. Ponownie zaczął z wolna przechadzać się w jedną i drugą stronę, cały czas utrzymując kontakt wzrokowy z przesłuchiwanym. Każde słowo wypowiadał spokojnie, powoli, jakby je smakował. - Parę lat temu miał miejsce na wschodnim wybrzeżu pewien... incydent. Policjanci z miejscowego posterunku przyszli z rana do pracy, dzień jak co dzień, kiedy w pewnym momencie zauważyli nieobecność swojego kapitana. A zaraz później poczuli pewien nieprzyjemny... swąd. Dobiegający zaraz z zamkniętego na klucz biura kapitana.
Stop. Zatrzymał się pośrodku z uniesionym palcem. Pozwolił swoim słowom wisieć w powietrzu, dać się chłonąć przez zmysły Jonesa. Niech jego wyobraźnia chwilę popracuje.
- Wielu z zebranych wokół biura znało doskonale ten zapach - kontynuował wreszcie swoją opowieść. - I wnet poczuli, że coś jeszcze unosi się wokół nich: ten najpierwotniejszy, wrodzony od najdawniejszych czasów strach przed nieznanym. Patrzyli po sobie z niepokojem i nadzieją, że ktoś przełamie się i otworzy im drzwi, pokaże, co takiego się za nimi kryje z nadzieją, że to nie to, co myślą. I wreszcie jeden z nich wyszedł przed szereg, drżącą ręką przekręcił klucz w drzwiach i pchnął je do środka. - Marcus nagle stanął twarzą w twarz z Jonesem. Ten pewnie mógł nawet poczuć bijące z niego zimno. Galloway powoli zbliżył dłoń do piersi mężczyzny, szarpnął za materiał koszuli i przycisnął palec do jego skóry, by następnie ryć w niej paznokciem aż do krwi - wydrapywać linie układające się w słowo L I A R - kłamca. - I oto znalazł się ich zagubiony kapitan. Bez życia, usadzony w swym skórzanym fotelu, z twarzą zastygłą w wielkiej trwodze niby grecka maska, z wiadomością wydrapaną zaraz pod nim, na jego drogim dębowym biurku... K Ł A M C A - wycedził przez zęby. - Byłaby wielka szkoda, gdyby taki ambitny człowiek skończył w tak podły sposób. Lecz jeszcze większa szkoda już się stała, kiedy ten już zdecydował, że będzie łgał dla własnej korzyści, kalał swoimi brudami ten szlachetny mundur. Lecz może jeszcze znajdzie się okazja na pokutę...?

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#27
To co miało nadejść po tym kłamstwie było nieuniknione. Jones musiał być albo niespełna rozumu, albo był nadzwyczajnym optymistą, skoro wierzył, że po łomocie, jaki otrzymał, wampir ustąpi i pozwoli, by to kłamstwo przeszło bez surowej odpowiedzi. Można było niemal odnieść wrażenie, że Galloway tylko czekał na prowokację, by móc przystąpić do swojego przemówienia i kary. Kłamstwo miało może nie tyle krótkie nogi, co połamane ręce w tym konkretnym przypadku.
Mężczyzna nie wiedział co go czeka, ani co za chwilę usłyszy. Spokrewniony począł opowiadać budzącą grozę historię, a mundurowy słuchał, cierpiąc pod ścianą. Nie chciał tam być, nie chciał tego słuchać, było to widać klarownie. Instynkt samozachowawczy trzymał go jednak w miejscu i nie pozwalał zrobić niczego głupiego, co mogłoby dać Brujahowi pretekst do pozbawienia go możliwości poruszania się.
Dramatyczna pauza sprawiła, że śmiertelnik przełknął ślinę, czekając na ciąg dalszy, czekając aż to się skończy i ta przeklęta noc przeminie. Na końcu jednej ani drugiej uliczki nie było widać żadnego ruchu, nikogo kto mógłby wyciągnąć poturbowanego oficera z opałów lub chociażby wezwać pomoc. Mogło się to zmienić w dowolnym momencie, a facet kątem oka wypatrywał okazji, podczas gdy krwiopijca mówił dalej.
Wreszcie doszło do nieprzyjemnego zbliżenia, podczas którego na twarzy Jonesa widać było klarownie rosnący dyskomfort, odwracając głowę na bok. Znów przełknął ślinę. Wydawał się być teraz nieco bardziej zdenerwowany. Jego oddech widocznie przyspieszył. Czuł, że nadchodzi coś nieprzyjemnego. Nie mylił się. Marcus złapał za odzienie mężczyzny, a ten zaczął się szarpać i próbował się wyrwać. Nieskutecznie, bo mając do dyspozycji tylko jedną rękę nie mógł zdziałać wiele. Starał się zatrzymać rękę, która weszła w kontakt z jego ciałem, jednak nie miał dość siły.
Po raz kolejny nadszedł ból. Z kolejnych rozdrapywanych linii na skórze popłynęła krew, a mężczyzna zasyczał, a następnie jęknął z bólu, by w końcu zwrócić się bezpośrednio do napastnika.
ImageAgh! Kurwa! Co robisz! Przestań! — Starał się oderwać palce nieumarłego od swojej skóry, ale nie był w stanie przezwyciężyć jego nienaturalnej siły. W końcu rzeźbienie na skórze, któremu towarzyszyły jęki, stęki i szarpanina, dobiegło końca, a wraz z nim przeminął ból. Zostało tylko pieczenie nowo powstałych ran, z których sączyła się czerwona posoka, oznaczając odzienie mężczyzny płynącymi w dół stróżkami. Stał on, uwolniony z uścisku, dotykając wyrzeźbionego w jego skórze słowa i patrząc na swoją klatkę piersiową z pewnym obrzydzeniem. Podniósł głowę, słuchając końca opowieści, przełykając nerwowo ślinę i analizując sobie wszystko w głowie.
Zaklął pod nosem, gdy Spokrewniony zakończył monolog i spuścił na moment łeb, kręcąc nim nerwowo. Wyglądał na zmęczonego i zmiękczonego. Chyba był gotowy, by powiedzieć wreszcie coś użytecznego. Po chwili podniósł głowę i, trzymając wciąż dłoń na swoich nowo nabytych ranach, począł mówić nerwowym głosem.
ImageDostałem kurwa rozkaz z góry, to go wykonałem! Nic więcej do cholery! Mieliśmy ogarnąć okolicę i upewnić się, że nikt nie będzie gadał na jej temat z nikim poza nami. Tyle no! Kurwa! — Zmęczony, obolały, poraniony, wreszcie skłonny do współpracy.
ImageByła mowa, że sprawa została rozwiązana i zamknięta. Nie wiem jak, ani kiedy, i nie wnikałem w to. Czego jeszcze ode mnie chcesz do cholery!? — Ta krótka relacja z ust rozemocjonowanego Jonesa zdawała się mieć sens. Ale czy faktycznie to było wszystko co wiedział? Jeśli był tylko szeregowym mięśniakiem z funkcją straszaka, to możliwe, iż rzeczywiście nie posiadał szerszej wiedzy na temat tej sprawy. Faktycznie mógł po prostu dostać rozkaz i nic poza tym, a że było to zajęcie, które lubił, to raczej nie stawiał oporu i nie zadawał zbędnych pytań, szczególnie w sytuacji, gdzie przełożony zapewnił, że sprawa została zamknięta. W takim razie kim był jego przełożony? On musiał wiedzieć coś więcej, a może nawet mieć bezpośredni kontakt z tym, kto maczał palce w tym morderstwie.
Galloway co prawda mógł dusić dalej i wybadać, czy aby na pewno gad nie ukrywa przed nim jeszcze czegoś, ale skoro zdradził już dość, by skierować uwagę w stronę swojego przełożonego, to znaczy, że już nie miał zamiaru go kryć. Bardziej dbał o swoje życie i zdrowie, niż tę fuchę, która może oferowała mu pewne przywileje, ale ciężko powiedzieć, czy była na tyle dobrze płatna, by taki cwaniak z przerośniętym ego i małymi jajami chciał nadstawiać za nią głowy.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#28
Marcus wycofał się o krok i spojrzał na swoje dzieło. Słowo "kłamca" pięknie wydrapane na ciele tego, kogo opisuje. Poezja. Czerwień powoli spływała z ran, przyciągała wzrok. Spokrewniony zacisnął zęby. Nie teraz. Nie może dać Bestii się rozproszyć. Noc jeszcze młoda...
- Kto ci to zlecił? KTO? - warknął Galloway, wlepiając z powrotem wzrok w Jonesa. - Nazwiska, adresy, stanowiska! Wszystko, co wiesz na ich temat! Uwierz, że mam tej rozmowy tak samo dość jak ty, może i bardziej, ale nie zamierzam odejść z pustymi rękami. Im prędzej zaczniesz współpracować, tym prędzej zakończy się dla ciebie ta noc i będziesz mógł spokojnie zapomnieć, że cokolwiek miało tutaj miejsce - zapewnił go chłodniejszym tonem. Jones był zaledwie płotką, łatwym do porzucenia idiotą, którego równie łatwo da się zastąpić kimś równie lojalnym tak długo, jak dobrze płacisz lub dostatecznie wiele obiecasz. Założyłby się tu i teraz, że gdyby nagle zniknął, mało kto by się nim przejął; może nawet reszta tych brudnych psów zmiotłaby go pod dywan tak samo jak Elizabeth.
A jednak... Jeśli się tak zastanowić, to przydałoby mu się wejście w tą sprawę od środka. Przypomniał sobie jedną z lekcji Sinclaira. Tak, to kuszące. Ryzykowne, ale kuszące... O ile, rzecz jasna, Jones zechce współpracować.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#29
Ptaszek zaczął śpiewać, to dobrze. Praca nad materiałem, jaki detektyw dostał do rąk, nie należała do najprzyjemniejszych. Na szczęście, w stosunkowo niedługim czasie, udało mu się skłonić delikwenta do bardziej otwartej rozmowy, choć wymagało to spuszczenia niezłego manta i zastraszenia mało kolorową historyjką.
Jones nerwowo pokręcił głową, znowu klnąc cicho pod nosem. Spokrewniony chciał od niego konkretnych informacji o tożsamości tego, kto wydał mu rozkaz. Dotarcie do tej osoby przybliżyłoby Gallowaya o krok bliżej do tego, kto pociągał za sznurki. Facet nie chciał zdradzać konkretów, ale doskonale wiedział, że nie ma wyboru, jeśli chce wyjść z tej alejki o własnych siłach, a nie wywieziony karetką, albo gorzej.
ImageJa pierdolę... Jesteś cholernym psychopatą... — Wysyczał zmęczony przez zęby, zanim wreszcie powiedział to, co Marcus chciał usłyszeć, próbując wyrwać się z tego koszmaru na jawie.
ImageMój przełożony, ten który wydał mi rozkaz, to Kapitan Luther Burnett. Kawał zimnego chuja. Ale adresu ci nie podam bo go kurwa nie znam. Burnett najczęściej siedzi na posterunku z nosem w papierach, więc do dupy mu się nie dobierzesz, gwarantuję. — Kapitan, co? Można było się zastanawiać, czy ten dostał instrukcje od komendanta, czy już od kogoś spoza jednostki. Ciekawym było, że taki 'zimny chuj' jakim był sam Jones, nazwał w ten sposób swojego kapitana. Mogło to sugerować, że tamten człowiek mógł potencjalnie być, pod pewnym względem, jeszcze gorszy od tego patrolującego ulice przyjemniaczka. Problem oczywiście leżał w tym, że kapitan był poza zasięgiem Kainity, który nie miał nikogo wewnątrz... jeszcze. A gdyby tak... ?
ImageNic więcej ci nie powiem bo nie wiem. A teraz kurwa daj mi wreszcie odejść. Nikomu słowa nie pisnę. Wymyślę jakąś historyjkę i nikt się o niczym nie dowie. — Prawie błagał o zwrócenie mu wolności i zapewniał, że nie zdradzi nikomu nic na temat spotkania z Marcusem. Trudno nie było mu nie wierzyć w sytuacji, gdzie zaczął sypać na własnego kapitana. Tak mógł jeszcze liczyć na to, że nie wywalą go z roboty, zależnie od tego, jaki wcisnąłby kit na temat złamanej ręki, którą wciąż kurczowo trzymał przy piersi.

Re: Martwi Głosu Nie Mają (II)

#30
Wreszcie jakieś konkrety. Ach, oczywiście, że chodzi o kapitana. Któż inny byłby równie chętny i gotów do zorganizowania sobie dodatku do wypłaty w postaci satysfakcji ze spełniania swoich żądz? Z drugiej strony kto wie, czy ten cały Burnett to faktycznie osoba na szczycie; czy nie kryje on jeszcze kogoś wyżej albo obok. I raczej nie dowie się tego osobiście, a przynajmniej nie tak szybko, jak by chciał.
Aczkolwiek czy faktycznie musiał tam węszyć osobiście?
Marcus zerknął na Jonesa, równie przerażonego, co zmęczonego. Jakkolwiek chętnie pozbyłby się go tu i teraz, taka okazja nie wydawała mu się niewarta uwagi. Jeżeli utrzymanie tego człowieka przy sobie okaże się bardziej pożyteczne dla jego misji, powinien z tego skorzystać. Zresztą to nie Spokrewnienie, nie złamie w ten sposób Tradycji, nie konsultując się z Księciem.
- Jeszcze jedno - powiedział do Jonesa twardym tonem, nieznoszącym sprzeciwu. Wówczas podwinął lewy rękaw i wgryzł się głęboko we własne przedramię. Następnie złapał mężczyznę z zamiarem przyciśnięcia jego ust do rany na ręce. "Otwórz żyły i napój", prosta instrukcja. - Pij - rozkazał, wpatrując się w niego zimnym wzrokiem. Wiele szkód uczyni establishmentowi z zewnątrz, lecz jeszcze mocniej zatrzęsie nim, kiedy wywoła nacisk z obu stron naraz. A do tego potrzebował pomocy, swojego osobistego agenta. Ghula.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości

cron